niedziela, 23 listopada 2014

Rozdział 2: Cela numer 3

Rozdział 2 tomu 3, nowa perspektywa! Ta perspektywa jest niezbędna do paru ważnych motywów, które chcę wdrożyć do Apokalipsy w tym tomie. Zbłąkany Ocalały jest świetnym środkiem do przedstawienia zdarzeń z dala od Ostoi, bo jednak trzeba coś pokazywać, prawda? Po przeczytaniu proszę o komentarz oraz rozesłanie bloga znajomym.

------------------------------------------------

Rozdział 2 (Erni): Cela numer 3


                Spotkanie z Dziarą było jak zwykle dziwne. Nigdy nie byłem zdania, że jest złym człowiekiem, wręcz przeciwnie, był kimś, kto pomógł mi znaleźć Bobra i resztę, ale jego zachowanie często było strasznie impulsywne, a czasami nawet niebezpieczne. Odkąd usłyszałem o tym całym planie zabicia Karła, wciąż żyłem pełen nerwów i niekoniecznie zadowolony z tego jak się rzeczy mają. Po dzisiejszym zebraniu postanowiłem z początku zająć się Zbłąkanym Ocalałym. W końcu miałem znowu ruszyć w trasę. Całe szczęście tym razem nie będę sam. Cinek, który jakimś cudem dotrwał aż tutaj, będzie ze mną. Cieszyło mnie to niemiłosiernie i sprawiało, że nie patrzyłem na kolejną wyprawę z rezerwą. Wręcz przeciwnie, cieszyłem się, że będę mógł się wyrwać z nieprzyjemnej sytuacji panującej w Ostoi.
                Gdy Pablord spytał mnie ostatnio, co myślę o całej sytuacji nie potrafiłem mu odpowiedzieć. Dziara był moim przyjacielem, a dodatkowo szefem, dlatego ciężko mi było wskazywać jakie błędy popełnił, lub chciał popełnić. Karzeł z kolei był łatwiejszym celem mojej krytyki, ponieważ niektóre jego decyzje rzeczywiście były dziwne. Mieszkałem w Ostoi od około dwóch tygodni, może więcej i zdołałem już poznać tego człowieka. Nie sprawiał złego wrażenia jeżeli chodzi o zachowanie – zawsze wesoły, skory do pomocy i wyjaśnienia konfliktów. Jednak miał te chwilę, w których widziałem w nim ogromny kontrast. Poznałem podczas apokalipsy mnóstwo ludzi, którzy umieli dowodzić innymi i z pewnością Karła nie zaliczyłbym do tych najlepszych z najlepszych. Bobru, Łapa, Dziara, to byli ludzie, którzy potrafili podejmować dobre decyzje, chociaż zazwyczaj nie były one łatwe.
                Pamiętałem jakby to było dziś, gdy Bobru stanął przed wyborem co zrobić z Dalionem i pomimo sentymentu nie patrzył na to, co kto chcę, a na to jak powinno być. Łapa z kolei stworzyła sieć osób w okolicach Królowego Mostu. Potężną sieć. Coraz to kolejne osoby okazywały się być jej częścią i myślę, że gdyby nie kolejna świetna decyzja Bobra, ta z połączeniem sił, to dzisiaj wszystko mogłoby wyglądać zupełnie inaczej.
                Jednak tym, co zaskakiwało mnie najbardziej byłem ja sam. Przemiana, która zaszła w moim zachowaniu i wyglądzie była na tyle ogromna, że nawet mi udało się ją zauważyć. Dalej starałem się być obiektywny i sprawiedliwy, ale coraz częściej musiałem dostosowywać się do świata. To podróże Zbłąkanym Ocalałym nauczyły mnie tego wszystkiego. Nie obdarowywać nikogo zbyt dużym zaufaniem, grać twardego dupka, który będzie budził strach i respekt i groźny wygląd. Te trzy rzeczy sprawiły, że osoby, które spotykałem na drodze nie były na tyle odważne, żeby coś ze mną zrobić. Chociaż po tym co stało się z Mateuszem, przez moją własną głupotę i nieuwagę, dałem się podejść Henrykowi i jego synowi.
                Miałem nadzieję nie powtórzyć tego błędu już nigdy. Idąc przez uliczkę i mijając ludzi, którzy spędzali wolny wieczór kręcąc się po mieście, skierowałem swoje kroki do garażów. Znajdowały się one przy wschodnich wjazdach do Ostoi. Jednak ten, który interesował mnie, był przy środkowym wjeździe i właśnie tam się udałem. Klucze do garażu miałem tylko ja, ale miałem zamiar dać jeden komplet Cinkowi. Przywitałem skinieniem głowy ludzi pilnujących barykady i schyliłem się, żeby zlokalizować wzrokiem zamek, umieszczony gdzieś przy samej ziemi. Gdy udało mi się go namierzyć włożyłem kluczyk i przekręciłem, po czym z zapałem podniosłem blachę i spojrzałem na mój autobus.
                Mój wybawca i moje hobby. Bez niego nie wydostałbym się z Supraśla, nie dotarł tutaj oraz z pewnością nudził o wiele bardziej, dostając jakąś nudną pracę. Ale całe szczęście byłem kierowcą autobusu. Kimś absolutnie niesamowitym. Opuszczałem bezpieczne mury nawet częściej od Czerwonych Flar, chociaż nigdy nie zostałem uhonorowany tym statusem.
                Pewnym krokiem wszedłem do wnętrza garażu i rozejrzałem się. Praktycznie wszystko było gotowe do renowacji autobusu, ale po zrobieniu szybkiego przeglądu uznałem, że mogę zająć się tym jutro. Potrzebowałem teraz towarzystwa i odpoczynku. Zwykłego relaksu. Sprawdzając wszystko ostatni raz opuściłem garaż i zamknąłem go, chowając kluczyk do kieszonki w kamizelce.  Miałem parę opcji do wyboru, ale po krótkim namyśle, postanowiłem ruszyć do baru. Przy odrobinie szczęścia zastanę tam kogoś znajomego i wraz z nim spędzę ten wieczór.
                Przemierzając ulicę Ostoi zastanawiałem się nad wieloma rzeczami, ale nie chciałem pogłębiać swoich myśli. Co prawda byłem osobą, która bardzo dużo myślała i lubiła to, ale czasami człowiek potrzebował po prostu spokoju i wyciszenia. Paradoksalnie nie oznaczało to odcięcia od muzyki, ludzi i wszystkich wydawanych przez nich hałasów. Wręcz przeciwnie. Czasami kochałem usiąść gdzieś w barze, zamówić piwo i obserwować wszystko co dzieje się wokół, słuchając przy tym dobrej muzyki. Teraz ciągle leciało to samo, bo oczywiście nie istniały już stacje radiowe, dlatego byliśmy raczeni tym co Czarek miał na składzie. Bo tak nazywał się właściciel jedynego baru w okolicy wielu kilometrów. Przynajmniej jeżeli chodzi o liczenie tych otwartych barów.
                Gdy dotarłem na miejsce już z daleka słyszałem muzykę i głośną mieszankę głosów i krzyków. Typowa atmosfera. Wszedłem jakby lokal należał do mnie, pewność siebie to podstawa. W środku było jak zwykle wesoło i tłoczno. Za barem stało dużo przeróżnych trunków, oraz znajomy już mi barman Czarek. Po drodze między ladą, a wejściem było około dziesięciu stolików, oraz oczywiście sam bar. Gdy tylko wszedłem, osoby stojące najbliżej mnie podchodziły i witały się. Rozpoznałem Giganta, który siedział i gadał z kimś z barykady południowej. Kawałek dalej zobaczyłem Bobra, Pablorda i Krystka, którzy zauważając mnie machnęli zachęcająco na znak żebym podszedł.
                Przy samym barze siedziała Miczi, przywitałem się z nią, bo bądź co bądź ostatnimi czasy spędziliśmy sporo czasu razem i to zżyło nas jakoś. Zostaliśmy dobrymi kumplami. Przybiłem żółwika z barmanem i rzuciłem tylko „to co zwykle”, po czym wyciągnąłem z kieszeni paczkę gum do żucia i rzuciłem mu. Czarek wyszczerzył się, ukazując lekko niekompletny garnitur zębów po czym pogłaskał swojego kota, który zawsze, całymi dniami, towarzyszył mu niczym nierozłączny kompan. Było to coś pięknego, sam zawsze marzyłem o zwierzaku, ale niestety apokalipsa zniweczyła moje plany.
                Odbierając duży kufel piwa przecisnąłem się pomiędzy ludźmi i usiadłem przy Pablordzie, Bobrze i Krystianie. Tego ostatniego znałem najsłabiej, ale nie był moim wrogiem. Był po prostu znajomym. Zawsze dzieliłem ludzi na dobrych i złych, przyjaciół i wrogów i nie uznawałem czegoś takiego jak neutralność. Zawsze starałem się opowiedzieć po którejś ze stron.
                Usiadłem ciężko na krześle i przywitałem się z całą ekipą. Możliwe, że nie zobaczę ich przez parę następnych dni, od razu po tym jak wyjadę, więc wolałem się nacieszyć ich towarzystwem. Bobru palił z Krystianem papierosy, które uderzały w nozdrza tanim tytoniem. Zauważyłem, że w tych czasach ludzie chwytali się wielu używek, próbując uciec dzięki temu od rzeczywistości. Ja osobiście nie paliłem, ale za to zdarzało mi się wypić. Najczęściej nie dużo, tyle żeby się rozgrzać w zimniejsze wieczory, lub odrobinę poprawić sobie humor.
- Jednak przyszedłeś stary! – ucieszył się Bobru zaciągając się papierosem i puszczając duże kółko z dymu.
- Taa… Nie mam siły dzisiaj czyścić autobusu. Trza się trochę wyluzować, w końcu niedługo ruszam – powiedział.
- W ogóle świetna sprawa z tym barem. To miejsce jest po prostu cudowne, czas leci jak szalony, a ty całkowicie zatracasz się w tym wszystkim – powiedział mądrze Bobru biorąc łyk swojego piwa.
- Wracając do mojej opowieści – wtrącił Krystian – Tak straciłem dwójkę towarzyszy i jak wiele osób stąd zostałem sam, ale dotarłem tutaj. Póki nie spotkałem Pablorda czułem się zagubiony, ale wraz ze spotkaniem kogoś choć trochę znajomego udało mi się zaaklimatyzować w tym miejscu – powiedział wesoło zaciągając się papierosem.
- To całkiem magiczne. Tyle osób pomyślało właśnie o Toruniu – wykrzyczał Bobru, widocznie odrobinę podpity, ale wciąż twardo trzymający się świata – W ogóle zaplanowałeś już kogo weźmiesz ze sobą oprócz Cinka?
- Jeszcze nie… Chociaż zastanawiam się poważnie nad wzięciem Łowcy. Wiem, że teraz załapał się na fuchę konstruktora, ale myślę, że reszta poradzi sobie bez niego, a dobrze wspominam jego pomoc i złote rady – powiedziałem wspominając towarzysza.
- To nie głupi pomysł – powiedział Pablord.
- Oj nie głupi! – dołączył do niego Bobru – Łowca na pewno się ucieszy z faktu wyruszenia znowu w świat. Z tego co zdążyłem zauważyć nie lubi za bardzo być w jednym miejscu zbyt długi czas.
- Zapytam go jeżeli tak jutro – obiecałem sam sobie.
                Czas leciał szybko, a my gadaliśmy o wszystkim i o niczym. Kolejne osoby wchodziły i wychodziły z baru, a Czarek donosił nam co jakiś czas piwa. Gdy w końcu Krystian powiedział, że musi iść, żeby wstać z rana do roboty pomyślałem, że mogę poruszyć pewien temat.
- Skoro zostaliśmy tutaj sami – ściszyłem nieco głos i nachyliłem się do stołu – To możecie mi powiedzieć co myślicie o planie Dziary i aktualnej sytuacji?
Pablord i Bobru wymienili się spojrzeniami.
- Właściwie to… - zaczął Pablord.
- Obaj jesteśmy niepewni jego działań – dokończył Bobru.
- Ja w sumie trochę się obawiam tego wszystkiego. W sumie poza nami i resztą Czerwonych Flar nie zostanie tu nikt, kto może jakoś pilnować sytuacji. Wiecie co mam na myśli… - zdradziłem swoje obawy reszcie.
- Nie do końca – wtrącił Pablord – W końcu zawsze zostają tu takie osoby jak Szeryf, czy osoby, które dotarły tu z wami i objęły jakieś ważniejsze stanowiska. Na przykład Sołtys. Według mnie wydaję się być człowiekiem bardzo mądrym i zdecydowanie dużo osób się z nim będzie liczyło.
- Sołtys nie będzie się raczej mieszał w konflikty, będzie stał w cieniu i starał załagodzić to co się dzieje – powiedział Bobru – A co powiecie mi o Szeryfie? Bo poznałem go, ale wciąż nie wiem jaki to naprawdę jest człowiek.
- Hmm właściwie to jest całkiem w porządku – powiedział Pablord – Jest trochę dziwny, ale poza tym myślę, że ma tu na tyle silne względy i jego słowa liczą się na tyle, że będzie umiał utrzymać tu porządek. Zresztą nie wszystkie Czerwone Flary opuszczają bazę. Wręcz będzie ich tu więcej niż zazwyczaj – pociągnął łyk piwa z kufla – Mateusz przecież będzie tutaj niedługo, a wszyscy pozostali też mają się tu zebrać. Filip i Maciek. Poza tym Agnieszka też ma wrócić na dniach.
                Te słowa pocieszały i sprawiały, że była jeszcze nadzieja na spokojny wyjazd i nie myślenie o tym co dzieje się w domu.
