poniedziałek, 14 września 2015

Rozdział 15: Wielkie Spotkanie Ocalałych

Rozdział 15, kolejny z perspektywy Olafa. Bardzo ważny, ale też przegadany rozdział przedstawiający wydarzenia na Wielkim Spotkaniu Ocalałych. Po przeczytaniu proszę o komentarz oraz rozesłanie bloga znajomym.

POV:
Rozdział 15 - Olaf - Dzień 8
Bobru - Dzień 8 - Znajduje się w Inowrocławiu i uczestniczy w Wielkim Spotkaniu Ocalałych
Irek - Dzień 8 - Znajduje się w Inowrocławiu i uczestniczy w Wielkim Spotkaniu Ocalałych

---------------------------------------------------

Rozdział 15 (Olaf): Wielkie Spotkanie Ocalałych


                Kiedy w końcu udało się nam wejść do środka, szybko zlokalizowaliśmy wyznaczone dla nas miejsca. Sala nie była duża, ale dobrze zagospodarowana. Wyznaczono cztery sektory, w których miały usiąść osoby z różnych obozów. My siedzieliśmy naprzeciwko ludzi z Torunia, na prawo od nas był stół, przy którym siedział Ben oraz inni z Inowrocławia, a po ukosie widziałem łysego mężczyznę, który w równie małej grupie, co my reprezentował interesy Drugiego Posterunku.
                Miałem szczerą nadzieję, że uda nam się przedstawić nasze racje. Ludzie, którzy tu przyjechali wydawali się być bardzo pewni siebie. Chociaż ja z natury też taki byłem, to miałem jednak pewne obawy. W końcu co obligowało innych do bezinteresownej pomocy Feline? Właściwie nic. Dlatego musiałem przedstawić to wszystko odpowiednio, żeby uzyskać jakąkolwiek formę pomocy. Usiadłem i obserwowałem resztę. Dziara naradzał się aktualnie ze swoją grupą ludzi. Ben, podobnie jak ja, siedział z założonymi rękami i patrzył przed siebie. Grupa z Drugiego Posterunku dyskutowała o czymś gestykulując gwałtownie.
                Drzwi zostały zamknięte, a Ben zastukał parę razy o blat stołu prosząc o ciszę. Ta nastała już po chwili.
- Dziękuje wszystkim za tak liczne przybycie i za zaufanie. Szczególnie za nie. W dzisiejszych czasach nie jest łatwo komuś zaufać i rozumiem jakim problemem musiały być moje zaproszenia. Jednak to co stanie się dzisiaj będzie kluczowe dla przetrwania. Porozmawiamy dzisiaj o wielu, wielu rzeczach, żeby wszystko pomiędzy nami było jasne i klarowne. Chciałbym, żeby każdy miał chwilę, żeby przedstawić swoje racje, więc proszę o nie przerywanie i podnoszenie ręki, jeżeli ma się jakieś pytania. Wiem, że to nieco dziecinne rozwiązanie, ale mam nadzieję, że sami rozumiecie – zaczął donośnym głosem – Zebrałem was tutaj ponieważ sytuacja zaczyna wymykać się spod kontroli i prawdopodobnie nawet nie zdajecie sobie z tego sprawy. Jak wiecie oprócz naszych obozów są też w okolicy inne. Czasami składają się z paru osób, ale czasami są to zorganizowane grupy. Zanim jednak przejdziemy do sedna, chciałbym wyznaczyć pewną kolejność mówienia. Wiem, że każdy z was przyjechał tu z jakimś zamiarem, który zapewne będzie chciał przedstawić. Dlatego chciałbym, żeby po mnie mówiła delegacja z Drugiego Posterunku, następnie delegacja z Torunia, a na końcu z Płońska. Czy wszyscy się z tym zgadzają? – zapytał.
                Widziałem, że Dziara oraz łysy mężczyzna kiwają głowami, więc również nią kiwnąłem. Nie podobało mi się, że będziemy mówić ostatni, ale może dzięki temu zwrócimy większą uwagę reszty.
- Cieszę się – powiedział – Tak jak mówiłem, grupy zorganizowane. Na pewno mieliście z nimi styczność. Próbują przejąć władzę nad okolicą i skutecznie utrudniają nam życia. Zdecydowanie największą z nich nazwałbym Złomiarzy. Moje źródła donoszą, że udało im się przejąć Trzeci Posterunek nieco ponad miesiąc temu, to prawda? – zapytał.
- Niestety tak. Wysłałem tam wtedy moje Czerwone Flary i okazało się, ze cała okolica jest już opanowana. Moi ludzie cudem wrócili stamtąd żywi – wytłumaczył Dziara.
- Z tego co się orientuje liczebnie dorównują teraz nawet Ostoi, być może nawet was przewyższają. Więc zagrożeniem są sporym. Ich minusem jednak jest brak solidnego obozu. Zajęli parę budynków i większych placówek, ale nie mają niczego otoczonego murami i dużego jak Ostoja, lub inne obozy. Dlatego musimy przygotować się na ich ewentualny atak. Tak Kapitanie? – przerwał widząc podniesioną rękę.
- Jestem ciekaw jednej rzeczy. Przyszliśmy tutaj ustalać warunki ewentualnego sojuszu, tak? – zapytał.
- Owszem – odpowiedział krótko.
- Rozumiem, że każdy z nas będzie musiał włożyć podobne zaangażowanie, żeby być na równi z sąsiadami – kontynuował myśl.
- Nie rozumiem do czego dążysz – zauważył.
- Ostoja jest największa. To wiadome, że właśnie tam skupi się główny atak. Jak możemy im pomóc?
- To proste. Każdy z nas jest puzzlem, a razem możemy stworzyć składną układankę. Zauważ, że Ostoja ma ogromny obóz, ludzi oraz broń. Twoi ludzie z kolei posiadają ogromną przewagę jaką jest helikopter. Wyobraź sobie jak to mogłoby nam ułatwić życie, już nie mówiąc o przewadze podczas walki. Następnie mamy nasz obóz. Z moimi ludźmi prowadzimy liczne badania i wiemy bardzo, ale to bardzo dużo o okolicy. Zaraz przedstawię wam zresztą najpotrzebniejsze wiadomości. Jest jeszcze Płońsk, który kontroluje wschód i trzyma Złomiarzy od całkowitego odcięcia nas od wschodnich tras.
- W sumie tak o tym nie myślałem – stwierdził mężczyzna.
- Widzisz. Wracając jednak do mojej myśli Złomiarze z pewnością są niebezpieczni i chcą nas pozabijać. Ostatnio pojawiło się coś gorszego. Może Olaf zechce nam trochę o tym opowiedzieć? – zapytał patrząc na mnie. Po chwili wszyscy skierowali wzrok w stronę naszego stanowiska.
- Kiedy jechałem do Ostoi zobaczyłem trupy na poboczu. Skurczybyki ucztowały nad jakimś ciałem. Chciałem podejść do nich na spokojnie, kiedy moja towarzyszka odciągała ich uwagę, ale jeden trup wciąż siedział, kompletnie zignorował dźwięki. Gdy podszedłem  wbić mu nóż w głowę, ten odwrócił się i podkosił mnie. Wyglądał jakby był zszyty z wielu kawałków skóry zombie, ale widać też było główne ciało. No i jadł cholernego człowieka. Znalazłem to w jego kieszeniach – powiedziałem wyciągając na stół list, ucho i odznakę.
                Przez salę przebiegł huk niepokoju. Ktoś pytał co tam jest napisane, więc przeczytałem głośno „Witamy w progach Zszytych” , co wywołało jeszcze większe zamieszanie. Ben zastukał ponownie o stół przekrzykując resztę.
- Proszę o ciszę! Jak słyszycie w okolicy od jakiegoś czasu grasują kanibale. W sumie nie wiadomo czy żywią się tylko takim mięsem, czy robią to w ostateczności, jednak nie zatrzymują się nawet przed taką potwornością. Dodatkowo używają kamuflażu, który pozwala im mijać zombie bez wzbudzenia ich zainteresowania. To potężna przewaga, szczególnie biorąc pod uwagę to, że nigdy nie zabija się wszystkich zombie. Niektóre chodzą za naszymi ogrodzeniami i nie podchodzą bliżej. Możliwe, że ci ludzie obserwują nas od jakiegoś czasu. Wyjątkowo nie mam pojęcia ile osób liczy ich grupa, ani nawet gdzie mają obóz. To jedna wielka niewiadoma. Dlatego uważam, że są znacznie bardziej niebezpieczni od Złomiarzy. Chociaż musze przyznać, że nie atakują nas otwarcie, więc być może nie mają złych zamiarów, póki się ich nie sprowokuje. Dlatego z góry proszę o nie zaczynanie z nimi jakichkolwiek walk, przynajmniej dopóki nie poznamy ich zamiarów.
                Przez salę przebiegły szepty, ale szybko umilkły, kiedy Ben znowu przemówił.
- Oprócz tego mamy parę grup, ale myślę, że to tych dwóch musimy obawiać się najbardziej. Teraz inna sprawa. I tutaj będę potrzebował waszej rady. Zacznijmy od najgorszego. Moi zwiadowcy donieśli, że w naszą stronę nadchodzi stado zombie. Stado ogromnych rozmiarów. Podobno liczy parę tysięcy trupów. Musicie sobie wyobrażać jak ogromne niebezpieczeństwo nadchodzi w naszą stronę. Dlatego musimy działać, bo jeżeli fala martwych przejdzie przez nasze ziemie i broń boże zobaczy któryś obóz i postanowi go zaatakować to nie ma siły, żeby temu przeciwdziałać. Dlatego potrzebujemy informacji. Musimy zgodnie się wymienić informacjami, gdy zauważymy nadchodzące trupy. Jednak na wschodzie jest tylko obóz w Płońsku i nie jest on wysunięty tak jak mógłby być. Dlatego potrzebujemy miejsca bardziej wysuniętego na południowy wschód, gdzie osadzilibyśmy paru ludzi. Według mnie świetnym pomysłem byłoby zajęcie Płocka. Jest tam mnóstwo dobrych miejsc do obrony i jest on na tyle daleko stąd, żeby zawiadomić nas o nadchodzącym zagrożeniu w odpowiednim momencie. Dodatkowo musimy oczyścić drogi prowadzące pomiędzy naszymi obozami, żeby mieć między nami bezpieczne szlaki, ale o tym zaraz. Czy ktokolwiek z was zna kogoś, kto mógłby się tam osiedlić? – Ben mówił cały czas spokojnie, aż podziwiałem jego zdolności do przemawiania.
                Wtedy odezwał się Bobru. Wiedziałem, że to on, bo opowiadał mi już o nim Konrad z Inowrocławia. Zresztą był dosyć charakterystycznym człowiekiem.
- Ja mogę się na to zgodzić z moimi ludźmi. Planowaliśmy opuszczenie Ostoi i jeżeli możemy się przydać reszcie, to czemu nie – stwierdził.
To była dosyć ciekawa informacja, biorąc pod uwagę okoliczności. Mielibyśmy wtedy potężnego sojusznika na wschód od nas.
- To jest jeden z głównych celów. Więc mówisz, że twoja grupa jest w stanie zasiedlić Płock? – zapytał dla pewności Ben.
- Tak. Nie wiem jak szybko, ale prawdopodobnie od razu po spotkaniu, czyli w przeciągu tygodnia – zastanawiał się.
- Doskonale. Nie mogłem sobie wymarzyć lepszego osiedlenia tego miasta niż solidnej grupy z Torunia. Skoro to ustaliliśmy… nie ma żadnych sprzeciwów prawda? – poczekał chwilę, żeby upewnić się, że wszystkim to pasuje, po czym kontynuował – Możemy przejść do drugiej sprawy. Jak wiecie w tym świecie nie ma telefonów. My co prawda mamy krótkofalówki, ale to wciąż nie jest to. Jeżeli chcemy wytyczyć granicę musimy założyć punkty strategiczne. Mam już gotowe wszystkie materiały, potrzebował będę tylko chętnych do rozwożenia i budowania tych punktów. I tutaj chciałbym zapytać kogoś z grupy, która przybyła do Inowrocławia jakiś czas temu – powiedział patrząc na ludzi siedzących wokół niego. Zdążyłem już usłyszeć, że są to ludzie z Torunia, którzy uciekli stamtąd. Jedna dziewczyna, ubrana na czarno i siedząca dwa krzesła obok Bena od razu rzuciła mi się w oczy. Było w niej coś dzikiego i strasznego. To właśnie ona wydawała się przewodzić reszcie. Rozmawiała teraz z ludźmi, którzy siedzieli obok niej i w końcu przemówiła. Miała miły dla ucha, głęboki, kobiecy głos.
