piątek, 12 września 2014

Rozdział 21: Kłamca

Rozdział 21, perspektywa Miczi. W tym rozdziale będę nawiązywał do końca poprzedniego rozdziału Miczi, w którym to było słychać tajemnicze stukanie. Teraz motyw zostanie wyjaśniony i rozwinięty. Dodatkowo grupa będzie tak blisko pozostałych grup jak tylko się da. Po przeczytaniu proszę o komentarz i rozesłanie bloga znajomym.

--------------------------------------------------------

Rozdział 21 (Miczi): Kłamca


                Obudziłam się w kiepskim humorze. Zaczęłam podejrzewać u siebie jakaś chorobę psychiczną, gdyż parokrotnie w nocy budziło mnie stukanie, chociaż w pobliżu autobusu nie widziałam żadnego zombie. Reszta załogi nie skarżyła się jednak na żadne hałasy, więc nie potrafiłam tego wytłumaczyć. Rankiem, przed wyruszeniem, chcieliśmy zjeść śniadanie. Pogoda była dzisiaj sprzyjająca, było całkiem ciepło i praktycznie nie wiał wiatr.
                Henryk zaoferował, że on zejdzie do bagażnika po jedzenie i chociaż nie rozumieliśmy czemu uczepił się tak chodzenia po jedzenie dla nas to pasowało nam to. Przynosił nam wszystko pod nos i zazwyczaj sam gotował. Chyba chciał przejąć rolę autobusowego kucharza. W taki sposób usiedliśmy w kręgu na trawie i czekaliśmy na śniadanie. Staruszek opowiadał jakąś historię z czasów swojej młodości, próbując pocieszyć wciąż smutną po stracie siostry Klaudie. Mpd rozmawiał o czymś z Kiciusiem, a ja usiadłam przy Pablordzie.
- Jesteśmy już coraz bliżej, co? – zagadałam.
- Dokładnie. Przed nami ostatnia prosta, jak dobrze pójdzie to jeszcze dzisiaj będziemy siedzieć w jednym z domów w Toruniu – odpowiedział Pablord.
- Jednym z domów? – zapytałam z zaciekawieniem
- Tak w Ostoi mamy cztery takie jakby hotele. Tam mieszkają wszyscy mieszkańcy. Jest jeszcze piąty budynek, gdzie mieszkają Czerwone Flary oraz najważniejsze osoby w mieście.
- Rozumiem. Myślisz, że dojedziemy tam bez problemów? – kontynuowałam.
- Teoretycznie jesteśmy już na naszych terenach, niedaleko stąd jest Czwarty Posterunek, jeden z czterech ogradzających całą Ostoję Ocalałych – zaczął, biorąc od Henryka miskę z jedzeniem – ale oczywiście zawsze możemy wpaść na Gang.
                Wzięłam również miskę i poczułam przyjemne ciepło i zapach. Zainteresowana tematem pytałam dalej.
- Gang?
- Tak. Jak wiesz na świecie nie ma już dobrych ludzi, a ci są wyjątkowo wredni. To nasi wrogowie, którzy przeszkadzają nam na każdym kroku i toczą z nami taką wojnę – wytłumaczył Pablord robiąc przerwy na nabranie jedzenia.
- Dlaczego akurat Gang? – zapytałam.
- Jeżdżą motorami, po tym ich zazwyczaj poznajemy.
                Miałam szczerą nadzieję, że nie wpadniemy na żaden gang i dojedziemy bezpiecznie do celu. Henryk posprzątał po nas i popakował zapasy z powrotem do bagażnika, po czym wszyscy wróciliśmy do środka. Autobus ruszył. Jechaliśmy na północny zachód. Obserwowałam przez okno budzący się do życia świat. Pod zaspami śniegu zaczęła się budzić roślinność. Co prawda była to jeszcze szara, brudna trawa z pojedynczymi przebiśniegami, które pojawiły się w paru miejscach, ale już teraz ten widok był dobry dla oka.
                Na niektórych drzewach zaczęły też pojawiać się pierwsze listki, chociaż większość  była wciąż ponura i łysa. Słońce zdawało się wołać nas i dawać przyjemne ciepło, ale w połączeniu z zimnym wiatrem nie dawało jeszcze pełnego komfortu. Jazda autobusem była całkiem wygodna. Kiciuś nie musiał zatrzymywać się na przystanku przy Sierpcu, ponieważ zwyczajnie nie było tam nikogo. Przejeżdżając koło miejscowości stanęliśmy na chwilę, żeby ostatecznie ustalić nasz plan.
                Kiciuś spierał się, że powinniśmy jechać dalej i ominąć Czwarty Posterunek, a Pablord i Mpd nakłaniali go do zatrzymania się i zdobycia informacji.
- Do cholery chłopaki dajcie spokój. Czas mnie goni, już jutro będę musiał wyjeżdżać znowu w trasę, żeby szukać Bobra, nie mogę pozwalać sobie na kolejny postój.
- Nie wiemy co jest na trasie stary. Co jeżeli pod naszą nieobecność coś się stało? Zajedziemy na chwilę… - upierał się przy swoim Pablord.
- Na chwilę? Z Szymona jest prawie taka sama gaduła jak z Mpd, nie ma sensu. Zaufajcie mi i po prostu jedźmy przed siebie – stwierdził Kiciuś, tonem, który najwyraźniej kończył dyskusję, ponieważ odwrócił się i usiadł za kółkiem.
                Znowu coś zastukało parokrotnie. Tym razem więcej osób to usłyszało.
- Co to było? – zapytał Mpd.
- To samo słyszałam w nocy, mówiłam wam! – wtrąciłam się.