- Właściwie to co takiego nie pasuje Dziarze z Karłem? Bo jednak budowali tą społeczność razem, a taka nagła zmiana zachowania jest dziwna… - powiedział Bobru.
- Myślę, że Dziara troszkę przesadza, ale mogę cię zapewnić – zacząłem – że Dziara zrobi wszystko dla ludzi z tego obozu. Nawet jeżeli będzie się to wiązało z kiepskimi decyzjami. Ostatecznie wszystko powinno wyjść na lepsze.
- Mam nadzieję Erni… - odpowiedział.
Posiedzieliśmy jeszcze trochę, ale w końcu zmęczenie zaczęło dawać o sobie znać i pożegnałem się z Bobrem i Pablordem po czym opuściłem bar. Lekko chwiejnym krokiem zmierzałem do domów, a konkretnie tego, gdzie mieszkali właściwie wszyscy, których znałem. Przy wejściu spotkałem Miczi, która popijała ciepłą herbatę patrząc na niebo. Burknąłem do niej, na tyle na ile pozwalał mi aparat mowy, dobranoc, na co ona odpowiedziała mi kiwnięciem głowy.
                Gdy zacząłem się wspinać po schodach, okazało się, że nie jest to takie łatwe. Alkohol w połączeniu ze zmęczeniem był mieszanką wybuchową. Mało nie spadłem ze schodów, a gdy w końcu zacząłem się pijacko na nie wtaczać to o mało nie potknąłem się o jeden i nie poleciałem do przodu. Całe szczęście pierwsza para schodów była za mną ,kiedy nagle usłyszałem, że ktoś mnie woła. Po pijaku często różne rzeczy potrafiły ze mną rozmawiać, więc nie zwróciłem na to żadnej uwagi, ale gdy w końcu wołanie było za głośne i zlokalizowałem je zza moich pleców to odwróciłem się i zobaczyłem Maćka. Zaświecił swoimi nienaturalnie białymi zębami i zawołał wesoło.
- Ernest trzymasz się?
                Zasapałem z gniewem.
- Po to przerywasz mi tą czynność? – zapytałem.
- Spokojnie kowboju – powiedział wybuchając śmiechem – Mam dla ciebie wiadomość.
- Od kogo? – spytałem.
- Zgaduj – powiedział szybko i wyszczerzył zęby.
- Przysięgam, że zaraz Czerwone Flary stracą jednego członka… - zaczałem.
- Jezusicku, spokojnie – zaćwierkał jak zwykle pełen energii do życia Maciek – Od Dziary.
- Jaka jest jej treść? I przysięgam jeżeli odpowiesz „zgaduj” to cię zabiję – wysapałem.
- Jejku po alkoholu robisz się naprawdę nieprzyjemnym człowiekiem. Kto by pomyślał, będzie kierował autobusem, a upijasz się jak szalony. Dodatkowo… - zaczął Maciek.
- DO RZECZY! – krzyknąłem.
- Jutro w południe na barykadzie. Nie wiem po co, nie wiem jakie plany ma Dziara. Po prostu masz tam być – powiedział trochę poddenerwowanym tonem, chociaż z jego twarzy wciąż nie zniknął uśmiech.
- Suppper. Świetnie. Dobranoc – powiedziałem ucinając rozmowę i kontynuując wspinaczkę. Maciek nie odpowiedział, a przynajmniej ja tego nie słyszałem.
                Gdy w końcu wspiąłem się na trzecie piętro, czułem, że zaraz opadnę i zasnę. Wszystko rozmazywało mi się, a kolana same uginały się pod moim ciężarem. Potem miałem dziurę w pamięci i w sumie nie pamiętam jak znalazłem się w łóżku. O dziwo nie było to łóżko w moim pokoju. Jedyne co pamiętałem to burza czerwonych włosów, a potem obudzenie się rano.
                Zdecydowanie nie był to mój pokój, a dodatkowo męczył mnie okropny kac. Głowa bolała mnie tak, jakby rozgrywała się tam osobna apokalipsa zombie.  Wstałem i zauważyłem, że na łóżku siedziała dziewczyna, nie widziałem jej tu wcześniej. Miała długie, rude włosy i piegi na twarzy. Spojrzała na mnie swoimi zielonymi oczami i zacisnęła drobne usta. Najwyraźniej nie była jednak na mnie zła. Śmiała się.
- Jak ja się tu znalazłem? – zapytałem zachrypniętym głosem.
- Przyszedłeś nawalony jak cholera i chyba pomyliłeś drzwi oraz piętro. Z tego co wiem mieszkasz na piętrze trzecim, a to jest drugie – powiedziała z rozbawieniem.
- Cholera – skwitowałem krótko – Która godzina?
- Dochodzi dwunasta. Nie usłyszę żadnego… - zaczęła.
- Cholera jasna! Muszę lecieć. Wielkie dzięki za opiekę i przepraszam – powiedziałem z trudem wstając.
- Aleś ty w gorącej wodzie kąpany – powiedziała, widząc jak szybko nakładam buty i zmierzam do wyjścia.
- Przepraszam… W ogóle to jak masz na imię? – zapytałem z grzeczności. Wiedziałem, że zaraz muszę stawić się na barykadzie, żeby spotkać się z Dziarą.
- Zuzia. Wisisz mi kawę za tą przysługę, więc pamiętaj, że nie zostawię tego od tak – powiedziała uśmiechając się.
- Masz to jak w banku. A teraz lecę wybacz – to mówiąc wybiegłem z mieszkania. Schodziłem szybko, żeby jak najszybciej dotrzeć  do barykady. Zabawna sytuacja, jak mogłem wylądować u tej dziewczyny? Chociaż była ładna. Gdy wybiegłem na dwór zauważyłem, że pada deszcz. Nie była to ulewa, ale zimne krople  natychmiast uderzyły we mnie rozbudzając mnie do końca. Wtedy zdałem sobie sprawę z tego, że Maciek nie powiedział mi wczoraj, na którą barykadę mam się stawić. Postanowiłem zaryzykować i pobiegłem w stronę tej, przy której był zaparkowany Zbłąkany Ocalały.
                Całe szczęście okazało się, że strzeliłem prawidłowo. Już z daleka zobaczyłem stojące na barykadzie postaci. Wyglądało to niesamowicie, sześć osób stojących w łunie słońca, które znajdowało się kawałek nad nimi. Strzelali, podejrzewałem, że do zombiaków, ale i tak z ciekawością podszedłem bliżej. Idąc w ich kierunku wypatrywałem tęczy, w końcu deszcz w połączeniu ze słońcem zawsze tworzył tą niesamowitą paletę barw przecinającą niebo.
                Na barykadzie stało trzech strażników, w jednym rozpoznałem Ryszarda. Był dobrym człowiekiem i świetnie się sprawdzał w swoim zadaniu. Kolejnymi trzema osobami były Bobru, Szeryf i Dziara. Przywitałem się z każdym po kolei i spojrzałem zaspanym, zmęczonym po wieczornych wojażach wzrokiem. Obserwowałem chwilę trupy tłoczące się w niedużej grupie przy barykadzie i kolejne kule, które je ostatecznie zabijały.  Gdy padł ostatni trup odwróciłem się do towarzyszy.
- Jakie plany? – zapytałem.
- O stary, wyglądasz jakbyś miał ciężki wieczór – zaczął Dziara głosem, który świdrował mi w głowie.
- Nawet mnie tak nie wzięło po wczorajszej „imprezie” – powiedział Bobru akcentując ostatnie słowo dosyć wyraźnie.
- Zabieram was do celi numer trzy – powiedział Szeryf. Jak zwykle pełen energii, ze swoim kapeluszem i okularami.
- A kto jest w celi numer trzy? – zapytałem.
- Podejrzany o morderstwo jego dziewczyny – powiedział wskazując palcem Bobra.
- I do czego jestem potrzebny? – kontynuowałem wodospad pytań z nadzieją, że zaraz będę mógł przejść się do baru, zjeść coś i napić się herbaty z cytryną.
- Ja poprosiłem o to, żebyś tu był, wybacz stary, ale po prostu potrzebuję kogoś w pełni zaufanego – powiedział Bobru.
- Spoko – odpowiedziałem krótko.
- Więc ruszajmy! – zawołał wesoło Szeryf.
                Więzienie znajdowało się na południu Ostoi. W części, w której większość budynków nie była w stanie używalności, a te zajęte, były najczęściej nieciekawymi miejscami. Mieliśmy tu więzienie, biuro Szeryfa, parę schronów oraz zbrojownię, gdzie trzymaliśmy ogromne zapasy amunicji i broni. Co ciekawe od kiedy przyjechali tutaj żołnierze, wraz z Gigantem i Natalią to zwiększyli znacznie ilość naszej amunicji, co ucieszyło zarówno Dziarę jak i Karła.
                Więzienie było obskurnym budynkiem, który miał jedno duże pomieszczenie, w którym czas wolny spędzali strażnicy oraz podziemia, gdzie znajdowały się cele. O ile pokój strażników sprawiał całkiem miłe wrażenie to po wejściu do podziemia człowieka łapał dół. Nie było tam prawie żadnego światła, oprócz jednej lampy ze słabą żarówką, oświetlającej długi korytarz z obu stron otoczony celami. Było tutaj raczej pusto, w końcu przestępcy albo ginęli na miejscu, albo popełnili na tyle małe wykroczenia, że byli puszczani wolno. W pierwszej celi siedziała kobieta, która obserwowała nas przez kraty ze smutkiem na twarzy. W sumie tylko Szeryf i jej ofiary, wiedziały co ona właściwie zrobiła. Druga cela była zajmowana przez dwójkę ludzi wyglądających identycznie. Ci zachowywali się nieco bardziej agresywnie, bo krzyczeli coś do nas uderzając w kraty, ale Szeryf szybko ich uspokoił przejeżdżając pałką po palcach.
                W trzeciej celi był Jakub. Gdy usłyszałem o śmierci Natalii to zrobiło mi się naprawdę przykro. Zarówno ona jak i Bobru chcieli się w końcu spotkać i walczyli o to przez całą trasę, która ja już pokonałem nie jeden raz i wiedziałem jaka ciężka jest. Gdy w końcu mieli się spotkać Natalia została zabita dwie ulicę dalej od miejsca, w którym był Bobru. Co prawda nie było pewności, że zrobił to ten staruszek, który z tego co wiem był kanibalem, ale został znaleziony na miejscu zdarzenia jako jedyny. Z tego co słyszałem to chciał coś powiedzieć gdy go aresztowali, ale dostał do Giganta tak mocno, że stracił połowę zębów. Teraz widać było na jego twarzy złość i bezradność, a braki w zębach nadawały mu groźnego wyglądu.
                Stanęliśmy we czwórkę przed celą i patrzyliśmy. On również nas obserwował.
- Z tego co słyszałem to starzec nie chciał nic mówić, myślisz, że ktoś z nas coś z niego wyciągnie? – zapytałem.
- Obiecał, że jeżeli przyjdzie tu Bobru i pojawię się ja to przemówi – powiedział Dziara.
- To prawda? – zapytał Bobru.
- Ta – odpowiedział krótko i nieco sepleniąc Jakub.
- A więc? Zabiłeś Natalię? – zapytał Szeryf.
- Próbowałem ją uratować w przeklęte skurwysyny – zaseplenił Starzec.
- Więc kto ją zabił? – zapytał z gniewem w głosie Bobru.
- A jak myślisz? – zapytał Jakub uśmiechając się.
- Nie wiem, dlatego cię o to pytam! – odpowiedział.
- Znasz tą osobę, bo podczas podróży tutaj umilała ci wolny czas. Potem przyczepiła się mnie i przez to ja tu teraz siedzę, a nie ona – wyszeptał ze złością kanibal.
                Widziałem, że Bobru zamyślił się. Wiedziałem co mu chodzi po głowie. Wiedziałem co każdemu, kto zna Łapę chodzi po głowie. Czy to mogła być ona? Nie wiadomo.
- To ciebie znaleziono przy ciele pieprzony kłamco! – wybuchnął Bobru.
- Wiesz co, żal mi cię. Naprawdę żal. Jesteś tak zaślepiony jej piękną buźką, że nie widzisz, że za twoimi plecami niszczy każdego, kto się jej nie spodoba! – odburknął Jakub.
- Zamknij się przeklęty morderco. Jesteś tylko kanibalem i gdybym tylko wiedział to wcześniej to w życiu bym się nie zgodził na to, żebyś jechał z nami. I Natalia by żyła. Mam nadzieję, że zgnijesz tu – powiedział Bobru po czym zaczął się cofać do wyjścia. Nikt go nie zatrzymywał, każdy wiedział, że to dla niego ciężkie.
- Jesteś wciąż głównym podejrzanym i nie wypuszczę cię stąd Jakubie – powiedział Szeryf.
- W dupie mam ciebie i całe to miejsce. Widzę co tu się dzieje, wszystko się rozpada. I chociaż nie jestem tym pierdolonym mordercą to możecie być pewni, że jeżeli uda mi się stąd wyjść w jakiś sposób, to zabije każdego ślepego idiotę. Zapłacicie mi za wszystko! – wykrzyknął Jakub.
                Dziara spojrzał na niego z zaciekawieniem.  Następnie zerknął na mnie i Szeryfa i po cichu do nas wyszeptał.
- Dajcie mi z nim porozmawiać, mam świetny pomysł. Spotkamy się później.
Spojrzeliśmy na siebie z Szeryfem po czym bez pytań opuściliśmy podziemia. Szeryf został na górze, ale ja wyszedłem. Miałem tego dość. Miałem nadzieję, że Dziara wymyśli coś dobrego. Może to miało związek z jego planem. Nie miałem z kolei pojęcia po co była ta cała szopka. Bobru się tylko zdenerwował, ale może to miało jakiś głębszy sens?
                Nie miałem czasu na dalsze myślenie, czas było działać. Ruszyłem poszukać Cinka i przygotować pojazd do odjazdu na wschód. Spojrzałem na niebo i zauważyłem tęczę. Miałem nadzieję, że to zwiastun czegoś dobrego. Z tą myślą ruszyłem przed siebie.

