czwartek, 7 sierpnia 2014

Rozdział 14: Droga do Ostoi

Rozdział 14, czwarty z perspektywy Natalii. Dosyć spokojny, choć mający parę momentów, w których dreszcz przejdzie po plecach :) Po przeczytaniu proszę was o dołączenie do dyskusji w komentarzach oraz rozesłanie bloga znajomym.

-----------------------------------------------------------------

Rozdział 14 (Natalia): Droga do Ostoi


                Gdy nastał ranek nikt w aucie już nie spał. Młoda siedziała przy mnie i obserwowała jak Medyk pomaga Gigantowi i kobiecie, którą znaleźliśmy dzisiejszej nocy. O ile Gigant czuł się coraz lepiej i jego rana goiła się w dobrym tempie, to kobieta była w naprawdę kiepskim stanie. Trawiła ją gorączka, a cały jej bok ciała był zdarty do krwi. Od prawego barku do uda. Mamrotała coś o tym, że uciekali przed inną grupą ocalałych i ona straciła równowagę zbiegając z zbocza góry i przejechała paręnaście metrów po twardym śniegu. Musiało to niewyobrażalnie boleć, bo podczas oczyszczania rany zdarzało jej się krzyczeć tak głośno, że nawet Yeti się wzdrygał.
                Łysy, który kierował pojazdem, powiedział, że na dniach powinno nadejść ocieplenie, które uwolni nas od śniegu. Cieszyło mnie to, miałam dość białej osłony, która okrywała cały świat. Niektóre ubrania, które miałam na sobie były straszliwie brudne i podarte, dlatego marzyłam o cieplejszej temperaturze i przebraniu się w coś wygodniejszego. Dodatkowo dowiedziałam się, że do Torunia jest coraz bliżej i powinniśmy tam być w ciągu tygodnia. Pewnie moglibyśmy tam dojechać o wiele szybciej, ale drogi były średnio przejezdne, w końcu nie było wozów odśnieżających, ani tych, które posypywały je solą i piachem. Dlatego jechaliśmy po zmarzlinach powoli, żeby nie uszkodzić auta.
                 Dodatkowo musiałam liczyć się z tym, że trójka żołnierzy zatrzymywała się w różnych miejscach, w których spotykali przeróżnych ludzi. Dobrym przykładem tego była matka z dziećmi na przystanku czy też tamci dwaj mężczyźni i kobieta, których spotkaliśmy parę godzin temu w lesie. To było ciekawe, jak ta trójka starała się ciągle pomagać innym. Miałam szczerą nadzieję, że uda nam się dzięki nim dotrzeć do Ostoi i okaże się, że jest tam w miarę bezpiecznie.
                Gdy rankiem wyjechaliśmy na drogę do Ciechanowa, cieszyłam się. Wiedziałam dokładnie, że stamtąd będzie dzieliło nas już niecałe sto kilometrów do celu. Podróż mijała dosyć monotonnie, aż do czasu gdy poczułam, że wóz się zatrzymuje. Wiedziałam, że Łysy musiał wypatrzeć kolejnego człowieka, więc gdy zatrzymał pojazd, wyskoczyłam razem z Yetim oraz Gigantem na tyłach i rozejrzałam się. Staliśmy na poboczu w środku lasu. Drzewa były wszędzie na około nas, a droga przecinała je niczym ostrze miecza, biegnąc od wschodu na zachód. Przez chwilę zastanawiałam się dlaczego się zatrzymaliśmy, gdy nagle zobaczyłam stojącą na poboczu przyczepę. Na jednej z jej boków było napisane czarną farbą – „przebaczenie”. Przeszły mnie ciarki, scena przypominała jakiś horror.                Podeszliśmy we czwórkę z Łysym do przyczepy z wyciągniętymi broniami. Wtem Łysy wyciągnął rękę, żeby nas zatrzymać i krzyknął.
- Jest tu kto? Jesteśmy przyjaźnie nastawieni. – zawołał.
Odpowiedziała mu ponura cisza i pojękiwanie zombie z oddali. Musiały szwendać się po rozciągającym się lesie, co mogło oznaczać, że kiedyś były właścicielami tej przyczepy. Tylko co oznaczał ten napis? Podeszliśmy powoli do przodu, z każdym krokiem zbliżając się do wozu. Kiedy byliśmy w końcu o krok od drzwi Łysy podszedł i przyłożył do nich ucho. Nasłuchiwał chwilę i odwrócił się do nas.
- W środku coś jęczy. Uważajcie.
                Wymierzyliśmy broniami w stronę wnętrza auta i poczekaliśmy, aż Łysy je otworzy. Z środka buchnął okropny zapach rozkładających się zwłok. Odór był tak paskudny, że aż zakręciło mi się w głowie. Łysy jednak nie przejmował się tym i wszedł do środka. Z ciekawości podążyliśmy za nim, wszyscy oprócz Giganta, który był najwyższy i największy z nasi prawdopodobnie miałby problem z zmieszczeniem się w wozie, którego dach sięgał mu do nosa.
                W środku było naprawdę ciemno. Zasłony były szczelnie zasunięte, a dach całkowicie zamknięty. Starałam się nie oddychać za dużo, bo bałam się, że zemdleję. Całe wnętrze było nieco zrujnowane, widać było, że ktoś kto tu był musiał się spieszyć i z pośpiechu zrobił tu niezły bałagan. Leżał tu nawet trup, nie wiadomo czy właściciela, czy osoby, która chciała tutaj przenocować, ale nie wytrzymała psychicznie. Ciało było nabrzmiałe i gniło już od jakiegoś czasu. W zeschłej ręce trzymało rewolwer, a w drugiej różaniec. Na skroni trupa widniała zaschnięta plama krwi, wyciekająca z dziury w skroni. Popełnił samobójstwo. Ten obraz całej sytuacji był brutalny i zalała mnie fala obrzydzenia i dziwnego strachu. Nie było sensu przeszukiwać niczego, co było blisko tego okropnego smrodu, bo wszystko nim przesiąkło, więc czym prędzej opuściliśmy to przeklęte miejsce.
                Korzystając ze świeżego powietrza i chwilowego postoju usiadłam na śniegu, żeby rozprostować kości. Yeti dolewał paliwa z jednego kanistrów do baku z benzyną auta. Dzisiejszy dzień był naprawdę ciepły, więc podałam kurtkę Łysemu, który rzucił ją na pakę. Słoneczko przebijało się co chwilę z pojedynczych chmur, przysłaniających niebo. Gigant oparty o przyczepę ostrzył swój miecz, którego nie używał już od jakiegoś czasu z powodu kontuzji. Całe szczęście wrócił już prawie do zdrowia, więc znów stał się kimś w kim widziałam opiekuna. Zaskakiwało mnie jego posłuszeństwo co do Bobra. W końcu widział go ostatnio prawie dwa tygodnie temu, teraz on zapewne już nie żył, ale Karol wciąż starał się mnie chronić z wszystkich sił. Najstarszy siedział na pace i również korzystając ze świeżego powietrza patrzył w dal.
                Po chwili przerwy mieliśmy już zbierać, kiedy zobaczyliśmy trzy trupy przedzierające się przez krzaki i idące w naszą stronę. Yeti zaczął do nich mierzyć z karabinu, kiedy Gigant zawołał.
- Zostawcie je, ja się nimi zajmę.
Yeti opuścił broń i razem ze mną i resztą obserwował sytuację. Gigant stracił swój pancerz w domu dziadka kanibala, dlatego działał ostrożniej, ale wciąż miał swój miecz, który udało mi się uratować z pożaru. Naostrzona stal zaświeciła się w promieniach słońca, kiedy Gigant ruszył do przodu i zamachując się potężnie nad głową rozciął czaszkę wroga na pół. Zmienił wtedy ciężar nogi na prawą, tą która była uszkodzona i pewnym ruchem przebił kolejnego trupa do drzewa, po czym pociągnął ostrze w górę i rozpruł go na dwie części. Trzeci znalazł się niebezpiecznie blisko jego lewego boku, ale ten odepchnął go płasko ostrzem i gdy ten leżał wbił oburącz w czaszkę. Wrócił do formy. Yeti zaklaskał z podziwem, w końcu nie codziennie można być świadkiem takiego przedstawienia. Gigant był prawdziwym wirtuozem swojej broni.
                Chwilę później zapakowaliśmy się do wozu i ruszyliśmy dalej. Przez kolejne dwie godziny jeździliśmy po drogach i leśnych ścieżkach, aż w końcu znaleźliśmy się na otwartym polu, a na lewo zauważyliśmy niedużą wioskę. Nie było sensu jej przeszukiwać, podobnie jak w Kołodnie zauważyliśmy tam tylko sklep, który już z daleka wyglądał na spalony. Nie warto było tracić czasu na takie miejsce. Rozmawiałam sobie z Młodą, właściwie o niczym ciekawym, po prostu ona dobrze czuła się w moim towarzystwie i dzięki rozmowie udawało mi się zobaczyć parę razy uśmiech na jej twarzy. Kobieta, którą znaleźliśmy dzisiejszej nocy wciąż spała, budząc się co jakiś czas, gdy medyk zmieniał jej opatrunki. Mężczyzna mówił, że uda jej się z tego wyjść, potrzebuje tylko sporo odpoczynku i stałej opieki medycznej.
                Wykorzystując, że nic się nie dzieje, a Gigant zaczął opowiadać coś Młodej przyłożyłam głowę do oparcia i zasnęłam. Nie mówiąc oczywiście o ludziach, najbardziej tęskniłam właśnie za wygodnym łóżkiem w Królowym Moście. Tęskniłam właściwie za wieloma rzeczami: budzeniem się na piętrze niedaleko moich przyjaciół, rozmowach z Nieznajomą i Miczi, pilnującymi ogrodzeń ludźmi i wieloma, wieloma innymi. Drzemkę przerwał mi strzał. Po nim nastąpił kolejny, ale szybko zorientowałam się, że są dosyć odległe.  Wszyscy siedzieli jak na szpilkach, rozglądając się niespokojnie.
- Co się dzieje? – zapytałam.
- Mijamy Ciechanów, ale przy jednym z domów coś się dzieje. Musimy to sprawdzić – wytłumaczył rzeczowo Yeti.
- Ten ktoś jest uzbrojony. Czy to bezpieczne? – zapytałam.
- Teraz nic nie jest bezpieczne – powiedział Medyk uśmiechając się ponuro.
                Wyciągnęłam pistolet i z niepokojem czekałam, aż Łysy zatrzyma auto. Gdy tylko zaparkował, ja, Gigant, Yeti, Najstarszy oraz nasz kierowca, wyskoczyliśmy na śnieg. Hałas dobiegał z jednorodzinnego domu, który znajdował się na skraju miasta. Widać było, że ten ktoś ma kłopoty, na podwórzu było widać parę zombie. Podbiegliśmy tam szybko. Robiło się powoli ciemno, chociaż bez problemu było widać wszystko bez światła latarek. Łysy przeskoczył niewysoki, drewniany płotek, lądując w krzakach, na których kiedyś musiały kwitnąć róże. Podążyliśmy za nim i wtedy Łysy zaczął strzelać do zombie. Jeżeli można go nazwać skutecznym, to o elemencie zaskoczenia, czy zwykłej ostrożności słyszał mało. Rozumiałam, że chcę ostrzec kogoś znajdującego się w środku o naszej obecności, ale to już była lekka przesada, kiedyś takie coś mogło go zgubić.