- To ja spokojnie – powiedział Henryk prezentując jak stuka nerwowo palcami w ścianę pojazdu – Przepraszam po prostu… ostatnio jestem wrakiem człowieka, a teraz doszły mi kolejne problemy. Rozumiecie…
Wyglądał naprawdę żałośnie i w sumie nie mogliśmy go za to winić. Zabił własnego syna, który został ugryziony, a żeby tego było mało wraz z grupą nieznajomych ludzi wjeżdżał teraz na tereny Toruńskiej Ostoi Ocalałych.  Każdy czuł dreszcz podniecenia, ale też swoisty niepokój, w końcu dążyliśmy do odkrycia czegoś nieznanego. Nie wiedzieliśmy jacy ludzie tam na nas czekają i co jeszcze spotka nas po drodze. O tym wiedzieli tylko Kiciuś, Mpd i Pablord, ale oni zapewniali, że wszystko będzie w porządku. Ufałam całej trójce, ale przejechałam się już na zaufaniu u innych osób parokrotnie i sama nie wiedziałam co o tym sądzić.
                Pamiętałam ciągle o Dalionie i o tym co mi zrobił. Przysięgłam, że kiedyś go znajdę i zabiję i miałam szczerą nadzieję, że zombie, albo inne przeciwności losu mi w tym nie przeszkodzą. Lubiłam sobie stawiać cele od zawsze, nawet przed rozpoczęciem apokalipsy zombie. Dawały mi one potrzebną do życia motywacje i sprawiały, że wiedziałam czego chcę. W ostatnich czasach moimi dwoma celami był Bobru i Dalion. Jednego chciałam znaleźć, a drugiego zabić. Obaj zrobili dla mnie wiele dobrego i złego, ale ostatecznie tak to musiało się skończyć.
                Gdy znowu ruszyliśmy Kiciusiowi udało się postawić na swoje. Minęliśmy Sierpc od północnej strony mknąc drogą w stronę Torunia. Zerkałam nerwowo za okno i chcąc nie chcąc w moich myślach pojawiały się nieciekawe obrazy. Bałam się, że zaraz usłyszę dźwięk motorów i przyjedzie wcześniej wspominany przez Pablorda Gang. Obawiałam się, że kolejne stado zombie, jak te przy Ostrowi Mazowieckiej odetnie nam drogę i zginiemy pośród hordy trupów. Czułam obawy przed tym, że dojedziemy na miejsce, a tam będą na mnie czekały długie tortury, albo inne nieprzyjemności.
                Tak działał teraz mój mózg. Bałam się wielu rzeczy, ale nie był to ten paraliżujący lęk. Była to po prostu obawa. Obawa przed kolejnym dniu w piekle. Człowiek, ocalały tej apokalipsy zapominał powoli jak to było kiedyś. Stare czasy, kiedy jedynymi problemami było co zjeść na kolację i od kogo spisać pracę domową. To minęło i prawdopodobnie nigdy już nie wróci. Teraz liczyło się przetrwanie, jak najdoskonalsze i jak najbardziej skuteczne. Udało mi się przeżyć ponad cztery miesiące. Pamiętałam jak dziś, dzień w którym wszystko się posypało. Listopad wydawał się tak odległą przeszłością, że ciężko mi było wygrzebać z pamięci cokolwiek co było przed nim. Ale sam dzień wybuchu pamiętałam dobrze.
                Kamil i Dalion byli wtedy moimi jedynymi przyjaciółmi. Jednego straciłam w Królowym Moście, a drugi zmienił się w innego człowieka po akcji w Grabówce. Czy mogłam nazwać teraz kogoś przyjacielem? Nie wiedziałam. Byłam pewna, że kimś takim była dla mnie Natalia, czy chociażby Bobru, ale teraz nie byłam pewna czy żyją. Co było najdziwniejsze ludzie też szukali Bobra. Jego przyjaciele, którzy ocalali. Czy to była właśnie przyjaźń? Czy będę mogła być kiedyś częścią takiej więzi emocjonalnej? Nie wiedziałam.
                Z myśli wyrwał mnie dziwny dźwięk nadchodzący z przodu. Przez chwilę wyobraźnia spłatała mi figla i byłam pewna, że to dźwięk motoru, ale po chwili stwierdziłam, że to musi być coś większego. Kiciuś krzyknął coś, nie wiadomo czy żeby uspokoić nas czy siebie.
- Wszyscy spokojnie cholera jasna!
Siedziałam jak wryta i patrzyłam jak dwa auta jadą w naszą stronę na przeciwnym pasie. Złapałam kurczowo maczety i pistoletu i siedziałam. Dopiero teraz zdałam sobie sprawę jaką właściwie byłam osobą. Chociaż ludzie mogli mnie brać za kogoś rozsądnego i twardego, to wcale nie mogłam powiedzieć, żebym posiadała takie cechy.
                Wszystkie złe decyzje jakie podjęłam. Sama nie wiedziałam teraz czy kiedykolwiek wymyśliłam coś dobrego. Chociażby pojechanie po Bobra z takimi ludźmi jakich wybrałam. Gdyby chociaż był ze mną Gigant to prawdopodobnie wszystko potoczyłoby się inaczej. Uśmiechnęłam się na myśl o ogromnym mężczyźnie i zawsze towarzyszącym mu mieczu. Gigant, o ile jeszcze żyje, pewnie nawet nie wie co stało się ze Szpiegiem. Zawsze byli przyjaciółmi. Trzymali się razem od początku, a skończyli tak daleko od siebie. Miałam nadzieję, że jak kiedyś jeszcze spotkam Giganata to będę mogła mu to wytłumaczyć i przeprosić go za stratę. Prawdopodobnie gdyby Szpieg i Damian nie rzucili mi się wtedy w sklepie z pomocą, to dzisiaj żyliby, a może nawet siedzieli teraz ze mną w tym autobusie.