wtorek, 18 listopada 2014

Rozdział 1: Proch

Rozdział pierwszy tomu trzeciego, witam was po długiej przerwie! Od teraz wracamy do starego stylu wstawiania i mam nadzieję, że uda mi się wyrobić terminowo ze wszystkim. W tym rozdziale skupiam się głównie na Toruńskiej Ostoi Ocalałych, jej mieszkańcach oraz ich zadaniach i stanach psychicznych. Akcja w tym tomie będzie się rozwijała dosyć powoli, ale jak już się rozpędzi będzie ciężko nadążyć za wszystkim co się dzieje :) Zapraszam was do czytania i proszę o komentarz oraz rozesłanie bloga znajomym!

------------------------------------------------

Rozdział 1: Proch


                - Amen – tymi słowami Józef zakończył ceremonię. Nie była to jedna z tych dużych ceremonii, które w normalnych czasach sprowadzały całą rodzinę i wszystkich przyjaciół. Nie było długiej mszy i tych wszystkich spraw, które załatwiało się przed apokalipsą zombie. To była prosta ceremonia. Przygotowywałem się do niej psychicznie przez parę dni. Te dni leciały bardzo szybko, ledwo co przybyliśmy tutaj, a już minął ponad tydzień. Każdy z nas zaczynał się powoli aklimatyzować .
                Dzień po śmierci Natalii zostaliśmy wezwani do Karła. Chociaż wydawał się być solidnym człowiekiem to pamiętam jak dziś to co powiedział mi Dziara, po tym jak przyszedłem do niego w wieczór, w który dotarłem na miejsce.
- Jak to przejąć władzę? – zapytałem.
Pamiętałem zdziwienie na twarzy Pablorda i wręcz szok na twarzy Erniego.
- To zły człowiek Bobru. Przeżyłeś i dotarłeś tutaj bo jesteś silny. Słyszałem już o tym, że gdy ktoś groził komuś z twoich ludzi ty nie rozmawiałeś. Ty od razu strzelałeś i sprawiałeś, że ten ktoś żałował, że znalazł się w zasięgu twojego wzroku. Podobna sytuacja jest z Karłem – Tu jego twarz przyjęła dziwny grymas -  To słabeusz. Poświęca naszych ludzi Gangowi, udaje, że wszystko ma pod kontrolą, ale tak naprawdę jest nic nie wartym śmieciem. Pomóżcie mi panowie, a przysięgam, że przetrwamy to gówno. Znacie mnie, ja nie rzucam słów na wiatr – powiedział wtedy.
Zgodziłem się na jego warunki. Prawie na ślepo, bez żadnego wytłumaczenia. Ufałem moim przyjaciołom i byłem gotów pozbyć się kolejnego człowieka, tylko żeby zapewnić bezpieczeństwo moim ludziom.
                Nie wszyscy jednak byli zadowoleni z prac, które zostały im wyznaczone. W sumie było mniej więcej pół na pół. Cinek dostał się, jako pomocnik Kiciusia, na pokład Zbłąkanego Ocalałego. Trochę mnie dziwiło, że Erni chce znowu ruszać w Polskę, jeżeli wszyscy z Królowego Mostu zostali już odnalezieni, ale jak chciał dalej pomagać ludziom na tej trasie to nie mogłem go zatrzymać. Podczas tego tygodnia usłyszałem, coś co mnie całkowicie zszokowało. Okazało się, że parę dni po tym jak wyruszyliśmy z Supraśla, tuż po rozpadzie Królowego Mostu, spotkaliśmy się wszyscy. Było to przy wraku helikoptera. Nikt z nas nie mógł do końca w to uwierzyć, było to po prostu niesamowite. Nie dość, że się tam prawie pozabijaliśmy to jeszcze mieliśmy już wtedy szansę, żeby się spotkać. Niestety zdarzenia potoczyły się inaczej.
                Na pogrzeb Natalii przyszli wszyscy, którzy ją znali oraz Dziara, Karzeł i Pablord. Deszcz padał tego dnia, chociaż cały świat wydawał się ożywać. W końcu powoli nadchodziła wiosna. Na drzewach, które było widać za murami Ostoi, szczególnie od południowej strony, widać było zielone i różowe pączki kwiatów i drzew. Zombie atakowały to miejsce dosyć systematycznie, ale nie miały szans przebić się przez dobrze zorganizowane barykady. Byliśmy tutaj bezpieczni. Nie podobało się to jednak wszystkim.
                Jedną z takich osób była Łapa. Dostała posadę w radzie, czyli instytucji, która pomagała Karłowi w różnych sprawach. Pracowała tam wraz z Sołtysem, którego doświadczenie i mądrość sprawiały, że nadawał się idealnie do tej pracy. Sam nie wiedziałem czemu wzięli tam Łapę. Czy chcieli ją poskromić? A może wykorzystać jej dzikość i gwałtowność do planowania różnych akcji? Tego nie wiedziałem, ale zależało mi na tym, żeby było jej dobrze, więc od razu po ceremonii udałem się do niej. Był wieczór, wiec nie musiałem się martwić, że nie zastanę jej na piętrze bloku mieszkalnego, gdzie mieszkała większość naszych ludzi.
                Gdy zapukałem do jej mieszkania otworzyła prawię natychmiast. Wiedziała, że do niej przyjdę więc machinalnie wciągnęła mnie do środka uśmiechając się i całując. Odwzajemniłem pocałunek. Wiele osób nie rozumiało tego, że dopiero co straciłem Natalie, a już znajduje sobie inną kobietę, ale Łapa trzymała mnie przy sobie już od długiego czasu i ci, którzy podróżowali ze mną do Torunia doskonale o tym wiedzieli. Niestety takie osoby jak na przykład Gigant nie potrafiły się z tym pogodzić. Co gorsza Gigant sprawiał, że zacząłem rozmyślać nad tym czy to przypadkiem nie ona zabiła Natalię. Była taka teoria i w sumie miała parę motywów, które mogły nią kierować. Odpychałem jednak tą myśl. Nie zrobiłaby mi tego. Nie po tym wszystkim co przeszliśmy razem.
                Chociaż miałem specjalne miejsce, gdzie mogłem mieszkać, to i tak spędzałem każdą wolną chwilę z nią. Pocieszałem ją i starałem się, żeby nie myślała o Młodej. Była jeszcze szansa na znalezienie dziewczyny, ale Dziara ciągle powtarzał, że póki nie zrealizujemy jego planu i Karzeł będzie dowódcą tego miejsca, to nie ma co liczyć na większe rezultaty. Co najśmieszniejsze wciąż nie powiedział mi na czym ten plan polega, chociaż już dzisiaj zaprosił mnie do Kwatery Czerwonych Flar.
                Co do samego Gigant to dostał fuchę pilnowania jednej z barykad. Był o tyle szczęśliwy, że pracowało tam również parę innych osób, które już znał – Dymitr oraz Łysy. Ten drugi wciąż był osłabiony po wypadku, który zdarzył mu się w drodze do Ostoi, dlatego też zajmowali się pilnowaniem jednego z mniej istotniejszych wjazdów – północnego.  Siedzieli tam we trójkę, dobrze wyposażeni i tak bez większych problemów mijały im kolejne dni.
                Jakub dalej znajdował się w więzieniu, które było na południu Ostoi. Nie wiedziałem dokładnie gdzie go trzymają, ale byłem pewien, że nie było mu łatwo. Okazało się, że był cholernym kanibalem i cieszyłem się z całego serca, że jest uwięziony. Trochę mi było żal tego, że właściwie bez niego byśmy się tu nie dostali, a skończył jak skończył, ale nie było innego wyboru. Nawet jeżeli to nie on zabił Natalię, co było mało prawdopodobne, to wciąż stanowił poważne zagrożenie. Byłem ciekawy co postanowi zrobić z nim Karzeł.
                Poza Łapą niezbyt zadowolona była również Magda. Nie dostała żadnej konkretnej pracy, chociaż Dziara obiecał, że postara się coś dla niej załatwić. Wałęsała się po ulicach zatopiona w myślach i dużo czasu spędzała w bibliotece i barze. Te dwa miejsca były niesamowite. Biblioteka była świetnie wyposażona. Po przerwie od czytania na parę miesięcy z wielką przyjemnością pochłaniałem kolejne książki, zabijając tym czas wolny. To uczucie, kiedy nie trzeba było ciągle przeszukiwać kolejnych budynków z nadzieją na znalezienie kolacji lub przydatnych przedmiotów było czymś niesamowitym. Cała Ostoja wydawała się pracować niczym dobrze naoliwiona maszyna.  Ludzie sprawiali dobre wrażenie, a w godzinach dziennych było tutaj pełno życia. Zajmowano się swoimi zajęciami, budynki były pootwierane i funkcjonowały tu nawet miejsca takie jak salon fryzjerski. Nie płacono oczywiście pieniędzmi, ponieważ nie miały one teraz żadnej wartości. Czasami trzeba było pomóc komuś w innym zajęciu lub wymienić się za jakieś ubranie bądź też inną wartościową w dzisiejszych czasach rzecz.
                Szklarnia dostarczała do Ostoi najpotrzebniejszych rzeczy takich jak świeże warzywa i owoce. Było tutaj również parę zwierząt, które zaopatrywały ludzi w mięso. Pracowała tam również  jedna z dziewczyn, które podróżowały z Natalią – Ika. Była dosyć skrytą kobietą, starsza ode mnie o jakieś dziesięć lat. Zdążyłem już z nią zamienić parę słów i z tego co wiedziałem cieszyła się z pracy, jaką dostała. W sumie szklarnia była najbardziej żywym i kolorowym miejscem z całego kompleksu.
                Leżałem przy Łapie, która była do mnie przytulona i jeździła palcem po mojej klatce piersiowej. Nie rozmawialiśmy tym razem, po prostu odpoczywaliśmy od tego całego syfu. Miałem teraz jeszcze niecałą godzinkę do spotkania z Dziarą, więc mogłem sobie na to pozwolić. Na spotkaniu miał być również Pablord, Erni i parę innych osób, więc byłem dosyć podekscytowany. Pablord wydawał się być taki, jakiego wizerunek kreował przez Internet. Był dosyć tajemniczy, ale zarazem można go było nazwać dusza towarzystwa. Spędziłem cały wczorajszy wieczór z nim w barze. Opowiedział mi on o Mpd, który był teraz na Czwartym Posterunku. Zapytałem go też o motyw podróży do Zambrowa.
- Motyw jak motyw, szukaliśmy ciebie stary – odpowiedział wtedy.
- Ale dlaczego akurat tam? -  zapytałem.
- Królowy Most był opustoszały więc jedynym wyjściem było podążanie najszybszą droga stamtąd do Torunia. Słyszeliśmy o twoich planach więc wiedzieliśmy, gdzie szukać. W Zambrowie słyszeliśmy jakichś ludzi i chcieliśmy sprawdzić czy to przypadkiem nie ty, ale nic wtedy nie znaleźliśmy – opowiadał Pablord popijając z kubka ciepłą herbatę.
- Gdy obserwowaliśmy to miejsce jakiś czas później widzieliśmy wybuch. Co się wtedy stało? –zapytałem zaciekawiony starym wydarzeniem.
- Całe szczęście nic poważnego. Byliśmy tam we dwóch, ale rozrzuciliśmy flary. Ktoś chyba zastawił jakąś pułapkę na zombie i przez przypadek ją aktywowaliśmy. Był to ładunek wybuchowy, ale zdołaliśmy szybko uciec z miejsca wybuchu. Od tamtej pory uważaliśmy trochę na to co się dzieje – powiedział uśmiechając się -  Swoją drogą gratuluje pracy, dostałeś świetne stanowisko –  dodał.
                Każdy z nas dostał pracę. Józef oczywiście został księdzem ze względu na swoje doświadczenie. Medyk, przyjaciel Łysego, dostał również uprawniony zawód. Zajmował się chorymi i rannymi w lecznicy. Dwójka żołnierzy wydawała się być porządnymi ludźmi. Z tego co słyszałem od jednego z nich stracili jednego z przyjaciół przy Czwartym Posterunku. Rozumiałem jakim bólem musiała być ta strata więc nie pytałem o więcej. Sam sobie wyobrażałem co by się stało gdybym musiał stracić Erniego lub Cinka. Podobny szok zresztą przeżyłem przy stracie Goku i Natalii.
                Dwa dni temu spędziłem trochę czasu z Miczi. Okazało się, że jej droga była najbardziej bolesna. Słyszałem o tym co zrobili jej Dalion oraz jeden z ludzi Łapy. Gdybym tylko mógł ich spotkać to na pewno nie uciekliby, dorwałbym ich i wymierzył sprawiedliwość. Żałowałem, że nie udało się tego zrobić dawno temu, w Królowym Moście.  Gdyby wtedy nie przeszkodziła nam Łapa to wszystko mogłoby się potoczyć zupełnie inaczej.
