Kochani!
Zdaję sobie sprawę, że nie każdy śledzi mnie na Youtube i niektórzy myślą, że blog jest porzucony. Nic bardziej mylnego! Fabuła na cały szósty tom jest zaplanowana, po prostu przez drugi projekt pisarski (Peccatorum), nie mam czasu na pisanie Apo. Nie wiem kiedy się to zmieni, ale postaram się Wam dostarczyć kolejne rozdziały przygód Bobra i całej grupy. Macie 5 tomów, które możecie sobie czytać na boku i wracać do tych przygód. Jak pojawi się kolejny rozdział na pewno o tym się dowiecie, a także jak ruszy samo pisanie to będę o tym informował na wszystkich mediach społecznościowych.
Mam nadzieję, że nie zapomnieliście o starej, dobrej Apokalipsie i mimo wszystko będzie czekać!
Tutaj podrzucam różne przydatne linki, które warto śledzić, w oczekiwaniu na dalsze informacje (a także jak ktoś po prostu lubi mój styl pisania):
Youtube - http://youtube.com/mrbobru
Facebook - https://www.facebook.com/MrBobru
Peccatorum (Drugi blog) - https://projectpeccatorum.blogspot.com/
https://www.youtube.com/watch?v=7qN8-84xOs8 - TUTAJ INFORMACJE O 6 TOMIE!!!
Dziękuje za cierpliwość i liczę, że jak najszybciej spotkamy się ponownie w klimatach zombie
czwartek, 25 października 2018
środa, 3 stycznia 2018
Rozdział 25: Nowy dzień
Rozdział 25, ostatni w tomie 5. No cóż, dotrwaliśmy do tej wiekopomnej chwili, która powinna nastąpić już dawno temu. Ale się doczekaliśmy także możecie poznać zakończenie tego tomu, a właściwie wstęp do wydarzenie z kolejnego, który oczywiście również powstanie w swoim czasie. Mam nadzieję, że macie jeszcze jakieś zaufanie do tej serii i mimo wszystko gdy nadejdzie ten moment, to ruszycie do czytania 6 tomu. Nie mam pojęcia, kiedy się go spodziewać, osobiście stawiałbym ten rok, ale nie chcę nic obiecywać. Także po raz ostatni w tym tomie zapraszam do czytania, a po przeczytaniu proszę o komentarz oraz rozesłanie bloga znajomym.
POV:
Irek - Rozdział 25 - Dzień 8 - Przeprowadza nocne działania z Dziarą
Zuza - Dzień 8 - Jest w obozie w Płocku
Bobru - Dzień 8 - Jest w obozie w Płocku
----------------------------------------------------
Rozdział 25: Nowy dzień (IREK, ZUZA, BOBRU)
Irek
Auto
zatrzymało się na poboczu. Droga wyglądała na czystą, chociaż to wcale nie
dawało mi poczucia bezpieczeństwa. Tylko ja wiedziałem jak wielkie zagrożenie
na nas czyha. Nikt nie miał pojęcia, co tak naprawdę się tutaj działo, a ja
miałem związane ręce i chociaż chciałem pomóc to musiałem słuchać Krawca. Trzymał
mnie w szachu nie będąc nawet przy mnie. Co najgorsze, jego manipulacja była na
tyle skuteczna, że zdołał przesunąć większość sił Torunia i Inowrocławia tylko
przy mojej pomocy. Zabawiał się nami wysyłając nas w tą i z powrotem, a ja
wiedziałem, że cierpliwość Dziary się kończy. Siedział teraz obok mnie, na
tylnym siedzeniu auta i widać było, że intensywnie myśli nad rozwojem wydarzeń.
Samochodem kierowała Ewelina, a obok niej siedział Michael. Czekaliśmy.
Był
środek nocy. Wszyscy byliśmy zmęczeni i marzyłem tylko o tym żeby się położyć
spać, ale wiedziałem, że nikt teraz nie śpi. Wszędzie coś się działo, a ja
byłem tylko w jednym z wielu miejsc, gdzie ważyły się losy okolicznych grup.
Drugim takim na pewno był Płock, gdzie według słów Krawca, nowy obóz Bobra był
otoczony przez stado. Pozostała jego część zmierzała na zachód, prosto w naszą
stronę. Jedyną nadzieją dla Toruńskiej
Ostoi Ocalałych była solidarność żywych przeciwko martwym. Rozkazy zostały
wydane i wszystkie jednostki formowały stanowiska do obrony. Wiedzieliśmy, że
nie wybijemy tak ogromnego stada, ale chcieliśmy je jak najbardziej pomniejszyć
i zatrzymać, żeby mury Ostoi wytrzymały oblężenie. Wszystkie okoliczne
posterunki, wliczając w to największy – Drugi Posterunek, były zebrane w Toruniu.
Całe zapasy, okoliczna broń i reszta zostały przetransportowane do największego
obozu i czekały. Ostoja nigdy nie miała problemów z wyżywieniem czy uzbrojeniem
jej mieszkańców, ale teraz, kiedy wisiała nad nami wizja dni, a może nawet
tygodni obrony w miejscu, bez możliwości wyjścia to przestało to już wyglądać
tak kolorowo.
Na
drodze przed nami zobaczyliśmy światła. Chociaż wszystko wydawało się być już
ustalone to czułem pewien stres. Nie ufałem tym ludziom. Poruszali się jednym
pojazdem tak jak my, nikt nie chciał, żeby doszło do rozlewu krwi. Ich samochód
terenowy stanął parę metrów przed naszym. Obserwowałem, jak drzwi się otwierają
i ze środka wychodzi piątka ludzi. Dziara dał znak i my również opuściliśmy
nasze auto. Nocne powietrze pobudziło mnie nieco, ale nie zmieniło planów i
marzeń, o tym, żeby się przespać. W okolicy panował mrok, a jedynym źródłem
światła były światła wytwarzane przez samochody. Rozciągały się po całej ulicy,
rzucając dosyć upiorne cienie na całość.
Po
stronie Złomiarzy pierwsza w oczy rzuciła się ich przywódczyni – Wanda. Miała
rude włosy i była kobietą w moim wieku. Towarzyszyło jej czterech mężczyzn,
którzy nie mieli broni w rękach, ale widać było karabiny przewieszone przez
plecy. Wyglądali groźnie. Podejrzewałem jednak, że my również nie wyglądaliśmy
zbyt przyjaźnie. Obie grupy stanęły naprzeciw siebie. Wanda, która najbardziej
wyróżniała się ze swoich ludzi miała długi, czarny, skórzany płaszcz i zakryła
większość swoich bujnych włosów kapturem. Kiwnęła głową na przywitanie.
- Słyszałam od swoich
ludzi, że chcecie porozmawiać o pewnej, wyjątkowo zachodzącej za skórę, grupie
– zaczęła dialog bez przywitania, przechodząc prosto do rzeczy.
- Dobrze słyszałaś – odpowiedział
Dziara – Wiem, że stosunki między naszymi
obozami, w najlepszym wypadku, bywały co najwyżej znośne, ale mamy większy
problem niż walka o szlaki i wchodzenie na swoje terytorium.
- Co się stało z moim
patrolem na wschód stąd? – zapytała.
- Zostali zabici przez
Zszytych – odpowiedziałem, wcinając się w rozmowę. Jeden z mężczyzn
otworzył szeroko usta. Na jego twarzy pojawił się grymas. Widziałem jak sięga
po pistolet i wyciąga go, celując w nas. Wszystko stało się dosyć szybko i w
ułamku sekundy staliśmy celując do siebie. My w nich, a oni w nas.
- Spokojnie – starał
się uspokoić sytuacje Dziara – Wanda
powstrzymaj go, zanim przegramy tą całą wojnę zanim na dobre się zacznie.
Wanda
spojrzała na swoich ludzi i powoli dała znak do uspokojenia się. My poszliśmy
ich przykładem i puściliśmy incydent w niepamięć, chowając pistolety i karabiny
na swoje miejsce.
- Tam był… - zaczął
mężczyzna, który spowodował zamieszanie.
- Wiem. Idź do auta,
uspokój się i daj nam porozmawiać – odpowiedziała krótko. Posłuchał się jej
i po chwili zostaliśmy na drodze w równej ilości – Przepraszam za jego zachowanie. W patrolu był ktoś bliski jego osobie.
Wracając jednak do tematu, ufam, że nie wybiliście moich ludzi i nie bylibyście
tak bezczelni, żeby kłamać mi w żywe oczy przychodząc do mnie z wyciągniętą
ręką.
- Wierz w co chcesz,
nie to jest tematem rozmowy – odpowiedział ostro Dziara – Zszyci nadchodzą i Toruń będzie się bronił.
Każda pomoc się przyda, dlatego wychodzę z propozycją żebyśmy połączyli siły.
Na
drodze przez chwilę było słychać tylko wiatr. Wanda myślała nad słowami
przywódcy Czerwonych Flar i Toruńskiej Ostoi Ocalałych. Trzymała nas jednak w
niepewności przez dobre dwie minuty. W końcu zapytała:
- Jak to widzisz?
- Normalnie. Nie
musimy nawet łączyć sił, stado jest na tyle szerokie, że nie ma mowy o
trzymaniu jednej drogi. Ważne żeby Twoi ludzie jakkolwiek dołączyli do walki i
pilnowali głównej drogi z nami, nawet na innym odcinku. Wiesz, że Krawiec
nienawidzi was bardziej niż kogokolwiek w tym rejonie?
- Wiem. Ale co dalej?
Jak wygląda cały plan?
- Nie ma konkretnego
planu – znowu w głosie Dziary dało się usłyszeć zniecierpliwienie – Chodzi po prostu o wybicie tyle ile się da,
zanim te potwory nas zasypią. Zorganizujemy schrony i będziemy musieli to
przeczekać, ale jak damy się uderzyć tak ogromną falą to nie uratuje nas nic.
Dlatego musimy zniszczyć tyle ile się da, a potem wycofać i schować się jak
myszy pod miotłą i po prostu zaczekać aż to wszystko minie.
- Skąd mam mieć pewność,
że w kluczowym momencie nie zaatakujesz moich ludzi z zaskoczenia?
- Nie masz takiej
pewności, ale cholera jasna – tutaj gniew w głowie był już zdecydowanie
słyszalny – czy ja ci wyglądam na
człowieka, który poświęci swoich ludzi, dając im zginąć od fali żywych trupów,
tylko dlatego żeby wyrównać jakieś śmieszne, osobiste porachunki?
- Nie –
odpowiedziała, a w jej głosie można było usłyszeć, coś przypominającego
zawstydzenie – Dobra. Rozumiem jak to ma
wyglądać, gdzie mamy się stawić?
- To zgoda? – upewnił
się Dziara.
- Zobaczymy.
Podeszliśmy
do maski naszego auta i przyświecając latarkami rozłożyliśmy mapę okolic, którą
Ewelina wyciągnęła z schowka w samochodzie. Dziara przez chwilę przypatrywał
się trasie, po czym wskazał palcem odcinek drogi pomiędzy Grudziądzem, a Toruniem
i stuknął w wybrany punkt.
- Tutaj – przesunął
się żeby dopuścić do mapy Wandę. Kobieta zerknęła i przejechała wzrokiem po
całości.
- Na kiedy mam
przygotować ludzi? – zapytała.
- Jak najszybciej.
Stado najpierw uderzy w naszą część drogi, ale w waszej pojawi się maksymalnie
parę godzin później. Przy pierwszym uderzeniu mamy szansę na zabicie
największej ilości, podczas wycofywania się to już nie to samo. Posiadacie materiały wybuchowe?
– zapytał Dziara.
- Coś tam mamy, damy
sobie radę. Nie myśl, że jak nie jesteśmy z Twojego obozu to nie mamy nic do
powiedzenia – powiedziała kąśliwie Wanda.
- Nawet tak nie
założyłem. Tak czy siak, po powrocie do obozów zacznie się długie i żmudne
wyczekiwanie, aż to wszystko się skończy. Stado może zostać w okolicy nawet
parę tygodni, a oczyszczanie resztek po nim to będzie prawdziwy koszmar.
Dlatego chcę żeby zawieszanie broni trwało dłużej niż te cholerne parę godzin
obrony drogi – tą informacją zaskoczył nas równie mocno jak Wandę, która
odwróciła do niego głowę, a jej wyraz twarzy przedstawiał szczere zdumienie.
- Nie zgodziłam się
jeszcze na pierwsze, a już mówisz o drugim i to znacznie dłuższym? – zapytała
zaskoczona.
- Oczywiście, że
zgodziłaś się na pierwsze. Wysłuchałaś wszystkiego i nadal tu jesteś, więc
widzę jak poważnie podeszłaś do tematu. Co do drugiego, to tylko dla dobra
moich ludzi. Jak stado zniknie, albo rozwiążemy raz na zawsze problem z Krawcem
to będziemy mogli wrócić do wrogości lub neutralności, jak wolisz. Z biegiem
czasu człowiek zaczyna rozumieć więcej i widzieć, co naprawdę może zaszkodzić,
a co jest tylko utrudniaczem – Dziara mówił na tyle szybko, że wydawał się
mieć to wszystko gotowe do powiedzenia od dawna. Przywódca Czerwonych Flar
przebył naprawdę długą drogę do stania się tym, kim jest teraz. To było
inspirujące – Dlatego przygotuj swoich
ludzi, brońmy naszych ziemi i spotkajmy się po tym wszystkim, żeby ustalić
warunki naszej relacji. Powodzenia.
