środa, 17 września 2014

Rozdział 22: Pogoń za kotem

Rozdział 22, perspektywa Bobra. W tym rozdziale ta grupa przemierza ostatnią prostą przed Toruniem. Rozdział zaczyna się dokładnie w tej samej chwili co skończył się ostatni, co pokazuje połączenie wszystkich wątków i powolne ich zazębianie się. Jeżeli się wam podoba, albo macie jakieś pytania nie zapomnijcie o skomentowaniu i rozesłaniu bloga znajomym.

-----------------------------------------------------

Rozdział 22 (Bobru): Pogoń za kotem

               
                - A więc mówisz, że to jest ten słynny Zbłąkany Ocalały? – zapytałem Magdę stojąc w krzakach i obserwując ze sporej odległości całą sytuację. Staliśmy około pięćdziesiąt metrów od ogrodzonego budynku administracyjnego w Sierpcu. Wpadliśmy na ślad autobusu, jak goniliśmy osoby, które porwały Łowcę. Czy to możliwe, że ci ludzie za tym stoją? Oznaczałoby to, że za wszystkim prawdopodobnie stoją ludzie z Torunia. Trochę przeraziła mnie ta myśl, bo oznaczałoby to, że prawdopodobnie nie mamy czego tam szukać, a Łowca dalej jest ich więźniem. Dwójka, która stała teraz przed ogrodzeniem z pewnością należała do Czerwonych Flar. Pamiętałem ich jeszcze z Zambrowa, gdzie wraz z Łapą wyruszyliśmy po zapasy i spotkaliśmy ich wychodząc z miasta. Byłem ciekaw dlaczego tak często ich spotykam. Czy to zwykły przypadek?
- Tak. Gdybym was nie spotkała to prawdopodobnie byłabym teraz na jego pokładzie – powiedziała Magda po cichu, jakby w obawie, że ludzie z pod ogrodzenia nas usłyszą.
- Myślicie, że Łowca jest w tym budynku? – zapytała Łapa.
- Wątpię. Myślę, że zawieźli go aż do Torunia. Musimy szukać śladu Czerwonych Flar, one z pewnością nas zaprowadzą do Łowcy – stwierdziłem.
                Dalej pamiętałem, że to właśnie Czerwone Flary maczały palce w całej akcji. Przewijały się już parę razy przez moją podróż do Torunia i wiedziałem, że są to dziwni ludzie. Czy są niebezpieczni nie wiedziałem, ale miałem nadzieję, że to po prostu jakaś przyjaźnie nastawiona grupa. Wszystko wskazywało na to, że są to ludzie z Torunia, więc była szansa, że doprowadzą mnie do moich przyjaciół, o ile w ogóle tutaj są. Dodatkowo ciągle w myślach miałem Natalię, która była widziana w okolicy przez Jakuba.
                Wtedy w moje oczy uderzył czerwony błysk. Chociaż nie było jeszcze ciemno, to widać go było dosyć wyraźnie. Ktoś z ogrodzenia rzucił na drugą stronę ulicy flarę. Moje przepuszczenia okazały się słuszne. Musieliśmy podążać za tym autobusem, a z pewnością znajdziemy Łowcę.
- Wracajmy do Potwora. Musimy być gotowi, żeby złapać ten autobus na wylotowej do Torunia – stwierdziłem, po czym zacząłem się razem z Magdą i Łapą cofać. Zostawiliśmy auto kawałek stąd i musieliśmy się pospieszyć, żeby zdążyć odjechać. Cała reszta była teraz przy Potworze i pilnowała go pod moją nieobecność.
                Po tym jak straciliśmy Łowcę wszyscy byli w kiepskich nastrojach. W końcu był z nami od Supraśla i od tamtej pory każdy zdążył go już polubić. Nie mówiąc już o tym, że był jednym z niewielu, którzy potrafi jeździć tym ogromnym pojazdem ciężarowym. Ja kompletnie się na tym nie znałem, Cinek nie miał ręki więc nie mógł prowadzić, Łapa i Magda nie chciały się tego podjąć, a Jakub mówił, że jest krótkowidzem, a jego okulary gdzieś się zgubiły. W ten sposób rolę kierowcy przejął Sołtys, który zawsze siadał przed kółkiem spięty i pełen obaw. W końcu był starym człowiekiem i mogło się mu coś stać, a będąc kierowcą narażał nas wszystkich.
                Dotarliśmy po niecałych trzech minutach na miejsce. Pozostałe przy Potworze osoby przywitały nas smutnymi uśmiechami. Zwołałem ich na tyły pojazdu i zacząłem małą przemowę.
- Zwiad się udał. Znaleźliśmy budynek w Sierpcu, gdzie prawdopodobnie był Łowca. Spotkaliśmy też Czerwone Flary, które widziałem kiedyś z Łapą w Zambrowie – odetchnąłem ciężko – Oznacza to, że prawdopodobnie w Toruniu nie ma dobrych ludzi. Nie wiadomo czy znajdziemy tam schronienie czy śmierć, ale musimy dojechać do celu. Łowca został tam zabrany i prawdopodobnie tam właśnie go znajdziemy.
                Większość wymieniła zdziwione spojrzenia, ale słuchali dalej w ciszy.
- Dlatego też proszę was o zachowanie ostrożności. Nie wiadomo co się stanie jak podjedziemy pod bramy obozu w Toruniu i nie wiemy czy nie zakończy to się strzelaniną. Jest ich na pewno więcej od nas, więc po prostu nie zróbcie nic głupiego – poprosiłem kończąc małą przemowę i pakując się do pojazdu. Po wejściu do środka spojrzałem ze smutkiem na snajperkę Łowcy, która wciąż była tutaj i czekała na swojego właściciela.
                Reszta zajęła swoje miejsca i ruszyliśmy. Zaparkowaliśmy przy jednej z dróg odchodzących na północny zachód. Czekaliśmy tutaj, aż przyjedzie Zbłąkany Ocalały, który powinien nas zawieźć do Łowcy. Ciężko było mi się przyzwyczaić do tego, że na miejscu kierowcy nie siedział rosły brunet. Brakowało mi przekleństw, którymi rzucał gdy Potwór wpadł w poślizg bądź w coś uderzył. Przede wszystkim jednak brakowało mi nocnych wypadów z Łowcą, które ostatnio skończyły się dla niego fatalnie.
                Miałem szczerą nadzieję, że nie minęliśmy jeszcze autobusu, a raczej on nie minął nas. Wszyscy czekali z niecierpliwością na dźwięk oznajmujący, że Zbłąkany jedzie w tą stronę. Musiał on jechać do samego centrum Torunia, a w sumie nie wiedziałem gdzie tak właściwie jest tamtejszy obóz. Czy był w samym mieście, czy może na jego obrzeżach? Miałem nadzieję, że takie wątpliwości rozwieje śledzenie autobusu. Oczywiście nie będziemy go śledzić z bliska, byłoby to zbyt ryzykowne. Potwór był ogromnym pojazdem i robił sporo hałasu, po prostu chcieliśmy się trzymać jakiś kawałek za autobusem i obserwować, którędy jechał.
                W oczekiwaniu na akcję usiadłem na jednym z łóżek i sięgnąłem po butelkę wody. Byłem spragniony, więc z przyjemnością przyjąłem zimny płyn spływający mi po gardle. Zauważyłem, że Łapa rozmawia z Jakubem, co mi się bardzo spodobało. Pomimo ciężkiego początku udało się im w końcu dogadać. Byłem właściwie ciekaw o czym rozmawiają, ale nie chciałem im przeszkodzić, więc obserwowałem to niecodzienne zjawisko z daleka.
                Około pół godziny później usłyszeliśmy dźwięk silnika. Sołtys zawołał nas na przód pojazdu i wskazał palcem drogę przed nami. Znajdowaliśmy się od niej trochę wyżej, więc doskonale widzieliśmy najbliższe paręset metrów. Patrzyliśmy w milczeniu jak autobus wyjeżdża z miasta i z dużą prędkością zmierza w stronę Torunia. To wydarzenie nas rozbudziło i gdy tylko autobus zniknął nam z oczu odpaliliśmy silnik i ruszyliśmy za nim. Dzieliło nas teraz około stu kilometrów od celu. Po tylu dniach podróży i nieprzyjemnościach w końcu miało stać się coś, co mogło być dla nas dobre.
                Podróż odbywała się w milczeniu. Jechaliśmy i co jakiś czas doganialiśmy autobus, ale po chwili dawaliśmy mu znowu odjechać, żeby przypadkiem ludzie będący w środku nas nie zauważyli. Zastanawiałem się ile tak właściwie w środku może być osób. Z daleka wydawało mi się, że widziałem przynajmniej trzy osoby w środku oraz kierowcę. Odległość była jednak tak daleka, że nie byłem pewien tej informacji, ani nie wiedziałem czy w środku siedzieli mężczyźni czy kobiety.
                Po około godzinie jazdy tempem takim, aby nie przegonić niezbyt szybko jadącego autobusu musieliśmy się zatrzymać. Ci w autobusie również stanęli i jeden z nich, dokładnie ten, którego widziałem pod ogrodzeniem oraz w Zambrowie, wyjmował coś z bagażnika. Cofnęliśmy się i również stanęliśmy. Miałem szczerą nadzieję, że nas nie usłyszą. Co prawda nie byłem pewien czy to źli czy dobrzy ludzie, ale wolałem się nie przekonywać.
                Zrobiliśmy sobie małą przerwę obiadową, żeby przeczekać postój autobusu. Usiadłem z przodu z Sołtysem, bo czułem, że muszę z nim porozmawiać.
- Blisko celu, co? – zagadałem.
- Niesamowicie blisko. Wiesz chłopcze, pomimo tego, że ci ludzie porwali Łowcę, czuję, że nie są źli – podzielił się swoimi myślami Sołtys.
- A co jeśli jednak i jedziemy wprost w pułapkę? Czasami się zastanawiam, czy nie zawrócić i zbudować gdzieś obozu, takiego jak mieliśmy w Królowym Moście – spytałem.
- Myślę, że i tak musimy stawić temu czoła. Łowca jest gdzieś tam. Musimy mu pomóc, gdyby nie on prawdopodobnie nigdy nie zajechalibyśmy tak daleko – stwierdził starzec.
                Miał rację. Gdyby nie to, że spotkaliśmy Łowcę i chciał nam pomóc to prawdopodobnie byłoby po nas już w Supraślu. Rozstrzelaliby nas tamci ludzie i nigdy nie dotarlibyśmy tak daleko. Zrobiło mi się wstyd na samą myśl, że rozważałem ominięcie Torunia.
- Masz rację Sołtysie, jak zwykle masz racje… - powiedziałem.
- Staram się po prostu ci doradzić w tych ciężkich czasach. Wiem, że to wszystko nie jest łatwe, ale razem jesteśmy silni – na jego twarzy pojawił się szczery uśmiech.
- Dziękuje za wszystko – powiedziałem również się uśmiechając.  Dokończyliśmy posiłek i ruszyliśmy. Okazało się, że autobus odjechał już chwilę temu, a dróg z miejsca , z którego odjechał było parę.
                Zatrzymaliśmy się tam na chwilę i szybko stwierdziliśmy, gdzie widzimy ślady błota. Pogoda była kiepska i co chwilę padało, więc bez problemu można było zobaczyć, gdzie błoto przylepione do opon zostawiło ślady. Usiedliśmy przed mapą i szybko sprawdziliśmy trasę.
- Pojechali tą drogą – powiedziałem przejeżdżając palcem po mapie – więc na pewno będą przejeżdżać przez tą autostradę – dodałem wskazując na zaznaczoną, po wschodniej stronie Torunia, drodze.
- Czy nie byłoby szybciej, gdybyśmy pojechali tą drogą – pokazała Magda – i poczekali na nich w okolicach tego przejazdu? – spytała wskazując na przejście nad drogą, którą będzie jechał autobus.
- To nie głupi pomysł. Dojedziemy tam z pół godziny wcześniej, jeżeli wyjedziemy teraz. Więc postanowione, ruszajmy! – powiedziałem chowając mapę i siadając na siedzeniu pasażera. Silnik został odpalony z głośnym rykiem i już po chwili skręcaliśmy na lewo, żeby ruszyć wyznaczoną przed chwilą trasą. Nie przejechaliśmy nawet kilku kilometrów, gdy zobaczyliśmy na drodze paręnaście trupów i dwa rozbite samochody.
                Droga przez to była nieprzejezdna, więc nie mając innego wyjścia wyszliśmy na zewnątrz. Wtedy usłyszeliśmy strzały, dochodzące z przodu. Wszyscy uzbrojeni w bronie oraz łomy ruszyliśmy powoli do przodu. Sołtys obserwował całą sytuację z środka Potwora. Nie wiedziałem czego się spodziewać i bałem się, że są tu jacyś bandyci. Zakradliśmy się do przodu i chcąc nie chcąc zwróciliśmy uwagę pierwszych zombie na nas. Jakub już chciał ruszać do ataku, ale chciałem jeszcze wyczekać i zidentyfikować źródło strzałów. Zombie zbliżały się do nas i wtedy usłyszeliśmy krzyk. Dziewczęcy krzyk. Spojrzałem na Łapę. W jej oczach pojawiło się coś dzikiego. Ruszyła na przodu i zaczęła strzelać do zombie, zanim zdążyłem ją powstrzymać.
                Dołączyliśmy do niej, strzelając szybko i pewnie do trupów idących w naszą stronę.  Jakub ruszył pierwszy szarżując na jednego z trupów i szybkim ruchem wbijając mu nożyce w oko. Ja oraz Cinek trzymaliśmy się kawałek dalej i strzelaliśmy ze strzelb. Każdy wystrzał oznaczał kolejnego upadającego trupa. Magda pobiegła za Łapą i pomagała jej strzelając z łuku i z całkiem niezłą precyzją trafiała w głowy zombie, tym samym zabijając je.
                Droga szybko została oczyszczona i zostały tylko dwa trupy, które szły w kierunku jednego z aut. Łapa doskoczyła do nic odpychając je spojrzała na osobę siedzącą za autami. Jakub dobił trupy, które wywaliła i razem ze mną oraz resztą podszedł do Łapy. Łapa westchnęła cicho i odeszła parę kroków do tyłu. Było mi jej żal. Wiedziałem, że słysząc ostatnie słowa Jakuba i teraz pisk dziewczynki liczyła na zobaczenie swojej siostry Moniki, ale to nie była ona. Była to jakaś dziewczynka, która trzymała w rękach pistolet i miała dziwnie wykręcona kostkę.