                Dźwięk ponownie się nasilił, gdy auta mijały nas jakby nigdy nic. Czy naprawdę takie sytuacje mają jeszcze miejsce? Ta scena wyglądała jakby przedstawiała wycieczkę autokarową, która w spokojne popołudnie mija na drodze dwa auta. A przecież tak nie było. We wszystkich trzech pojazdach siedzieli ludzie, którzy zabijali zarówno zombie jak i innych ludzi. Wszyscy, oprócz Kiciusia, spoglądali na oddalające się auta ze zdziwieniem.
- To ktoś z Torunia? – zapytała Klaudia.
- Cholera wie, nie pamiętam wszystkich aut, jakie tam są – odpowiedział Pablord.
Zaśmiałam się słysząc to. Pablord miał tą umiejętność, żeby rozluźnić napięta atmosferę i udało mu się to teraz ponownie.
                Następną godzinę jechaliśmy prawie w kompletnej ciszy. Ja zamieniłam parę słów z Mpd i Pablordem, ale ostatecznie wszyscy chcieli jak najszybciej dojechać do Tournia, więc siedzieliśmy cicho. Byliśmy już jakieś sześćdziesiąt kilometrów od Sierpca, więc zostało nam drugie tyle do przedmieścia Torunia, gdy zatrzymaliśmy się na szybkie obiad. Gadałam wtedy akurat z Henrykiem i Pablordem, kiedy autobus się zatrzymał.
                Mpd wysiadł pierwszy, żeby wziąć jedzenie z bagażnika, kiedy Henryk nagle się zerwał.
- Czekaj! – zawołał.
Nie wiedziałam dlaczego się tak zdenerwował, ale pobiegłam za nim. Usłyszałam jak drzwi do bagażnika się otwierają. Po chwili Mpd zapytał głośno.
- Boże co tu tak cuchnie?
Wtedy usłyszałam krzyk. Pablord przepchnął się przede mnie i wybiegł przed Zbłąkanego Ocalałego, żeby zobaczyć co się stało i krzyknął z przerażenia. Mpd z raną od ugryzienia leżał na trawie, a zombie, które siedziało w bagażniku, zaplątane w zapasy próbowało się wydostać. Sytuacja była tak dziwna, że nie wiedziałam kompletnie co się dzieje i tylko obserwowałam sytuację. Usłyszałam przekleństwa z ust Kiciusia i krzyki.
- Podajcie mi coś ostrego, wodę i bandaże! SZYBKO!
Pablord pobiegł szybko do wnętrza po wodę i apteczkę, ja podałam Kiciusiowi swoją maczetę, po czym wymierzyłam do zombiaka. Już miałam strzelić, gdy drogę zasłonił mi Henryk.
- Pojebało cię? – zapytałam nie wytrzymując już napięcia.
- Błagam nie… ja was przepraszam – powiedział ledwo słyszalnym, drżącym głosem mężczyzna.
                Wtedy zauważyłam o co chodzi. Trup, który siedział w bagażniku to był jego syn. Otworzyłam oczy ze zdziwienia i obserwowałam z przerażeniem grymas bólu na przegniłej już twarzy. Mpd w tym czasie leżąc powtarzał ciągle „umrę, umrę, umrę” co jeszcze bardziej napinało nerwy wszystkich tu stojących. Klaudia i staruszek stali i patrzyli w niemym szoku na całą sytuację.
                To jego syn musiał robić te dźwięki, które słyszałam w nocy. Widocznie wtedy oszukał nas i zamiast go zabić schował go w bagażniku. Biedny chłopak musiał tam umrzeć w ciemności i niewygodzie. Sytuacja robiła się coraz bardziej napięta. Pablord przyniósł bandaże i wodę i podał je Kiciusiowi, po czym odwrócił się i odbezpieczając broń wycelował w Henryka.
- Ty cholerny kłamco! Nie zabiłeś go! Teraz przez ciebie Mpd został ugryziony! Ty pieprzony samolubie! – krzyknął przykładając mu lufę broni do czoła.
Byłam nieco przerażona całą sytuacją, ale gniew, który zobaczyłam na twarzy zawsze spokojnego Pablord był dobiciem całej sytuacji. Nigdy nie widziałam go w takim stanie.
- Wybacz, ja naprawdę… przepraszam. Chciałem go tylko tam zawieźć… - mówił Henryk drżąc ze strachu.
- Umrę, umrę, ja umieram, umrę! – majaczył Mateusz, patrząc nieprzytomnie na ranę na ręcę.
- Czy możecie po prostu się zamknąć i mi pomóc!? – krzyknął Kiciuś – Musimy amputo…
                W tym momencie jego słowa przerwał krzyk Henryka. Zombie jego syna wyplątało się z naszych zapasów i wstało za nim. Ugryzło go prosto w szyję uwalniając fontannę krwi. Zęby syna rozszarpały szyję ojca i sprawiały, że mężczyzna osunął się na ziemię, łapiąc w miejsce, w które został ugryziony. Pablord nie czekał długo. Przeładował i wpakował dwie kulki, trafiając w mózgi i pozwalając tej dwójce odpocząć.
- Amputować mi co? Nie chcę, żebyście mi coś odcinali! Potrzebuje wszystkiego – majaczył wciąż Mpd.
