czwartek, 13 lutego 2014

Rozdział 6: Sklep z bronią

Kolejny rozdział, w którym dowiecie się co się stało z grupą Bobra i czy znalazł swoich przyjaciół przy sklepie z bronią. Pamiętajcie, że jeżeli wam się podobało, zostawcie komentarz i roześlijcie bloga znajomym :)

-----------------------------------------------------------------

Rozdział 6: Sklep z bronią


                Byłem naprawdę blisko celu. Od sklepu dzieliło mnie zaledwie parę pomniejszych ścieżek. Wkroczyłem pewnie w osiedle,  gdzie zobaczyłem jak bardzo się zmieniło, od mojej ostatniej wizyty. Większość domków miała powybijane okna, powyrywane z zawiasów drzwi i ślady sadzy bądź krwi na ścianach. Przy jednej z posiadłości zakończyłem cierpienia zombiaka, który był nabity na płot brzuchem i podziwiając okrutny krajobraz, ostrożnie puściłem się biegiem do przodu.
 Pokonując kolejne zakręty, połamane krzaki noszące ślady ucieczki, właścicieli domów, porozbijane pojazdy oraz pojedyncze Szwendacze, które w większości były zajęte pożeraniem owych właścicieli, zdałem sobie sprawę z czegoś o czym wcześniej nie pomyślałem. Być może była to wina adrenaliny lub zmęczenia, ale teraz dopiero dotarło do mnie, że nie miałem kompletnie żadnego planu. Byłem sam.  Moi przyjaciele, prawdopodobnie uwięzieni i związani, mogli być w sklepie, ale jakie szanse miałem w uwolnieniu ich w pojedynkę?  Miałem do czynienia z przeciwnikami silniejszymi ode mnie, z pewnością bardziej licznymi, a teraz, prawdopodobnie także lepiej uzbrojonymi. Zakładając, że byli oni w sklepie przed innymi ocalałymi, mieli teraz spory zapas amunicji oraz broni palnej. Ja miałem tylko własne umiejętności, spryt i dwa naboje w magazynku. 
Niestety nadszedł koniec mojego planowania bo przede mną, w odległości około stu metrów, zobaczyłem sklep. Musiałem działać spontanicznie. Zalała mnie fala adrenaliny, kiedy zobaczyłem, że przed militariami stoi czterech kumpli Alexa w tym  Cinek.  Pomyślałem teraz jak bardzo go nienawidzę. Kiedyś był moim najlepszym przyjacielem, zaledwie parę lat temu pomyślałbym o tej sytuacji jako o takiej w której stoje z nim tu i planuje jak zniszczyć naszych wspólnych wrogów. Fatalnie.
Z tego co zdążyłem zauważyć, nie próżnowali przez ostatnie dwanaście godzin. Przed sklepem stały dwie furgonetki, nie zauważyłem moich przyjaciół, jednak po chwili dotarło do mnie, że prawdopodobnie są w sklepie z Alexem, Goliatem i resztą ferajny i zbierają wszystko co się da. Widziałem, że oba wozy były obładowane zapasami jedzenia, picia, lekami i bronią. Niesamowite jak grupa czternastu idiotów uzbierała tego tyle, dodatkowo posiadając zakładników. Teraz zacząłem się zastanawiać jak podejść prostą uliczką bliżej sklepu, żeby móc działać dalej. Wtedy wpadłem na pomysł.
 Przeskoczyłem, najciszej jak się dało, pobliski żywopłot i ruszyłem sprintem poprzez posiadłości mieszkańców ulicy, co umożliwiło mi po chwili skrócenie dystansu z stu metrów do zaledwie dziesięciu. Słyszałem urywki rozmów. Zamarłem jednak jak usłyszałem człapanie za mną. W ogrodzie, w którym byłem aktualnie znajdowały się zombie. Były dosłownie parę kroków ode mnie. Nie mogłem się wdać teraz w walkę bo zaraz zostałbym wykryty. Natychmiastowo wpadłem na genialny pomysł i próbując jak najbardziej ucharakteryzować głos warknąłem :
— Ghhhrrrrrr!
Udało się. Cinek i jego kompani zwrócili uwagę na ogródek i bez zastanowienia wypakowali serie z pistoletów, wrzeszcząc jak opętani i zdejmując mi po paru strzałach niebezpieczeństwo z pleców.  Kiedy zimne ciała opadły na mnie, tym razem w pełni martwe, pochwaliłem jeszcze raz głupotę Marcina, który nawet nie myślał o cichym wyeliminowaniu zombie z bliska, co równałoby się wykryciu mnie. Wracając do obserwacji usłyszałem trzask drzwi sklepu.  To był Alex. Krew się we mnie zagotowała od razu jak zobaczyłem jego głupkowaty wyraz twarzy. Wyleciał ze sklepu jak oparzony, trzymając w ręce pistolet i krzycząc :
— Kompletnie wam odwaliło? Wiecie z jak daleka było słychać te strzały? Do kogo strzelaliście?
— Luzuj stary. Ta ulica jest nasza, sam kazałeś nam ją oczyścić. Za płotem były dwa trupy to je zajebaliśmy – powiedział z oburzeniem Cinek.
— Jakoś kurwa nie widzę tych trupów – wypalił Alex.
Zamarłem.
— Zaraz ci je pokaże, serio wyluzuj bo źle z tobą – skontrował Cinek.
Strach mnie sparaliżował. Jeżeli ten cep tu podejdzie i spojrzy za płot na pewno mnie zauważy. Będę musiał strzelać i uciekać. Prawdopodobnie zginę. Drżącą ręką wyjąłem pistolet z kieszeni i gotowy do oddania strzału wycelowałem w górną część płotu. Słyszałem jego kroki. Jeden, drugi, trzeci, był już naprawdę blisko. Zobaczyłem jak opiera rękę na płocie aby pokonać go skokiem. Wybacz mi, powiedziałem cicho gotów nacisnąć spust.