- Irek będzie idealny do tego zadania – stwierdziła.
 - Tak – potwierdził mężczyzna nazwany Irkiem – mogę się podjąć tego, jeżeli znajdzie się parę osób, które mi w tym pomogą.
- Myślę, że z tym nie będzie problemów, znajdą się jakieś chętne osoby, ale to już ustalimy później. Wcześniej wspominałem o drogach. Tak jak mówiłem trzeba będzie ustalić też parę osób, które przejechałyby najbardziej dogodnymi traktami i zajęły się ich oczyszczeniem. Z wszelakich wraków aut, zablokowanych dróg, trupów i tym podobnych. Tym razem jednak, jeżeli nie macie nic przeciwko, to ja mogę się tym zająć. Później pokażę wam mapę i trasy, które wybrałem. Powinny wam pasować. Kiedy byśmy już je kontrolowali, sieć pomiędzy nami byłaby naprawdę mocna – powiedział – Jakieś pytanie, czy wszyscy nadążają z tematem?
                Widziałem, że ręka Dziary podniosła się.
- Ja mam pytanie – stwierdził.
- Słucham.
- Jak ogólnie ma wyglądać współpraca między obozami? No bo na razie ustaliliśmy, że stworzymy punkt w Płocku, oraz oczyścimy trasy pomiędzy naszymi obozami, ale co dalej? – zapytał.
- To proste. Kiedy wszystkie dzisiejsze założenia uda nam się osiągnąć będziemy sobie pomagać. Wiem, że pomiędzy waszymi obozami istniała pewna współpraca, ale ta będzie znacznie bardziej rozwinięta. Będziemy wysyłać patrole, które będą sprawdzały, czy pozostałe osoby dobrze sobie radzą, a gdy ktoś poprosi o pomoc pozostali mu pomogą. Tak samo gdy stado zombie pojawi się bliżej myślę, że ewakuacje do innych obozów, żeby ominąć zagrożenie będą wręcz… wskazane – wytłumaczył.
- Skąd pewność, że każdy będzie się tego trzymał? – zapytał Dziara.
- Dzisiaj zaufaliście mi, kompletnie obcemu człowiekowi i przyjechaliście do Inowrocławia, żeby uczestniczyć w spotkaniu, chociaż mogłem zastawić na was pułapkę i pozbyć się dowództwa każdego obozu bez żadnego problemu. Czy nie uważacie, że to jest fundament tego, co możemy zbudować. Zaufajmy sobie. Zauważcie, że jest was teraz tylu i wciąż macie broń. W każdej chwili możecie złapać takiego kalekiego człowieka jak ja i zabić. Jednak tego nie robicie – wytłumaczył.
                Przez sale ponownie przebiegły szepty. Nawet Kuba i jego dwóch ludzi, którzy siedzieli przy mnie o czymś cicho rozmawiali. Ja w głowie jednak wciąż miałem Feline. Nikt, oprócz ludzi z Płońska, nie wiedział jeszcze, co jej się przytrafiło. Bałem się, że nikt nam nie pomoże, chociaż po tej przemowie Bena poczułem nasionko nadziei, kiełkujące gdzieś w środku.
- Dobrze, skoro to już ustaliliśmy to może przejdźmy do waszych pytań. Zacznijmy od Drugiego Posterunku – zapowiedział Ben.
Łysy mężczyzna, reprezentująca Drugi Posterunek, długo pytał o możliwości wykorzystania helikoptera w zwiadach okolic. Wypytywał też o naprawdę dziwne rzeczy dotyczące sojuszu. Sam nie słuchałem go do końca, bo powoli układałem w głowie jak ma wyglądać przemówienie dotyczące Feline, ale słyszałem urywki jego pytań i dyskusje, którą te pytania wywołały.  Kapitan wyraźnie wydawał się nienawidzić Złomiarzy tak samo jak ja, ponieważ zapytał otwarcie o plany odnośnie nich. Ben odpowiedział mu.
- Właściwie co do samej grupy nie mam jeszcze planów, ale myślę, że trzeba będzie się z nimi rozprawić. Chociaż oznacza to ogromne straty. Odkąd zaczęła się ta epidemia, walczyliśmy głównie z trupami. Oczywiście z małymi wyjątkami. Teraz jednak musielibyśmy wymordować całe mnóstwo ludzi. Nad tym trzeba będzie jeszcze trochę popracować – stwierdził zamyślonym tonem Ben.
- To by było na tyle, skoro tak – powiedział Kapitan.
- Dobrze, to teraz może grupa z Torunia? – zaproponował Ben.
- Może zacznę od bardziej osobistego pytania Ben. Skąd tyle wiesz? – zapytał Dziara.
- Pracuje nad tym, żeby przydać się światu odkąd jeżdżę na wózku. Nie mogę walczyć. Nie będę bohaterem dziesiątkującym zombie. Mogę za to być cennym źródłem informacji. Moi ludzie przynoszą mi raporty, a ja je czytam i analizuje. Stąd moja wiedza – wytłumaczył.
- Wydajesz się wiedzieć tyle, jakbyś miał co najmniej stado szpiegów na własne usługi. Ale dobrze nie mówmy już o tym. Tak się składa, że rzeczywiście zależy mi na zbudowaniu tej naszej, małej sieci. Chciałbym zaproponować, żeby założyć dodatkowe posterunki, mniej więcej w połowie każdej trasy. To byłyby bardzo ważne punkty strategiczne, które zdecydowanie pomogłyby nam utrzymać to wszystko w dobrym stanie. Co ty na taką propozycję? – zapytał Dziara.
- Pomysł brzmi dobrze, ale myślę, że musimy wszystko robić małymi krokami. Wszystko po kolei. Jednak nie zmienia to faktu, że po oczyszczeniu dróg i zbudowaniu punktów strategicznych to będzie najlepsze, co możemy zrobić – stwierdził Ben.
- Więc z okazji tego, że będziemy razem współpracować, zaproponuje to pierwszy, jako dowódca największego obozu w okolicy, czy ktoś potrzebuje pomocy? Zapasów, czegokolwiek? – zapytał Dziara.
                To była ta chwila. Musiałem zaraz zacząć mówić, ale chciałem dać dokończyć Dziarze. Po tych słowach zrozumiałem, że szansa na odbicie Feline robi się naprawdę realna.
- Ja będę miał prośbę, jednak wolę ją poruszyć, jak zacznie się moja kolej – zapowiedziałem.
- Ja z kolei z chęcią przyjmę pod dach mojego obozu każdego naukowca. Przeprowadzam w wolnych chwilach szeregi badań, które mogą nam pomóc zrozumieć zarazę, a kto wie, może pewnego dnia uda nam się stworzyć antidotum. Więc jeżeli w Toruniu jest ktoś, kto się tym interesuje, a nie ma miejsca do pracy, zapraszam do Inowrocławia. Mamy własne laboratorium, z całkiem sensownym wyposażeniem – powiedział Ben.
- W Toruniu na pewno znajdą się osoby chętne. Sami próbowaliśmy zbudować laboratorium, ale zebranie potrzebnych składników zajęłoby wieczność. Dlatego gdy wrócę już do Torunia, z pewnością kogoś tu wyślę. Jest jeszcze sprawa tego stada. Wiadomo skąd ono nadchodzi? Znaczy się rozumiem, że ze wschodu, ale te stada nigdy nie były takie duże. To musi być jakaś połączona grupa – zauważył dowódca Ostoi.
- Przyznam, że akurat tego nie wiem, ale z racji iż wschód jest mocno zniszczony, podejrzewam, że po prostu trupy żerujące w większych miastach w końcu spotkały się i ruszyły dalej wspólnie. Według moich badań te istoty nie są takie głupie na jakie wyglądają. Mają wyostrzone zmysły, oraz instynkt łowcy, jeżeli mogę sobie pozwolić na takie słowa. Z chęcią podrzucę wam wyniki moich badań, bo naprawdę mógłbym o tym długo opowiadać – powiedział uśmiechając się.
- Z chęcią rzucimy na nie okiem. Informacji o przeciwniku nigdy zbyt wiele – odpowiedział Dziara – I to by było na tyle, jeżeli chodzi o moje pytania. Miałem ich całkiem sporo wyjeżdżając z Torunia, ale wszystko już właściwie zostało poruszone.
- To teraz twoja kolej – powiedział Ben patrząc na mnie.
                Wiedziałem, że teraz musiałem dobrze przedstawić swoje racje, jeżeli chciałem żeby ci ludzie mi pomogli.
- Jak pewnie zauważyliście nie ma z nami Feline, wspaniałej kobiety, która stworzyła obóz w Płońsku – zacząłem podnosząc głos – Stało się tak ponieważ ma kłopoty, została porwana i przyjechałem tutaj głównie po to, żeby jej pomóc. A tą pomocą jesteście wy. Potrzebuje ludzi, żeby ją odbić. Przyda się każdy, kto jest na tyle wytrzymały i odważny, żeby mi pomóc. Ja osobiście jestem zdolny przejść przez to pieprzone stado zombie zombie, wybijając każdego po kolei, żeby tylko znów ją zobaczyć – ciągnąłem.
- Została porwana? – zapytał z niedowierzaniem Ben.
- Niemożliwe. Przecież zaledwie dwa dni temu byliście u mnie w Ostoi – zauważył Dziara.
- Podczas drogi powrotnej wpadliśmy w zasadzkę. W zasadzkę Złomiarzy – przez sale przebiegł pomruk zdziwienia – Mają ją teraz, a nasz obóz nie ma szans w pojedynkę. Jest nas po prostu zbyt mało, a ich o wiele za dużo. Mówiliście wcześniej o tym, że trzeba z nimi skończyć, po tym jak umocnimy sieć pomiędzy naszymi obozami. Nie będzie sieci, bo bez niej obóz w Płońsku nie istnieje.  Dlatego proszę was, a wręcz błagam o pomoc. Każda jedna osoba się liczy. Liczę też na odpowiedni plan przygotowany przez tak wielki umysł jak twój, Ben – powiedziałem i odetchnąłem. Głos zaczął mi drżeć.
                W sali przez dłuższą chwilę słychać było tylko rozmowy. W końcu zobaczyłem, że ktoś z grupy Toruńskiej wstaje. Rozpoznałem go. Był w naszym obozie dwa razy. Kierowca Zbłąkanego Ocalałego.
- Ja pomogę. Jestem to jej winny. Uratowała mi życie i to dwukrotnie – powiedział.
Poczułem, że krew zaczyna mi szybciej pulsować, kiedy kolejne osoby z różnych stołów zaczynały wstawać. W końcu stał prawie cały stół z Ostoi oraz parę osób z Inowrocławia.
- Odbijemy ją z rąk tych skurwieli – obiecał Erni.
Chociaż obrady trwały dalej ja byłem tak zszokowany, ze nie mogłem się na nich skupić. Pierwszy raz odkąd zaczęła się apokalipsa zombie zostałem pozytywnie zaskoczony przez ludzi. Gdy słuchałem Bena, który opowiadał o strukturze obozów Złomiarzy i planował z całą resztą odbicie Feline, zrobiło mi się ciepło na sercu. Rozmowy trwały jeszcze prawie godzinę. Wszystko było zaplanowane, a drużyna odbijająca Feline ustalona. Wszystko miało się już zacząć kolejnego dnia. Wychodząc z budynku z całą resztą ocalałych podziękowałem im, a szczególnie Erniemu, który zaczął całą akcję. Gdy do niego podszedłem ten uśmiechnął się, a blizna na jego twarzy przyjęła dziwny kształt.
- Oko za oko, ząb za ząb – powiedział uciskając mi rękę – Odbijemy ją.