                Miczi również pochwaliła się, że dostała pracę w biurze. W miejscu, w którym się z nią spotkałem. Miała tam pomagać w paru formalnych sprawach, więc była zadowolona ze spokojnej fuchy. Wiedziałem, że jest osobą dosyć zorganizowaną i niesamowicie odważną, więc patrzyła z uśmiechem na to co nas czekało. A czekało nas jeszcze sporo do zrobienia. Odbicie siostry Łapy, pokonanie Karła, dowiedzenie się co tak naprawdę stało się z Natalią i wiele innych.
                Łowca, który cieszył się z odzyskanej wolności dostał dosyć dziwną pracę. Pomagał przy wzmacnianiu barykad, budowania kolejnych fortyfikacji oraz różnych pracach. Zdziwiło mnie to, że nie dostał się do Czerwonych Flar lub do jakiejś formacji snajperów. Dlatego też nie nosił swojej broni przy sobie, tylko trzymał ją w półce w domu. Co prawda nikt z nas nie nosił tu broni w środku Ostoi, ale to było uwarunkowane tym, że było tutaj po prostu bezpiecznie.
                Wjechałem ręką leniwie pod kołdrę, żeby spotkać się z tym charakterystycznym dreszczem emocji przy dotknięciu ciała Łapy i jak zawsze się nie zawiodłem. Przejechałem delikatnie palcami po jej brzuchu, skręcając między piersiami do szyi. Następnie obróciłem ją w moją stronę i pocałowałem.
- Muszę iść – szepnąłem po cichu.
- Wrócisz tutaj dzisiaj? – zapytała.
- Postaram się – obiecałem wstając i ubierając się.
                Po chwili opuściłem jej mieszkanie i kiwnąłem głową do Łysego, który akurat wchodził do swojego mieszkanka. Żołnierz był cały spocony, widocznie nie zaprzestawał treningu w wolnej chwili. Chciał być w jak najlepszej formie. Schodziłem szybko pokonując po dwa schodki na raz. Gdy byłem już na parterze, przy wyjściu, wpadłem na kogoś. Chociaż byłem tu już tydzień niektóre osoby widziałem po raz pierwszy i to była jedna z nich. Gdy przyjrzałem się odrobinę niższemu ode mnie blondynowi otworzyłem usta z wrażenia. Poznałem te wesołe rysy twarzy i charakterystyczny uśmiech. To był Krystian. Znałem go również z Internetu, ale w przeciwieństwie do Pablorda, widziałem jego zdjęcia wcześniej. On widział mnie też i gdy tylko mnie zobaczył zareagował z równie wielkim zdziwieniem.
- Bobru? – zapytał szokowany, przyjemnym, dźwięcznym głosem.
- Krystek!? Co ty tu robisz? – zapytałem zdziwiony. Krystek pochodził z południa Polski, mieszkał całkiem niedaleko Pablorda i widocznie również wpadł na pomysł dotarcia tutaj.
- A wiesz, trzeba jakoś żyć – powiedział uśmiechając się.
- Jezu stary, naprawdę myślałem, że poza Pablordem i Dziarą nie spotkam tu nikogo znajomego, a tu takie zaskoczenie – powiedziałem przytulając go po przyjacielsku.
- Ha! Może masz ochotę wyskoczyć na jakieś piwko do baru? – zapytał uśmiechając się. Był ubrany w strój roboczy, więc podejrzewałem, że pracuje tak jak Łowca, jako budowniczy.
- Słuchaj teraz trochę się spieszę, ale co powiesz jakbyśmy spotkali się za jakąś godzinkę? W ogóle mieszkasz w tym budynku? – zapytałem.
- Tak. Na drugim piętrze, mieszkanie numer dwadzieścia – powiedział ocierając pot z czoła – To co za godzinkę w barze?
- Jasne – odpowiedziałem z entuzjazmem wychodząc na zewnątrz. Wciągnąłem głęboko powietrze w płuca. Krystek nie był osobą, której się tu spodziewałem, ale cieszyłem się, że udało mu się dotrwać aż tutaj. Zostawiając jednak na razie przyjaciela z tyłu wyszedłem na świeże, chłodne, wieczorne powietrze.  Zacząłem iść powoli w stronę Kwatery Głównej. Miałem nadzieję spotkać tam Erniego. Opowiedział mi on ostatnio jak przeżył drogę z Supraśla do Torunia, ale wciąż nie mogłem się nacieszyć jego obecnością. Był ze mną od samego początku, więc liczyłem na niego, jak na nikogo innego.
                Z ciekawszych osób w Ostoi poznałem prawie każdego z Czerwonych Flar. Nie miałem jeszcze przyjemności poznać dziewczyny o imieniu Agnieszka, która była teraz gdzieś na południu, przy Pierwszym Posterunku, oraz Mpd. Podobno wracał już do siebie, ale utracił rękę, a wraz z tym możliwe, że zostanie pozbawiony statusu Czerwonej Flary.  Pozostali ludzie z zespołu wydawali się być w porządku. Pablord i Dziara byli oczywiście moimi znajomymi, a resztę poznawałem stopniowo. Jonasz wydawał się być wesołym, ale również twardym ocalałym. Otyły mężczyzna świetnie radził sobie z walką wręcz i strzelał z niesamowitą celnością. Poza tym pił za trzech. Filip, który wpadł tutaj parę dni temu aby przekazać raport z Czwartego Posterunku, był trochę cięższy do polubienia. Wydawał się być cholernie ambitny, ale co za tym idzie chamski i zapatrzony w siebie. Mimo tego słyszałem, że jest jednym z bardziej niebezpiecznych ludzi tutaj i zdecydowanie lepiej mieć go po swojej stronie.
                Wiktoria, druga dziewczyna będąca w zespole Czerwonych Flar wydawała się być żywcem wyciągnięta z jakiegoś filmu akcji. Blond włosy spięte w kok, wysportowana sylwetka, szare oczy i bezwzględny wyraz twarzy. Mimo tego była całkiem przyjacielsko nastawiona do reszty. Był jeszcze Maciek. Wydawał mi się być spokrewniony z Mpd, też nieco niezdarny, bardzo gadatliwy i użyteczny bardziej w planowaniu niż w walce. Miał grzywę koloru ciemnego blond i nienaturalnie białe, jak na te czasy, zęby.
                Oprócz Czerwonych Flar, miałem przyjemność, a może i nieprzyjemność poznania Szeryfa. Był on podobnie jak Dziara i Karzeł jednym z najważniejszych mieszkańców Ostoi i utrzymywał porządek wewnątrz obozu. Nie można było robić wielu rzeczy, a sam mężczyzna wydawał się przestrzegać przepisów, które panowały przed wybuchem apokalipsy. Był wysokim brunetem, zawsze noszącym kapelusz i okulary przeciwsłoneczne, ubranym w typowy mundur policyjny, z naszywkami T.O.O. Sprawiał wrażenie dobrego człowieka, chociaż czasami ciężko było znosić jego dziwactwa. Dwa dni temu wyprowadzał pijanych ludzi z baru, gdy ci nie dali chodzić o własnych siłach. Co jednak było najgorsze zamiast prowadzić ich do domu, zabierał ich do izby wytrzeźwień.
                Ryszard był chyba najmilszy z wszystkich dowódców barykad, no może nie licząc Giganta, który dostał fuchę dowódcy północnej barykady.  Szedłem dalej, wkraczając powoli w ciemną strefę miasta, gdzie z tego co wiedziałem były wieczne problemy z latarniami. Zajmował się nimi elektryk Edek. Starszy facet z siwym wąsem, był bardzo przyjemny i po prostu można go uznać za stereotypowego staruszka. Opowiadał mi ostatnio przez godzinę, co się dzieje z tymi latarniami i gdyby nie wezwanie od Karła w tamten dzień to prawdopodobnie męczyłby mnie przez kolejne parę godzin.
                Karzeł był pod moją stałą obserwacją. Dziara nie wyjawił nam jeszcze szczegółów planu, ale chciałem na własną rękę ocenić czy rzeczywiście Karzeł był takim człowiekiem, za jakiego go uważał dowódca Czerwonych Flar. W sumie poza paroma decyzjami, których ja bym nie podjął nie zauważyłem w jego zachowaniu nic dziwnego. Miałem nadzieję, że Dziara nie będzie nas dłużej trzymał w niepewności i dzisiaj zdradzi nam, co mamy robić dalej.
                Gdy dotarłem pod drzwi kwatery otworzyłem je bez pukania własnym kluczem. Wszedłem do środka i zobaczyłem przy tym samym stole, co ostatnio, cztery osoby. Oprócz Dziary, Erniego i Pablorda był tu jeszcze Jonasz. Przywitałem się z wszystkimi i zaczęliśmy zebranie.
- Wszyscy gotowi? – zapytał Dziara – Nie zajmę wam dzisiaj dużo czasu. Po prostu mam do przekazania parę informacji. W ogóle jak ci się podoba praca Czerwonych Flar Bobru? – zapytał mnie.
- Jestem dumny z tego, że dołączyłem do tej grupy – odpowiedziałem klepiąc się ochoczo po flarze, która ciążyła mi w kieszeni spodni.
- Teraz w końcu zobaczysz jak wygląda nasza praca na zewnątrz – wtrącił się Pablord uśmiechając się od ucha do ucha.
- Na zewnątrz? – spytałem.
- Tak. Wysyłam was do Trzeciego Posterunku. Ciebie, Pablorda, Jonasza i Wiktorię. Musicie mi zdać raport, bo tamci ostatnio nie odzywają się do nas i obawiam się, że Gang mógł ich zaatakować i przejąć – wyrzucił z siebie Dziara bawiąc się nożem motylkowym w rękach.
- To daleko stąd? – zapytałem z zainteresowaniem.
- Niecałe sto kilometrów. Posterunek znajduje się pod Grudziądzem. Zobaczycie czy wszystko jest ok i wracajcie – rozkazał Dziara.
                Cała nasza trójka przytaknęła.
- Co do ciebie Erni, to kiedy zamierzasz wyjechać? – zapytał Dziara.
- Za dwa dni z rana. Mam jeszcze parę spraw do załatwienia, muszę przepakować autobus i zebrać osoby. Oprócz Cinka wezmę jeszcze kogoś, bo ostatnim razem było zbyt niebezpiecznie. Mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko? – powiedział Erni.
- Spoko. Jeżeli potrzebujesz dwóch osób do pomocy to nie ma problemu, tylko nie bierz nikogo z Flar. Potrzebuje ich na miejscu – stwierdził tajemniczo czarnowłosy.
- Jasne, może wezmę kogoś z Królowego Mostu, jeszcze zobaczę – odpowiedział Kiciuś.
- Świetnie, najważniejsze ustalone teraz tylko jeszcze parę ogłoszeń – zrobił pauzę, żeby popić whisky ze szklanki – Karzeł prosił was żebyście wpadli do niego jutro w południe. To coś związanego z tym kanibalem, który jest w uwięzi od jakiegoś czasu.
Czyżby miał coś do powiedzenia? Jakub odkąd został zamknięty nie chciał nic mówić. Powtarzał tylko, że to nie on zabił Natalię. Byłem ciekaw co powie teraz.
- Dobrze – odpowiedziałem razem z Kiciusiem.
- Dodatkowo jutro prawdopodobnie odzyskamy Mateusza. Filip go tutaj podrzuci, razem z ludźmi, którzy zostali tam przy ostatniej wyciecze Zbłąkanego Ocalałego. Chyba wiesz o kim mowa, co Erni? – zapytał Dziara.
- Tak. Został tam taki staruszek i dziewczyna, bodajże Klaudia.
- Świetnie. To tak na odchodne powiem tylko, że to o czym rozmawialiśmy podczas twojej pierwszej wizyty tutaj Bobru zaczyna się rozwijać – powiedział tajemniczo, żeby nie zdradzać planu w obecności Jonasza.
- Szefie mam jeszcze pytanko – zapytał właśnie on – Co z Agnieszką? Nie powinna już wrócić?
- Spokojnie, to duża dziewczyna poradzi sobie – odpowiedział – Jak nie odezwie się przez parę dni to wyśle kogoś na Pierwszy Posterunek. A teraz idźcie już. Przed wami sporo pracy! – powiedział po czym odwrócił się plecami i poszedł sobie nalać więcej alkoholu. Odwróciliśmy się i opuściliśmy Kwaterę Główną. Kiciuś powiedział coś o tym, że musi przygotowywać swoje sprawy i ruszył na południowy wschód, do garaży. Jonasz wrócił na strefę mieszkalną, a ja zacząłem powoli iść na zachodnią stronę Ostoi, gdzie miałem spotkać się z Krystkiem. Zaproponowałem Pablordowi, żeby poszedł ze mną.
                Gdy szliśmy i z ciemnych uliczek dostaliśmy się na te oświetlone zapytałem go o coś, co nurtowało mnie od jakiegoś czasu, gdzieś w głębi umysłu.
- Czy myślisz, że to co robi Dziara jest dobre?
Mój towarzysz przez chwilę szedł w milczeniu jakby nie usłyszał pytania. Nagle jednak odwrócił się twarzą w moją stronę i powiedział.