 Wtem usłyszałem strzał. Z wrażenia aż wypuściłem broń. Kto strzelił? Usłyszałem nagle ciężkie kroki z innej części ulicy i wrzask zombie.  Ulga jaka zalała moje ciało była nieporównywalna z niczym innym. Ręka Marcina cofnęła się i usłyszałem jak krzyczy do Alexa i trzech kumpli aby się chowali. Usłyszałem też kolejny strzał i trzask drzwi sklepowych. To był Goliat. Wrzeszczał, żeby szybko wychodzili ze sklepu. Chaos. Kroki, strzały, wrzaski i w końcu upadające ciała zombie. Przez szparę w płocie zobaczyłem kto biegnie. To była ta sama osoba, która strzelała do mnie na drodze do skrzyżowania. Dobiegła z zombie aż tutaj, teraz jednak widocznie ciężko stąpała, a za nią rozciągał się widok postrzelonych trupów.
Po drugiej stronie, przy płocie chował się Cinek z pistoletem pół-automatycznym, Alex przy sklepie z pistoletem w dłoni i cała reszta przy autach za nim. Widziałem moich przyjaciół. Kiciuś wyglądał na pobitego, jego nos wydawał się złamany, chociaż w tych emocjach mogłem źle zauważyć. Nieznajoma stała od razu za nim. Obok stał Goku. Cała trójka miała związane ręce. Obok stała Natalia. Wyglądała na zasmuconą czymś, nie byłem pewien czy to kwestia tego, że myślała, że nie żyje czy raczej tego, iż ostatnie dni były naprawdę ciężkie.  Eryk, Damian i Bartek, jej znajomi, w tym brat Kiciusia nie byli zakłuci. Stali swobodnie, co prawda bez broni, aczkolwiek wolni.
Strzelanina trwała dalej. Mój oprawca zbliżał się z ostatnim zombiakiem, kiedy Cinek i Alex kontynuowali ostrzał. Dodatkowo zauważyłem, że ze sklepu wybiegają zombie. Nie widziałem kto dokładnie je odgania, ale założyłem, że był to Goliat z resztą łebków uzbrojonych w parku w przeróżne bronie do walki wręcz. Mogłem próbować pomóc strzelcowi z skrzyżowania okaleczając Cinka lub Alexa przez płot, ale wiedziałem, że nic to nie da a w ostatecznym rozrachunku chłopak i tak zginie, a mnie również mogłoby to kosztować życie. Pozostawało mi tylko obserwować dalej wymianę pocisków i widzieć jak jeden z kumpli Alexa dostaje w klatkę piersiową i spada z furgonetki na ulicę zostawiając momentalnie ogromną kałużę krwi pod sobą. Ucieszyłem się ogromnie, w końcu jednego wroga mniej. Moja radość była jednak krótka, bo po chwili usłyszałem charakterystyczny dźwięk pustego magazynka. Spojrzałem przez lukę w płocie i zobaczyłem, że Alex i Cinek dalej strzelają, kiedy próbowałem odwrócić wzrok na strzelca z skrzyżowania widziałem jak dostaje prosto w nogę, wywraca się, a spluwa wypada z jego rąk. Strzelanina się skończyła. Alex wstał i ruszył pewnym krokiem do postrzelonego człowieka. Byłem pewien, że teraz albo go dobije, albo pozostawi na pożarcie ostatniego szwendacza, który za nim pełzał i był coraz bliżej. Ten jednak przeładował i pewnym strzałem w głowę rozwalił zombiemu mózg. Zdziwiłem się. Czyżby chciał uratować człowieka, który przed chwilą zabił jednego z jego przyjaciół? Ciała zombie leżące częściowo na mnie zaczynały mi ciążyć, wiedziałem jednak, że to najbezpieczniejsza opcja jaka mi póki co pozostała. Kiedy Alex podbiegał do swojej ofiary obejrzałem się, żeby zobaczyć co się dzieje z ludźmi przy sklepie. Usłyszałem krzyk i byłem gotów nawet wstać i zobaczyć który z moich przyjaciół ucierpiał, jednak po chwili zobaczyłem sikającego z gardła krwią kumpla Alexa i machającego nad nim toporem, Goliata. Widocznie z czternastu dresiarzy zostały tylko dwunastu. Ucieszyło mnie to. Upewniając się, że sytuacja moich znajomych jest stabilna, odwróciłem wzrok w stronę czarnowłosego zdrajcy i o mało nie dostałem zawału, kiedy ciało strzelca z skrzyżowania, zostało brutalnie rzucone o płot za którym się ukrywałem.  Teraz nie miałem szans niczego zauważyć bo sylwetka pobitego zasłoniła całą dziurę. Słyszałem symfonię trzasku kości, kiedy Alex uderzył delikwenta w twarz. Ciche charczenie i dźwięk wypluwanych zębów nie był miły, musiałem jednak być absolutnie cicho inaczej spotka mnie to samo.  Nasłuchiwałem kolejnych ciosów, kiedy ktoś krzyknął :
Wystarcz, zostaw go, niech zdycha, jak na śmiecia przystało – powiedział to ktoś z osób, których nie znam. Usłyszałem tylko splunięcie Alexa i po chwili jego krzyk. Zaczął wrzeszczeć jak potępiony. Gdyby nie fakt, że nie miałem jak wyjrzeć, jestem pewien, że zobaczyłbym zdziwienie na twarzach każdego z ekipy Alexa i mojej. Ciche charczenie konającego przy płocie trupa wstrząsnęło mną dogłębnie. Kolejne co się stało musiało być dosyć brutalne, bo usłyszałem kroki, jęknięcie Kiciusia i ochrypnięty, nasiąknięty gniewem głos Alexa :
— Erni, bądź przyjacielem i powiedz mi jeszcze raz, gdzie jedziemy – jego głos brzmiał tak psychopatycznie, że aż przeszły mnie ciarki. Moje ciało zaczęło drętwieć z powodu siedzenia w jednej pozycji, ale czekałem cierpliwie na to, co powiem mój przyjaciel. Kiedy usłyszałem jego odpowiedź, ze złości tak zacisnąłem zęby, że przez chwilę myślałem, że je połamie. Mimo tego, że nadchodził wieczór, zamroczyło mnie jeszcze bardziej :