                Zombie z okolicy musiały nas słyszeć, więc czym prędzej przystąpiliśmy do ich eliminacji. Gigant zaczął swój taniec miecza, którym  balansował z ogromna gracją i skutecznością. Yeti również strzelał. Amunicji mieliśmy naprawdę dużo, więc ja również nie starałam się jej oszczędzać, zabijając kolejne zombie strzałami w głowę. Podwórko oczyściliśmy dosyć szybko, więc od razu ruszyliśmy do domu. Gigant wszedł ostatni, jego miecz nie był tak skuteczny w pomieszczeniach, gdzie nie mógł się nim porządnie zamachnąć. W środku było dosyć gorąco, więc tam również nie oszczędzaliśmy naboi. Dolne piętro oczyściliśmy równie szybko jak podwórze, ale zanim weszliśmy po drewnianych schodach na piętro poczekaliśmy chwilę.
                Strzały na górze ucichły, ale nie wiadomo, czy ocalałemu na górze skończyła się amunicja, czy po prostu dorwały go trupy. Czekaliśmy w napięciu, aż w końcu Łysy krzyknął.
- Hej tam na górze! Wszystko w porządku?
Przez chwilę nikt nie odpowiadał, więc zaczęliśmy się wspinać na górę, ale w końcu usłyszeliśmy męski głos.
- Tak, kim jesteście?
- Kimś kto uratował ci skórę. Nie potrzebujesz pomocy medycznej lub jakiejkolwiek innej? – zapytał Yeti.
- Właściwie to potrzebuje. Czy jeżeli zejdę to nic mi nie zrobicie? – zapytał.
Pytanie było strasznie naiwne, w końcu gdybyśmy chcieli to moglibyśmy poczekać, aż zombie go zabiją, lub po prostu sami tam wejść i go zastrzelić.
- Nie martw się. Gdybyśmy byli wrogo nastawieni to byś to odczuł – zapewnił go Yeti. Owłosiony, jak mityczne stworzenie, żołnierz sprawiał najmilsze wrażenie z całej trójki. Gdy tylko usłyszeliśmy, że ktoś schodzi opuściliśmy bronie, żeby go nie przestraszyć. Chłopak, który zszedł wyglądał na kogoś w moim wieku. Miał krótkie włosy, obcięte na dosyć normalny wzór. Jego twarz porastał delikatny zarost, a zza okularów spoglądały na nas piwne, bystre oczy. Był ubrany w wysokie, wygodne buty, czarne sztruksowe spodnie, czarną bluzę z kapturem i kamizelkę. W dłoni trzymał strzelbę, która nosiła ślady użytkowania. Dodatkowo kulał na prawą nogę.
 - Przydałoby mi się trochę amunicji i bandaży – przyznał podchodząc do Łysego. Nie widać było na jego twarzy strachu, a nie wyglądał specjalnie groźnie.
- Chodź z nami do naszego wozu, stoi kawałek dalej. Dostaniesz co chcesz – powiedział Łysy.
- Tak za darmo? Jest jakiś haczyk? – zapytał podejrzliwie.
- Nie ma żadnego haczyka. Powiedzmy, że jesteśmy organizacją, która pomaga innym. Rozumiesz? – zapytał uśmiechając się serdecznie Yeti.
- Powiedzmy – odpowiedział – Tak właściwie nazywam się Kapi, a przynajmniej tak mnie wołają.
                My też się mu przedstawiliśmy i zaprowadziliśmy do wozu. Usiadłam razem z nim, Gigantem i Yetim za naszym autem i czekaliśmy, aż Łysy przyniesie nieco zapasów, dla nowo poznanego ocalałego. W tym czasie Medyk wyszedł do nas i obejrzał nogę Kapiego. Miał on całkiem świeży, dobrze zawiązany bandaż, ale mimo tego Medyk oczyścił ranę i zabandażował na swój sposób.
- Widzę tutaj fachową rękę. Czyżbyś znał się nieco na leczeniu takich ran? – zapytał Medyk.
- Ach chciałbym. Całe szczęście pomógł mi jeden z mojej grupy – powiedział chłopak sycząc cicho, gdy rana była polewana wodą utlenioną.
- Nie jesteś tu sam? – zapytał z zaciekawieniem Yeti.
- Oczywiście, że nie. Moja grupa wysłała mnie na zwiad, kiedy podczas przeszukiwania tego domu – wskazał chatkę, z której go przed chwilą uratowaliśmy -  otoczyły mnie sztywniaki.
Roześmiałam się w duchu słysząc to zabawne określenie na trupy.
- Jak duża jest twoja grupa? Nie potrzebujecie jakichś zapasów? – zapytał Yeti.
- W sumie nie. Co prawda średnio sobie radzimy z jedzeniem, ale dajemy radę. Co do ilości to jest nas dziesięciu i nie mamy określonego celu podróży. Szukamy miejsca, które moglibyśmy obstawić i nazwać domem, bez durnych zasad, czy też niepotrzebnego niebezpieczeństwa. Obóz w jakiejś małej mieścinie czy wiosce – wytłumaczył Kapi, zasłaniając nogawkę przed zimnem i wstając – tak czy siak powinienem się już zbierać. Dziękuje wam za pomoc. Miło wiedzieć, że na świecie są jeszcze dobrzy ludzie.
Obóz w małej mieścince przypomniał mi o Królowym Moście. Szczerze życzyłam mu powodzenia, chociaż sama boleśnie wspominałam zdarzenia, które sprawiły, że znajdowałam się tutaj, gdy mogłabym siedzieć w domu Kiciusia za bezpiecznym ogrodzeniem. Zastanawiałam się przez chwilę, czy tak naprawdę dobrze robię jadąc do Torunia. Co jeśli reszta z Obozu przeżyła to wszystko i odbudowali to co zniszczyli ludzie z Supraśla i teraz tam mieszkają? Co prawda było to mało prawdopodobne, ale co jeśli jednak tak jest? Miałam nadzieję, że spotkam jeszcze kiedyś chociażby i Łapę. Miałam nadzieję, że dowiem się czy ktoś z moich przyjaciół przeżył, w taki czy inny sposób. Dopiero teraz pomyślałam, że mogę o coś spytać Kapiego.
- Nie widziałeś może innej grupy? Szukam paru osób, na czele, których powinien stać chłopak, rok starszy ode mnie, wysoki, ciemny blondyn, niebieskooki. Najprawdopodobniej jest z nim dwóch mężczyzn, ale coś mogło się pozmieniać.
- Hmm… niestety nikogo takiego nie widziałem, ale jak bym na niego wpadł to będę pamiętał, że jest przyjacielem moich przyjaciół – odpowiedział Kapi.
                Po chwili plandeka się odsunęła i wyszedł z niej Łysy niosąc worek z amunicją i bandażami oraz strzelbę Kapiego. Młodzieniec pożegnał się z nami i ruszył w głąb miasta, wciąż utykając lekko. My zabawiliśmy tu już wystarczająco długo, więc gdy tylko zniknął nam z oczu wsiedliśmy do auta i zaczęliśmy jechać dalej. Jechaliśmy do późnego wieczora, ale gdy znaleźliśmy całkiem przytulne wzgórze, zaparkowaliśmy tam auto i przespaliśmy się wszyscy. Oczywiście na straży zawsze stał Yeti, lub Medyk. Traktowali oni nas naprawdę dobrze i czułam się w ich wozie niesamowicie bezpiecznie. Nawet Młoda ich polubiła, chociaż wciąż czuła się nieco nieswojo.
                Z rana, od razu po śniadaniu, ruszyliśmy w dalszą drogę. Yeti poczuł się trochę gorzej, prawdopodobnie łapało go przeziębienie, więc leżał na jednym z czterech siedzeń. Kobieta czuła się coraz lepiej, chociaż widok jej ran wciąż przyprawiał mnie o ciarki. Całe szczęście Medyk znał się na swoim fachu i pomagał jej właściwie. Gdy ona przebudziła się parę godzin po naszym wyjeździe, porozmawiała nawet z nami chwilę.
- Gdzie ja jestem? – spytała po cichu. Widocznie nie pamiętała tego, że zaledwie dzień temu z nami rozmawiała. Wtedy miała wysoką gorączkę, więc w sumie było to całkiem normalne, że mogła czegoś nie pamiętać.
- W drodze do Torunia, całkiem niedaleko miasta Raciąż –odpowiedział spokojnie Medyk.
- Jestem zakładnikiem? Widziałam jak zabijaliście moich przyjaciół – powiedziała po cichu.
- Przyjaciół? Nie wiedziałem, że osoby, które chciały cię zabić były twoimi przyjaciółmi. Tak czy siak, nie. Nie jesteś zakładniczką. Chcemy ci pomóc – stwierdził Medyk.
- Racja. Chcieli mnie zabić. Teraz pamiętam. Spadłam ze zbocza, przeżyje? – zapytała.
- To już nam mówiłaś i zająłem się twoimi ranami. Powinny się zacząć goić – odpowiedział uprzejmie Medyk.
- Przepraszam za kłopot… -stęknęła, przesuwając się na bok.
- Nie przepraszaj. I nie ruszaj się za dużo. Rany się zaczęły goić, jak źle się położysz to znowu je otworzysz, a wtedy mogę mieć problem z uratowaniem cię – odpowiedział Medyk, podchodząc do kobiety i podając jej butelkę z wodą. Wypiła łapczywie parę łyków po czym spojrzała się na mnie i na resztę siedzących na pace. Musiała czuć się nieswojo w towarzystwie obcych ludzi, ale widocznie uznała, że nie stanowimy zagrożenia, bo po chwili położyła się i ponownie zasnęła.
                Jechaliśmy w całkowitej ciszy przez następne godziny, aż w końcu usłyszałam Łysego, który wołał Medyka na przody auta. Zaciekawiona również podeszłam do przodu i zobaczyłam, że na drodze do Raciąża podąża ocalały. Z racji iż grupa żołnierzy, z którą podążałam nie zostawiała nikogo w potrzebie to i w tym wypadku zatrzymaliśmy się. Była to otwarta droga, na środku pola, na horyzoncie widać było już zarysy miasta. Wysiedliśmy razem z Łysym i Gigantem żeby przywitać ocalałego. Mężczyzna zatrzymał się, gdy zajechaliśmy mu drogę i ostrożnie wymierzył pistoletem w naszą stronę. Był dosyć charakterystycznym człowiekiem. Miał ciemniejszą karnację skóry i kruczoczarne włosy oraz brodę. Był ubrany na czarno, a na plecach miał ogromny, górski plecak koloru zielonego. Na spodniach i butach widać było plamy błota, co oznaczało, że podróżował na piechotę od jakiegoś czasu.  Nie miał on kurtki, w sumie teraz stawała się coraz mniej potrzebna. Widać było różaniec, bardzo podobny do tego, który widzieliśmy w rękach człowieka z przyczepy, który wisiał swobodnie na jego szyi.
                Łysy przywitał go.
- Witaj przyjacielu, nie potrzebujesz czasem zapasów lub transportu? – zapytał, trzymając w ręce karabin.
- Witaj. Tak się składa, że nie pogardzę transportem, o ile jedziecie na zachód – odpowiedział bardzo sympatycznym tonem nieznajomy.
- Zależy jak daleko na zachód. Podróżujemy akurat do Torunia i tam możemy cię bez problemu podrzucić – odpowiedział Łysy.
- Świetnie się składa. Właśnie tam idę. Jestem Ojciec Józef i dziękuje z góry za pomoc – powiedział podchodząc bliżej nas. W jego głosie można było wyłapać obcy akcent, ale posługiwał się językiem bardzo dobrze.
- Ksiądz? – zapytał z zaciekawieniem Gigant.
- Egzorcysta – uściślił Józef uśmiechając się serdecznie.
                Tu mnie odrobinę zadziwiło. Nigdy nie widziałam egzorcysty i w sumie nie wierzyłam za bardzo w zdarzenia paranormalne i inne opętania. Teraz jeden z nich stał przede mną i czuć było od niego niesamowitą aurę. Ciężko to porównać z czymś konkretnym, ale od tego człowieka wręcz biła nadzieja.