- Nie.

czwartek, 2 października 2014

Rozdział 25: Najsilniejszy Ocalały

Rozdział 25, finał drugiego tomu. Zdecydowałem się na zabieg trzech perspektyw w jednym rozdziale, żeby pokazać emocje i to co się dzieje z bohaterami w momencie spotkania, ale też innych wydarzeń. Mam nadzieję, że udało mi się was zaskoczyć i po przeczytaniu ostatniego zdania złapiecie się za głowę i przez parę minut znikniecie ze świata w myślach o tym co właśnie się stało :) Po przeczytaniu standardowo proszę o komentarz i rozesłanie bloga znajomym. Szczególnie o komentarz, bo w ten finał wrzuciłem o wiele więcej akcji niż w zakończenie tomu pierwszego. Tom trzeci powstanie wkrótce. Wypatrujcie informacji :)

----------------------------------------------

Rozdział 25 (Bobru, Miczi, Natalia): Najsilniejszy ocalały


Bobru
                Toruń. Cel naszej podróży odkąd znaleźliśmy ruiny czegoś, co kiedyś nazywaliśmy domem – obozu w Królowym Moście. Czułem się dziwnie w końcu stojąc tutaj na miejscu, ale cieszyłem się z tego, że dotarłem do Ostoi z wieloma osobami, na których mi zależało. Ruszyliśmy ramię w ramię z człowiekiem z barykady, który przedstawił mi się jako Ryszard. Rysiek opowiedział szybko, że jest jednym z dowódców barykad i wszystkich, którzy tu przyjeżdżają prowadzi do biura Karła.
                Odwróciłem się na chwilę, żeby zobaczyć barykadę z drugiej strony i wciąż stojących na niej ludzi. Brama była już zamknięta, więc nie miałem okazji zobaczyć drogi, którą się dostaliśmy. Poświęciłem chwilę, żeby spojrzeć na każdego, kto był dla mnie na tyle wielką podporą, żeby pomóc mi się tu dostać. Zacząłem od Cinka, który szedł z uśmiechem na twarzy, obdarty i brudny po trudach drogi, ale szczęśliwy. Za nim szła Łapa oraz Jakub. Ostatnio dużo czasu spędzali na rozmowach ze sobą, nie wiedziałem jaki był tego cel, ale cieszyłem się, że udało się im dogadać. Dalej nieco zmartwiony szedł Sołtys, który starał się jako jedyny racjonalnie patrzeć na miejsce, w którym się znajdował. Obawiał się, że coś pójdzie nie tak. Oprócz tego była jeszcze Magda, która trzymała za rączkę Martę. Została poprowadzona na bok przez jednego z ludzi Ryszarda, aby odprowadzić dziewczynkę do szpitala. Obiecała dołączyć do nas jak najszybciej.
                Z tego co widziałem prowadzono nas na północ Ostoi. Cały kompleks był zbudowany dosyć ciekawie. Uliczki przecinały się w układzie szachownicy, której liniami były budynki. Wyjątkiem było centrum, które znajdowało sią na lewo od nas. Stała tam duża katedra, która znajdowała się na sporym placu. Dookoła znajdowały się cztery duże budynki, które wyglądały na budynki mieszkalne. Były duże i składały się z zabudowań, połączonych w jedną, większą konstrukcje.   Na uliczkach pobocznych, takich jak ta, na której się znajdowaliśmy, było trochę inaczej. Większość  budynków była zabarykadowana, ale niektóre były otwarte i byli w nich ludzie. Wszystko przypominało stan sprzed wybuchu apokalipsy zombie.
                Dodatkowo, to na co należało zwrócić uwagę to prąd. W całym obozie świeciły się latarnie i lampki w budynkach. Gdzieś tutaj musiały być generatory.
- Właściwie co to oznacza, że się nas spodziewaliście? – zapytałem.
- Wybacz, ale nie mogę nic więcej teraz powiedzieć. Po prostu musicie mi zaufać i dać się doprowadzić do dowódcy – powiedział Rysiek uśmiechając się do mnie.
- Czy jest tu ktoś jeszcze z moich ludzi? – zapytałem – Chciałbym też wiedzieć czy są tu może tacy trzej chłopacy. Kiedyś się z nimi tutaj umawiałem i chciałem…
- Spokojnie. Wszystko w swoim czasie Bobru – powiedział Rysiek po czym przyspieszył.
                Z tego co się dowiedziałem do Ostoi było sześć wjazdów – trzy od wschodu i po jednym z pozostałych stron świata. Na północy znajdował się też dom dowódców tego miejsca oraz organizacji, która nas szukała, „Czerwonych Flar”. Oznaczało to, że prawdopodobnie znajdziemy tutaj Łowcę, co ucieszyło mnie jeszcze bardziej. Pozostawałem jednak wciąż ostrożny i cieszyłem się, że nie zabrali nam broni. Północna strona Ostoi była słabiej oświetlona. Było tu miejscami ciemno i nie wiedziałem czy ten zabieg został przeprowadzony w celu nadania miejscu mrocznego klimatu, czy zwyczajnie pozostałe latarnie nie działały.
                Nie mogąc ogarnąć tego wzrokiem podczas tempa marszu narzuconego przez Ryszarda przyspieszyliśmy. Miałem nadzieję, że jeszcze zdążymy się tu porozglądać.  Gdy podeszliśmy pod niski dwupiętrowy budynek, który kiedyś musiał być kancelarią prawną, stanęliśmy. Rysiek zapukał do środka. Poczekaliśmy chwilę w ciszy z rosnącym napięciem, gdy usłyszeliśmy kroki ze środka. Drzwi otworzyły się szeroko i stanął w nich gruby mężczyzna.  Miał podwójny podbródek i tłuste włosy koloru słomy, sięgające do barków. Jego twarz pokrywał delikatny zarost, a oczy wyglądały jak dwa małe szmaragdy. Na prawej ręce miał tatuaż przedstawiający kotwicę. Odezwał się i usłyszeliśmy jego niski, przyjemny głos.
- Rysiek? Kogoś sprowadził? – spytał obserwując nas bacznie.
- Oni muszą się spotkać z szefem. Są z Królowego Mostu – odpowiedział Rysiek.
- Kolejni? Czy to jakaś zaplanowana akcja, że oni tu przyjeżdżają grupami co parę godzin? – zapytał mężczyzna.
- Są tu inni z Królowego Mostu? – zapytałem nie wytrzymując już tej nutki tajemniczości.
- Jasne chłopie! Przyjechało tu ich sporo – powiedział uśmiechając się -  Jestem Jonasz. Idźcie już bo przeciąg się robi!
                Uścisnąłem dłoń, którą mi podał po czym wszedłem do środka. Był to typowy biurowiec, zamiast ścian było tu dużo szyb. Cały budynek prezentował się całkiem ładnie. Ryszard wskazał nam schody na piętro.  Już stąd widziałem chodzących tutaj ludzi. Siedzieli za biurkami i najnormalniej w świecie robili jakąś papierkową robotę. Było to dosyć zaskakujące, nie myślałem, że kiedykolwiek zobaczę coś w tym stylu. Zacząłem się wspinać na schody myśląc o słowach Jonasza.  Dużo osób z Królowego Mostu tutaj? Jakim cudem? Czyżby jechali za nami? Przecież Cinek i Kiciuś wiedzieli tylko o planach jazdy do Torunia, a jeden był ze mną, a drugi nie żył.
                Z ekscytacją wbiegłem na piętro i zobaczyłem tutaj jeszcze więcej szyb. Był tu jeden korytarz i za tym pomieszczenie. Na korytarzu siedziało paru ludzi, tak samo jak w środku. Nie rozpoznałem w tym przedsionku jednak nikogo. Siedział tutaj ciemnej karnacji mężczyzna z czarnymi dłuższymi włosami i brodą, był smutny, oraz mężczyzna w podobnym wieku, który miał włosy związane w kuc i kozią bródkę oraz haczykowaty nos. Obaj spojrzeli na naszą grupę. Ryszard też się zatrzymał i odwrócił.
- Bobru najlepiej jakbyś wszedł tam sam, ewentualnie z jedną osobą – powiedział.
- Wezmę Cinka – powiedziałem bez zastanowienia.
- Chwilka ty jesteś Bobru? – zapytał mężczyzna o ciemniejszej karnacji.
                Zastanawiało mnie skąd wszyscy mnie znali i co tu się właściwie dzieje, ale po prostu dostosowałem się.
- Tak… Znamy się? – zapytałem.
- Ty mnie nie znasz, ale słyszałem o tobie. Podróżowałem tu z twoimi znajomymi. Natalia i Gigant oraz Monika – powiedział uśmiechając się szeroko – Swoją drogą jestem Józef.
- Monika? – wtrąciła się Łapa.
- Natalia i Gigant? Są tutaj? – zapytałem podekscytowany zapominając powoli o tym, że dowódca Ostoi czeka na mnie.
- Są w Ostoi, ale nie ma ich w tym miejscu. Rób co musisz, później porozmawiamy -  odpowiedział Józef po czym odwrócił się w stronę Łapy – Tak Monika, taka mała, ładna. W sumie całkiem podobna do ciebie. Znałaś ją?
- Co masz na myśli mówiąc znałaś? Jestem jej siostrą. Gdzie ona jest?
- Przykro mi… Została porwana w drodze tutaj. Nie wiem gdzie teraz jest – odpowiedział cicho Józef.
Ledwo zdążyliśmy złapać Łapę, która z gniewem rzuciła się na mężczyznę. Przytrzymaliśmy ją i chcieliśmy uspokoić, ale ta tupnęła i ze złością zbiegła po schodach. Jakub za nią pobiegł mówiąc, że się tym zajmie po czym również zniknął zbiegając w dół. Nie wiedziałem co o tym myśleć, ale nie miałem teraz czasu za nią biec. Musiało być to ciężkie dla Łapy i musiałem z nią o tym pogadać jak ją znajdę.
                Ciesząc się z tego, że Natalia i Gigant tu są wszedłem do pomieszczenia z uśmiechem na twarzy. Cinek wszedł za mną. Zobaczyłem cztery krzesła. Gdy podszedłem z Cinkiem bliżej zamarłem. Całkowicie zamarłem.  Na pierwszy krześle siedział Łowca. Był w dobrym stanie, trochę wychudzony i potargany, ale wolny i żyjący. Obok siedział dosyć niski mężczyzna, który był prawie łysy. Miał bardzo krótkie włosy. Oprócz tego miał zwyczajną twarz, chociaż nad lewym okiem miał dosyć obszerną bliznę, wyglądającą na ślad po cięciu. Na lewej ręce miał tylko cztery palce. Dodatkowo był ubrany w trochę zmodyfikowany strój ludzi z Toruńskiej Ostoi, co świadczyło o jego randze. To co jednak najbardziej mnie zaskoczyło to dwa ostatnie krzesła. Na jednym siedziała Miczi, a na drugim Kiciuś.