— Królowy Most

sobota, 8 lutego 2014

Rozdział 5: Wisielec

Pierwszy z rozdziałów, które napisałem całkiem niedawno :) Myślę, że od teraz będzie się robiło naprawdę ciekawie, więc zapraszam do czytania. Oczywiście proszę o zostawienie komentarza z opinią oraz o rozsyłanie bloga znajomym ^^

-----------------------------------------------------------

Rozdział 5: Wisielec


                Obudziłem się. Słońce świeciło wysoko na niebie, a ja czułem się zmarznięty i głowa bolała mnie niemiłosiernie. Zajęło mi chwilę, żeby przypomnieć sobie co się stało. Wtedy zerwałem się, co kosztowało mnie przeżyciem kolejnej fali bólu. Musiało minąć co najmniej dwanaście godzin od momentu, w którym zostałem ogłuszony! Co się właściwie stało? Gdzie są wszyscy? Nikt mnie nie szukał? Spróbowałem się podnieść , dziękując Bogu, że nie zostałem zjedzony przez żadnego szwendacza, chociaż w okolicy wcześniej było ich całkiem sporo. Teraz nie widziałem żadnego. Tylko to, co było to od wczoraj – masa ciał, radiowóz oraz drzewa i plac zabaw.  Nagle przypomniałem sobie, że planowałem okaleczyć Alexa, chociaż to on zrobił to pierwszy.
Przeszukałem kieszeń bluzy i z ulgą zauważyłem, że mój pistolet, który Bochen wczoraj zdobył z ciała policjanta, jest na miejscu. Wyjąłem magazynek i zauważyłem, że ilość naboi się zgadza. Dwa. Wstałem czując ogromne pragnienie i głód i najszybciej, jak pozwolił mi na to mój stan, skierowałem się w stronę stołów przy których ostatni raz widziałem moich przyjaciół. Mijając labirynt uliczek dotarłem na miejsce.
Upadłem na kolana widząc dwie rzeczy. Jednej z nich się spodziewałem, druga wstrząsnęła mną tak mocno, że przez chwilę myślałem, że ponownie zemdleje. Z trudem powstrzymywałem płacz. Wiedziałem, że on już w niczym nie pomoże.  Nikogo żywego tu nie było, lecz na jednej z latarni wisiał trup. Trup mojego przyjaciela Bochena. Zabili go. Widocznie uznali, że nie jest potrzebny. Twarz miał zakrwawioną, co wskazywało na to, że przed śmiercią, musiał poważnie dostać, prawdopodobnie próbując dowiedzieć się, co się ze mną stało. Poczułem dogłębny smutek. Wszystko układało się tak pięknie. Według aloga, który kręciłem wczoraj rano wszystko zapowiadało się na sukces. Ernest, Bartek, Nieznajoma, Bochen, Natalia, brat Ernesta, jego przyjaciele – idealny skład na apokalipsę zombie. Wystarczało ruszyć na przód. Niestety, wszystko zostało zniszczone przez tego skurwysyna Alexa. Przeszła mnie fala gniewu. 
Wiedziałem jednak, że muszę przeszukać miejsce, w którym siedzieli moi znajomi, licząc na to, że ktoś z mojej ekipy zostawił mi wskazówkę.  Ciało Bochena zostawiłem na latarni, nie miałem szans go pogrzebać, ani nawet uwolnić z szubienicy bez odpowiednich narzędzi. Przeszukując stoliki nie znalazłem swojego plecaka, prawdopodobnie z racji iż był w nim nóż i trochę jedzenia został zabrany. Ponownie przekląłem swój los. Nagle w moje oczy wpadł obiekt leżący kawałek dalej, w miejscu w którym siedział Kiciuś. To był jego telefon. Podbiegłem z nadzieją  do urządzenia i odblokowałem ekran. Kochany przyjaciel. Komórka oczywiście nie miała zasięgu, ale na jej ekranie wyświetliła się wiadomość zaadresowana do mnie w formie smsa. Była krótka, ale treściwa :
„ skpel z bron lwowska”
Od razu się domyśliłem o jaki obiekt chodzi. Niedaleko szkoły do której mieliśmy iść po Natalię i brata Ernesta był nieduży sklep z militariami. Sami planowaliśmy tam skoczyć od razu po zebraniu drużyny. Kto by pomyślał, że wydarzenia przybiorą taki obrót. Nie myśląc długo, ruszyłem w drogę. Wiedziałem, że przede mną daleka droga, a co najgorsze nawet po dojściu mogę znaleźć tam coś niebezpiecznego, albo tylko splądrowane półki, które by świadczyły, że drużyna Alexa ruszyła dalej. Bałem się o życie moich przyjaciół oraz Nieznajomej, bo przecież nie poszli z wrogami z własnej woli, na pewno byli zakładnikami. Pewnie Natalii nie spodobałoby się to, że brat Eryka, mój przyjaciel zginie więc zostawili go przy życiu. Bochen nie był im potrzebny więc pozbyli się go pokazując, że nie ma  z nimi żartów.
Droga do sklepu przy Lwowskiej była straszna – musiałem wrócić w stronę mojego domu i przejść jeszcze większy kawał drogi przez park, parę ulic i w okolicach dwóch ogromnych galerii handlowych, gdzie prawdopodobnie było mnóstwo trupów. Do tego wciąż odczuwałem duży głód. Zdeterminowany ruszyłem, ostatni raz spoglądając na wisielca.
