czwartek, 17 lipca 2014

Rozdział 10: Pełni sił

Rozdział 10, czwarty z perspektywy Bobra. W tym rozdziale poznacie dowódcę grupy z trochę innej strony. Otworzy się on trochę, ale całe szczęście będzie miał przed kim. Rozdział przygotowuje do akcji w kolejnym rozdziale z mojej perspektywy. Po przeczytaniu proszę o komentarz i rozesłanie bloga znajomym :)

------------------------------------------------------

Rozdział 10 (Bobru): Pełni sił


                Leżałem na jednym z łóżek odpoczywając po śniadaniu. Potwór delikatnie podskakiwał na nierównej drodze co sprawiało, że czułem się senny. Ostatnia noc była dosyć nerwowa. To co stało się w Zambrowie przeraziło nas i właściwie nikt się nie wyspał. Byliśmy w drodze do Ostrowy Mazowieckiej, kolejnego miasta na trasie Białystok–Toruń.  Planowaliśmy zatrzymać się tutaj i ponownie uzupełnić zapasy w nadziei, że coś tu znajdziemy.
                Patrząc w sufit ładowni przysłuchiwałem się wymianie zdań Nieznajomej i Łapy.
– Przesadzasz – syknęła Łapa – Co nam niby grozi? Jak widzisz byliśmy w Zambrowie, widzieliśmy te flary i jakoś wyszliśmy bez zmarnowania amunicji z tej sytuacji. Wystarczy trochę ostrożności i nic strasznego się nie stanie. Zresztą jesteśmy w pełni sił.
– Ciekawe co by powiedziała gdyby straciła rękę tak jak ja… – zamruczał pod nosem Cinek, który siedział oparty plecami o moje łóżko.
– Wszystko nam grozi! Wiem, że już mamy pewną wprawę bo jednak przetrwaliśmy sporo, ale zauważ ile osób straciliśmy! Cały Obóz w Królowym Moście upadł. Było nas około dwudziestu, a teraz ciągniemy się z jakimś kierowcą tira przez Polskę, prawie bez zapasów i jedziemy do Torunia, w którym najprawdopodobniej nic nie będzie – wyrzuciła z siebie Nieznajoma.
Słyszałem jak  Łowca zaburczał coś z miejsca kierowcy, ale nie włączył się do rozmowy.
– Damy radę. Ja bym nazwała to wszystko selekcją naturalną. Mówcie co chcecie, ale z osób, które zginęły mało kto był tak sprawny jak nasza grupa. Jesteśmy teraz w świetnej formie i nic nie stoi nam na przeszkodzie – stwierdziła z pewnością w głosie Łapa.
                Pomyślałem sobie o wszystkich, którzy już prawdopodobnie nie żyli. Czy Łapa naprawdę uważa, że ktoś taki jak Gigant jest słaby? Miczi? Szpieg? Nie chciało mi się włączać do dyskusji bo była bezproduktywna, ale po cichu układałem kontr argumenty na wypadek, gdyby ktoś na siłę zmusił mnie do wypowiedzenia swojego zdania.
– Tak zdecydowanie osoby takie jak Erni czy Gigant to słabeusze, świetne podsumowanie, kurwa – włączył się, tym razem na głos, Cinek.
– Spokojnie, przecież powiedziałam, że nie wszyscy. Po prostu uważam, że nie możemy żyć przeszłością. Straciłam siostrę, więc wyobraź sobie, że wiem co to tęsknota i ból po utracie bliskiej osoby. Nie możemy się rozpraszać ciągłym szukaniem igły w stogu siana bo tej igły zwyczajnie może już z nami nie być – skontrowała spokojnie.
– Odkąd ty się pojawiłaś to czuję jakby ktoś mi wbił igłę w plecy – dodał, ponownie pod nosem, ostatecznie wyłączając się z rozmowy.
– Nie możemy też ich przekreślać. To byli… to są twardzi ludzie i nie chcę mi się wierzyć, żeby każdy zginął – włączył się do rozmowy Sołtys – Co nie zmienia faktu, że nie powinniśmy rozdrapywać starych ran. Nie mamy helikoptera, żeby latać nad okolicą i szukać każdego znaku życia, a następnie sprawdzać czy to ktoś z naszych.
– Taa po tym co zobaczyłem marzę o podróży helikopterem – dodał dosyć słyszalnie Marcin.
Sołtys zignorował jego słowa i ciągnął.
– Zresztą możliwe, że w Toruniu znajdziemy kogoś z naszych ludzi. W końcu chyba ktoś oprócz nas o tym wiedział. Mam na myśli ten plan. Nie mówiłeś Natalii chłopcze? – to pytanie skierował do mnie.
                Nie zmieniając obiektu zainteresowania powiedziałem.
– Niestety nie. To był luźny plan, w życiu bym nie pomyślał, że stracimy ten Obóz.
Sołtys westchnął cicho i już nic nie mówił. Ja również nie kontynuując rozmowy odwróciłem się na bok, żeby spróbować chociaż chwilę pospać.
                Gdy obudziłem się reszta zbierała się akurat do skromnego obiadu. Potwór stał gdzieś na poboczu, a Łowca siedział na jednym z łóżek rozmawiając o czymś z Sołtysem. Czułem spory głód, więc z uśmiechem na twarzy przyjąłem gorący talerz z fasolą.
– Gdzie właściwie jesteśmy? – zapytałem zaczynając jeść.
– Dojeżdżamy do Ostrowa Mazowieckiego. Musimy ustalić kto tym razem idzie w teren – powiedział Łowca.
– Myślę, że teraz powinny pójść trzy osoby. Przynajmniej grupa pilnująca będzie tak samo silna jak ta co idzie po zapasy – stwierdziłem.
– Ja się piszę – powiedziała z przekonaniem Łapa.
– Też chciałbym pójść – odpowiedział Cinek.
– Stary nie masz ręki. Nie powinieneś…
– Przestań kurwa. Nie traktuj mnie jak dziecka . Chcesz żebym siedział całymi dniami w tym tirze i zamienił się w Sołtysa? – wykrzyczał Cinek.
Sołtys spojrzał na niego spode łba, ale nic nie powiedział.
– Jak chcesz. Skoro tak Łowca powinien pójść z wami – powiedziałem.
– Wydaję mi się, że lepiej bym się spisał tutaj – stwierdził jednooki.
– Wiem, ale ja muszę odpocząć, bo ledwo stoję na nogach, Sołtys nie nadążyłby za Łapą, a Nieznajoma… – tutaj urwałem i zaczerwieniłem się nie wiedząc co powiedzieć. W sumie Nieznajoma choć była skryta i wydawała się być łatwą ofiarą umiała strzelać. Potrafiła też szybko się poruszać – W sumie Nieznajoma mogłaby z wami pójść. Pasuje ci to? – zapytałem dziewczyny.
– T… tak myślę, że tak – powiedziała wyraźnie zdziwiona.
– Tak więc ustaliliśmy. Słońce jest jeszcze wysoko, więc będziecie mieli sporo czasu jeżeli wyruszycie od razu po obiedzie – powiedziałem kończąc rozmowę.
                Po zjedzeniu obserwowałem jak przygotowują się do wyjścia. Łapa miała pod ręką pistolet, a Cinek i Nieznajoma po strzelbie. W sumie obawiałem się trochę o przyjaciela. Ostatnim razem, kiedy puściłem w tym towarzystwie Kiciusia to przypłacił to życiem. Czy był to przypadek? Miałem nadzieję, że tak. Przed wyjściem Łapa przeczyściła swoją broń i włożyła nowy i jeden z ostatnich magazynków jakie mieliśmy. Amunicja nam się kończyła, więc poprosiłem Łapy, żeby zwracała uwagę na posterunki policji, sklepy z bronią lub strzelnice. Dodatkowo dałem jej paczkę petard, którą znalazłem niedawno w jednym z budynków i powiedziałem, żeby odpaliła je gdy będą w dużym niebezpieczeństwie i przyda im się pomoc. Gdy otworzyłem drzwi, zobaczyłem, że na dworze jest naprawdę ładna pogoda. Śniegu było z dnia na dzień coraz mniej, a dzisiaj było wyjątkowo ciepło. Mimo tego wszyscy ubrali się szczelnie i w miarę wygodnie. Odprowadziłem ich wzrokiem wzdłuż ulicy, gdzie zaczynały się nieduże domki i budynki fabryczne. Miasteczko nie było duże, ale miało sporo miejsc do przeszukania. Z racji iż byliśmy wyżej, widziałem dokładnie sieć uliczek ułożoną w coś na kształt szachownicy. Spoglądając na nich ostatni raz zamknąłem drzwi ładowni i przesunąłem blokadę kładąc się na łóżko. Sołtys czytał jedną z książek, które znalazł w rupieciach Łowcy, a kierowca czyścił swoją ogromną broń.
                Karabin snajperski dalej robił na mnie duże wrażenie. Był dwa razy dłuższy od mojej ręki i bardzo ciężki. Luneta do przybliżania była na tyle dokładna, że jestem pewien, że zobaczyłbym Królowy Most z Białegostoku gdyby nie lasy po drodze. Wydarzenia ostatnich dni wykończyły mnie jednak na tyle, że nie zauważyłem nawet kiedy znowu zasnąłem. Obudził mnie hałas silnika. Z początku  myślałem, że to Potwór startuje, ale po chwili zlokalizowałem, że dźwięk wydobywa się z zewnątrz. Przerażony zerwałem się i spojrzałem na Sołtysa, który z strzelbą na kolanach siedział przy drzwiach do ładowni. Po chwili zauważyłem też Łowcę, który siedział na fotelu kierowcy przykucnięty i obserwował ulicę. Spojrzałem pytająco na Adama, ale ten tylko przyłożył palec do ust i kazał mi być cicho. Dźwięk zbliżał się coraz bardziej. Sięgnąłem po swój pistolet i usiadłem naprzeciwko Sołtysa. Czekaliśmy.
                W końcu gdy dźwięk był bardzo blisko usłyszeliśmy  dziwną serie hałasów – trzask, krótki krzyk, a następnie dźwięk upadających w śnieg obiektów. Spojrzałem ze zdziwieniem po towarzyszach. Czekaliśmy jeszcze chwilę, ale nie słyszeliśmy już nic. Dałem znak Łowcy i powoli otworzyłem drzwi do Potwora. Wychyliłem się na zewnątrz i zobaczyłem, że zaczyna się robić ciemno.  Celując pistoletem opuściłem ładownie i zeskoczyłem na miękki śnieg. Sołtys i Łowca wyskoczyli chwilę po mnie. Gdy spojrzałem na ulicę nie mogłem uwierzyć w to co widzę. Serce zabiło mi szybciej, a ja poczułem falę niepokoju.
                Na ulicy był człowiek. Obok niego leżał motor. Sam mężczyzna też nie dawał oznak życia. Podszedłem ostrożnie rozglądając się po drodze skąd przyjechał, żeby zobaczyć czy to aby nie zwiadowca innej grupy. Nie zauważyłem nic, droga ciągnęła się przytulana przez las z lewej strony, ale nie widać było ani świateł, ani nie było słychać dźwięków. Gdy byłem na wyciągnięcie ręki od nieznajomego to dalej celując w jego głowę wymierzyłem mu kopniaka. Zaskomlał, ale leżał dalej. Odwróciłem się, żeby spojrzeć na Sołtysa. On kiwnął głową. Chowając broń podniosłem nieznajomego. Ze zgrozą stwierdziłem, że jest on ciężko ranny. Dodatkowo musiał mieć przynajmniej z sześćdziesiąt lat, a może nawet i więcej. Zarzuciłem go sobie na plecy i wszyscy schowaliśmy się do ładowni. Zastanawiało mnie przed czym tak szybko uciekał. Zacząłem się też martwić o to, dlaczego nasi nie wracają. Co prawda mi i Łapie przeszukanie Zambrowa zajęło też sporo czasu, ale wtedy to ja byłem w terenie. Teraz wiedziałem co czuli czekający. Kazałem Łowcy wejść na dach i wypatrywać ich powrotu, a sam z Sołtysem zajęliśmy się rannym.
                Sołtys rozebrał go do samej bielizny i sprawdził jego rany. Stary mężczyzna miał skórę zdartą do mięsa na udzie i dziwnie wykrzywioną kostkę. Dodatkowo na obu rękach miał w sumie trzy rany postrzałowe. Biedny starzec musiał trafić na bandytów. Dodatkowo po chwili zauważyliśmy, że brakuje mu sporej części ucha. Adam zabrał się za oczyszczanie jego ran i bandażowaniu ich. Pomagałem mu w miarę możliwości. Po około dziesięciu minutach wszystko było oczyszczone. Całe szczęście kostka nie okazała się skręcona, a same rany na udzie nie były ciężkie do oczyszczenia. Starzec miał szczęście, że był chudy, bo rany na jego ramionach przeszły na wylot i nie rozprysły się w środku ciała. Gdy już mieliśmy go lokować na jednym z łóżek ten otworzył oczy. Były małe i przypominały mi świnie. Wykrzywił twarz w grymasie bólu gdy próbował się podnieść.
– Spokojnie. Jest pan bezpieczny – powiedziałem.
– Gdzie… gdzie jestem? – zapytał ledwo słyszalnym głosem.
– Niedaleko Ostrowa Mazowieckiego. Miał pan wypadek na motorze. Jestem Bobru, a to jest Sołtys – wskazałem palcem mojego kompana –  Czy ktoś pana gonił?
Nie. Poza tym nie jestem żadnym panem. Nazywaj mnie Jakub. Uciekłem z mojego gospodarstwa paręnaście kilometrów stąd. Zaatakowała mnie grupa cholernych bandytów. Spalili mój dom, chociaż zaoferowałem im dach nad głową. Niewdzięczne skurwiele. Gdybym tylko… – ciągnął mówiąc coraz bardziej niezrozumiale.
– Musi pa… Musisz teraz odpocząć. Porozmawiamy jak się trochę wyśpisz i zregenerujesz – powiedziałem uśmiechając się delikatnie.
                Starzec chciał coś jeszcze powiedzieć, ale po chwili po prostu położył głowę na poduszkę i zasnął. Odszedłem kawałek z Sołtysem i usiedliśmy łóżko obok.
– Jeżeli chcesz, żeby z nami podróżował musimy go jutro przepytać. Pamiętasz jakie mamy zasady przyjmowania ludzi Bobru – powiedział po cichu.
                Pamiętałem. Ustaliliśmy już jakiś czas temu z Sołtysem, że spytamy ludzi, których będziemy chcieli dodać do naszej społeczności o parę rzeczy. Popatrzyłem na starca, który drzemał na jednym z łóżek i nagle naszła mnie straszna myśl. Złapałem się dłońmi za twarz i westchnąłem głośno.
– Co cię gryzie? – zapytał troskliwie Sołtys.
– Właśnie naszła mnie myśl. Pomysł. Przeleciał przez moją głowę przez sekundę, ale mimo to pojawił się i po prostu przeraża mnie to. Przeraża i przerasta. Te całe otaczające nas gówno zmieniło mnie na zawsze. Nawet jeśli by się skończyło to nic nie zmieni. Będę dalej takim samym chorym człowiekiem – powiedziałem niewiele głośniej od szeptu.
– Co to za myśl? – zapytał ponownie.
– Myślałem o zabiciu tego człowieka. Mam dość tego wszystkiego, szukania schronienia, myślenia o tych wszystkich, którzy zginęli i wiecznego starania się, żeby było lepiej. Mam teraz tylko was. Co jeżeli ktoś kto gonił tego starca przyjdzie tu i znowu ktoś zginie? Nie przejmę się tym. Bo to całe otaczające nas bagno wyssało ze mnie uczucia. Będzie oczywiście jakiś smutek, ale co z tego? Byłem kiedyś zupełnie innym człowiekiem. Naprawdę mam dość.
                Sołtys wstał i usiadł obok mnie. Poklepał mnie po plecach i spojrzał prosto w oczy.
– Jesteś dobrym człowiekiem Bobru. Dobrym człowiekiem, którego spotkało wiele złego. Nic co zrobiłeś nie stało się bo prostu miałeś na to ochotę. Rozumiem ciężar, który na tobie spoczywa, ale pomyśl, że gdyby nie ty to nigdy byśmy nie doszli tak daleko – stwierdził uśmiechając się.
– To nieprawda. Przeze mnie zginął Eryk I Bartek. Przeze mnie straciliśmy Obóz i wszystkie osoby w nim. Przez moje nieodpowiednie decyzje siedzimy tu teraz i żyjemy złudną nadzieją na to, że w Toruniu znajdziemy spokój – było mi ciężko mówić. Rozkleiłem się kompletnie. Cała powłoka, jaką starałem się osłonić przed smutkiem i żalem pękła. Oddychałem ciężko.
– Jeżeli nie dajesz sobie rady możesz zdjąć z siebie ten ciężar. Przekaż dowództwo Łowcy. Będzie on decydował o wszystkim przez jakiś czas, oczywiście dalej jadąc w stronę Torunia. Nie będzie to błędem, zrobiłeś już  tak wiele. Zasługujesz na parę spokojnych dni. Łapa zajmie się wyprawami po zapasy z Nieznajomą, a może dodatkowo Jakub okaże się przydatnym sojusznikiem, o ile będzie chciał z nami zostać i okaże się godny zaufania – w tym momencie spojrzał na ciężko oddychającego starca.
– Dziękuje – powiedziałem wzdychając raz jeszcze i podchodząc do miski z wodą, aby opłukać twarz. Zastanawiałem się już parę razy jak to by było być zwykłym członkiem tej społeczności. Jakby to wyglądało robić to co ktoś każe i zrzucić z siebie ciężar podejmowanych decyzji. Może i rzeczywiście to było to czego potrzebowałem? Zastanawiałem się jednak czy będę potrafił. Nawet teraz czułem strach. Łapa z resztą nie wracali już jakiś czas. Co jeżeli wpadli w tarapaty? A może już nie żyją?
                Jak na zawołanie usłyszałem krzyk Łowcy. Sięgnąłem szybko po broń i nie czekając na reakcje Sołtysa wybiegłem z ładowni. Uderzyło we mnie zimne powietrze  wieczora. Rozejrzałem się po ulicy, ale nie widziałem żadnego znaku ich powrotu.  Żadne zagrożenie także nie rzucało mi się w oczy. O co więc chodziło?
– Bobru wespnij się tutaj do cholery – krzyknął Łowca mierząc snajperką w stronę miasta. Poczułem motyle w brzuchu i cały drżąc wspiąłem się na Potwora. Będąc na dachu pojazdu spojrzałem w miejsce, które pokazywał mi Łowca.