Skończył
rozmowę nawet nie czekając specjalnie na odpowiedź Wandy. Bez wątpienia zrobił
na niej wrażenie. Chociaż relacja między nami wyglądała tak, że on więził mnie
kiedyś jak zwierzę w klatce bez większego powodu i chciał sprzedać, a teraz był
kimś w rodzaju mojego tymczasowego szefa, to nabrałem do niego prawdziwego szacunku.
Po człowieku, który kombinował jak mógł żeby osiągnąć swój cel nie było śladu.
Teraz istniał tylko dowódca bez kciuków, który walczył o wspólną sprawę i
wychodziło mu to.
Wsiedliśmy
do auta szykując się do odjazdu. Ewelina zdążyła jeszcze oddać mapę z
zaznaczonym miejscem zbiórki ludziom Wandy. Teraz musieliśmy wrócić do
rozkładanej barykady i przygotować się na coś niesamowitego. Oglądałem się
ostrożnie w każdym momencie, bojąc się zobaczyć znajome kształty. Byłem
zmęczony, ale wiedziałem jedno – tej nocy nikt sobie nie pośpi.
ZUZA
Wybuch
był potężny. Pomimo tego, że został
przysłonięty to odleciałam do tyłu i z impetem uderzyłam w ścianę sąsiedniego
budynku. Zadzwoniło mi w uszach, miałam wrażenie, że świat zamienił się w jeden
wielki wir, a ból pleców wydawał się zwiastować trwałe kalectwo. Słyszałam
krzyki, szczególnie jeden dziewczęcy, jęki trupów, strzały oraz całą masę
innych dźwięków, które wydawały mi się tak obce, jakby były grane przez
nieznane mi instrumenty. Przebijał się przez to też męski głos. Głos, który
poznałam pomimo chaosu i zamieszania, ten, który prowadził mnie przez mrok i
ciemność, nieważne jak bardzo nierealny i zmyślony był. A może nie był?
- Musisz iść dalej – odezwał
się.
- Nie mam dokąd. Tu
jest moje miejsce. Ci ludzie ochronią mnie, a ja zadbam o nich w zamian – mówiłam
powoli, ale podobnie jak mojej świadomości, nie śpieszyło mi się specjalnie.
Chciałem po prostu odpocząć. Przecież uderzyłam tak mocno, że mogłam równie dobrze
zginąć. Tak jak Pablord. Nie znałam go. Czy on poświęcił się dla mnie, a może
zrobił to dla siostry Łapy? Zapewne to drugie, może jednak pomyślał i o mnie i
o niej. Czy nie było innego wyjścia z tej sytuacji?
- Było – odpowiedział
głos – Nie powinnaś była się zatrzymywać,
skąd wiesz, że to Ci ludzie?
- Po prostu wiem,
okej? – odpowiedziałam nieco zdenerwowana – Co ci w tym przeszkadza? Nie żyjesz, nie możesz mnie bronić, ja chcę
żyć, nie chcę dołączać jeszcze do martwych. Jestem przydatna i mogę się przydać.
Dlaczego przestałeś być moim wsparciem? Może ja Ciebie wcale nie potrzebuje.
Potrzebowałam, ale teraz nie żyjesz i powinieneś odpocząć. Przestać siedzieć w
mojej głowie. Zajmij się sobą…
Nie wiedziałam co mnie tak bardzo
denerwuje w tym, co on mówił. Zawsze uznawałam to za plus, że mogę słyszeć
swojego męża i chociaż widziałam jak ginie, to był przy mnie. Teraz mogłam
sobie jednak zadać jedno pytanie, „Jak
możesz być tak żałosna?”. Mój mąż istniał tylko w mojej głowie. Nie mógł mi
pomóc, a ja nie byłam przez niego do końca obecna. Ciągle żyłam przeszłością.
Nie chciałam, żeby to trwało. Chciałam coś zmienić i nie wiedziałam jak to
zrobić. Jedyne, co mi przychodziło do głowy to wzięcie się w garść.
- Kochanie…
- Nie męcz dłużej mnie
i siebie. Odejdź i daj mi spokój. Kocham cię i to nigdy się nie zmieni, ale
chcę żyć. Dla siebie i dla Ciebie. Nie bądź samolubny. Nie obciążaj mnie i daj
mi wstać – moje słowa doprowadzały mnie do płaczu. Cieszyłam się, że mąż
jest tylko wytworem mojej wyobraźni, bo nie chciałabym go tak skrzywdzić w
prawdziwym świecie. Chociaż wiedziałam o tym, że on nie jest realny to wciąż
coś mnie trzymało. Nie dawało spokoju…
Świadomość
wróciła po chwili. Nie słyszałam już głosów w głowie, a te wszystkie
niezidentyfikowane stały się bardziej znajome. Spojrzałam na miejsce, gdzie
wybuchł granat i z przerażeniem zobaczyłam, że leżą tam zwłoki Pablorda, z
oderwaną dużą częścią korpusu i ręką. Nie było mowy żeby przeżył taki wybuch,
nie miałam właściwie pojęcia jak jego ciało zachowała taką stałość pomimo tego
jak blisko eksplozji było. Młoda leżała kawałek dalej, najwyraźniej
nieprzytomna, ale cała. Trupy się wycofywały, najprawdopodobniej dlatego, że
główna brama została zamknięta, a Zszyci przy tej tylnej nie chcieli marnować
jednostek, tylko po to żeby wysłać je na pewną śmierć. Mnie jednak ciekawiło co
innego. Kto wybiegł z kościoła?
Odpowiedź
nadeszła sama, kiedy ze środka wyszła grupa Medyka. Zatrzymali się przy
zwłokach Pablorda, a sam Medyk podszedł do leżącej Młodej i przyłożył jej palce
do szyi.
- Żyje – odpowiedział,
a jego wzrok przeniósł się na mnie – Dasz
radę wstać? – zapytał mnie.
- Potrzebuję chwili,
już jest mi lepiej – odpowiedziałam zgodnie z prawdą i powoli starałam się
ruszyć. Plecy zdawały się być mocno potłuczone, ale nie było najgorzej.
Zachwiałam się delikatnie, ale wszystko się wyrównało i mogłam stanąć na
własnych nogach. Zauważyłam, że Bobru z grupą powoli kończą oczyszczanie placu,
gdy nagle przypomniałam sobie o prośbie Bobra.
- Zająłem się
pacjentami. Musicie wziąć jeszcze tego – wskazał rozerwane ciało – i siostrę Łapy. Jemu nie pomogę, ale ją
opatrzę i zobaczę co da się zrobić. Nie masz wstrząśnienia mózgu Zuza?
- Ciężko powiedzieć,
czuję się oszołomiona, więc bardzo możliwe.
- Dobra, ale udało
się, to jest najważniejsze. Teraz tylko pytanie, dlaczego mieliśmy zdrajczynię
w obozie.
- Zdrajczynię? – zapytałam
– Widziałeś kto wybiegł z kościoła?
- Pewnie. To ta twoja
koleżanka. Sara? – gdy to usłyszałam to przeżyłam szok. Sara? Dlaczego niby
pobiegła za nimi i uciekła, rzucając granat? Czy ona chciała wymierzyć karę
tym, którzy zabili jej matkę Annę dosłownie dwa dni wcześniej? Ale dlaczego
wypuściła granat? Może chciała rzucić w przeciwników, ale w emocjach jej
wypadł? Nie miałem pojęcia jak sobie to ułożyć w głowie, ale wiedziałem jedno –
wszyscy w obozie byli bezpieczni. Oprócz Sary. Miałam jeszcze szansę ją dogonić.
Podbiegłam
chwiejnym krokiem do jednego z ciał trupów, których nie brakowało w uliczce.
Smród i ogólny widok sprawiał, że żołądek podjeżdżał mi do gardła. Walczyłam z
tym chwilę, po czym upadłam na kolana i zwymiotowałam solidnie, zalewając sobie
rękawy i spory odcinek uliczki. Aż mną trzęsło, gdy wypadały ze mnie resztki
jedzenia. Złapałam gwałtowany oddech. Trup, który leżał przede mną wyglądał
równie paskudnie jak ja teraz. Miał jednak idealną ranę, która odsłaniała jego
wnętrzności i dawała mi możliwość wysmarowania się tym wszystkim.
- Co ty wyrabiasz?
Dziewczyno, ledwo trzymasz się na nogach, gdzie idziesz? – zapytał Medyk – Choć opatrzę cię i tyle. Tamta pobiegła
dobre parę minut temu i jest otoczona trupami. Życie ci do cholery nie miłe? – w
jego głosie oprócz troski pojawiło się coś przypominające mieszankę
rozczarowania i zdenerwowania.
- Dam sobie radę.
Obiecałam ją chronić, jeżeli nie znajdę jej na zboczu to wrócę. Nic mi nie
będzie, nie leźcie za mną – powiedziałam równie zmęczona co zła na całą
sytuacje.
Wiedziałam,
że ryzykuje wiele. Chciałam jednak dowiedzieć się co się stało z Sarą. Nie
zamierzałam specjalnie ryzykować, zejść jedynie o kawałek. Może akurat ją
gdzieś znajdę. Włożyłam rękę do wnętrza jednego z trupów i zaczęłam wygrzebywać
resztki flaków i brudną krew. Rozsmarowanie tego nie było łatwe, ale w końcu
byłam pokryta od stóp do szyi, z niedużymi fragmentami na policzkach, czole
oraz włosach. Cuchnęło potężnie. Wstałam, nieco pewniej niż dwie minuty temu i
spojrzałam na Medyka, który przyglądał się całej sytuacji.
- Nie wiem po co tam
idziesz dziecko – zastanowił się na głos – Dziewczyna jest stracona. Nieważne czy poszła się zemścić, czy była z
nimi od początku. Obie opcje oznaczają śmierć dla niej, a prawdopodobnie też
dla Ciebie. Odpuść sobie, raz w życiu…
- Zaraz wrócę – obiecałam,
po czym ruszyłam w kierunku furtki. Droga na dół była stroma i małe schodki nie
poprawiały mojej sytuacji. Starałam się jednak zbiegać najszybciej jak potrafiłam.
Trupy były tuż obok mnie, ale kamuflaż zadziałał tak jak wtedy, gdy
podróżowałam sama i wpadłam na Sarę oraz jej matkę na drodze. Zombie co prawda
odwracały się w moją stronę, chociaż i to niektóre, ale na tym kończyła się ich
aktywność. Nie reagowały też specjalnie na to, że się przez nie przepychałam.
Chciałam tylko dotrzeć do zbocza i zobaczyć, czy po drodze znajdę gdzieś Sarę.
Zniknęła z góry zaledwie pięć czy dziesięć minut temu, a stado sunęło powoli,
więc była jeszcze nadzieja. Wiedziałam, że to co robię jest niebezpieczne i
głupie, ale nie dawało mi to spokoju. Jeżeli to przeze mnie mieli tyle
informacji o tym obozie, przez to, że pomogłam Sarze i trzymałam ją przy życiu,
to było bardzo źle. Na razie jednak skupiłam się na tym, co przede mną.
Trupy
rozlewały się coraz bardziej, przez co, chociaż było dosyć ciasno, to dało się
przejść. Starałam się ograniczać kontakt, ale martwe ciała uderzały we mnie co
chwilę, szczególnie w większych zbiorowiskach. Szukałam pomiędzy morzem zombie
tej jednej twarzy, a właściwie sylwetki, byłam pewna, że nie ma mowy o
znalezieniu Sary, kiedy miała ubraną maskę Zszytych. Dlatego przepychając się,
oprócz starań o niewykonanie zbyt gwałtownego ruchu, patrzyłam. Mój wzrok
przebiegał po brudnych, wyniszczonych i zakrwawionych twarzach mężczyzn oraz
kobiet w przeróżnym wieku, stanie rozkładu, ozdobionych krwią, resztkami
flaków, sadzą, śladami po broniach białych i wieloma innymi, ciężkimi do
zidentyfikowania pozostałościami.
Zrezygnowana
brnęłam w dół, schodząc powoli na zboczę wzgórza, gdzie górka spotykała się z
ulicami miasta. Właśnie nimi szliśmy ostatnio po sprzęt medyczny dla Łapy.
Trasa wydawała się być zupełnie inna, gdy było tu tak tłoczno. Powoli
zaczęliśmy zagłębiać się w labirynt uliczek i domków oraz bloków, wychodząc na
typowe przedmieścia. Nie sądziłam, żeby warto było zagłębiać się dalej. Nie
mogłam jej znaleźć, było ciemno, trupów było jeszcze więcej. Najgorsze było
jednak to, co stało się po chwili. W mój policzek uderzyło coś mokrego. Byłam
przekonana, że mi się wydawało, do czasu, aż poczuła to znowu i jeszcze raz.
Deszcz. Musiałam się gdzieś schować, bo wiedziałam, że jak zacznie porządnie
padać to cały zapach, który maskował moją obecność przed trupami zniknie.
Zdenerwowana, zaczęłam się przepychać, a na moich oczach rozpętała się
prawdziwa ulewa. Czułam jak krew spływa mi po twarzy i cały potworny makijaż
powoli rozmywa się, ukazując moją przerażoną twarz.