środa, 9 września 2015

Rozdział 14: Czynnik

Rozdział 14, kolejny z perspektywy Irka. Wieczór i ranek przed Wielkim Spotkaniem Ocalałych to nie tylko emocje, ale także niezręczne momenty pomiędzy grupami. Jak to się zakończy? Czy Inowrocław to pułapka, czy zwykłe miejsce? Zapraszam do czytania, a następnie proszę o komentarz oraz rozesłanie bloga znajomym.

POV:
Rozdział 14 - Irek - Dzień 7-8
Bobru - Dzień 7-8 - Przebywa na terenie Inowrocławia
Olaf - Dzień 7-8 - Przebywa na terenie Inowrocławia

---------------------------------------------

Rozdział 14 (Irek): Czynnik


                Od razu w chwili, w której zdałem sobie sprawę, kto wszedł do pomieszczenia spojrzałem na Łapę. Nie pożałowałem. Emocje, jakie pojawiły się na jej twarzy były absolutnie bezcenne. Widziałem tam mieszankę złości, radości i czegoś czego nie potrafiłem zidentyfikować. Otworzyła usta jakby chciała coś powiedzieć, ale nie do końca wiedziała co. Ja z kolei też nie wiedziałem jak zareagować. Ben powiedział, że przyjedzie tutaj Dziara, ale nie wiedziałem, że wraz z nim pojawi się aż tyle osób. Osób, o których trochę słyszałem z opowieści Łapy i innych członków naszej grupy. Miałem wrażenie jakby w pomieszczeniu pojawiła się sama dzikość.
Mężczyźni byli w większości zarośnięci i ogromni, szczególnie jeden, który przewyższał wszystkich o głowę i miał przewieszony ogromny miecz na plecach. Była tam też jedna kobieta, bardzo ładna, z rudymi włosami związanymi w warkocz podobny do tego, który miała Łapa. Czułem, że napięcie rośnie, a także bałem się trochę tego co stanie się gdy Dziara zauważy mnie. W końcu więził mnie tak długi czas i na pewno nie ucieszył się z faktu, że Łapa i reszta pomogli mi uciec.
Ben westchnął cicho, a Dominika i Roman wymienili się spojrzeniami. Cała grupa, w której naliczyłem w sumie dziesięć osób, stanęła po drugiej stronie stołu wyraźnie rozglądając się i analizując. W końcu odezwał się przywódca Inowrocławia.
- Cieszę się, że skorzystaliście z mojego zaproszenia, chociaż przyznam, że nie spodziewałem się aż tak dużej grupy, nawet biorąc pod uwagę wielkość twojego obozu Dziara – zaczął miłym, lecz stanowczym głosem – Jestem Ben i to ja dowodzę obozem, w którym się znajdujecie. Osoby, które tu ze mną siedzą mają pomóc w nadchodzącym spotkaniu i w pełni im ufam.
Nawet stąd widziałem, że Dziara ze zdziwieniem patrzy na Bena, podobnie jak my nie mogąc uwierzyć, że człowiek, który miał taki szacunek w okolicy jeździ na wózku. Nie dał jednak tego po sobie poznać, gdy się odezwał.
- To ciekawe, że dwójka z tych osób to dawni członkowie mojej społeczności, w tym jeden z nich jest groźnym przestępcą nawet jak na te parszywe czasy – stwierdził Dziara.
- To już mój problem. Nie twój. Mam nadzieję, że będziecie potrafić się zachować, bo sprawa jest naprawdę ważna i szkoda marnować takiej okazji na prywatne zatargi – w tym momencie spojrzał dosyć wymownie na Bobra. Chociaż widziałem go pierwszy raz na oczy od razu dało się zgadnąć, że to jest właśnie on. Był znacznie młodszy ode mnie, chociaż jego zarośnięta i zmęczona twarz dodawała mu trochę wieku. Ubrany był jakby właśnie wracał z zwiadu, z nożem i pistoletem przytroczonymi do pasa. Spoglądał na całą sytuację nieobecnym, zimnym wzrokiem nie wyrażającym prawie żadnych emocji.
- Po prostu chciałem cię ostrzec. Jeżeli ona była zdolna – tu wskazał Łapę – żeby uciąć mi kciuki w ramach swojej chorej zemsty, to kto wie czy nie zrobi tego samego tutaj – widziałem jak Łapa już chciała coś powiedzieć, ale Ben przerwał jej unosząc rękę.
- Dosyć. Nie jestem pocieszony tym, że tak zaczęliśmy tę rozmowę, ale rozumiem, że emocje zabuzowały i tak się po prostu stało. Nieważne. Konrad i Garbus pokażą wam wasze noclegi i potem spotkamy się jeszcze, żeby ustalić co nie co. Szczególnie z tobą Dziara. Mam informacje, które z pewnością cię zainteresują jeszcze przed spotkaniem – zaproponował.
                Spotkanie zakończyło się, a grupa z Torunia powoli zaczęła opuszczać budynek. Zobaczyłem, że Łapa także wstaje, więc zacząłem iść wzdłuż stołu za nią, kiedy poczułem dosyć silny ucisk na moim ramieniu.
- Przypilnuj, żeby nie zrobiła nic głupiego. Proszę – poprosił Ben, a ja kiwnąłem tylko głową, na znak, że zrozumiałem.
Wybiegłem tuż za nią i zrównaliśmy krok. Szła w zupełnie inną stronę niż grupa z Torunia, co mnie ucieszyło.
- Nie prowokuj ich, wiesz jacy są – zacząłem.
- Proszę cię odpieprz się Irek – syknęła cicho, jakby nie do końca miała siły, żeby mówić.
- Obiecaj mi, że do obrad nie zrobisz nic głupiego – poprosiłem.
Nie odezwała się i w sumie nie wiedziałem, co to może oznaczać, ale byłem pewien, że jak Łapa będzie chciała coś zrobić, to to zrobi. Bez względu na konsekwencje.
                Po słońcu nie było już śladu i po chwili obóz zaczęły oświetlać lampy uliczne. Ludzie zdawali się być poruszeni, a niektórzy wręcz spoglądali na nas z czystą wrogością. Rozumiałem ich. Na pewno byli tacy, którzy nie do końca ufali Benowi z jego planem polegającym na zjednoczeniu okolic, szczególnie, że nie byliśmy normalnymi ludźmi i każdy w głębi obawiał się rozlewu krwi. Ja postanowiłem, że będę trzymał się Łapy, a zarazem chciałem trzymać się z dala od problemów, chociaż przy niej to nie było do końca możliwe.
- Witaj Łapo – usłyszeliśmy głęboki głos za plecami.
Odwróciliśmy się wspólnie. Na ławce przed nami, siedział rosły mężczyzna. Był nieco otyły, ale widać też było wyrzeźbione w jego ciele mięśnie, które sprawiały, że wyglądał jakby się nie mieścił do końca w swoich ubraniach. Na oku miał opaskę, która przypominała mi tą, którą nosił Dominik, jeden z radców Bena.
                Spojrzałem na Łapę. Tym razem jej twarz nie przedstawiała zbyt wielu emocji. Raczej ulgę.
- Hej mięśniaku – przywitała się.
- Kto by pomyślał, że ten świat taki mały –zaczął rozmyślać mężczyzna robiąc nam miejsce na ławce –Przyjechaliśmy tutaj przed wyjazdem z Torunia, aby ruszyć waszym śladem, a znaleźliśmy was właśnie tutaj. Niesamowite…
Łapa usiadła obok mężczyzna, a ja poszedłem w jej ślad.
- To prawda. Chociaż nie jestem pewna, czy cieszę się, że was widzę – powiedziała, po czym spojrzała na mnie – Swoją drogą to jest Irek. Były więzień Dziary. Irku to jest Łowca.
Podaliśmy sobie ręce, a człowiek nazwany Łowcą roześmiał się.
- Dziara zmienił się. Jeżeli jakkolwiek obawiasz się tego, co mógłby zrobić to przestań. Po tym jak przejął władzę stał się innym człowiekiem. Chociaż podejrzewam, że twoja terapia szokowa na pewno też miała w tym swój udział – powiedział pokazując kciuki.
Łapa roześmiała się.
- Na was mężczyzn, tylko takie bodźce działają skutecznie – stwierdziła – Ale dla twojej wiadomości nie obawiam się Dziary, ja po prostu…
- Obawiasz się Bobra – dokończył.
- Och pieprz się – uderzyła go żartobliwie w prawe ramię.
- Wiesz, tak między nami to był całkiem wierny – zażartował mężczyzna.
- Nawet nie zaczynaj. Nie chcę go widzieć, skończymy co mamy do zrobienia tu i ruszamy dalej – odpowiedziała.
                Zastanawiała mnie historia tej całej sprawy z Bobrem. O co poszło i dlaczego teraz jest jak jest. Łowca jakby czytał mi w myślach.
- Właściwie o co w tym wszystkim chodzi? O ile mogę wiedzieć – dodał po chwili.
- Nie możesz – odpowiedziała stanowczo.
- Jak chcesz. Po prostu nie chcę niepotrzebnych kłótni – powiedział obojętnym tonem.
- Bobru ma szczęście, że jest otoczony takimi ludźmi – włączyłem się do rozmowy.
- On szanuje nas, my szanujemy jego. Pomógł nam wiele razy, tak samo jak my uratowaliśmy wiele razy jego. Taka mała wymianka przysług – wytłumaczył Łowca – Dobra skoro pogadaliśmy to ja lecę. Musze sobie zaklepać wygodne wyrko przed resztą – powiedział uśmiechając się i odszedł w stronę budynków mieszkalnych.
- Nie rozumiem… - zacząłem.
- Nie musisz – odpowiedziała – Chodź.
                Wróciliśmy do naszych przyczep. Przy jednej z nich skinieniem głowy przywitaliśmy kobietę, która mieszkała w sąsiednim aucie. Łapa ucieszyła się gdy zobaczyła całą naszą grupę, rozmawiającą o czymś. Stuknęła dwa razy w drzwi, żeby wszyscy zwrócili na nią uwagę i przemówiła.
- Ej gromada, słuchajcie!
W przyczepie zapadała cisza. Całkowita cisza.
- Jak wiecie, albo nie do Inowrocławia przyjechała delegacja z Torunia na czele z Bobrem i Dziarą. Wiem, że nie ma między nami otwartej wrogości, jednak wiedźcie, że chcę uniknąć wszelkich sprzeczek, co za tym idzie daje wam wybór. Albo zostajecie ze mną i unikacie kontaktów z nimi, albo po prostu dołączcie do grupy Bobra. Nie będę zła. Zrozumiem.
Wszyscy wciąż milczeli. Miczi oraz Krystian patrzyli na siebie, a Marta i Młoda patrzyły nieco zaniepokojonym wzrokiem gdzieś przed siebie.
                Łapa poczekała jeszcze trochę aż westchnęła.
- Czyli mam rozumieć, że posłuchacie mnie i nie będziecie się mieszać?
- Uciekliśmy, więc teraz nie ma o czym gadać. Mamy swoje plany – powiedziała Miczi, jakby w imieniu całej grupy.
- Dobrze więc. Najlepiej jak zaraz pójdziemy spać i po prostu wstaniemy jutro na spotkanie, a następnie po ustaleniu wszystkiego ruszymy w swoją drogę. Albo zostaniemy tutaj. Zobaczymy – mówiła Łapa, jakby zastanawiając się sama co byłoby najlepszym wyjściem.
                Ludzie posłuchali jej i po chwili w przyczepie zgasło światło, a wszyscy zaczęli układać się do snu. Ja, chociaż szanowałem zdanie Łapy, nie potrafiłem zasnąć tak szybko, więc postanowiłem wyjść i przejść się jeszcze, żeby poobserwować sytuacje w obozie. Trafiłem idealnie, bo gdy opuszczałem pole kempingowe zobaczyłem, że przez bramę wpuszczany jest kolejny samochód. Zastanawiałem się czy to może być ktoś z kolejnych gości i chyba zgadłem bo zobaczyłem Bena, który wita łysiejącego mężczyznę oraz paru innych ludzi, którzy z nim przyjechali. Z tego co zdążyłem się zorientować oprócz delegacji z Torunia mieliśmy zobaczyć także ludzi z Drugiego Posterunku oraz obozu w Płońsku.
                Zaciekawiony podszedłem bliżej i zobaczyłem Garbusa, który obserwuje całą sytuację z boku oparty o mur.
- Kto to jest? – zapytałem.
- Ludzie z Drugiego Posterunku. Widzisz tego łysego kolesia? To Kapitan. Ciekawa sprawa, ogarnij, że posterunek zamienił się z czasem w obóz większego kalibru i właściwie stał się odrębnym miejscem, do którego przychodzą nowi ludzie. Nieźle, co? – wytłumaczył.
- Całkiem imponujące ­– przyznałem – Ktoś jeszcze ma przyjechać?
- Nie, to już wszyscy.
- A grupa z Płońska? – zapytałem.
- Oni już tu są – odpowiedział krótko.
- Tak? Kiedy przyjechali? Jakoś ich nie widziałem – zauważyłem zdziwiony.
- Znaleźliśmy ich z Kondziem na wypadzie. Jak odwoziliśmy Damiana. Cztery osoby, to niedużo, ale coś czuje, że sporo namieszają na tych obradach – założył.
- Dlaczego tak uważasz? – zapytałem.
- Sam zobaczysz jutro. A teraz radziłbym ci iść spać. Jutro naprawdę będzie nas czekał bardzo ciężki dzień.
                Odszedłem od niego bez słowa, ale nie wróciłem jeszcze do przyczepy. Chciałem jeszcze poobserwować to, co będzie się działo, oraz po prostu odpocząć. Dosiadłem się na ławce do młodszego ode mnie mężczyzny z kozią bródką. Rozpoznałem w nim człowieka Dziary i dobrze pamiętałem z sali, w której się witaliśmy z grupą z Torunia. Kiwnąłem do niego głową na znak przywitania. On zdawał się mnie kompletnie nie poznawać.
- Ciężki dzień, co? – zagadał.
 - Dosyć. Masz może papierosa? – zapytałem z nadzieją, ze zapalę.
- Jasne – powiedział i podał mi pogięte opakowanie fajek z rozmytą etykietą. Wyciągnąłem jednego dziękując i odpalając o zapalniczkę, którą mi podał. Zaciągnąłem się. Poczułem jak dym spływa mi do płuc. Dawno nie paliłem, chociaż kiedyś lubiłem zajarać okazjonalnego papierosa.
- Dymitr – powiedział wyciągając do mnie rękę.
- Irek – zasepleniłem z papierosem w buzi.
- Jesteś stąd? – zapytał puszczając obłok dymu.
- Nie. Właściwie to ostatni większy obóz w jakim byłem to Toruń – powiedziałem nie chcąc go oszukiwać.
                Rozszerzył oczy ze zdziwienia.
- Ja też jestem z Torunia, ale jakoś cię nie kojarzę – powiedział.
- To dłuższa historia – odpowiedziałem uśmiechając się smutno.
- Jak uważasz. Mi tam w sumie w Toruniu się podoba, chociaż nie zabawię tam długo. Podążam za marzeniami… rozumiesz? – zapytał.
- W pełni – powiedziałem myśląc o Łapie.
- A tak poza tym to umieram z nudów. Te spotkanie pewnie będzie najnudniejszym wydarzeniem w ostatnich tygodniach, ale cholera wie – powiedział.
- Mam nadzieję, że będzie ciekawie. Zawsze czegoś można się dowiedzieć – stwierdziłem.
- Też bierzesz w nim udział? – zapytał zaciągając się – To będzie otwarte spotkanie czy jesteś kimś ważnym?
- W sumie ani to, ani to. Po prostu udało mi się wkręcić. A ty? – zapytałem.
- To samo. Zawsze pozostaje w cieniu, ale to chyba mi nawet odpowiada. Ja jestem od pomagania, a nie od rządzenia jak Dziara lub Bobru.
- Wiesz, nie bycie kimś ważnym nie zmienia faktu, że można robić coś ważnego – powiedziałem mądrze.
- Dobrze gadasz. To co, jutro na Spotkaniu? – zapytał wstając.
- Jutro na spotkaniu – powiedziałem gasząc niedopałek o ławkę i rzucając go za siebie.
                Gdy odchodziłem w stronę przyczep coraz bardziej zastanawiała mnie postawa Łapy wobec tych ludzi. Co prawda poznałem dopiero dwójkę, ale sprawiali naprawdę dobre wrażenie.  Byłem coraz bardziej ciekaw jutrzejszego dnia, więc gdy doszedłem do przyczepy położyłem się spać w wolnym miejscu.
                Rano, gdy się obudziłem, praktycznie wszyscy też się zaczęli przebudzać. Spotkanie miało się odbyć dzisiaj w południe, a wydarzenie było na tyle ważne, że nikt nie mógł spać spokojnie. Wstałem, napiłem się wody i nieco ogarnąłem po czym opuściłem przyczepę, żeby zaczerpnąć świeżego powietrza. Ludzie z sąsiednich przyczep rozmawiali ze sobą na wiadomy temat. W całym obozie panowało poruszenie. Wyszedłem na uliczkę przed polem kempingowym, gdzie postanowiłem poczekać na resztę. Zanim, po dziesięciu minutach, do mnie doszli zdążyłem zauważyć grupę z Torunia, która przechodziła niedaleko rozmawiając ze sobą, oraz przynajmniej trzy patrole straży, które dzisiaj miały wyjątkowo trudne zadanie bronić granic obozu oraz dodatkowo pilnować porządku na samych obradach.
                Łapa wyglądała dzisiaj wyjątkowo bojowo. Jak zwykle ubrana na czarno, tak samo wystroiła swoją siostrę. Szły ramię w ramię wyglądając jak lustrzane odbicia, z tą różnicą, że jedna była wyższa i bardziej kobieca, a druga niższa z wyjątkowo delikatną, dziewczęca urodą. Miczi i Krystek też nieco ładniej się ubrali i szli tuż za siostrami. Ja wraz z mała Martą zamykałem pochód.
- Co będziemy tam robić? – dopytywała się.
- Zmieniać mała – odpowiedziałem tajemniczo.
- Ale co?
- Nasze życia. A być może też cały świat – powiedziałem zamyślając się.
- Nie wiem czy chcę coś zmieniać – odpowiedziała niepewnym głosikiem.
- Ze zmianami tak już jest, że człowiek nie jest ich pewien, ale gdy w końcu nadchodzą przyjmuje je z podniesioną głową – wytłumaczył jej.
- Od kiedy mój tata zginął wiele się zmieniło – stwierdziła.
- I jak oceniasz te zmiany? – zapytałem zaciekawiony jej zdania.
- Sama nie wiem. Jest teraz inaczej…
- Po tym jak wyjdziemy z tego budynku też będzie inaczej – powiedziałem.
                Przed budynkiem zauważyłem wszystkie pozostałe grupy, oraz ludzi z Inowrocławia. Łysy mężczyzna, nazywany Kapitanem rozmawiał zacięcie z Dziarą, a mała grupa z Płońska trzymała się na uboczu. Jeden z mężczyzn tłumaczył coś pozostałej trójce wymachując żywiołowo rękami. Nagle rozległ się dźwięk pochodzący z głośnika zawieszonego przed drzwiami. Dźwięk grał tak długo, aż na placu zrobiła się całkowita cisza. Wydawało się, ze nawet ludzie z sąsiednich budynków wstrzymali oddech. Głośnik umilkł na chwilę, a potem usłyszeliśmy głos Bena.