– Mają problemy – skwitował krótko. Mieli. W oczy rzuciły mi się dwie straszne rzeczy. Od południa na drodze widać było mnóstwo trupów wchodzących do miasta. Musiało to być stado podobne do tego w Królowym Moście. Drugim znacznie gorszym widokiem było światło i dźwięk, które teraz gdy wszystko ucichło usłyszałem. Światło i dźwięk petard z środka miasta.

sobota, 12 lipca 2014

Rozdział 9: Noc

Czas na rozdział 9, trzeci z perspektywy Miczi! Rozdział zdecydowanie najbardziej brutalny na swój sposób i w sumie sam się zastanawiam jak rozwinąłem akcję tak, a nie inaczej. Po przeczytaniu proszę o komentarz i rozesłanie bloga znajomym :)

------------------------------------------------------

Rozdział 9 (Miczi): Noc


                Okazało się, że budynek jest idealny do obrony. Zombie w żaden sposób nie potrafiły przejść przez zakratowane okna oraz wzmocnione drzwi. Ilekroć próbowały wedrzeć się do środka, lub zbierały się większą grupą przed wejściem, czyściliśmy je. Przez to schody były czarne od zaschniętej krwi i na wejściu śmierdziało niemiłosiernie. Za każdym razem, kiedy byłam zmuszona wrócić tam, żeby nie otoczyły nas trupy, to mdliło mnie na samą myśl.
                Urządziliśmy się na zapleczu. Znaleźliśmy trochę koców w okolicznych domach i mieliśmy w końcu dostateczną ilość jedzenia, żeby móc w pełni się najeść. Mimo tego, że było nas piątka to nie czułam się dobrze. Właściwie to nigdy nie czułam się bardziej samotna. Po spędzeniu pierwszej nocy w tym miejscu zastanawiałam się nad ucieczką. Szczerze wątpiłam w to czy ktokolwiek z otaczających mnie osób w jakikolwiek sposób mi pomaga. Po drugiej nocy zaczęłam już nawet planować jak to zrobić, ale gdy przyszło co do czego to nie mogłam znaleźć w sobie tego czegoś, żeby ich zostawić. Szpieg całymi dniami spał, albo był dręczony gorączką. Na całe szczęście rana na ręce zaczęła się goić, ale i tak nie znosił dobrze ostatnich zdarzeń. Damian był całkowicie pasywny. Niby starał się być pomocny, ale był po prostu zbyt nieśmiały, a może leniwy, żeby zaciekawić swoją osobą.
                Najgorzej zachowywali się jednak Smród i Dalion. W tym drugim od dawna już nie widziałam przyjaciela. Od kiedy przybyliśmy do tego sklepu całe dni pili. Zapas alkoholu był spory, więc nie zapowiadało się na koniec ich pijaństwa. Strasznie mi to przeszkadzało bo zachowywali się chamsko, rzucali uwagi nie na miejscu i stali się zbyt śmiali. Nie wiem czy bałam się bardziej tego co mogę zrobić mi, Szpiegowi i Damianowi czy sobie. Wciąż nie mogłam uwierzyć jak apokalipsa zmieniła ludzi. Dalion, kiedyś spokojny chłopak, który był moim przyjacielem, teraz wydawał mi się odrażającym śmieciem. Co najśmieszniejsze był młodszy od Smroda o jakieś dziesięć lat, a mimo to pili na równo. Zdarzało się też żeby rzygali, więc oprócz ohydnego zapachu w części sklepowej, tyły też śmierdziały. Musiałam stąd uciec. Wolałam działać sama. Trop grupy, którą widzieliśmy na miejscu katastrofy helikoptera na pewno już zniknął, ale była jeszcze szansa w tej Toruńskiej Ostoi Ocalałych. Wierzyłam, że tam znajdę schronienie, a może nawet kogoś z Królowego Mostu. Myślałam o nich coraz mniej, ale dalej byli w mojej głowie.
                Trzeci dzień rozpoczął się wyjątkowo źle. Zazwyczaj ta dwójka zaczynała pić pod wieczór, a teraz zobaczyłam kieliszki z wódką już z rana. To nie zwiastowało nic dobrego. Musiałam stąd wyjść. Zjadłam coś na szybko, ubrałam się i odryglowałam drzwi. Wzięłam ze sobą toporek oraz wiatrówkę z paroma pociskami. Było ich coraz mniej więc musiałam naprawdę zacząć oszczędzać, aż do czasu znalezienia kolejnej porcji amunicji. Wyszłam i zauważyłam, że jest dosyć ciepło. Oczywiście na schodach czekały na mnie dwa szwendacze. Czując standardowo trochę adrenaliny wypakowałam swoją złość w pierwszego z nich powalając go dwoma silnymi uderzeniami toporem. Zauważyłam, że im dłużej trwa ten koszmar tym niektóre zombie są coraz słabsze. Można było bez problemu odróżnić takie, które zginęły niedawno od tych, które chodziły już w tym stanie od jakiegoś czasu. Te drugie wyglądały jakby ledwo chodziły. Niektóre miały sznur wnętrzności zwisający z rozprutego brzucha, aż do stóp, a inne uginały się jakby miały się lada chwila rozpaść.
                Nie powiedziałam nikomu o tym, że wychodzę. Nikt też nie usłyszał jak drugi zombie ma rozbijaną czaszkę o schody. Byli oni po prostu zbyt zajęci gniciem. Nie mogliśmy czekać musieliśmy ruszać. Wyszłam na ulicę i rozejrzałam się. Stąd było parę odnóg, ale większość z nich sprawdziliśmy. Poszłam w prawo, gdzie był rządek nie przeszukanych domków i innych budynków. Weszłam do pierwszego lepszego prześlizgując się przez wiszące na zawiasach drzwi do ciasnej i ciemnej klatki schodowej. Blok miał trzy piętra i po dwa mieszkania na każdym. Wchodząc do pierwszego pomocowałam się chwilę z drzwiami. Nie zwracałam uwagi na to czy robię jakiś hałas, w końcu byliśmy już tu trzeci dzień, a nikt nas wciąż nie zaatakował. Jakby chciał to zrobić to już byśmy nie żyli. Poprawiając plecak ruszyłam do jedynego pokoju, w którym było dosyć jasno. Był to podupadły salon, oświetlony przez dwa rządy okien. Były one zakurzone i brudne, ale wpadało przez nie jeszcze troszkę światła.
                Standardowo przeszukiwałam szafy, kredensy, komody oraz szuflady i półki. Zbierałam bardziej przydatne rzeczy, a te zniszczone odrzucałam na podłogę. Słyszałam jak gdzieś nade mną coś człapie. Podejrzewałam, że to parę zombie byłych lokatorów tego miejsca, szuka pożywienia.  Po przeszukaniu salonu, w którym znalazłam trochę leków i działający kompas przeszłam do sypialni. To co zobaczyłam przewieszone nad ścianą przyprawiło mnie o dreszcze podniecenia. Podbiegłam wskakując butami na łóżku i przyjrzałam się znalezisku. Była to maczeta. Dosyć spora i ładnie ozdobiona. Obłożona ciemną skórą na rączce prezentowała się świetnie. Nie czekając ani chwili dłużej rozbiłam gablotkę łokciem i wyjęłam moją nową broń. Leżała w ręce całkiem dobrze, chociaż była odrobinę za ciężka. Musiał tu mieszkać jakiś kolekcjoner bo była w idealnym stanie. Czyszczenie broni nie było łatwe, a co dopiero tak wielkiej jak ta. Całe szczęście w gablocie była też pochwa, do której schowałam nabytek.
                Ucieszona poszłam przeszukiwać pozostałe mieszkanie. Na drugim piętrze wpadłam w końcu na grupę zombie, która robiła tyle hałasu. Chciałam od razu przetestować maczetę. Obnażyłam ostrze z brzękiem i cięłam prosto w pierwszego z trzech trupów szwendających się po mieszkaniu. Nawet przy niedużej sile ostrze przyjemnie przeszło przez ciało i kości odcinając rękę w ramieniu. Czując napływ adrenaliny zamachnęłam się raz jeszcze ścinając wroga z nóg. Ostatni cios zadałam w głowę rozpoławiając  ją i uwalniając falę krwi na zakurzony dywan. Kolejny rzucił się na mnie wyjątkowo szybko. Ledwo zdążyłam machnąć maczeta i jedynie zadałam mu ranę kłutą od ramienia do pasa. Zombie pchnął mnie jednak i sprowadził do poziomu podłogi sam upadając. Czując narastająca panikę zamachnęłam się drżącą dłonią i trzema uderzeniami dostałam się do mózgu trupa. Ostatni poruszał się wyjątkowo wolno. Było to pewnie spowodowane tym, że z jego uda wystawała kość udowa. Nie śpiesząc się nadto wycelowałam dobrze i potężnym zamachem pozbawiłam go głowy. Gdy ta dalej ruszała się po odłączeniu od ciała wykopałam ją pod stół, który stał przy wyjściu na balkon.
                Coraz bardziej wprawiona w posługiwaniu się maczetą sprawdziłam cały blok znajdując przy tym trochę komiksów, które miałam zamiar poczytać w czasie wolnym oraz zapas zapałek, który znalazłam w jednym z mieszkań. Cały proces przeszukiwania zajął mi jakieś dwie godziny.  Gdy opuściłam blok mieszkalny na ulicy kogoś zobaczyłam. Odruchowo sięgnęłam po wiatrówkę i wymierzyłam. Po chwili jednak odetchnęłam z ulgą, gdy rozpoznałam  w nim Damiana. Podszedł do mnie.
– Miczi co z tobą? Gdzie byłaś? – zapytał.
– Przeszukiwałam okoliczne bloki. Mam dość atmosfery panującej w tym sklepie. Dalion i Smród przesadzają…— stwierdziłam zawieszając wiatrówkę z powrotem na plecy.
– Też to zauważyłem i w sumie dlatego cię szukam – powiedział.
– Nie rozumiem – udałam, chociaż domyślałam się o co mu chodzi.
– Nie wiem jak ty, ale ja odchodzę. Nie wiemy czy ktoś z naszej grupy jeszcze żyję, ale nie będę gnił w tym sklepie żeby się przekonać. Szpieg czuje się lepiej i powinien dać radę ruszyć w dalszą drogę. Auto jest gotowe, wystarczy żebyśmy ruszyli i zostawili tych dwóch…— wyrzucił z siebie – Moglibyśmy to zrobić nawet zaraz. Są strasznie pijani, nie zasługują na nic więcej.
Miał rację. Miałam jednak plan zebrać odpowiednią ilość zapasów tak, żeby nie zabierać niczego ze sklepu i nie dawać im sygnału, że odjeżdżamy.