Wpadłam
w niemałą panikę i jedyne czego chciała to wpaść do pierwszego lepszego domu i
przeczekać to wszystko. W końcu nie miałam teraz jak zawrócić. To co rzuciło mi
się w oczy to jeden z bloków, do którego drzwi od klatki były otwarte. Nie
widząc lepszej opcji i nie widząc w tym nic nadzwyczajnie dziwnego, przepchałam
się przez zombie i dotarłam do wejścia. Gdy znalazłam się wewnątrz, cieszyłam
się ciszą i spokojem, jakie mnie otoczyły. Na wszelki wypadek przymknęłam drzwi
i powoli wspięłam się po schodkach. Dźwięk stada, chociaż słyszalny, wydawał
się być mocno wytłumiony. Solidnie zagłuszał go też deszcz, który padał jak
szalony. Nie było szans żebym się stąd ruszyła przez najbliższe godziny.
Chciałam tylko znaleźć jakieś mieszkanie, może coś do jedzenia i przebrania się
i przeczekać. Wiedziałam, że jak dobrze zabarykaduje się wewnątrz, to będę
mogła nawet zasnąć, przecież nikt nie zakradnie się do mnie podczas snu, nie
miałby jak przejść tego stada.
Zaczęłam
poszukiwania kryjówki. Na parterze wszystkie trzy mieszkania były niestety
zamknięte. Nie mogłam nic z tym zrobić, a nie chciałam bawić się w wyłamywanie
zamka, albo wyważanie drzwi, szczególnie, że plecy dalej mnie bolały po
wybuchu, a nie czułam się też najlepiej przez delikatne zawroty głowy. Wspięłam
się na pierwsze piętro i tutaj od razu los się do mnie uśmiechnął. Jedno z
dwóch mieszkań było otwarte. Zadowolona powolutku otworzyłam drzwi i trzymając
w ręce pistolet, który jakimś cudem nie wypadł mi podczas wybuchu w obozie,
weszłam do środka. Mieszkanie na pierwszy rzut oka wydawało się być puste. Gdy
weszłam do pomieszczenia odpowiedzialnego za salon, przechodząc przez korytarz,
w którym unosiła się masa kurzu, wiedziałam, że coś jest nie tak. W środku, z
dwóch różnych stron, zobaczyłam ruch. To tak bardzo wybiło mnie z rytmu, że nie
wiedziałam, w który wycelować. Ostatecznie nie podniosłam nawet dobrze broni,
kiedy ktoś uderzył mnie w rękę i wybił pistolet z dłoni. Próbowałam się
zamachnąć i uderzyć napastnika w twarz, ale byłam zbyt wolna. Zostałam
przyciśnięta do ściany. Poczułam ostrze noża drażniące skórę na mojej szyi.
Nagle
podbiegł ktoś z lampą. Światło początkowo mnie oślepiło, ale po chwili zdałam
sobie sprawę, że znalazłam to, czego szukałam. Byłam w salonie z piątką
Zszytych, a osobą, która trzymała nóż przy mojej szyi była Sara.
BOBRU
Mogłoby
się wydawać, że dotarliśmy do obozu najszybciej jak się dało. Ale czy pośpiech
był warty ceny? Uratowaliśmy Giganta i całą resztę, która była uwięziona przy
bramie, ale czy to wszystko nie rozwinęło się okropnie źle? Łowca został
ugryziony. Tak bardzo żałowałem, że ślady zębów nie pojawiły się na ręce lub na
nodze. Wtedy byłaby jeszcze nadzieja. Teraz pozostawał tylko żal. Kolejna
bliska mi osoba umierała. Obóz ledwo ocalał, ale gdy zaczął padać deszcz
zauważyłem, że bezpieczeństwo również nie było darmowe. Zwłoki Pablorda, a
właściwie ich pozostałości, prezentowały się dosyć nędznie na bruku przed
tylnym wejściem do kościoła. Krystek i dwójka ludzie z Płońska wciąż byli
uwięzieni na budynkach. Oni byli bohaterami tego wieczora, dali nam szansę na przetrwanie.
Miałem nadzieję, że nic złego się im nie stało. Minie tyle czasu, zanim
wszystko stanie tu na nogi.
Olaf i
jego ludzie zajęli się powolnym zbieraniem ciał na stos. Grupa z kościoła
również przyłączyła się do pomocy, chcieliśmy oczyścić wszystko za jednym
razem. Wszedłem do kościoła. Wiedziałem, że nikt nie będzie mi miał za złe, że
nie pomagam. W końcu straciłem dzisiaj więcej niż ktokolwiek inny. To nie były
żadne zawody, ale wiedziałem, że nikt nie odczuł tak tego ciosu, jak ja.
Zobaczyłem na jednej z ławek siedzącego z zasłoniętą dłonią twarzą Mateusza.
Nie podchodziłem jednak do niego. Teraz ktoś inny miał priorytet jeżeli
chodziło o rozmowę. Ruszyłem powoli na zaplecze, mijając pokój, w którym leżała
Łapa. Usłyszałem co się stało, ale zaskakująco nie przejąłem się aż tak bardzo.
Może to dlatego, że jej stan był już stabilny, a działo się tak wiele, może
dlatego, że w głębi czułem, że zasłużyła na karę? Nie chciałem żeby nic jej się
stało, mimo tego nie potrafiłem aż tak wczuć się w to wszystko.
Głównym
powodem takiego, a nie innego zachowania było to, że byłem wewnątrz pusty.
Potrzebowałem energii i chociaż odczuwałem jej brak wciąż parłem na przód.
Teraz, po tym co stało się tego wieczora marzyłem tylko o jednym – dorwać
Krawca i zabić go. Do czasu był niegroźny, a czasami nawet przydatny. Teraz
jednak wypowiedział nam otwarcie wojnę. Nie mieliśmy pojęcia jak wielu ma
ludzi, jak bardzo kontroluje okolicę i na jak wiele go stać. Czy Stado to był
szczyt jego możliwości? Miał zakładnika i to bardzo cennego dla mnie, ale czy
jakbym nie odkrył jego planów to nie miałbym na niego haka? Wiedziałem, że to
najniebezpieczniejszy człowiek, jakiego spotkałem na swojej drodze i muszę być
po prostu ostrożny. Czekałem tylko na moment, aż wszystko się ustabilizuje i
będę mógł się zemścić. Musiałem być jednak cierpliwy i zbierać informacje. Na
pewno ma swoje słabe strony, tak jak każdy inny.
Wszedłem
do jednego z mniejszych pomieszczeń, które zostało przemienione w coś w stylu
niedużej lecznicy. Łowca leżał na plecach i oddychał ciężko. Jego oddech był
równie ciężki jak to, jak czułem się widząc go w tym stanie. Podszedłem jednak
i usiadłem obok. Siedzieli przy nim Dymitr oraz Ruda. Brodaty mężczyzna strasznie zżył
się z Łowcą, szczególnie ostatnimi czasy i wiedziałem, że on również przeżywa
ogromną żałobę. Ruda trzymała go za rękę i dawała znak, że jest przy nim,
chociaż sam Dymitr wydawał się być całkowicie nieobecny. Nie zauważył nawet jak
wszedłem do pomieszczenia. Ruda przywitała mnie skinieniem głowy. Cieszyłem
się, że przetrwali, Gigantowi też się udało, więc jedyną ofiarą wycieczki do
Inowrocławia był Pablord. Jego ciało, a właściwie tyle ile udało się zebrać
zostało już przeniesione do wnętrza kościoła.
Usiadłem
po drugiej stronie prowizorycznego łóżka. Nie wiedziałem, co powiedzieć.
- Przejebane – skwitował
krótko Łowca. Jak zwykle jego słowa wyrażały więcej niż tysiąc słów.
- Nie rozumiem kiedy
to się stało…
- Było chaotycznie,
czułem, że coś się do mnie przyczepiło, ale co miałem zrobić? Wierzgać i zabić
was wszystkich. Stało się, trudno. Pogodziłem się ze śmiercią już w Supraślu,
każdy kolejny dzień zawdzięczam tobie i twoim ludziom – słowa Łowcy bolały
bardziej niż się mogłem tego spodziewać. To był filar. Osoba, z którą przeżyłem
niesamowitą przygodę w drodze do Torunia, ktoś kto uratował mnie i Łapę podczas
misji w Supraślu. Zawdzięczałem mu wiele, był moim przyjacielem i nie
potrafiłem się pogodzić z tym, że jest już właściwie trupem – Musicie mnie dobić. Nie chce zamienić się w
jednego z nich – dodał słabym głosem, zupełnie nie pasującym do jego osoby.
Trudno było powstrzymać emocje, gdy taki człowiek jak on szedł na dno.
- Ja to zrobię – odezwał
się nagle Dymitr – Udzielę ci łaski
przyjacielu.
Ruda
rozpłakała się. Po jej twarzy pociekły łzy, które bombardowały pościel na
posłaniu Łowcy. Dymitr przytulił ją, a Łowca tylko kiwnął głową. Obserwowałem
tą sytuację z bólem. Wiedziałem, że po takim ugryzieniu każda minuta będzie
coraz większą męką. Chciałem jednak żeby pozostali mieli okazję się z nim pożegnać,
a szczególnie osoby, które jechały Potworem do Torunia i chociaż większość już
nie żyła to wciąż była Łapa… Właściwie tylko ona. Z całe grupy, która uciekła
ze mną wtedy z Supraśla została tylko ona i Łowca. Ludzie, którzy mnie otaczali
nie żyli długo, tylko ja musiałem obserwować każdą kolejną śmierć i wypełniać
swoje serce coraz to większym żalem.
- Będą ludzie, którzy
chcą się jeszcze z tobą pożegnać. Poczekasz na nich? Sytuacja tutaj powoli się
uspokaja – zaproponowałem. Propozycja brzmiała niesamowicie dziwnie i
miałem problem z spojrzeniem Łowcy w oko, ale ostatecznie jego głos znowu stał
się żywszy i odpowiedział donośnie:
- Daj mi coś do picia,
a przeżyje jeszcze z tydzień.
Już
teraz wiedziałem jak bardzo mi tego będzie brakowało. Wyszedłem jednak z pokoju
i udałem się do głównej części kościoła w poszukiwaniu zapasów. Nie byłem
pewien czy ludzie, którzy się tu bronili cokolwiek zostawili, ale z racji, iż
każdy był zajęty sobą to wolałem nie przeszkadzać. Było sporo do ogarnięcia i
zanim będziemy wszyscy mogli zakończyć tą długą i męczącą noc, to pewne rzeczy
należało dopiąć na ostatni guzik. Gdy nie mogłem znaleźć kompletnie żadnego
alkoholu postanowiłem przejrzeć pobieżnie rzeczy prywatne, leżące w niektórych
miejscach kościoła. Nie planowałem szperać szczegółowo, przecież butelkę mogłem
zauważyć nawet z daleka. W oczy rzucił mi się plecak leżący przy jednym z
zbiorowisk śpiworów i koców. Nie byłem pewien do kogo należy, ale otworzyłem
go. W środku znajdowały się jedynie jakieś nieduże zapasy żywnościowe, latarka
oraz podręczna apteczka. To musiało należeć do Zuzy. Już chciałem odłożyć go na
miejsce, kiedy w oczy rzuciła mi się książka, a raczej notes. Zaciekawiony
wziąłem go do rąk i otworzyłem. W środku był napis „Pamiętnik ocalałego”. Przekartkowałem
go widząc rzędy równych i eleganckich literek, podział na daty i masę rysunków
oraz schematów. Przedstawiały one przeważnie postaci ludzkie, rozrysowanie
różnych części ciała oraz strzałki, adnotacje i informacje. Nie wiedziałem
dokładnie o co chodzi, ale przypomniałem sobie, że Zuza chciała mi coś pokazać.
Czy to mogło być to?
Odłożyłem
jednak pamiętnik na bok, licząc, że Zuza sama mi go da, jeżeli będzie chciała i
kontynuowałem poszukiwania. Chodząc po kościele i patrząc na ludzi z Inowrocławia,
którzy rozłożyli już swój obóz, podszedłem do dwóch połączonych ław, przy
których stał teraz Gigant, Medyk oraz mężczyzna, którego nie znałem. Zacząłem
od przedstawienia się temu ostatniemu.
- Marcin – odpowiedział
podając mi dłoń – To ty jesteś tym słynnym
Bobrem, o którym tyle tutaj mówią. Nie masz pojęcia jaki masz respekt wśród
swoich ludzi – powiedział.
- Mogę wiedzieć jak
się tu znalazłeś? – zapytałem.
- Przypadkiem.
Uciekałem przed hordą i zobaczyłem światła na wzgórzu. Wcześniej wydawało się
opustoszałe, więc teraz mnie zaciekawiło. No i trafiłem idealnie w moment, w
który mogłem coś zmienić i zrobiłem to. Potem poszedłem do szpitala po rzeczy
do wykonania operacji i jakoś postanowiłem, że chciałbym zostać, o ile jest
taka możliwość – wypowiedział to wszystko z dużą pewnością. Mógł się nam
przydać, chociaż chciałem go jeszcze obserwować.
- Zostań, każda para
rąk się w tym momencie przyda – odpowiedziałem ciepło – Mamy jeszcze kogoś nowego? – zapytałem
zaciekawiony Medyka.
- Jest jeszcze jedna
dziewczyna. Nie wiem, gdzie, ale szła z całą grupą na zewnątrz, więc pewnie
rzuciła ci się w oczy – odpowiedział mężczyzna.