- Tak więc witamy na pokładzie – powiedział Łysy zapraszając egzorcystę do środka auta.

sobota, 2 sierpnia 2014

Rozdział 13: Coś za coś

Rozdział 13, czwarty z perspektywy Bobra. Sporo akcji, mało czasu na odetchnięcie i spore zaskoczenie w końcówce - tego możecie się spodziewać w tym rozdziale. Rozwinę tu parę wątków, a niektóre coraz bardziej oddalą się od głównej fabuły. Po przeczytaniu proszę o komentarz i rozesłanie bloga znajomym.

------------------------------------------------------

Rozdział 13: Coś za coś


                Ruszyliśmy prawie natychmiast po tym jak usłyszeliśmy petardy. Zeszliśmy razem z Łowcą i zapakowaliśmy się do pojazdu. Czułem nieprzyjemne uczucie, czegoś na pograniczu strachu z przerażeniem. Mają kłopoty. Możliwe, że wpadli na innych i właśnie w tym momencie giną. Usiadłem na siedzeniu pasażera obok Łowcy, który przekręcił kluczyk w stacyjce i włączył ryczący silnik Potwora. Sołtys spojrzał na mnie pytająco, ale widocznie moja twarz mówiła sama za siebie, bo nie spytał o co chodzi. Zerknąłem do tyłu na Jakuba, który spał smacznie i zazdrościłem mu faktu, że nie ma już nic do stracenia, nie ma osób, o które musi się troszczyć. Ja byłem ich przywódcą i nawet jeżeli ktoś miał mnie zastąpić na jakiś czas to nic nie zmieni. Wciąż będę się bał i oddam wszystko, żeby im pomóc.
                Księżyc wisiał wysoko nad nami, oświetlając miasto i jego okolicę upiornym blaskiem. Po odbiciu się od śniegu sprawiał, że cała okolica mieniła się na żółto oraz czarno. Podczas wykręcania Potwora, który stał tyłem do miasta, zobaczyłem kolejne blaski petard. To co ich tam spotkało, musiało być czymś naprawdę niebezpiecznym skoro nawet Łapa zdecydowała się na narobienie hałasu. Czy to tylko zombie, które widzieliśmy z tira razem z Łowcą? A może inna grupa ocalałych? Łowca zakręcił ostro i już po chwili jechaliśmy w odpowiednim kierunku. Zjeżdżaliśmy z naprawdę dużą prędkością, z górki, w stronę miasta. Przeładowałem swój pistolet i poprawiłem łom u pasa, ubierając się powoli. Starałem się ochłonąć, ale nie było to łatwe.
                Wjechaliśmy pomiędzy budynki z dużą prędkością, ale widząc główna ulicę miasta zobaczyliśmy, że przejechanie tędy nie będzie łatwe. Wyglądała ona  trochę jak ta, którą mijałem dawno temu idąc w stronę sklepu z bronią na Lwowską. Było tu mnóstwo wraków, chociaż sama ulica była znacznie mniejsza, co sprawiło, że praktycznie nie mieliśmy jak tędy przejechać. Już tutaj zobaczyliśmy pierwsze trupy i gdy Potwór się zatrzymał w pełni zrozumiałem beznadziejność tej sytuacji. Musieliśmy przejść jakieś dwieście-trzysta metrów na piechotę i wrócić. Dodatkowo jedynym w pełni sprawnym człowiekiem w Potworze byłem ja, Łowca musiał tutaj zostać, żeby szybko nas stąd zabrać, a Sołtys był zwyczajnie za wolny, żeby szybko załatwić tą akcję. Łowca spojrzał na mnie, swoim jedynym okiem, dając mi do zrozumienia, że muszę iść sam.
                Wyszliśmy we dwójkę i zobaczyłem jak mężczyzna wspina się na górę Potwora ze snajperką i rozgląda się. Po chwili dał mi znak, że mogę iść i pokazał, która uliczka doprowadzi mnie do celu. Śnieg skrzypiał pod moimi nogami, gdy biegłem sprintem w wskazaną stronę. Nie atakowałem pojedynczych zombie, które mijałem. Nie było na to zwyczajnie czasu. Skręciłem w uliczkę, która była całkowicie pusta i z narastającymi obawami nasłuchiwałem dźwięków zombie, znajdujących się na ulicy, na którą biegłem. Słyszałem ich naprawdę mnóstwo. Towarzyszyły temu też wystrzały ze strzelby. Nie byłem pewien czy to ktoś z naszych czy nie. Adrenalina narastała z każdym krokiem w kierunku nieznanego zagrożenia.
                Wybiegłem z uliczki na całkiem sporą ulicę, która była otoczona budynkami z każdej strony i skręcała na południe, gdzie widzieliśmy z Łowcą mnóstwo zombie. Zdążyły one już całkowicie zanieczyścić to miejsce, a było ich naprawdę dużo. Widziałem jak dziesiątki z nich obijają się o drzwi jednego z budynków, który z daleka wyglądał na sklep z tanią odzieżą. Drugie tyle trupów szwendało się po ulicy idąc w moją stronę. Kompletnie nie wiedziałem co robić. Nagle usłyszałem huk i zobaczyłem, że z jednego budynku, naprzeciwko sklepu z odzieżą, wypada petarda. Budynek był niskim, trzypiętrowym, blokiem mieszkalnym, a sama petarda wyleciała z drugiego piętra. Czyli tam był ktoś z naszych. Pod budynkiem znajdowało się parę trupów, ale nie było tam aż tak niebezpiecznie jak na pozostałej części ulicy.
                Pobiegłem w tą stronę, ale szybko zauważyłem, że nie będzie to takie proste. Zombie było coraz więcej i musiałem powoli zacząć je zabijać, inaczej sam zostanę odcięty od możliwości ucieczki i zginę. Pierwsze dwa trupy nie sprawiły mi problemu, były wolne, a moje uderzenia były celne i potężne. Trzeci sprawił mi problem, gdyż zaszedł mnie od prawego boku, przez co musiałem zmienić szybko pistolet, który trzymałem w lewej z łomem, który dzierżyłem w prawicy, co kosztowało mnie parę cennych sekund i sprawiło, że uderzenie nie było na tyle mocne, żeby przebić się przez czaszkę trupa. Odepchnęło go jednak na tyle, żebym mógł odzyskać równowagę i uderzyć go kolejne dwa razy, tym samym dostając się do mózgu i zabijając zombie.
                Miedzy mną, a blokiem, z którego raz po razie wylatywały petardy zauważyłem około dziesięciu trupów. Przy samym wejściu było ich także parę, więc musiałem mocno uważać. Kolejne dwa trupy szły do mnie z dwóch przeciwnych stron. Skróciłem dystans do tego po lewej skokiem, po czym nadziałem go na łom. Gdy trup upadł, wyciągnąłem moją broń i wbiłem pod odpowiednim kątem w gardło, żeby dotrzeć w ten sposób do mózgu. Udało mi się. Zombie znieruchomiał, ale nie miałem czasu go podziwiać bo od tyłu zachodził mnie kolejny przeciwnik. Tym razem zamiast od razu atakować okolicę jego mózgu, skupiłem się na nogach. Kopnąłem go z całej siły w kolano i z satysfakcją usłyszałem symfonię trzasku kości i obserwowałem jak zombie przechyla się do tyłu i jak wspierany całym ciężarem na połamanej nodze upada i już nie wstaje, chociaż dalej wierzga starając się dopaść mnie za wszelką cenę. Machał ręką i warczał, ale ja nie miałem czasu go dobić, więc odwróciłem się, aby oczyścić wejście do bloku.
                Niestety moja walka przyciągała kolejne trupy i zadanie przez to było jeszcze trudniejsze. Wejście do bloku było prawie całkowicie zablokowane, a do mnie szło ich jeszcze więcej. Oceniłem na szybko wszystkie możliwe wyjścia i dalej nie miałem pojęcia jak dostanę się do środka bloku. Było naprawdę ciemno i chwila nieuwagi mogła mnie kosztować życie. Nagle wpadłem na genialny pomysł. Z okna wyleciała kolejna petarda, która na chwilę oświetliła mi uliczkę. Wtedy znalazłem przejście na tyły bloku. Tak jak myślałem, było tam znacznie spokojniej. Kręciło się tu zaledwie pięć trupów. Starając się przekraść jak najciszej przeskoczyłem przez płot do ogródków otaczających balkony w mieszkaniach na parterze. Poczułem strach, gdyby zombie otoczyły blok także z tej strony to nie będzie już żadnej drogi ucieczki. Dlatego najciszej jak potrafiłem podszedłem do jednego z balkonów na parterze i podskakując podciągnąłem się na barierce. Byłem w bloku.
                Obejrzałem się do tyłu i zobaczyłem, że zombie mnie nie wyczuły. Chyba wszystkie podążały do petard, które raz za razem wybuchały z przodu budynku. Zastanawiało mnie czemu Łapa marnuje ich, aż tyle, przecież słyszałem je już od jakiegoś czasu. Chyba nie myślała, że ją zostawię tutaj razem z przyjacielem i Nieznajomą. Drzwi od balkonu oczywiście były zamknięte, więc musiałem narobić trochę hałasu zbijając szybę obok i otwierając je, a nawet wtedy miałem sporo problemów, ponieważ klamka chodziła tak ciężko, że ledwo nią mogłem poruszać. Całe szczęście po chwili udało mi się sforsować tą przeszkodę i wszedłem do mrocznego mieszkania. Nie miałem żadnego źródła światła, więc miałem nadzieję, że zombie nie ma w budynku. Parę razy wpadłem na meble, zanim w końcu znalazłem drzwi wyjściowe z mieszkania. Tam przekonałem się, że budynek nie jest jednak czysty.
                Zombie zaszarżował na mnie chwilę po opuszczeniu lokum. Nie spodziewałem się tego kompletnie, więc szybko zostałem zepchnięty na ścianę. Uderzenie plecami nie było najprzyjemniejsze i co gorsza zamroczyło mnie na chwilę, ale szybko się ocknąłem i złapałem oburącz głowę zombie, którego dzieliło parę centymetrów od ugryzienia mnie. Nagle usłyszałem hałas i zobaczyłem na górze schodów światło. Ktoś tu szedł. Z całych sił starałem się odepchnąć trupa, ale nie dawałem rady, był coraz bliżej z każdą sekundą. Cuchnął straszliwe, a jego twarz lepiła się od krwi.  Czułem jak moje ręce powoli wysiadają, kiedy ktoś zaczął świecić na mnie i trupa. Wtedy wszystko przyspieszyło. Ja puściłem głowę trupa, który otworzył mordę, żeby mnie ugryźć, ale nie zdążył bo ktoś odciągnął go do tyłu. Ciężko mi było zobaczyć kto bo światło świeciło mi po oczach, ale liczyłem, że za chwilę zobaczę Łapę, Cinka oraz Nieznajomą.
                Przeliczyłem się. Ktoś przystawił mi lufę do skroni i odezwał się nieprzyjemnym, ochrypłym głosem.
- To chyba przyjaciel naszych ptaszków.
Teraz widziałem dokładnie. Stał przy mnie mężczyzna, z paskudną blizną biegnącą od prawie łysej głowy, przez małe oczka, orli nos i wąskie usta, aż do owłosionej, wysuniętej szczęki. Był całkiem rosły. Latarkę trzymała kobieta, ale z pewnością nie była to Łapa. Miała blond włosy i ubrana była w dresowe spodnie i bluzę. W drugiej ręce trzymała kij, a na klatce piersiowej, pomiędzy piersiami przewinięta była paskiem, który utrzymywał kaburę, w której z kolei był pistolet. Mężczyzna podniósł mnie i wykręcając rękę poprowadził na górę.
                Czułem bardziej zażenowanie niż strach. Jak mogłem się dać tak złapać. Jakim cudem mieli oni petardy, które dałem Łapie? Gdzie byli moi przyjaciele? Pytania przelatywały przez moją głowę, choć wiedziałem, że raczej niczego się nie dowiem. Byłem w beznadziejnej sytuacji. Mężczyzna pociągnął mnie dwa piętra wyżej, gdzie jedne drzwi stały otworem. Wprowadził mnie do mieszkania, po czym wszedł do jednego z pokoi i rzucił mnie brutalnie na podłogę. Usłyszałem trzask zamykanych drzwi po czym zauważyłem, że w pokoju są jeszcze dwie osoby. Dwóch chłopaków w moim wieku. Obaj wyglądali podobnie, byli łysi i mieli w rękach bronie palne. Wysocy i całkiem dobrze zbudowani, musieli być przed apokalipsą zwykłymi „dresami”. Serce podeszło mi do gardła, kiedy zobaczyłem jednego z nich w świetle latarki. Znałem go. To był jeden z ludzi Alexa, którzy uciekli z polanki, dawno temu, kiedy odbijałem Królowy Most z rąk mojego wroga.
                Co prawda wyglądałem teraz zupełnie inaczej, ale wiedziałem, że jeżeli mnie pozna będę skończony. Jakim cudem on znalazł się tutaj? Byłem praktycznie pewien, że po ucieczce z polany, przeżył parę dni i zginął gdzieś zagryziony przez zombie. Jednak dotarł, aż tutaj z trójką innych ludzi. Blondynka poświeciła na mnie, a ten z blizną kucnął obok i spojrzał mi w oczy.
- To twoi przyjaciele są teraz w sklepie po drugiej stronie prawda? – zapytał.
- Czego ode mnie chcecie? – odpowiedziałem pytaniem na pytanie.
- Małej pomocy – uśmiechnął się paskudnie – Te dwie kurwy, które tam teraz są zabiły jednego z naszych ludzi. Miały szczęście, bo koleś i tak już zdychał od choroby, ale liczy się fakt.
Przerwał na chwilę rozmowę, żeby zobaczyć, jak człowiek Alexa wyrzuca przez okno kolejną podpaloną petardę.
- Moja propozycja jest prosta, chcesz opuścić to miasto z przyjaciółmi? Oddasz nam pojazd, którym tu przybyliście – powiedział człowiek z blizną.
- Nie możecie sobie wziąć, któregoś z stojących na ulicy? Jestem pewien, że połowa z nich działa. Zresztą skąd pomysł, że jesteśmy w posiadaniu jakiegoś auta? – zapytałem.
- To proste. Tamci w sklepie przeszukiwali to miasto, a nie robili by tego, gdybyście byli stąd. Czyli, że przyszliście z innego miejsca. W taką pogodę, nie ma kurwa szans, żeby czteroosobowa grupa po prostu sobie podróżowała z buta. Poza tym jesteś prawie nie uzbrojony, więc musisz gdzieś chować swoje zapasy – wydedukował – Jeżeli chcesz szybko wrócić do przyjaciół radzę ci szybko pokazać, gdzie jest wasz pojazd inaczej… - kontynuował.
- Zabijesz mnie i moich przyjaciół – dokończyłem.
- Pierdol się. Nie oceniaj ludzi swoją miarką – odezwała się blondyna.
- Uspokój się – uciszył ją człowiek z blizną – Nic wam się nie stanie. Nie jesteśmy takimi jebanymi dzikusami jak wy. Gdy twoi ludzie nas zobaczyli, nawet nie starali się rozmawiać. Po prostu zaczęli strzelać.
                Zrobiło mi się głupio. Jakimś cudem moja grupa wypadała na jeszcze większych bandytów, niż ta czwórka. Musiałem działać. Czy jeżeli zaprowadzę ich do Potwora to zaskoczę ich i zdołam przegonić? Tak czy siak nie obędzie się bez trupów. Dalej miałem w kieszeni pistolet, nie przeszukali mnie jeszcze, co było sporym plusem.  Musiałem zaryzykować.
- Jeżeli się zgodzę, to pomożecie moim ludziom z sklepu z odzieżą? – zapytałem.