– Poczekajmy do jutra. Z samego rana zapakujemy się i odejdziemy. Pozbieram jeszcze trochę leków, ubrań, koców i jedzenia, żebyśmy nie rzucali się w oczy z nasza ucieczką. Schowam to w aucie i jutro stąd uciekniemy. Przekażesz to Szpiegowi tak, żeby ci dwaj nie usłyszeli? – zapytałam.
– Jasne. Uważaj na siebie. Ja przypilnuję, żeby nie zrobili nic Szpiegowi – to mówiąc odwrócił się i wrócił w stronę sklepu.
                Ja ruszyłam dalej szukając wszystkiego co może przydać się do przetrwania. Czułam się znowu jak w pierwsze dni po wybuchu apokalipsy. Co prawda było o wiele spokojniej i umiałam się teraz posługiwać bronią, ale i tak czułam się podobnie. Szalone poszukiwanie wszystkiego co może się przydać. Czułam podniecenie pomieszane ze strachem na myśl o opuszczeniu Smroda i Daliona. Nie łączyło mnie już z nimi nic. Byli zwykłymi pijakami, którzy wyjątkowo utrudnili nam przetrwanie. Jutro o tej porze nie będą już moim problemem.
                Następne parę godzin przeszukiwałam trzy kolejne budynki. Znalazłam sporo rzeczy i z radością planowałam powrót do auta, a następnie do sklepu. Zatrzymałam się jednak chwilę odpocząć na dachu i rozejrzeć się po krajobrazie. Słońce akurat zachodziło co wyglądało naprawdę ładnie. Promienie odbijały się od płatków śniegu tworząc jedną, wielką, oślepiającą taflę. Siedziałam z nogami zwieszonymi w dół, nigdy nie doskwierał mi lęk wysokości. Rozglądając się z takiej wysokości można było zauważyć wiele rzeczy. Skłaniało mnie to również do myślenia. O całym syfie jaki mnie otacza. Zastanawiałam się, w którą stronę pojechać i doszłam do wniosku, że pojedziemy dokładnie w stronę zachodzącego słońca. Jadąc tam na pewno trafimy do Torunia. Przy linii lasu na polach, z których przyjechaliśmy, widziałam też sporo zombie. Łaziły mniejszymi i większymi grupkami próbując wyczuć z daleka zapach ludzi. Wszystkie prędzej czy później trafią na ten sklep. Miałam cichą nadzieję, że Dalion i Smród dostaną za swoje.
                Już miałam schodzić z dachu, kiedy zauważyłam dziwny błysk. Z początku wydawało mi się, że po prostu źle spojrzałam na słońce, lub coś mi się przywidziało, ale po chwili blask pojawił się ponownie. Czerwona kropka gdzieś na brzegu lasu. Po chwili pojawiła się druga. Poczułam odrobinę niepokoju, ale obserwowałam kropki z zaciekawieniem. Gdyby były bliżej siebie powiedziałabym, że to samochód, ale zdecydowanie znajdowały się parę metrów od siebie. Ludzie. Inni Ocalali. Czy to może być ktoś z naszych znajomych? Nie wiedziałam, ale nie miałam jak się dowiedzieć. Odległość do strzału była nierealna, więc nawet nie próbowałam.  Czekałam jeszcze chwilę, kropki stawały się coraz większe, ale nie zbliżały się do miasta. Podążały raczej wzdłuż linii lasu i szły na zachód.
                Nie mogąc czekać dłużej podniosłam całkiem już ciężki plecak i zaczęłam schodzić w dół. Nie spotkałam już zombie, wybiłam wszystkie na tej uliczce i pewnie do rana będziemy mieli spokój. A jutro rano nas już tu miało nie być. Idąc ulicą po wydeptanym przeze mnie trakcie modliłam się aby wszystko poszło po mojej myśli. Przed powrotem do sklepu podeszłam do auta i wrzuciłam wszystko co dziś znalazłam na tylne siedzenie. Moja wiatrówka wylądowała w bagażniku razem z toporkiem. Maczetę zachowałam przy sobie w razie gdyby coś miało się stać. Zadowolona z siebie skierowałam swoje kroki w stronę sklepu. Wejście było zamknięte. Zapukałam parę razy i po dłuższym czasie usłyszałam jak ktoś ciężkim krokiem podchodzi do drzwi. Otworzyły się w końcu i stanął w nich Smród. Zionęło od niego potężnie alkoholem, a zataczał się tak ekstremalnie, że wyglądał jakby miał się zaraz wywrócić.
– Gdzie żeś się szlajała? – wyburczał chwiejąc się na nogach.
– Nie twoja sprawa – ucięłam krótko przepychając się obok niego, żeby wejść do środka.  Podczas przepychania się obok niego poczułam uścisk na pośladku. Byłam tak zszokowana, że nie wiedziałam co powiedzieć. Poczułam gniew i zamachując się zdzieliłam go po pysku. Widziałam jak zaklął paskudnie i z obślinioną brodą spojrzał na mnie.
– Jak ci oddam to nie wstaniesz dziewko – krzyknął wymachując łapskiem.
– Spróbuj tylko, a pożałujesz – rzuciłam idąc na zaplecze. Usłyszałam jak drzwi za mną się zamykają i jak Smród podąża za mną.
                Śmierdziało tu teraz jeszcze gorzej niż wcześniej. Maczetę miałam sprytnie ukrytą pod kurtką, którą zabrałam ze sobą na tyły. Jeżeli on był w takim stanie to strach pomyśleć co może mu jeszcze przyjść do głowy. Wchodząc przywitałam skinieniem głowy Szpiega. Ten obserwował mnie tajemniczo i uśmiechnął się delikatnie również ze mną witając.  Rzuciłam swoje rzeczy na posłanie i zabrałam się za robienie czegoś do jedzenia. Miałam ochotę się najeść, żeby zmarnować jak najwięcej ich zapasów, a przy okazji mieć dużo sił na jutro. Przygotowałam więc podwójną porcję fasoli w puszkach, ugotowałam makaron i polałam to wszystko sosem wątpliwej jakości. Podając wszystkim po porcji zaczęłam jeść z pożałowaniem obserwując Daliona. Był w jeszcze gorszym stanie niż Smród, w końcu był młodszy i na pewno nie przyzwyczajony do picia tak jak jego kompan. Starałam się go ignorować. Kiedy zjedliśmy rzuciłam naczynia do zlewu i podeszłam do Szpiega. Dalion i Smród zajmowali się akurat osuszaniem kolejnej flaszki i śpiewaniem zbereźnej piosenki, wiec mogłam bez podejrzeń upewnić się, że zrozumiał plan.
– Damian mówił ci co będzie jutro?
Tak. Jeżeli chodzi o mnie to dam radę. Co prawda jestem teraz jeszcze mniej przydatny niż kiedyś, ale całe szczęście oburęczność da mi szansę jeszcze ci pomóc – to mówiąc uśmiechnął się i zaprezentował parę szybkich ruchów nożem motylkowym, które sprawiły, że uwierzyłam mu bezgranicznie.
– Myślę, że jak oni zasną to bez problemu będziemy mogli odjechać. Będą spali aż do południa jak nie dłużej. Zaplanowałam już, w którą stronę powinniśmy się udać. Mam nadzieję, że wszystko wypali – stwierdziłam.
– Uda nam się. Teraz wybacz, ale muszę się wyspać. Jeżeli wstaniemy za późno to czeka nas kolejny dzień z tymi śmieciami – to mówiąc wskazał ostrzem noża Daliona i Smroda, którzy akurat dyskutowali o czymś głośno. Życząc Szpiegowi dobranoc odeszłam na bok do swojego posłania. Położyłam się i okryłam kocami próbując zasnąć. Nie było to łatwe pomimo zmęczenia gdyż Dalion i jego przyjaciel wciąż hałasowali.
                Zasypiałam i budziłam się na przemian. Byłam pełna obaw, a moje myśli były bombardowane przez dalsze plany. Pomimo późnej godziny Dalion i Smród dalej pili, ja jednak udawał, że śpię. W pewnym momencie poczułam czyjś oddech na plecach. Przeszły mnie aż ciarki, kiedy usłyszałam zapity głos Daliona.
– Miczi śpisz?
Nie odpowiedziałam czekając, aż da sobie spokój. Gdy już myślałam, że odszedł poczułam szturchnięcie w ramię. Podniosłam się i przyzwyczajając wzrok do światła lampy spojrzałam na niego.
– Czego chcesz? – zapytałam.
– Ciebie. Mam na ciebię ochotę Miczi. Kocham cię – powiedział próbując się do mnie przytulić. Odepchnęłam go. Poleciał do tyłu na plecy. Usłyszałam jak Smród parska śmiechem.
– Wyszczekana dziewucha, weźmy ją we dwoje – powiedział uśmiechając się paskudnie.
– Odpierdolcie się ode mnie! – krzyknęłam dosyć głośno. Poczułam ciepło skóry na rękojeści maczety i uspokoiłam się – dajcie mi spać.
Dalion nie dał jednak za wygraną. Podniósł się i usiadł na mnie łapiąc mnie za rękę, która chciałam go uderzyć. Drugą sięgnęłam po maczetę, ale nie zdążyłam jej wyjąć. Przytrzymał mi tą rękę kikutem.
– Chcę ciebie. Podobasz mi się już od dawna, rozumiesz piękna? – wybełkotał.
                Gdy zatkał mi usta dłonią starałam się krzyczeć i gryźć. To obudziło Damiana, który zerwał się chaotycznie i widząc co się dzieje rzucił się na Daliona. Dopadłby go gdyby nie Smród, który zrobił użytek z trzymanej w ręce butelki i rozbił ją z impetem o głowę Damiana. Chłopak padł w rosnącej kałuży krwi i już się nie ruszał. Ogarnęło mnie przerażenie. Po chwili znowu krzyknęłam, ale wiedziałam, że nic mi już nie pomoże. Na chwilę udało mi się nawet wyrwać spod pijackiego uścisku, ale po chwili do ataku dołączył się Smród, z którego ciężarem nie dałam rady walczyć. Poczułam jak przytrzymują mnie coraz mocniej. Czułam się fatalnie i miałam ochotę ich zabić, ale ich było dwóch, a jeden był zdecydowanie silniejszy ode mnie. Nagle Smród się odwrócił i zauważyłam jak jest atakowany przez Szpiega. Ogromny chłopak zasłonił się rękoma przed szybkimi ciosami nożyka Szpiega i usłyszałam jak krzyczy. Smród zaszarżował, ale nie trafił i wleciał w ścianę. Dalion wciąż mnie trzymał mocno, chociaż próbowałam mu się wyrwać. Szpieg wykorzystując utratę równowagi rzucił się na pijaka, lecz w tym momencie sam stracił równowagę zaplątując się w koc.