- Okej, poszukam jej
zaraz. Nie macie nic mocniejszego do picia? Z Łowcą coraz gorzej… - zapytałem.
- Za dużo ofiar jak na
jedną noc – powiedział cicho Gigant. Przygasł i nie było w nim nic z
energii, którą zazwyczaj tryskał.
- Tak czy siak, ja coś
znajdę. Chodźcie panowie, odwiedzimy starego cyklopa i nieco pobudzimy zanim
trafi do lepszego miejsca – zaproponował Medyk i ruszył powoli w stronę
sali Łowcy.
- Zaraz do was dołączę
– rzuciłem za nimi, patrząc jak w trójkę odchodzą. Spojrzałem na to, z czym
zostałem sam na sam. Ciało. Zniszczone przez eksplozję, w sumie widać jak
bardzo to co widzimy jest powłoką na mięso i flaki, które mamy w środku. Po
Pablordzie nie zostało zbyt wiele. Poświęcił się. Łapa z pewnością doceniłaby
to poświęcenie, bo uratowało to jej siostrę. Ale ona sama leżała teraz w
ciężkim stanie. Musiałem z nią pogadać. Chciałem jednak jeszcze chwilę
posiedzieć z Łowcą, a ją ściągnąć, gdy Łowca będzie chciał już ostatecznie
opuścić ten świat. Spojrzałem ostatni raz na ciało i ruszyłem za resztą. Dziara
będzie musiał się o tym dowiedzieć, w końcu stracił kolejną osobę z Czerwonych
Flar.
Gdy
dotarłem do pomieszczenia było tam znacznie bardziej tłoczno niż ostatnio.
Zdziwił mnie jednak fakt jak donośne śmiechy dobiegały ze środka. Zaciekawiony
wszedłem i zobaczyłem Łowcę, który opowiada jakąś historię, a Medyk dopowiada swoje części. Efekt końcowy był
przezabawny i chociaż sytuacja była ciężka nawet na mojej twarzy pojawił się
uśmiech. Cieszę się, że to był moment, dzięki któremu mogłem zapamiętać Łowcę w
tak pozytywnym aspekcie.
- Słuchajcie, nie ma
co marnować dobrego kawałka mojej duszy. Chcę chociaż częściowo z wami zostać.
Dlatego… - tutaj sięgnął do kieszeni w spodniach i wyciągnął coś – Oddaje ci go. Zaopiekuj się nim, jak mnie
już nie będzie. Broń oddajcie komuś, kto będzie umiał z niej strzelać,
przynajmniej tak jak ja jednym okiem.
Dymitr nie mógł uwierzyć, w to co leżało na jego dłoniach.
Kluczyki do Potwora. Pojazd, którego nie dawał prowadzić nikomu, nigdy. Teraz
przekazywał go w ręce Dymitra. Widziałem na twarzy brodatego, jak bardzo się
stresuje i sam zapewne nie może uwierzyć. Nawet nie przeszło mi przez myśl, że
teraz może to wyglądać inaczej, ale rzeczywiście, szkoda było żeby taka
jeżdżąca forteca odeszła po prostu w zapomnienie.
- Dz… dziękuje.
Zaopiekuje się nim – powiedział Dymitr ochrypłym głosem.
- Pozostała jeszcze
jedna rzecz, którą chciałbym oddać. Tylko… - w tym momencie słowa Łowcy
przerwało wejście do pomieszczenia kolejnej osoby. Od razu zauważyłem, że jej
nie znam i to musi być dziewczyna, o której mówił Medyk. Wszyscy spojrzeli w
jej stronę.
- Łapa prosiła, żebym
zawołała Bobra – powiedziała krótko. Bez słowa ruszyłem w jej stronę, kiedy
rozbrzmiał głos Łowcy.
- Hej, poczekaj – poprosił.
Zatrzymałem się i spojrzałem na niego. Odruchowo się wzdrygnąłem jak
zobaczyłem, że sięga po opaskę na oko. Zdjął ją odsłaniając zrośnięty oczodół.
Widok, na który mimo wszystko przechodziły człowieka ciarki – Daj ją Łapie. Nie musi tego nosić, ale jej
przyda się teraz bardziej niż mi.
Milcząco
podziękowałem, klepiąc go po dłoni i odbierając skórzaną opaskę, której również
nigdy nie zdejmował.
- Tylko nie zapomnij
tu wrócić. Impreza jest przednia, ale nie czuję się zbyt dobrze. Nie chcę
zrobić tutaj afery – poprosił żartobliwie, chociaż wiedziałem dokładnie o
co mu chodzi. Opuściłem pomieszczenie i ruszyłem w ciemność za dziewczyną.
- Jestem Bobru – pomyślałem,
że warto się przedstawić.
- Neri – odpowiedziała
krótko. Neri była ładna. Miała na sobie strój zarówno elegancki jak i dający
dużą swobodę ruchów i ochronę przed zimnem. Nie byłem pewien, bo było ciemno,
ale zdawało mi się, że ma pomalowane oczy. Zaciekawiła mnie.
- Łapa powiedziała
czego chce? – zapytałem.
- Niezbyt. Jest też
jednak coś, czego ja chcę – powiedziała tajemniczo. Spojrzałem na nią i ta
chwila chyba wybiła mnie z równowagi, bo nie zauważyłem nawet, kiedy popchnęła
mnie i przybiła dłonią do ściany. Byłem zaskoczony, ale nie sięgnąłem po broń –
Zuza zniknęła. To dzięki niej tu trafiłam
i chcę wiedzieć czy coś z tym zrobisz – bardziej stwierdziła niż zadała
pytanie. Jej stanowczość i pewność była wręcz onieśmielająca. W środku budynku
wypełnionego moimi ludźmi wyprowadziła mnie na ubocze i trzymała teraz w
szachu. Chociaż nie byłem pewien jak radzi sobie z bronią to wiedziałem, że i
tak sięgnę po swoją znacznie wolniej niż ona.
- Zniknęła? Przecież
miała być tutaj. To nie ona dostała prawie granatem? – poczułem się
niepewnie, ale coś nie pozwalało mi wykonać poważniejszego ruchu. Obserwowałem,
na chwilę zapominając o całym świecie. Ta dziewczyna miała w sobie coś więcej.
- Ruszyła na dół. Chcę
jej pomóc, ale teraz to samobójstwo. Pójdziesz tam ze mną, za chwilę? – zapytała.
- We dwoje? – zapytałem
zdziwiony – Możemy ruszyć większym
oddziałem, przecież to nasza przyjaciółka, słyszałem, że bardzo pomogła i
uratowała życie mojej kobiety – na te słowa zobaczyłem grymas na twarzy,
który był widoczny pomimo ciemności.
- Nie obchodzi mnie to
– przerwała – Chcę jej po prostu
pomóc i jestem pewien, że damy sobie rade, a przy odrobinie szczęścia nikt nie
zauważy naszego zniknięcia.
- Nie sądzę, żeby… - próbowałem
zacząć, gdy nagle położyła mi palec na ustach. Zamknąłem się. Jej twarz
przybliżyła się do mnie. Po plecach przeszedł mi dreszcz, którego nie czułem od
dawna. Poczułem jej oddech na policzku.
- Jeżeli mi pomożesz
przedstawię ci trochę przydatnych informacji o Krawcu oraz grupie ze wschodu – powiedziała
cichym, stanowczym i tajemniczym głosem. Przymknąłem oczy. Emanowała z niej
dziwna aura. Aura, której byłem niesamowicie ciekaw. Zanim zdążyłem
odpowiedzieć poczułem coś. Pociągnąłem delikatnie nosem. Zapach był ładny. Perfumy? – pojawiła się myśl w mojej
głowie – Kto do cholery używa perfum w
czasie apokalipsy?
KONIEC TOMU 5
Etykiety:
Apokalipsa 5,
Blog,
bobru,
Część piąta,
historia,
horror,
Irek,
Kiciuś,
klimat,
nowy dzień,
ocalali,
opowiadanie,
polska,
powieść,
przetrwanie,
rozdział 25,
survival,
szwendacze,
zombie,
Zuza
sobota, 25 listopada 2017
Rozdział 24: Światełko w tunelu
Rozdział 24, kolejny z perspektywy Zuzy. Wiem, że dawno mnie tu nie było i projekt nieco podupadł, ale mam nadzieję, że ucieszycie się, że pojawił się kolejny rozdział i to taki, w którym naprawdę sporo się dzieje. Czy Płock utrzyma się pod napływem zombie? Zapraszam do czytania i komentowania, a już niedługo mam nadzieję, że widzimy się w finale ;)
POV:
Zuza - Rozdział 24 - Dzień 8
Bobru - Dzień 8 - Pomaga w obozie w Płocku
Irek - Dzień 8 - Wraca z grupą Dziary bronić okolic Torunia
---------------------------------------------------
Rozdział 24: Światełko w tunelu
Grupa z
Inowrocławia pojawiła się w tak idealnym momencie, że wydawało się to wręcz
niewiarygodnie wygodne. Jednak to byli oni. Na czele z ogromnym Gigantem stali
po drugiej stornie drzwi, obwieszeni broniami i gotowi do walki. Wydawali się
wręcz błyszczeć, niczym światełko w tunelu. Pierwsze, co zauważyłam to to z
jakim niepokojem patrzyli na Neri.
- Spokojnie, ona jest
ze mną. Bardzo pomogła ogarnąć to wszystko na górze – wskazałam ręką na
sufit.
- Jak wygląda
sytuacja? – zapytał Gigant, w czasie gdy dwóch ludzi, których nie znałam
zamykali drzwi prowadzące na zewnątrz. Nie miałam pojęcia skąd, ale mieli nawet
klucze.
- To wszystko sprawka
Zszytych. Wpuścili tutaj całe Stado, a przez ten cały chaos jeden z naszych
strzelił próbując ich powstrzymać i sprawił, że na górze jesteśmy zamknięci.
Całkowicie – powiedziałam zgodnie z prawdą.
- No to kiepsko. Z tej
strony też nie zdążylibyśmy uciec, Stado zaczyna otaczać wzgórze, właściwie
gdybyśmy tutaj nie weszli to prawdopodobnie bylibyśmy martwi – odpowiedział
mężczyzna.
- Chodźmy na górę, tam
pomyślimy co i jak – zaproponował Gigant.
Tak też
zrobiliśmy. Wróciliśmy na górę tą samą drogą, którą zeszliśmy na dół. Pójście
taką grupą było znacznie cięższe, szczególnie z Gigantem, który miał spore
problemy przeciskając się przez węższe punkty tunelu. Udało się nam jednak
przejść przez te najgorsze odcinki i w końcu zobaczyliśmy schody prowadzące do
kościoła. Podróż ponownie zajęła nam ponad pół godziny, ale na górze nie było
słychać nic poza trupami. Ludzie wewnątrz obozu starali się zachować ciszę.
Byłam ciekaw jak zareagują jak zobaczą nas z powrotem po tak krótkim czasie.
- Jak poszło w
Inowrocławiu? – zagadałam do Giganta, czując nagłą potrzebę otwarcia ust.
- W sumie bez
większych problemów – odpowiedział – Ben
z chęcią odstąpił ludzi. Nie tylko tych dwudziestu. Jak jechaliśmy w tą stronę
to podróżowaliśmy karawaną.
- Karawaną? – zapytała
zaciekawiona Neri.
- Tak – odpowiedział
powoli Gigant – Z ludźmi z Torunia i
Inowrocławia.
- I gdzie oni są? – zapytałam.
- Na drodze. Stado nie
tylko uderzyło tutaj. Jest naprawdę ogromne i z tego co wiem jego druga odnoga,
jeszcze większa niż ta idzie w stronę Ostoi. Dziara z paroma ciężarówkami
wypełnionymi ludźmi ma zatrzymać je jak najdłużej.
Nie
miałam pojęcia jaki tak naprawdę był plan. Co się działo i dlaczego Zszyci
atakowali wszystkie pozostałe obozy. Z tego co zrozumiałam do tej pory wydawało
mi się, że pomiędzy okolicznymi ludźmi, a tymi, którzy ukrywali się pod trupimi
maskami panował pokój. Skąd nagłe działanie? Czego oczekiwał przywódca Stada,
który nakierował tysiące trupów w stronę cywilizacji. Zastanawiało mnie też co
stało się z dziewczyną, którą spotkałam na drodze. Mówiła, że szuka drogi do
Warszawy i podróżuje na wschód. Stamtąd jednak przyszła fala zmarłych. Czy ona
mogła przeżyć? Czy może dołączyła do tego orszaku i jest teraz na górze,
uderzając w bramy kościoła?
Wspięliśmy
się w końcu po długich kamiennych schodach i zobaczyliśmy drzwi. Tak jak
myślałam były zamknięte. Zapukałam cicho, patrząc na grupę ludzi, która
obwieszona broniami stała gęsiego pode mną. To była teraz nasza nadzieja. Moja
nadzieja na to, że będę mogła kolejnego dnia otworzyć oczy i walczyć dalej.
Pukałam cicho, bo wiedziałam, że każdy hałas może być dla osób w kościele
zabójczy. Gdy jednak nikt nie otworzył drzwi za pierwszym razem, uderzyłam w
drzwi nieco donośniej. Chociaż słychać było jęki trupów, to metaliczne
uderzenie wydawało się przebijać wszystko i wchodzić niczym nóż w masło w
kakofonię dźwięków, która z pewnością była słyszalna w całej okolicy.