- Zamknij się w końcu Mateusz – krzyknął Ernest – Przytrzymajcie go i wsadźcie mu coś w gębę. O tamten patyk może być niezły! – powiedział wskazując kawałek drewna leżący niedaleko. Czując, że coś złego dzieje się z moim żołądkiem odwróciłam oczy od dwóch ciał i pobiegłam po patyk. Wsadziłam go w usta Mpd, żeby nie odgryzł sobie przypadkiem języka i obserwowałam. Pablord usiadł na nim i przytrzymał mu lewa ręką, a w tym czasie Kiciuś zdjął pasek ze spodni i uścisnął mocno na ramieniu Mpd. Wtedy wyciągnął ze świstem maczetę z pochwy.
- Raz się żyję! – krzyknął tnąc. Mpd próbował się wyrwać, ale nie miał siły. Gdy ostrze przecięło bez problemu skórę i kości, a ręka została na trawie chłopak zemdlał z bólu.
- Podajcie jakiś ogień. Musimy przysmażyć kikut – krzyknął kierowca Zbłąkanego Ocalałego.
Klaudia szybko pobiegła i przyniosła zapalniczkę, a Pablord po chwili podpalając kawałek ubrania przysmalił kikut, z którego wciąż ciekła krew. Zapach palonego mięsa był okropny i poczułam jak jedzeni podchodzi mi do gardła. Całe szczęście po chwili zniknął wraz z powiewem wiatru. Mpd dalej był nieprzytomny, ale Kiciuś polał jego ranę wodą, a następnie obwiązał bandażem.
- Tyle mogę mu zrobić, na chwilę obecną – powiedział i wstał – Gdyby nie ten pieprzony oszust, to nic by się nie stało – dodał.
- Mpd potrzebuje odpoczynku, podrzućmy go na Czwarty Posterunek, błagam Kiciuś – poprosił Pablord.
- Masz rację. Wrócimy się, nie wiadomo co spotkamy po drodze, a Mateusz w takim stanie potrzebuje opieki. No trudno, nici z mojego harmonogramu, pakować się! – krzyknął Kiciuś po czym zamknął bagażnik i wsiadł do środka. Po chwili wszyscy siedzieli wewnątrz. Silnik zaryczał i zaczęliśmy się cofać.
                Co prawda zatrzymaliśmy się, żeby zjeść, ale teraz nikt nie miał apetytu. Ta cała sytuacja była bardzo nieprzyjemna i nie miałam ochoty nawet patrzeć na jedzenie. Droga powrotna była spokojna, chociaż Mateusz bełkotał coś, co jakiś czas. Miałam nadzieję, że nie odcięliśmy ręki za późno. Pablord dotykał jego głowy, żeby sprawdzić czy nie jest rozpalony i całe szczęście był tylko lekko ciepły.
                Późniejszym popołudniem dojechaliśmy w końcu do celu. Zobaczyłam ulicę, z obu stron przytulaną przez budynki. Najbardziej charakterystycznym był otoczony ogrodzeniem gmach administracyjny. Pablord wytłumaczył mi, że właśnie tutaj ma siedzibę Czwarty Posterunek. Pod ogrodzeniem leżało sporo trupów, więc widać było, że coś ostatnio się tu działo. Podjechaliśmy do bramy i poczekaliśmy, aż Pablord i Mpd wyjdą. Kiciuś kazał reszcie zostać w środku, nie było sensu, żeby wszyscy się tam pchali i siali niepotrzebny zamęt.
                Mateusz obudził się już i całkiem świadomy tego co się stało gadał ciągle o tym czego już nie będzie mógł robić. Pablord próbował go pocieszać, ale średnio mu to wychodziło bo wciąż był zdenerwowany incydentem z Henrykiem. Wszyscy byliśmy w kiepskich nastrojach, więc kiedy dwójka przyjaciół opuściła autobus reszta siedziała cicho. Patrzyłam przez szybę jak stoją przy ogrodzeniu i machają do osób, których nie widziałam, w budynku. Po chwili na podwórze wyszedł mężczyzna.
                Jego twarz pokrywał parodniowy zarost, wyglądał na jakieś trzydzieści parę lat , a w rękach dzierżył spory karabin. Sprawiał wrażenie zwykłego człowieka, ale sam fakt, że jeszcze żył musiał świadczyć o jego sile. Drzwi do autobusu były otwarte, więc słyszałam fragmenty rozmowy.
- Co się stało? – zapytał mężczyzna.
- Mieliśmy mały wypadek. Spieszymy się teraz do Torunia, ale Mateusz musi zostać u was. Został ugryziony, ale prawdopodobnie amputowaliśmy rękę na czas i powinno być wszystko ok – powiedział Pablord.
- Gdzie się tak spieszycie? Może zostaniesz tu z nami? – zaproponował mężczyzna.
- Nie mogę Szymon. Naprawdę. Mamy na pokładzie osobę z Królowego Mostu. To jest jakiś trop – powiedział Pablord.
- Ha! Dzisiaj rano wyjechały stąd cztery osoby z Królowego Mostu! – powiedział z dumą.
                Serce zabiło mi szybciej. Spojrzałam na Kiciusia i na jego twarzy też malowało się zaskoczenie.
- Kto taki? – zapytał Pablord.
- Natalia, ten duży facet z mieczem, siostra tej wojowniczej dziewczyny, o której opowiadał Ernest i jej człowiek. Pojechali do Torunia dzisiaj nad ranem – opowiedział.
                Szczęście jakie poczułam w tej chwili było niewyobrażalne. Oni wszyscy przeżyli i byli tu zaledwie parę godzin temu? Czy jest szansa na to, że spotkamy się niedługo w Toruniu? Byłam tak podekscytowana, że nie słyszałam dalszej części rozmowy. Podbiegłam po prostu do Kiciusia i przytuliłam się do niego.