                To dało czas Smrodowi, który podniósł się i ponownie przeprowadził szarżę. Tym razem trafił odpychając ogromną siłą Szpiega na pobliską ścianę. Widziałam jak po uderzeniu osuwa się on na ziemię i nożyk wypada mu z ręki. Otworzył jeszcze oczy, żeby zobaczyć pięść lecącą w stronę jego twarzy. Po tym odwróciłam wzrok i krzyknęłam jeszcze głośniej. Usłyszałam tylko cztery uderzenia, w którym ostatnie było połączone z trzaskiem łamanej kości. Krzyczałam i krzyczałam mając nadzieję, że ktoś tu przyjdzie i mnie uratuje, ale w końcu nie miałam siły i pogodziłam się ze swoim beznadziejnym losem. 

poniedziałek, 7 lipca 2014

Rozdział 8: Staruszek

Rozdział 8, trzeci z perspektywy Natalii. W tym rozdziale dowiecie się kim jest tajemniczy mieszkaniec domu, w którym zatrzymać się chcieli Natalii z ekipą i poznacie jego wielki sekret. Rozdział moim zdaniem od początku na to wskazuje, ale końcówka już stuprocentowo upewni was, kim on jest. Zapraszam do czytania i proszę o komentarz i rozesłanie bloga znajomym, po przeczytaniu :)