                Miała na oko jakieś trzynaście lat, długie blond włosy, w których teraz było widać mnóstwo gałązek, błota i innych brudów oraz niebieskie oczy. Ubrana była w nic nie wyróżniające się ubranie, właściwie wyglądała jakby wracała ze szkoły czy coś w ten deseń. Jej twarz była czerwona, wygląda jakby niedawno sporo płakała. Ukucnąłem przy niej. Wycelował drżącą ręką w moją stronę z pistoletu.
- Nie podchodź do mn-mnie bo cię będę mu-musiała zabić – jej młody głosik drgał z czystego przerażenia.
- Nie chcemy cię skrzywdzić. Co ci się stało w nogę? – zapytałem patrząc na wykręconą stopę.
- Upadłam… chciałam tu odpocząć i wt-wtedy przyszły one... – zapłakała i opuściła broń.
- Jesteś tu sama? – zapytałem.
- Ta-tak – stwierdziła po czym syknęła z bólu próbując wstać.
- Nie ruszaj się! To wygląda na skręconą kostkę. Poważnie skręconą. Gdzie są twoi rodzice? – zapytałem.
                Reszta obserwowała w ciszy całą sytuację. Widziałem, że nawet na twarzach Jakuba i Cinka było widać współczucie i smutek.
- Ta-tato jest w domu. Szukałam mojej mamusi – odpowiedziała dziewczynka.
- Gdzie jest twój dom? Zabierzemy cię tam – zaproponowałem.
- Nie chcę wracać bez mamusi – zapiszczała, znowu jęcząc z bólu.
- Nie dasz rady sama. Będziemy mogli ci pomóc, tylko musimy teraz coś załatwić. Mogłabyś pojechać z nami jeśli tylko chcesz – powiedziałem siląc się na uśmiech. Nie mogłem zostawić tak po prostu, dziewczynki w takim stanie.
- Mój tata jest w Toruńskiej Ostoi Ocalałych – powiedziała z dumą dziewczynka – Ale muszę znaleźć mamusię…
- Twój ojciec jest z Torunia? To świetnie się składa, bo tam jedziemy. Jak się nazywasz? – zapytałem, ciesząc się, że będziemy mogli załatwić dwie sprawy za jednym razem.
- Ma-marta… - powiedziała cicho.
- Miło mi cię poznać. Ja jestem Bobru, a ludzie za mną to Jakub, Marcin, Magda oraz… Łapa – powiedziałem przedstawiając ich po kolei. Widać, że dziewczynka była speszona, bo tylko przejechała ich szybko wzrokiem po czym znowu zaczęła gapić się na swoją nogę.
- Chodź pomożemy ci wstać i przetransportujemy do środka naszego pojazdu – powiedziałem prosząc Cinka o pomoc. O wspólnych siłach pomogliśmy jej wstać i zaprowadziliśmy do Sołtysa, który z niepokojem czekał na zdanie relacji. Opowiedziałem mu wszystko i obserwowałem jak nastawia on dziewczynce kostkę i nakłada opatrunek. Nie należało to do najprzyjemniejszych widoków, ale musieliśmy się nią zaopiekować. Po krótkiej „operacji” położyliśmy ją w jednym z łóżek i odjechaliśmy. Teraz zdecydowanie byliśmy daleko za autobusem, więc poprosiłem Sołtysa, żeby jechał prosto do Torunia. Będziemy musieli sami znaleźć Toruńską Ostoje Ocalałych.
                W mojej głowie pojawił się plan. Jeżeli ludzie tam nie chcieliby oddać nam Łowcy, będziemy mogli  go wymienić za Martę. Wszystko zaczęło się w końcu układać. Z racji jednak, że zaczęło się robić ciemno zdecydowaliśmy się przespać. Stanęliśmy na poboczu ukryci w niedużym lesie. Zjedliśmy kolacje w całkiem niezłych nastrojach. Gdy wszyscy układali się do snu, usiadłem przy Łapie.
- Trzymasz się jakoś? – zapytałem.
- Jakoś – odpowiedziała po cichu.
- Ta dziewczynka… - zacząłem.
- Tak Bobru. Dokładnie tak. Jak zawsze masz rację. Myślałam, że to moja siostra, dlatego tak szybko tam pobiegłam – powiedziała z nieukrywaną złością. Milczałem. Wolałem to przeczekać, dać się jej wygadać.
- Dlaczego mamy takiego pecha? – zapytała w końcu po chwili milczenia.
- Myślę, że to się niedługo zmieni. Musimy tylko dotrzeć do celu – powiedziałem.
- Dotarcie do celu to będzie początek czegoś nowego, ale pamiętaj, że bez względu na to co się stanie, będę szukała mojej siostry – powiedziała Łapa.
                Złapałem ją za rękę.
- Wiem. Pomogę ci w tym, tam gdzie twoja siostra, tam prawdopodobnie ktoś jeszcze z Królowego Mostu. To może być to czego szukam – stwierdziłem.
Łapa przytuliła się do mnie i powiedziała ze smutkiem.
- Wiem kogo szukasz.
Milczałem. Cieszyłem się z tego co jest tu i teraz.  Po chwili poczułem zmęczenie i po prostu zasnąłem.
                Gdy obudziłem się rano, Łapa już nie spała, krzątała się po pojeździe i wraz z Cinkiem szykowała śniadanie. Magda siedziała przy Marcie i gadały o czymś. Jakub siedział przy Sołtysie, który sprawdzał coś na mapie. Wstałem i przywitałem się z wszystkimi. Szybko zjadłem, odświeżyłem się nieco po czym usiadłem i czekałem na nadchodzące wydarzenia. Sołtys włączył silnik i ruszył do przodu z impetem. Jeszcze dziś pod wieczór mieliśmy być na miejscu. Niesamowicie się cieszyłem z tego faktu. Czułem mieszankę przerażenia i fascynacji. Co na nas tam mogło czekać? Nie chciałem wypytywać Marty i tak wyglądała na zdrowo wystraszoną. Kiedy jednak zaczęliśmy się zbliżać do okolic Torunia to zauważyłem, że rozchmurzyła się nieco. Widocznie do końca nie wierzyła, że zabieramy ją do domu.
                Łapa siedziała i ciągle rozmawiała o czymś z Jakubem. Zaczynałem się powoli martwić jej zmianą, stawała się coraz większym wrakiem, jeżeli nie miała już nawet siły rzucać kąśliwych uwag i kłócić się z prawie wszystkimi dookoła. Żałowałem trochę, że zgubiliśmy trop autobusu, bo nie wiedzieliśmy teraz czego mamy szukać. Spodziewałem się, że na pewno to miejsce będzie miało własne źródło energii, więc jak się trochę ściemni to siłą rzeczy powinniśmy je zauważyć. Tylko czy samo miasto jest bezpiecznym miejscem? Tego nie wiedziałem.
                Zabijałem czas gadaniem z Cinkiem i wspominaniem starych czasów. Powspominaliśmy osoby, których już z nami nie było. Zastanawiałem się jakby potoczyło się moje życie, gdyby wciąż żył Goku, Eryk czy Kiciuś. Żałowałem wciąż, że w Supraślu zostaliśmy rozdzieleni i poświęcił swoje życie za życia Łapy i Nieznajomej. Czy ja bym zdolny do czegoś takiego? W sumie parę razy byłem stawiany w sytuacji, w której mogłem uciekać, a zostałem i walczyłem o swoich ludzi. W sumie teraz nie wyobrażam sobie stracenia kogokolwiek z mojego zespołu.
                Gdy zaczęło powoli się robić ciemno, wiedzieliśmy, że jesteśmy już prawie u celu. Przejechaliśmy, przez przejście nadziemne. Zatrzymaliśmy się tam na chwilę, gdyż widok był niecodzienny. Pod nami była jedna z dróg wyjazdowo-wjazdowych do miasta. Pas ulicy, który był przeznaczony dla wjeżdżających aut, był  całkowicie pusty, ale ten drugi roił się od zrujnowanych aut. Widok był niesamowicie klimatyczny i wyglądał jak wyciągnięty z serialu o zombie. To jednak było życie codzienne.
                Co prawda droga pod nami również prowadziła do Torunia, ale ta, którą jechaliśmy była znacznie wygodniejsza i szybsza. Gdy już mieliśmy wsiadać zawołał nas Jakub, który znalazł coś przy drodze kawałek dalej. Podeszliśmy i zobaczyliśmy ciało. Wydawało mi się nie wiadomo skąd znajome. Był to ciało młodego chłopaka, może odrobinę starszego ode mnie. Miał ślad ugryzienia na brzuchu oraz ślad po kulce w okolicach skroni. Dodatkowo na jego brzuchu znaleźliśmy jeszcze parę ran postrzałowych.
                Kiedy podeszła do nas Łapa, wciągnęła głośno powietrze w płuca.
- Znam go… To jeden z moich ludzi – powiedziała drżącym głosem patrząc na jego twarz. Teraz też go poznałem. To był jeden z ludzi Łapy, którzy mieszkali przy naszym obozie w Królowym Moście.
- Skąd on się tu wziął? – zapytałem.
- Nie mam pojęcia… Mój boże, może moi ludzie dotarli, aż tutaj? Ale dlaczego ma tyle ran postrzałowych? Coś musiało się tu dziać. Co on trzyma w rękach? – zapytała w końcu wskazując na zaciśniętą pięść.
Nie wiedziałem co sądzić o tej całej sytuacji. Czy to oznacza, że on był na pokładzie Zbłąkanego Ocalałego? Autobus prawdopodobnie tędy przejeżdżał, a ciało zdecydowanie było świeże.
- Właśnie to mnie najbardziej zaciekawiło – powiedział Jakub.
Łapa z trudem otworzyła zaciśniętą pięść i wyjęła coś z niej. Nie mogłem uwierzyć w to co widzę. Był to różaniec. Cały biały, zrobiony z niedużych koralików.
- Musimy jechać – powiedziałem – I tak już mu nie pomożemy, a robi się chłodniej i ciemniej. Musimy szukać Ostoi.
                Łapa nie odpowiedziała. Po prostu schowała różaniec do kieszeni i ruszyła w stronę Potwora. Kolejne zaskoczenie dla niej, ale też dla nas. Kto zabił jej człowieka? Czy był tu sam? Nie mógł, ktoś musiał dać mu ten różaniec. Nie wierzyłem, żeby ktokolwiek z grupy Łapy, był na tyle religijny, żeby samemu nosić takie rzeczy. Miałem nadzieję, że poznam odpowiedź na to pytanie w Toruniu.
                Zapakowaliśmy się do Potwora i opowiedzieliśmy Sołtysowi o znalezionym ciele. Jakub zachowywał się wyjątkowo dziwnie, został przy trupie ostatni i szeptał coś sam do siebie. Nie wiedziałem co o tym myśleć, ale stwierdziłem, że każdy ma swoje dziwactwa. Potwór ruszył.
                Wjechaliśmy na przedmieścia Torunia. Były to przedmieścia jak w każdym innym mieście. Wszystko zrujnowane, pełno rozbitych aut, a krajobraz był wypełniony domkami jednorodzinnymi oraz różnymi budynkami fabryk. Obserwowałem w ciszy widoki, upiększone przez zachodzące słońce. Przedmieścia dosyć szybko zmieniły się w właściwą część miasta. Jadą główną droga zauważyliśmy płynącą na lewo od nas rzekę Wisłę. Przypomniały mi się wszystkie wycieczki po kraju, kiedy to mijałem tą rzekę w normalnych warunkach. Ta wycieczka była zupełnie inna.
                Gdy zrobiło się już naprawdę ciemno, a my krążyliśmy wciąż po mieście i traciliśmy nadzieję, że znajdziemy dziś obóz, zauważyliśmy światła. Unosiły z południowej części miasta.  To musiało być Toruńskie Stare Miasto. Z coraz to chaotyczniejszą mieszanką uczuć pojechaliśmy w tamtą stronę. Z każdą minutą byliśmy coraz bliżej celu. Sam Toruń nie był pełen zombie, było ich raczej niedużo, co świadczyło tylko dobrze o ludziach tu mieszkających.
                Podjechaliśmy do Ostoi od wschodu i już z daleka zauważyliśmy lampy stojące na zagrodzonej przez mury i bramę drodze. Mając nadzieję, że jakoś to będzie skręciliśmy i byliśmy już niecałe sto metrów od bramy. Już stąd widziałem stojących na murach ludzi. Byli uzbrojeni i kiedy zauważyli światła naszego samochodu podnieśli się pospiesznie i wycelowali w naszą stronę. Sołtys zaczął zwalniać. To co było po drugiej stronie barykady wyglądało obiecująco. Widzieliśmy tam światła oraz długa ulicę prowadzącą do widocznej z daleka katedry. Właściwie widzieliśmy jeszcze jakiś kościół i standardowe dla starych miast budynki mieszczące się jeden obok drugiego przy sobie.
                Podjechaliśmy pod samą bramę i wysiedliśmy.  Co prawda miałem przy sobie strzelbę, ale nie zamierzałem jej opuszczać. Nie byłem pewny zamiarów ludzi z muru. Gdy cała nasza siódemka wysiadła i stanęliśmy ramię w ramię wystąpiłem przed szereg o krok. Jeden z czterech mężczyzn będących nade mną spojrzał na mnie dziwnym wzrokiem. Cała czwórka wyglądała tak samo, mieli bandany na twarzach, byli ubrani w identyczne kurtki i kamizelki z naszywkami „T.O.O” oraz mieli ochraniacze na kolana i łokcie. Jeden z nich zdjął bandanę. Zobaczyłem starszego ode mnie mężczyznę z krótką czarną brodą i śmiesznie małym nosem.
- Kim jesteście i czego tu szukacie!? – krzyknął nie przestając do nas mierzyć.
                Zdecydowałem się mówić prawdę. Jeżeli planowałem tu zostać nie mogłem oszukiwać.
- Jestem Bobru i przyjechałem tu z Królowego Mostu. Ja i moi ludzie szukamy przyjaciół i schronienia. Podejrzewamy, że jest tu nasz człowiek – krzyknąłem. Udało mi się zabrzmieć groźnie i zarazem spokojnie. Brzmiałem jak pewny siebie człowiek, chociaż nie do końca się tak czułem.
                Gdy się przedstawiłem mężczyźni spojrzeli na siebie i wymienili parę słów, których nie słyszeliśmy. W końcu ten bez bandany odwrócił się w moją stronę i krzyknął.
- Możesz powtórzyć jak się nazywasz i skąd jesteś?
Zdziwiła mnie ta prośba. Straciłem przez to trochę pewności siebie.
- Eee… jestem Bobru! Przybywam z moimi ludźmi z Królowego Mostu! – krzyknąłem.
Mężczyźni opuścili bronie.
- Wchodźcie!
Brama zaczęła się powoli otwierać. Była na tyle szeroka, że zdołaliśmy wjechać do środka Potworem. Gdy przejechaliśmy ten magiczny próg barykady poczułem się niesamowicie dziwnie. Poczułem się bezpiecznie. Miałem nadzieję, że moje przeczucia się sprawdzą. Gdy tylko wjechaliśmy i zaparkowaliśmy przy jednym z budynków za barykadą i wysiedliśmy podszedł do nas mężczyzna bez bandany. Wyciągnął do mnie rękę. Uścisnąłem ją.