- Czy ja wyglądam na niańkę? Zaprowadzisz nas do swojego samochodu, wywalisz co ci będzie potrzebne, odjedziemy i sobie po nich wrócisz. Nie jesteśmy, aż tacy, zapasy są wasze, my mamy swoje i nie potrzebujemy więcej – odpowiedział człowiek z blizną – Cieszę się, że dobiliśmy targu. Swoją drogą jestem Krzysztof – to mówiąc wyciągnął do mnie rękę.
- Mariusz – powiedziałem podając mu swoją i uciskając. Nie mogłem podać swojego pierwszego imienia, ani ksywki, były zbyt charakterystyczne, a wtedy człowiek Alexa rozpoznałby mnie w sekundę.
- Widzisz Mariusz? Idzie się dogadać w tych czasach. Ta blondynka, która świeci ci po oczach to Justyna, a ta dwójka to Artur i Kazik – wskazał resztę swoich towarzyszy -  To co wyruszamy? Twoi ludzie długo już nie pociągną w tym sklepiku więc czas nas goni.
                Wstałem powoli i razem z czwórką bandytów opuściłem mieszkanie. Zeszliśmy po klatce schodowej, zabijając jednego trupa, który tutaj wszedł i zeskoczyliśmy tym samym balkonem, którym tutaj wszedłem. Człowiek z blizną pilnował mnie idąc ze mną ramię w ramię i trzymając ciągle rękę na spuście pistoletu. O ile tyły bloku były opustoszałe to ulica z przodu bloku była istnym piekłem. Zebrało się tam teraz mnóstwo zombie. Ominęliśmy ją zmierzając w stronę Potwora. W głowie układałem plan jak to wszystko rozegrać. Krzysztof nie wiedział, że w aucie, które tak naprawdę było tirem znajduje się trzech moich kompanów. Prawdopodobnie jak zobaczą, że prowadzą mnie obcy ludzie z bronią zaczną strzelać, więc będę musiał być naprawdę ostrożny. Jeżeli Łowca będzie dalej leżał na dachu to zauważy nas dosyć szybko. Z tego co zdążyłem zauważyć podczas akcji przy helikopterze, to może oddawać strzały raz na około pięć sekund. Czy to się uda?
                Weszliśmy w piątkę na ulicę, na której końcu widziałem Potwora. Szwendało się tu teraz o wiele więcej trupów.  Nie wiedziałem czego dokładnie się teraz spodziewać, ale poinformowałem o tym resztę.
- Widzicie tego tira na końcu tej ulicy? – zapytałem.
- Ciężko nie zauważyć – skwitował Krzysztof.
- To jest nasz środek transportu – odpowiedziałem krótko.
Przywódca bandytów otworzył szeroko oczy ze zdumienia.
- To… to robi wrażenie. Na pewno pomoże nam w przetrwaniu. Wszystko opiera się na zaufaniu. Czy powinniśmy wiedzieć coś jeszcze zanim przedrzemy się przez trupy i tam wejdziemy? – zapytał.
- Tak. Jest tam jeszcze jedna osoba, starzec, którego spotkaliśmy przed miastem. Jest w kiepskim stanie, więc przydałaby mi się pomoc w wyniesieniu go – powiedziałem, nie wspominając wciąż o Sołtysie Adamie oraz Łowcy.
- Nie ma problemu. Zadziwia mnie twoja szczerość Mariusz. Widać, że troszczysz się o swoich ludzi i wolisz uniknąć rozlewu krwi – powiedział człowiek z blizną.
                Szliśmy zwartą grupą samym środkiem ulicy. Spodziewałem się strzału ze strony Łowcy, więc miałem rękę na pistolecie, ale nic się nie działo. Czyżby poszedł mnie szukać i minął się z nami? Grupa bandytów zabijała każdego zombie, który do nas podchodził. Kiedy byliśmy na środku ulicy usłyszałem otwierane drzwi ładowni. Serce stanęło mi z przerażenia. Czyżby to Sołtys? Jeżeli zauważyli mnie wcześniej powinni się gdzieś schować, albo zaatakować, a nie po prostu się pokazywać wrogom. Moi towarzysze przystanęli i zaczęli mierzyć w stronę Potwora z broni. Zobaczyłem postać idącą w tą stronę. Zbliżała się coraz bardziej, unikając na tyle na ile to możliwe zombie. Chciałbym zobaczyć mój wyraz twarzy, kiedy zobaczyłem idącego w naszą stronę Jakuba. Starzec pomimo wypadku motocyklowego szedł do nas szybkim i żywym krokiem. Nie miał w rękach żadnej broni.
                Podszedł do mnie i do reszty i przywitał się.
- Witam, co tu się wyrabia? – zapytał z rozbawieniem na twarzy. Nie wiedziałem za bardzo czy trawi go gorączka, czy nie rozumie powagi sytuacji.
- Mariusz, to ten starzec , o którym nam opowiadałeś? Co on tutaj robi?  Podobno źle się czuł – powiedział z zdenerwowaniem w głosie Krzysztof. I wtedy się zaczęło. Jakub doskoczył do nas w pół sekundy i powalił mnie na ziemię równocześnie wyjmując dziwne narzędzie z rękawa i wbijając je w nogę Artura, który po chwili upadł krzycząc z bólu. Następnie uderzyła nas fala światła i cała trójka, która była jeszcze na nogach zasłoniła oczy przed światłami Potwora, które świeciły niczym dwa potężne reflektory. Dosłownie parę sekund później padł strzał i zobaczyłem jak Justyna upada z ogromną dziurą w miejscu gdzie powinna być górna część jej twarzy. Jakub podniósł się wtedy i zobaczyłem parę nożyc, dosyć sporego rozmiaru, którymi zawirował w ręce i po chwili odciął nimi rękę Krzysztofa. Kazik, zaczął uciekać, ale usłyszałem kolejny strzał i zobaczyłem jak upada z otworem w plecach, przez który można by przerzucić butelkę wody.
                Byłem tak zszokowany szybkością i gwałtownością wydarzeń, że tylko leżałem i się patrzyłem, ale teraz ocknąłem się i wyciągnąłem z kieszeni pistolet. Wymierzyłem nim w leżącego Krzysztofa obserwując jeszcze, jak Jakub ciągnie Artura na bok, gdzie znajdował się jeden z zombie. Gdy tylko Jakub się odsunął trup skoczył na Artura i wgryzł się w jego bark. Jego krzyki rozeszły się po całej okolicy. Ja spojrzałem w oczy Krzysztofa, które były przepełnione mieszanką strachu i nienawiści.
- Ty skurwielu. Okłamałeś mnie – wysyczał do mnie człowiek z blizną.
- W tych czasach nie możesz ufać nikomu – powiedziałem, po czym strzeliłem mu w głowę. Opadłem na kolana i przetarłem drżącymi rękoma twarz. To co tu się stało to była istna masakra, ale to jeszcze nie koniec. Spojrzałem na Jakuba i przez głowę przeszło mi mnóstwo pytań. Kim on był? Walczył jak diabeł wcielony pomimo tego, że wyglądał jakby jedną noga stał już w grobie.  Pomógł mi wstać i razem wróciliśmy do Potwora.
- To było… imponujące – powiedziałem.
- W swoim długim życiu nauczyłem się tego i tamtego – powiedział rechocząc jak rasowy kryminalista.
Wszedłem do Potwora, gdzie na stanowisku kierowcy siedział Sołtys, który właśnie gasił światła. Po chwili zszedł do nas Łowca. Zasypali mnie wodospadem pytań, więc jak najszybciej streściłem im co musimy zrobić i powiedziałem, że znowu ruszam na tamtą ulicę. Jakub zaoferował mi swoją pomoc. Gdybym nie widział co zrobił przed chwilą z tamtymi ludźmi to bym go wyśmiał, ale teraz cieszyłem się z dużej pomocy. Łowca usiadł na siedzeniu kierowcy i przejechał do przodu, obijając o kolce i blach paręnaście zombie i sprawiając, że droga stąd na ulicę z sklepem odzieżowym była znacznie krótsza i mniej niebezpieczna. Kiedy zaparkował spojrzał na mnie.
- Bobru tym razem nie sprowadź nikogo nowego, bo nie wiem czy drugi raz wyjdzie nam taki numer. Poza tym śpieszcie się do cholery, te petardy i strzały słychać było z paru kilometrów, musimy stąd jak najszybciej odjechać – powiedział poważnie.
- Postaram się – odpowiedziałem wyskakując z ładowni razem z Jakubem.  Gdy szliśmy przez boczną uliczkę spojrzał na mnie.
- Dziękuje za pomoc na ulicy. Gdyby nie wy to bym był truposzem jak nic – powiedział.
- Boję się pomyśleć, kto cię tak urządził, skoro tamta czwórka nie była dla ciebie wyzwaniem – odpowiedziałem.
- Jeżeli przeżyjemy to miasto to ci opowiem. Zresztą cholera nie jestem taki silny, ręce mnie bolą – stwierdził masując się po ramieniu.
                Wkroczyliśmy jeszcze raz na ulicę ze sklepem odzieżowym i gdy zobaczyliśmy ile jest tam trupów to Jakub skwitował to krótkim aczkolwiek treściwym ”Ja pierdolę”. Miałem jednak pewien plan. Idąc wzdłuż budynków unikaliśmy zombie, które były skupione na bloku mieszkalnym oraz sklepie i dzięki temu dotarliśmy prawie pod sam cel naszej wyprawy. Wtedy skręciliśmy w tylną uliczkę i zobaczyliśmy około dziesięciu trupów, kontener na śmieci i zablokowane przez niego drzwi na tyły sklepu. Takie budynki zawsze miały tylne wejścia, którymi dostawcy podawali skrzynie z ubraniami. To była nasza szansa. Dałem znak Jakubowi i rozpoczęliśmy atak. Pierwszy z trupów padł w chwilę po tym jak Jakub wbił mu nożyce prosto w głowę, po czym wyciągnął je uwalniając strumień krwi. Ja zabiłem drugiego trochę mnie spektakularnie, ponieważ przycisnąłem go do ściany sklepu łomem w okolicach szyi i nacisnąłem z całej siły sprawiając, że oczy pod ciśnieniem wyleciały z głowy trupa po czym wbiłem łapkę łomu w oczodół i przekręciłem niszcząc mózg.
                 Kiedy się odwróciłem zobaczyłem, że Jakub w tym czasie poradził sobie z kolejnymi trzema i zabierał się za czwartego. Znał się na zabijaniu zombie i był całkiem precyzyjny bo każdy jego atak trafiał, albo w gardło, albo w głowę, co zawsze kończyło się śmiercią trupa. Podbiegłem do kontenera, przy którym były trzy kolejne trupy i szybkimi uderzeniami łomu wyeliminowałem kolejne dwa i gdy zabierałem się za trzeciego poczułem jak coś ciągnie mnie za nogę. Był to zombie. Straciłem równowagę, ale całe szczęście w pobliżu był Jakub, który jak zauważył to co się stało szybko podbiegł do trupa i zakończył jego przeklęty żywot.
                Gdy ostatni z wrogów padł, podeszliśmy do kontenera i zaczęliśmy się z nim mocować. Usłyszałem dźwięk pękającej szyby. Czyżby zombie wdarły się do sklepu? Wyprężyłem się i naciskając z Jakubem na kontener zacząłem go przesuwać. Był ciężki jakby w środku były kamienie lub ciała. Wolałem jednak tego nie sprawdzać. Gdy zrobiło się trochę miejsca od razu skoczyłem na drzwi próbując je otworzyć. Czasu było coraz mniej, teraz byłem pewien, że zombie weszły do sklepu z odzieżą. Nie mogąc pokonać zamka wyciągnąłem pistolet i pewnym strzałem, z głośnym trzaskiem, utorowałem sobie wejście.
                W sklepie było bardzo ciemno, mimo tego słyszałem dokładnie, gdzie coś się dzieje. Ruszyłem biegiem z Jakubem w stronę hałasu i zobaczyłem nagle drzwi przesunięte deską, która blokowała drogę do właściwej części sklepu. Podważyłem ją i odrzuciłem na bok otwierając na oścież drzwi. Zobaczyłem piekło. W pomieszczeniu było już mnóstwo trupów, a tuż obok nas stał przyparty do ściany Cinek. Obok niego klęczała Łapa. Trzymała kogoś w rękach. Oczy zaszły mi łzami, kiedy zobaczyłem, że w rękach Łapy spoczywa Nieznajoma. Na jej szyi widniało paskudnie głębokie ugryzienie i całą bluzę miała we krwi. Była nie do uratowania, spóźniłem się.  O ile dało się odciąć zarazę ucinając Cinkowi rękę, to wycięcie takiego kawałka ciała z szyi było nierealne. Stanąłem jak wryty. Jakub jednak myślał trzeźwo. Zauważył, że między ladami stoi kosz z ubraniami, a lada chwila miały tędy przejść zombie. Ruszył do przodu i zaczął pchać kosz, żeby zablokować wejście.
                Kosz sięgał mi wysokością do pasa i był bardzo ciężki, więc starając się wziąć w garść pomogłem mu. Po chwili droga między ladami była zablokowana i dała nam chwilę do działania. Od razu gdy do Cinka dotarło, że to ja wszedłem do pomieszczenia podbiegł do mnie i uścisnął serdecznie.
- Kurwa miałeś rację. Nie chcę już chodzić na te wyprawy – powiedział żartobliwie spoglądając na Jakuba – A to kto brat Sołtysa?
- To jest Jakub. Później ci powiem więcej, musimy stąd uciekać. Łapo! – zawołałem.
Łapa dalej trzymała konającą Nieznajomą, jednak gdy usłyszała mój głos to odwróciła się i wskazała na ciało przyjaciółki, jakbym go nie widział, albo nie zdawał sobie sprawy, że ona umiera. Kazałem Jakubowi i Cinkowi kierować się do wyjścia, a sam podbiegłem do Łapy. Zombie naciskały na naszą barykadę coraz mocniej i lada chwila przebiją się i skończymy jako ich pożywienie. Musiałem się spieszyć. Podszedłem do ciemnowłosej dziewczyny.
- Musimy stąd uciekać. Proszę cię, ona zaraz się przemieni, nie chciałaby żebyśmy narażali się z jej powodu – próbowałem wyperswadować.
- Nie mogę jej tu zostawić… Zombie ją dorwał, to była chwila. Czemu tak się stało… Po drugiej stronie ulicy są ocalali. Oni i tak nas zabiją, to przez nich… - mamrotała. Widziałem, że jest na skraju wyczerpania zarówno fizycznego jak i psychicznego.
- Zabiłem ich. Razem z Łowcą i Jakubem – powiedziałem zgodnie z prawdą.
- Kim… kim jest Jakub? – zapytała widocznie nie wytrzymując już trzymania Nieznajomej, która łapała ostatnie oddechy przed dołączeniem do legionu żywych trupów. Pomogłem Łapie wstać, zarzucając sobie jej rękę o szyję. Ledwo trzymała się na nogach. Już miałem opuszczać pomieszczenie, ponieważ pierwszy zombie wspinał się przez kosz z ubraniami w naszą stronę, kiedy obróciłem się i spojrzałem na Nieznajomą.
                Była kimś ważnym. Spojrzała na mnie gasnącym z każdą sekundą wzrokiem i uśmiechnęła się słabo. Następnie zamknęła oczy. Umarła. Poczułem ogromny smutek, który mieszał się ze zmęczeniem sprawiając, że byłem w stanie ledwo lepszym od Łapy. Wymierzyłem pistoletem w stronę martwej sojuszniczki i strzeliłem. Nie chciałem, żeby wróciła jako jeden z zombie. Z racji iż pierwszy trup dostał się za ladę wybiegłem z Łapą z budynku. Przy kontenerze na śmieci czekał na nas Cinek i Jakub. Następnie wszystko działo się szybko. Biegliśmy przez ulicę omijając zombie w blasku wschodzącego powoli słońca. Gdy dotarliśmy do Potwora Łowca i Sołtys nie pytali nawet o Nieznajomą. Wiedzieli, że coś się stało. Wyczytali to z naszych twarzy. Dopiero teraz zauważyłem, że Cinek i Łapa mieli plecaki i przynieśli w nich trochę zapasów. Nie miałem jednak siły patrzeć jak je rozładowują. Opadłem na jedno z łóżek i momentalnie zasnąłem.