- Udało im się – wyszeptał.

niedziela, 7 września 2014

Rozdział 20: Czwarty Posterunek

Rozdział 20, coraz bliżej końca, perspektywa Natalii. Czas na wprowadzanie was powoli w klimat Torunia, oraz na całkiem ciekawe połączenie perspektyw. Tak czy siak zapraszam do czytania i komentowania.

-------------------------------------------------------

Rozdział 20 (Natalia): Czwarty posterunek


                Wnętrze budynku było oświetlone. Ludzie z Czwartego Posterunku mieli własne generatory. Jeden z ludzi Szymona na szybko rozdzielił nam pokoje i kazał się wyspać. Mieliśmy jutro być przesłuchiwani, a następnie wypuszczeni, ale nie byłam pewna czy mogę ufać tym ludziom. Nie mając jednak wyboru i ciesząc się z normalnego łóżka jakie mi zaoferowali, skorzystałam. Zaprosiłam do siebie Młodą, bo wiedziałam jak ciężko jest jej przystosować się do nowego miejsca. Szczególnie, że sama się bałam, a co dopiero taka mała dziewczynka jak ona.
                Pokój, który nam przydzielono nie był wymyślnie wystrojony. Stały tu dwa łóżka, było okno wychodzące na to co dzieje się przed budynkiem, a pod ścianą stała szafa oraz stół. Gdy ułożyłam do snu Monikę, sama rzuciłam się na łóżko. Byłam straszliwie zmęczona, ale w mojej głowie pojawiało się mnóstwo myśli, które nie pozwalały mi zasnąć. Co zrobią z nami ci ludzie? Czemu nie pomogli nam wcześniej? Dzięki temu Yeti wciąż mógłby żyć. Czy dadzą nam odejść? Nie miałam pojęcia i bałam się, że jutrzejszy dzień może być bardzo ciężki, ale mimo to przewróciłam się na bok i poszłam spać.
                Rankiem obudziło mnie pukanie do drzwi. Przetarłam zaspane oczy i spojrzałam na Młodą, która z przerażeniem obserwowała mnie i drzwi. Przeciągnęłam się i podeszłam do nich otwierając je. Stał w nich Szymon.
- Wyspałyście się drogie panie? – zapytał.
- Powiedzmy – odpowiedziałam, dalej nieco zaspana.
- Prosiłbym was o pójście za mną. Zaraz będzie śniadanie w stołówce, a potem chciałbym widzieć całą waszą grupę przy mnie.
- Jesteśmy waszymi więźniami? – zapytałam.
- Powiedzmy, że przymusowymi gośćmi, przynajmniej do czasu rozmowy – odpowiedział uśmiechając się. Nie był przystojnym mężczyzną, ale miał w sobie to coś, co sprawiało, że dało mu się zaufać.
- Niech tak będzie – odwróciłam się i spojrzałam na Młodą – choć kochanie, na pewno jesteś tak samo głodna jak ja.
                Widziałem, że dziewczynka jest wystraszona, ale mimo tego wstała i poszła za nami. Minęliśmy parę korytarzy, które w większości wyglądały tak samo i spotykaliśmy coraz to nowszych ludzi. Każdy witał Szymona i nas skinięciem głowy. Gdy dotarliśmy do stołówki z ulgą zobaczyłam moich przyjaciół przy jednym stole. Szymon zachęcająco machnął ręką, żebyśmy do nich dołączyli, a następnie sam ruszył naprzód, żeby zasiąść przy swoich ludziach. Pierwsze wrażenie robił dobre, ale i tak nie podobały mi się jego wcześniejsze słowa. Usiadłam przy reszcie wraz z Młodą.
- Wszyscy cali? – zapytałam.
- Tak – odpowiedzieli. Byłam głodna więc szybko wzięłam się do jedzenia, przy okazji dyskutując.
- Jak myślicie, czego będą od nas chcieli? –zapytał Najstarszy.
- Nie mam pojęcia, ale coś czuje, że nie jesteśmy, aż tak głęboko w dupie. To część Toruńskiej Ostoi Ocalałych, więc jeżeli ktoś z waszych znajomych – to mówiąc Łysy zwrócił się bezpośrednio do mnie, Giganta oraz Najstarszego – tu jest, to powinniśmy się z tego wywinąć.
- A co jeśli nie ma tu nikogo? – zapytałam.
- Wtedy mamy przesrane – odpowiedział Łysy.
- Nie przesadzajcie, gdybyśmy mieli nie żyć, to prawdopodobnie rozstrzelali by nas dzisiaj w nocy, gdy szatkowali trupy za ogrodzeniem. Muszą mieć jakiś cel, dla którego utrzymują nas przy życiu – powiedział Egzorcysta popijając kompot podany do śniadania – naszym zadaniem teraz jest granie potrzebnych, bo inaczej mogą się nas pozbyć.
- Chodźmy pogadać z tym całym Szymonem – zaproponował Gigant – czas nas goni, a musimy jeszcze naprawić auto.
                Wszyscy zgodzili się z tym pomysłem i  gdy tylko dojedli swoje porcje, wstaliśmy i ruszyliśmy w stronę stołu, przy którym jadł Szymon. Widzieliśmy, że on również kończy już swoją porcję i widząc nas wstaje.
- Jesteście gotowi na rozmowę? – zapytał.
- Prowadź – odpowiedziałam.
Ruszyliśmy w dziewiątkę, w stronę drzwi po drugiej stronie i przechodząc je znaleźliśmy się w dużej Sali, która miała schody po obu stronach i była całkiem nieźle wystrojona. Zobaczyłam po prawej stronie drzwi z napisem „Zbrojownia”, oraz tuż obok takie same z napisem „Spiżarnia”. Nie poszliśmy jednak do żadnego z tych dwóch pomieszczeń. Zamiast tego skierowaliśmy się schodami po prawo, na górę.
                Znajdowaliśmy się na małym korytarzu, na którym były trzy pokoje, oddzielone od nas drzwiami. Szymon zaprowadził nas do tego po prawej i znaleźliśmy się w ładnie wystrojonym biurze. Szafki i regały idealnie pasowały do biurka i ogromnego fotela stojącego po drugiej stronie. Szymon usiadł właśnie tam i spojrzał na nas.
- Poprosiłbym was teraz o opowiedzenie mi gdzie był wasz obóz i jak przetrwaliście tak długo – powiedział.
Spojrzeliśmy po sobie. W sumie były tutaj osoby, które przetrwały to w różnych miejscach.
                Opowieść zaczął Józef, który streścił szybko to co mówił wcześniej nam. Jego historia była już nam znana. Następnie zaczęła kobieta, którą znaleźliśmy wtedy w lesie. Opowiedziała, że trzymała się z dwójką znajomych i pochodzi z Augustowa. Opowiedziała co nie co o tym jak przeżyła tak długi czas, aż do znalezienia nas. Łysy i Medyk opowiedzieli o swojej jednostce, która upadła i wysłała ich z zapasami do innego oddziału, który również został wybity. W ten sposób zaczęli jeździć po całym kraju i rozdawać swoje zapasy potrzebującym. Ja starałam się opowiedzieć historię całej naszej grupy. Nie chciałam zdradzać zbyt wiele, bo w końcu dlaczego miałabym to robić przed całkowicie nieznajomym mi człowiekiem, ale mimo to opowiadałam. O Królowym Moście, o ludziach, którzy tam byli i o podróży, w której byliśmy od prawie dwóch tygodni.