Po
czwartym razie, kiedy uderzenia były już naprawdę mocne usłyszeliśmy dźwięk
przekręcanego zamka. Drzwi otworzyły się i stanął w nich Marcin.
- Zuza? Neri? Już
wróciłyście? Wchodźcie! – powiedział z jednej strony głośno, a z drugiej
ledwo słyszalnie. Wlaliśmy się do środka, zupełnie jak wcześniej trupy na
dziedziniec przez bramę. Marcin zamknął za nami drzwi, a po chwili w korytarzu
pojawiła się też reszta. Po krótkim przywitaniu się przeszliśmy do głównej sali
kościoła. Wszyscy poza Łapą i Sarą byli na nogach. Chociaż od naszego wyjścia
minęły dwie godziny to sytuacja na górze nie zmieniła się prawie w ogóle. Być
może było nawet trochę gorzej niż wcześniej, bo trupy zdawały się nacierać z
taką siłą, że nawet solidne, wzmacniane drzwi wyglądały jakby miały lada chwila
runąć pod natłokiem uderzających.
- Jak to się stało? – zapytał
Gigant – Gdzie jest Łapa.
- Została ciężko
raniona przez tutejszych i dochodzi do siebie. No i jakby nie patrzeć ich winą
jest też to w jakiej sytuacji się znajdujemy – powiedział Medyk.
- Nie przesadzajmy już
tak z tą winą tutejszych. Emil zadziałał impulsywnie, ale to nie jego wina, że
Zszyci nasłali na nas stado. Nikt nie wie czyja to wina. Może to tylko kaprys –
powiedział Józef.
- Tak czy siak
jesteśmy odcięci. Rozumiem, że dół jest już otoczony? – zapytał Marcin.
- Mhm – potwierdził
kiwnięciem głowy Dymitr.
- Katastrofa – rzucił
Medyk odpalając papierosa.
- Nie możemy się
załamywać – zauważył Gigant – Sytuacja
jest ciężka, ale w tym kościele jesteśmy bezpieczni. Zszyci nie atakują,
prawda? Poza otwarciem bramy nie było ich widać? – upewnił się.
- Tak. Otworzyli
bramę. Było ich dwóch i we dwójkę sprowadzili na nas większa zagładę niż
ktokolwiek, z kim walczyliśmy wcześniej. To jest w tym wszystkim najbardziej
przerażające… - powiedział Józef.
- Tyle dobrze, że jesteśmy
tutaj, a nie na zewnątrz. Mamy masę broni i amunicji. Jeżeli przeczekamy tutaj
w ciszy najbliższe godziny to trupy siłą rzeczy ruszą dalej. Jak stoimy z
zapasami? – zapytał się najwyższy z całego towarzystwa.
- Starczą na dwa, góra
trzy dni. Reszta jest w magazynie, który jest setki zombie dalej od tego
budynku – stwierdził Marcin.
- To daje nam sporo
czasu do namysłu. Teraz chyba nie pozostaje nam nic poza siedzeniem tutaj i
czekaniem w ciszy. Jak jechaliśmy tutaj to sporo trupów było na wylotowej na
zachód. Stado idzie dalej, więc w końcu będzie musiało dać sobie spokój – stwierdził
Karol siadając na jednej z ławek i zrzucając plecak oraz ogromny miecz na bok.
Sytuacja
nieco się uspokoiła. Gigant miał racje, nie mogliśmy zrobić z tego miejsca
właściwie nic. Trupy napierały, momentami słabiej, ale nie przestawały, jakby
były pewne, że nie mam dokąd uciec. Uparły się, żeby stać i próbować nas
dorwać. Wdrapałam się na wieżę obserwacyjną, gdzie miałam doskonały widok na
całą okolicę. Chociaż było ciemno to bez problemu udało mi się zauważyć linie,
gdzie trupy się nieco rozrzedzały. Sięgały one jednak granic miasta, zarówno na
wschód jak i zachód. Widać było, że przemieszczają się i spora część przeszła
już przez centrum, ale wciąż trwało to niesamowicie powoli. Potrzebowaliśmy
spokoju i ciszy. Łapa i Sara wciąż były w fatalnym stanie. Póki co zapasy nie
były problemem pierwszej potrzeby, ale to mogło zmienić lada dzień, szczególnie
jak stan jednookiej kobiety by się pogorszył.
Delikatne
odchrząknięcie wyrwało mnie z przemyśleń. Usłyszałam je najpierw w środku głowy
i byłam pewna, że to głos mojego ukochanego, którego nie słyszałam już od paru
dni. To jednak był Gigant. Schylił się pokonując framugę drzwi, po czym stanął
po mojej prawicy. Widziałam jak dłonie zacisnęły mu się na poręczy. Początkowo
stawiałam, że to kwestia zmęczenia, ale po chwili zdałam sobie sprawę, że to
zdenerwowanie.
- Odkąd tu przyjechaliśmy
nie mieliśmy nawet chwili na odpoczynek. Wojna z trupami, wojna z ludźmi, a
teraz jeszcze wojna z ludźmi, którzy wyglądają jak trupy – zaczął mówić,
bardziej do siebie niż do mnie. Milczałam – Mogę
cię o coś zapytać?
- Jasne – odpowiedziałam.
- Czy uważasz, że
warto było? Iść tutaj zamiast pójść na zachód, do Ostoi, Inowrocławia czy
jeszcze innego miejsca?
To nie
było najprostsze pytanie. Z jednej strony czułam się między tymi ludźmi dobrze.
Wydawali się być dobrzy, o ile można było kogokolwiek określić w takich czasach
tym mianem. Chcieli, żeby ten region był bezpieczny, myśleli o odbudowie
cywilizacji i szukaniu sposobu na pokonanie wszystkich przeciwności losu. Odkąd
jednak tutaj przybyłam miałam za sobą operację, sytuację, w której musiałam przełamywać
się do zrobienia drugiej osoby krzywdy, otaczało mnie stado trupów, a końca
przygód nie było widać.
- Było warto. Cieszę
się, że mogę pomóc – odpowiedziałam po chwili zastanowienia.
- Wiesz, co jest
głównym problemem tego świata? – zadał pytanie, jakby całkowicie zignorował
moją poprzednią odpowiedź – Moralność.
Szczególnie w takich grupach jak ta. Musimy ciągle decydować o tym co jest
dobre, a co nie jest. Naszym problemem powinny być trupy, a celem przetrwanie.
Jakimś cholernym cudem, utrudniamy sobie jednak robotę…
- Tak działają ludzie,
dlatego zazwyczaj jak mam wybór, to wybieram mniejsze grupy – powiedziałam,
a Karol spojrzał na mnie – To był
wyjątek, ale jak powiedziałam, nie żałuje.
- Czuję, że najbliższe
tygodnie zdefiniują wszystko. Boję się trochę tego co nadchodzi. Wojna nigdy
nie niesie ze sobą nic dobrego – powiedział Gigant. Zawsze był pozytywny i
spokojny, jeżeli panikował to coś musiało być na rzeczy.
- Nie możemy na zapas
się martwić. Też czuję się niepewnie, ale wiem, że musimy sobie dać rade. Żeby
przetrwać – ostatnie zdanie wypowiedziałam z pokładami entuzjazmu, które
pojawiły się zupełnie znikąd. Takie sytuacje zazwyczaj zwiastowały coś dobrego.
Nagle
na dole usłyszeliśmy mały wybuch. Ktoś z kościoła wyrzucił granat i ten poleciał
w środek trupów. Fontanna kończyn wyleciała w górę spadając pomiędzy pozostałe
trupy, które prawie od razu uzupełniły lukę w szeregach. Gigant złapał się za
głowę i pobiegł na dół. Nie było go pięć minut, a jak wrócił, był czerwony na
twarzy.
- Wpadli na pomysł,
żeby dźwiękiem wywabić ich z okolic kościoła, a przy okazji ich trochę wybić.
Pomysł mógłby zadziałać gdybyśmy mieli setki granatów, a nie dziesięć.
Odstawiłem skrzynie z nimi i kazałem im nic nie robić – powiedział
oddychając głęboko. Widać, że go to zdenerwowało.
- Dobrze. Lepiej nie
ryzykować – odpowiedziałam krótko.
Staliśmy
tak przez około piętnaście kolejnych minut. Rozmowa zboczyła na nieco
luźniejsze tematy. Gigant opowiedział jak bez większych problemów dotarli do Inowrocławia
i jak spotkali tam dawno nie widzianego i uznanego za zmarłego przyjaciela,
którego nie miałam jeszcze okazji poznać. Podobno był bardzo ciekawą postacią.
Dodatkowo dowiedziałam się nieco więcej o ofensywie, która była wyprowadzana na
północy. Byłam bardzo ciekawa całej
społeczności, w którą dopiero zaczynałam wchodzić i miałam szczerą nadzieję, że
uda mi się przeżyć do tego momentu. Trupy wciąż oblegały cały plac na wzgórzu.
Nie było widać ich końca i choć ludzi i amunicji mieliśmy sporo to nie
widziałam żadnych szans na zwyciężenie tego boju, nawet jakby trupy wchodziły
jeden po drugim. Zwyczajnie przewaga liczebna była zdecydowanie po ich stronie.
Nagle
rozmowy przerwał nam blask. Serce mi podskoczyło do gardła. Niebo rozbłysło na
niebiesko, a potem na zielono, a huk, który przeszedł okolice przywołał na moje
plecy dreszcze. Z jednego z dachów ktoś puszczał fajerwerki. Pokaz wyglądał
niesamowicie, szczególnie, że ostatni raz petardy puszczano na sylwestra rok
temu, bo w tym roku oczywiście już nikt o tym nie myślał, w końcu trwała
apokalipsa zombie. Świat się kończył. Ktoś jednak wyraźnie próbował narobić
hałasu w innych częściach miasta. Żałowałam jak cholera, że brama upadła. Byłam
pewna, że gdybyśmy ją odpowiednio wzmocnili i zamknęli to trupy nie byłby w stanie
przez nią przejść, bo podjazd pod nią był zbyt wąski, żeby naparło na nią całe
stado.
Gigant
chwycił mnie za rękę. Zbiegliśmy razem po schodkach do środka kościoła. W
środku wrzało, wszyscy stali przy oknach i patrzyli, starając się dojrzeć
źródła i obserwując trupy. Hałas jaki wytwarzały fajerwerki był na tyle głośny,
że nie musieliśmy się przynajmniej martwić o to, że ściągniemy na siebie
dodatkową uwagę. Podbiegliśmy do grupki
zebranej przy rozbitym oknie.
- …ktoś zdecydowanie
chcę nam pomóc – zdołałam usłyszeć tyle zanim podeszliśmy wystarczająco
blisko. Medyk pykał nerwowo papierosem, puszczając kłęby śmierdzącego dymu.
- Co robimy? – zapytał
Pablord.
- Powinniśmy
wykorzystać ten moment – zdecydował Marcin – Trupy się przesuwają. Jeżeli na dziedzińcu zrobi się trochę miejsca to
dobrze byłoby powalczyć na dziedzińcu i zabezpieczyć bramę oraz tyły.
- Nie wiem czy to
najlepszy pomysł – wtrącił Emil.
- Gorszy niż rozbicie
szyby? – zapytał ironicznie Medyk.
- Przestańcie już to
ciągle przywoływać do cholery jasnej – Marcin aż odwrócił się do tyłu.
Pierwszy raz zobaczyłam go zdenerwowanego. Zaskoczyło mnie nieco to, że poczuł
się tak pewnie, chociaż pojawił się w grupie tak niedawno.
- Dobra, masz rację.
Przepraszam – powiedział starszy mężczyzna – Tak czy siak według mnie powinniśmy zaryzykować. Jak ktoś nam próbuje
pomóc to albo to Toruń, albo Bobru. Obie opcje wręcz krzyczą żebyśmy walczyli i
nie dali za wygraną.
- Musimy ustalić plan
działania – głos Giganta standardowo przebił się przez hałas – Przygotujcie wszystkie bronie jakie mamy,
każdy kto jest w stanie niech chwyta za karabin i zaraz pomyślimy co i jak.
Na
niebie po chwili pojawiły się kolejne smugi z zupełnie innego budynku. Drugie
miejsce, które również odwracało uwagę zombie od wzgórza. Zszyci potrafili
kontrolować przepływ trupów znacznie lepiej, ale nasza taktyka też działała.
Nagle jednak uderzyła mnie myśl.
- Co jeśli to ktoś
inny? Ktoś, kto chcę po prostu przejąć to miejsce – zapytałam na głos, gdy
wszyscy zebraliśmy się w kółku. Było nas ponad dwudziestu.
- Wątpię – odezwał
się Józef – To miejsce to chodząca fala
trupów. Nawet jak ktoś chciałby je przejąć to na pewno nie teraz. Jestem
pewien, że nadchodzi ratunek.
- Dobra pozostawiając
domysły musimy przemyśleć dobrze jak to zrobić. Mamy dosyć ograniczoną liczbę
osób i nie możemy zostawić też kościoła bez ochrony. Chociaż nic na to nie
wskazuje, to w okolicy mogą kręcić się dalej Zszyci. Jeżeli wszyscy stąd
wybiegniemy to przejmą to miejsce bez walki. Dodatkowo mamy tutaj dwie ranne
kobiety – włączył się do rozmowy najwyższy z nas.