niedziela, 27 lipca 2014

Rozdział 12: Sama

Rozdział 12, czwarty z perspektywy Miczi. Po tym co stało się w ostatnim rozdziale świat Miczi wywrócił się do góry nogami. Jej towarzysze ją zdradzili, a ci, którym ufała zostali przez nich bestialsko zabici. Co zrobi teraz? Czytajcie, a się dowiecie ;) Po przeczytaniu proszę o komentarz oraz rozesłanie bloga znajomym.

------------------------------------------------------

Rozdział 12 (Miczi): Sama


                Gdy się obudziłam to nie do końca wiedziałam co się dzieje. Czułam ból i nieprzyjemny zapach. Otworzyłam oczy, ale były one nieprzyzwyczajone do światła, więc przez dobre pięć minut mrużyłam je i starałam się wstać. Nogi bolały mnie potwornie, a na całej powierzchni ciała czułam uciążliwy ból. Poza tym towarzyszyło mi zimno. Rozchodziło się po całym ciele. Podciągnęłam się i zapłakałam. Ufałam Dalionowi. Darzyłam go sympatią. Pokładałam w nim nadzieję, a on mnie porzucił i skrzywdził. Nie będąc w stanie wstać i pomyśleć co dalej oparłam się o ścianę. Byłam roztrzęsiona, właściwie nikt nigdy nie widział mnie w takim stanie. Miałam nadzieję, że to się nie zmieni. Teraz widziałam już zaplecze sklepu, mój wzrok przyzwyczaił się do promieni porannego słońca wpadających przez okno. Wszystko wyglądało tak jak dzisiejszej nocy. Gdy zobaczyłam ciała Damiana i Szpiega załkałam znowu. Mieliśmy być już w drodze. Ale nalegałam na zostanie jeszcze jedną noc. To moja wina. Sięgnęłam po butelkę, aby pociągnąć łyk mocnego alkoholu i zapomnieć o świecie. Jak na złość zakrztusiłam się palącym płynem i po chwili wyplułam go na podłogę. Nigdy nie czułam się tak fatalnie.
                Nie wiedziałem tylko gdzie byli Smród i Dalion. Bałam się, że wejdą zaraz tutaj i po prostu powtórzą koszmar sprzed paru godzin. Rozejrzałam się w poszukiwaniu broni, ale nie znalazłam nic poza maczetą, która wpadła mi w ręce wczoraj podczas przeszukiwania budynków. Czy to była teraz moja jedyna broń? Siedziałam tak jeszcze przez dwadzieścia minut lub więcej, aż podniosłam się powoli i poszukałam czegoś do jedzenia. Znalazłam połowę puszki konserwy rybnej, które pochłonęłam. Musiałam ruszać dalej. Znaleźć kogoś kto przeżył z Królowego Mostu i wrócić do normalności. Tylko czy będę potrafiła? Czułam się całkowicie rozbita. Ledwo trzymałam się na nogach i nie wiedziałam czy bardziej doskwiera mi ból psychiczny czy fizyczny. Starałam się wziąć w garść. Przypięłam maczetę do pasa i zapakowałam wszystko co wczoraj przyniosłam do jedzenia w nieduży worek, który przewiesiłam sobie sznurkiem przez plecy. Ubrałam się ciepło, ale nie przesadzałam. Jeżeli czekała mnie wyprawa pieszo i szukanie samochodu to musiałam być gotowa na uciekanie i moja szybkość nie mogła być zbytnio obniżona.
                W miarę gotowa wyszłam na zaśnieżoną ulicę miasteczka, w którym byłam. Dalej nie wiedziałam co to za miejsce, ale w sumie nie obchodziło mnie to. Z pozycji słońca na niebie szybko dowiedziałam się gdzie jest zachód i tylko to mnie interesowało. Tak jak się spodziewałam auta z zapasami i moją wiatrówką nie było. Tamta dwójka je zabrała. Przeklinając ich poprzysięgłam sobie, że jak ich kiedyś jeszcze spotkam to pożałują wszystkiego co mi zrobili. Byłam tak roztrzęsiona, że prawdopodobnie gdybym spotkała ich teraz to rzuciłabym się na nich z dowolną bronią i chciała zadać jak największy ból. Tak samo jak zrobili mi to oni. Ruszyłam w lewo zostawiając za sobą sklep. Poruszałam się obolałbym krokiem, który utrudniał mi trochę marsz. Skręcałam w kolejne uliczki obawiając się zombie, ale mieścina była nieduża, a ja w te trzy dni, w które tu byliśmy zabiłam ich naprawdę sporo. Skręciłam pomiędzy budynek baru oraz kompletnie zrujnowany dom jednorodzinny i ze zgrozą usłyszałam kroki za sobą.
                 Odwróciłam się w porę, żeby zobaczyć jak z uliczki prowadzącej na tyły baru podążają w moją stronę dwa trupy. Sięgając po maczetę wyciągnęłam ją z świstem z prowizorycznej pochwy i uchwyciłam pewnie w obolałą rękę. Poczułam się nieco pewniej i przemieszczając się w prawo zaczęłam podchodzić do pierwszego z zombie. Za życia musiał być całkiem przy kości, gdyż teraz był wyjątkowo wolny i wydawał się móc pęknąć w każdej chwili. Tak też się stało gdy zatopiłam ostrze w jego szyi, a chwilę potem w głowie. Nadawało się do tego świetnie, było ostre i przebijało się przez podgniłe kości bez żadnego problemu. Gdy pierwszy z trupów upadł w kałuży krwi na zaspę śniegu to drugi podszedł bliżej. Było to nieduże ciało prawdopodobnie małego chłopca. Nie obchodziło mnie to, chciało mnie zabić więc podzieliło los grubego. Odrobinę podładowana tą sytuacją oczyściłam ostrze wbijając je w śnieg i chowając na miejsce. Ruszyłam dalej.
                Moim planem było trzymania się drogi i znalezienie jak najszybciej sprawnego środku transportu, bez względu na to czy to będzie samochód, ciężarówka czy motor. Opuściłam miasto, które sprowadziło mnie do tak wielkiej ruiny i w miarę szybkim marszem ruszyłam naprzód. Moim jedynym sojusznikiem teraz było słońce. Poruszało się wraz ze mną i cały czas wisiało przy mnie, chociaż wiedziałam, że nie pomoże mi w razie niebezpieczeństwa. Starałam się nie myśleć o niczym, ale nie było to takie proste. Myślami wciąż wracałam do dzisiejszej nocy. Wciąż miałam nadzieję, że wydarzenia z ostatnich trzynastu dni to jedynie koszmar. Liczyłam, że obudzi mnie zaraz Bobru lub Gigant i zdążę ostrzec całą trójkę przed wyjazdem po zapasy, który ostatecznie skończył się atakiem na Obóz i kompletnym rozbiciem oraz śmiercią prawie wszystkich osób. Teraz już nie wierzyłam w to w co starałam się wierzyć gdy Szpieg jeszcze żył. Ludzie są zbyt nieufni i bezwzględni. O ile nasza drużyna trzymała się w okolicach Królowego Mostu to poza nim została powybijana i całkowicie zdziesiątkowana. Liczyłam na to, że przeżyła maksymalnie jeszcze jedna czy dwie osoby i nie miałam pojęcia czy je jeszcze kiedyś spotkam.  Musiałam radzić sobie sama.
                Pierwszy postój zrobiłam po około czterdziestu minutach marszu. Zatrzymałam się przy dwóch stojących na poboczu autach, przy których szwendało się parę trupów. Oczyściłam miejsce bez większego problemu i zabrałam się z nadzieją na przeszukiwanie aut i sprawdzanie czy nadają się do dalszej drogi. Pierwszy, spory samochód terenowy, był niezdatny do jazdy, ale w schowku znalazłem mapę samochodową, a w bagażniku naprawdę wygodne buty. Jeszcze jakiś czas temu czułabym się nieswojo, ale teraz nie widziałam żadnego problemu w wzięciu ich i nałożeniu. Drugi samochód również nie był na chodzie, na miejscu kierowcy było ciało kobiety z dziurą postrzałową na skroni. Smród był nie do wytrzymania, więc odpoczywając jeszcze chwilę przy drugim aucie i pijąc wodę ruszyłam dalej.
                Kolejna godzina marszu sprawiła, że musiałam znowu się zatrzymać. Podróżowanie w takich warunkach było ciężkie, a fakt tego, że bolało mnie całe ciało i ostatnimi czasy poruszałam się samochodem nie pomagał. Przystanęłam na rozdrożu i spojrzałam na mapę próbując zlokalizować miejsce gdzie jestem. Jako, że nie mogłam być za daleko od Białegostoku, na zachód od którego spadł helikopter, to po chwili kojarząc wszystko stwierdziłam, że miasto przede mną to Zambrów. Nie było innego wyjścia to musiało być to. Spojrzałam na mapę i westchnęłam cicho widząc, że Toruń jest jeszcze daleko przede mną i jeżeli miałabym iść na piechotę to prawdopodobnie dotarłabym tam najwcześniej za miesiąc.  Musiałam znaleźć jakiś transport.
                Postanowiłam, że zahaczę o miasto, miałam nadzieję na znalezienie czegoś przydatnego, w końcu zapasów nie miałam za dużo. Wszystko było gotowe do ucieczki wczoraj, a wyszło z tego tylko to, że przygotowałam świetne warunki na najbliższe dni osobom, które mnie skrzywdziły. Weszłam w sieć uliczek miasteczka szukając czegokolwiek co może mi się przydać.  Przeszukiwałam raczej tylko budynki spożywcze takie jak sklepy czy domki. Znalazłam w sumie parę przydatnych rzeczy i trochę jedzenia, ale czułam dziwny niepokój. Część miasta wyglądała jeszcze gorzej niż jakiekolwiek inne miejsce, jakie do tej pory odwiedziłam. Jeden budynek był całkowicie zawalony. Wszystko przypominało strefę wybuchu jakiejś bomby. Przechodząc pomiędzy uliczkami trafiłam na coś dziwnego co przykuło moją uwagę.
                Na jednym z przystanków wisiała kartka. Widok czyjegoś pisma zaskoczył mnie i zadziwił. Nie był to po prostu stary plakat, lub rozkład jazdy. Przypominało to ulotkę. Zerwałam ją i zaczęłam czytać. Zgubiłeś/łaś się? Mogę ci pomóc. Poczekaj na tym przystanku, a na pewno przyjadę. Pojawiam się raz na dwa dni. Ulotka z pewnością nie była skierowana bezpośrednio do mnie, ale co właściwie mogła znaczyć? Wyglądała na zawieszoną niedawno. Czy warto było poczekać? Odwróciłam kartkę z pewnym nieopisanym niepokojem i zobaczyłam listę miejscowości. Na górze było napisane mało starannym pismem Rozkład jazdy, a niżej było dwanaście różnych pozycji. Jedną z nich był Zambrów, ale z znanych miejsc zobaczyłam także Białystok, Toruń czy też Królowy Most. Czy to był jakiś żart, czy cud? W sumie mogłam pozwolić sobie na pozostanie tutaj do jutra. Jeżeli nie zobaczę tego autobusu do jutra to ruszę dalej.