                Nie wiedziałem kompletnie co powiedzieć i nim zdążyłem zareagować byłem w serdecznym, przyjacielskim uścisku z Ernim. Jakim cudem on przeżył to piekło? Jak on się znalazł tutaj? Tyle pytań wciąż zostawało bez odpowiedzi. To było tak niesamowite, że brakowało mi słów i poczułem łzy radości napływające do moich oczu. Dwa tygodnie temu widziałem go ostatni raz. Nieznajoma i Łapa mówiły, że zombie go otaczają. Jak on to przeżył? Wydawało się, że byliśmy w uścisku długi czas, ale jednak nie minęła nawet chwila, nim Kiciuś puścił mnie i podbiegł do Cinka, a ja stanąłem przed Miczi.
                Wyglądała niby tak samo jak za czasów Królowego Mostu, ale mimo to była inna. Po prostu inna. Przytuliliśmy się. Otarłem oczy i odwróciłem się w stronę Kiciusia. Ważne było dla mnie, że to wszystko zaczęło się układać. Jakimś cudem wszyscy dotarli tutaj. Wszyscy najważniejsi.  Po chwili przywitań odwróciłem się w stronę mężczyzny, którego nie znałem i stanąłem przed nim. Gdy ten wstał sięgał mi jedynie do szyi. Nie wydawał się przez to jednak mniej groźny. Był przez to jeszcze groźniejszy i bardziej tajemniczy.
                Wyciągnął on do mnie rękę, którą uścisnąłem. Miał mocny chwyt.
- Witaj Bobru. Jestem Wojciech. Oczekiwaliśmy ciebie – powiedział wesołym, ale spokojnym głosem.
Miczi:
                Cieszyłam się, że zobaczyłam Bobra i Cinka. Na korytarzu zauważyłam też z daleka Sołtysa, ale teraz nie było czasu, żeby do niego wyjść. Co prawda przybyliśmy tu wczoraj i poznałam już Dziarę i Karła, ale ten drugi poprosił mnie, abym była dzisiejszego wieczora właśnie tutaj. Zdążyłam się trochę zaaklimatyzować z otoczeniem i szczerze powiedziawszy podobało mi się tu. Ludzie mieszkający w Ostoi i pracujący w tym miejscu byli całkowicie normalni, jakby zapomnieli już, że za murami dzieje się piekło, a z kolei osoby odpowiedzialne za ochronę tego miejsca zdawały się twarde i niepokonane.
                Gdy wczoraj tu dojechaliśmy okazało się, że grupa Natalii już tu jest. Spotkanie Giganta oraz jej było czymś niesamowitym, tak samo jak teraz spotkanie Bobra i Cinka. Wczoraj jednak nie było czasu na dłuższe rozmowy jak w Królowym Moście, bo byliśmy lokowani w jednym z domów. W Ostoi były takie cztery i zamieszkaliśmy w tym opatrzonym numerem trzecim. Oprócz mnie i Dymitra oraz ludzi z grupy Natalii mieszkało tam około trzydziestu innych osób, ale całe szczęście załapaliśmy się na zasiedlanie czwartego piętra budynku i nie mieszkał tam jeszcze nikt oprócz nas. Dlatego gdy sytuacja się uspokoiła wszyscy spotkaliśmy się w jednym pokoju. Miałam okazję poznać ludzi, którzy podróżowali tutaj z moimi przyjaciółmi. Porozmawiałam o tym co przeżyłam i usłyszałam wersję Natalii. Dodatkowo poinformowałam o śmierci Szpiega, co Gigant przyjął z dużym szokiem, co było po nim widać. Byli w końcu kumplami i to naprawdę dobrymi. W oko wpadł mi starszy mężczyzna, który przed wybuchem apokalipsy był egzorcystą. Siedział teraz na korytarzu, podczas naszej rozmowy i najwidoczniej czekał na przebieg zdarzeń.  Mieliśmy dzisiaj stawić się tutaj jak najliczniej, ponieważ dzisiaj Karzeł miał podjąć decyzję o tym co się z nami stanie. Gdybym wiedziała, że to będzie się wiązało ze spotkaniem Bobra to nie przespałabym nocy. Od dwóch tygodni moim celem było znalezienie każdego żywego ocalałego, a teraz wszyscy byli tutaj. No może oprócz pojedynczych osób. Natalia była teraz w domu, Gigant miał zaraz tu przyjść, a dwaj żołnierze oraz ranna kobieta z konwoju Natalii przebywali w szpitalu. Pablord z kolei poszedł zdać raport przed Dziarą z tego co przeżył w ostatnie dni.
                Z myśli wybił mnie wstający mężczyzna z jednym okiem, który znał Bobra. Wstał i przywitał się z nim serdecznie pytając o jakiś karabin snajperski. Nie wiedziałam co się dzieje, więc siedziałam tylko cicho i obserwowałam całą sytuację.
- Bobru zanim powiem ci po co tu was wszystkich sprowadziłem chciałbym dać ci możliwość zadania nurtujących cię pytań – powiedział Wojtek i usiadł. Wszyscy pozostali również zajęli swoje miejsca.
                Widziałam na twarzy Bobra wyraz zamyślenia. Pewnie tak samo jak ja miał mnóstwo pytań i nie wiedział, które zadać na początek. Jego twarz również się zmieniła. Największym zaskoczeniem był zarost, Bobru wyglądał w nim bardziej dziko i obco, ale wiedziałam, że za włosami kryje się ten sam człowiek.
- Nie wiem jak mam ci podziękować… zebrałeś tu moich ludzi i towarzyszące im osoby, ale nurtuje mnie jedno – tutaj zrobił efektowną pauzę budującą klimat rozmowy – Po co? Co jest we mnie takiego wyjątkowego?
Karzeł zaśmiał się wesoło po czym spojrzał Bobrowi prosto w oczy.
- Co jest w tobie takiego wyjątkowego? Właściwie z początku myślałem, że nic, ale zbudowałem ten obóz z kimś kto cię znał i powiedział, że nie będzie między nami żadnej współpracy jeżeli nie będzie cię tutaj – zaczął Wojtek – Jednak gdy dotarł do nas Erni – skinął ręką na siedzącego obok mnie Kiciusia – to wiedziałem, że nie jesteś pierwszym lepszym ocalałym. Sam fakt, że przeżyłeś już taki okres czasu robi z ciebie i twoich ludzi coś… wyjątkowego! – ostatnie słowa wręcz wykrzyknął. Był dosyć żywym człowiekiem, który zawsze starał się pomagać innym.
- Byliśmy po prostu grupą ocalałych… - zaczął Bobru.
- Mało kto przeżył. Oprócz Torunia są jeszcze jakieś małe obozy czy pojedyncze przypadki, ale nie jest łatwo. Znasz odpowiedź na to pytanie, czy masz jeszcze jakieś? – zapytał Wojciech.
- Czego chcecie od Łowcy? Czy jeżeli będzie taka potrzeba pozwolisz nam odejść? – zapytał znowu Bobru, śmiertelnie poważnie.
                Uśmiech zniknął z twarzy Karła, ale tylko na chwilę.
- Oczywiście. Nikt kto tu jest, nie ma obowiązku tutaj być, oprócz naszych wrogów. A za takich was nie uważam – powiedział jakby do wszystkich.
- Co z innymi, którzy przetrwali? Ludzie z Królowego Mostu. Jest tu ich dużo? – zapytał Bobru.
- Zobaczysz się z nimi po tej rozmowie – odpowiedział z automatu Wojciech.
- Czego od nas oczekujesz? – zaatakował kolejnym pytaniem Bobru.
- Współpracy – odpowiedział wyniośle Karzeł po czym zrobił krótką przerwę -  Tylko współpracy. Chcę odbudować cywilizacje! Mamy tutaj wszystko czego potrzeba – własne generatory, farmy jedzenia, hodowle zwierząt oraz broń i amunicję. Jeżeli trupy miałby codziennie atakować nas bez przerwy przetrwalibyśmy wiele miesięcy, ale chcę żeby było jeszcze lepiej. Dlatego zaufałem osądzie twojego przyjaciela i sprowadziłem tutaj, każdego kogo spotkałem i kto był kojarzony z listą Ernesta – zakończył z dumą.
                Bobru zamilkł. Myślał, to było widać. Rzucił krótkie spojrzenia na każdego z nas po czym spojrzał na Karła.
- A więc jaka jest twoja oferta? – zapytał.
- Moja oferta to dołączenie ciebie i twoich ludzi do moich szeregów, rozdanie im zadań i zbudowanie nowego świata – odpowiedział, ważąc każde słowo, Wojciech -  Teraz ja chcę cię o coś zapytać. Czy zgadzasz się na to?
                Cisza, która zapadła w pokoju była jeszcze dłuższa od poprzedniej. Gdy w końcu odezwał się Bobru wszyscy wydali się wypaść z transu myśli, który pojawił się gdy wszystko ucichło.
- Zgadzam się – odpowiedź była krótka, ale nigdy nie słyszałam takiej pewności w głosie Bobra. Był przekonany tego czego chcę dla swoich ludzi i właśnie dzięki takim decyzjom traktowaliśmy go jak naszego przywódcę. Na twarzy Karła pojawił się szeroki uśmiech. Podrapał się on po bliźnie nad lewym okiem po czym wstał i uścisnął rękę Bobra.
- To świetny wybór – powiedział  po czym odwrócił się do reszty -  Teraz jeżeli mógłbym was na chwilę przeprosić, chciałbym zamienić z Bobrem kilka słów. Możecie się rozejść. Ty Kiciuś kieruj się do naszej Kwatery Głównej. Tam ustalimy wszystkie pozostałe szczegóły.
                Nie było nawet słowa sprzeciwu. Widocznie każdy obawiał się trochę człowieka, który rządził okolicznymi ludźmi, a na dodatek był kimś obcym. Gdy wyszłam na korytarz podeszłam do Sołtysa i przytuliłam się do niego.
- Przeżyłaś dziewczyno! – powiedział wesoło. Jego uśmiech, skryty w gęstwinach brody, sprawiał, że naprawdę chciało się żyć.
- Ty też staruszku! Wszystko w porządku? – zapytałam uśmiechając się.
- W jak najlepszym. Chociaż jestem zmęczony podróżą, ale patrząc na te wszystkie osoby, których już miałem nigdy więcej nie zobaczyć moje serce się raduje – powiedział tarmosząc się za brodę.
- Ktoś jeszcze z Królowego jest z wami? – zapytałam zaciekawiona.
- Tak jest jeszcze Łapa. Reszta nie miała tyle szczęścia. Opowiem ci przy okazji, teraz chcę tylko dostać się do tych domów, o których tyle słyszałem. Jeżeli będzie tam łóżko i woda to poczuje się jak nowo narodzony! – odpowiedział Sołtys.
                Zauważyłam, że na piętro wszedł Gigant, który usiadł na jednym z krzesełek czekając na Bobra. Dalej nie wydawał się zbyt wesoły, ale jak zauważył Sołtysa i Cinka to podbiegł i przywitał się z nimi. Reszta zaczęła powoli iść w stronę wyjścia, gdzie stał Jonasz. Zbierał on grupę, którą miał zaprowadzić do domów i przydzielić pokoje tym, którzy jeszcze ich nie mają. Ja postanowiłam się jeszcze przejść po okolicy zanim wrócę do pokoju. Ostoja była pięknym i zadbanym miejscem, a niektóre uliczki były naprawdę klimatyczne.