                Gdy skończyłam Szymon patrzył na mnie z otwartymi oczami.
- Jesteś z Królowego Mostu? – zapytał.
- Tak – odpowiedziałam krótko, odrobinę zmieszana jego reakcją.
- Kto z was jeszcze tam był?
Gigant, Młoda i Najstarszy podnieśli ręce. Szymon otworzył jedną z szuflad w biurku i wyciągnął listę. Zaczął czegoś na niej szukać. Jego reakcja była bardzo dziwna i zaczęła mnie odrobine denerwować, więc spytałam.
- Czy to coś zmienia?
- Oczywiście, że tak! ­– odpowiedział – Szukamy osób z Królowego Mostu na polecenie Dziary. Jest szefem Czerwonych Flar, jest to specjalna grupa z Torunia, która zajmuje się różnymi, ciężkimi zadaniami. Ostatnio dotarła do nas jedna osoba z Królowego Mostu i od tamtego czasu szukamy wszystkich, których ta osoba wymieniła – wytłumaczył.
                Serce zabiło mi szybciej. Ktoś z Królowego Mostu przeżył i był niedaleko? O kogo mogło chodzić?
- O kim mówisz? – wtrącił się do rozmowy Gigant.
- O Erneście, którego możecie znać pod ksywką Kiciuś – powiedział Szymon.
Zakręciło mi się w głowie. Erni był jednym z tych, którzy pojechali wtedy z Bobrem. On mógł coś wiedzieć. Sama wiadomość, że żyje napełniła mnie radością.
- Gdzie… gdzie on teraz jest? – zapytałam.
- Prawdopodobnie w tym momencie wraca do Torunia. Szuka was jeżdżąc autobusem – Zbłąkanym Ocalałym – powiedział Szymon.
                Zbłąkany Ocalały słyszałam już ta nazwę wcześniej. Ta kobieta z dziećmi, którą spotkaliśmy jakiś czas temu. Ona mówiła właśnie o Zbłąkanym Ocalałym. Wszystko zaczęło się układać, czułam szczęście, ale wciąż niedowierzałam w to co usłyszałam. Czy to oznacza, że więcej osób mogło przeżyć ten cały rozłam?
- Czy on przyjedzie tutaj? Gdzie możemy go spotkać? – zapytałam.
- Pojedziecie jutro do Torunia. Pozwoliłbym wam na to dzisiaj, ale niestety przez autostradę na zachodzie przechodzi akurat stado zombie. Jutro powinno już tam być spokojnie. Dzisiaj musicie jeszcze naprawić auto i możecie jechać – powiedział uśmiechając się.
- Dziękujemy – odpowiedział Łysy i zaczęliśmy odwracać się do wyjścia. Nadzieja jaka pojawiła się w moim sercu była ciężka do porównania z czymkolwiek innym. Wierzyłam w to, że spotkam Kiciusia i dzięki niemu znajdziemy kogoś jeszcze, kto przeżył to piekło. Wiadomość o tym, że on żyje była po prostu cudem. Nie widziałam go już od ponad dwóch tygodni. Jak to możliwe, że udało mu się dostać tutaj samemu? Co się stało z Cinkiem i Bobrem? Nie wiedziałam, ale miałam nadzieję, że uda mi się dowiedzieć.
                Gdy chcieliśmy nacisnąć na klamkę, żeby wyjść drzwi otworzyły się i  stanął w nich długowłosy chłopak. Był wysoki, dobrze zbudowany i miał zarośniętą twarz. Jego oczy miały w sobie coś strasznego, chociaż nie były różnokolorowe jak te Łysego. Spojrzał na nas na chwilę po czym przepychając się podszedł do Szymona.
- Jadę na zwiad – rzucił krótko.
- Nie musisz mnie o tym informować – odpowiedział Szymon – Jesteś Czerwoną Flara Filipie, to twoja decyzja.
- Wolę jednak Ci powiedzieć, że jadę w stronę Raciąża, lepiej żebyś to wiedział prawda? – zapytał lekko zbity z tropu.
- Spokojnie, weź paru moich ludzi i jedźcie – to mówiąc odwrócił się do nas – Wy też już idźcie, czas nas goni, a do jutra musicie naprawić samochód.
                Opuściliśmy gabinet Szymona i wróciliśmy do swoich pokoi, żeby przygotować się do wyjścia za ogrodzenie. Około pół godziny później zebraliśmy się przy wyjściu, dokładnie tam gdzie paręnaście godzin temu zostaliśmy znalezieni przez Szymona i jego ludzi. Cała nasza ósemka chciała być przy naprawie samochodu. Trzech ludzi Szymona zapewniło, że będzie nas osłaniało, w razie gdyby znowu pojawiło się dużo zombie.
                Po wyjściu za ogrodzenie zauważyliśmy jak Filip, którego wcześniej widzieliśmy, odjeżdża na wschód razem z dwoma innymi ludźmi. Nie skupiając się jednak na tym zbyt bardzo postanowiliśmy jak najszybciej dotrzeć do auta, które wciąż stało na swoim miejscu. Pod ogrodzeniem leżało teraz bardzo dużo trupów, więc mieliśmy niemałe problemy z wyjściem, ale w końcu sforsowaliśmy kupę ciał i czym prędzej przemierzyliśmy ulicę do miejsca, w którym stał nasz pojazd.
                Ulica była raczej czysta, szwendały się tu teraz niedobitki wczorajszej rzeźni, ale mimo tego chcieliśmy to załatwić jak najszybciej. Łysy otworzył klapę pojazdu i zaczął sprawdzać co mogło się zepsuć. W tym czasie Gigant, Najstarszy i kobieta, która kazała się nam nazywać Ulą, sprawdzali czy nic nie idzie ze wschodniej uliczki, a cała reszta stała po zachodniej stronie. Gigant wykorzystując chwilę podszedł pod ogrodzenie i z radością zauważył, że jego miecz dalej tam leży. Wyciągnął ostrze z niemałym trudem i przypiął je na swoje miejsce.
                Łysy szybko się domyślił, co sprawiło awarię i zaczął naprawę. Spieszyliśmy się, ponieważ wiedzieliśmy, że jutro musimy być znowu w drodze, a przydałoby się odpocząć jak najbardziej. Standardy życia na Czwartym Posterunku były wysokie i mogliśmy tutaj w końcu zaznać trochę wygody. Po chwili grzebania w masce pojazdu Łysy podszedł do stacyjki i przekręcił kluczyki. Auto wydało dziwny dźwięk, ale nie odpaliło. Łysy wrócił do maski i klnąc cicho pod nosem, zaczął dalej się grzebać w środku auta. Dopiero teraz zauważyłam, że nie było tu już w ogóle śniegu, albo zostały jego nędzne resztki. Cieszył mnie ten fakt, bo była to oznaka tego, że powoli, ale jednak, nadchodzi wiosna.