                Około dwudziestu pięciu minut później, bez większego problemu doszedłem do punktu wyjścia – mojego domu. Spojrzałem tęsknię na okno za którym spędziłem tyle spokojnych chwil. Tutaj podjąłem decyzje, chciałem wejść do domu po trochę jedzenia, żeby nie umrzeć z głodu. Ostrożnie otworzyłem drzwi kluczem, który miałem w tylnej kieszeni spodni i wspiąłem się po klatce schodowej na piętro na którym mieszkałem.
Wtedy na schodach zauważyłem zombie. Winda nie działała więc jedynym sposobem było zabicie go. Jednak strzał z broni rozejdzie się echem po całym bloku i już go nie opuszczę. Przyczajony zastanawiałem się co dalej, gdy odpowiedź nadeszła sama. Zombiak zwalił się ze schodów i uderzył głową w ścianę. Nie zginął, więc nie czekając długo przeskoczyłem zaskoczonego trupa i wyciągając klucze otworzyłem drżącymi rękoma drzwi mojego mieszkania.
Poczułem spokój. Jak mi go brakowało. Kiedyś marzyłem o apokalipsie, lecz teraz byłem przerażony. Szybko udałem się do kuchni, pochwyciłem kolejny nóż, bo poprzedni został w głowie zombie na dachu przy szkole,  trochę jedzenia oraz picia. Wszystko to zapakowałem do następnego plecaka. Następnie przeskoczyłem do salonu by wziąć jeszcze jedną ważną rzecz – zdjęcie rodziny. Spojrzałem na nie i zalałem się łzami. Tęskniłem za nimi. Teraz jednak musiałem się spieszyć.  I tak wystarczająca długo czasu straciłem.
Wyciągając zimne udko kurczaka zapiąłem plecak i wybiegłem z mieszkania. Nóż tkwił pod ręką z prawej strony mojego biodra a pistolet w kieszeni bluzy. Zamknąłem z przyzwyczajenia drzwi i zbiegłem. Zombie dalej się nie otrząsnął po upadku, więc ponownie go przeskakując, zbiegłem na dół i opuściłem klatkę. Natychmiast jednak ukucnąłem, bo zobaczyłem grupę, składającą się z dwóch chłopaków i jednej dziewczyny, która przechodziła niedaleko.
Wszyscy wyglądali na zmarnowanych, nosili plecaki i byli pokryci plamami skrzepniętej krwi oraz ziemią. Ukryty za wrakiem samochodu obserwowałem jak idą szybkim marszem w kierunku, w którym i ja planowałem iść. Miałem nadzieję, że nie spotkam ich po drodze. Obaj panowie mieli w rękach noże a dziewczyna przewieszoną przez ramię wiatrówkę. Przez chwilę pomyślałem o zaatakowaniu ich, w końcu miałem broń, a wiatrówka mogła być bardzo przydatna. Chwilę potem skarciłem sam siebie za ten pomysł. Mieli przewagę liczebną, ja strzelałem z broni dwa razy w życiu, a dodatkowo nie byłem typowym mordercą. Przeczekując jeszcze chwilkę ruszyłem za nimi, biegnąc w stronę sklepu z bronią. Każdy dźwięk, był dla mnie oznaką potencjalnego niebezpieczeństwa. Co chwilę odwracałem się i pomimo szybkiego tempa, jakie narzucił mi fakt tego, że moi przyjaciele są w sklepie na Lwowskiej, starałem się zachować ostrożność.
Wszystko stało się tak szybko. Bieg przez ulicę, skok przez płot otaczający szpital. Dwa szwendacze, oba zabite. Bieg przy rozwalonym ambulansie. Obserwowanie biegnącego po ulicy mężczyzny z owiniętą bandażem głową, park, skradanie się przy niedużym cmentarzu wojskowym i minięcie pustego zoo, śmierdzącego nawet z daleka, śmiercią.
W końcu nadszedł najtrudniejszy fragment mojej wędrówki. Długa, ponad kilometrowa droga wchodząca w skrzyżowanie, znajdująca się tuż obok największej galerii w mieście. Już teraz z daleka zauważyłem, że setki rozbitych aut i dziesiątki szwendaczy były ogromną przeszkodą. Cała ulica wyglądała jak jedna wielka mogiła. Ciała powoli gniły, lub były właśnie konsumowane przez zombie. Z niektórych aut wciąż unosiły się strużki dymu, a w jednym nawet widziałem przytrzaśniętego, wciąż ruszającego się kierowcę. Widok mnie przeraził i gdyby nie powaga mojego zadania, prawdopodobnie opuściły by mnie resztki odwagi. Musiałem jednak iść tędy. Była to najszybsza droga. Jeżeli poszedłbym lasem, z pewnością zajęłoby mi to z pół godziny dłużej, a na taką stratę czasu nie mogłem sobie pozwolić. To była moja próba. Przywołując do głowy obrazy moich przyjaciół, w tym martwego Bochena, poprawiłem plecak, wyjąłem nóż i upewniłem się, że odbezpieczony pistolet znajduje się w mojej kieszeni w odpowiednim miejscu. To była ostateczność, jednak musiałem brać pod uwagę to, że praktycznie na pewno zwrócę na siebie uwagę, przechodząc przez ten fragment drogi. Niestety musiałem podjąć ryzyko.