- Witam was wszystkich. Na początku, zanim wejdziecie do środka chciałbym wam podziękować za zaufanie mi i przybycie tutaj. Dodatkowo mam na uwadze, że nie wszystkie grupy za sobą przepadają i chcę wam tylko przypomnieć, że jeżeli z mojego planu ma coś wyjść to musimy połączyć siły i zapomnieć o dawnych sporach. Wiem, że jesteście do tego zdolni i mam nadzieję, że gdy wejdziecie do środka to będziecie przestrzegać zasad. A teraz wchodźcie! Tylko bez przepychanek – zażartował na koniec. Łapa spojrzała na mnie, a ja tylko kiwnąłem głową. Obserwowaliśmy jak po kolei do środka wlewają się kolejne grupy – najpierw Toruńska, potem ludzie z Drugiego Posterunku, następnie z Płońska, a na koniec my. Spotkanie w końcu się zaczęło.

piątek, 4 września 2015

Rozdział 13: Zwykły człowiek

Rozdział 13, kolejny z perspektywy Bobra. W poprzednim rozdziale dowiedzieliście się jak do Inowrocławia trafiają ludzie z Płońska, a w tym dotrzeć tam spróbują ludzie z Torunia. Po przeczytaniu proszę o komentarz i rozesłanie bloga znajomym.

POV:
Rozdział 14 - Bobru - Dzień 7
Irek - Dzień 7 - W tym czasie jest już w Inowrocławie i spotyka Bobra i resztę w sali z Benem
Olaf - Dzień 7 - Prawdopodobnie znajduje się już na terenie obozu w Inowrocławie.