                Opuściłam budynek i idąc w przeciwną stronę niż grupa przeszłam się na południe. Był tam punkt widokowy skąd było widać most oraz rzekę Wisłę. Spędziłam tam około piętnaście minut, myśląc o szczęściu, które mnie spotkało i odhaczając na swojej „liście” kolejne wykonane zadanie. Zastanowiłam się co mogłoby być kolejnym i od razu zrobiło mi się smutno, gdy pomyślałam o Dalionie. Złość na niego nie minęła, ale przerażał mnie fakt, że on jest tam gdzieś i prawdopodobnie stał się jeszcze gorszym człowiekiem. Nie mogłam się doczekać spotkania go pewnego dnia i zapłacenia mu za to co mi zrobił.
                Z myśli wyrwał mnie patrol straży Ostoi, który kazał mi zmykać do strefy mieszkalnej, bo tutaj planowali coś robić. Tak więc zabierając się z powrotem ruszyłam. Nie znałam jeszcze Ostoi za dobrze, chociaż orientowałam się mniej więcej jak dojść z jednego punktu do drugiego. Gdy skręcałem już przy jednym z wschodnich wjazdów na główny plac zauważyłam Natalię. Szła w moim kierunku, prawdopodobnie usłyszała o tym, że Bobru tu jest i chciała go spotkać. Zaczekałam aż do mnie podejdzie.
- On tu jest prawda? – zapytała.
- Jest. Zaprowadzić cię do biura? – zaproponowałam.
- Dam… dam radę. Po prostu… jezu jak się denerwuje. Szok po tym jak zobaczyłam ciebie i Kiciusia, a teraz oni. Wszyscy dotarliśmy tutaj i jesteśmy bezpieczni. Czy to nie niesamowite? – zapytała.
- O tak. Teraz zaczną się zupełnie nowe czasy. Zaczyna się coś nowego – powiedziałam odchodząc powoli – Powodzenia Natalio – powiedziałam po czym odwróciłam się do tyłu idąc w stronę budynków mieszkalnych.
Natalia:
                Denerwowałam się. Spotkanie Kiciusia i Miczi to był szok, ale dalej czułam, że to nie wszystko. Bobru był w pobliżu, tak jak zapowiadał to mężczyzna bez oka. Teraz miałam go zaraz zobaczyć. Nie wiedziałam co powiedzieć dokładnie. Ciężko mi było na czymkolwiek się skupić.  Przez to nie potrafiłam znaleźć się w Ostoi i zamiast do biur doszłam na północny kraniec obozu. Był on dwie uliczki nad Placem Głównym i znajdowało się tu jedno z wejść, ogromna szklarnia połączona z farmą, parę budynków oraz Kwatera Główna. Tutaj mieszkały najważniejsze osoby w Toruniu. Czy Bobru też tu zamieszka jako jeden z dowódców pewnego dnia? Byłam o tym przekonana.
                Trafiłam jednak na złą uliczkę i zastanawiając się jak dostać się stąd do biur przystanęłam na tyłach posiadłości, w której urzędował Karzeł oraz Czerwone Flary. Już miałam skręcać w jedną z prawych uliczek gdy usłyszałam dźwięk ciężarówki. Schowałam się w kącie w ostatniej chwili, tak żeby mnie nie zauważyła. Na ulicy było już pusto przez dosyć późne godziny i fakt, że po tej uliczce nie powinni chodzić zwykli mieszkańcy. Nie miałam teraz jednak innego wyboru niż przeczekanie, aż wóz pojedzie. Obserwując z zaciekawieniem jak wjeżdża na tyły Kwatery Głównej, do ogródka, patrzyłam.
                Kierowca wysiadł trzaskając drzwiami. Pojazd był zaparkowany w ogródku, tyłem do posiadłości. Mężczyzna podszedł do ładowni i otwierając drzwi krzyknął coś i klepnął dwa razy w blachę, wytwarzając charakterystyczny dźwięk. Nagle usłyszałam drugi blisko mnie i zamarłam. Dopiero teraz zauważyłam, że przy murach otaczających budynek, po drugiej stronie uliczki stoi jakaś jasnowłosa dziewczyna. To, że jest to dziewczyna zauważyłam dopiero po chwili, bo włosy miała krótkie, nie sięgały nawet do ramion. Nie widziała mnie, a ja nie miałam pojęcia, kto to jest. Nie mógł to być nikt z Kwatery Głównej, bo siedziała schowana jak ja.
                Kierowca wszedł do Kwatery na tyłach i zniknął mi z wzroku, ale zobaczyłam, że z ładowni wychodzi kolejny mężczyzna. Mało nie krzyknęłam z rozpaczy, gdy zobaczyłam, kto to jest. Był to bowiem Jan. Pomimo średniego oświetlenia uliczki, tyły Kwatery były dobrze oświetlone i doskonale widziałam to co się dzieje na podwórku. Co robił tutaj dowódca Gangu? Myślałam, że są wrogami ludzi z Torunia, ale on stał tutaj teraz i kierował swoje kroki w stronę Kwatery Głównej. Przetarłam oczy z niedowierzaniem. To był on, byłam tego pewna. Gdzie była Młoda? On stał za jej porwaniem, więc musiała być gdzieś w okolicy. Jan bowiem nie wyglądał na kogoś, kto jest uwięziony. Szedł z uśmiechem na ustach i bronią za pasem. Na ręce miał zawiązaną bandanę.
                Wiedziałam, że muszę o tym komuś powiedzieć. Wtedy zdałam sobie sprawę, że kobieta stojąca przy murze zauważyła mnie i zaczęła uciekać. Chciałam ją zatrzymać i zapytać czy wie co tu się dzieje, ale ta zniknęła szybko uliczkę dalej. Pobiegłam za nią będąc bombardowana przez różne myśli. O co tu właściwie chodziło? Gdy skręciłam w kolejną uliczkę zauważyłam, że ta również jest nieoświetlona. Poczułam dreszczyk strachu, ale pamiętałam, że to miejsce jest bezpieczne i pełno tu moich przyjaciół. Rozejrzałam się po okolicy starając się dostrzec blondynkę, którą przed chwilą widziałam, ale nie mogłam jej zauważyć.
                Wystraszona coraz bardziej całą sytuacją, zaczęłam iść przed siebie. Musiałam jak najszybciej znaleźć Bobra lub kogokolwiek i porozmawiać o tym co widziałam i o wielu innych rzeczach. Starając się trochę uspokoić przyspieszyłam kroku. Minął mnie oddział straży, który patrolował tą uliczkę i poświęcił latarkami po mojej osobie. Gdy mnie zidentyfikowali, kiwnęli tylko głowami i poszli dalej. To mnie całkowicie uspokoiło. Zobaczyłam światło jednej z głównych ulic przed nami i ruszyłam tam żywym krokiem.
                Myślałam o tym co właśnie zobaczyłam i byłam pewna, że znajdzie się jakieś racjonalne wyjaśnienie tego co widziałam. Przecież był tutaj Karzeł, Dziara i wszyscy, to nie możliwe, żeby coś było nie tak. Ludzie wydawali się spokojni, a zombie były najmniejszym problemem, utrzymywanym przez drogowe barykady i inne fortyfikacje. Wtedy usłyszałam z jednej z uliczek na lewo ode mnie głos. Nie był skierowany do mnie, ale wydawał się znajomy.
- Dziewczyno oddaj mi te nożyce, albo nawet Bobru ci nie pomoże! – krzyknął na tyle głośno, że zdołałam zrozumieć wszystko. Głos był niski i ochrypły i wtedy jeszcze nie zdałam sobie sprawy, że znam go, bardzo dobrze. Słysząc jednak słowo „Bobru” zatrzymałam się i z zainteresowaniem spojrzałam na jeden z zaułków, w którym coś się działo. Było tam widać światło latarni, więc bez większych obaw skręciłam.
                Nagle z uliczki obok wybiegł mężczyzna. Zauważył mnie natychmiast, staliśmy niecałe dziesięć metrów od siebie. Rozpoznałam go natychmiast i kolana się pode mną ugięły ze strachu. Chciałam krzyknąć, ale głos we mnie zamarł. Przede mną stał kanibal. Ten sam, który pozbawił życia Najmłodszego oraz Przystojnego. Stał i wpatrywał się w moją stronę z nieukrywanym zdziwieniem.
- Co? – zapytał nie wiadomo czy mnie czy sam siebie. Zrobiłam krok w tył, ale emocje nie wytrzymały. Przełamały strach.
- Ty pieprzony kanibalu! – krzyknęłam wyjmując pistolet, który miałam przy sobie i celując w stronę staruszka, który nie wiedząc co robić drżał odrobinę.
- Uspokój się dziewczyno. Było minęło. Jesteśmy teraz tutaj, Ostoja daję drugą szansę prawda? – powiedział szczerząc się.
- Zapłacisz mi za to co zrobiłeś śmieciu – powiedziałam odzyskując pewność siebie. W końcu to ja miałam broń, a staruszek, nawet tak dziki jak ten, nie miał szans mnie zaskoczyć.
- O ty też? – zapytał nagle robiąc na twarzy dziwny grymas. Czyżby dopiero mnie zauważył? O co mu chodziło? Dowiedziałam się po chwili. Usłyszałam tylko jeden głośniejszy krok i próbowałam się odwrócić, kiedy poczułam ostre uderzenie w moje plecy. Jęknęłam z bólu i próbowałam się odwrócić, ale atak ponowił się. Kolejne dźgnięcia lądowały w moim ciele, a ja powoli traciłam przytomność. Nawet nie wiem kiedy znalazłam się na kolanach na ziemi. Widziałam twarz kanibala i malujące się na nim przerażenie. Widziałam jak biegnie w moim kierunku, ale po chwili wszystko wydawało się być zbyt rozmazane. Pomyślałam o Bobrze i o wszystkich. Nikt nie był tu bezpieczny. Piorunujący, niewyobrażalny ból w plecach zaczął mijać. Zastąpił go stan dziwnej błogości. Czy ja umierałam?
                Nagle usłyszałam w uchu głos. Kobiecy głos. Był cichutki, ale przerażający. Wyjęty prosto z moich koszmarów. Znałam go równie dobrze, jak głos Jakuba.
- Tęskniłaś?
Bobru:
                Spotkanie z Wojtkiem skończyło się niecałe pół godziny później. Ustalał ze mną długo wiele spraw organizacyjnych i starał się odpowiadać na moje pytania. Nawet te mniej ważne. Poczułem pomiędzy nami jakąś więź, nie była to jednak przyjaźń. Czułem się trochę jakby był moim szefem. Był miłym gościem, ale wydawał się traktować mnie ostrożnie jakby bał się, że coś zrobi nie tak. Czułem ekscytację słysząc o tych wszystkich rzeczach. System farmy i hodowli, domy mieszkalne, ludzie z Królowego Mostu, których jeszcze nie spotkałem oraz tajemnicza Kwatera Główna, do której zaraz miałem się udać.