- Witajcie w Toruńskiej Ostoi Ocalałych. Czekaliśmy na was.

piątek, 12 września 2014

Rozdział 21: Kłamca

Rozdział 21, perspektywa Miczi. W tym rozdziale będę nawiązywał do końca poprzedniego rozdziału Miczi, w którym to było słychać tajemnicze stukanie. Teraz motyw zostanie wyjaśniony i rozwinięty. Dodatkowo grupa będzie tak blisko pozostałych grup jak tylko się da. Po przeczytaniu proszę o komentarz i rozesłanie bloga znajomym.

--------------------------------------------------------

Rozdział 21 (Miczi): Kłamca


                Obudziłam się w kiepskim humorze. Zaczęłam podejrzewać u siebie jakaś chorobę psychiczną, gdyż parokrotnie w nocy budziło mnie stukanie, chociaż w pobliżu autobusu nie widziałam żadnego zombie. Reszta załogi nie skarżyła się jednak na żadne hałasy, więc nie potrafiłam tego wytłumaczyć. Rankiem, przed wyruszeniem, chcieliśmy zjeść śniadanie. Pogoda była dzisiaj sprzyjająca, było całkiem ciepło i praktycznie nie wiał wiatr.
                Henryk zaoferował, że on zejdzie do bagażnika po jedzenie i chociaż nie rozumieliśmy czemu uczepił się tak chodzenia po jedzenie dla nas to pasowało nam to. Przynosił nam wszystko pod nos i zazwyczaj sam gotował. Chyba chciał przejąć rolę autobusowego kucharza. W taki sposób usiedliśmy w kręgu na trawie i czekaliśmy na śniadanie. Staruszek opowiadał jakąś historię z czasów swojej młodości, próbując pocieszyć wciąż smutną po stracie siostry Klaudie. Mpd rozmawiał o czymś z Kiciusiem, a ja usiadłam przy Pablordzie.
- Jesteśmy już coraz bliżej, co? – zagadałam.
- Dokładnie. Przed nami ostatnia prosta, jak dobrze pójdzie to jeszcze dzisiaj będziemy siedzieć w jednym z domów w Toruniu – odpowiedział Pablord.
- Jednym z domów? – zapytałam z zaciekawieniem
- Tak w Ostoi mamy cztery takie jakby hotele. Tam mieszkają wszyscy mieszkańcy. Jest jeszcze piąty budynek, gdzie mieszkają Czerwone Flary oraz najważniejsze osoby w mieście.
- Rozumiem. Myślisz, że dojedziemy tam bez problemów? – kontynuowałam.
- Teoretycznie jesteśmy już na naszych terenach, niedaleko stąd jest Czwarty Posterunek, jeden z czterech ogradzających całą Ostoję Ocalałych – zaczął, biorąc od Henryka miskę z jedzeniem – ale oczywiście zawsze możemy wpaść na Gang.
                Wzięłam również miskę i poczułam przyjemne ciepło i zapach. Zainteresowana tematem pytałam dalej.
- Gang?
- Tak. Jak wiesz na świecie nie ma już dobrych ludzi, a ci są wyjątkowo wredni. To nasi wrogowie, którzy przeszkadzają nam na każdym kroku i toczą z nami taką wojnę – wytłumaczył Pablord robiąc przerwy na nabranie jedzenia.
- Dlaczego akurat Gang? – zapytałam.
- Jeżdżą motorami, po tym ich zazwyczaj poznajemy.
                Miałam szczerą nadzieję, że nie wpadniemy na żaden gang i dojedziemy bezpiecznie do celu. Henryk posprzątał po nas i popakował zapasy z powrotem do bagażnika, po czym wszyscy wróciliśmy do środka. Autobus ruszył. Jechaliśmy na północny zachód. Obserwowałam przez okno budzący się do życia świat. Pod zaspami śniegu zaczęła się budzić roślinność. Co prawda była to jeszcze szara, brudna trawa z pojedynczymi przebiśniegami, które pojawiły się w paru miejscach, ale już teraz ten widok był dobry dla oka.
                Na niektórych drzewach zaczęły też pojawiać się pierwsze listki, chociaż większość  była wciąż ponura i łysa. Słońce zdawało się wołać nas i dawać przyjemne ciepło, ale w połączeniu z zimnym wiatrem nie dawało jeszcze pełnego komfortu. Jazda autobusem była całkiem wygodna. Kiciuś nie musiał zatrzymywać się na przystanku przy Sierpcu, ponieważ zwyczajnie nie było tam nikogo. Przejeżdżając koło miejscowości stanęliśmy na chwilę, żeby ostatecznie ustalić nasz plan.
                Kiciuś spierał się, że powinniśmy jechać dalej i ominąć Czwarty Posterunek, a Pablord i Mpd nakłaniali go do zatrzymania się i zdobycia informacji.
- Do cholery chłopaki dajcie spokój. Czas mnie goni, już jutro będę musiał wyjeżdżać znowu w trasę, żeby szukać Bobra, nie mogę pozwalać sobie na kolejny postój.
- Nie wiemy co jest na trasie stary. Co jeżeli pod naszą nieobecność coś się stało? Zajedziemy na chwilę… - upierał się przy swoim Pablord.
- Na chwilę? Z Szymona jest prawie taka sama gaduła jak z Mpd, nie ma sensu. Zaufajcie mi i po prostu jedźmy przed siebie – stwierdził Kiciuś, tonem, który najwyraźniej kończył dyskusję, ponieważ odwrócił się i usiadł za kółkiem.
                Znowu coś zastukało parokrotnie. Tym razem więcej osób to usłyszało.
- Co to było? – zapytał Mpd.
- To samo słyszałam w nocy, mówiłam wam! – wtrąciłam się.
- To ja spokojnie – powiedział Henryk prezentując jak stuka nerwowo palcami w ścianę pojazdu – Przepraszam po prostu… ostatnio jestem wrakiem człowieka, a teraz doszły mi kolejne problemy. Rozumiecie…
Wyglądał naprawdę żałośnie i w sumie nie mogliśmy go za to winić. Zabił własnego syna, który został ugryziony, a żeby tego było mało wraz z grupą nieznajomych ludzi wjeżdżał teraz na tereny Toruńskiej Ostoi Ocalałych.  Każdy czuł dreszcz podniecenia, ale też swoisty niepokój, w końcu dążyliśmy do odkrycia czegoś nieznanego. Nie wiedzieliśmy jacy ludzie tam na nas czekają i co jeszcze spotka nas po drodze. O tym wiedzieli tylko Kiciuś, Mpd i Pablord, ale oni zapewniali, że wszystko będzie w porządku. Ufałam całej trójce, ale przejechałam się już na zaufaniu u innych osób parokrotnie i sama nie wiedziałam co o tym sądzić.
                Pamiętałam ciągle o Dalionie i o tym co mi zrobił. Przysięgłam, że kiedyś go znajdę i zabiję i miałam szczerą nadzieję, że zombie, albo inne przeciwności losu mi w tym nie przeszkodzą. Lubiłam sobie stawiać cele od zawsze, nawet przed rozpoczęciem apokalipsy zombie. Dawały mi one potrzebną do życia motywacje i sprawiały, że wiedziałam czego chcę. W ostatnich czasach moimi dwoma celami był Bobru i Dalion. Jednego chciałam znaleźć, a drugiego zabić. Obaj zrobili dla mnie wiele dobrego i złego, ale ostatecznie tak to musiało się skończyć.
                Gdy znowu ruszyliśmy Kiciusiowi udało się postawić na swoje. Minęliśmy Sierpc od północnej strony mknąc drogą w stronę Torunia. Zerkałam nerwowo za okno i chcąc nie chcąc w moich myślach pojawiały się nieciekawe obrazy. Bałam się, że zaraz usłyszę dźwięk motorów i przyjedzie wcześniej wspominany przez Pablorda Gang. Obawiałam się, że kolejne stado zombie, jak te przy Ostrowi Mazowieckiej odetnie nam drogę i zginiemy pośród hordy trupów. Czułam obawy przed tym, że dojedziemy na miejsce, a tam będą na mnie czekały długie tortury, albo inne nieprzyjemności.
                Tak działał teraz mój mózg. Bałam się wielu rzeczy, ale nie był to ten paraliżujący lęk. Była to po prostu obawa. Obawa przed kolejnym dniu w piekle. Człowiek, ocalały tej apokalipsy zapominał powoli jak to było kiedyś. Stare czasy, kiedy jedynymi problemami było co zjeść na kolację i od kogo spisać pracę domową. To minęło i prawdopodobnie nigdy już nie wróci. Teraz liczyło się przetrwanie, jak najdoskonalsze i jak najbardziej skuteczne. Udało mi się przeżyć ponad cztery miesiące. Pamiętałam jak dziś, dzień w którym wszystko się posypało. Listopad wydawał się tak odległą przeszłością, że ciężko mi było wygrzebać z pamięci cokolwiek co było przed nim. Ale sam dzień wybuchu pamiętałam dobrze.
                Kamil i Dalion byli wtedy moimi jedynymi przyjaciółmi. Jednego straciłam w Królowym Moście, a drugi zmienił się w innego człowieka po akcji w Grabówce. Czy mogłam nazwać teraz kogoś przyjacielem? Nie wiedziałam. Byłam pewna, że kimś takim była dla mnie Natalia, czy chociażby Bobru, ale teraz nie byłam pewna czy żyją. Co było najdziwniejsze ludzie też szukali Bobra. Jego przyjaciele, którzy ocalali. Czy to była właśnie przyjaźń? Czy będę mogła być kiedyś częścią takiej więzi emocjonalnej? Nie wiedziałam.
                Z myśli wyrwał mnie dziwny dźwięk nadchodzący z przodu. Przez chwilę wyobraźnia spłatała mi figla i byłam pewna, że to dźwięk motoru, ale po chwili stwierdziłam, że to musi być coś większego. Kiciuś krzyknął coś, nie wiadomo czy żeby uspokoić nas czy siebie.
- Wszyscy spokojnie cholera jasna!
Siedziałam jak wryta i patrzyłam jak dwa auta jadą w naszą stronę na przeciwnym pasie. Złapałam kurczowo maczety i pistoletu i siedziałam. Dopiero teraz zdałam sobie sprawę jaką właściwie byłam osobą. Chociaż ludzie mogli mnie brać za kogoś rozsądnego i twardego, to wcale nie mogłam powiedzieć, żebym posiadała takie cechy.
                Wszystkie złe decyzje jakie podjęłam. Sama nie wiedziałam teraz czy kiedykolwiek wymyśliłam coś dobrego. Chociażby pojechanie po Bobra z takimi ludźmi jakich wybrałam. Gdyby chociaż był ze mną Gigant to prawdopodobnie wszystko potoczyłoby się inaczej. Uśmiechnęłam się na myśl o ogromnym mężczyźnie i zawsze towarzyszącym mu mieczu. Gigant, o ile jeszcze żyje, pewnie nawet nie wie co stało się ze Szpiegiem. Zawsze byli przyjaciółmi. Trzymali się razem od początku, a skończyli tak daleko od siebie. Miałam nadzieję, że jak kiedyś jeszcze spotkam Giganata to będę mogła mu to wytłumaczyć i przeprosić go za stratę. Prawdopodobnie gdyby Szpieg i Damian nie rzucili mi się wtedy w sklepie z pomocą, to dzisiaj żyliby, a może nawet siedzieli teraz ze mną w tym autobusie.