------------------------------------------------------

Rozdział 8 (Natalia): Staruszek


                Gigant był bardzo osłabiony po walce, a jedynym miejscem gdzie mogliśmy odpocząć był ten dom. Najstarszy zapukał. Chociaż w środku się paliło i było słychać muzykę to nikt nie otwierał nam drzwi. Czy się bał? A może już nie żyje? Obie opcje sprawiały, że ciarki przechodziły mi po plecach. Musieliśmy jednak spróbować. Podeszłam i powoli pociągnęłam za klamkę. O dziwo drzwi były otwarte. Zawiasy jęknęły przeraźliwie. Weszliśmy do ciemnego korytarza i mierząc broniami po kątach stawialiśmy ostrożnie krok za krokiem. Jeżeli ktoś tu był na pewno wiedział, że jesteśmy w środku. Teraz usłyszałam dokładnie muzykę, która przypominała taką ze starych filmów. Budowała ona dziwaczny klimat, który w normalnych okolicznościach mógłby być czymś magicznym, ale teraz sprawiał, że bałam się jak cholera. Gdy tylko przekroczyliśmy próg domu to poczułam coś dziwnego. Nieprzyjemny zapach jakiegoś mięsa lub innego cholerstwa. Nie wróżyły to niczego dobrego. W korytarzu było cholernie ciemno i jedyne co dało się zauważyć to pojedyncze promienie światła wychodzące z szpary w drzwiach po prawej. Stamtąd też słychać było muzykę.
                Zagłębialiśmy się coraz dalej. Podłoga skrzypiała nam pod nogami i słychać było wiatr uderzający falami w ściany domu. Nagle usłyszeliśmy dziwny dźwięk, jakby coś upadło na podłogę. Młoda pisnęła ze strachu. Dźwięk dochodził z kolejnych drzwi na prawo. Nie widząc sensu w dalszym skradaniu się wskazałam pierwsze drzwi po prawej i nacisnęłam na klamkę. Przed moimi oczami ukazało się pomieszczenie, w którym na drewnianym stole stała lampa. Na podłodze była plama czegoś czerwonego i drzwi do pomieszczenia obok. Za oknem widać było dokładnie całe podwórze, którym weszliśmy. Oprócz tego stał tu gramofon. Zawsze kręciły mnie tego typu stare gadżety, a ten wyglądał jakby widział już niejedno, chociaż trzeba było przyznać, że był zadbany.  Dodatkowo stał tutaj jeden fotel wyblakłego, zielonego koloru. Gigant wykorzystując to, że ma gdzie usiąść opadł ciężko na siedzenie i rozmasował nogę. Dalej czuł się kiepsko i jego swoboda ruchów była bardzo ograniczona.
                Nagle drzwi obok się otworzyły. Wszyscy wymierzyliśmy pistoletami w tamtą stronę. Moim oczom ukazał się starszy pan w wieku około sześćdziesięciu lat. Przez chwilę miałam nadzieję, że to Sołtys, ale już po chwili zauważyłam, że ten mężczyzna wygląda zupełnie inaczej. Ubrany w coś wyglądające jak szmaty, niski staruszek ani trochę nie przypominał Sołtysa. Był chudy jak deska, nosił zabrudzone okulary, a twarz miał gładką jak kamień. W jego rękach znajdowały się nożyce. Zza okularów spoglądały na nas małe oczka, a gdy się uśmiechnął zobaczyłam garnitur zżółkłych zębów. Był przygarbiony, a na nogach nosił gumowce. Miał siwe, zaczesane do tyłu włosy, które błyszczały od tłuszczu w blasku lampy. Spojrzał na nas po czym odezwał się:
– Co ma oznaczać te najście? – jego głos był wyraźnie przepity, czuć było od niego alkohol.
Nie było potrzeby go zabijać. W końcu co mógł nam zrobić jakiś staruszek?
– Szukamy schronienia, nasz przyjaciel ma chorą nogę.  Zobaczyliśmy światło dochodzące stąd i postanowiliśmy, że sprawdzimy czy ktoś tu żyje…— wytłumaczyłam.
– Jak widać żyje – powiedział podchodząc – i mam się dobrze. Jakub jestem – stwierdził podając mi swoją uschniętą rękę. Uścisnęłam ją, w końcu był gospodarzem i należał mu się jakiś szacunek. Przywitał się z całą resztą i w końcu spojrzał na Giganta.
– Tak się składa, że znam się trochę na ranach. Byłem se swego czasu lekarzem polowym, mogę mu pomóc. Was też ugoszczę jeno musicie parę zasad poznać, zanim tutaj zostaniecie – rzekł drapiąc się po podbródku.
Oczekiwaliśmy w milczeniu, aż odłoży nożyce na półkę i odwróci się w naszą stronę. Nie wiedziałam co o nim myśleć. Wydawał się trochę dzikim, starym człowiekiem ze wsi. Nie wyglądał na kogoś normalnego, ale nie wydawał się też groźny.
                W końcu zaczął mówić.
To będzie tak: Po pierwsze żadnych broni na terenie mojego domu. Macie wszystko zostawić w holu i jeżeli zobaczę, że coś zabraliście natychmiast stąd wypieprzacie, po drugie drzwi, z których wyszedłem – wskazał je palcem – tam macie zakaz wstępu. Po trzecie i ostatnie, nie możecie otwierać lodówki. Ja będę dawkował porcje jedzenia i jeżeli zobaczę, że ktoś z was jest zwykłym złodziejem to nawet nie pozwolę wam stąd odejść. Po prostu was zabije.
Ostatnie słowa zrobiły na mnie wrażenie. Poczułam zwykły strach przed starcem. Przytakując zaczęliśmy się powoli wypakowywać. Byliśmy głodni, bo zapasy jedzenia mieliśmy na wyczerpaniu, więc z niecierpliwością czekaliśmy na to, aż gospodarz przeniesie nam coś do jedzenia. Dostaliśmy dwa pokoje po drugiej stronie korytarzu. Ja dzieliłam swój z Młodą i Gigantem, a w drugim zamieszkali ludzie Łapy. Pokoje były skromne, ale Jakub miał spory zapas kocy i mogliśmy sobie zrobić ciepłe posłania. Kolacja jaką nam przygotował była skromna. Trochę chleba własnej roboty, cienkie wino oraz fasola. Nie narzekaliśmy jednak. Zjadłam i napiłam się i wtedy zmęczenie uderzyło w nas pełną siłą. Ledwo doszłam do pokoju i zaczęłam przygotowywać sobie posłanie. Po ułożeniu prowizorycznych łóżek zasnęliśmy prawie natychmiast. Ostatnie moje myśli krążyły wokół Bobra oraz dziwnej czerwonej plamy w salonie. Nie miałam jednak siły myśleć dalej i zasnęłam.
                Gdy się obudziłam było jasno. Giganta nie było, a Młoda leżała z otwartymi oczami i patrzyła w sufit. Przywitałam się z nią.
– Dzień dobry mała.
Spojrzała na mnie i uśmiechnęła się delikatnie.
– Dzień dobry – w jej głosie usłyszałam nutkę niepewności. Wiedziałam, że boi się ona gospodarza i całego tego miejsca. Dziwna atmosfera w domu udzieliła się i mi. Wydawało mi się, że nic nie ma już sensu.
– Wiesz gdzie jest Gigant? – zapytałam.
– Poszedł na śniadanie i rozmowę z tym staruszkiem. Mają omówić, kiedy dokładnie go będzie leczyć.
– Może pójdziemy do nich? Co ty na to? Nie wiem jak ty, ale jestem głodna.
Młoda zgodziła się. Wydaje mi się, że po prostu bała się sama poruszać po domu. Lubiłam ją, więc nie widziałam problemu w tym, żeby się nią opiekować. Ubrałyśmy się i wyszłyśmy z naszego pokoju idąc do kuchni, która była na końcu korytarza, naprzeciwko drzwi wejściowych.
                 Przy stole siedzieli już Najstarszy, Najmłodszy, Przystojny, Gigant oraz Jakub. Jedli zupę pomidorową, którą zagryzali kawałkami sera. Oprócz stołu i kuchenki gazowej w pomieszczeniu była jeszcze tylko lodówka. Oczywiście stosując się do zasad nie podchodziliśmy do niej, ale nie wiedziałam o co tyle krzyku. W końcu gospodarz odgrażał się nam, że jest w stanie nas zabić jeżeli ją otworzymy. A co jeśli ukrywa tam coś? Ciekawość zaczęła we mnie stopniowo narastać. Postanowiłam, że dzisiejszej nocy zakradnę się tutaj i zobaczę co starzec przed nami ukrywa.
                Teraz jednak zajęłam się jedzeniem. Zupa była ciepła, ale trochę za tłusta, a ser przypominał twardością kamień, ale nie narzekaliśmy. Dało się tym najeść. Podczas jedzenia dyskutowaliśmy.
– Mogę cię poskładać dzisiaj wieczorem – stwierdził Jakub – Przyszykuje wszystkie przyrządy, zobaczymy czy nie masz jakichś odłamków w nodze i ostatecznie obmyjemy ranę. Nie boli cię, co?
– Nie… Raczej nie. Po prostu przeszkadza mi to w poruszaniu się i piecze gdy zaczynam się szybciej ruszać.
– Tym lepiej dla ciebie. Będzie mniej boleć – skwitował wstając od stołu – Mam nadzieję, że jak poskładam mu tą nogę to po paru dniach znikniecie?
– Oczywiście – powiedziałam.
– Dobrze. Pamiętajcie o zasadach, jak będę potrzebny to wołajcie po imieniu – mówiąc to zniknął w cieniu korytarza. Przeszły mnie ciarki. Porozmawiałam jeszcze chwilę z ludźmi Łapy po czym poszłam do naszego pokoju. Musiałam odpocząć jak najbardziej to było możliwe. Położyłam się na posłaniu patrząc jak Młoda pisze coś na znalezionej w komodzie kartce. Nawet nie zauważyłam, kiedy zasnęłam.
                Obudził mnie krzyk. Zerwałam się jak szalona odruchowo sięgając po pistolet. Po chwili dopiero zdałam sobie sprawę, że został on w przedpokoju. Zerwałam się, żeby zlokalizować źródło hałasu i ze zgrozą doszłam do wniosku, że krzyk słychać z podwórza. Nie były to jednak odgłosy agonii. Przypominały raczej szał. W korytarzu wpadłam na Najstarszego i Młoda, którzy stali na progu domu. Drzwi były otwarte. Spałam dosyć długo bo słońce było już na horyzoncie. Co prawda dzień trwa krótko w zimę, ale i tak musiałam odlecieć na co najmniej parę godzin. Wyjrzałam na zewnątrz i zobaczyłam scenę, która przyprawiła mnie o ciarki. Przy szopie, którą widzieliśmy na prawo stał nasz gospodarz. Trzymał w ręce nożyce i był otoczony przez zombie. Widział nas i gdy zauważył, że sięgam po broń wrzasnął.
–Nie dotykaj tego głupia dziewczyno, jeżeli zależy ci na tym aby tu zostać!
                Musiałam mu pomóc, przecież zaraz dopadną go zombie. Już miałam rękę na pistolecie, kiedy usłyszałam potworny dźwięk. Już po nim, pomyślałam. Nic bardziej mylnego. Staruszek nagle przestał być ospały. Jego ruchy stały się szybsze. Złapał nożycami szyję pierwszego z trupów i pewnym ruchem oddzielił głowę od ciała. Nim pierwszy zdążył osunąć się na ziemię ten był już przy dwóch kolejnych. Jego cięcia były szybkie i precyzyjne. Zombie powoli tracił kolejne części ciała, aż osypał się w fragmentach niczym piekielna układanka. Następny został otwarty i wyleciały z niego wszystkie wnętrzności. Ostatnie dwa zostały zabite prostymi uderzeniami rozwalającymi mózg. Szczęka opadła mi nisko widząc to widowisko. Jakub oddychał ciężko po czym kopiąc gumowcem jedno z ciał spojrzał na nas.
– Mówiłem, że dam sobie radę. Te skurwysyny mnie żywcem nie wezmą!