Wszyscy dosyć zgodnie przytaknęli. Gigant miał absolutną
rację, szczególnie, że wysyłanie całej grupy na tak niebezpieczną misję było po
prostu bez sensu.
- Dlatego
proponowałbym rozbicie się na dwie grupy. Mamy tutaj dziesięć okien
wychodzących na tą stronę placu. Gdyby każdy obstawił inne to mielibyśmy stąd
świetne wsparcie – Karol wskazał dłonią rząd okien, z jednym wybitym
wcześniej przez Emila – Dalej dwie osoby
pilnowałby tylnych drzwi, którymi byśmy wyszli. Tak dla pewności, żeby nic nie
zakradło się do środka. No i ostatecznie osiem osób wyszłoby na zewnątrz i
wyczyściło jak najwięcej się da, tak żeby dostać się do bramy i ją zamknąć.
Poczekamy na dobry moment i wtedy przy pomocy salwy z okien i siły przebicia
powinniśmy tam dotrzeć. Wtedy wystarczy będzie oczyścić resztę i zablokować
dodatkowo bramę samochodami lub czymkolwiek innym.
- Ja mogę dowodzić
drużyną przy oknie – zaproponował Medyk – Wolałbym zostać jednak w środku, nie te lata żeby przebijać mi się
przez tłumy trupów.
W
krótce do jego drużyny dołączył mężczyzna z kozią bródką o imieniu Dymitr oraz
jego dziewczyna – rudowłosa Natalia, a także siedmiu ludzi z Inowrocławia. Do
obrony drzwi został wyznaczony chłopak o imieniu Pablord oraz siostra Łapy.
Cała reszta, ze mną i Marcinem na czele miała wyjść do tego piekła.
Zdecydowałam się pójść z tą grupą nie dlatego, że czułam się pewnie w terenie.
Bałam się, że ktoś zakradnie się do kościoła i zaatakuje wnętrze, a byłam
pewna, że gdy znowu przed moim celownikiem pojawi się człowiek to znowu może
mnie sparaliżować, a tutaj nie było miejsca na błędy.
Niedługo
po tym jak się przygotowaliśmy i czekaliśmy na odpowiedni moment, na niebie
pojawiły się kolejne fajerwerki. Chociaż cała sytuacja trwała już dobre
piętnaście czy dwadzieścia minut, to z dachów wciąż wylatywały smugi, które
wzlatując w niebo wyzwalały dźwięk i rozbłysk. Trzy budynki, z których ktoś
próbował odwrócić uwagę trupów i nawet im się to udawało. Byłam ciekaw, czy
tajemniczy wybawiciele będą w stanie dotrzeć na wzgórze i wspomóc nas w jego
oczyszczaniu. Przeładowałam karabin i
wcisnęłam dwa magazynki za pasek. Na około kościoła zrobiło się względnie
luźniej, chociaż wciąż wyglądało to koszmarnie. Gigant, jako jedyny z grupy
uderzeniowej, nie miał w rękach broni palnej. Ostrzył swój miecz. Wiedziałam,
że tak naprawdę dzięki temu jak sprawnie nim operuje, zrobi zdecydowanie
najwięcej z nas wszystkich. Oczywiście musieliśmy mu dać nieco miejsca, żeby
przypadkiem nie trafił kogoś z naszych, ale mając wsparcie w postaci siedmiu
strzelających ludzi, oraz kolejnych dziesięciu z okien, powinien być siłą nie
do zatrzymania.
Wszystko
jednak musiało wyjść w praktyce. Stanęliśmy przed wyjściem. Była tu skrzynia z
granatami, którą wcześniej zarekwirował Gigant. Podeszliśmy do niej.
- Niech każdy weźmie
po granacie. Gdy zamkniemy bramę może to być przydatne – zaproponował
Marcin. Także każdy z nas po kolei wziął po jednej sztuce. Emil wyglądał na
nieco przerażonego niedużym, zielonym, okrągłym przedmiotem, ale reszta
trzymała się nieźle. Józef wydawał się być gotowy do działania, na twarzy
Marcina też nie było widać niczego poza determinacją. Dwójka ludzi z Inowrocławia, która dołączyła
do Naszej grupy trzymała się najgorzej, ale ostatecznie poza delikatnie
drżącymi rękoma wyglądali całkiem groźnie. Najspokojniej wyglądała jednak Neri.
Zimny wyraz twarzy nie zdradzający kompletnie nic - Jeden zostanie w skrzyni, więc jak byście mieli gdzie go użyć to
użyjcie.
Pablord i Młoda, którzy mieli bronić drzwi kiwnęli głowami.
Stanęliśmy pod drzwiami gotowi do akcji. Dasz
sobie radę, odezwał się nagle głos mojego zmarłego męża. Tym razem to był
na pewno on, bo poza dźwiękami trupów i petard w kościele panowała absolutna
cisza. Miałam szczerą nadzieję, że mówił prawdę, bo im bliżej było wyjścia w
falę trupów, tym bardziej się bałam.
Spojrzałam
jeszcze w stronę głównej sali kościoła. Sara podniosła się i zaniepokojona
rozglądała po wnętrzu. Po utracie matki stała się cieniem samej siebie. Nasze
spojrzenia się spotkały. Chociaż w kościele było raczej ciemno, nie licząc
pojedynczych świec zapalonych, żebyśmy mogli pozbierać bronie, to zauważyłam
jak na mnie patrzy. Pomachałam do niej, a ona delikatnie odmachała. Miałam
nadzieję, że wrócę żeby dalej się nią zająć i wytłumaczyć, co tu się właściwie
dzieje. Zdziwiło mnie jednak to, że obudziła się dopiero teraz. Jej rana była
już w naprawdę dobrym stanie przez co powinna być już tylko osłabiona, a ona
jednak spała prawie całymi dniami, nie licząc krótkich pobudek, przy których
jadła, chwilę ze mną rozmawiała i znowu zasypiała.
Marcin
dał nam znak żebyśmy się przygotowali i
stanął przy drzwiach. Grupa Medyka stała już gotowa przy oknach. Na
razie wybite było tylko jedno, ale wiedziałem, że lada chwila do ogólnej
kakofonii dźwięków dojdzie pękające szkło. Uspokoiłam roztańczone dłonie i
spojrzałam na Marcina. Uśmiechnął się do mnie. Musiałam trzymać się reszty i osłaniać
Giganta. Zauważyłam, że Marcin również zmienił karabin na swoją włócznię. Z
pewnością umiał nią dobrze operować, chociaż wiedziałam, że daleko mu do tego,
co Gigant wyczyniał ze swoim mieczem.
Drzwi
zostały otwarte nagle. Chociaż spodziewałam się tego, że klamka zostanie w
końcu pociągnięta, to kiedy uderzyła we mnie fala chłodnego, wieczornego
powietrza, a także narósł hałas trupów to moje ciało zesztywniało. Czułam się
jakbym została sparaliżowana lub zamrożona. Cała grupa wypadła jednak na
zewnątrz, a ja zostałam pociągnięta wraz z nimi. Gigant szybko odskoczył od nas
i ściął pierwszą trójkę trupów, która znajdowała się metr od drzwi. Z okna
sytuacja wyglądała znacznie gorzej, ale tutaj było widać, że zdecydowanie
zrobiło się luźniej. Ruszyliśmy. Nasz ostatni bastion właśnie nabierał
prędkości. Chociaż widziałam Giganta w akcji to patrzenie na niego ponownie
było czymś niezwykle satysfakcjonującym. To z jaką gracją się poruszał, jak
pewnie i potężnie ciął – wydawał się być maszyną w ciele człowieka.
Gdy
oczyściliśmy najbliższy kwadrat wokół drzwi to z zewnątrz wypadli za nami
Pablord oraz Młoda. Dzielnie trzymali karabiny.
- Strzelajcie do
wszystkiego, co uniknie naszych ataków. Nie marnujcie jednak amunicji za dużo
amunicji, bo najciężej będzie przy bramie – ryknął Gigant, przebijając się
przez kolejną grupę.
Marcin wydawał się być idealnym partnerem do
jego ataków. Kiedy Karol zamachiwał się i ścinał kolejne głowy, to Marcin
doskakiwał i dobijał je, a także starał się odpychać trupy, które przez różne
deformacje unikały ostrza. Ja nie oddałam jeszcze strzału, chociaż Józef oraz
ludzie z Inowrocławia osłaniali ich puszczając krótkie, parostrzałowe serie.
Ja, Neri oraz Emil wstrzymywaliśmy się póki co od strzałów, nie chcąc nikogo
zranić w tym chaosie, szczególnie, że póki co wszystko układało się po naszej
myśli.
Kiedy
przebyliśmy kawałek drogi, zostawiając za sobą ciało na ciele, dotarliśmy do
zakrętu, skąd droga prowadziła na plac główny, którym mogliśmy dostać się do
bramy. Po lewej była odnoga skręcająca do magazynu, a za naszymi plecami tylna
furtka, którą teraz osłaniali Pablord z Młodą. Wysuwaliśmy się powoli do
przodu, wciąż powtarzając identyczny schemat. Jedyny moment, kiedy zrobiło się
gorąco był wtedy, kiedy stanęła przed nami wyjątkowo duża grupa. Gigant nie
chcąc ryzykować wycofał się i pozwolił nam ich załatwić. Szybka seria z paru
karabinów bez problemu przebiła zbiorowisko złożone z około dziesięciu trupów,
dzięki czemu mogliśmy wrócić do poprzedniego schematu.
Gdy
wyszliśmy na plac to zaczęły się schody. Trupy były teraz wszędzie i nacierały
z każdej strony. Chwilę po pojawieniu się w tym punkcie zaczęła się istna
kanonada. Dźwięk tłuczonego szkła tworzył idealną parę z strzałami i
upadającymi ciałami. Tutaj zachowywaliśmy dystans, bo nie chcieliśmy utrudniać
zadania tym, którzy byli w kościele. Sami
strzelaliśmy, a jedynie Gigant machał mieczem, kiedy tylko miał okazję. Za każdym razem, kiedy słyszeliśmy głośne „przeładować” Medyka to wchodziliśmy do
akcji ,żeby wykorzystać moment i nie dać trupom możliwości ponownego zajęcia
zdobytego terytorium. Z każdą sekundą byliśmy coraz bliżej otwartej bramy i to
właśnie tam miało zacząć się piekło.
- Rzucajcie granaty – powiedział
Marcin i chwycił do paska. Wyciągnął zawleczkę i cisnął w grupę trupów przy
otwartej bramie. Huk jaki poszedł zdawał
się zatrząsnąć fundamentem wzgórza, ale gdy dorzuciliśmy nasze sztuki to poza
ponurą mozaiką flaków zrobiło się znacznie czyściej. Wszystko szło aż za dobrze.
Momentem
załamania była chwila, gdy Gigant zamachnął się w jednego z większych trupów
jakie widziałam. Uderzenie zdawało się być tak silne, że mogłoby przeciąć
samochód na pół jednak coś poszło nie tak. Trup ugiął się pod uderzeniem, ale
ostrze nie chciało wyjść z jego ciała. Musiało zaklinować się w kamizelce,
którą trup nosił na sobie. Gigant starał się przez chwilę siłować, ale w końcu
wypuścił ostrze, a wszystkie okoliczne trupy na nas ruszyły. Byliśmy jednak już
pod bramą i efektownie kładliśmy kolejne zagrożenia i zaczęliśmy powoli zamykać
oba skrzydła. Szło to topornie, a Gigant, który osłaniał nas przed zombie na
placu musiał się teraz schować, bo jego ostrze utonęło wśród leżących ciał.
Wszyscy wyglądaliśmy jak żywe trupy – cali we krwi oraz resztkach wnętrzności.
Skrzydła
bramy jednak w końcu się spotkały. Józef sprawnie założył wcześniej
przygotowaną kłódkę i zaczął obwiązywać dwa przylegające pręty łańcuchem ze
stali, który znaleźliśmy w kościele. Zadania nie ułatwiały mu trupy, które
desperacko próbowały wrócić na zajęty teren. Udało się nam. Plac był odcięty od
drogi, a zombie nie miały szans przebić się przez solidną bramę. Teraz pozostało oczyszczenie całego terenu
obozu.
- Nie mam amunicji! – wrzasnął
Emil, który wyjątkowo wczuł się w sytuacje.
- U mnie też pusto – zauważył
po chwili Marcin, sięgając znowu po włócznię.
Wiedziałam, że ja też mam już ostatni magazynek. Trupy szły
teraz zdecydowanie w naszą stronę, a byliśmy za daleko żeby ludzie z kościoła
nas mogli osłonić. Chociaż zadanie zostało wykonane byliśmy straceni. Czułam
metalowe pręty odciskające się na moich plecach i ogromny ryk za nami. To był
znak, że nie możemy się już bardziej wycofać, a Marcin nie był w stanie odpędzić wszystkich trupów.
Zaczęliśmy uderzać kolbami i przepychać się żeby jak najbardziej opóźnić
nadejście nieuniknionego.
Nadeszło
jednak coś znacznie bardziej nieprzewidywalnego. Z kościoła wybiegła grupa
ludzi. Serce zabiło mi szybciej, bo zaczęli biec w naszą stronę. Zauważyłem na
ich czele Bobra oraz starszego mężczyznę, a także około ośmiu innych ludzi,
których kompletnie nie znałam, ale podejrzewałam, że muszą być to ludzie z
Płońska. Podbiegli do nas i zaczęli wybijać trupy. Dali nam miejsce na oddech.