                Dźwięk ponownie się nasilił, gdy auta mijały nas jakby nigdy nic. Czy naprawdę takie sytuacje mają jeszcze miejsce? Ta scena wyglądała jakby przedstawiała wycieczkę autokarową, która w spokojne popołudnie mija na drodze dwa auta. A przecież tak nie było. We wszystkich trzech pojazdach siedzieli ludzie, którzy zabijali zarówno zombie jak i innych ludzi. Wszyscy, oprócz Kiciusia, spoglądali na oddalające się auta ze zdziwieniem.
- To ktoś z Torunia? – zapytała Klaudia.
- Cholera wie, nie pamiętam wszystkich aut, jakie tam są – odpowiedział Pablord.
Zaśmiałam się słysząc to. Pablord miał tą umiejętność, żeby rozluźnić napięta atmosferę i udało mu się to teraz ponownie.
                Następną godzinę jechaliśmy prawie w kompletnej ciszy. Ja zamieniłam parę słów z Mpd i Pablordem, ale ostatecznie wszyscy chcieli jak najszybciej dojechać do Tournia, więc siedzieliśmy cicho. Byliśmy już jakieś sześćdziesiąt kilometrów od Sierpca, więc zostało nam drugie tyle do przedmieścia Torunia, gdy zatrzymaliśmy się na szybkie obiad. Gadałam wtedy akurat z Henrykiem i Pablordem, kiedy autobus się zatrzymał.
                Mpd wysiadł pierwszy, żeby wziąć jedzenie z bagażnika, kiedy Henryk nagle się zerwał.
- Czekaj! – zawołał.
Nie wiedziałam dlaczego się tak zdenerwował, ale pobiegłam za nim. Usłyszałam jak drzwi do bagażnika się otwierają. Po chwili Mpd zapytał głośno.
- Boże co tu tak cuchnie?
Wtedy usłyszałam krzyk. Pablord przepchnął się przede mnie i wybiegł przed Zbłąkanego Ocalałego, żeby zobaczyć co się stało i krzyknął z przerażenia. Mpd z raną od ugryzienia leżał na trawie, a zombie, które siedziało w bagażniku, zaplątane w zapasy próbowało się wydostać. Sytuacja była tak dziwna, że nie wiedziałam kompletnie co się dzieje i tylko obserwowałam sytuację. Usłyszałam przekleństwa z ust Kiciusia i krzyki.
- Podajcie mi coś ostrego, wodę i bandaże! SZYBKO!
Pablord pobiegł szybko do wnętrza po wodę i apteczkę, ja podałam Kiciusiowi swoją maczetę, po czym wymierzyłam do zombiaka. Już miałam strzelić, gdy drogę zasłonił mi Henryk.
- Pojebało cię? – zapytałam nie wytrzymując już napięcia.
- Błagam nie… ja was przepraszam – powiedział ledwo słyszalnym, drżącym głosem mężczyzna.
                Wtedy zauważyłam o co chodzi. Trup, który siedział w bagażniku to był jego syn. Otworzyłam oczy ze zdziwienia i obserwowałam z przerażeniem grymas bólu na przegniłej już twarzy. Mpd w tym czasie leżąc powtarzał ciągle „umrę, umrę, umrę” co jeszcze bardziej napinało nerwy wszystkich tu stojących. Klaudia i staruszek stali i patrzyli w niemym szoku na całą sytuację.
                To jego syn musiał robić te dźwięki, które słyszałam w nocy. Widocznie wtedy oszukał nas i zamiast go zabić schował go w bagażniku. Biedny chłopak musiał tam umrzeć w ciemności i niewygodzie. Sytuacja robiła się coraz bardziej napięta. Pablord przyniósł bandaże i wodę i podał je Kiciusiowi, po czym odwrócił się i odbezpieczając broń wycelował w Henryka.
- Ty cholerny kłamco! Nie zabiłeś go! Teraz przez ciebie Mpd został ugryziony! Ty pieprzony samolubie! – krzyknął przykładając mu lufę broni do czoła.
Byłam nieco przerażona całą sytuacją, ale gniew, który zobaczyłam na twarzy zawsze spokojnego Pablord był dobiciem całej sytuacji. Nigdy nie widziałam go w takim stanie.
- Wybacz, ja naprawdę… przepraszam. Chciałem go tylko tam zawieźć… - mówił Henryk drżąc ze strachu.
- Umrę, umrę, ja umieram, umrę! – majaczył Mateusz, patrząc nieprzytomnie na ranę na ręcę.
- Czy możecie po prostu się zamknąć i mi pomóc!? – krzyknął Kiciuś – Musimy amputo…
                W tym momencie jego słowa przerwał krzyk Henryka. Zombie jego syna wyplątało się z naszych zapasów i wstało za nim. Ugryzło go prosto w szyję uwalniając fontannę krwi. Zęby syna rozszarpały szyję ojca i sprawiały, że mężczyzna osunął się na ziemię, łapiąc w miejsce, w które został ugryziony. Pablord nie czekał długo. Przeładował i wpakował dwie kulki, trafiając w mózgi i pozwalając tej dwójce odpocząć.
- Amputować mi co? Nie chcę, żebyście mi coś odcinali! Potrzebuje wszystkiego – majaczył wciąż Mpd.
- Zamknij się w końcu Mateusz – krzyknął Ernest – Przytrzymajcie go i wsadźcie mu coś w gębę. O tamten patyk może być niezły! – powiedział wskazując kawałek drewna leżący niedaleko. Czując, że coś złego dzieje się z moim żołądkiem odwróciłam oczy od dwóch ciał i pobiegłam po patyk. Wsadziłam go w usta Mpd, żeby nie odgryzł sobie przypadkiem języka i obserwowałam. Pablord usiadł na nim i przytrzymał mu lewa ręką, a w tym czasie Kiciuś zdjął pasek ze spodni i uścisnął mocno na ramieniu Mpd. Wtedy wyciągnął ze świstem maczetę z pochwy.
- Raz się żyję! – krzyknął tnąc. Mpd próbował się wyrwać, ale nie miał siły. Gdy ostrze przecięło bez problemu skórę i kości, a ręka została na trawie chłopak zemdlał z bólu.
- Podajcie jakiś ogień. Musimy przysmażyć kikut – krzyknął kierowca Zbłąkanego Ocalałego.
Klaudia szybko pobiegła i przyniosła zapalniczkę, a Pablord po chwili podpalając kawałek ubrania przysmalił kikut, z którego wciąż ciekła krew. Zapach palonego mięsa był okropny i poczułam jak jedzeni podchodzi mi do gardła. Całe szczęście po chwili zniknął wraz z powiewem wiatru. Mpd dalej był nieprzytomny, ale Kiciuś polał jego ranę wodą, a następnie obwiązał bandażem.
- Tyle mogę mu zrobić, na chwilę obecną – powiedział i wstał – Gdyby nie ten pieprzony oszust, to nic by się nie stało – dodał.
- Mpd potrzebuje odpoczynku, podrzućmy go na Czwarty Posterunek, błagam Kiciuś – poprosił Pablord.
- Masz rację. Wrócimy się, nie wiadomo co spotkamy po drodze, a Mateusz w takim stanie potrzebuje opieki. No trudno, nici z mojego harmonogramu, pakować się! – krzyknął Kiciuś po czym zamknął bagażnik i wsiadł do środka. Po chwili wszyscy siedzieli wewnątrz. Silnik zaryczał i zaczęliśmy się cofać.
                Co prawda zatrzymaliśmy się, żeby zjeść, ale teraz nikt nie miał apetytu. Ta cała sytuacja była bardzo nieprzyjemna i nie miałam ochoty nawet patrzeć na jedzenie. Droga powrotna była spokojna, chociaż Mateusz bełkotał coś, co jakiś czas. Miałam nadzieję, że nie odcięliśmy ręki za późno. Pablord dotykał jego głowy, żeby sprawdzić czy nie jest rozpalony i całe szczęście był tylko lekko ciepły.
                Późniejszym popołudniem dojechaliśmy w końcu do celu. Zobaczyłam ulicę, z obu stron przytulaną przez budynki. Najbardziej charakterystycznym był otoczony ogrodzeniem gmach administracyjny. Pablord wytłumaczył mi, że właśnie tutaj ma siedzibę Czwarty Posterunek. Pod ogrodzeniem leżało sporo trupów, więc widać było, że coś ostatnio się tu działo. Podjechaliśmy do bramy i poczekaliśmy, aż Pablord i Mpd wyjdą. Kiciuś kazał reszcie zostać w środku, nie było sensu, żeby wszyscy się tam pchali i siali niepotrzebny zamęt.
                Mateusz obudził się już i całkiem świadomy tego co się stało gadał ciągle o tym czego już nie będzie mógł robić. Pablord próbował go pocieszać, ale średnio mu to wychodziło bo wciąż był zdenerwowany incydentem z Henrykiem. Wszyscy byliśmy w kiepskich nastrojach, więc kiedy dwójka przyjaciół opuściła autobus reszta siedziała cicho. Patrzyłam przez szybę jak stoją przy ogrodzeniu i machają do osób, których nie widziałam, w budynku. Po chwili na podwórze wyszedł mężczyzna.
                Jego twarz pokrywał parodniowy zarost, wyglądał na jakieś trzydzieści parę lat , a w rękach dzierżył spory karabin. Sprawiał wrażenie zwykłego człowieka, ale sam fakt, że jeszcze żył musiał świadczyć o jego sile. Drzwi do autobusu były otwarte, więc słyszałam fragmenty rozmowy.
- Co się stało? – zapytał mężczyzna.
- Mieliśmy mały wypadek. Spieszymy się teraz do Torunia, ale Mateusz musi zostać u was. Został ugryziony, ale prawdopodobnie amputowaliśmy rękę na czas i powinno być wszystko ok – powiedział Pablord.
- Gdzie się tak spieszycie? Może zostaniesz tu z nami? – zaproponował mężczyzna.
- Nie mogę Szymon. Naprawdę. Mamy na pokładzie osobę z Królowego Mostu. To jest jakiś trop – powiedział Pablord.
- Ha! Dzisiaj rano wyjechały stąd cztery osoby z Królowego Mostu! – powiedział z dumą.
                Serce zabiło mi szybciej. Spojrzałam na Kiciusia i na jego twarzy też malowało się zaskoczenie.
- Kto taki? – zapytał Pablord.
- Natalia, ten duży facet z mieczem, siostra tej wojowniczej dziewczyny, o której opowiadał Ernest i jej człowiek. Pojechali do Torunia dzisiaj nad ranem – opowiedział.
                Szczęście jakie poczułam w tej chwili było niewyobrażalne. Oni wszyscy przeżyli i byli tu zaledwie parę godzin temu? Czy jest szansa na to, że spotkamy się niedługo w Toruniu? Byłam tak podekscytowana, że nie słyszałam dalszej części rozmowy. Podbiegłam po prostu do Kiciusia i przytuliłam się do niego.