                Zgarniając truchła na stos wrócił do domu. Bez słowa poszedł do łazienki, gdzie umył narzędzie i schował je z powrotem za pas. Nie powiedział potem już ani słowa. Zastanawiałam się gdzie jest reszta, ale domyślałam się, że siedzą w pokoju obok, więc nie chcąc im przeszkadzać wróciłyśmy z Młodą do siebie. Moje myśli pochłaniał nasz gospodarz. Nie wiedziałam o nim za dużo, ale wydawał się coraz bardziej niebezpiecznym człowiekiem. Miałam nadzieję, że po uleczeniu nogi Karola będziemy mogli się stąd szybko wynieść. Teraz dopiero pomyślałam o tym, żeby sprawdzić czy nasz samochód dalej stoi na ulicy. Przy okazji wpadłam na jeszcze jeden pomysł i zwróciłam się z nim do Młodej.
– Młoda mam do ciebie prośbę. Będziesz miała pewne zadanie, myślisz, że dasz sobie rade? – zaczęłam uderzając w ambicje dziewczyny.
– Co miałabym niby zrobić? – zapytała.
– Jak widzisz nasz gospodarz to trochę dziwny człowiek, co ty na to, żebyś zakradła się do lodówki jak wszyscy będą zajęci czym innym? — spytałam prosto z mostu.
– Dlaczego ja… ja boję się tego człowieka Natalio…— powiedziała cieniutkim głosikiem.
– Jesteś najmniejsza i nie będziesz rzucała się w oczy. Jestem bardzo ciekawa tego co tam jest. Sprawdziłabyś szybko i przybiegła do mnie. Najlepiej wtedy jak Gigant będzie w tym tajemniczym pokoju z Jakubem, ok? – wytłumaczyłam.
                Zgodziła się. Opuściłam pokój i ma korytarzu spotkałam przystojnego. Po odrobinie snu i odpoczynku wyglądał naprawdę przystojnie. Zabolało mnie wspomnienie Bobra, ale po chwili wyrzuciłam tą myśl z głowy. Nie mogę o nim myśleć jako o kimś, kto nie żyje. On na pewno przeżył, pomyślałam.
– Hej, gdzie idziesz Natalio? – zapytał podchodząc do mnie.
– Chcę zobaczyć czy nikt nam nie ukradł auta. W końcu planujemy stąd niedługo odjechać – powiedziałam ubierając się cieplej.
– Mogę przejść się z tobą? W sumie to niezbyt bezpieczne żebyś szła tam sama – powiedział nieśmiało. Widziałam jak na mnie patrzył. Widocznie spodobałam mu się, ale nie byłam nim zainteresowana.
– Jasne – odpowiedziałam uśmiechając się.
                Wyszliśmy we dwójkę na podwórze. Było całkiem ciepło, widać było, że za góra dwa tygodnie śnieg zacznie topnieć i już za miesiąc będziemy mogli poruszać dobrym tempem. Co prawda ciężko było wychodzić aż tak bardzo w przyszłość, bo nie wiadomo czy nie zginiemy za chwilę w drodze do auta, ale warto było mieć jakiś plan. Szliśmy w ciszy. Żałowałam, że nie możemy wziąć broni, w końcu zombie zaatakowały już dzisiaj naszego gospodarza, więc bardzo możliwe, że zaatakują i nas. Po przejściu paru metrów odetchnęłam bo zauważyłam nasz pojazd już z daleka. Chcąc chwilę pokorzystać z dobrej jak na ostatnie dni pogody usiadłam na masce i poklepałam zachęcająco miejsce obok mnie, dając znak, żeby Przystojny usiadł. Wskoczył szybko i zaczęliśmy rozmowę o niczym. Gadaliśmy przez dobre parę minut o przyszłych planach, zombie i całym świecie, kiedy zapytał o coś, co gnębiło i mnie.
– Co myślisz o tym staruchu? – zapytał.
– Wydaję mi się bardzo podejrzany. Niby ma tyle lat, a jednak żyje tutaj, ma się dobrze i starcza mu zapasów. Rozumiem, że to wieś i pewnie sporo tego znalazł w okolicznych spiżarniach, ale sam fakt jak on walczy… Żałuj, że nie widziałeś tego co niedawno zrobił z bandą trupów przed domem. Operuje tymi nożycami jak jakiś cholerny rzeźnik! – stwierdziłam.
– Myślisz, że może być niebezpieczny? Te wszystkie jego zasady… Co prawda do broni mamy blisko, ale myślisz, że mógłby w ogóle coś takiego zrobić? – kontynuował temat.
– Moim zdaniem po prostu musimy na niego uważać. Niech zszyje nogę Giganta, oczyści ranę i maksymalnie za dwa dni powinno nas nie być. Takie jest moje zdanie.
                Na tym skończyliśmy rozmowę. Wstałam i pocierając ręce o siebie i zachęciłam chłopaka, żeby ruszył za mną do domu. Krzyże z ciałami wisiały nad nami nadając ponurego klimatu i psując otoczenie. Po chwili wróciliśmy i znów uderzył w nas ten dziwny zapach. Zastanawiałam się co może, aż tak śmierdzieć. Teraz zdałam sobie sprawę, że znowu gra muzyka. Jakiś stary kawałek. Na wejściu podczas rozbierania się podszedł do nas Najmłodszy.
– Gdzie byliście? – zapytał.
– Sprawdzaliśmy czy auto jest dalej na swoim miejscu – powiedział Przystojny – Jak sytuacja w domu?
– Właściwie – wtrąciłam się mu zanim odpowiedział—  musicie o czymś wiedzieć.
Spojrzeli na mnie z zaciekawieniem.
– Pamiętacie zakazy naszego gospodarza. Złamiemy jeden z nich…— powiedziałam – Ten człowiek coś ukrywa. Młoda sprawdzi co jest w lodówce jak Gigant będzie zszywany przez Jakuba.
– Nie wiem czy to dobry…— zaczął Przystojny.
– Ale Jakub zszywa go właśnie teraz – powiedział Najmłodszy.
– To zaraz dowiemy się czegoś ciekawego – powiedziałam uśmiechając się i zmierzając w kierunku pokoju gdzie powinna być Młoda. Otworzyłam drzwi i rozejrzałam się. Nie widziałam jej.
                Krzyk przeszył cały dom. Dochodził z kuchni i należał do siostry Łapy. Nie patrząc nawet na chwilę za siebie puściłam się biegiem w stronę kuchni. Otworzyłam drzwi i zobaczyłam Młodą siedząca i płaczącą w kącie. Jedyne światło w pomieszczeniu pochodziło z lodówki. Najstarszy wbiegł razem z dwoma swoimi kompanami. Jeden z nich podbiegł do dziewczynki, żeby sprawdzić czy nic jej się nie stało. Pozostała dwójka szła przy mnie. Poczułam natężenie tego okropnego smrodu i z coraz to większymi obawami podchodziłam do lodówki. Najstarszy wyszedł przed szereg i podszedł powoli otwierając drzwi. Odsunął się natychmiast po zobaczeniu zawartości i zwymiotował na podłogę. Teraz też to widziałam. Lodówka była pełna mięsa. Ludzkiego mięsa. Widziałam głowy, nogi, ręce i korpusy poupychane do środka. Wszystko było przyrządzone i gotowe do jedzenia. Nagle do mnie dotarło. Ten człowiek jest kanibalem! Dlatego dawał sobie radę z jedzeniem. Nie musiał go szukać, samo do niego przychodziło. Nagle zdałam sobie sprawę z jeszcze gorszego faktu. Nie czekając na resztę pobiegłam po broń. Najmłodszy i Przystojny ruszyli za mną.
                Czułam tak ogromne obrzydzenie, że z trudem powstrzymywałam wymioty. Były teraz jednak ważniejsze sprawy. Musieliśmy pomóc Karolowi, zanim stanie się kolejną ofiarą Jakuba. Złapałam swój pistolet i rzuciłam się na drzwi do salonu. Były zamknięte. Siłowałam się z nimi chwilę, aż podszedł Przystojny i zaczął na nie nacierać barkiem. Po trzech razach wypadły z zawiasów i otworzyły nam przejście do salonu. Muzyka grała naprawdę głośno, ale nie słychać było niczego z tajemniczego pokoju. Złamaliśmy dwa z zakazów i mierząc w zamek od drzwi, które wyglądały naprawdę solidnie, złamaliśmy trzeci. Do pokoju pierwszy wbiegł Najmłodszy. Rozejrzałam się szybko. Stało tutaj mnóstwo świec. Na stole widziałam przywiązanego Giganta. Widać było, że jego noga jest jeszcze bardziej pocięta, ale żył. Miał zakneblowane usta, ale otwarte oczy. Żył. Odetchnęłam z ulga. Najwidoczniej Jakub zwiał. Karol wierzgał się jednak i miotał. Myślałam, że z bólu. Pomyliłam się jednak.
                Najmłodszy, który mierzył bronią do przodu nagle stracił rękę. Z ciemnego kąta po prawej wyskoczył kanibal. Machnął jeszcze parę razy i po chwili zobaczyłam jak Najmłodszy upada i w kałuży krwi osuwa się na podłogę. Krzyknęłam i próbowałam wycelować, ale nigdy nie widziałam tak dzikiego człowieka. Bałam się jak cholera. Przystojny popchnął starca i wycelował w niego. Trafił w ramię nagle jednak chrząknął. Ze zgrozą zauważyłam jak upada na kolana z nożycami wbitymi w brzuch. Nie czekając, aż zabije i mnie strzeliłam parokrotnie. Starzec dostał dwa razy w drugie ramię oraz ucho. Krzyknął z bólu po czym wstał i rzucił się biegiem w lewo. Nie wiedziałam co chcę tym osiągnąć. Pomieszczenie było kwadratowe, a ja będą w przedpokoju musiałam podbiec do przodu przez ciała dwóch moich kompanów, żeby strzelić ponownie. Wtedy zobaczyłam otwartą klapę w podłodze. Upadając na kolana bez sił przeklęłam swoją głupotę. Uciekł mi. Do pomieszczenia wszedł nagle Najstarszy. Widząc dwóch przyjaciół leżących w kałuży krwi wrzasnął. Nie miałam siły. Położyłam się na podłodze nie zwracając uwagi w czyjej krwi leżę. Po prostu patrzyłam w sufit. Widziałam jak Najstarszy uwalnia Giganta i po chwili podbiega do mnie.
– Wstawaj! Musimy go złapać. Ten skurwiel zapłaci nam za to co zrobił! – krzyczał.
– To nic nie da… zapewne jest już daleko…— powiedziała podnosząc się powoli.
– Musimy go złapać KURWA! Rozumiesz?
                Spojrzałam na Giganta. Wyglądał fatalnie. Był cały spocony i blady. Nie dał rady sam wstać.
– Pomóż mu proszę… Zabierz nas stąd…— szeptałam jakby do siebie.
– Ale…! Do chuja przecież on chciał nas zabić…
– Trafiłam go dwa razy, a Przystojny wcześniej raz. Skurwiel się wykrwawi… Tak samo jak my jak stąd nie uciekniemy. Musimy…—  nie dokończyłam. Usłyszałam tylko trzask tłuczonego szkła. Odwróciłam się i zobaczyłam jak do pomieszczenia wpada butelka. Prowizoryczny koktajl mołotowa. Trafił w sam środek odcinając nas od wyjścia.
– RATUJ GO DO CHOLERY! – wrzasnęłam w stronę Najstarszego. Tym razem nie sprzeciwiał się. Przebiegł obok ognia ogarniającego pomieszczenie i pomógł wstać Gigantowi. Ja w tym czasie ogarnęłam się i podniosłam pistolet z kałuży krwi. Pistolet Najmłodszego. Wstając zobaczyłam jak kolejna butelka ląduje w pomieszczeniu. Najstarszy dając z siebie wszystko przebiegł przez płomień z Gigantem wspartym o siebie.  Płomień liznął go po nogach, ale udało mu się wyjść z pomieszczenia. Pobiegłam pierwsza i szybko wzięłam Młodą, która dalej płakała w kuchni.  Słyszałam jak kolejny mołotow rozbija się gdzieś w domu. Dziwiło mnie to, że Starzec rezygnuje z całych swoich zapasów, ale najwidoczniej chciał nas po prostu wyeliminować. Może to tylko część jego zapasów? Strach pomyśleć ile ludzi zabił.