Wybili całą lewą stronę i po chwili staliśmy na środku placu, a jedyne co
odbijało się po okolicy to echa strzałów oraz ryki trupów za bramą. Bobru
wyglądał fatalnie. Jego twarz była czerwona, a w oczach widziałam pustkę.
Kiwnęłam jednak głową na przywitanie i zajęliśmy się wybijaniem reszty.
- Jesteś potrzebna w
środku – powiedział nagle łapiąc mnie za ramię.
- Coś się stało? – zapytałam.
- Tak. Proszę idź tam,
my zajmiemy się resztą – głos Bobra brzmiał bardzo smutno. Wiedziałam, że
coś go męczy, więc nie pytając już o nic ruszyłam w stronę kościoła zostawiając
wszystkich za sobą. Zdążyłam tylko zauważyć jak Gigant sięga po swój miecz i
wraca do szalonego tańca, którym przebił nam drogę do bramy.
W drodze
do kościoła było już właściwie czysto. Jedyne trupy jakie mnie spotkały,
niedobitki całej walki, odpychałam, biegnąc najszybciej jak umiałam. Czułam
zmęczenie, ale przypomniałam sobie o tym, że mam jeszcze pistolet. Wiem, że i
tak nie pomógłby nam szczególnie przy bramie, ale zrobiło mi się głupio, że
wyleciało mi to z pamięci. Dobiegłam do uliczki, w której było wejście do
kościoła i zobaczyłam, że Pablord i Młoda wciąż odpychają trupy, które
napływały tylną furtką. Podeszłam do nich i już miałam wchodzić do środka, gdy
nagle usłyszałam głośny, męski krzyk:
- Teraz! – nie
należał on ani do Pablorda, ani do nikogo z naszego obozu. Wydawał się dobiegać
z fali. Mogłam przewidywać co to oznacza, ale nie połączyłam faktów. Gdy zdałam
sobie sprawę było już za późno. Z tłumu padł nagle strzał. Pablord dostał w
ramię i upadł ciężko na plecy, trzymając się mocno za miejsce, gdzie przebił go
pocisk. Nie to jednak było najgorsze. Gdyby to zakończyło się w tym momencie to
prawdopodobnie wszystko byłoby w porządku. Nagle z kościoła wypadła osoba.
Miała coś na twarzy i jej postura oraz strój wydawały się dziwnie znajome.
Przeskoczyła nad Pablordem i pobiegła w tłum zombie, ale gdy nas mijała coś
wypuściła.
To był
granat. Odbezpieczony. Chciałam odskoczyć, odkopać go, zasłonić i wykonać parę
innych czynności naraz, ale jedyne co robiłam to patrzyłam jak mały obiekt
turla się po ziemi. Wydawało mi się, że zobaczyłam nawet jak rozszerza się i
wybucha, ale to była tylko moja wyobraźnia. Nie mogłam tego zobaczyć, ponieważ
całość została zasłonięta przez Pablorda, który położył się na niego. Zdążył
jedynie jęknąć:
- Uciekajcie – po
czym nastąpił wybuch.
Etykiety:
Apokalipsa 5,
Blog,
bobru,
Część piąta,
historia,
horror,
Kiciuś,
klimat,
ocalali,
opowiadanie,
polska,
powieść,
przetrwanie,
rozdział 24,
survival,
szwendacze,
światełko w tunelu,
zombie,
Zuza
niedziela, 24 września 2017
Rozdział 23: Piekło na ziemi
Rozdział 23, kolejny z perspektywy Irka. W tym rozdziale akcja będzie nieco chaotyczna, a sam rozdział jest bardziej przejściem do tego, co będzie działo się w zupełnie innym miejscu niż obóz na drodze. Zapraszam do czytania i komentowania.
POV:
Irek - Rozdział 20 - Dzień 7-8
Bobru - Dzień 7-8 - Przebija się do obozu w Płocku
Zuza - Dzień 7-8 - Broni obozu w Płocku
-----------------------------------------------------
Rozdział 23: Piekło na ziemi (IREK)
Złomiarze
zaatakowali całkowicie niespodziewanie. Nie byłem pewien po czym poznaliśmy, że
to oni. Widać jednak było ich linie zbliżającą się do Naszego obozu na drodze.
Rozcierałem obolałe uszy po tym jak zostaliśmy obrzuceni granatami
błyskowo-hukowymi. Ktoś mną potrząsnął.
- Co? – zapytałem.
- Wszystko w porządku?
– powtórzyła głośno Ewelina.
- Tak – odpowiedziałem
podnosząc się – Co się dzieje?
- Atakują nas od
północnego wschodu, z lasu. Musimy ich przepędzić, tylko ich nam brakuje teraz
gdy idą trupy…
Wspiąłem
się na maskę jednej z ciężarówek i ostrożnie się wychyliłem. Strzały latały jak
szalone. Pociski odbijały się od pojazdów, ale także trafiały w nas. W paru
miejscach leżeli ludzie, których dobijano teraz, żeby nie przemienili się w
środku.
- Jakim cudem nas
zaskoczyli? – zapytał cicho Dziara, a przynajmniej ja to tak usłyszałem
przez oszołomione uszy.
- Nie mam pojęcia, ja
patrolowałam drogę – powiedziała spoglądając na Jonasza.
- Ja w lesie nic nie
widziałem. Byliśmy tam i nikt nie strzelał, nie zauważyliśmy też żadnego ruchu,
musieli się gdzieś chować – wytłumaczył się mężczyzna.
- Przejebane. No nic.
Tutaj nam nic nie zrobią, ale jak ich nie przegonimy to nie będziemy mogli
przygotować się na nadchodzące trupy – powiedział Dziara.
- Możemy ich
wystrzelać. Mamy znacznie więcej ludzi i broni. To jakiś mały oddział – zaproponował
Michael.
- Narazimy się na
niepotrzebne straty, a przed nami coś znacznie bardziej ciężkiego niż grupka
bandziorów – włączył się Konrad.
- Coś zrobić musimy.
Jeżeli nie zajmiemy dobrych pozycji to stado nas tutaj otoczy i tyle będzie z
zatrzymania – powiedziałem.
- Dajcie mi pomyśleć –
powiedział Dziara opierając się plecami o drzwiczki od jednego z pojazdów
tworzących mury naszego prowizorycznego obozu. Dowódca Ostoi był bardzo
specyficznym człowiekiem jeżeli chodzi o planowanie. Z jednej strony często
podejmował niesamowicie głupie decyzje, z drugiej potrafił zaplanować coś tak dobrze, że mogło zaskoczyć to
całkowicie przeciwnika. Według opowieści Łapy tak właśnie zdobył władzę w
Toruniu. Podstępem i chytrym planem, w którego realizacji pomógł mu Bobru oraz
jego grupa.
Ludzie
ustawili się bezpiecznie za barykadą. Do przybycia stada mieliśmy jeszcze
trochę czasu, ale wiadome było, że ono się zbliża. Z każdą chwilą było coraz
bliżej i bliżej. Nie mogliśmy zostać w tym kwadracie. Musieliśmy przygotować
barykadę, którą będziemy musieli obronić, a czas uciekał. Był wciąż środek
nocy. Potrzebowaliśmy odpoczynku, żeby być w pełni przygotowanymi na
nadchodzącą walkę. Żywi kontra martwi, gdzieś na drodze pośrodku niczego.
- Masz rację – odezwał
się w końcu Dziara. Uszy działały mi coraz lepiej, ale wciąż słyszałem
delikatny pisk. Strzały prawie ucichły, Złomiarze puszczali jedynie pojedyncze
serie co jakiś czas, żeby zatrzymać nas w miejscu.
- Kto? – zapytała
Ewelina, która jak zwykle liczyła na to, że racja zostanie przyznana jej.
- Irek. Musimy z tym
coś zrobić. Mam już nawet plan. Ryzykowny, ale powinien się udać – zaczął –
Wanda na pewno nie atakuje nas bez
powodu. Zapewne ten ogonek towarzyszy nam od Torunia, albo jego okolic.
Osobiście stawiam, że ma do nas jakiś interes. Spróbujmy to załatwić pokojowo.
- Nie wiem czy z nimi
się da – zmartwił się Jonasz. On lepiej od nas wszystkich znał Złomiarzy.
Przez ponad miesiąc był ich więźniem.
- Jestem pewien, że
będzie chciała rozmawiać. Po prostu wyślijmy jedną, nieuzbrojoną osobę z białą
flagą. To skurwiele, ale posłańca nie zabiją – zapewnił nas. Przez chwilę
zapadła cisza. Nikt nie kwapił się do wyjścia na pole, gdzie ostrzał prowadzili
Złomiarze. Westchnąłem pod nosem, po czym podniosłem rękę – Doskonale. Zapytaj czego chcą i powiedz, że
akurat to co tutaj robimy uratuje też ich dupska. Jak będą czegoś chcieli to
zapal czerwoną flarę – w tym momencie dostałem do ręki nieduże zawiniątko –
i daj nam znać. Podejdziemy.
Nie do
końca zadowolony z tego, co się dzieje przygotowałem się do drogi. Za pasek
schowałem nieduży pistolet i nóż, żeby mieć się czym bronić w razie gdyby
ludzie Wandy nie chcieli jednak współpracować. Wychyliłem się jeszcze przed
wyjściem, żeby zobaczyć co się dzieje. Strzały ustały, ale widać było
prowizoryczny obóz i palące się w nim ognisko.
Wyglądali jakby rzeczywiście chcieli czegoś konkretnego. To napełniło
mnie nieco odwagą i przekonaniem, że wcale nie skończę z paroma otworami po
kulach w ciele. Zgarnąłem białą koszulkę, która ktoś zostawił na jednej ze
skrzynek i żegnając się z resztą przeskoczyłem przez jedną z ciężarówek.
Szedłem
pewnie, chociaż moje nogi zdawały się odmawiać posłuszeństwa. Koszulkę niosłem
nad sobą, machając nią delikatnie. Zbliżałem się do obozu wroga. Teraz z
bliska, mogłem przyjrzeć się im lepiej. Było chłodno, ale ciepło ogniska
dodawało otuchy. Przy ogniu siedziało około dziesięciu osób. Nie zdziwiło mnie
ani trochę, że gdy mnie zauważyli to podnieśli bronie i wycelowali w moją
stronę.
- Na kolana – krzyknął
jeden z nich.
- Przyszedłem porozmawiać – zacząłem
powoli uginając kolana, kiedy poczułem uderzenie kolbą w dolną cześć nogi.
Zgiąłem się i upadłem, upuszczając przy okazji białą koszulkę, której wciąż
kurczowo się trzymałem.
- Widzisz, mamy dosyć
podobny cel – powiedział. Był brodaczem z tłustymi, długimi włosami, które
prawie błyszczały w blasku ognia. Jego wzrok nie zwiastował niczego przyjaznego
– My również przyszliśmy tutaj pogadać.
Gdzie jest Dziara?
- W obozie. Wysłał
mnie w swoim imieniu – odpowiedziałem. Byłem pełen pokory i chociaż
celowano we mnie i widać było, że marzą tylko o wystrzeleniu, to nie chciałem
im dać okazji do stracenia nerwów. W tym przypadku byłem idealny do tego
zadania. Cierpliwość to zdecydowanie najlepsza z moich cech.
- A ty to? – zapytała
kobieta, która stała na lewo ode mnie. Była starsza, znacznie starsza. Miała
siwe pasemka włosów wystające poza wełnianą czapkę oraz głębokie zmarszczki w
okolicach ust i oczu.
- Irek. Nie odgrywam
żadnej konkretnej roli. Szczerze to nie mieszkam nawet w Toruniu, chociaż
kiedyś tam przebywałem.
- Dobra. Pijasz marne
piwsko Irku? – zapytał jakby nieco przyjaźniej brodacz.
- Pijam – powiedziałem
zgodnie z prawdą. Brodaty dał znak swoim ludziom, aby ci opuścili broń, a sam
wyciągnął rękę w moją stronę. Chwyciłem ją, zastanawiając się co się zmieniło
przez tę parę sekund. Nie chciałem jednak zachowywać się dziwnie, więc wziąłem
butelkę, którą mi podali i pociągnąłem łyka. Piwo zdecydowanie było marne.
Zacząłem się powoli zastanawiać czy nie cierpiałem na syndrom sztokholmski.
Zdecydowanie zbyt mocno bratałem się z tymi, którzy życzyli mi źle. To, w
przeciwieństwie do cierpliwości, było moją negatywną cechą.
Rozsiedliśmy
się na pieńkach i skrzynkach wokół ciepłego i buzującego ognia. Złomiarze
patrzyli na mnie podejrzliwie. Nie dziwiłem się im.
- Czego chce od nas
Dziara? – zapytał brodacz.
- Właściwie to chciał
dowiedzieć się czego chcecie wy. Założył, że nie wpadliście na nas przypadkiem
– powiedziałem szczerze. Ta taktyka rzadko kiedy mnie zawodziła.
- Dobrze założył – powiedział
po chwili wahania mężczyzna – Nasza
szefowa jest bardzo ciekawa, co tu się dzieje.
- Nadchodzi stado – odpowiedziałem
tonem, który przesiąkał ironią – Czy
naprawdę wasi ludzie muszą wszystko odbierać jako atak? – Nie wiem skąd
wzięła się u mnie ta śmiałość. Zaczynałem podejrzewać, że gdzieś w głębi mnie
siedzi chęć śmierci. Nie do końca mi się to podobało.