- Udało im się – wyszeptał.

niedziela, 7 września 2014

Rozdział 20: Czwarty Posterunek

Rozdział 20, coraz bliżej końca, perspektywa Natalii. Czas na wprowadzanie was powoli w klimat Torunia, oraz na całkiem ciekawe połączenie perspektyw. Tak czy siak zapraszam do czytania i komentowania.

-------------------------------------------------------

Rozdział 20 (Natalia): Czwarty posterunek


                Wnętrze budynku było oświetlone. Ludzie z Czwartego Posterunku mieli własne generatory. Jeden z ludzi Szymona na szybko rozdzielił nam pokoje i kazał się wyspać. Mieliśmy jutro być przesłuchiwani, a następnie wypuszczeni, ale nie byłam pewna czy mogę ufać tym ludziom. Nie mając jednak wyboru i ciesząc się z normalnego łóżka jakie mi zaoferowali, skorzystałam. Zaprosiłam do siebie Młodą, bo wiedziałam jak ciężko jest jej przystosować się do nowego miejsca. Szczególnie, że sama się bałam, a co dopiero taka mała dziewczynka jak ona.
                Pokój, który nam przydzielono nie był wymyślnie wystrojony. Stały tu dwa łóżka, było okno wychodzące na to co dzieje się przed budynkiem, a pod ścianą stała szafa oraz stół. Gdy ułożyłam do snu Monikę, sama rzuciłam się na łóżko. Byłam straszliwie zmęczona, ale w mojej głowie pojawiało się mnóstwo myśli, które nie pozwalały mi zasnąć. Co zrobią z nami ci ludzie? Czemu nie pomogli nam wcześniej? Dzięki temu Yeti wciąż mógłby żyć. Czy dadzą nam odejść? Nie miałam pojęcia i bałam się, że jutrzejszy dzień może być bardzo ciężki, ale mimo to przewróciłam się na bok i poszłam spać.
                Rankiem obudziło mnie pukanie do drzwi. Przetarłam zaspane oczy i spojrzałam na Młodą, która z przerażeniem obserwowała mnie i drzwi. Przeciągnęłam się i podeszłam do nich otwierając je. Stał w nich Szymon.
- Wyspałyście się drogie panie? – zapytał.
- Powiedzmy – odpowiedziałam, dalej nieco zaspana.
- Prosiłbym was o pójście za mną. Zaraz będzie śniadanie w stołówce, a potem chciałbym widzieć całą waszą grupę przy mnie.
- Jesteśmy waszymi więźniami? – zapytałam.
- Powiedzmy, że przymusowymi gośćmi, przynajmniej do czasu rozmowy – odpowiedział uśmiechając się. Nie był przystojnym mężczyzną, ale miał w sobie to coś, co sprawiało, że dało mu się zaufać.
- Niech tak będzie – odwróciłam się i spojrzałam na Młodą – choć kochanie, na pewno jesteś tak samo głodna jak ja.
                Widziałem, że dziewczynka jest wystraszona, ale mimo tego wstała i poszła za nami. Minęliśmy parę korytarzy, które w większości wyglądały tak samo i spotykaliśmy coraz to nowszych ludzi. Każdy witał Szymona i nas skinięciem głowy. Gdy dotarliśmy do stołówki z ulgą zobaczyłam moich przyjaciół przy jednym stole. Szymon zachęcająco machnął ręką, żebyśmy do nich dołączyli, a następnie sam ruszył naprzód, żeby zasiąść przy swoich ludziach. Pierwsze wrażenie robił dobre, ale i tak nie podobały mi się jego wcześniejsze słowa. Usiadłam przy reszcie wraz z Młodą.
- Wszyscy cali? – zapytałam.
- Tak – odpowiedzieli. Byłam głodna więc szybko wzięłam się do jedzenia, przy okazji dyskutując.
- Jak myślicie, czego będą od nas chcieli? –zapytał Najstarszy.
- Nie mam pojęcia, ale coś czuje, że nie jesteśmy, aż tak głęboko w dupie. To część Toruńskiej Ostoi Ocalałych, więc jeżeli ktoś z waszych znajomych – to mówiąc Łysy zwrócił się bezpośrednio do mnie, Giganta oraz Najstarszego – tu jest, to powinniśmy się z tego wywinąć.
- A co jeśli nie ma tu nikogo? – zapytałam.
- Wtedy mamy przesrane – odpowiedział Łysy.
- Nie przesadzajcie, gdybyśmy mieli nie żyć, to prawdopodobnie rozstrzelali by nas dzisiaj w nocy, gdy szatkowali trupy za ogrodzeniem. Muszą mieć jakiś cel, dla którego utrzymują nas przy życiu – powiedział Egzorcysta popijając kompot podany do śniadania – naszym zadaniem teraz jest granie potrzebnych, bo inaczej mogą się nas pozbyć.
- Chodźmy pogadać z tym całym Szymonem – zaproponował Gigant – czas nas goni, a musimy jeszcze naprawić auto.
                Wszyscy zgodzili się z tym pomysłem i  gdy tylko dojedli swoje porcje, wstaliśmy i ruszyliśmy w stronę stołu, przy którym jadł Szymon. Widzieliśmy, że on również kończy już swoją porcję i widząc nas wstaje.
- Jesteście gotowi na rozmowę? – zapytał.
- Prowadź – odpowiedziałam.
Ruszyliśmy w dziewiątkę, w stronę drzwi po drugiej stronie i przechodząc je znaleźliśmy się w dużej Sali, która miała schody po obu stronach i była całkiem nieźle wystrojona. Zobaczyłam po prawej stronie drzwi z napisem „Zbrojownia”, oraz tuż obok takie same z napisem „Spiżarnia”. Nie poszliśmy jednak do żadnego z tych dwóch pomieszczeń. Zamiast tego skierowaliśmy się schodami po prawo, na górę.
                Znajdowaliśmy się na małym korytarzu, na którym były trzy pokoje, oddzielone od nas drzwiami. Szymon zaprowadził nas do tego po prawej i znaleźliśmy się w ładnie wystrojonym biurze. Szafki i regały idealnie pasowały do biurka i ogromnego fotela stojącego po drugiej stronie. Szymon usiadł właśnie tam i spojrzał na nas.
- Poprosiłbym was teraz o opowiedzenie mi gdzie był wasz obóz i jak przetrwaliście tak długo – powiedział.
Spojrzeliśmy po sobie. W sumie były tutaj osoby, które przetrwały to w różnych miejscach.
                Opowieść zaczął Józef, który streścił szybko to co mówił wcześniej nam. Jego historia była już nam znana. Następnie zaczęła kobieta, którą znaleźliśmy wtedy w lesie. Opowiedziała, że trzymała się z dwójką znajomych i pochodzi z Augustowa. Opowiedziała co nie co o tym jak przeżyła tak długi czas, aż do znalezienia nas. Łysy i Medyk opowiedzieli o swojej jednostce, która upadła i wysłała ich z zapasami do innego oddziału, który również został wybity. W ten sposób zaczęli jeździć po całym kraju i rozdawać swoje zapasy potrzebującym. Ja starałam się opowiedzieć historię całej naszej grupy. Nie chciałam zdradzać zbyt wiele, bo w końcu dlaczego miałabym to robić przed całkowicie nieznajomym mi człowiekiem, ale mimo to opowiadałam. O Królowym Moście, o ludziach, którzy tam byli i o podróży, w której byliśmy od prawie dwóch tygodni.
                Gdy skończyłam Szymon patrzył na mnie z otwartymi oczami.
- Jesteś z Królowego Mostu? – zapytał.
- Tak – odpowiedziałam krótko, odrobinę zmieszana jego reakcją.
- Kto z was jeszcze tam był?
Gigant, Młoda i Najstarszy podnieśli ręce. Szymon otworzył jedną z szuflad w biurku i wyciągnął listę. Zaczął czegoś na niej szukać. Jego reakcja była bardzo dziwna i zaczęła mnie odrobine denerwować, więc spytałam.
- Czy to coś zmienia?
- Oczywiście, że tak! ­– odpowiedział – Szukamy osób z Królowego Mostu na polecenie Dziary. Jest szefem Czerwonych Flar, jest to specjalna grupa z Torunia, która zajmuje się różnymi, ciężkimi zadaniami. Ostatnio dotarła do nas jedna osoba z Królowego Mostu i od tamtego czasu szukamy wszystkich, których ta osoba wymieniła – wytłumaczył.
                Serce zabiło mi szybciej. Ktoś z Królowego Mostu przeżył i był niedaleko? O kogo mogło chodzić?
- O kim mówisz? – wtrącił się do rozmowy Gigant.
- O Erneście, którego możecie znać pod ksywką Kiciuś – powiedział Szymon.
Zakręciło mi się w głowie. Erni był jednym z tych, którzy pojechali wtedy z Bobrem. On mógł coś wiedzieć. Sama wiadomość, że żyje napełniła mnie radością.
- Gdzie… gdzie on teraz jest? – zapytałam.
- Prawdopodobnie w tym momencie wraca do Torunia. Szuka was jeżdżąc autobusem – Zbłąkanym Ocalałym – powiedział Szymon.
                Zbłąkany Ocalały słyszałam już ta nazwę wcześniej. Ta kobieta z dziećmi, którą spotkaliśmy jakiś czas temu. Ona mówiła właśnie o Zbłąkanym Ocalałym. Wszystko zaczęło się układać, czułam szczęście, ale wciąż niedowierzałam w to co usłyszałam. Czy to oznacza, że więcej osób mogło przeżyć ten cały rozłam?
- Czy on przyjedzie tutaj? Gdzie możemy go spotkać? – zapytałam.
- Pojedziecie jutro do Torunia. Pozwoliłbym wam na to dzisiaj, ale niestety przez autostradę na zachodzie przechodzi akurat stado zombie. Jutro powinno już tam być spokojnie. Dzisiaj musicie jeszcze naprawić auto i możecie jechać – powiedział uśmiechając się.
- Dziękujemy – odpowiedział Łysy i zaczęliśmy odwracać się do wyjścia. Nadzieja jaka pojawiła się w moim sercu była ciężka do porównania z czymkolwiek innym. Wierzyłam w to, że spotkam Kiciusia i dzięki niemu znajdziemy kogoś jeszcze, kto przeżył to piekło. Wiadomość o tym, że on żyje była po prostu cudem. Nie widziałam go już od ponad dwóch tygodni. Jak to możliwe, że udało mu się dostać tutaj samemu? Co się stało z Cinkiem i Bobrem? Nie wiedziałam, ale miałam nadzieję, że uda mi się dowiedzieć.