                W ten sposób zaczęłam szukać miejsca, z którego mogłabym zobaczyć przystanek będąc schowana w budynku i postanowiłam schować się na poczcie. Weszłam powoli uchylając drzwi i od razu wiedziałam, że nie jestem tu sama. W budynku panował mrok przebijany pojedynczymi promieniami światła wychodzącymi z zasłoniętych żaluzji. W miejscu, gdzie zazwyczaj siedzą pracownicy obijały się o szybę dwa trupy. Nie czekając ruszyłam na zaplecze przez drzwi na lewo od wejścia i od razu wpadłam na jednego z zombie. Rzucił się na mnie ale na moje szczęście odepchnęłam go w porę i uderzyłam maczetą odrąbując niecelnym uderzeniem szczękę. Zombie zatoczyło się po czym ponowiło atak. Uniknęłam szarży i dobiłam trupa zatapiając ostrze w czaszce.
                Te dwa, które widziałam po wejściu do budynku rzuciły się teraz na mnie. Były jednak zbyt wolne i po chwili przyblokowały się w przejściu. Wykorzystując to, że były praktycznie nieruchome zamachnęłam się mocno dwa razy i dobiłam oba. Sprawdziłam jeszcze pomieszczenie personelu na tyłach i widząc, że nikogo, ani niczego tam nie ma odetchnęłam z ulgą. Co prawda w budynku nie znalazłam nic przydatnego, ale mogłam tutaj odetchnąć i zająć dobrą pozycję do obserwacji przystanku z niedużej odległości. Worek z zapasami i innymi rzeczami położyłam przy wyjściu, żeby w razie sytuacji, w której musiałabym uciekać mieć wszystko gotowe. Nie mając nic innego do roboty przeczytałam dokładnie spis na ulotce, żeby wiedzieć, gdzie jeszcze mam szanse na znalezienie przystanku, na którym ktoś mógłby mi pomóc. Najbliższy był jakieś pięćdziesiąt kilometrów stąd na południowy zachód, w miejscowości Ostrów Mazowiecki. Gdybym tutaj wpadła w tarapaty to za trzy dni byłabym przy drugim przystanku.
                W ten sposób przeczekałam parę kolejnych godzin, znowu wracając do niepotrzebnych wspomnień dzisiejszej nocy. Nie rozumiałam tej sytuacji i sprawiała mi ona duży ból. Wiedziałam, że jeżeli jeszcze kiedyś spotkam Daliona i Smroda to zabije ich. Nie zawaham się nawet na chwilę. Spoglądając co chwilę przez okno i nasłuchując wciąż nie byłam pewna co robię. Czekam na autobus w takich czasach? Czy to w ogóle miało sens? Na zewnątrz słychać było tylko, co jakiś czas, powarkiwanie trupów, które szukając pożywienia przechodziły w pobliżu. Bałam się pójść spać, poczta miała gorsze zabezpieczenia od sklepu, w którym spędziłam ostatnie dni, a co gorsza mogłam przespać przyjazd autobusu. Słońce schowało się już za horyzontem parę godzin temu, więc było dosyć ciemno. Musiał być wieczór, na oko godzina dwudziesta pierwsza.
                Pilnowałam okna wychylając się co chwilę, aż w końcu znudziłam się tym i poczułam zmęczenie. Oczy mi się same zamykały. W budynku było zimno, więc skuliłam się w kącie starając nie zasnąć. Wtedy coś usłyszałam. Dźwięk silnika. Zerwałam się na równe nogi bardzo szybko i podbiegłam do okna. Zobaczyłam, że na przystanek podjeżdża autobus. Nie byłam pewna czy to nie sen, więc uszczypnęłam się kontrolnie, ale wszystko zachowało swoją ostrość. Poczułam falę ekscytacji. Autobus, który stał przed przystankiem miał nabazgrane coś farbą na boku. I prezentował się dosyć mizernie, ale działał. Silnik pracował dosyć cicho, ale w ciszy otaczającej to miasto dało się go usłyszeć bez problemu.
                Już miałam wybiegać, żeby zwrócić swoją uwagę na kierowcę, żeby nie odjechał, gdy stało się coś czego bym się nie spodziewała. Podczas otwierania drzwi zobaczyłam czerwony blask nadchodzący z prawej strony do autobusu. Wyszedł on z uliczki obok mnie więc, byłam prawie pewna, że tu zaraz przyjdzie. Zamknęłam drzwi jeszcze szybciej niż je otworzyłam i położyłam się na ziemi. Czułam jak serce bije mi z emocji jak szalone. Obserwowałam co się dzieje na przystanku i zamarłam. Dwóch młodych mężczyzn podeszło do autobusu i weszło do środka. Widziałam przez brudne szyby pojazdu, jak w środku siedzi parę osób, a kierowca rozmawia o czymś z tą dwójką. Czyżby pracowali razem? Może tak naprawdę nie są źli? Czerwone flary. Widziałam je już w poprzednim miasteczku. Ciekawe czy to te same dwa światełka, które widziałam wtedy na horyzoncie.
                Obserwowałam dalej uspokajając się już nieco. Kierowca, który nosił czapkę, wysiadł i przylepił kolejną ulotkę na przystanek. Uścisnął się z dwójką mężczyzn po czym wsiadł do autobusu i odjechał. Nie widziałam go dokładnie, bo ciągle był zasłonięty przez swój pojazd, ale kojarzyłam mniej więcej jego posturę. Nie był na pewno dużo starszy ode mnie. Miałam szansę złapać go na kolejnym przystanku za jakieś trzy dni. Nie mając już nic innego do roboty, chciałam schować się na zapleczu, żeby przespać się i jutro z rana wyruszyć, kiedy zamarłam. Jedna z flar wylądowała tuż przed drzwiami poczty. To mnie całkowicie sparaliżowało. Dwójka zbliżała się do mnie. Wycofałam się i biegiem ruszyłam na zaplecze, gdzie zatrzasnęłam drzwi przesuwając rygiel. Ruszyłam po tym za ladę, gdzie wcześniej uwięzione były dwa trupy i wychylając się z przerażeniem obserwowałam nadchodzącą dwójkę. Bez problemu sforsowali główne drzwi do poczty i oświetlając czerwonym kolorem wnętrze rozejrzeli się. Byli uzbrojeni. Mieli w rękach pistolety, a przez plecy przewieszone karabiny. Ten większy z nich, ciemny blondyn z krótką, przypominającą siano, czupryną odezwał się. Jego głos był dla mnie znajomy.
- Ktokolwiek chowa się w tym budynku niech rzuci broń. Nie mamy złych zamiarów, ale jeżeli ten ktoś ma to zginie. Nie szukamy kłopotów! –krzyknął, bardzo niskim, charakterystycznym głosem. Miałam kiedyś znajomego w Internecie, który miał taki głos. Nie byłam pewna, w końcu mógł być to ktoś inny z podobnym głosem, ale zaryzykowałam. W końcu i tak nie miałam broni palnej, więc nawet jakbym jakoś pokonała jednego z nich, to drugi by mnie zabił. Wychyliłam się.
- Pablord? – zapytałam ochrypniętym, nie używanym od paru godzin głosem.
- Hę? Kim jesteś? – zapytał patrząc na mnie ostrożnie – Znamy się?
                Nie wiedziałam co odpowiedzieć. Na pewno skojarzy mnie jak mu powiem kim jestem, ale czy nie lepiej pozostać anonimową? Pablord był przyjacielem Bobra z Wałbrzycha i zawsze wydawał się być godnym zaufania i solidnym człowiekiem. Czy był taki naprawdę? Postanowiłam jeszcze chwilę się wstrzymać.
- Powiedzmy, że tak. Rozmawialiśmy już parę razy. Wiedz, że ja cię znam. Czy jesteś w stanie mi pomóc – zapytałam nieco drżącym głosem.
- Jestem tutaj, żeby pomagać. Zbieramy z Obłąkanym Ocalałym różnych ludzi i transportujemy ich do bezpiecznego miejsca. Jedynego naprawdę bezpiecznego miejsca – powiedział tajemniczo.
- Właściwie nie jedynego. Wiemy, że jest jeszcze coś takiego w wielu innych miastach, ale nasze jest największe! Jest świetnie bronione i mamy tam wielu dobrych ludzi. Tak właściwie zapomniałem się przedstawić, jestem Mpd – powiedział mniejszy chłopak i ukłonił się mi delikatnie.
- O jakim miejscu mówicie? – zapytałam zaciekawiona.
- Najpierw muszę wiedzieć kim jesteś i czy jesteś tutaj sama. Nie ukrywam, że szukamy ocalałych z Królowego Mostu odkąd dowiedzieliśmy się o jego upadku. Kojarzysz Bobra? On jest naszym głównym celem. Nasz dowódca chcę poznać kogoś, kto utrzymał tak dużą grupę ludzi w malutkim obozie po środku trzech stad zombie, które panoszą się teraz na północnym wschodzie Polski.  Zresztą szukam go bo jest moim przyjacielem, a mamy spore podejrzenia, że mógł przeżyć. To twardy skurczybyk – powiedział Pablord podchodząc krok bliżej.
- Jestem Miczi i jestem sama. Byłam częścią ludzi z Królowego Mostu i uciekłam wraz z piątką innych. Również szukam Bobra, tak jak i innych osób, niestety bezskutecznie. Prawdopodobnie nikt nie przeżył. Byłam na miejscu chwilę po ataku i nie znalazłam nikogo. Wątpię, żeby wszyscy się po prostu rozpłynęli. Teraz chciałabym poznać to miejsce, o którym mówiliście.
- Miczi? Świetnie przetransportujemy cię do naszej bazy. Skoro jesteś szczera to mogę ci powiedzieć, że jest ona w Toruniu. Mamy listę osób, które były w waszym zespole i ty też tam jesteś. Możesz powiedzieć co się stało z tą piątką, która z tobą była i kim byli ci ludzie? Poza tym wyjdź już stamtąd, obronimy cię chociażby nie wiem co miało się stać – powiedział uśmiechając się i odwracając w stronę zabarykadowanych przeze mnie drzwi. Teraz zobaczyłam na jego kurtce napis „Toruńska Ostoja Ocalałych” i odetchnęłam z ulgą.
                Pobiegłam szybko odblokować drzwi i ostrożnie wyszłam do Mpd i Pablorda. Ten drugi spojrzał na mnie krytycznie, ale nie miałam ochoty opowiedzieć mu co się ze mną stało. On usiadł na podłodze i wykładając rzeczy z torby zaczął jeść.
- Częstuj się jeżeli jesteś głodna no i wybacz, że tak od razu cię o to proszę, ale koniecznie muszę się dowiedzieć, kto był z tobą w grupie i co się z nimi stało – powiedział łagodnie. Sprawiał wrażenie kogoś, kto jest naprawdę solidnym człowiekiem i pomimo tego co mnie ostatnio spotkało byłam w stanie mu zaufać. Dlatego gdy tylko zjadłam trochę opowiedziałam mu, bez zbędnych szczegółów, całą moją historie od wyjechania z Królowego Mostu na zwiad, aż do teraz. Gdy słuchał o kompanach, którzy zostali zabici i o tym co Dalion i Smród mi zrobili widać było, że jest śmiertelnie poważny. W swoim notatniku przy zapisywaniu danych na liście narysował dwie czaszki przy imionach Daliona i Smroda. Znak ostrzegawczy. Byłam zmęczona, ale czułam się w końcu bezpiecznie. Pablord zaproponował mi, żebym się przespała do rana, wtedy wyruszymy dalej. Gdy już się ułożyłam do snu wpadło mi do głowy jeszcze jedno pytanie.
- Właściwie to jak dostaniemy się do Torunia? – zapytałam.
- Autobusem. Kierowca zna trasę od Białegostoku do Torunia, jeździ tam na życzenie Karła i jego prawej ręki, Dziary –powiedział życzliwie Pablord po czym dodał – prześpij się Miczi. Przypilnujemy wszystkiego i już nic złego ci się nie stanie.