---------------------------------------

Rozdział 13 (Bobru): Zwykły człowiek


                Wstałem i przeciągnąłem się. Średnio pamiętałem co działo się wczoraj wieczorem. Alkohol pomieszany z rozbiciem psychicznym tworzyły kombinację, której udało się bez większych problemów zachwiać moim życiem. Zastanawiałem się, co zrobić aby wyjść na prostą, ale nic nie przychodziło mi do głowy. W końcu wczoraj było ze mną naprawdę źle. Ten człowiek, którego zabiłem nie zasłużył na to, żeby być moją ofiarą. Chociaż zabijanie było czymś normalnym w świecie apokalipsy zombie, to nie zmieniało faktu, że czasami trzeba się powstrzymać, a ja straciłem panowanie nad sobą. Co jeżeli takie coś zdarzy się gdy będę z kimś z mojej grupy i przez przypadek zranię kogoś mi bliskiego.
                Te myśli nawiedzały mnie i sprawiały, że traciłem jakikolwiek pozytywny wgląd na świat. Wszystko zrobiło się całkowicie szare jakby nadchodziła zima, a nie lato. Wstałem i ubrałem się, odsłaniając zasłony i wyglądając za okno. Dzisiaj był dzień wyjazdu i musiałem ostatecznie przygotować się na wszystko, bo bez względu na to czy to była pułapka czy nie, to wyprawa nie zapowiadała się na przyjemną wycieczkę, a raczej coś, co zaważy o losach okolicznej ludności.
                Zebrałem wszystkie potrzebne rzeczy, wypiłem kubek wody i wyszedłem, zamykając za sobą drzwi. Musiałem zjeść porządne śniadanie bo czułem, że to jakkolwiek może postawić mnie na nogi. Zszedłem, szybkim krokiem, po schodach i wyszedłem na zewnątrz obserwując piękne słońce na bezchmurnym niebie.  Czy to dobry omen, zapytałem sam siebie mając szczerą nadzieję, że tak. Było tak ciepło, że musiałem rozpiąć bluzę, bo zaledwie po chwili moje czoło przepłynęły krople potu.
                W barze przywitał mnie Czarek oraz jeden z bywalców, którego imienia nie znałem. Ucieszyłem się, gdy dowiedziałem się, że dzisiaj jest szansa zjedzenia jajecznicy oraz wypicia herbaty, więc od razu zamówiłem dużą porcję. Usiadłem przy jednym ze stolików i zacząłem jeść. Zastanawiałem się jak ostatecznie przebiegło moje spotkanie z Rudą, bo z samych rozmów pamiętałem niewiele. Postanowiłem, że spytam ją gdy tylko nadarzy się ku temu okazja.
                Po zjedzeniu posiedziałem jeszcze chwilę, czując się nieco lepiej, żeby dopić herbatę. Wtedy do baru wszedł Dziara wraz z Ernim. Kiwnąłem głową żeby się z nimi przywitać.
- Hej stary – powiedział Erni.
- Bobru dzisiaj jest ten dzień – zaczął Dziara.
- Wiadomo, o której wyjazd? – zapytałem.
- Planujemy wyjechać popołudniu i pod wieczór być już na miejscu – zapowiedział przywódca Ostoi.
- Wiadomo ile osób jedzie? – zadałem kolejne pytanie.
- Właściwie to nie do końca, ale zaraz to ustalimy. Póki co przekazałem władze tymczasową Szeryfowi – zaczął. Cóż za straszne czasy nadeszły, pomyślałem wyobrażając sobie mieszkańców Ostoi, którzy będą musieli mocno naginać się do dziwnych zasad Szeryfa – Chciałbym zabrać oprócz ciebie i Erniego paru twoich ludzi – powiedział.
                To akurat zdziwiło mnie nieco.
 - Moich ludzi? Dlaczego? – zapytałem.
- Ponieważ jesteście dosyć szanowani w okolicy, nawet jak o tym nie wiecie. Tutejsi ludzie widzą tylko świat zza murów swoich obozów. Wy byliście w drodze przez taki czas, a to się zdecydowanie ceni. Zresztą myślałem, że ucieszysz się, że będziesz mógł mieć oko na swoich – zdziwił się Dziara.
- Nie wiemy jeszcze czy to pułapka czy nie – stwierdziłem sucho.
- Będziemy ostrożni obiecuje – zapewnił Dziara.
- To ilu ludzi mam zwołać?
Dziara podrapał się po głowie.
- Coś koło siedmiu. Dziesięcioosobowy oddział powinien godnie reprezentować Ostoję.
- Pomieścimy się w wozach? – kolejne pytanie wyleciało z moich ust.
- Pojedziemy Zbłąkanym. Jeżeli nie ruszam w trasę to chociaż weźmiemy mój pojazd, może akurat ktoś go rozpozna i się do nas dołączy. Ewentualnie nakierujemy go na Toruń – wytłumaczył Ernest.
- Brzmi solidnie. Niech i tak będzie, lecę ogarniać jakichś ochotników – zapowiedziałem wstając.
- Cieszę się, że nie masz nic przeciwko – odpowiedział twardo Dziara i również wstał – W takim razie przygotuj siebie i resztę, a my z Ernim zapakujemy autobus w potrzebne zapasy i przygotujemy go do drogi. Spotkamy się za trzy godziny pod południowym wyjazdem.
- Ok – odpowiedziałem krótko i dopiłem herbatę odstawiając kubek z cichym trzaskiem na stół.
                Rozdzieliliśmy się przy drzwiach baru. Przed wyjściem podziękowałem Czarkowi za posiłek i odniosłem naczynia na bar. Musiałem się teraz zastanowić kogo wziąć do Inowrocławia. Chociaż nic mi się aktualnie nie chciało robić przez wyjątkowo gorący dzień to starałem spiąć się i dobrze pomyśleć, kto może mi się przydać.
                Na początku ruszyłem w stronę strzelnicy, gdzie często można było spotkać kogoś z mojej grupy. Zauważyłem ogólną tendencje do spotykania tam większości znajomych mi osób. Po drodze na południową część obozu mijałem mnóstwo mieszkańców i chociaż byłem pewny, że mi się to wydaje to zdawało mi się, że wszyscy obserwują mnie bacznie, szczególnie ci, którzy przechodzili obok mnie. Dotarłem na miejsce i rozejrzałem się. Strzelnica była aktualnie okupowana przez grupę strażników, ale zauważyłem też, że trenuje tam teraz Pablord wraz z siedzącym obok Józefem.
                Podszedłem do nich i przywitałem się.
- Co ksiądz robi na strzelnicy? – zapytałem żartobliwie.
- W tych czasach trzeba być gotowym na wszystko – odpowiedział z uśmiechem – Co cię tu sprowadza?
- Chciałem wam zaproponować wyjazd – powiedziałem tajemniczo – Mam nadzieję, że jesteście zainteresowani.
- Gdzie tym razem? – zapytał Pablord.
- Do Inowrocławia. Wraz z Dziarą i paroma innymi osobami. Potrzebuje solidnych osób, które mnie tam nie zawiodą. A więc? – zapytałem po chwili.
Obaj milczeli przez chwilę, a po chwili kiwnęli głowami. Pomimo tego, że Pablorda byłem pewien, to nie byłem przekonany co do brania Józefa, chociaż liczyłem na to, że da sobie radę. Nie mieliśmy jeszcze okazji dobrze się poznać, ale ten wyjazd wydawał się być wręcz idealny.
- Wiecie może gdzie znajdę Dymitra lub Giganta? – zapytałem.
- Widziałem ich z rana przy północnej barykadzie. Tam możesz ich poszukać – zaproponował Józef.
- Dzięki wielkie panowie. To wiele dla mnie znaczy. Bądźcie za trzy godziny gotowi do jazdy przy południowej bramie. Spakujcie tylko potrzebne rzeczy, bo reszta będzie już gotowa – powiedziałem na odchodne i ruszyłem w stronę północnej barykady. Byłem tak zatopiony w myślach i wspomnieniach ostatnich dni, że nie wiedziałem do końca, co ze sobą zrobić.
                Po paru minutach dotarłem do barykady przy, której aktualnie trwały prace umacniające. Pamiętałem jak dzisiaj zniszczenia spowodowane przez atak Złomiarzy i nie zdziwiło mnie specjalnie, że to miejsce wymaga zwiększonej uwagi. Parę strażników w pocie czoła dokładało dodatkowe wzmocnienia, a wszyscy byli dyrygowani przez Ewelinę, która siedziała na plastikowym krzesełku i wykrzykiwała różne hasła, typu „Przenieś to tam!”, albo „Co ty robisz? Dołóż ten worek gdzie indziej!”. Podszedłem do niej, a ta przywitała mnie serdecznie.
- Chcesz nam pomóc? – zapytała.
- Raczej nie. Niedługo wyjeżdżam coś załatwić. Szukam paru osób, jest tu ktoś z mojej grupy? – zapytałem.
- Hmm… tak. Gigant, Łowca i Rekin pomagają mi, nie mów, że chcesz ich zabrać – powiedziała.
- Tylko poprosić o coś – zapowiedziałem.
- To znajdziesz ich… tam! – pokazała palcem lewą stronę barykady, gdzie rzeczywiście zauważyłem moich przyjaciół.
                Podszedłem do nich i serdecznie się z nimi przywitałem przy okazji pomagając im z wyjątkowo ciężkim workiem.
- Co tam Bobru? – zapytał Gigant ocierając ogromną dłonią pot z czoła.
- Wyjeżdżamy za parę godzin i chcę żebyście ze mną pojechali. Sprawy Toruńskie – powiedziałem.
Łowca westchnął cicho.
- Cholera Bobru zamęczysz nas, ale wiesz nie ma problemu – powiedział lekko ironicznie.
- Jak wymiękacie to znajdę kogoś innego, nie ma problemu – powiedziałem wiedząc, że i tak ze mną pojadą.
- Dobra… dobra – zgodził się Łowca.
- A wy? – skierowałem pytanie do Giganta i Rekina.
- Jak trzeba to pojedziemy, w końcu się przydamy do czegoś więcej niż cholerne umocnienia – dodał Rekin.
- Chociaż nie przepadam za Dziarą to z tobą pojadę gdziekolwiek chcesz. Przecież wiesz stary – powiedział Gigant, a ja uśmiechnąłem się. Na nim mogłem polegać.