                Gdy chcieliśmy nacisnąć na klamkę, żeby wyjść drzwi otworzyły się i  stanął w nich długowłosy chłopak. Był wysoki, dobrze zbudowany i miał zarośniętą twarz. Jego oczy miały w sobie coś strasznego, chociaż nie były różnokolorowe jak te Łysego. Spojrzał na nas na chwilę po czym przepychając się podszedł do Szymona.
- Jadę na zwiad – rzucił krótko.
- Nie musisz mnie o tym informować – odpowiedział Szymon – Jesteś Czerwoną Flara Filipie, to twoja decyzja.
- Wolę jednak Ci powiedzieć, że jadę w stronę Raciąża, lepiej żebyś to wiedział prawda? – zapytał lekko zbity z tropu.
- Spokojnie, weź paru moich ludzi i jedźcie – to mówiąc odwrócił się do nas – Wy też już idźcie, czas nas goni, a do jutra musicie naprawić samochód.
                Opuściliśmy gabinet Szymona i wróciliśmy do swoich pokoi, żeby przygotować się do wyjścia za ogrodzenie. Około pół godziny później zebraliśmy się przy wyjściu, dokładnie tam gdzie paręnaście godzin temu zostaliśmy znalezieni przez Szymona i jego ludzi. Cała nasza ósemka chciała być przy naprawie samochodu. Trzech ludzi Szymona zapewniło, że będzie nas osłaniało, w razie gdyby znowu pojawiło się dużo zombie.
                Po wyjściu za ogrodzenie zauważyliśmy jak Filip, którego wcześniej widzieliśmy, odjeżdża na wschód razem z dwoma innymi ludźmi. Nie skupiając się jednak na tym zbyt bardzo postanowiliśmy jak najszybciej dotrzeć do auta, które wciąż stało na swoim miejscu. Pod ogrodzeniem leżało teraz bardzo dużo trupów, więc mieliśmy niemałe problemy z wyjściem, ale w końcu sforsowaliśmy kupę ciał i czym prędzej przemierzyliśmy ulicę do miejsca, w którym stał nasz pojazd.
                Ulica była raczej czysta, szwendały się tu teraz niedobitki wczorajszej rzeźni, ale mimo tego chcieliśmy to załatwić jak najszybciej. Łysy otworzył klapę pojazdu i zaczął sprawdzać co mogło się zepsuć. W tym czasie Gigant, Najstarszy i kobieta, która kazała się nam nazywać Ulą, sprawdzali czy nic nie idzie ze wschodniej uliczki, a cała reszta stała po zachodniej stronie. Gigant wykorzystując chwilę podszedł pod ogrodzenie i z radością zauważył, że jego miecz dalej tam leży. Wyciągnął ostrze z niemałym trudem i przypiął je na swoje miejsce.
                Łysy szybko się domyślił, co sprawiło awarię i zaczął naprawę. Spieszyliśmy się, ponieważ wiedzieliśmy, że jutro musimy być znowu w drodze, a przydałoby się odpocząć jak najbardziej. Standardy życia na Czwartym Posterunku były wysokie i mogliśmy tutaj w końcu zaznać trochę wygody. Po chwili grzebania w masce pojazdu Łysy podszedł do stacyjki i przekręcił kluczyki. Auto wydało dziwny dźwięk, ale nie odpaliło. Łysy wrócił do maski i klnąc cicho pod nosem, zaczął dalej się grzebać w środku auta. Dopiero teraz zauważyłam, że nie było tu już w ogóle śniegu, albo zostały jego nędzne resztki. Cieszył mnie ten fakt, bo była to oznaka tego, że powoli, ale jednak, nadchodzi wiosna.
                Nagle usłyszałam krzyk Giganta, która zwiastował nadchodzące niebezpieczeństwo. Rzeczywiście hałasy, które robiliśmy podczas naprawy, musiały być słyszalne z daleka, ponieważ na ulicę zaczęły wypełzać zombie. Były to zapewne niedobitki z wczorajszego wieczora, ale mimo tego liczebnością przewyższały naszą ósemkę. Postanowiłam podejść razem z reszta i pomóc Karolowi, Uli oraz Najstarszemu i zaczęliśmy zabijać żywe trupy.
                Szło nam całkiem składnie, nie ryzykowaliśmy podchodzenia zbyt blisko i staraliśmy się po prostu strzelać. Mieliśmy wciąż bardzo dużo amunicji więc nie baliśmy się tego, że w pewnym momencie będziemy zmuszeni do walki wręcz. Dlatego też ulica rozbrzmiała od pojedynczych strzałów i dźwięku upadających na asfalt ciał. Z każdym strzałem było ich coraz mniej. Udało nam się oczyścić ulicę. Wszyscy przeładowali i załadowali na nowo magazynki na wypadek kolejnego ataku.
                Łysy z radością krzyknął, kiedy auto w końcu odpaliło. Przejechał kawałek i zaparkował pod ogrodzeniem, żebyśmy mieli bliżej w razie konieczności jutrzejszego wyjazdu. Zadowoleni z siebie ruszyliśmy z powrotem do środka. Trafiliśmy akurat na obiad, więc zmęczeni i głodni z radością zaczęliśmy jeść. Co prawda tęskniłam za całą ekipa z Królowego Mostu i cieszyłam się jak dziecko z tego, że niedługo spotkam Kiciusia, a także będę miała szansę spotkania kogoś jeszcze, ale musiałam przyznać sama sobie, że polubiłam ludzi, z którymi podróżowałam.
                Każdy z nich był kimś wyjątkowym. Cieszyłam się, że spotkałam ich i dotarłam z nimi właśnie tutaj, tak blisko celu. Po zjedzeniu obiadu rozeszliśmy się trochę. Gigant oraz Łysy poszli powiedzieć Szymonowi o udanej naprawie auta, a reszta poszła odpocząć. Zajęłam się Młodą i porozmawiałyśmy trochę i pospędzałyśmy czas razem. W sumie czułam teraz jakbyśmy znały się od zawsze, coś jak siostry. Nie zapominał oczywiście o Łapie, która była jej prawdziwą siostrą. Młoda była do niej bardzo podobna, ale z charakteru były dwiema różnymi osobami. Przynajmniej na razie. Chociaż było to mało prawdopodobne, to czułam, że Łapa dalej gdzieś tam jest i przeżyła cały ten koszmar. Może jeszcze kiedyś ją spotkam?
                Pod wieczór poszliśmy wszyscy na kolację i w dobrych humorach omawialiśmy jutrzejsze plany. Mieliśmy wyjechać w miarę wcześniej i popołudniu dojechać do Torunia. Została nam ostatnia prosta i nikt nie wierzył, że w końcu po tak długiej podróży pełnej bólu, strachu i cierpienia uda nam się znaleźć bezpieczne miejsce. Podczas jedzenia dosiadł się do nas na chwilę Szymon i porozmawiał z nami o tym jak mamy się zachować w samej Ostoi.
- Pamiętajcie postarajcie się wjechać na Stare Miasto północnym lub wschodnim wejściem. Powołajcie się na mnie i szukajcie Dziary. On zapewni wam bezpieczeństwo i powie co i jak – wytłumaczył popijając kawę.
- Dziękujemy ci za wszystko – powiedział Medyk.
- Nie ma problemu. Próbujemy odbudować cywilizacje, więc czuje się dumny mogąc być częścią tego projektu – odpowiedział po czym pożegnał się z nami i ruszył do swojego gabinetu.
                Wszyscy byli podnieceni jutrzejszym dniem, ale wiedzieli, że muszą iść spać, żeby mieć siły na jutrzejsza drogę. Było już po północy, a mieliśmy wstać nad ranem, więc żegnając się z resztą poszłam z Młodą do naszego pokoju. Zasnęłyśmy prawie natychmiast i gdy obudziłam się poczułam się dziwnie. Czy naprawdę za parę godzin będziemy częścią Toruńskiej Ostoi Ocalałych? Brzmiało to naprawdę pięknie. Zeszłyśmy na śniadanie. Z naszej grupy nie było jeszcze tylko Najstarszego i Uli, ale wiedzieliśmy, że zaraz dojdą. Szymon też był w stołówce jedząc śniadanie. Przywitał nas skinieniem głowy.
                Jedliśmy w spokoju i po chwili zeszli do nas Najstarszy i Ula. Rozmawialiśmy i ustalaliśmy ostatnie elementy planu, kiedy drzwi otworzyły się na oścież. Wszyscy spojrzeli w stronę wejścia, gdzie działo się coś dziwnego.  Filip, którego poznaliśmy wczoraj, wraz z dwójką towarzyszy, których widzieliśmy gdy naprawialiśmy auto, prowadzili związanego mężczyznę. Był to rosły facet, na pewno sporo starszy ode mnie. Gdy przechodził obok nas ze zgrozą stwierdziłam, że ma tylko jedno oko.
                Szymon szybko podszedł do Filipa i syknął.
- Na cholerę siejesz panikę?
Nie uzyskał jednak odpowiedzi. Poszli wraz z więźniem w stronę gabinetu i zniknęli. Cała sala była cicho, ale ludzie w końcu zaczęli znowu rozmawiać ze sobą i po chwili atmosfera wróciła do normy.
- Jak myślicie, kto to był? – zapytał Gigant.
- Na pewno ktoś niebezpieczny, inaczej nie ciągnęli by go skłutego, w końcu my chodzimy normalnie – stwierdził Egzorcysta.
- Tak czy siak powinniśmy się powoli zbierać – powiedział Łysy – pakujcie się i za piętnaście minut widzimy się przed wejściem. Póki co chodź ze mną Natalio, pożegnamy się z gospodarzem – zaproponował Łysy.
                Zgodziłam się. W końcu Szymon przyjął nas ciepło, jak na grupę nieznajomych, więc wypadało mu za to podziękować. Pożegnaliśmy się z resztą i wraz z Łysym skierowaliśmy nasze kroki w stronę gabinetu Szymona. Zapukaliśmy i po tym jak usłyszeliśmy „wejść” otworzyliśmy drzwi. W środku był teraz Filip, tajemniczy mężczyzna oraz Szymon.
- Chcieliśmy się pożegnać – zaczął Łysy – i podziękować za gościnę. Wyjeżdżamy do Torunia.
- Nie ma sprawy – odpowiedział Szymon – ale ja będę miał do was jeszcze jedną prośbę.
To nas odrobinę zdziwiło. Poczekaliśmy jednak na wytłumaczenie.
- Mianowicie chodzi o to, że weźmiecie ze sobą tego mężczyznę. Musimy go zawieźć do Torunia, podobno wie coś ważnego o osobach, których szukamy. Jesteście w stanie to zrobić?
Spojrzeliśmy na siebie z Łysym. Popatrzyłam również na mężczyznę, który spoglądał na mnie jednym okiem.