Przeskoczyłem przez krzaki, za którymi planowałem trasę i ruszyłem. Poruszałem się dosyć cicho i sprawnie. Czekał mnie ciężki kilometr skradania się a zarazem dosyć szybkiego biegu. Zaledwie po dziewięćdziesięciu metrach trafiłem na ślepą uliczkę z strzaskanych aut. Jakby znikąd, wyskoczył na mnie zombie . Odruchowo zasłoniłem się nożem próbując nabić szarżującego na mnie stwora. Udało mi się i z wielką satysfakcją zobaczyłem jak ostrze zatapia się w gardle umarlaka. Wylewając swój gniew pociągnąłem ostrzem w górę rozcinając gardziel. Zalała mnie fala odoru. Szybko odrzuciłem trupa za siebie. Był to jednak błąd. Trup uderzył w całkiem ładne, sportowe auto, które nie wyglądało na zniszczone, aczkolwiek było zablokowane innymi wrakami. Nie przewidziałem faktu, że auto może mieć alarm.
Kakofonia dźwięków, jakie wydał samochód, przeraziła mnie. Wiedziałem, że to już koniec. Każdy trup i ocalały z okręgu kilometra wiedział, że tu jestem. Nie czekając długo wczołgałem się pod samochód stojący obok aby puścić się biegiem wzdłuż alei. Widziałem nadciągające z każdej strony zombie i zdecydowałem się na coś głupiego. Wskoczyłem na dach pobliskiego auta i zacząłem bardzo niebezpieczny bieg po, śliskich od krwi, samochodach. Parę razy byłem bliski runięcia w objęcia śmierci, jednak zawsze udawało mi się zachować równowagę.
W ten sposób pokonałem około trzy czwarte drogi i nagle ku mojemu przerażeniu zobaczyłem, że ktoś stoi na skrzyżowaniu do którego szedłem. Nim zdążyłem się zorientować usłyszałem wystrzał. Nie spodziewałem się, że ludzie są tak wyposażeni. Stąd nie potrafiłem ocenić, czy nie jest to przypadkiem ktoś z drużyny Alexa. Miałem jednak szczęście bo dzięki pozostaniu w ruchu i wyjątkowemu szczęściu a może też odległości strzelca ode mnie, strzał chybił. Wystarczyło to jednak aby wytrącić mnie z równowagi. Nogą nie trafiłem na dach kolejnego z aut i spadłem pomiędzy wraki.
 Nie było tam żadnych trupów, ani co najważniejsze nie czułem, żebym nabawił się kontuzji. Martwi byli daleko za mną, albo po drugiej stronie barykady w którą wpadłem, więc miałem idealną sytuacje do obrony.  Wyjrzałem delikatnie sprawdzając czy feralny strzelec dalej tam stoi. Teraz widziałem go dobrze. Nie znałem go, był odrobinę starszym ode mnie facetem, w ręce miał jakiś rewolwer. Nie zbliżał się w moją stronę, ale najwidoczniej czekał aż wyjdę.
Znalazłem się w potrzasku, pomiędzy wrakami samochodów, zombie a mordercą.  Z racji iż tylko on z tych trzech mi naprawdę zagrażał to nie widziałem innej opcji niż zacząć dialog. Próbując użyć jak najbardziej niskiego głosu, a mogłem się pochwalić posiadaniem takiego, wrzasnąłem :
— Nie szukam kłopotów! Muszę się pospieszyć bo inaczej nie znajdę moich przyjaciół. Musze ich znaleźć! —  przy ostatnich słowach głos mi się załamał i czułem napływającą falę smutku.  Słońce kierowało się powoli ku zachodowi, a ja leżałem słuchając odgłosów odległego alarmu, oraz jęczących wokół trupów i czekałem. Nagle strzelec przemówił lekko ochrypniętym głosem:
— To moja dzielnica! Wypierdalaj stąd jeśli ci życie miłe. Dokładnie tam skąd przybyłeś. – usłyszałem dźwięk przeładowania i zakląłem w duchu. Co teraz? Jak powinienem się zachować? Naszedł jeden z tych momentów w których czas się spowolnił. Decyzja, którą zaraz miałem podjąć była bardzo ważna. Mogłem albo wyskoczyć i spróbować go zabić, co było głupotą, w końcu nie miałem praktycznie żadnego doświadczenia. Mogłem też wycofać się „tam skąd przybyłem”. To jednak wiązało się prawie w stu procentach z ominięciem moich przyjaciół.
 Z zamysłu wyrwał mnie przeciągły i głośny strzał, który zawisł w powietrzu i odbijał się echem, przez parę sekund, zagłuszając nawet odległy alarm samochodowy. Z początku myślałem, że dziwny ocalały zaczął do mnie strzelać, dlatego też schowałem się dokładniej za osłoną. Nie słyszałem jednak oznak kontynuowania ostrzału więc ostrożnie wyjrzałem zza maski samochodowej. Mój napastnik zniknął. Jedyne co było widać na końcu uliczki to powoli przesuwające się zombie, które za nim podążały. Kto oddał strzał? Brzmiało to co najmniej na jakiś naprawdę duży kaliber, osobiście zastanawiałem się czy przypadkiem na ulicy nie ma snajpera.
Nie zastanawiając się długo pobiegłem do przodu i starając się iść przykulonym, przeskanowałem wzrokiem skrzyżowanie. Zombie pobiegły za moim oprawcą a ja miałem wolną drogę. Podziękowałem po cichu tajemniczemu snajperowi i w między czasie modliłem się, żeby nie być jego kolejnym celem. Nie czekając aby sprawdzić jego cierpliwość skręciłem na skrzyżowaniu do przodu i w prawo wchodząc w siatkę uliczek, w których jedna z nich była ulicą Lwowską.