- Dzięki panowie. Dokończcie co zaczęliście tutaj z Eweliną  i za około trzy godziny bądźcie pod południową barykadą. Weźcie tylko bronie i ciuchy, reszta będzie na pokładzie – zapowiedziałem.
- Ta jest – odpowiedział Łowca. Pożegnałem się z nimi i ruszyłem dalej szukając dwóch ostatnich osób – Dymitra i Rudej. Nie miałem pojęcia, gdzie ich znaleźć, ale miałem nadzieję, że uda mi się to, bo na ich obecności również mi zależało. O ile Giganta czy Łowcę znałem już jakiś czas, to z tymi ludźmi dopiero się zaprzyjaźniałem, a takie wyprawy łączyły.
                Nieco zmęczony poszukiwaniami Dymitra i Natalii usiadłem na jednej z ławek, przyglądając się dzieciom bawiącym się w cieniu przy pomniku niedaleko Placu Głównego. W całej Ostoi było raczej mało dzieci, nie dziwiłem się w sumie, bo czasy były wystarczająco ciężkie bez dziecka, którym trzeba było się opiekować, ale jednak aż miło było na nie spojrzeć. Czy dożyją czasów, kiedy ta epidemia się skończy? A może nikt z nas nie miał dożyć tej chwili?
                Z przemyśleń wyrwał mnie głos Medyka, który podszedł do mnie i dosiadł się odpalając papierosa.
- Chcesz jarnąć młody? – zapytał.
- Nie palę – odpowiedziałem krótko.
- Bardzo mądrze – skwitował zaciągając się soczyście.
- Jak praca w lecznicy? – spytałem zmieniając temat.
- Ech w sumie nic specjalnego. Na misjach na bliskim wschodzie było gorzej. Tutaj jak ktoś dostanie od zombiaka to zazwyczaj zanim go przywiozą do mnie to już jest zakażony, a samych ran postrzałowych jest niedużo – odpowiedział – A jak twoja ręka?
Podczas buntu pod Kwaterą Główną zostałem lekko raniony nożem, rana nie była na tyle poważna żeby ją zszywać, czy chociażby specjalnie bandażować, wszystkim zajął się Dziara, ale widocznie Medyk usłyszał o tym z jakiegoś źródła.
- To było tylko draśnięcie. Nie to co u Filipa – stwierdziłem.
- Taa… Mój znajomy, którego niestety nie poznałeś, mawiał to samo gdy składałem go po różnych ranach postrzałowych. Szkoda, że nie ma go już z nami. Polubiłbyś go młody – wspominał starszy mężczyzna.
- Może teraz jest w lepszym miejscu – powiedziałem.
- Wierzę, że wszystko jest lepsze od tego gówna, co nas otacza – przyznał.
- Chyba nigdy tego nie mówiłem – zacząłem nagle – Ale chcę ci podziękować za to, że dowiozłeś moich ludzi do tego miejsca. A szczególnie tę dziewczynę – powiedziałem szczerze.
                Medyk zaciągnął się i długo nie odpowiadał.
- Nie ochroniłem jej jednak przed tym miejscem. Ani przed mordercą.
- Tego nie udało się zrobić nawet mi, chociaż miałem go przed nosem przez tak długo. Teraz już nie mam takiej szansy – powiedziałem.
- Jesteś dobrym człowiekiem młody. Nie obwiniaj się o wszystko bo to donikąd nie prowadzi.
- Wiem… ja wiem – odpowiedziałem powoli.
- Dobra. Koniec przerwy – powiedział wstając – Musze wracać do pracy. Trzymaj się.
- Hej – odpowiedziałem patrząc jak odchodzi.
                Na ławce spędziłem jeszcze parę minut myśląc o tym co powiedział mi Medyk. Wstałem w końcu i ruszyłem na dalsze poszukiwania. Dymitra i Rudą znalazłem w końcu w szklarni, gdzie siedzieli i rozmawiali na ławce. Gdy mnie zobaczyli przerwali i czekali aż podejdę.
- Bobru – powiedział na przywitanie Dymitr, podając rękę, którą uścisnąłem.
- Hej – przywitała się również Ruda.
- Zajęci? – zapytałem dosiadając się.
- Odrobinę, ale nie martw się i mów czemu nas szukałeś – stwierdził Dymitr. Widziałem, że był nieco zdenerwowany, a Ruda z kolei była smutna. Niestety ich problemy nie były moją sprawą więc kompletnie to zignorowałem.
- Wyjeżdżamy za około dwie godziny do Inowrocławia całkiem sporą grupą. Chciałem żebyście pojechali ze mną – zacząłem.
Spojrzeli się na siebie. Nie wiedziałem za bardzo, o co chodzi, więc po prosu czekałem na odpowiedź.
- Po co tam jedziemy? – spytała w końcu Natalia.
- Na spotkanie. Bardzo ważne dla okolic, a być może i dla nas, gdy będzie stąd wyjeżdżać – powiedziałem.
- Chcieliśmy spędzić trochę czasu we dwójkę – zaczął Dymitr.
- Ale jak trzeba pomożemy – dokończyła Ruda – W końcu jak weźmiesz i mnie i Dymitra to i tak będziemy razem – stwierdziła.
- To mogę na was liczyć? Świetnie. Za około dwie godziny bądźcie gotowi pod południowym wyjazdem. Weźcie broń i ciuchy, reszta będzie czekała na pokładzie – zapewniłem.
- Ok – odpowiedzieli wspólnie, a ja nie zaczepiając ich dłużej opuściłem szklarnie i poszedłem do domu wziąć prysznic i się przebrać oraz przygotować do drogi.
                Podobało mi się to jakim składem mieliśmy tam jechać. Byli to ludzie, którym ufałem i którzy już niedługo mieli wyjechać ze mną w drogę, gdzie działy się straszne rzeczy. Bez nich nie byłoby to możliwe. Można więc było powiedzieć, że to była próba generalna przed wielką podróżą. Po dwóch godzinach, odświeżony i gotowy do drogi byłem już przy południowej barykadzie. Szybko zauważyłem grupę ludzi krzątających się przy Zbłąkanym Ocalałym, który pierwszy raz od dawna był wymyty i nieco odnowiony.
- Czemu jedziemy tym złomem, a nie moim Potworem? – usłyszałem głos Łowcy.
- Sam jesteś złomem! – odkrzyknął Erni i zobaczyłem jak podchodzi do autobusu i głaszczę go czule – Nie słuchaj go kochany.
                Uśmiechnąłem się pod nosem i przywitałem z wszystkimi, których zaprosiłem, oraz Dziarą i Ernim.
- Jak samopoczucia? – zapytałem.
- Chujowo, ale stabilnie – wyszczerzył zęby Dziara.
- To, co jesteśmy gotowi? – zapytałem tym razem bardziej Erniego.
- No to jedźmy! – zawołałem dziarsko.
                Gdy bramy zamknęły się za nami, a my pomknęliśmy drogą na most nad Wisłą poczułem standardowy niepokój, tak jakby moje ciało przełączało się na tryb wzmożonej ostrożności. Wiedziałem, że do Inowrocławia mamy niewiele większą drogę niż na Drugi Posterunek, a Erni potrafił jeździć i znał okolicę jak własną kieszeń, więc nie martwiłem się czasem podróży. Dodatkowo niedaleko był Pierwszy Posterunek, co oznaczało, że w okolicy nie powinno być zbyt dużo zombie. Dopiero teraz przypomniałem sobie jak dawno nie widziałem przerażających stad trupów. Dobrze pamiętałem te z Kołodna, które spotkałem wraz z Ernim i Cinkiem uciekając przed ludźmi z Supraśla. Setki trupów podążających w tym samym kierunku, niczym nieumarła fala. To było przerażające.
                W samym autobusie atmosfera była pozytywna. Siedziałem tuż obok Dziary, który zamyślony patrzył za okno i obserwował chylące się coraz niżej słońce. W tym czasie reszta rozmawiała ze sobą, a Łowca opowiadał historię ze swojego życia ku uciesze reszty. Nawet nie zauważyłem, kiedy podjechaliśmy do zabudowań i minęliśmy tabliczkę z nazwą „Inowrocław”. Chociaż całe miasto wydawało się opustoszałe to dojechaliśmy w końcu do kościoła, który było widać z daleka. Od razu dało się zauważyć mury okalające to miejsce i świata oraz hałasy ze środka. Podjechaliśmy pod główną bramę i czekaliśmy. Erni zatrąbił.
                To zdecydowanie podziałało, bo brama po chwili zaczęła się otwierać. Wjechaliśmy do środka i zobaczyliśmy wnętrze obozu. Po lewej znajdowało się wejście do kościoła oraz nieduży plac, na którym siedziało teraz parę osób i bacznie nas obserwowało, a po prawej było pole, na którym stało parę przyczep, wyglądających na mieszkania. Wyładowaliśmy się ze środka i zobaczyliśmy, że przed autobusem czeka na nas przygarbiony człowiek nieco starszy ode mnie. Miał czarną czuprynę i uśmiechnął się do nas.
- Witam was w Inowrocławiu. Nasz przywódca już na was czeka – zapowiedział ściskając dłoń Dziarze na przywitanie.
- Całkiem przytulnie tu macie – odpowiedział Dziara.
- Staramy się – dodał człowiek, który podszedł do nas zza pleców garbatego mężczyzny. Był znacznie starszy, miał siwe pasma włosów i serdeczny wyraz twarzy – Jestem Konrad, a to Garbus. Zaprowadzimy was teraz do Bena.
                Bez pytań ruszyliśmy w dziesiątkę za nimi. Ludzie świdrowali nas wzrokiem jakby pierwszy raz widzieli innego człowieka, a widok broni przewieszonych przez nasze plecy i paski na pewno nie sprawiał dobrego wrażenia. Ale nie zamierzaliśmy ich użyć. Sytuacja była dosyć nerwowa, bo w każdym momencie mogło rozpętać się piekło, ale miałem nadzieję, że tutejsi ludzie nie są agresywni. Dwójka, która nas przywitała prowadziła nas na tyły kościoła, gdzie zobaczyliśmy parę piętrowych budynków.