- Nie ma problemu – odpowiedziałam.

wtorek, 2 września 2014

Rozdział 19: Nieodpowiedni moment

Rozdział 19, jeden z ostatnich w tym tomie z mojej perspektywy. Tutaj akcja powoli zaczyna się zazębiać i każdy rozdział z perspektywy Miczi i Natalii będzie niejako powiązany z każdym innym. Co za tym idzie zbliżamy się coraz bardziej do końca. Nie będzie to jednak takie łatwe. Mam teraz przed sobą bardzo ciężkie logiczne rozkminy, żeby wszystko miało ręce i nogi. Na Tom Trzeci (bo taki zamierzam napisać) będziecie musieli trochę poczekać, szkoła i nadchodząca matura skutecznie mnie spowolnią, ale postaram się jak najbardziej zniwelować przerwę czasową pomiędzy tomem drugim, a trzecim. Tak więc zapraszam do komentowania oraz rozsyłania bloga znajomym :)

------------------------------------------------------

Rozdział 19 (Bobru): Nieodpowiedni moment


                Podróż stawała się coraz bardziej męcząca. Chociaż wewnątrz Potwora było sporo miejsca, to ludzi też było coraz więcej, co stawało się powoli uciążliwe. Oprócz problemów fizycznych borykałem się też z wieloma rozterkami psychicznymi. Widmo tego, że Natalia żyje i raptem parę dni temu byłem paręnaście kilometrów od niej wisiało nade mną i sprawiało, że nie mogłem się nad niczym skoncentrować i cały dzień spędziłem zatopiony w myślach. Była to w sumie ciekawa odskocznia od rzeczywistości i miałem okazję pozwolić sobie na wyłączenie się totalne ze świata bo dzień był wyjątkowo spokojny. Zwiedziliśmy okolicę Ciechanowa, gdzie znajdowała się fabryka, która przeszukaliśmy. Znaleźliśmy tam trochę jedzenia i parę innych, przydatnych rzeczy.
                Pod wieczór Sołtys poprosił mnie na bok. Wstałem ciężko z łóżka, jakby dopiero co budząc się ze snu. Cinek siedział w kącie i rozmawiał o czymś z Magdą, Łapa złapała ze mną chwilowy kontakt wzrokowy po czym zamknęła oczy, a Łowca i Jakub siedzieli z przodu i dyskutowali o czymś żywo. Jakub i Magda zdawali się pasować do zespołu, chociaż oboje mieli jeszcze sporo do zrobienia, żeby zdobyć pełnie naszego zaufania. Starzec coś ukrywał i czułem to, ale póki co zdążył już uratować mi życie, oraz przedstawił parę informacji, które sprawiły, że znowu wierzyłem w spotkanie z przyjaciółmi.
– Wszystko w porządku? – zapytał Sołtys, jak zwykle miłym, ale stanowczym tonem. Był teraz zupełnie inny z wyglądu niż za czasów, kiedy go poznałem, ale wciąż nie zmienił się jeżeli chodzi o charakter.
– Tak… po prostu muszę sobie wszystko poukładać w głowie –  odpowiedziałem cicho.
– Chodzi o Natalię prawda? Rozumiem cię, ale pamiętaj, że nic nie zmienimy zawracając i jej szukając, a jadąc do Torunia jest szansa, że tam będzie. Zresztą jeżeli są tam twoi znajomi, to można zacząć poszukiwa…
– Rozumiem. Nie mówmy o tym proszę – stwierdziłem tonem, który kończył temat.
– Wybacz. Musimy jednak załatwić sprawę z Magdą. Standardowy zestaw pytań pomoże nam ją poznać, pytanie tylko, kiedy to zrobimy? – zastanawiał się przejeżdżając palcami po siwej brodzie.
– Na kolejnym postoju, gdzieś na uboczu. Jeżeli ona też będzie miała jakieś informacje to nie chcę, żeby ktoś jeszcze to usłyszał – Sołtys kwitował to dziwnym spojrzeniem – Nie chcę, żeby ktoś stał się takim wrakiem jak ja.
                Tymi słowami uciąłem rozmowę i odszedłem. Nie miałem humoru na kolejne przesłuchanie, ale wiedziałem, że trzeba bliżej poznać nową część drużyny. Położyłem się ponownie na łóżku i nie czekając na kolację zasnąłem. Obudziłem się parę godzin później, praktycznie każdy już spał, Potwór stał, ale ja potrzebowałem świeżego powietrza. Starając się nie nadepnąć na śpiącego w przejściu Cinka otworzyłem, najciszej jak potrafiłem, drzwi i zauważyłem, że nasz pojazd jest zaparkowany na piaskowej ścieżce, niedaleko małej wioseczki. Musieliśmy być w drodze do Raciąża.
                Zeskoczyłem miękko na ziemię. Cieszyłem się, że śnieg topniał bardzo szybko, ale wiedziałem, że będzie się to wiązało z błotem, kałużami i wszystkim innymi urokami podmokłych terenów. Nie przeszkadzało mi to jednak. W końcu nie musieliśmy używać kurtek, wystarczyły tylko grube bluzy lub swetry. Miałem zamiar przejść się kawałek i trochę odsapnąć. Wiedziałem, że wiąże się to z ryzykiem bo nie wiedziałem czy ktoś był w okolicy i jak dużo zombie się tu znajdowało. Rozejrzałem się. Dużym minusem braku śniegu było to, że noce stały się naprawdę ciemne. Światło księżyca nie odbijało się od śniegu i wiedziałem, że mogłem się teraz łatwo zgubić. Tak czy siak wybrałem ścieżkę prowadzącą na pola, wolałem nie ryzykować spaceru pomiędzy opustoszałymi domkami.
                Nagle usłyszałem trzask. Ktoś szedł w moją stronę z pobliskiego zagajnika. Odruchowo sięgnąłem po broń i pomimo zahartowania w tych czasach, odetchnąłem próbując się uspokoić. Wymierzyłem w stronę skąd dochodziły dźwięki i obserwowałem postać, która wyszła zapinając rozporek. Gdy mnie zauważyła podniosła ręce, ale ja już wiedziałem kto to jest.
– Boże, ale mnie wystraszyłeś! – powiedziałem chowając broń.
– Chłopie mało sobie nie przyciąłem tego i owego rozporkiem! Gdzie się wybierasz? – zapytał Łowca, który widocznie się zmieszał.
– Chciałem się przejść… – zacząłem.
– Też masz problemy z pęcherzem? Cholerstwo męczy mnie od wczoraj i sikam co chwilę, ledwo wytrzymuje te długie jazdy.
– Nie. To zdecydowanie co innego – powiedziałem spokojnie.
– Rozmyślasz o swojej dziewczynie? Wiesz możesz mi trochę poopowiadać, nie będę ci prawił mądrości życiowych jak Sołtys, a może akurat coś doradzę – stwierdził podchodząc do mnie i poklepując po plecach – A więc? – spytał poważnie.
                W sumie rozmowa z nim nie mogła być złym pomysłem, Łowca był osobą, która miała ciekawe podejście do życia. Warto było z nim zamówić parę słów. Kiwnąłem głową i wskazałem ręką kierunek, w którym chciałem się udać. Przez pierwsze paręnaście sekund szliśmy w milczeniu, aż w końcu Łowca odchrząknął.
– Właściwie to czego się obawiasz? Przecież masz szanse znaleźć i znowu być z kimś kogo bardzo lubisz. To chyba dobrze, prawda?
Zanim się poznaliśmy w Supraślu to mieliśmy własny, dobrze działający obóz, słyszałeś o tym, tak? – zapytałem.
– Jasne. Sołtys mi opowiadał o tym wystarczająco, żeby zanudzić mnie na śmierć.
– Przez pewien czas żyłem tam spokojnie ze swoimi ludźmi, gdy pojawiła się Łapa. Wtedy sporo się zmieniło – powiedziałem po cichu wzdychając – Byłem z Natalią, ale nocami myślałem o niej i w końcu nie wytrzymałem. Wziąłem Kiciusia i Cinka ze sobą i pojechaliśmy na długą wyprawę, to była swoista ucieczka od rzeczywistości.
– Teraz jest to samo? Którą byś wybrał? – zapytał Łowca.
– Nie wiem… – wyszeptałem.
– A ta Natalia… myślisz, że jeżeli żyje i ciebie spotka to jak zareaguje? – zapytał.
                Tego nie wiedziałem i tego się bałem. Co jeżeli porzucę Łapę, a Natalia okaże się być zupełnie inną osobą? Miałem ochotę roześmiać się na głos, bo sytuacja zaczęła przypominać jakąś tanią telenowelę, ale mój problem był realny.
– Sam nie wiem. Nie mam pojęcia co robić, czeka nas jeszcze trochę kilometrów, a ja jestem wrakiem człowieka. Nie potrafię się na niczym skupić… Napiłbym się – stwierdziłem szczerze, żałując, że nie mam mocnego alkoholu pod ręką.
– A tutaj akurat mogę ci pomóc – powiedział zatrzymując się i sięgając do wewnętrznej kieszeni swojej kamizelki. Wyciągnął nieduża piersiówkę i podał mi. Była przynajmniej w połowie pełna.
– Popijasz jadąc? – zapytałem z rozbawieniem.
– Czasami pociągnę łyczka. Mam nadzieję, że rozumiesz – powiedział z lekkim zakłopotaniem.
– Oczywiście – odpowiedziałem pociągając łyk. Alkohol był dobry, nie za mocny, ocieplając przyjemnie wnętrze – Wracając do rozmowy, wydaję mi się, że sporo dziwnych rzeczy może czekać nas w Toruniu. Musimy się pilnować. Jeżeli okaże się, że nie ma tam moich przyjaciół, a atmosfera będzie kiepska to nie zabawimy tam dłużej. Może pojedziemy potem na brzeg? – podałem mu piersiówkę – Co myślisz?
– W sumie żarcie moglibyśmy sami sobie łowić, zbudować system oczyszczania wody, całkiem ciekawa opcja młody. Ale chciałbym wrócić jeszcze do tematu Łapy. Co tak właściwie cię do niej ciągnie? – zapytał szczerze, pociągając spory łyk  - Ma ładną buzię, ale z charakteru to takich tylko unikać.
                To było kolejne trudne pytanie. Co widziałem w Łapie? Była dzika i nieobliczalna i właśnie to sprawiało, że po moich plecach przechodził dreszczyk emocji, za każdym razem jak mnie dotykała.
- Sam nie wiem. Jest po prostu taka… wyjątkowa i pasująca do tego świata. I tak mój dylemat zatacza błędne koło przez co nie potrafię się na niczym skupić. Jak mam decydować o waszych życiach, skoro nie potrafię ogarnąć swojego? – zapytałem, chociaż wiedziałem, że to pytanie retoryczne.
Łowca skwitował to milczeniem. Trochę mi ulżyło po rozmowie z nim, ale dalej miałem mętlik w głowie. Musieliśmy jednak wracać, żeby nie zasiać paniki w Potworze. W końcu jakby ktoś się teraz obudził i zobaczył, że nie ma ani mnie ani Łowcy, to mogłoby być nieciekawie. Pociągnąłem ostatni łyk i wzdychając ciężko zawróciłem razem z towarzyszem.
                Po powrocie do Potwora obaj poszliśmy od razu spać. Gdy obudziłem się rano pojazd jeszcze stał, więc była to świetna okazja na to, żeby przeprowadzić rozmowę z Magdą. Sołtys zaprosił naszą dwójkę na ubocze i znajdując całkiem wygodny, powalony konar usiadł i spojrzał jej w oczy. Zająłem miejsce tuż obok niego. Byłem nieco zaspany i głowa mnie bolała, ale mimo tego starałem się nie dać po sobie tego poznać. Wczorajsza wycieczka wraz z Łowcą spodobała mi się na tyle, że byłem w stanie zaproponować mu to również dzisiaj.
- Nazywasz się Magda, prawda? – zapytał Sołtys, zaczynając nasze małe przesłuchanie.
- Tak – odpowiedziała dziewczyna patrząc nam prosto w oczy.
- Czy chcesz z nami jechać? – zapytałem.
- Tak – odpowiadała jakby bez namysłu, widocznie musiała sobie już to przeanalizować wcześniej.