wtorek, 4 lutego 2014

Rozdział 4: Zmiana planów

Hej :)
Nadszedł czas na ostatni rozdział, który pisałem jakiś czas temu. Już pod koniec w ostatnich zdaniach, możecie raczyć się słowami, które pisałem całkiem niedawno, co za tym idzie, zaczynam powoli wrzucanie moich świeżych pomysłów. Ten rozdział ostatecznie wprowadza do fabuły i wyborów, przed którymi stanie główny bohater w najbliższych dniach :) Od słów "Park stał się teraz bezpiecznym miejscem" zaczyna się to, co dopisywałem niedawno. Życzę miłego czytania i oczywiście proszę o komentarze z opinią oraz podrzucanie bloga znajomym :)

Korekta: Pablord
-----------------------------------------------------------

Rozdział 4: Zmiana planów


                Minęło kolejne czterdzieści pięć minut i po chwilowym odpoczynku opuściliśmy kryjówkę. Idąc szykiem, jeden za drugim, przekroczyliśmy ulicę, zabijając jednego zombiaka. Zatrzymaliśmy się niedaleko opery, obserwując plac, na który mieli przyjść nasi przyjaciele. W samym parku szwendały się pojedyncze martwiaki, ale mieliśmy czekać i zamierzaliśmy je zlikwidować dopiero wtedy, gdy będziemy mieli wszystkich członków grupy razem.
Po zaledwie dziesięciu minutach, usłyszeliśmy odgłosy walki. Zobaczyliśmy zamieszanie pośród drzew i parę osób biegnących ścieżką. Goniło ich naprawdę sporo zombie. Co gorsza, parę pobliskich zaczęło iść w stronę naszych przyjaciół z drugiej strony, odcinając im drogę ucieczki. Poderwaliśmy się, wyciągając bronie i przyspieszając w ich kierunku. Dzieliło nas jeszcze pięćset metrów, kiedy zobaczyliśmy coś, czego nie chcieliśmy zobaczyć.
Znikąd w parku pojawiło się około dziesięciu innych ocalałych. Ruszyli żwawo na szwendaczy otaczających brata Kiciusia, Natalię oraz ich znajomych. Zabijali jednego zombie po drugim. Dałem znak do zatrzymania się. Przykucnęliśmy przy murku obserwując sytuację z bezpiecznej odległości.  Grupa, która wyczyściła sporą ilość zainfekowanych w zaledwie kilka sekund, składała się z samych chłopaków. Co gorsza, poznałem paru z nich. Był tam nasz znajomy Marcin, którego z Ernestem nie widzieliśmy już od dłuższego czasu. Rozpoznaliśmy także dwie osoby, które mieliśmy od dawna ochotę zabić. Osoby, które zniszczyły mi koniec wakacji i początek roku szkolnego. Osoby, które były dla nas wrogami, chociaż zawsze udawały przyjaciół. Goliat i Alex.
Moja ręka zacisnęła się na nożu. Wymieniliśmy z Kiciusiem spojrzenia. Reszta była prawdopodobnie ich znajomymi. Pokolenie, które przed apokalipsą było tak zwanymi „chuliganami” i zwykłymi prostaczkami. Tutaj nasz plan się sypał. Nie chcieliśmy ich w grupie. Musieliśmy jednak się ujawnić, bo wciąż były tu dwie osoby, na których nam zależy. Sytuacji wcale nie poprawiał fakt, iż wszyscy posiadali kije bejsbolowe i pręty. Było ich czternastu, co nie dawało nam szans na udany atak.
Wtedy przypomniałem sobie jedną rzecz i mój wzrok powędrował na odcinek, który przeszedłem idąc po Kiciusia. Tak! Dalej stał tam radiowóz, przy którym rankiem bronili się policjanci. Przekazałem grupie mój plan zdobycia broni palnej i tak wysłaliśmy najmniejszego i najsprytniejszego z nas, Bochena, po pistolety. Całe szczęście grupa, wraz z naszymi przyjaciółmi, była zajęta wymienianiem uprzejmości i witaniem się z ludźmi Marcina. Bochen szybko dotarł do radiowozu, wyciągnął z ciał przemieniających się gliniarzy dwa pistolety, po czym zaczął wracać. I tutaj wszystko zaczęło się komplikować.
Nagle, niedaleko niego, pojawiły się kolejne zombie, które dosyć mocno hałasowały. Czarnowłosy nie wahał się, kiedy zauważył, że grupa bejsbolowców zaczyna patrzeć w jego stronę zaczął biec sprintem do nas. Niestety zostaliśmy zauważeni. Wzięliśmy z Ernim po jednym egzemplarzu i sprawdziliśmy stan magazynków. W moim były dwa naboje. U mojego kompana były cztery. Przeładowaliśmy i wyjrzeliśmy zza murku. Dresiki poradziły sobie z umarlakami i zaczęły iść w naszą stronę. Zobaczyłem Cinka i Alexa na czele zmierzającej do nas grupy.
Plan był prosty. Mieliśmy udawać przyjaznych i okaleczyć przy pierwszej dogodnej sytuacji. Wyszliśmy zza murku całą piątką, krzycząc, że nie mamy złych zamiarów. Marcin poznał nas i zatrzymał swoich kolegów. Wymieniliśmy uścisk dłoni i po chwili wraz z nim dobiegliśmy do Natalii i reszty. Serce zabiło mi mocniej na jej widok. Udało się. Była apokalipsa, a ja znalazłem i ją i Erniego. Przytuliliśmy się na przywitanie, przywitałem się z bratem Kiciusia i jego kolegami i patrzyłem, jak Ernest robi to samo:
Udało wam się – powiedziałem uśmiechając się.
Nam się miało nie udać? – spytała Natalia uśmiechając się serdecznie.
Do rozmowy dołączył się Cinek:
Się kurwa porobiło! – sapnął – To co, lecimy dalej? Musimy znaleźć jakiegoś kałacha albo bazookę, bo inaczej ni chuja z tymi martwiakami.
— Ale dużo nas, damy radę – powiedział ktoś z tłumu.
— Się wie –powiedział, jak zwykle przesadnie słodko, mój wróg Alex.
Mamy dla was propozycję – zaczął Erni kierując słowa głównie do Cinka – Chcemy wziąć stąd Eryczka, Natalię i ich przyjaciół.
— Pojebało was? Trzymamy się razem, inaczej wszyscy padniemy! – odpowiedział.
Nagle wpadłem na genialny w swojej prostocie plan:
Dokładnie! – poparłem przedmówcę – Zamierzamy iść z wami, przecież podążanie w takiej małej grupie to samobójstwo.
Pozostali obdarzyli mnie niedowierzającym spojrzeniem. Marcin tylko z zadowoleniem pokiwał głową :
Słuchajcie, szukacie broni, prawda? Powiem ci, gdzie jest sklep z bronią, całkiem niedaleko stąd, weźmiesz z Alexem i Goliatem paru chłopa i wyposażycie całą grupę. W tym czasie ja z moimi ludźmi i paroma twoimi popilnujemy tego placu, bo to całkiem niezłe miejsce do obrony - dodałem.
Cinek myślał chwilę, po czym się zgodził. Kochałem jego głupotę.
Kiedy jednak poszedł ogłosić kumplom plan wędrówki do nieistniejącego sklepu, do miejsca, w którym siedziałem z moją grupą i przyjaciółmi, po których przyszliśmy, podszedł Alex:
Posiedzę z wami. Dawno was nie widziałem, a tyle się porobiło – powiedział radośnie.
Rozmawialiśmy, siedząc na dwóch ławkach i patrząc jak dziesięcioosobowa grupa rusza do bloku, w którym dzielnie się broniliśmy zaledwie parę godzin temu. Mimo tego, że wszyscy siedzieliśmy obok siebie, to bez problemu zacząłem przedstawiać mój plan Erniemu i ludziom z grupy. Ernest z kolei przedstawił po chwili ten plan swojemu bratu, a on następnie swoim przyjaciołom, oprócz Natalii.
Po piętnastu minutach zaczęliśmy działać. Zostawiając wszystkich moich przyjaciół, zaproponowałem Alexowi wyruszenie na zwiad. Ruszyliśmy w stronę centrum, dalej ukryci w cieniu drzew.  Park stał się teraz bezpiecznym miejscem. Grupa, na czele której stał Marcin, w pełni oczyściła pobliskie uliczki, jednak aby mój plan wypalił, musiałem grać ostrożnego idiotę. Moje zadanie było bardzo ważne dla powodzenia naszej misji. Nie jadłem jednak nic od rana, a dodatkowo byłem wyczerpany i zszokowany tym, jak cały świat obrócił się w ruinę w zaledwie parę godzin. Wkraczając w jedną z uliczek i zostawiając resztę osób, w tym moich przyjaciół, modliłem się o szczęście. Uliczka, w której się znaleźliśmy była zasypana trupami. Większość z nich miała porozrywane czaszki, zapewne za sprawą ostrych narzędzi, używanych przez ludzi z grupy Alexa. Odetchnąłem głęboko, licząc na to, że mój „przyjaciel” nie zauważy mojego zdenerwowania i podjąłem luźny temat:
Ach przyjacielu, martwiłem się o was. O Goliata, ciebie i Cinka. Tak samo, jak o Natalie – W tym ostatnim było akurat sporo prawdy – Jak myślisz, szybko znajdą antidotum?
Wtedy stało się coś, czego się nie spodziewałem. Mój plan całkowicie legł w gruzach, kiedy poczułem tępy ból z tyłu głowy, po tym, jak Alex ogłuszył mnie. Ostatnie, co pamiętam, to smak trawy w ustach i uśmiech czarnowłosego osobnika, którego nigdy nie uważałem za przyjaciela. Następnie zemdlałem.