                Chciałam jeszcze zapytać kto to jest Dziara i kim jest Karzeł, ale nie miałam siły. Uśmiechnęłam się i zasnęłam, czując się naprawdę bezpiecznie.

wtorek, 22 lipca 2014

Rozdział 11: Nie bój się

Rozdział 11, czwarty z perspektywy Natalii. Ekipa regeneruje się po starciu z kanibalem, ale oczywiście nie ma zbyt wiele czasu na wytchnienie. Spotykają na drodze do Torunia kolejnych ludzi. Jak to się skończy? Czytajcie, a się dowiecie :) Po przeczytaniu proszę o komentarz oraz rozesłanie bloga znajomym.

------------------------------------------------------

Rozdział 11 (Natalia): Nie bój się


                Wciąż miałam w uszach dźwięk motoru, którym kanibal uciekł ze swojego domu. Wciąż przed oczami rozgrywał mi się ten sam horror. Śmierć Najmłodszego i Przystojnego była sporą stratą. Teraz było nas czterech, w tym Gigant, który nie mógł chodzić o własnych siłach oraz Młoda, która nie umiała walczyć. Bałam się o to, że ktoś nas znowu napadnie. Sytuacja była bardzo ciężka, a droga do Torunia daleka. Jechaliśmy na północny-zachód omijając duże miasta i starając się nie pakować w tarapaty. Gigant drzemał z tyłu pojazdu, a ja obserwowałam słońce, które było wysoko na niebie.  Zapasy na razie mieliśmy, więc o to się nie martwiłam tak samo broń. Planowałam jak moglibyśmy pojechać, żeby zahaczać tylko małe wioski, ale nie było to łatwe. Minęliśmy nad ranem Łomżę i za parę godzin powinniśmy być przy w okolicach Makowa Mazowieckiego. To będzie mniej więcej połowa drogi do Torunia. Nie wiedziałam w sumie czego mam się spodziewać po tym miejscu, ale miałam nadzieję, że jakoś to się ułoży.
                Młoda też drzemała oparta twarzą o okno. Współczułam jej. Była z ludźmi, których ledwo znała, daleko od swojej jedynej rodziny – siostry. Łapa prawdopodobnie nie żyła, gdy ostatni raz ją widziałam uciekała w kierunku Białegostoku z Nieznajomą. Szkoda mi było tego co się stało, ale akurat tej dziewczyny nie żałowałam. Łapa była okrutna i pokazała to nie raz chociażby okaleczając Eryka. Eryk. Wspomnienia bezpiecznego Obozu po odbiciu go przez Bobra były cudowne. Mieliśmy wszystko i wszyscy żyli. Mogliśmy tam się bronić przez długie miesiące, ale teraz było już po wszystkim. Została nas czwórka, a Gigant, który był moją jedyną podporą teraz był w fatalnym stanie. Byłam zdana na siebie.
                Jadąc główną drogą zauważyliśmy z Najstarszym rozbitą ciężarówkę na poboczu. Poprosiłam go żeby się zatrzymał bo to co zauważyłam w środku, przez otwarte drzwi do ładowni wyglądało obiecująco. Wysiadłam i stwierdziłam, że jest na tyle ciepło, że nie potrzebuje nawet kurtki. W końcu według moich obliczeń zbliżał się luty. Już niedługo uciążliwa biała pierzyna okrywająca cały świat zniknie i w końcu będziemy mogli chodzić normalnie ubrani z pełną swobodą ruchów. Co prawda zombie znowu staną się bardziej niebezpieczne, ale kiedyś dawaliśmy sobie z nimi radę to i teraz damy.  Podeszłam bliżej trzymając w ręce pistolet i celując we wszystkie strony. Wydawało się być bezpiecznie. Schowałam broń za pasek i oburącz otworzyłam drzwi do ładowni z głośnym skrzypnięciem. W środku było mnóstwo pudełek z puszkami. Całe stosy jedzenia konserwowanego. Zawołałam Najstarszego i kolejne dziesięć minut przekładaliśmy opakowania z ładowni do naszego bagażnika. Zapakowaliśmy w sumie pięć kartonów, które mogły nam spokojnie starczyć na miesiąc jak nie więcej.
                Zadowolona z znaleziska wróciłam do samochodu i pojechaliśmy dalej. Z nudów zaczęłam czyścić pistolet, który z pewnością tego od czasu do czasu wymagał. Poklepałam ręką po kieszeni spodni i zauważyłam, że mam tam jeszcze pięć naboi. Kolejne siedem było w magazynku. To wszystko co miałam. Nie było tego dużo. Na pewno nie mieliśmy odpowiedniej ilości amunicji do walki z Ocalałymi. W samym domu kanibala wystrzeliliśmy o wiele więcej niż powinniśmy, a przecież nie zabiliśmy tego starca.
                 Podróż dłużyła się, a słońce powoli chowało się za horyzontem. Całe szczęście byliśmy jednak naprawdę blisko celu i już widzieliśmy miasto. Zjechaliśmy na pobocze i zaczęliśmy planować czy warto wchodzić tam teraz, czy dopiero z rana.
– Moglibyśmy w sumie przenocować, w którymś z domów – zaproponował Najstarszy.
– Jeżeli to ma być dom z kimś takim jak tamten staruch to ja dziękuje – skwitował Gigant, który się niedawno obudził.
– Ja tam myślę, żeby nie ryzykować na wpadniecie na innych ocalałych i po prostu przespać się tutaj, a z rana ruszyć dalej.
Jak na zawołanie usłyszeliśmy dźwięk silnika. Nie naszego silnika. Sięgnęłam po broń i kazałam zgasić światła Najstarszemu. Było jednak za późno. Spory furgon zajechał przed nas i zauważyłam jak wysiadają z niego trzy osoby. Miały przewieszone przez ramiona karabiny i wydawały się całkiem wysokie.
                Usłyszałam stłumiony przez szybę, niski głos.
– Hej wy tam! Potrzebujecie pomocy?
Pytanie mnie zamurowało. Czy to nie byli bandyci? Z małymi pretensjami ze strony Giganta opuściłam auto i bojąc się jak cholera wyszłam im na spotkanie. Światła latarek przejechały po mnie niczym promienie roentgena. Najstarszy również zapalił światła w naszym aucie i teraz mogłam się lepiej przyjrzeć trzem przybyszom. Cała trójka była ubrana w stroje moro i miała atletyczną sylwetkę. Pierwszy z nich był całkowicie łysy i nie nosił czapki. Dreszcze mnie przeszły na ten widok, ale nie to było w nim najdziwniejsze. Miały oczy dwóch różnych kolorów. Wyglądało to przedziwnie. Do tego płaski podbródek, orli nos oraz wąskie usta sprawiały, że wyglądał naprawdę strasznie. Ten obok niego, po środku, miał długa brodę i w przeciwieństwie do towarzysza przypominał yeti.  Miał strasznie duży nos i nosił ładną, skórzaną uszankę. Ostatni z nich był zdecydowanie starszym człowiekiem. Jego twarz była pokryta zmarszczkami, miał na ramieniu opaskę czerwonego krzyża, a za okularami, które nosił ukrywało się bystre spojrzenie. Musiał być medykiem. Tak czy siak cała trójka zapewne była częścią wojska. Nie widziałam żadnych sił specjalnych od dawna i to mnie zdziwiło. Czy takie organizacje jeszcze istniały?
– To zależy – powiedziałam, starając się aby mój głos nie drżał – od waszych intencji.
– Jeżeli wasze nie będą agresywne to z pewnością się dogadamy – powiedział Medyk.
– To samo mogę powiedzieć o nas – powiedziałam.
– No to się dogadaliśmy dziewczyno – odpowiedział starzec.
– To potrzebujecie pomocy? Widzę, że podróżujecie kiepskim środkiem transportu. Jeżeli jedziecie na zachód możemy was podwieźć – wtrącił się Yeti.
– Od tak bezinteresownie? Kim właściwie jesteście? – zapytałam.
– Żołnierzami. Straciliśmy cały oddział i uciekamy ze wschodu na zachód. Słyszeliśmy, że w Toruniu jest bezpiecznie i tam się właśnie udajemy – odpowiedział Łysy.
Brzmiało to zbyt pięknie, żeby było prawdziwe.
– Czyli może… możemy się z wami zabrać? – zapytałam. Taka pomoc byłaby nieoceniona. Teraz, kiedy Gigant nie może chodzić, a jedyną obroną grupy jestem ja i Najstarszy nie byłoby łatwo. Ci ludzie byli naszą szansą.
– Przecież powiedziałem. Podawaj swoje rzeczy. Zaraz was przepakujemy i pojedziemy. Ilu was jest? – zapytał Medyk.
– Oprócz mnie mała dziewczynka, mężczyzna z ranną nogą, oraz drugi w pełni zdrowy – odpowiedziałam.
Medyk spojrzał podejrzliwie na mnie i zapytał.
– Jaki rodzaj rany? Mam nadzieję, że nie ugryzienie bo w takim wypadku wam nie możemy pomóc.
– To jest ugryzienie. Tylko, że przez człowieka. Spotkaliśmy kanibala, który zabił dwóch naszych i prawie zjadł trzeciego – widząc ich miny szybko dodałam – Sami obejrzycie ranę to zobaczycie, że to nie jest ślad po zębach zombie.
                To ich przekonało. Następne paręnaście minut przepakowywaliśmy się rzeczy z naszego auta na ich furgon. Byli świetnie wyposażeni, ale brakowało im jedzenia, więc podzieliliśmy się naszymi zapasami. Po wejściu do środka i schowaniu się za plandeką zobaczyłam jak Medyk zaczyna oczyszczać ranę Giganta. Po chwili była ładnie zabandażowana i oczyszczona. Goiła się. Młoda bała się. Nie znała tych ludzi i spodziewała się, że mogą okazać się podobnymi psychopatami jak Jakub. Uspokajałam ją przytulając do siebie i powtarzając po cichu do ucha Nie bój się.
                Ta ekipa mi zaimponowała. Wydawali się wiedzieć jak przetrwać. Byli dobrze wyposażeni i czuć było, że wiedzą co robią. Z zaciekawieniem spojrzałam na jedną z dwóch skrzyń stojących przy siedzeniach kierowcy. Co w nich mogło być? Yeti i Medyk musieli zauważyć moje spojrzenie po uśmiechnęli się tajemniczo. Łysy szykował furgon do odjazdu.
– Pewnie się zastanawiasz co tam mamy? Chodź pokaże ci – powiedział Medyk podważając jedno z wiek. Westchnęłam cicho. Skrzynia była pełna amunicji różnej wielkości i grubości. Musiało tam być co najmniej parę tysięcy sztuk amunicji. Spojrzałam pytająco na Medyka, a on wybuchnął serdecznym śmiechem.
– Spokojnie, mieliśmy przetransportować to wszystko do bazy przy granicy z Ukrainą, ale odkąd się posrało to jeździmy z tym i wyposażamy dobrych ludzi, których spotkamy. Jedna taka już nam poszła. W Toruniu na pewno zejdzie nam kolejna. Jest tam sporo dobrych ludzi.
Na samo wspomnienie Torunia przechodziły mnie dreszcze. Było to miejsce owiane sporą tajemnicą, ale to sprawiało, że chciałam tam jechać jeszcze bardziej. Usiadłam z powrotem na swoje miejsce.
– Co tak właściwie wiecie o Toruniu? Czy na pewno jest tam bezpiecznie? – zapytałam.
– Jest. Niejaki Wojciech zwany przez swoich Karłem rządzi tamtymi ludźmi i muszę przyznać, że kurewsko dobrze mu to wychodzi – stwierdził Yeti zamykając skrzynię i układając się na jednym z siedzeń. Całe wnętrze było dosyć proste, plandeka dawała ochronę przed zimnem i wiatrem, a cztery długie kanapo–podobne meble były miejscami odpoczynku. Na jednym leżał teraz Gigant, drugie było okupowane przez Yetiego na trzecim siedziałam ja i Monika, a na czwartym siedział Najstarszy i Medyk. Powinniśmy się tu pomieścić chyba, że żołnierze zbiorą kolejne potrzebujące osoby.