- Ile zombie zabiłaś od wybuchu apokalipsy? – zapytał Sołtys ciągle bacznie obserwując Magdę.
- Sporo. Na pewno miałabym problemy z policzeniem ich wszystkich. Zresztą teraz chyba nie ma ludzi, którzy nie zabili przynajmniej jednego trupa. W końcu tacy ludzie są trupami – stwierdziła odrobinę przemądrzałym tonem.
- Prawda – odpowiedziałem. Podobał mi się jej tok rozumowania.
- Czy umiesz strzelać z jakichś innych broni niż łuk? – zapytał Sołtys spoglądając kątem oka na drewniany przedmiot zawieszony na jej plecach.
- Właściwie to niezbyt, ale za to z łukiem to radzę sobie świetnie. Mogę zresztą zaprezentować, wiem, że pewnie brzmię jak jakaś oszalała nerdka, ale trenowałam to przez jakiś czas zawodowo – powiedziała szczerząc zęby w uśmiechu.
- W sumie czemu nie – powiedziałem również się uśmiechając. To nie był do końca szczery uśmiech, ale starałem się.
                Dziewczyna wskazała drzewo oddalone od nas o jakieś trzydzieści metrów. Stał niedaleko niego Łowca, który właśnie sikał. Strzała pojawiła się w jej rękach jakby znikąd. Nałożyła ją i mierząc około sekundę wystrzeliła. Pocisk leciał po czym usłyszeliśmy głośny dźwięk oznajmujący, że dotarła do celu oraz przerażony krzyk Łowcy, który zaczął kląć na tyle głośno, że słychać go było nawet stąd. Roześmiałem się i zacząłem klaskać.
- Imponujące, naprawdę dobry strzał – powiedziałem.
- Dzięki. Czy to koniec tego przesłuchania? – zapytała zawieszając łuk z powrotem na plecy.
- Nie, mam jeszcze jedno pytanie – wtrącił Sołtys – Ilu ludzi zabiłaś?
                Magda spojrzała najpierw na niego, potem na mnie, a następnie na Łowcę, który burcząc coś pod nosem przyniósł strzałę i podał ją jej, po czym odpowiedziała.
- Żadnego.
To mnie zdziwiło. Musiała mieć dobrą grupę, skoro nie musiała nikogo zabijać. Nie było to zbyt wielkie ułatwienie, bo nadejdzie w końcu dzień, w którym życie kogoś z nas będzie zależało od tego czy ta dziewczyna strzeli, ale był to też pewien plus. Nie była jeszcze do końca zepsuta.
- Rozumiem – odpowiedziałem krótko.
- Mogę z wami jechać? – zapytała nieco zmieszana.
- Oczywiście. O ile twoje odpowiedzi były szczere to wiemy o tobie to, co chcieliśmy wiedzieć.
                Dziewczyna uśmiechnęła się i dziękując ruszyła pewnym krokiem w stronę Potwora.
- Co o niej myślisz? – zapytałem Sołtysa wstając.
- Ciężko powiedzieć, wydaję się być w porządku, ale nie można ufać nikomu. Obserwujmy ją, tak samo jak Jakuba. Nie zabiła nas w nocy, więc może nie jest tak źle – odpowiedział również wstając i kierując się w stronę Potwora.
                Niecałe dziesięć minut później ruszyliśmy. Do południa trzymaliśmy się poboczy i polnych dróżek, które w końcu stały się przejezdne. Cały świat zdawał się rozpływać. Pozostały śnieg znikał bardzo szybko sprawiając, że w końcu zaczynało się robić normalnie. Przypominały mi się czasy, kiedy to wszystko się zaczęło. Gdy biegłem przerażony wzdłuż swojego bloku i trafiłem na pierwszego trupa. Później te wszystkie próby dotarcia do Królowego Mostu. Wydawało się to być odległe jakby miało miejsce parę lat temu, a nie niecałe cztery miesiące.
                Popołudniu zrobiliśmy kolejny postój niedaleko miasteczka Raciąż. Każdy chciał pokorzystać z ładnej pogody i świeżego powietrza. Na polance, na której się zatrzymaliśmy stał jeden domek. Chodziło tu parę zombie, więc musieliśmy je zabić, żeby nie sprowadzać na siebie ryzyka zajścia od tyłu i ugryzienia. Poszedłem walczyć u boku Cinka i Magdy. Ten pierwszy zaszarżował na zombie i dwoma pewnymi ciosami najpierw powalił, a następnie dobił. Magda przeszyła jednego łukiem, strzelając prosto w głowę i tym samym dobijając. Ja podszedłem do kolejnego z trupów, z nożem, i wbiłem w gardło parokrotnie, żeby dotrzeć do mózgu.
                Usłyszałem krzyk i zobaczyłem, że jeden z zombie powala Cinka. Już chciałem do niego biec, kiedy usłyszałem świst i strzała z łuku Magdy uratowała Cinka przed śmiercią. Odwracając się ponownie do reszty trupów, zabiłem dwa kolejne szybkimi pchnięciami w skroń lub gardło. Gdy polanka była stosunkowo czysta, wszyscy usiedli i odpoczywając leżeli lub siedzieli. Ja usiadłem na uboczu, starając się nie wracać do myśli, które mnie męczył ,kiedy pojawiła się przy mnie Łapa. Usiadła jakby nigdy nic i pocałowała mnie w usta. Jak zwykle przeszedł mnie ten dreszczyk podniecenia, ale starałem się nie dać po sobie tego poznać.
- Wszystko w porządku? – zapytała, siadając ze skrzyżowanymi nogami naprzeciwko mnie.
- Bywało lepiej… a jak z Tobą? Myślisz, że Jakub mówił o twojej siostrze? – zapytałem.
- Nie mam pojęcia… ale jeżeli tak muszę ją odnaleźć Bobru. Od razu jak dojedziemy do Torunia i jej tam nie będzie… będę musiała zorganizować sobie transport i zapasy i pojechać jej szukać w okolicach tego gospodarstwa. Zbiorę może parę osób i wszystko powinno się udać – wyrzuciła z siebie.
- Pomogę ci jeżeli będzie trzeba – odpowiedziałem. Wiedziałem, że muszę tak powiedzieć, chociażbym tego nie chciał.
- Nie… Bobru wiem o czym myślisz. Prawdopodobnie od razu jak znajdę siostrę zniknę z twojego życia. Masz swoją kobietę i dobrze wiesz, że oboje traktujemy nasz związek – tu zrobiła gest cudzysłowu – jako niewinną zabawę. Pamiętasz naszą umowę w młynie? – pamiętałem – Dałeś mi ochronę i dużo więcej na czas zimy. Śnieg topnieje, a ja znikam razem z nim. Nie chcę, żebyś miał dodatkowe problemy – powiedziała poważnie, aczkolwiek ze smutkiem w głosie.
                Czy chciałem, żeby to tak się skończyło? Czy jeżeli dojadę do Torunia to będzie to odpowiedni moment, żeby dać Łapie odejść? Jej wyznanie sprawiło, że moją głowę zbombardowała kolejna fala myśli.
- Przepraszam – wyszeptałem.
- To ja przepraszam. Ale to jeszcze nie czas na pożegnanie, więc nie mówmy o tym, bo zaraz rozkleję się jak głupia małolata. Nawet jak odejdę, będę o tobie pamiętać, kto wie, może kiedyś się jeszcze spotkamy – powiedziała wstając i odchodząc. Czyżby właśnie w Toruniu miało się to wszystko skończyć? Miałem nadzieję, że nie, chociaż wiedziałem, że będę miał ciężkie życie z Natalią i Łapą mieszkającymi na jednym obszarze, ale mimo to będzie to ciężkie rozstanie.
                Posiedzieliśmy chwile, jedząc obiad na świeżym powietrzu. O dziwo jedzenie smakowało jakby lepiej. Po zjedzeniu wróciliśmy do Potwora i pojechaliśmy dalej. Zapasy były na razie na zadawalającym poziomie. Jedyne czego mieliśmy dosyć mało to paliwo. Z tym jednak wciąż było nie najgorzej, więc mieliśmy nadzieję, że uda się nam dojechać do celu.
                Kolejne godziny minęły szybko i południe zamieniło się w wieczór, a wieczór w noc. Przejechaliśmy Raciąż nie sprawdzając żadnego budynku i wyjechaliśmy na drogę do Sierpca. Łowca zatrzymał auto ogłaszając, że przenocujemy tutaj. Miejsce było całkiem dobre, osłonięte z trzech stron lasem, a z jednej otoczone polami. Do rana powinniśmy być prawie niewidoczni. Jutro mieliśmy dojechać do Sierpca, skąd do Torunia będzie już naprawdę szybka droga. Tak samo jak wczoraj poczekałem, aż wszyscy zasną i wraz z Łowcą opuściłem ciężarówkę.
- Muszę przyznać, że te spotkania pozwalają mi się trochę zrelaksować – stwierdziłem – Mam nadzieję, że masz swoją magiczną piersiówkę? – zapytałem uśmiechając się.
- Oczywiście, nie ma dobrej rozmowy bez odrobiny alkoholu – stwierdził śmiejąc się – Poczekasz chwilkę? Ten cholerny pęcherz nie daje mi żyć. Potrzymaj – wręczył mi piersiówkę – tylko nie pij beze mnie! – to mówiąc oddalił się w pobliskie drzewa i już po chwili zniknął mi z wzroku.
                Polubiłem Łowcę i chociaż zawsze wydawał się być dobrym kompanem, to teraz odczułem to jak nigdy wcześniej. Od kiedy los zabrał mi Goku, Kiciusia oraz prawdopodobnie Giganta, nie czułem się tak jak kiedyś. Cinek wciąż był moim serdecznym przyjacielem, ale z nim nie umiałem rozmawiać tak luźno jak z innymi. Czekałem przez jeszcze sporą chwilę, kiedy usłyszałem strzał. Zaskoczenie było tak wielkie, że nawet nie położyłem się na ziemi, gdyby strzelali do mnie, po prostu stałem jak wmurowany. Gdy usłyszałem kolejną serię upuściłem piersiówkę i wyciągnąłem drżącymi rękoma pistolet.
                Pozostali z grupy wybiegli z Potwora i spojrzeli na mnie.
- To ty strzelałeś? – zapytał Jakub.
- Co ty odwalasz stary? –zapytał Cinek po czym padł kolejny strzał. Nie tłumacząc reszcie rzuciłem się w stronę, w którą poszedł Łowca. Słyszałem jak reszta biegnie za mną, ale nie czekałem na nich. Czy ktoś go zaatakował? Zombie czy ludzie? Nie strzelałby chyba bez powodu. Las szybko zamienił się w polankę, na której byłem świadkiem czegoś strasznego. Stało tu auto, do którego dwie postaci ciągnęły, trzecią postać. To musiał być Łowca! Otworzyłem ogień starając się trafić, ale po chwili pomyślałem, że to nie ma sensu, w tą ciemnicę mogę tylko go trafić. Moi towarzysze dobiegli do mnie, ale po chwili ja znowu zacząłem biec w stronę samochodu. Dwaj nieznajomi dalej ciągnęli łowcę w stronę auta, ale nagle pojawił się trzeci, który otworzył ogień.
- Zostawcie go! – krzyknąłem, ale spotkałem się tylko z dźwiękiem odpalanego silnika. Auto ruszyło z zawrotną prędkością jadąc w stronę Sierpca. Stałem teraz dokładnie w miejscu, w którym porywacze wsadzili Łowcę do auta i odjechali, kiedy pozostali dobiegli do mnie.
                Zasypali mnie gradem pytań, ale ja tego nie słyszałem. Upadłem na kolana i złapałem się za głowę. To było za dużo jak dla mnie. Czy przez moją głupotę straciłem właśnie kolejną osobę? Nagle poczułem coś pod nogami. Podniosłem to. Wyglądało jak jakiś dynamit, czy coś w tym stylu i wystawał z tego sznurek.  Stali przy mnie teraz Jakub, Cinek i Łapa. Gdy zauważyli, że trzymam to w rękach odsunęli się.
- Bobru co się dzieje? – zapytał ktoś.

- Co to jest? – zapytał ktoś inny, wskazując  obiekt w moich rękach. Wiedziałem co to jest. Pociągnąłem sznurek i polana rozbłysła czerwonym blaskiem. Była to czerwona flara.