                Ubrałam się szybko pomagając Młodej i wychodząc na zewnątrz. Wydawało się być czysto. Tym razem mam broń pod ręką. Wzięłam broń moją i Najstarszego, oraz miecz Giganta i wybiegłam. Niestety nie zdążyłam wytargać całego pancerza Karola, który został w holu. Byliśmy na zewnątrz. Gorzej, że ogień na tak płaskim terenie będzie widoczny z dużej odległości. Zobaczyłam, że w samochodzie siedzi już Najstarszy z Gigantem. Podbiegliśmy do nich i rzuciłam im przez okno auta miecz i nasze bronie po czym pomogłam Młodej wsiąść. Odwracając się ostatni raz za siebie zauważyłam jak dom kawałek po kawałku znika w ogniu. Przeżyłam.

środa, 2 lipca 2014

Rozdział 7: Kontakt

Rozdział 7, trzeci z perspektywy Bobra. W tym rozdziale zobaczycie gdzie moja grupa pojechała po wydarzeniach przy helikopterze po zapasy. Tytuł rozdziału odnosi się zarówno do pewnej sytuacji w mieście jak i "czerwonych flar" :) Zapraszam do czytania i proszę o komentarz i rozesłanie bloga znajomym.

------------------------------------------------------

Rozdział 7 (Bobru): Kontakt


                Nadeszły naprawdę ciężkie dni. Zapasy prawie się nam skończyły i o ile radziliśmy sobie jeszcze z amunicją to podczas posiłków dostawaliśmy śmiesznie małe porcje. Dzisiejszego ranka zjedliśmy ostatnią puszkę jedzenia. Każda wioska, miasteczko czy pojedynczy domek, który znajdowaliśmy po incydencie przy helikopterze, były przeszukane. Byłem już całkiem mocno głodny gdy stanęliśmy na postoju przy drodze niedaleko Zambrowa. Nie zrezygnowałem z planu pojechania do Torunia, dalej to było naszym priorytetem. Jeżeli dopisze nam szczęście to właśnie tam znajdę ludzi, z którymi jeszcze dwa miesiące z kawałkiem temu grałem beztrosko przez Internet. Czy jest szansa, że ktoś tam będzie? Możliwe. Warto było spróbować. Odkąd upadł Królowy Most to właśnie tam miałem nadzieję szukać schronienia. Tak naprawdę miałem też cichą nadzieję, że Kiciuś jakimś cudem uciekł z Supraśla i też zmierza w tę stronę. Był twardym skurczybykiem i jeżeli jakimś cudem udało mu się uciec od hordy to z pewnością tam dotrze.
                Łowca siedział nad mapą i z ponurą miną studiował ją, jeżdżąc palcem po północno–wschodnim krańcu Polski. Mruczał coś pod nosem, w między czasie drapiąc się po świeżo ogolonym podbródku. Wody mieliśmy pod dostatkiem. Dzięki temu ostatnio na postoju również się ogoliłem i ostatecznie po przejrzeniu się w niedużym lusterku, które znalazłem gdzieś w rzeczach Łowcy, uznałem, że znowu wyglądam kompletnie inaczej. Mimo braku brody, która nadawała mi dzikości, teraz moje rysy twarzy były jeszcze chudsze niż zazwyczaj. Przypominałem trochę zombie. Dziewczyny też się odświeżyły. Krew napłynęła mi do twarzy, kiedy zobaczyłem jak Łapa zdejmuje swoje czarne wdzianko i przebiera się w świeże ubrania, oczywiście również czarne, które znalazła w jednym z domów jakiś czas temu. Włosy związała w klasyczny dla niej warkocz, dzięki czemu mogła zachować ich długość, a przy okazji nie stanowiły one zagrożenia dla niej samej.
                Cinek czuł się lepiej. Powoli przyzwyczajał się do posiadania jednej ręki. W sumie zastanawiałem się jak wielkim utrudnieniem musi być posługiwanie się tylko lewą dłonią. Ten świat jest już wystarczająco niebezpieczny, a teraz ktoś taki jak on, który bez problemu radził sobie mając do dyspozycje siłę swojej prawicy, musiał uczyć się wszystkiego od nowa. Widziałem, jak w wolnych chwilach stara się coś pisać na kartce, tworząc wyjątkowo krzywe bohomazy. Mimo tego wchodził w jakąś wprawę i wierzyłem, że jak nauczy się pisać tą ręką to da radę też używać jej do trzymania broni. Podczas ostatniego wieczora był dosyć mało skuteczny, ale dzięki niemu jakoś uratowaliśmy się z rąk bandytów.
                Nieznajoma starał się pomagać mi jak tylko mogła. Wiedziała, że jest mi ciężko, ale zauważyłem, że teraz zawsze była przy mnie i musiałem przyznać, że jest naprawdę wartościową osobą w tej grupie. Potrafiła ugotować dobre jedzenie, czyścić broń, leczyć rany, a co najważniejsze – strzelać. Zabawny był fakt, że dalej nie znałem jej imienia i wiedziałem o niej nie wiele wcześniej niż dwa miesiące temu. W sumie nie potrzebowałem tej wiedzy, ale wciąż było to dla mnie pewne zaskoczenie.
                Sołtys starał się ciągle służyć mi dobrą radą i pomagać w ciężkich chwilach. Jak na człowieka, który większość życia spędził na wsi, był niezwykle inteligenty. Jego umysł pracował na najwyższych obrotach mimo podeszłego wieku, a sympatia i szacunek jakimi mnie darzył były swego rodzaju paliwem, napędzającym mnie do kolejnych działań. Staruszek był dla mnie jak dziadek. Cieszyłem się jak dziecko, jak zobaczyłem go w kościele po tym co stało się w Obozie. Początkowo myślałem, że to on będzie jednym z tych, którzy zginą pierwsi. Całe szczęście myliłem się. Kondycja i celne oko również mu dopisywała, co za tym idzie również był kimś, kogo warto mieć przy sobie.
                No i Łapa. Moja największa zguba. Chociaż była miedzy nami dziwna relacja to nie wiedziałem czy się tego bać czy cieszyć. Tworzyliśmy zgraną grupę, którą mógłbym nazwać rodziną. Czyszcząc swoją broń zacząłem temat, nad którym musieliśmy podyskutować.
– Słuchajcie – poczekałem, aż wszyscy zwrócą na mnie uwagę – Zostaliśmy postawieni w ciężkiej, naprawdę cholernie ciężkiej sytuacji. Niestety skończyły się nam zapasy, a przed nami całkiem spore miasto, które nie wróży niczego dobrego. Chciałbym już teraz, przed wjazdem, ustalić kilka rzeczy.
Wszyscy słuchali mnie w skupieniu. Darzyli mnie szacunkiem. Podobało mi się to i również pomagało funkcjonować. Rozkazywałem im, a oni tego słuchali i rzadko kiedy słyszałem jakiś sprzeciw. Było to sporym zaskoczeniem. W końcu byłem prawie najmłodszy z obecnych tu osób. Podejrzewałem, że Łapa i Nieznajoma są ode mnie odrobinę młodsze, ale nie byłem tego pewien.
– A więc tak – zacznijmy od ustalenia punktu zbioru. Wiecie gdyby coś znowu poszło nie tak. Ja preferowałbym ten lasek, który widać na północ stąd. Łatwo się będzie tam dostać z miasta, a drogi wyglądają tam na całkiem przejezdne, więc Potwór powinien sobie dać radę z dojazdem tam.
– Wiem o którym miejscu mówisz młody – zaczął Łowca– obserwowałem je jak tu przyjechaliśmy. Wygląda całkiem solidnie, ale czy to na pewno dobry pomysł, żeby uciekać takim otwartym terenem? Przed zombie jest to dobre zabezpieczenie, ale co jeżeli wpadniemy tam na innych ocalałych? Przejebane uciekać przez takie duże pole.
– Chyba, że zrobilibyśmy to zupełnie inaczej – wtrącił Sołtys.
– Na przykład jak? – zapytałem z zaciekawieniem.
– Jak dobrze wiesz poruszanie się w dużych grupach sprawia, że jesteśmy głośniejsi. Dodatkowo ja nie jestem już w kwiecie wieku, Marcin wciąż nie odzyskał pełni sił, a Łowca ma tylko jedno oko. Co powiesz na to, żebyśmy bezpiecznie was osłaniali, a wy tam pójdziecie w trójkę z Nieznajomą i Łapą? – zaproponował.
W jego słowach było sporo racji. Gdybyśmy tam poszli mniejszą grupą to narobilibyśmy mniej hałasu, poruszali się szybciej i mieli jakąś drogę ucieczki.
– To jest całkiem dobry pomysł – odpowiedziałem – Myślę, że możemy coś takiego zrobić. Poczekalibyście na nas na wzgórzu, nie zajęłoby to nam dużo czasu. Załóżmy, ze jakbyśmy nie wrócili do rana to byście poszli nas szukać, ok?
– Nie wiem czy powinnam iść – wtrąciła Nieznajoma – jestem strasznie wykończona, ostatnio cierpię na jakąś dziwną bezsenność i naprawdę padam z nóg. Będę dla was tylko kulą u nogi.
To mnie akurat trochę zdziwiło. Chociaż widziałem jak dużo pracy w nasz zespół wkłada, to wydawało mi się, że sypia normalnie. W sumie ciężko było to ocenić, bo zazwyczaj gdy przykładałem głowę do poduszki to prawie natychmiastowo zasypiałem. Tak czy siak szanowałem jej zdanie i jeżeli chciała odpocząć to byłem w stanie się na to zgodzić.
– Nie ma sprawy. Zostań z wszystkimi jeżeli nie dasz rady, rzeczywiście nie ma sensu ciągnąć cię tam na siłę.
Zobaczyłem ulgę na jej twarzy.
                Zaczęliśmy się powoli pakować. Mieliśmy oboje po pistoletach, do których mieliśmy po piętnaście naboi. W razie gdyby zrobiło się gorąco lub gdyby nas zaatakowali inni ocalali. Wzięliśmy dwa spore plecaki turystyczne oraz dwie latarki, w razie gdyby noc zastała nas na miejscu. Słońce wisiało już całkiem nisko na horyzoncie, maksymalnie za trzy godziny będzie już ciemno. Planowałem wrócić jeszcze dzisiaj, bo wszyscy nasi byli głodni, na czele ze mną, ale gdyby było zbyt niebezpiecznie to będziemy musieli przenocować w Zambrowie. Łapa wydawała się być zadowolona z faktu, że spędzimy trochę czasu sam na sam. Bałem się trochę tego co może zrobić. Na jej pięknej twarzy widać było entuzjazm. Uśmiechnąłem się pod nosem i powoli wyskoczyłem z ładowni na zmarznięty śnieg. Było dzisiaj stosunkowo ciepło, chociaż wciąż musieliśmy chodzić w kurtkach i grubych spodniach, żeby nie zachorować. Ograniczało to ruchy, ale dawało niezbędną ochronę przed zimnem.
                Pożegnaliśmy się z resztą patrząc jak odjeżdżają do lasu na północ, a sami zaczęliśmy iść wzdłuż drogi w stronę miasta. Szliśmy w milczeniu. W sumie nie miałem ochoty o niczym teraz rozmawiać, spoglądałem w dal i myślałem. Ostatnio sporo myślałem. Dzięki temu wydawało mi się, że dalej jestem człowiekiem chociaż już tak nie było. Teraz nie było ludzi, byli tylko ocalali. Liczyło się dla nich tylko przetrwanie z grupą ludzi, których lubili lub kochali. Zazwyczaj nie była to nawet rodzina. Moja rodzina zapewne już nie żyła. Kto wie, czy nie skończyli oni tak samo jak ludzie z helikoptera, który rozbił się u podnóży wzgórza. Czy teraz moją rodziną są osoby pokroju Łapy? Czemu akurat spotkałem Łapę, a nie Natalie? Wolałbym szukać czarnowłosej, była ona bardziej dzika i o wiele twardsza. Natalia zawsze była odważną, ale słaba dziewczyną. Nie potrafiła zrobić wielu rzeczy, ale bardzo mi się podobała. Teraz coraz mniej o niej myślałem, przez to, że nie wiedziałem czy w ogóle żyje. Coraz częściej w moich snach pojawiała się Łapa i czułem do niej coraz więcej, chociaż nie chciałem. Musiałem zacząć budować mur pomiędzy naszą relacją. Ona jest jedynie moją sojuszniczką. Tego muszę się trzymać.