                Auto ruszyło i już po chwili przysnęłam. Obudził mnie Medyk, który potrzasnął mną delikatnie. Młoda dalej spała, tak samo jak Najstarszy. Gigant siedział co ucieszyło mnie niesamowicie. Brakowało mi jego obecności, przy nim czułam się bezpiecznie. Kto jak kto, ale to właśnie on był we wszystkich ważnych momentach za czasów Obozu w Królowym Moście. Był prawą ręką Bobra i dawał radę, co udowodnił ratując mnie z tego piekła. Pamiętałam jakby to było dziś jak siedziałam schowana w domu i słyszałam pierwsze strzały. Wbiegł on wtedy cały spocony i z plamami krwi na mieczu. Powtarzał ciągle „Bobru kazał cię chronić” i niosąc moje wręcz bezwładne ciało wyniósł mnie z piekła. Po tym w końcu zaczęłam doceniać trud jaki Bobru wkładał w obronę nas. Nie było to łatwe i straciliśmy mnóstwo osób, ale w końcu po takim czasie to zrozumiałam.
                Przyczyną mojego obudzenia były dwie rzeczy – po pierwsze świtało, co oznacza, że przespałam dobre paręnaście godzin, a po drugie Yeti przygotował śniadanie. Były to proste, aczkolwiek smaczne sucharki z różnymi rzeczami z puszek, które znaleźliśmy. Jedną porcję zjadłam z rybami z puszki, a drugą z kiełbasą. Najadłam się naprawdę porządnie i kiedy przystanęliśmy aby rozprostować nogi i spokojnie zaplanować dalszą drogę zobaczyłam w oddali Maków Mazowiecki, nieduża mieścinka będąca mniej więcej w połowie trasy Białystok–Toruń. Cieszyło mnie, że przeżyliśmy połowę tej trasy, ale martwiło to co nas jeszcze czeka przed dotarciem do celu. W końcu na tym odcinku ponad stu kilometrów spotkaliśmy się już z tyloma zagrożeniami, że aż ciężko było to zliczyć.
                Pogoda dzisiaj była piękna. Zatrzymaliśmy się przy lesistej drodze otoczonej z obu stron lasem. Śniegu było coraz mniej, można było znaleźć miejsca na ziemi, gdzie było widać starą, jesienną trawę. Łysy i Yeti poszli się wysikać w krzaki, a Medyk sprawdzał na świeżym powietrzu jak goi się rana Giganta. Po rozszarpaniu jej przez kanibala, było znacznie gorzej, ale już po dwunastu godzinach było widać doświadczenie Medyka w tych sprawach. Gigant właściwie mógł już chodzić o własnych siłach, więc pomagając mu zawiesić na plecach jego nieodłączny element, miecz, przeszliśmy się kawałek wzdłuż drogi. Karol szedł ciężko, ale pewnie. Gdy oddaliliśmy się na około trzydzieści metrów przytuliłam się do niego. Całkowicie po przyjacielsku. Był teraz dla mnie jak starszy brat i bardzo mi na nim zależało. Mężczyzna uśmiechnął się.
– Dziękuje za uratowanie mnie. Gdyby nie ty zginąłbym na stole tego psychopaty – powiedział.
– Nie ma sprawy. Właściwie to bardziej zasługa Młodej, która sprawdziła co ten stary zwyrol ma w lodówce, ale wszyscy o ciebie walczyliśmy. Chciałabym ci coś powiedzieć – zaczęłam.
– Hmm? – czekał na rozwinięcie moich myśli spoglądając na mnie bystrym spojrzeniem.
– Chcę ci podziękować . Karol, gdyby nie ty, to prawdopodobnie zginęłabym w Królowym Moście. Otworzyłeś mnie i dzięki tobie udało mi się dopasować do tego świata. Potrafię już nawet żyć bez Bobra. Chociaż mam wrażenie, że przeżył to wszystko i jest gdzieś tam – zrobiłam okrężny ruch dłonią – i też nas szuka.
– Miejmy nadzieję. Chciałbym po prostu ich wszystkich zobaczyć. Bobra, Cinka, Sołtysa, Kiciusia, Miczi… Gdyby nie ludzie z Supraśla… –rzekł.
– Podjęliśmy sporo kiepskich decyzji. Ale nie martwmy się. Myślę, że przetrwamy jeszcze długi czas, a na pewno do Torunia. Przecież ci ludzie są niesamowici. To rasowi wojskowi, twarda sztuka do zgryzienia – nagle usłyszeliśmy serie z karabinu. Upadliśmy na ziemię, ale po chwili zorientowaliśmy się, że nie była ani do naszych nowych sojuszników, ani do nas. To właśnie żołnierze ostrzeliwali parę trupów, które wychodziły akurat z lasu. Obserwowałam jak po pięć–sześć kul przeszywa jednego trupa za drugim. Strzelanina zakończyła się tak samo gwałtownie i szybko jak się rozpoczęła. Nie rozumiałam po co zdradzać swoją pozycję i marnować amunicje, ale po chwili stwierdziłam, że ci ludzie są naprawdę groźni i nikt o zdrowych zmysłach bez realnej przewagi liczebnej na nich nie wyskoczy.
                Pomogłam z Medykiem Gigantowi wejść na pakę po czym zasłaniając plandekę ruszyliśmy dalej. Jechaliśmy mijając kolejne budynki zrujnowanej mieściny, gdy nagle usłyszeliśmy krzyk. Pojazd zatrzymał się, a Yeti spojrzał na Medyka. To spojrzenie było krótkie, ale sprawiło, że przeszły mnie ciarki. Młoda, która niedawno wstała przytuliła się do mnie. Widać, że dziewczynka bała się, ale w sumie ja też nie czułam się najlepiej. A co jeśli właśnie trafiliśmy na lepszych od siebie? Łysy zatrzymał auto i wysiadł. Medyk i Yeti podążyli za nimi wyskakując tyłem z broniami gotowymi do strzału. Odchylili plandekę więc dokładnie widziałam co dzieje się przy jednym z domków, a sytuacja wyglądała niecodziennie. Przynajmniej niecodziennie jak na czasy apokalipsy zombie. Był tu przystanek autobusowy, na którym czekały trzy osoby. Dorosła kobieta i dwójka dzieci. Stali oni całkiem daleko, ale słyszałam większość rozmowy.
– Potrzebujecie pomocy? Jeżeli podróżujecie na zachód możemy was podwieźć – zaczął Medyk opuszczając broń.
– Nie dziękuje – odpowiedziała kobieta – Czekamy na Zbłąkanego Ocalałego.
Yeti spojrzał na Medyka, a ten uniósł brwi ze zdziwienia. Sama byłam zaskoczona. Kto to Zbłąkany Ocalały? Jej mąż?
– Kim jest ten Zbłąkany Ocalały? – zapytał Yeti.
– Nie słyszeliście o nim? Grasuje w tych okolicach od około tygodnia. Tutaj macie jego rozpiskę, zostawia je na przystankach autobusowych, dla takich zbłąkanych ocalałych jak my – to mówiąc podała mu pogniecioną kartkę.
                Yeti obejrzał ją i z zaskoczeniem na twarzy podał pozostałym. Ci przeczytali ją i oddali kobiecie.
– Skoro tak mówicie… – powiedział niepewnym głosem Medyk – To… – i reszty nie usłyszałam bo zagłuszyła mi Młoda, która szturchnęła mnie w bok.
– Natalio… – pisnęła. Zauważyłem, że jest cała roztrzęsiona, a wręcz przerażona.
– Co się stało mała? – zapytałam troskliwie.
– Boję się tych ludzi. Boje się wszystkiego… Mam dość tego. Chcę gdzieś zostać i nie spędzać już całych dni w drodze. Czy nie możemy zostać w którym z tych domków? – zapytała.
– Kochanie jesteśmy już w połowie drogi do Torunia. Pięć, góra sześć dni i jesteśmy na miejscu. Wytrzymaj jeszcze trochę – odpowiedziałam.
– A co jeśli tam też będą źli ludzie? Naprawdę się boję… – powiedziała.
Źli ludzie są wszędzie, miałam ochotę odpowiedzieć, ale powstrzymałam się. Nie musiała o tym wiedzieć. Ja sama bałam się powiedzieć tego na głos.
– Nie bój się. Jesteśmy w dobrych rękach. Gigant wraca do zdrowia i jesteśmy teraz bezpieczni.
                W tym momencie rozmowa się zakończyła bo wrócili żołnierze. Zostawili kobietę z dziećmi na przystanku. Dla mnie wydawało się to szalone, ale może rzeczywiście jest jakiś człowiek, który ratuje wszystkich zbłąkanych. Gdy tylko auto znowu ruszyło zapytałam o to Medyka.
– Co to w końcu jest ten Zbłąkany Ocalały?
– Okazało się, że jakiś facet jeździ autobusem po tej stronie kraju i zbiera wszystkich podróżnych, którzy tak jak ta babka, nie mają co ze sobą zrobić. W sumie szlachetne, ale w końcu trafi na jakiegoś skurwiela i po zabawie –skwitował staruszek.
– Po czym tak właściwie poznajesz dobro w ludziach? Do nas i do tej kobiety podszedłeś bezinteresownie. Czy była taka sytuacja, że z kimś walczyłeś zamiast mu pomagać? – zapytałam rozsiadając się wygodniej.
– Może się ze mnie będziesz śmiała, ale po prostu to czuje. Yeti powtarza, że to nas w końcu zgubi i kto wie, może nawet ty i twoja grupa to ci, którzy nas zabiją, ale po prostu wydaje mi się, że umiem poznać dobrych ludzi – odpowiedział.
                Odpowiedź mnie zadowoliła. Medyk był pozytywnym człowiekiem. On widział jeszcze w innych dobro, ja straciłam tą umiejętność dawno, dawno temu. Teraz widziałam w nich tylko skurwysyństwo i nienawiść. Tak rozmyślając znowu zasnęłam. Gdy się obudziłam pojazd stał. Był środek nocy, ale nikt nie spał. Wszyscy nasłuchiwali. Nie wiedząc co się dzieje zachowałam ciszę, aż w końcu usłyszałam. Kobiecy krzyk. Musieliśmy być gdzieś w lasach za Makowem Mazowieckim. Krzyk się nasilił. Medyk rzucił mi mój własny pistolet, w pełni naładowany i dobrze wyczyszczony i powiedział cicho.
– Chodź z nami to pokaże ci coś, po czym może nas lepiej zrozumiesz.
                Nie wiedziałam o co chodzi, byłam zaspana, ale mimo to z zaciekawieniem opuściłam pojazd za Medykiem i Łysym. Obaj byli wyposażeni w karabiny z długimi lufami, prawdopodobnie broń długodystansowa. Dodatkowo widziałam, że mają nakręcone na lufy tłumiki. Coś się szykowało. Wyszliśmy w ciemną noc i poczuliśmy zimny, orzeźwiający wiatr. Bałam się, ale w sumie byli przy mnie dwaj doświadczeni żołnierze. Co mogło pójść nie tak? Podążaliśmy lasem gdy nagle coś poczułam. Zapach pieczonego mięsa. Nagle kawałek dalej zobaczyłam płomień. Ktoś spędzał noc w naprawdę spartańskich warunkach. Zakradaliśmy się coraz bliżej źródła światła, starając się nie narobić hałasu. Nie było to łatwe bo przy każdym naszym kroku skrzypiał śnieg, a co jakiś czas wiatr zrzucał białą pierzynę z drzew przez co osoby, które przy nim siedziały rozglądały się nerwowo. Były tam dwóch siedzących ocalałych i jeden leżący. To właśnie była kobieta, która krzyczała. Jej głos był przepełniony bólem. Podkradliśmy się do jednego z bardziej zasypanych krzaków. Medyk kazał mi obserwować i słuchać. Po chwili pomiędzy powiewami wiatru dało się rozróżnić poszczególne słowa.
– Zamknij ją Kamil bo nie wytrzymam. Zaraz sprowadzi na nas niebezpieczeństwo – powiedział jeden z zakapturzonych siedzących przy ognisku.
– Ma złamaną nogę idioto. Chyba nie będzie śpiewała z tego powodu?! – zapytał ironicznie drugi, niskim, głębokim głosem.
– Zabijmy sukę, jest tylko obciążeniem. Odkąd jej ładna siostra zginęła to ciągniemy tego paszczura bez sensu – odpowiedział pierwszy.
– Może to jest i jakieś wyjście. Dawno nie jadłem mięsa – zgodził się z nim drugi. Gdy jeden z nich wstał chciałam zainterweniować, ale Medyk złapał mnie za rękę.
– Widzisz teraz jak łatwo poznać różnych ludzi? – zapytał szeptem.
                Dwaj mężczyźni zbliżyli się do kobiety, która teraz krzyczała jeszcze bardziej, nie tylko z bólu, ale także wołając o pomoc.
– Ci ludzie są źli – powiedział przeładowując i oddając dwa szybkie strzały. Kobieta umilkła zaskoczona, kiedy jej towarzysze upadli w pobliskie zaspy. Jeszcze bardzie się zaskoczyła, gdy Łysy i Medyk wzięli ją i zanieśli do pojazdu. Ja zostałam jeszcze chwilę, żeby zgasić ognisko. Patrząc w płomienie powiedziałam po cichu:

– Teraz rozumiem.