                Weszliśmy do jednego z nich i znaleźliśmy się w sporym pomieszczeniu, na środku którego stał ogromny, drewniany stół. Za stołem siedziało parę postaci. Nim zdążyłem się skupić na nich po kolei złapałem się ręką za czubek głowy. Nie mogłem uwierzyć, w to kogo widzę. Tylko nie teraz, błagałem sam siebie przypominając sobie sytuacje z budynku. Chociaż teraz nie czułem zawrotów głowy, ani nic z tych rzeczy to widziałem to samo. Tą samą osobę. Jedną z osób siedzących za stołem była Łapa.

niedziela, 30 sierpnia 2015

Rozdział 12: Cichy krzyk

Rozdział 12, kolejny z perspektywy Olafa. Po tym co stało się z Feline Olaf musi działać i spróbować ją odbić. W jaki sposób to zrobi i czy da radę? Zapraszam do czytania, a potem proszę o komentarz oraz rozesłanie bloga znajomym.

POV:
Rozdział 12 - Olaf - Dzień 6-7
Bobru - Dzień 6-7 - Bobru wrócił z Drugiego Posterunku i jest na terenie Ostoi
Irek - Dzień 6-7 - Wraz z resztą pomaga Benowi w przygotowaniach do spotkania

---------------------------------------

Rozdział 12 (Olaf): Cichy krzyk


                Gdy obudziłem się następnego dnia czułem się źle. Brzuch znowu dawał o sobie znać, a każde wspomnienie o tym, co stało się przedwczoraj sprawiało, że nie chciałem się ruszać z łóżka już do końca moich dni. Wiedziałem jednak, że Złomiarze prawdopodobnie nie zabiją Feline tak szybko, bo była zbyt ważna w okolicy, żeby ją po prostu zabić. Będą ją torturowali i męczyli, ale oszczędzą ją. Znałem ich całkiem dobrze.
                Chociaż ludzie z Ostoi, którzy wydają się wiedzieć dużo o relacjach osób z okolicy, mogą myśleć inaczej to z pewnością nie wiedzą o tym, że nasza walka z Złomiarzami trwała znacznie dłużej od ich. Właściwie mało kto wiedział ile razy to miejsce było przez nich atakowane i to bezskutecznie. Teraz nie miałem pojęcia, co właściwie mogę zrobić. Musiałem szybko podjąć decyzję, co robić dalej. Spotkanie w Inowrocławiu miało się odbyć już jutro. Jadąc tam postawiłbym wszystko na jedną kartę i zaufał ludziom z Inowrocławia w tym, że pomogą mi odbić Feline, ale nie byłem pewien czy jestem zdolny do takiego ryzyka. Była też opcja żebym po prostu zebrał ludzi i zaatakował najbliższy posterunek Złomiarzy, który był całkiem niedaleko, ale wtedy prawie na pewno zostawiłbym obóz bez opieki, a to mogłoby się skończyć tragicznie.
                Podniosłem się w końcu i odświeżyłem w misce z wodą. Usłyszałem pukanie do drzwi i po chwili zobaczyłem Grześka.
- Mogę zająć chwilkę? – zapytał, wchodząc bez pozwolenia.
- Czego chcesz? – zapytałem chrapliwym głosem.
- Opatrzeć rany, jak zwykle przyjacielu – stwierdził podchodząc do mnie.
                Nie odpowiedziałem. Po prostu zdjąłem koszulkę i usiadłem na łóżku. Westchnąłem ciężko. Podczas gdy Grzesiek sprawdzał stan mojej rany i przemywał ją przyniesioną wodą i szmatkami, ja patrzyłem nieobecnym wzrokiem w ścianę.
- Się porobiło, co? – zapytał siadając obok.
- Daj spokój… - szepnąłem.
- Nie martw się. Odbijemy ją – zapewnił. Wieści szybko się rozchodziły, jeżeli wiedział już o wszystkim nawet doktor.
- Jak nastroje w obozie? – zmieniłem temat.
- Różnie. Niektórzy nie mają do ciebie nic, ale jest grupka, która po prostu jest pewna, że zabiłeś lub sprzedałeś Feline  Złomiarzom, żeby przejąć władze nad naszym obozem i ogólnie planowałeś to od dawna – opowiedział.
- Skurwysyny. Niewdzięczne skurwiele – zakląłem.
- Niestety – odpowiedział.
- Kto? – zapytałem.
- Kto jest najgłośniejszy? Kuba i jego kumple, to chyba nie jest zbyt duża niespodzianka? – odpowiedział.
                Grupa ludzi, o której wspomniał, od zawsze miała lekceważący stosunek do reszty ludzi w obozie, ale trzymali pewien poziom i nie przekraczali granic. Teraz chcieli wykorzystać sytuację i nie chciałem im na to pozwolić.
- Jeżeli nie zgniotę tego w zarodku, to cały obóz może upaść – powiedziałem.
- To zrób coś – powiedział stanowczo Grzesiek.
Oczyszczanie rany zajęło jeszcze trochę bo Grzesiek musiał wrócić do swojego gabinetu po specjalną maść, która po nałożeniu na obrzęk sprawiała, że czuło się przejmująco ciepło, które rozkosznie rozciągało się po całym, bolącym obszarze. W końcu zabandażował mi to i ładnie zawiązał, po czym wyszedł i zostawił mnie samego.
                Ubrałem się i postanowiłem opuścić w końcu swój pokój i porozmawiać z paroma osobami o tym, co należy teraz zrobić, chociaż sam nie byłem tego pewien. Przed gabinetem Feline stało parę ludzi i gdy mnie zobaczyli zareagowali różnie – jedni wydawali się cieszyć, a drudzy otwarcie spoglądali na mnie z nienawiścią. Minąłem ich i wszedłem bez pukania do kwatery Feline. Za biurkiem siedział Krzysiek, tymczasowy zastępca, oraz paru strażników.
- Olaf! W końcu wstałeś, dzięki stary – powiedział na przywitanie. Widać było na jego młodej twarzy wory pod oczami oraz pogłębione zmarszczki, który musiały oznaczać, że tej nocy nie spał.
- Każ tu przyprowadzić Kubę – powiedziałem siadając niedaleko niego.
- Po co? – zapytał, ale gdy zobaczył mój zniecierpliwiony głos to natychmiast wykonał rozkaz.
Czekaliśmy około dziesięciu minut, aż strażnicy przyprowadzą swojego towarzysza, ale w końcu zobaczyłem obitą przeze mnie twarz przepełnioną grymasem złości. Strażnicy trzymali go za ręce żeby nie pozwolić mu zrobić niczego głupiego.
                Podszedłem do niego tak blisko, że czubki naszych nosów prawie się stykały.  Chociaż dalej zgrywał twardziela, to widziałem na jego twarzy coś wyglądającego jak nasionko strachu, a ja byłem doskonałym ogrodnikiem, który z takiego czegoś potrafił stworzyć ogromny ogród.
- Przestaniesz w końcu pajacować i nam pomożesz? – zapytałem.
- Nie mogę na ciebie patrzeć – wycharczał.
- To nie patrzy pedale, tylko nam pomóż. Nasz obóz jest mały i nie możemy sobie pozwolić żeby w tak ciężkiej chwili był jeszcze mniejszy. Ale skoro masz taki problem to nie ukrywam, że będę musiał cię ukarać i to natychmiast, bo jestem kurewsko wkurzony na cały świat i taki wypierdek jak ty na pewno nie zasługuje na moją uwagę, szczególnie jak nie chce mi pomóc – powiedziałem prawie na jednym oddechu ciągle patrząc mu w oczy. Widziałem w nich coraz to większe zwątpienie w własne siły oraz strach.
- I co mi zrobisz? – zapytał.
- Zabiję cię – powiedziałem takim tonem, że usłyszałem jak jego kiszki skręcają się ze strachu.
                Wszyscy obserwowali tę sytuację w milczeniu, ale ja wiedziałem, że już wygrałem.
- Dobra ogarnę się – obiecał Kuba.
- Świetna decyzja Jakubie, szkoda, że zmarnowałeś na nią tyle naszego cennego czasu. Teraz jednak do rzeczy – zacząłem, odwracając się do reszty, a przy okazji wypuszczając mojego wroga z rąk strażników – Feline została porwana przez Złomiarzy. Dobrze widziałem, kto dowodził tą grupą i dobrze znacie tę osobę. To Kamil, skurwiel jakich mało – kontynuowałem.
Ludzie słuchali mnie z uwagą, chociaż była tu aktualnie nieduża grupa, to wciąż była to grupa, którą musiałem zebrać i przekonać do swoich pomysłów.
- Musimy odbić Feline, ale nie damy radę zrobić tego tylko z naszymi ludźmi. Musimy poprosić o pomoc inny obóz. Idealna okazja będzie w Inowrocławiu, gdzie jutro zaczyna się Wielkie Spotkanie Ocalałych! Dlatego będę chciał rozdzielić nas pomiędzy miejscami, tak żeby chronić ten obóz i wysłać delegacje na spotkanie. Tam jestem pewien, że uda mi się zdobyć poparcie w sprawie ostatecznej walki z Złomiarzami. Czas ich w końcu wygonić z tych ziem, jeżeli mamy tu żyć spokojnie – poczułem się podczas przemawiania niczym dowódca, co nie do końca mi się podobało, bo takiej roli nie chciałbym się podejmować, ale wyjątkowo musiałem.
                Chociaż ludzie stojący wokół mnie nie krzyczeli entuzjastycznie, to widać było w ich oczach coś na kształt płomyka nadziei. Miałem nadzieję, że dam radę ich zmotywować do działania i razem pokonamy przeciwności losu, które przed nami się pojawiły.
- Więc jaki jest plan? – zapytał nieśmiało Krzychu.
- Plan jest taki, że biorę ze sobą trójkę ludzi i jedziemy do Inowrocławia. Wiem, że nie słyszeliście za dużo o tym planie, ale uwierzcie mi, że to jest dokładnie to, co planowała zrobić Feline. Wyjedziemy dzisiaj późnym wieczorem, a reszta zachowa wyjątkową ostrożność. Żadnych buntów, zwiadów i wyściubiania nochala poza granicę obozu. Zapasy mamy i będziecie musieli się tu utrzymać. A my postaramy odbić się Feline – przedstawiłem zarys planu.
- Nie lepiej zaatakować najbliższy obóz Złomiarzy? Może akurat znajdziemy tam Feline? Przecież ona może nie przeżyć do czasu aż pojedziesz do tego pieprzonego Inowrocławia i wybłagasz o jakąś pomoc – włączył się Kuba.
- Nie lepiej. Stracimy tylko ludzi. Oni nie zabiją Feline. Jest zbyt ważna w okolicy, szczególnie jak dowiedzą się o połączeniu naszych sił z pozostałymi obozami. Ich przywódczyni nie walnie takiego głupiego błędu – zapewniłem – Pytanie brzmi, czy jesteście w stanie mi zaufać?
                Tym razem cisza zapadła na dużo dłużej. Strażnicy, Krzychu i Kuba wymieniali się spojrzeniami. Bałem się nieco ich reakcji, bo jeżeli nie będą chcieli współpracować to mogłem mieć spore problemy, ale wierzyłem, że tym razem udało mi się ich przekonać. I miałem rację. Wszyscy powoli zaczęli kiwać głowami na znak zgody. Nawet Kuba, który patrzył na mnie spode łba kiwnął zdecydowanie głową. Uśmiechnąłem się szeroko.