                Nagle usłyszałam krzyk Giganta, która zwiastował nadchodzące niebezpieczeństwo. Rzeczywiście hałasy, które robiliśmy podczas naprawy, musiały być słyszalne z daleka, ponieważ na ulicę zaczęły wypełzać zombie. Były to zapewne niedobitki z wczorajszego wieczora, ale mimo tego liczebnością przewyższały naszą ósemkę. Postanowiłam podejść razem z reszta i pomóc Karolowi, Uli oraz Najstarszemu i zaczęliśmy zabijać żywe trupy.
                Szło nam całkiem składnie, nie ryzykowaliśmy podchodzenia zbyt blisko i staraliśmy się po prostu strzelać. Mieliśmy wciąż bardzo dużo amunicji więc nie baliśmy się tego, że w pewnym momencie będziemy zmuszeni do walki wręcz. Dlatego też ulica rozbrzmiała od pojedynczych strzałów i dźwięku upadających na asfalt ciał. Z każdym strzałem było ich coraz mniej. Udało nam się oczyścić ulicę. Wszyscy przeładowali i załadowali na nowo magazynki na wypadek kolejnego ataku.
                Łysy z radością krzyknął, kiedy auto w końcu odpaliło. Przejechał kawałek i zaparkował pod ogrodzeniem, żebyśmy mieli bliżej w razie konieczności jutrzejszego wyjazdu. Zadowoleni z siebie ruszyliśmy z powrotem do środka. Trafiliśmy akurat na obiad, więc zmęczeni i głodni z radością zaczęliśmy jeść. Co prawda tęskniłam za całą ekipa z Królowego Mostu i cieszyłam się jak dziecko z tego, że niedługo spotkam Kiciusia, a także będę miała szansę spotkania kogoś jeszcze, ale musiałam przyznać sama sobie, że polubiłam ludzi, z którymi podróżowałam.
                Każdy z nich był kimś wyjątkowym. Cieszyłam się, że spotkałam ich i dotarłam z nimi właśnie tutaj, tak blisko celu. Po zjedzeniu obiadu rozeszliśmy się trochę. Gigant oraz Łysy poszli powiedzieć Szymonowi o udanej naprawie auta, a reszta poszła odpocząć. Zajęłam się Młodą i porozmawiałyśmy trochę i pospędzałyśmy czas razem. W sumie czułam teraz jakbyśmy znały się od zawsze, coś jak siostry. Nie zapominał oczywiście o Łapie, która była jej prawdziwą siostrą. Młoda była do niej bardzo podobna, ale z charakteru były dwiema różnymi osobami. Przynajmniej na razie. Chociaż było to mało prawdopodobne, to czułam, że Łapa dalej gdzieś tam jest i przeżyła cały ten koszmar. Może jeszcze kiedyś ją spotkam?
                Pod wieczór poszliśmy wszyscy na kolację i w dobrych humorach omawialiśmy jutrzejsze plany. Mieliśmy wyjechać w miarę wcześniej i popołudniu dojechać do Torunia. Została nam ostatnia prosta i nikt nie wierzył, że w końcu po tak długiej podróży pełnej bólu, strachu i cierpienia uda nam się znaleźć bezpieczne miejsce. Podczas jedzenia dosiadł się do nas na chwilę Szymon i porozmawiał z nami o tym jak mamy się zachować w samej Ostoi.
- Pamiętajcie postarajcie się wjechać na Stare Miasto północnym lub wschodnim wejściem. Powołajcie się na mnie i szukajcie Dziary. On zapewni wam bezpieczeństwo i powie co i jak – wytłumaczył popijając kawę.
- Dziękujemy ci za wszystko – powiedział Medyk.
- Nie ma problemu. Próbujemy odbudować cywilizacje, więc czuje się dumny mogąc być częścią tego projektu – odpowiedział po czym pożegnał się z nami i ruszył do swojego gabinetu.
                Wszyscy byli podnieceni jutrzejszym dniem, ale wiedzieli, że muszą iść spać, żeby mieć siły na jutrzejsza drogę. Było już po północy, a mieliśmy wstać nad ranem, więc żegnając się z resztą poszłam z Młodą do naszego pokoju. Zasnęłyśmy prawie natychmiast i gdy obudziłam się poczułam się dziwnie. Czy naprawdę za parę godzin będziemy częścią Toruńskiej Ostoi Ocalałych? Brzmiało to naprawdę pięknie. Zeszłyśmy na śniadanie. Z naszej grupy nie było jeszcze tylko Najstarszego i Uli, ale wiedzieliśmy, że zaraz dojdą. Szymon też był w stołówce jedząc śniadanie. Przywitał nas skinieniem głowy.
                Jedliśmy w spokoju i po chwili zeszli do nas Najstarszy i Ula. Rozmawialiśmy i ustalaliśmy ostatnie elementy planu, kiedy drzwi otworzyły się na oścież. Wszyscy spojrzeli w stronę wejścia, gdzie działo się coś dziwnego.  Filip, którego poznaliśmy wczoraj, wraz z dwójką towarzyszy, których widzieliśmy gdy naprawialiśmy auto, prowadzili związanego mężczyznę. Był to rosły facet, na pewno sporo starszy ode mnie. Gdy przechodził obok nas ze zgrozą stwierdziłam, że ma tylko jedno oko.
                Szymon szybko podszedł do Filipa i syknął.
- Na cholerę siejesz panikę?
Nie uzyskał jednak odpowiedzi. Poszli wraz z więźniem w stronę gabinetu i zniknęli. Cała sala była cicho, ale ludzie w końcu zaczęli znowu rozmawiać ze sobą i po chwili atmosfera wróciła do normy.
- Jak myślicie, kto to był? – zapytał Gigant.
- Na pewno ktoś niebezpieczny, inaczej nie ciągnęli by go skłutego, w końcu my chodzimy normalnie – stwierdził Egzorcysta.
- Tak czy siak powinniśmy się powoli zbierać – powiedział Łysy – pakujcie się i za piętnaście minut widzimy się przed wejściem. Póki co chodź ze mną Natalio, pożegnamy się z gospodarzem – zaproponował Łysy.
                Zgodziłam się. W końcu Szymon przyjął nas ciepło, jak na grupę nieznajomych, więc wypadało mu za to podziękować. Pożegnaliśmy się z resztą i wraz z Łysym skierowaliśmy nasze kroki w stronę gabinetu Szymona. Zapukaliśmy i po tym jak usłyszeliśmy „wejść” otworzyliśmy drzwi. W środku był teraz Filip, tajemniczy mężczyzna oraz Szymon.
- Chcieliśmy się pożegnać – zaczął Łysy – i podziękować za gościnę. Wyjeżdżamy do Torunia.
- Nie ma sprawy – odpowiedział Szymon – ale ja będę miał do was jeszcze jedną prośbę.
To nas odrobinę zdziwiło. Poczekaliśmy jednak na wytłumaczenie.
- Mianowicie chodzi o to, że weźmiecie ze sobą tego mężczyznę. Musimy go zawieźć do Torunia, podobno wie coś ważnego o osobach, których szukamy. Jesteście w stanie to zrobić?
Spojrzeliśmy na siebie z Łysym. Popatrzyłam również na mężczyznę, który spoglądał na mnie jednym okiem.