                Opuściliśmy pokój i zobaczyłem, że korytarz opustoszał. Była tu teraz tylko jedna osoba. Gdy ją jednak zobaczyłem to podszedłem, a wręcz podbiegłem i wpadłem po raz drugi już dzisiaj w przyjacielski uścisk. To był Gigant. Rosły mężczyzna wydawał się być smutniejszy niż zazwyczaj, ale gdy do mnie przyległ przypomniały mi się beztroskie czasy Królowego Mostu. Gdy byliśmy panami w swoim świecie i wszystko było w porządku. Gdy się od niego oderwałem spojrzałem mu w oczy.
- Przeżyłeś – stwierdziłem.
- Ty również – odpowiedział uśmiechając się.
- Panowie porozmawiacie w drodze, Gigant może nas podprowadzić do Kwatery – zaproponował Wojciech każąc iść za nim.
                Gdy tylko znaleźliśmy się na zewnątrz, na ciemnej ulicy i świeżym powietrzu zacząłem z Gigantem krótki dialog. Czas na opowieści jeszcze przyjdzie, a teraz chciałem się dowiedzieć najważniejszego.
- Jak się trzymasz? Porobiło się co stary? Wszyscy tutaj dotarliśmy. Jakimś cudem wszyscy wpadli na ten sam pomysł! – powiedziałem z radością.
- O tak. To jest coś niezwykłego – odpowiedział Gigant -  U mnie jest kiepsko. Miczi powiedziała mi, że Szpieg zginał. Już jakiś tydzień temu, w jakimś sklepie. Będę ci musiał też opowiedzieć pewną posraną historię, o takim jednym helikopterze… - kontynuował Gigant.
- Mamy sobie mnóstwo do opowiedzenia – ciągnąłem, idąc z Wojtkiem -  Jak ci się tu podoba Karolu?
- To miejsce – zaczął i zaciął się, jakby próbował znaleźć odpowiednie słowa -  To miejsce jest niesamowite. O wiele większe od naszego obozu i pełne zabezpieczeń i tych wszystkich rzeczy. Mam nadzieję, że zabawimy tu jak najdłużej w spokoju – powiedział Gigant.
- Też mam taką nadzieję – wtrącił się przywódca Ostoi.
                Nagle usłyszeliśmy hałas dochodzący z jednej z kolejnych uliczek. Słychać tu było dyskusję i krzyki. Przyspieszyliśmy wszyscy kroku i  weszliśmy na skrzyżowanie trzech ulic. Ta, na której byliśmy, ciemna, spotykała się z drugą na lewo. Ta była oświetlona, ale wszyscy ludzie znajdowali się na tej obok, również ciemnej, prowadzącej na północ. Stali w tłumie przy jakimś zaułku i kłócili się. Zauważyłem tu Ryszarda, który krzyczał, żeby wszyscy się uspokoili i Jakuba, który krzyczał coś w stylu.
- To nie ja to zrobiłem! Musicie mi uwierzyć! Próbowałem jej pomóc! – wrzeszczał.
                Miałem bardzo złe przeczucie i nie mając czasu na słuchanie tego chaosu przepchałem się wraz z Gigantem przez tłum i zobaczyłem coś, co sprawiło, że serce zaczęło bić jak szalone i przez chwilę wszystko było jedynie mieszanką barw, zapachów, dźwięków i obrazów. Nie wiedziałem co się dzieje. W zaułku leżał ciało w kałuży krwi. Cała uliczka, była czerwona. Kałuża rozszerzała się powoli, jakby chciała pochłonąć wszystkich stojących tu ludzi. Gdy spojrzałem na to ciało to chciałem krzyczeć. Strzelać, krzyczeć, skakać, bić i zrobić cokolwiek, żeby obudzić się z tego koszmaru.
                To było ciało Natalii. Miała na swojej pięknej twarzy grymas smutku, co sprawiło, że poczułem się jeszcze gorzej, ale wciąż nie robiłem nic. Obserwowałem jakby z innego świata, jak Gigant dwoma skokami doskakuje do trzymanego, przez Ryszarda i innego ze straży, Jakuba. Zobaczyłem gniew i nienawiść na twarzy przyjaciela i przerażenie na twarzy staruszka. Nagle wróciłem do świata i w pełni zacząłem wyłapywać i rozumieć to co się stało.
- To nie ja! To ona to… - nie zdążył dokończyć, bo Gigant wystartował i uderzył go z taką siła, że staruszek gruchnął o ścianę i na uliczkę posypały się zęby. Przepchałem się dalej, żeby podejść do Natalii, ale w tym samym czasie straż Ostoi odpychała mnie i kazała Gigantowi się uspokoić. Mężczyzna zamiast się uspokoić ryknął.
- TEN PIERDOLONY KANIBAL JĄ ZABIŁ – nienawiść emanowała z niego falami. Spojrzał wtedy na mnie i krzyknął – Pomóż mi Bobru! Zabij go! Ten skurwiel już raz chciał mnie i Natalie zabić, a teraz mu się to udało!
                Chciałem już coś powiedzieć, ale wtedy do akcji wkroczył Wojciech.
- Uspokójcie się wszyscy! Ryszard zabierz to ciało i przygotuj ceremonię pogrzebową. Wszystko ma być dopięte na ostatni guzik! – krzyknął dowódca.
- Tak jest! – odpowiedział Ryszard puszczając Jakuba, który ledwo trzymał się na nogach. Wojciech stanął w jego miejsce i złapał Jakuba za kark po czym spojrzał na mnie.
- To jest twój pierwszy osąd Bobru. Czy wierzysz, że ten człowiek, który przybył tu z tobą, to zrobił? – zapytał spokojnie.
                Zawsze Jakub wydawał się podejrzanym człowiekiem, ale uratował mi życie. Co prawda nie chciałem go skazywać, ale Gigant był przekonany tego co i kogo widzi. Ufałem mu bardziej niż Jakubowi.
- Tak. Jeżeli Gigant tak mówi to wierzę mu – odpowiedziałem.
- Więc postanowione. Zabieram go do aresztu, zajmie się nim Szeryf. Pomóżcie mi chłopcy, rozgońcie ten tłum i każcie im wracać do domów. Gigancie wróć proszę z resztą. Musisz się uspokoić. Ty tam! Odprowadź go – rozkazał do człowieka w bandanie stojącego obok Giganta. Teraz dopiero zauważyłem w tłumie Łapę. Wydawała się być przerażona. Gdy mnie zauważyła podeszła do mnie i bez słowa przytuliła – Co do ciebie Bobru idź do Kwatery Głównej, wiem, że jest ci ciężko, ale sprawca jest już nasz. Uspokój się i po prostu tam pójdź.
                Spojrzałem jeszcze przed pójściem na Jakuba. W jego oczach zobaczyłem coś, czego się nie spodziewałem zobaczyć. To nie była nienawiść, czy furia. To nie był szał czy obrzydzenie. To był strach. Tłum rozszedł się i po chwili zostałem sam na sam z Łapą. Oparłem się o ścianę i osunąłem się bezwładnie płacząc. Łapa nie odezwała się nawet słowem. Po prostu usiadła obok i złapała mnie za rękę. Byliśmy teraz tacy sami. Straciliśmy w jeden dzień ukochane osoby. Ona dowiedziała się o utracie siostry, a ja dowiedziałem się o śmierci Natalii.
                Potrzebowałem jeszcze około dziesięciu minut na ogarnięcie się z tym co się stało. Po tym czasie odetchnąłem i pożegnałem się z Łapą. Jak Jakub mógł mi to zrobić. Jeszcze został na miejscu zbrodni, to wszystko było jakieś dziwne. Nie miałem teraz sił o tym myśleć. Podążyłem we wskazany przez Wojtka kierunek i przez ciemną uliczkę dostałem się przed Kwaterę Główną. Był to dwupiętrowy dom, dosyć ładnie zaprojektowany i zadbany. Obserwowałem go z podziwem, ale nie obchodziło mnie teraz właściwie nic. Cały urok tego miejsca prysł. Była to po prostu kolejna wylęgarnia syfu i zła.
                Mimo to zapukałem i jak odpowiedziało mi głuche „wejść” to wszedłem. Znalazłem się w środku gustownie wystrojonego salonu, w którym przy stole stały trzy osoby. Poznałem jedną z nich natychmiast. Był to Kiciuś. Dwóch pozostałych z początku nie skojarzyłem. Po chwili poznałem jednak, że jeden z nich to ten sam, którego widziałem w Sierpcu i Zambrowie. To były Czerwone Flary. Podszedłem w światło lampki świecącej nad dużym drewnianym stołem i chciałem zająć jedno z miejsc siedzących. Nie zdążyłem jednak bo podbiegł do mnie właśnie ten chłopak, którego widziałem w Zambrowie i wyciągnął do mnie rękę.
                Nie wiedziałem o co chodzi, ale uścisnąłem ją. Wtedy odezwał się i natychmiastowo kurtyna opadła. Poznałem go.
- Bobru kumplu – powiedział Pablord. To musiał być on. Jego głos był na tyle niepowtarzalny, że ciężko  go było pomylić z kimś innym. Przywitałem się z nim, ale nie umiałem wykrzesać z siebie radości. Zdałem się tylko na smutny uśmiech. Po chwili wstał ostatni z zgromadzonych. Miał ciemniejszą karnację skóry, średniej długości czarne włosy i był ubrany równie wykwintnie co Wojciech. Gdy wstał również do mnie podszedł i wyciągnął do mnie dłoń. Skojarzyłem jego wygląd i po chwili stało się dla mnie to jasne, że to Dziara.
- Bobru przyjacielu. Udało ci się. Jesteśmy w Toruniu, jak planowaliśmy – uśmiechnął się do mnie, ale ja nie potrafiłem odwzajemnić uśmiechu. Widziałem wciąż smutek na martwej twarzy Natalii i po prostu nie umiałem.
- Co się stało? – zapytał w końcu widząc grymas na mojej twarzy – Bobru?
- Natalia nie żyje. Zginęła na ulicach TEGO obozu! – wyrzuciłem z siebie.
- Co? – zapytali równocześnie Pablord i Kiciuś.
- Spokojnie, tylko spokojnie! – zawołał Dziara gestykulując rękoma i spoglądając na mnie – Bobru myślałem, że rozumiesz zasady dyrygujące tym światem. Albo zabijasz albo giniesz – powiedział – ewentualnie jedno i drugie.
                Zdenerwował mnie tymi słowami. Miałem ochotę rzucić się na niego, ale powstrzymałem się.
- Po co zostałem tu wezwany panowie? Rozmawiałem z Wojciechem, powiedział mi wszystko, naprawdę nie mam siły na to wszystko. Potrzebuję odpoczynku… - powiedziałem.
- Właściwie chodzi o niego – powiedział uśmiechając się i odwracając na chwilę.
Zapadła cisza. Spojrzałem na Pablorda i Kiciusia. Oboje patrzyli to na mnie to na Dziarę. Najwidoczniej też nie wiedzieli co planuje przywódca Czerwonych Flar. Nagle uderzył z dużą siłą w blat stołu tak, że aż podskoczyłem.

- Planuję z waszą pomocą przejąć władzę nad tym miejscem. Absolutną władzę! Zaczniemy od zabicia Karła!