sobota, 1 lutego 2014

Rozdział 3: Upadek

Rozdział 3 jest wyjątkowo krótki, porównywalny długością z rozdziałem 1. Jest tu jednak trochę akcji i niezbędne dla dalszej fabuły motywy. Kolejny rozdział będzie dosyć szybko, chcę jak najszybciej zacząć wam wrzucać konkretną akcję ;) Jak zwykle polecam odpalić dobrą muzykę, przeczytać, a następnie polecić bloga dla znajomych oraz komentować i udzielać rad, co mogę poprawić :D

Korekta: Pablord

-----------------------------------------------------------

Rozdział 3 : Upadek


Drzwi puściły w ostatniej chwili. Pchaliśmy z całej siły, kiedy Bochen z Ernim odganiali pierwsze zombie, dobierające się do nas. Naprawdę przestraszeni, wbiegliśmy do klatki schodowej widząc  tylko jedną drogę, na górę. Pozostałe odnogi to były ślepe uliczki, prowadzące do mieszkań i korytarz kończący się windą. Nie mogliśmy ryzykować czekaniem na maszynę, która i tak zapewne nie działała.
Ruszyliśmy sprintem, przeskakując po parę schodków naraz i zatrzymując się dopiero na najwyższym piętrze. Stały tutaj szafki, wyrzucone prawdopodobnie przez jednego z poprzednich mieszkańców bloku. Bez słów wzięliśmy jedną z Ernim i zastawiliśmy drogę ze schodów. Wciąż było słychać wchodzące niżej zombie. Nieznajoma wraz z Bochenem sprawdzali pobliskie drzwi, lecz wszystkie albo były zamknięte, albo odkrywały opustoszałe mieszkania, które mogły nas jedynie zgubić :
Co teraz kurwa? – wrzasnął Goku, patrząc na czubki głów szwendaczy wspinających się na schodach.
Spójrzcie tutaj! – zawołała uradowana dziewczyna, wysuwając drabinę na dach.
Myślicie, że to dobry pomysł? – zapytałem, przesuwając kolejny element szafy na schody.
Chyba nie mamy innego wyjścia bracie – powiedział spokojnie Erni, sprawdzając stabilność barykady — Nie jesteśmy gotowi na odpieranie ataku takiej grupy. Musimy się stąd wydostać i jak najszybciej realizować nasz plan. Nie mamy czasu…
Zostawiając za sobą barykadę i zbliżające się żywe trupy, ruszyliśmy drabiną na taras widokowy. Ja wszedłem ostatni. Wszyscy byli zamurowani zastałym widokiem. Ktoś zaklął paskudnie. Ulica z której dostaliśmy się do budynku była całkowicie osaczona. Wielu z martwych, właśnie w tej chwili, wchodziło do budynku, a drugie tyle było już w środku. Podszedłem do drabiny i wsunąłem ją ponownie na górę, aby odciąć zombie szybszą drogę na dach. Nie byłem pewien tego, czy potrafią się one wspinać. Mój umysł nie był w stanie ogarnąć tego wszystkiego. Ci wszyscy martwi ludzie. Kiedyś byli częścią mojego życia, a teraz czołgali się, aby mi je odebrać.
Rozejrzałem się po okolicy. Park przy operze wydawał się czysty. Mieliśmy świetną okazję, żeby ruszyć w tamtą stronę, jedyną przeszkodą było dziesięć metrów wysokości. Wszyscy z grupy, oprócz Erniego, rozglądali się uważnie szukając jakiejkolwiek szansy na normalne zejście. Niestety taras był położony tak, że niemożliwym było wejście stąd na dach, ani zjechanie w jakikolwiek sposób. Oprócz tego, męczyła mnie jeszcze jedna rzecz :
Hej – skierowałem słowa do nieznajomej, która spojrzała na mnie swoimi zielonymi oczyma – muszę ci zadać ważne pytanie… Czy ty w ogóle planujesz iść z nami?
Dziewczyna zastanawiała się trochę. W końcu usłyszałem jej głos :
 Tak… O ile będę mogła. Moja rodzina nie żyje. Dostałam  wiadomość od brata, który ucieka stąd wraz z dużą grupą ludzi na północny zachód. Potrzebuje pomocy… — ostatnie słowa przypominały bardziej płacz niż stwierdzenie. Spojrzałem na Erniego. Wiedział, że to komplikuje nasz plan. Ze szkoły mieliśmy wyjść we dwóch. Jest nas pięcioro. Wiedzieliśmy, że musimy ze sobą pogadać, ale obaj zrozumieliśmy, że nie czas i pora na to. Szczególnie, że usłyszeliśmy nagły huk, oznajmujący, że barykada została sforsowana.
 Momentalnie w dziurze zobaczyliśmy hordę ohydnych mord i wyciągniętych resztek rąk, próbujących nas złapać. Nie zwlekając wyciągnąłem nóż i zacząłem ciąć szybkimi ciosami w dół, mając nadzieję, że okaleczę je, albo chociaż na chwilę zatrzymam. Każde palce, które pojawiały się na dachu, zostawały natychmiastowo ucinane. Śniadanie podchodziło mi do gardła, ale wiedziałem, że muszę to robić, bo inaczej wdrapią się tutaj i zginiemy.