- Chociaż nasze obozy
się nienawidzą i walczą to rozumiemy, że zagrożenie dotyczy też nas.
Chcielibyśmy uczestniczyć jakoś w tym co się dzieje. Szczególnie jak akcja
przeniesie się w nasze tereny. Chyba nie wierzysz, że utrzymacie się tutaj
dłużej niż dzień? – zapytał szczerząc zęby.
- Każdy dzień daje
szanse na lepsze przygotowanie obozów. Obmyślenie planu. Grudziądz leży zresztą
kawałek od Torunia, a stado idzie właśnie na nas. Wątpię, żeby skręciło – zdziwiłem
się.
- Toś głupi. Stado
szło na rzekę, ale zmieniło kierunek marszu. To te pojeby w skórach trupów nimi
sterują, a uwzięli się na nas jak nigdy. Po ich ostatnim ataku na arenie ledwo
się pozbieraliśmy – powiedział, a w jego głosie dało się słyszeć
desperacje.
Ta
informacja mnie nieco zaskoczyła. Ludzie przy ognisku splunęli równo do środka
na samo wspomnienie o ludziach Krawca. Nienawiść działała jednak w obie strony,
a ludzie Wandy byli uświadomieni. Do tego stopnia, że rozumieli kto stał za
atakiem na arenie. To była bardzo cenna informacja. Jeżeli Krawiec
wypowiedziałby wojnę pozostałym grupom to sojusze mogłyby się nieco zmienić.
Kto wie czy Złomiarze nie stanęliby wtedy po naszej stronie.
- Myślicie, że stado
zostanie nakierowane na Grudziądz zamiast na Toruń? – zapytałem
bezpośrednio – Nie wydaje mi się, bez
obrazy, że wybiorą mniejszy obóz.
- To nie kwestia
wielkości – odpowiedział – To po
prostu złośliwość i zaciekłość. Nie wiadomo czym spowodowana.
Osobiście wiedziałem, mniej więcej, co jest powodem tej nienawiści
Krawca do Złomiarzy. Powód był błahy, bo poszło o jeden atak, ale Zszyci nie
odpuszczali od tego momentu i atakowali ludzi Wandy na każdym kroku.
- To co planujecie
teraz? – zapytałem – Zakładając, że
poinformujemy was jak stado będzie się zbliżało i spróbujemy zrobić coś razem?
- Odpuścimy. Przecież
i tak nie mamy jak wykurzyć was z tej drogi. Zresztą jak rzeczywiście idzie
stado to nic tu po nas – zauważył Brodacz.
- Tak po prostu? – zdziwiłem
się, nie wiedząc o co tutaj konkretnie chodziło.
- Tak po prostu. Macie
dużo lepszą pozycję. Przygotujcie się lepiej do obrony, a raczej ucieczki – odpowiedział.
Spojrzałem
na horyzont, skąd niedługo miało przyjść stado. Było ciemno, ale wzrok płatał figle i
wyglądało to jakby coś tam się poruszało. Wątpiłem żeby był to początek fali
trupów, nie słychać było jęków, które powinny być słyszalne z naprawdę dużej
odległości. Tak przynajmniej wyglądało to podczas stawiania ostatnich punktów
strategicznych, gdy stado oddzieliło mnie od grupy z Potwora i wpadłem na
Krawca. Było za wcześniej. Spojrzałem znowu na Złomiarzy, którzy nie wyglądali
na zbyt zadowolonych i chciałem wstawać.
- Już się zbierasz?
Posiedź z nami. Co chciałeś ustaliłeś, a przynajmniej będzie to wyglądało
jakbyśmy obgadali wszystkie sprawy świata. Śpieszy ci się tam, jak nawet w
Toruniu nie mieszkasz? – kusił Brodacz, a pozostali ludzie zawtórowali.
Zbierałem
się już do odpowiedzi, kiedy usłyszeliśmy jęk. Odwróciliśmy się w kierunku
źródła hałasu. Do ogniska człapał
zombie. Wyciągał ręce i zbliżał się z każdym krokiem, jęcząc przeraźliwie. Jego
powykręcane ciało było coraz lepiej widoczne w blasku ognia. Jeden z mężczyzn
wstał i wymierzył do niego z karabinu.
- Daj spokój – powiedział
inny członek grupy – Do jednego będziesz
strzelał?
- Racja – odpowiedział
zmieszanym głosem niedoszły strzelec. Wyciągnął nóż i poszedł w stronę
trupa. Nikt nie zwracał na niego uwagi,
w końcu zombie był tylko jeden, a zabicie pojedynczego osobnika nie powinno być
zbyt trudne. Usiadłem jeszcze na chwilę.
Rzeczywiście nigdzie mi się nie śpieszyło. Nie odpalałem czerwonej flary, więc
Dziara nie miał powodu żeby się denerwować. Mógł spokojnie zająć się sobą,
szczególnie, że Złomiarze nic mi nie robili.
Zdążyłem
tylko zerknąć w stronę upadającego ciała, będąc pewnym, że trup został bez
problemu pokonany. Poderwałem się jednak gdy ujrzałem leżącego bez głowy
Złomiarza. Nie musiałem nawet patrzeć w stronę napastnika, żeby wiedzieć, czyja
to sprawka. Zszyci. Pozostali w obozie poderwali się, ale ja już wiedziałem, że
element zaskoczenia jest po stronie ludzi Krawca. Wszystko wydawało się dziać
bardzo szybko. Obóz otoczyli wojownicy ubrani w skóry trupów, ktoś rzucił czymś
w ognisko, przez co całą polanę spowił gęsty, dławiący dym, a po chwili
poczułem ręce zaciskające mi się na ramionach. Minęło maksymalnie pół minuty.
Klęczałem z rękami wykręconymi do tyłu. Zdążyli przenieść mnie za linię drzew,
chociaż polana wciąż była pokryta w gęstym dymie.
- Szybka piłka, bo nie
mamy czasu – powiedział znajomy mi głos. Był to Krawiec. Chociaż wyraźnie
się śpieszył mówił wciąż powoli i spokojnie – Ta barykada ma upaść. Sama z siebie nie wytrzyma długo, ale ma to
zrobić jak najszybciej. Stado musi bezpiecznie przepłynąć na zachód, żeby
połączyć się z drugą częścią, która w tym momencie przechodzi przez Płock.
Wymyśl coś i zabierz ich stąd jak najszybciej.
- Przecież stado i tak
ich przegoni. Dlaczego zaatakowałeś Płock? – zapytałem.
- Tak miało być. Bobru
się nie ugiął, więc rozdzieliłem stado na dwa. Bardzo możliwe, że tak samo
zrobię przed Toruniem, żeby dać też nauczkę tym bandytom z Grudziądza. Ty
musisz mi w tym pomóc, tak jak się umawialiśmy. Nie musisz nawet nikogo
zabijać, po prostu daj im do zrozumienia, że obrona tu nie ma sensu i trzeba
się wycofać. Ja przygotuje stado tak, żeby wszystko wyglądało jak najbardziej
przerażająco. Ale Ty musisz wypowiedzieć odpowiednie słowa – wyjaśnił mi
przywódca Zszytych – A teraz wracaj, bo
zaczną coś podejrzewać, a dym opada. Pamiętaj, co jesteś nam winien.
Wyleciałem
z lasu w opadające opary dymu. Wszyscy Złomiarze nie żyli. Podczas całego
zamieszania Zszyci zaskoczyli ich całkowicie. Nie miałem pojęcia, co powiem w
obozie i jak wytłumaczę to, że przeżyłem, ale w głowie miałem tylko słowa
Krawca. Potrafił podporządkować sobie człowieka. Mogłem wyśpiewać wszystko
Dziarze i bronić się do upadłego, ale skoro Krawiec tutaj był to właściwie
równie dobrze mógł zaraz zaatakować nas, nie wiadomo jak wielu jego ludzi stało
w okolicznych lasach. Było też stado. Musiałem grać tak jak mi zagrał.
Dotarłem
do barykady z ciężarówek i przeskoczyłem na drugą stronę. Dziara i cała reszta
już na mnie czekali. Zauważyłem, że
większość ludzi była gotowa do ataku, widocznie nie wiedzieli co się działo.
- Co tam się stało? – zapytał
Dziara podniesionym głosem.
- Nie mam pojęcia.
Ktoś ich zaatakował, zobaczyłem tylko nadchodzącego trupa, potem kłęby dymu, a
następne co widziałem to leżący Złomiarze.
- Nie widziałeś kto
Cię zaatakował? – zdziwił się Jonasz.
- Nie wiem ani tego,
ani tego dlaczego mnie oszczędzili – odpowiedziałem od razu na pytanie,
które miało paść po tym.
- A sami Złomiarze?
Powiedzieli ci coś ciekawego? – zapytał Dziara.
- Chcieli współpracy…
Szczególnie jak trupy dojdą w okolicę Torunia i Grudziądza – odpowiedziałem.
- Współpracy? To
ciekawe…
- Wydaje mi się, że
bardziej nienawidzą Zszytych niż nas – powiedziałem - Po tej akcji na arenie są gotowi
wypowiedzieć im wojnę.
Dziara
zamyślił się. Spojrzał w niebo, po czym odwrócił się do nas plecami.
- Każdy sojusz się
przyda jeżeli Zszyci naprawdę będą chcieli zaatakować Ostoje. Chociaż
Złomiarze… ech sam nie wiem. Póki co to
problem na przyszłość. Teraz musimy się skupić na obronie tego miejsca – rozkazał.
- Po głębszej analizie
nieco się obawiam obrony tego miejsca – powiedziałem przez nieco ściśnięte
gardło.
- To znaczy? – zdziwił
się Jonasz.
- Złomiarze
powiedzieli, że mają więcej oddziałów w okolicy. Nie wiem kto zabił ten, ale
możemy znaleźć się pomiędzy młotem, kowadłem, a stadem. Zdałem sobie z tego
sprawę jak z nimi pogadałem – skłamałem.
- Tak chciałeś
obstawić to miejsce – zdenerwował się Dziara – a teraz mówisz nam żebyśmy cofali?
- Nie wiedziałem, że
Złomiarze tutaj są. I to nie tylko. Możemy tutaj stacjonować, ale stado bez
wątpienia uderzy w Toruń i Grudziądz. Wycofamy się, wyślemy poselstwo do Wandy
i razem obronimy nasze ziemie – powiedziałem, tym razem zgodnie z prawdą.
Zepchnięcie z drogi to jedno, ale nie mogłem pozwolić Krawcowi na zalanie
Ostoi. Za dużo ludzi mogło zginąć. On też musiał liczyć się z tym, że sam nie
złamię wszystkich zabezpieczeń od środka.
W tej sytuacji musiał pogodzić się z tym, że Ostoja będzie się bronić, a
ja mogłem jej w tym pomóc.
- Co jak co, ale
zgadzam się – dołączył do rozmowy Konrad, który dotychczas wsłuchiwał się
bez słowa – Irek dobrze mówi.
Przyjechanie tutaj było dobrym posunięciem, ale mamy beznadziejną pozycję. Jak
obstawimy drogę z przodu to Złomiarze, lub to co ich zabiło zajdzie nas od
flanki. Jeżeli wycofalibyśmy się pod Toruń to moglibyśmy zorganizować obronę z
prawdziwego zdarzenia, być może przy pomocy Wandy, na terenie, który znamy i
kontrolujemy. Płock musi wytrzymać bez naszej pomocy, ale wydaje mi się, że to
wszystko jedna, wielka pułapka, której celem było wywabienie nas i kupienie czasu,
żebyśmy nie byli aż tak gotowi na atak stada – powiedział.
- Cholera by to
wszystko… - krzyknął Dziara i kopnął pobliską skrzynkę, która rozwaliła się
z trzaskiem. Spojrzał na drogę przed nami, gdzie zaraz miało być pełno zombie.
Pokiwał głową jakby sam nie wierząc w to co robi po czym zakręcił w powietrzu
dłonią, dając znak, żebyśmy zbierali obóz. Wracaliśmy do domu.
Zebranie
wszystkiego nie zajęło nam wiele czasu. Na twarzach ludzi widać było zarówno
ulgę jak i złość. Jednym podobało się to, że opuszczamy tak niebezpieczne
tereny, a drudzy widzieli tylko to, że znowu trzeba pracować i jechać. Ja
jednak się cieszyłem. Chociaż Dziara i reszta patrzyli na mnie w dziwny sposób
to wizja tego, że uniknę rozlewu krwi, a przynajmniej go przesunę, napawała radością.
Tak bardzo chciałem uniknąć skutków moich czynów. Sprawić, żeby jak najmniej osób ucierpiało,
bo tego, że ktoś zginie byłem pewien. To wszystko to była kwestia czasu, a ja
go byłem w stanie nieco kupić.
- Wsiadasz? – zapytał
Dziara.
- Tak. Jedźmy – poprosiłem.
Etykiety:
Apokalipsa 5,
Blog,
bobru,
Część piąta,
historia,
horror,
Irek,
Kiciuś,
klimat,
ocalali,
opowiadanie,
piekło na ziemi,
polska,
powieść,
przetrwanie,
rozdział 23,
survival,
szwendacze,
zombie,
Zuza
Subskrybuj:
Posty (Atom)