Rozdział 3 jest wyjątkowo krótki, porównywalny długością z rozdziałem 1. Jest tu jednak trochę akcji i niezbędne dla dalszej fabuły motywy. Kolejny rozdział będzie dosyć szybko, chcę jak najszybciej zacząć wam wrzucać konkretną akcję ;) Jak zwykle polecam odpalić dobrą muzykę, przeczytać, a następnie polecić bloga dla znajomych oraz komentować i udzielać rad, co mogę poprawić :D
Korekta: Pablord
-----------------------------------------------------------
Rozdział 3 : Upadek
Drzwi puściły w ostatniej chwili.
Pchaliśmy z całej siły, kiedy Bochen z Ernim odganiali pierwsze zombie,
dobierające się do nas. Naprawdę przestraszeni, wbiegliśmy do klatki schodowej
widząc tylko jedną drogę, na górę.
Pozostałe odnogi to były ślepe uliczki, prowadzące do mieszkań i korytarz
kończący się windą. Nie mogliśmy ryzykować czekaniem na maszynę, która i tak
zapewne nie działała.
Ruszyliśmy sprintem, przeskakując
po parę schodków naraz i zatrzymując się dopiero na najwyższym piętrze. Stały
tutaj szafki, wyrzucone prawdopodobnie przez jednego z poprzednich mieszkańców
bloku. Bez słów wzięliśmy jedną z Ernim i zastawiliśmy drogę ze schodów. Wciąż było
słychać wchodzące niżej zombie. Nieznajoma wraz z Bochenem sprawdzali pobliskie
drzwi, lecz wszystkie albo były zamknięte, albo odkrywały opustoszałe
mieszkania, które mogły nas jedynie zgubić :
— Co teraz kurwa? – wrzasnął
Goku, patrząc na czubki głów szwendaczy wspinających się na schodach.
— Spójrzcie tutaj! – zawołała
uradowana dziewczyna, wysuwając drabinę na dach.
— Myślicie, że to
dobry pomysł? – zapytałem, przesuwając kolejny element szafy na schody.
— Chyba nie mamy innego
wyjścia bracie – powiedział spokojnie Erni, sprawdzając stabilność barykady
— Nie jesteśmy gotowi na odpieranie ataku
takiej grupy. Musimy się stąd wydostać i jak najszybciej realizować nasz plan.
Nie mamy czasu…
Zostawiając za sobą barykadę i zbliżające
się żywe trupy, ruszyliśmy drabiną na taras widokowy. Ja wszedłem ostatni.
Wszyscy byli zamurowani zastałym widokiem. Ktoś zaklął paskudnie. Ulica z
której dostaliśmy się do budynku była całkowicie osaczona. Wielu z martwych,
właśnie w tej chwili, wchodziło do budynku, a drugie tyle było już w środku.
Podszedłem do drabiny i wsunąłem ją ponownie na górę, aby odciąć zombie szybszą drogę na dach. Nie byłem pewien tego, czy potrafią się one wspinać. Mój
umysł nie był w stanie ogarnąć tego wszystkiego. Ci wszyscy martwi ludzie.
Kiedyś byli częścią mojego życia, a teraz czołgali się, aby mi je
odebrać.
Rozejrzałem się po okolicy. Park
przy operze wydawał się czysty. Mieliśmy świetną okazję, żeby ruszyć w tamtą
stronę, jedyną przeszkodą było dziesięć metrów wysokości. Wszyscy z grupy, oprócz
Erniego, rozglądali się uważnie szukając jakiejkolwiek szansy na normalne
zejście. Niestety taras był położony tak, że niemożliwym było wejście stąd na
dach, ani zjechanie w jakikolwiek sposób. Oprócz tego, męczyła mnie jeszcze
jedna rzecz :
— Hej – skierowałem
słowa do nieznajomej, która spojrzała na mnie swoimi zielonymi oczyma – muszę ci zadać ważne pytanie… Czy ty w ogóle
planujesz iść z nami?
Dziewczyna zastanawiała się trochę. W końcu usłyszałem jej
głos :
— Tak… O ile będę mogła. Moja rodzina nie żyje.
Dostałam wiadomość od brata, który
ucieka stąd wraz z dużą grupą ludzi na północny zachód. Potrzebuje pomocy… — ostatnie
słowa przypominały bardziej płacz niż stwierdzenie. Spojrzałem na Erniego.
Wiedział, że to komplikuje nasz plan. Ze szkoły mieliśmy wyjść we dwóch. Jest
nas pięcioro. Wiedzieliśmy, że musimy ze sobą pogadać, ale obaj zrozumieliśmy, że
nie czas i pora na to. Szczególnie, że usłyszeliśmy nagły huk, oznajmujący, że
barykada została sforsowana.
Momentalnie w dziurze zobaczyliśmy hordę
ohydnych mord i wyciągniętych resztek rąk, próbujących nas złapać. Nie
zwlekając wyciągnąłem nóż i zacząłem ciąć szybkimi ciosami w dół, mając nadzieję,
że okaleczę je, albo chociaż na chwilę zatrzymam. Każde palce, które pojawiały
się na dachu, zostawały natychmiastowo ucinane. Śniadanie podchodziło mi do
gardła, ale wiedziałem, że muszę to robić, bo inaczej wdrapią się tutaj i
zginiemy.