                Zbliżyliśmy się do obrzeży miasteczka. Standardowo przywitał nas widok rozwalonych domków, bloków oraz opustoszałych budynków. Mimo to zaczęliśmy je powoli przeszukiwać. Nie mieliśmy oczywiście ani czasu, ani sił, żeby przeszukać wszystko, więc skupiliśmy się na sklepach, straganach, oraz magazynach. Ku naszej uciesze już w pierwszym budynku znaleźliśmy parę konserw rybnych i trochę makaronu. Pakowaliśmy wszystko, najwyżej później zrobimy mała selekcję, lepiej mieć więcej niż mniej. Wychodząc z pierwsze budynku usłyszeliśmy szmer. Zatrzymaliśmy się w drzwiach i wyjmując bronie do walki wręcz wyjrzeliśmy na ulicę. Człapały tam w naszą stronę dwa trupy. Były one wyjątkowo wolne, więc żeby nie spotkać ich później zabiliśmy je szybko. Ciała zrzuciliśmy do budynku, w którym byliśmy, żeby nie zostawiać po sobie zbyt wielu śladów. Co prawda krew zabarwiła śnieg, ale że ciągle delikatnie padało to liczyłem na to, że za parę minut ślady znikną.
                Zwiedziliśmy około dziesięć kolejnych budynków w milczeniu, kiedy nagle pomyślałem, że ją o coś zapytam.
Łapo?
– Tak? – spytała, nie odwracając się od szafki, która przeszukiwała.
– Dlaczego twój ojciec cię ścigał? – te pytanie nurtowało mnie już od jakiegoś czasu.
– Mówiłam, że nie chcę o tym mówić, po prostu był złym człowiekiem i ważne jest to, że umarł – odpowiedziała lekko zdenerwowana.
– Czy nie ma żadnej szansy, żebyś mi to opowiedziała? Wydawało mi się, że jesteśmy drużyną i powinni…— w tym momencie poczułem jak coś ciągnie mnie do tyłu. Z początku byłem pewien, że to jakiś cichy trup, podkradł się mi za plecy, ale kiedy się odwróciłem zobaczyłem zbliżając się do mnie Łapę. Trzymała mnie za twarz i zbliżała coraz bardziej. Zobaczyłem jak zamyka oczy po czym poczułem jej usta. Cholera – pomyślałem odwzajemniając pocałunek. Dawno nie czułem nic równie przyjemnego. Całowała namiętnie i z pasją, sprawiając, że natychmiastowo zapomniałem o wszystkim. Zrobiło mi się ciepło, ale nie przestawaliśmy. Poczułem jak wsuwa rękę pod moją kurtkę i delikatnie szczypie w brzuch. Ja trzymałem ją w talii. Dotykanie jej sprawiało mi przyjemność. Na pewno każdy, kiedyś miał to odczucie, kiedy lądował w rękach ukochanej osoby, to niesamowicie bajeczne ciepło.
                W końcu odsunęła się ode mnie powoli i uśmiechnęła.
– Później dobrze? – powiedziała odwracając się z powrotem do półki, którą przeszukiwała. Nie mówiłem już nic. Czułem jak krew napływa mi do twarzy. Musiałem być bardziej czerwony od krwi, która została na śniegu po zabiciu trupów na wejściu do miasta. Wyjrzałem za okno i widziałem, że słońce już prawie całkowicie zniknęło za horyzontem. Zambrów — pomyślałem – To tutaj ostatecznie mną zawładnęła. Ona wiedziała, że coś do niej czułem w głębi. Nie udało mi się postawić nawet małego płotu pomiędzy nami. To był dla mnie zupełnie nowy epizod. Gdy zaczęła schodzić po schodach z piętra tego budynku, podążyłem za nią. Mieliśmy całkiem sporo zapasów i trochę medykamentów, które znaleźliśmy w remizie strażackiej. Najwyższy czas by się zbierać.
                Wychodziliśmy na ulicę, kiedy znikąd zobaczyliśmy coś lecącego w naszym kierunku. Zepchnąłem Łapę za róg i razem przeleżeliśmy przez chwilę. Początkowo wydawało mi się, że to granat, ale teraz wychylając się zauważyłem, że to flara. Ktoś tu jest. Wyciągnąłem pistolet i czekając na rogu ulicy nasłuchiwałem. W końcu usłyszeliśmy kroki. Co najmniej dwie osoby. Ręką drżała mi z emocji, ale zbyt wiele przeżyłem, żeby specjalnie się ekscytować z tego powodu. Wyczekaliśmy jeszcze chwilę, kiedy zobaczyłem dwie osoby. Było to dwóch chłopaków. Jeden z nich to wysoki ciemny blondyn z parodniowym zarostem. Był ubrany podobnie do mnie, z tą różnicą, że miał na przodzie kurtki symbole „T.O.O”. Przez plecy miał przewieszoną strzelbę, a za pasem wisiała mu siekiera. Mięśnie widać było nawet przez materiał, więc na pewno można powiedzieć, że miał dobrą posturę.  W ręce trzymał kolejną flarę. Chłopak obok niego był znacznie niższy, ale również wyglądał na kogoś, kto jest całkiem sprawny fizycznie. Miał długie włosy, które opadały kaskadą na jego ramiona i plecy, oraz zabawną uszankę na głowie. Na jego kurtce, również było to samo logo. Co mogło oznaczać? Ten młodszy gadał coś do starszego, ale ciężko było cokolwiek usłyszeć. Brzmienie jego głosu wydawało się znajome, ale nie byłem pewien skąd je kojarzę i czy po prostu mi się nie wydaję. Na pewno był rozgadany.
                Widziałam, że Łapa zaczyna celować, ale powstrzymałem ją. Nie wiadomo ilu ich było i czego właściwie chcieli. Co prawda mieliśmy element zaskoczenia, ale to wciąż było za mało. Poczekaliśmy, aż pójdą dalej, po czym zaczęliśmy się wycofywać powoli na północ. Zastanawiałem się nad tymi dwoma, którzy są teraz w Zabudowie. Wydawali mi się dziwnie znajomi, chociaż na pewno nie był to nikt z Obozu w Królowym Moście. Co mógł oznaczać ten cholerny skrót? Może powinniśmy ich śledzić, albo spróbować zatrzymać? Na to jednak było już chyba za późno.  Musiałem pamiętać, aby wspomnieć o tym Sołtysowi, może on będzie coś wiedział na ten temat.
                Wspinaliśmy się po wzgórzu zbliżając coraz bardziej do miejsca, w którym mieli czekać na nas pozostali. W pewnym momencie złapała mnie za rękę. Nie puściłem. Nazwałbym cały ten wypad chwilą mojej słabości. Idąc coraz wyżej, odwróciłem się na chwilę, żeby spojrzeć przez ciemność na zarysy Zabudowa. Nawet stąd było widać czerwień flar. Ciekawe co to miało na celu. Spróbowałem dostrzec ruszający się czerwony punkt, ale wygląda na to, że ta dwójka zgasiła flary. Skupiając się na drodze ruszyliśmy dalej.
                Po dziesięciu minutach byliśmy już na miejscu. Kamień spadł mi z serca, kiedy zobaczyłem, że Potwór stoi tam gdzie miał stać. Podeszliśmy powoli i zapukaliśmy w drzwi ładowni. Otworzył nam Sołtys, który dziękując Bogu wpuścił nas do środka. Nie wiem z czego ucieszyli się bardziej, z naszego powrotu czy z zapasów, które przynieśliśmy. Nieznajoma szybko zajęła się przyszykowaniem kolacji, a Cinek pochował wszystko co znaleźliśmy do kartonów. Co prawda nie było tego dużo, ale powinno nam starczyć na parę dni. Musieliśmy się pospieszyć. Jeżeli rzeczywiście moi znajomi są w Toruniu to nie będą tam długo czekać. W końcu nie mają pojęcia czy żyjemy, tak samo jak ja nie wiem czy oni żyją. To była jedna z najtrudniejszych rzeczy podczas apokalipsy. Gdyby sieci komórkowe działały to bez problemy dowiedziałbym się czy Natalia i reszta żyją. Może powinniśmy zostawiać znaki? Jakby ktoś z naszych podążał tą samą drogą i wpadł na nie to może byśmy się znaleźli? Wciąż nie do końca wierzyłem w to, że kompletnie nikt nie przeżył ataku na Obóz.
                Podzieliłem się swoimi myślami z Sołtysem.
– Adamie. Mam pewien pomysł i zastanawiam się czy to mogło by zadziałać…— zacząłem.
Starzec siedział teraz nad mapą, nad którą wcześniej ślęczył Łowca. Kiedy do niego podszedłem skierował na mnie wzrok.
– Mów śmiało – zachęcił mnie.
Przedstawiłem mu plan dotyczący pozostawiania znaków, a ten spodobał mu się. Opowiedziałem mu też o dwóch osobach, które spotkaliśmy w Zambrowie i krótko streściłem nasz wypad, oczywiście pomijając wątek mojego pocałunku. Miałem nadzieję, że to była chwila słabości, chociaż po cichu liczyłem, że to jeszcze się powtórzy.
                Chwilę później zasiedliśmy do skromnej kolacji, którą przyrządziła Nieznajoma. Jedliśmy rozmawiając o niczym i powoli szykując się do snu. Łapa patrzyła na mnie przez większość wieczora. Byłem ciekaw co sobie myśli o tym co się stało. Wiedziałem, że ona też darzyła mnie sympatią, ale czy traktowała ten pocałunek poważnie? W sumie był to przejaw jej braku szacunku, w końcu wiedziała, że Natalia jest dla mnie najważniejszą osobą. Tylko czy na pewno ona? To pytanie pojawiło się dosyć nagle i szczerze sam się zdziwiłem jak pojawiło się w mojej głowie. Chcąc przed snem przewietrzyć trochę umysł postanowiłem po zjedzeniu przejść się i przy okazji wysikać. Poinformowałem o tym wszystkich i już chciałem wyjść, kiedy dołączył do mnie Łowca.
– Jak ty pójdziesz za potrzebą to ja zobaczę czy nic nie zmieniło się w okolicy i czy nie ma tu zombie – powiedział otwierając drzwi ładowni i wyskakując.
                Gdy ja skierowałem swoje kroki kawałek w głąb lasu on wdrapał się po drabince na dach ze swoją snajperką i powoli zaczął przeszukiwać okolicę. Dopiero teraz po zjedzeniu i wygrzaniu się poczułem zmęczenie. Znalazłem dobre drzewo i rozpinając rozporek zacząłem sikać. Nagle usłyszałem coś. Szybko skończyłem zaspokajać potrzebę fizjologiczną i wyciągając pistolet zacząłem się rozglądać. Zobaczyłem, że Łowca spogląda w stronę miasta i pokazuje mi, żebym do niego podszedł. Strzały były dosyć odległe, ale jednak słyszalne. Wspiąłem się na dach Potwora i spojrzałem tam gdzie pokazywał.
                Zamarłem. Na zachodzie miasta coś się działo. Widać było odległe strzały, ale co najgorsze widać było też flary. Ruszające się flary. Z tą różnicą, że teraz było ich siedem.  Opowiedziałem reszcie o ludziach, których spotkaliśmy więc Łowcy nie zaskoczył fakt tego zjawiska. Nie wiedzieliśmy jednak, że tych ludzi jest aż tyle. Całe szczęście Potwór był schowany miedzy drzewami i z miasta raczej nie było szans go zauważyć. Zastanawiałem się co to za grupa ocalałych tam jest. Co prawda widziałem dwóch nieznajomych ludzi, ale czy to możliwe, że są też tam nasi przyjaciele. Niewykluczone.

                Nagle usłyszeliśmy huk. Był głośny i dochodził z środka miasta. Zobaczyliśmy całkiem sporą eksplozję. Nagle cztery flary zgasły. Ci ludzie właśnie zostali przez kogoś zabici i byli całkiem blisko nas.