Bochen tymczasem wypatrzył całkiem wysoki tir stojący tuż pod blokiem, do którego nie mieliśmy aż tak wielkiej odległości jak do ziemi. Czarnowłosy przedstawił swój plan reszcie i pierwszy wychylił się za barierkę, szykując się do skoku. Ja osłaniałem resztę. Nie liczyłem ile czego uciąłem, ale byłem pewien, że okaleczyłem przynajmniej dziesięciu. Niestety trupy zaczynały się wspinać. Jeden z nich o mało nie złapał mnie i gdyby nie szybka reakcja Erniego, byłoby po mnie. Bochen denerwował się, a odgłosy agonii za jego plecami nie pomagały. Przełamał się jednak i skoczył. Usłyszeliśmy dźwięk wginanej blachy i po chwili okrzyk oznajmiający, że nic mu się nie stało i jest całkiem bezpiecznie. Co lepsze, miejsce, na które skoczył nie było otoczone przez zombie, które wciąż były po drugiej stronie budynku.
Zaraz po Bochenie skoczył Goku i Nieznajoma. Kiedy Erni wchodził na barierkę, na tarasie było już pięciu szwendaczy, którzy wspięli się po trupach swoich kumpli. Gdyby ktoś obserwował tą sytuację z środka budynku, zobaczyłby mnóstwo zombie, które ogarnięte żądzą mordu, próbowały wspinać się po sobie, żeby tylko zatopić zęby w ciele człowieka. Osłaniając Ernesta zamachnąłem się na pierwszego, pozbawiając go równowagi i odpychając nogą. Drugiego i trzeciego po prostu wepchnąłem z powrotem do dziury.  Kiedy Kiciuś krzyknął, żebym skakał, bez wahania wszedłem na barierkę.
Kiedy przygotowywałem się do skoku, poczułem rękę na nodze. Złapała mnie mocno. Mój nóż odruchowo poleciał i wbił się w głowę zombiaka który mnie złapał. Cios trafił prosto w usta zombie i zatopił się głęboko w gardle. Niestety, ja straciłem równowagę i spadłem. Moja broń została nade mną.  To zaburzyło kompletnie i tak niepewny skok. Czułem jak przekręcam się podczas lotu, a ciężarówka jest coraz bliżej. Trafiłem ręką w krawędź dachu auta i zemdlałem.
                Powoli zacząłem odzyskiwać przytomność. Czułem, że leże na czymś miękkim. Ręka bolała. Ostrożnie spróbowałem otworzyć oczy. Znajdowałem się w jakimś mieszkaniu. Słońce wkradało się przez żaluzje, oślepiając mnie. Podniosłem się ostrożnie i odruchowo sprawdziłem kieszenie. Już pamiętam - straciłem moją główną broń, długi nóż do mięsa, który pozostał w głowie jednego z zombie na tarasie przy szkole. Całe szczęście miałem jeszcze podręczny wojskowy nóż, który był krótszy, ale nawet bardziej zabójczy. Spojrzałem na swoją rękę. Bolała, ale najwyraźniej nie była złamana, bo mogłem nią ruszać. Wstałem i wyszedłem do sąsiedniego pomieszczenia, którym była kuchnia. Przy stole siedzieli moi kompani: Nieznajoma, Bochen, Goku oraz Kiciuś. Wyraźnie ucieszyli się na mój widok :
Stary! Aleś nam stracha napędził! Myślałem, że zginiesz od tego upadku – powiedział Kiciuś, wstając i podchodząc do mnie.
Która godzina? Nasz plan… — wyszeptałem, przerażony faktem, iż mogłem tak leżeć nawet od paru godzin – Gdzie my w ogóle jesteśmy?
Jak upadłeś, szybko z Ernim podnieśliśmy cię i przetransportowaliśmy do pobliskiego bloku. Całe szczęście zero zombie. Było całkowicie czysto. No i od upadku minęło z dwie godziny – odpowiedział Bartek.
Kurwa… — ze złości kopnąłem w pobliską szafkę.
Nie martw się, wszystko załatwiłem – uspokoił mnie Kiciuś – Dzwoniłem do Eryczka, wygląda na to, że zasięg nie padł jeszcze kompletnie. Ma być za jakąś godzinę w parku przy operze, ale spokojnie – powiedział widząc złość, na mojej twarzy – nic mu nie będzie. Oprócz niego i Natalii idą również dwaj inni. Bartek i Damian, pamiętasz, te ziomki z działki.
Uspokoiłem się. Podszedłem do okna i wyjrzałem. Długa ulica ciągnąca się w głąb miasta. Widziałem operę i park będące naszym kolejnym celem, oraz pojedyncze zombie, szukające kolejnego źródła pożywienia. Nie wyglądało to zbyt zachęcająco, ale musiałem być podporą dla moich przyjaciół:
A więc wychodzimy stąd wszyscy, zgarniamy resztę i kontynuujemy nasz plan? – spytałem kolegę.
Dokładnie.