Bochen tymczasem wypatrzył
całkiem wysoki tir stojący tuż pod blokiem, do którego nie mieliśmy aż tak
wielkiej odległości jak do ziemi. Czarnowłosy przedstawił swój plan reszcie i
pierwszy wychylił się za barierkę, szykując się do skoku. Ja osłaniałem resztę.
Nie liczyłem ile czego uciąłem, ale byłem pewien, że okaleczyłem przynajmniej
dziesięciu. Niestety trupy zaczynały się wspinać. Jeden z nich o mało nie
złapał mnie i gdyby nie szybka reakcja Erniego, byłoby po mnie. Bochen
denerwował się, a odgłosy agonii za jego plecami nie pomagały. Przełamał się
jednak i skoczył. Usłyszeliśmy dźwięk wginanej blachy i po chwili okrzyk
oznajmiający, że nic mu się nie stało i jest całkiem bezpiecznie. Co lepsze, miejsce, na które skoczył nie było otoczone przez zombie, które wciąż były po
drugiej stronie budynku.
Zaraz po Bochenie skoczył Goku i
Nieznajoma. Kiedy Erni wchodził na barierkę, na tarasie było już pięciu
szwendaczy, którzy wspięli się po trupach swoich kumpli. Gdyby ktoś obserwował
tą sytuację z środka budynku, zobaczyłby mnóstwo zombie, które ogarnięte żądzą
mordu, próbowały wspinać się po sobie, żeby tylko zatopić zęby w ciele
człowieka. Osłaniając Ernesta zamachnąłem się na pierwszego, pozbawiając go równowagi
i odpychając nogą. Drugiego i trzeciego po prostu wepchnąłem z powrotem do
dziury. Kiedy Kiciuś krzyknął, żebym
skakał, bez wahania wszedłem na barierkę.
Kiedy przygotowywałem się do skoku, poczułem rękę
na nodze. Złapała mnie mocno. Mój nóż odruchowo poleciał i wbił się w głowę
zombiaka który mnie złapał. Cios trafił prosto w usta zombie i zatopił się
głęboko w gardle. Niestety, ja straciłem równowagę i spadłem. Moja broń została
nade mną. To zaburzyło kompletnie i tak niepewny skok. Czułem jak przekręcam się
podczas lotu, a ciężarówka jest coraz bliżej. Trafiłem ręką w krawędź dachu auta
i zemdlałem.
Powoli
zacząłem odzyskiwać przytomność. Czułem, że leże na czymś miękkim. Ręka bolała.
Ostrożnie spróbowałem otworzyć oczy. Znajdowałem się w jakimś mieszkaniu.
Słońce wkradało się przez żaluzje, oślepiając mnie. Podniosłem się ostrożnie i
odruchowo sprawdziłem kieszenie. Już pamiętam - straciłem moją główną broń,
długi nóż do mięsa, który pozostał w głowie jednego z zombie na tarasie przy
szkole. Całe szczęście miałem jeszcze podręczny wojskowy nóż, który był
krótszy, ale nawet bardziej zabójczy. Spojrzałem na swoją rękę. Bolała, ale
najwyraźniej nie była złamana, bo mogłem nią ruszać. Wstałem i wyszedłem do
sąsiedniego pomieszczenia, którym była kuchnia. Przy stole siedzieli moi
kompani: Nieznajoma, Bochen, Goku oraz Kiciuś. Wyraźnie ucieszyli się na mój widok
:
— Stary! Aleś nam
stracha napędził! Myślałem, że zginiesz od tego upadku – powiedział Kiciuś,
wstając i podchodząc do mnie.
— Która godzina? Nasz
plan… — wyszeptałem, przerażony faktem, iż mogłem tak leżeć nawet od paru
godzin – Gdzie my w ogóle jesteśmy?
— Jak upadłeś, szybko
z Ernim podnieśliśmy cię i przetransportowaliśmy do pobliskiego bloku. Całe
szczęście zero zombie. Było całkowicie czysto. No i od upadku minęło z dwie
godziny – odpowiedział Bartek.
— Kurwa… — ze
złości kopnąłem w pobliską szafkę.
— Nie martw się, wszystko załatwiłem – uspokoił mnie Kiciuś – Dzwoniłem do Eryczka, wygląda na to, że zasięg nie padł jeszcze
kompletnie. Ma być za jakąś godzinę w parku przy operze, ale spokojnie – powiedział
widząc złość, na mojej twarzy – nic mu nie
będzie. Oprócz niego i Natalii idą również dwaj inni. Bartek i Damian,
pamiętasz, te ziomki z działki.
Uspokoiłem się. Podszedłem do okna i wyjrzałem. Długa ulica
ciągnąca się w głąb miasta. Widziałem operę i park będące naszym kolejnym celem,
oraz pojedyncze zombie, szukające kolejnego źródła pożywienia. Nie wyglądało to
zbyt zachęcająco, ale musiałem być podporą dla moich przyjaciół:
— A więc wychodzimy
stąd wszyscy, zgarniamy resztę i kontynuujemy nasz plan? – spytałem kolegę.
— Dokładnie.