- No to działamy! – powiedziałem.
Przez następne godziny zajmowałem się tyloma rzeczami, że ciężko było je zliczyć. Zebrałem wszystkich ludzi w stołówce, a było ich prawie pięćdziesiąt i powtórzyłem to samo, co w kwaterze Feline. Przekazałem oficjalnie dowództwo Krzyśkowi i razem z nim wydałem każdemu mężczyźnie w obozie broń i zestaw amunicji. Przekazałem dokładne instrukcje co mają robić, a czego mają unikać podczas mojej nieobecności. Po tym zająłem się barykadowaniem budynku od środka, zostawiając tylko jedno wejście, które było chronione przez czterech, wydzielonych do tego, strażników.
                Następnie poszedłem zjeść obiad, prawdopodobnie ostatni porządny posiłek przed wyjazdem. Siekiera tym razem nie robił mi problemów i przygotował naprawdę solidną porcję, którą najadłem się po brzegi. Czas leciał nieubłaganie, a ja dalej musiałem przygotowywać rzeczy. Przekazałem klucze do zbrojowni Krzychowi i kazałem mu ich pilnować jak oka w głowie. Później naprawiałem i przestawiałem wiele rzeczy prze generatorze, żeby całkowicie odciąć światła na zewnątrz i aktywować napięcie w płocie. Gdy zakończyłem to wszystko usiadłem na ławce przed szpitalem i odpaliłem papierosa obserwując zachód słońca.
                Byłem dumny z tego co zrobiłem, chociaż zmęczenie dawało się we znaki, a wiedziałem, ze lada chwila będę musiał wybrać osoby, które ze mną pojadą i przygotować auto. Czerwony blask promieni słonecznych przykrywał cały świat całunem, rzucając nieco ponure cienie, które pokryły cały plac przed naszym budynkiem. Obserwowałem cień wypuszczanego z ust dymu i myślałem, czy zrobiłem wszystko, żeby obóz był gotowy na ewentualny atak. Zastanawiałem się też, czy na pewno uzyskamy jakąś pomoc od osób, które będą na spotkaniu, ale jeżeli naprawdę chciały włączyć nasz obóz do swojego to miałem nadzieję, że nie będzie z tym większych problemów.
                Za ogrodzeniem, które na razie było wyłączone, chodziły zombie. Przypomniałem sobie Zszytego, którego zabiłem w drodze do Ostoi i ciarki mnie przeszły po plecach. Ta grupa była tak okrutna i straszna, a co najgorsze zaskakująca, że nie wiedziałem na co tak właściwie mam się przygotować. Podejrzewałem, że nawet teraz przed ogrodzeniem mógł się chować jeden z wrogów, ale nie miałem sił, żeby tego sprawdzić i zresztą miałem nadzieję, że Zszyci nie wiedza jeszcze, że my o nich wiemy, przez co będą obserwować zamiast atakować.
                W końcu zdecydowany na to, co chcę zrobić poszedłem znaleźć osoby, które chciałem ze sobą zabrać. Sam nie wiedziałem, co mną kierowało, gdy podszedłem do Kuby i poprosiłem go o pojechanie ze mną, wraz z dwoma kumplami. Byłem teraz zdany na ich łaskę, a dodatkowo osłabiałem obóz o trzech solidnych obrońców, ale wiedziałem, że jeżeli misja ma mi się udać to tylko i wyłącznie przy pomocy tej trójki. Znalazłem ich w jednym z pokoi, gdzie grali w karty.
- Jedziemy – powiedziałem bez ogródek.
Zobaczyłem zdziwienie na ich twarzach.
- Gdzie? – zapytał głupio Kuba.
- Przecież dobrze wiesz gdzie. Pakujcie się i za piętnaście minut wyjeżdżamy. We czterech – stwierdziłem i wyszedłem nie czekając na ich dalszą reakcję.
                Zastanawiałem się, czy mnie posłuchają, ale całe szczęście po parunastu minutach zobaczyłem jak wspólnie opuszczają budynek. Byłem świadkiem sceny, jak młoda dziewczyna z naszego obozu, o imieniu Kasia całuje na pożegnanie Kubę. Miłość kwitnie, pomyślałem. Gdy pożegnania się skończyły, a drzwi szpitala zostały zamknięte, zaczęliśmy sprawdzać ostatnie rzeczy w naszym aucie. Paliwo, zapasy i cała reszta była gotowa, więc w końcu wsiedliśmy. Kuba zasiadł na miejscu kierowcy, ja na prawo od niego, a jego kumple usiedli z tyłu.
                Wyjechaliśmy zamykając za sobą bramę i totalnie olewając zombie, które zbierały się w pobliżu. Ruszyliśmy do przodu, a ja patrzyłem przez szybę na nasz obóz i uśmiechnąłem się z zadowoleniem. Wyglądał teraz na całkowicie opuszczony, bez żadnych śladów tego, że w środku ukrywa się czterdziestu ludzi. Budynek zniknął jednak dosyć szybko, a my labiryntami uliczek powoli opuszczaliśmy Płońsk w drodze na Inowrocław. Nie wiedziałem dlaczego, ale miałem wyjątkowo dobry humor, chociaż wiedziałem, że sytuacja jest całkiem beznadziejna. Feline była uwięziona, a Złomiarze mieli ogromną przewagę w naszej wojnie. Co gorsza byli też Zszyci.
                Wyjechaliśmy z Płońska i jechaliśmy powoli i spokojnie, żeby nie ściągać na siebie zbyt dużej uwagi. Wiedziałem, że mogło tu się kręcić mnóstwo wrogów, a do Inowrocławia mieliśmy podobną trasę do przejechania jak do Torunia. Pierwsza godzina jazdy była całkowicie spokojna, nie licząc małej grupki zombie, którą musieliśmy wyminąć na drodze. Całe szczęście trupy jadły coś na poboczu i nie były zbytnio zainteresowane naszą obecnością. Po jakimś czasie stanęliśmy na chwilę wysikać się i rozprostować kości. Była to idealna decyzja, bo zgasiliśmy do tej akcji samochód, a po chwili usłyszeliśmy dźwięk silnika.
- Padnij! – krzyknąłem i momentalnie wszyscy wskoczyliśmy w okoliczne krzaki. Byliśmy akurat na spokojnym poboczu, gdzie po jednej stronie był las, a po drugiej pole. Co prawda nasze auto stało na widoku, ale przy odrobinie szczęścia i odpowiedniej prędkości jazdy, osoby, które były w pobliżu mogły nas nawet nie zauważyć przejeżdżając obok.
 Czekaliśmy w całkowitej ciszy licząc na to, że nic się nie stanie. Miałem pistolet w ręce i byłem gotowy do bronienia się. Auto zdecydowanie nadjeżdżało z lewej strony, czyli ze strony, w którą mieliśmy jechać i staraliśmy się je znaleźć wzrokiem, ale nie było to łatwe. Chociaż droga była prosta to ocalali, którzy tam jechali musieli być tak sprytni jak my i nie używać świateł. Z drugiej strony nie chcieli, żeby ich widziano, więc prawdopodobnie też się czegoś bali. To dało mi jako taką nadzieję, że to nie byli Złomiarze.
                Po chwili z lewej strony wyjechał terenowy, czarny wóz. Jechał powoli i przekląłem kiedy zauważyłem, że zatrzymuje się przy naszym aucie. Kuba już chciał wstawać, ale zatrzymałem go dając znak, żeby się nie ruszał. Musieliśmy zobaczyć z kim mamy do czynienia, zanim cokolwiek zrobimy. W aucie nagle zapaliło się światło i zauważyliśmy trzy osoby. Było to trzech mężczyzn. Jeden z nich był starszy ode mnie, widać było spore pasma siwizny na jego włosach. Drugi z nich, był zdecydowanie charakterystyczny – ładnie ubrany, z czarną, bujną czupryną oraz lekko zgarbioną postawą. Ostatni, który jak zauważyłem teraz, był związany, miał wytatuowane ręce i sprawiał wrażenie typowego mięśniaka.
                Wysiedli z samochodu i zaczęli się krzątać przy naszym wozie. Nagle ten najstarszy się odezwał.
- Damian jak widzisz przeżycie trzech dni nie będzie ciężkie, jak nawet na zwykłej drodze stoi sobie działające auto.
- Nie zasłużyłem na wygnanie. Te skurwiele z Ostoi nas zniszczą. Zobaczycie – próbował się bronić utatuowany.
- To już jest tylko i wyłącznie decyzja Bena. Na pewno nie twoja – wtrąci się garbaty.
- I co? – zapytał żałośnie mięśniak – Zostawicie mnie nawet bez pierdolonej broni?
- W Inowrocławiu siałeś zniszczenie przy użyciu pięści, więc tutaj też sobie dasz radę… - stwierdził siwiejący mężczyzna – Zresztą jak mówiłem masz tutaj auto, co daje ci ogromną przewagę.
                Nie mogłem już tego słuchać, a kiedy zobaczyłem, że mięśniak zwany Damianem zostaje uwolniony i podchodzi do auta wstałem i wymierzyłem pistoletem. Cała trójka, która była ze mną zrobiła to samo. Mężczyźni byli całkowicie zaskoczeni. Mięśniak chciał uciec, ale jeden z naszych wystrzelił w górę i ten w panice potknął się o zderzak auta, upadł i znieruchomiał.
- Łapska do góry! – powiedziałem najbardziej bandziorskim głosem jakim potrafiłem.
Obaj mężczyźni grzecznie się nas posłuchali.
- Siadać. Mam do was parę pytań – powiedziałem. Kumple Kuby złapali mięśniaka i go ponownie związali, a ja i mój dotychczasowy wróg patrzyliśmy na ocalałych, którzy bacznie nas obserwowali.
- Nie zabijajcie nas. Nie mamy nic cennego i nie mam również złych zamiarów. Myśleliśmy, że to puste auto, w życiu byśmy go nie wzięli, gdybyśmy wiedzieli, że… - zaczął, ale przerwałem mu odbezpieczając pistolet.
- Zamknij się! Powiedziałem, ze to ja będę zadawał pytania! – krzyknąłem, mając nadzieję, że wystraszyłem ich solidnie.
                W końcu gdy zapadła cisza odezwałem się.
- Jesteście z Inowrocławia? – zapytałem.
- Tak – odpowiedział garbaty – Na mnie mówią Garbus, a mój towarzysz to Konrad. Ten związany mężczyzna  to Damian – dodał szybciej, niż mu zdołałem przerwać.
- Dlaczego go wywozicie? – ciekawość wzięła górę i spuściłem nieco z tonu, szczególnie, że mężczyźni nie wydawali się być specjalnie groźni, a jak byli z Inowrocławia to wręcz powinniśmy ich traktować z szacunkiem. W końcu oni mieli nam pomóc.
- Złamał zasady panujące w obozie, więc wysłaliśmy go na karę – wytłumaczył Konrad.
- Co prawda jego los kompletnie mnie nie obchodzi, ale teraz pojedziecie z nami. Wszyscy. Jestem Olaf i reprezentuje obóz w Płońsku. Chcemy się tam dostać na Wielkie Spotkanie Ocalałych – powiedziałem niskim głosem akcentując każde słowo.