- Nie ma problemu – odpowiedziałam.

wtorek, 2 września 2014

Rozdział 19: Nieodpowiedni moment

Rozdział 19, jeden z ostatnich w tym tomie z mojej perspektywy. Tutaj akcja powoli zaczyna się zazębiać i każdy rozdział z perspektywy Miczi i Natalii będzie niejako powiązany z każdym innym. Co za tym idzie zbliżamy się coraz bardziej do końca. Nie będzie to jednak takie łatwe. Mam teraz przed sobą bardzo ciężkie logiczne rozkminy, żeby wszystko miało ręce i nogi. Na Tom Trzeci (bo taki zamierzam napisać) będziecie musieli trochę poczekać, szkoła i nadchodząca matura skutecznie mnie spowolnią, ale postaram się jak najbardziej zniwelować przerwę czasową pomiędzy tomem drugim, a trzecim. Tak więc zapraszam do komentowania oraz rozsyłania bloga znajomym :)

------------------------------------------------------

Rozdział 19 (Bobru): Nieodpowiedni moment


                Podróż stawała się coraz bardziej męcząca. Chociaż wewnątrz Potwora było sporo miejsca, to ludzi też było coraz więcej, co stawało się powoli uciążliwe. Oprócz problemów fizycznych borykałem się też z wieloma rozterkami psychicznymi. Widmo tego, że Natalia żyje i raptem parę dni temu byłem paręnaście kilometrów od niej wisiało nade mną i sprawiało, że nie mogłem się nad niczym skoncentrować i cały dzień spędziłem zatopiony w myślach. Była to w sumie ciekawa odskocznia od rzeczywistości i miałem okazję pozwolić sobie na wyłączenie się totalne ze świata bo dzień był wyjątkowo spokojny. Zwiedziliśmy okolicę Ciechanowa, gdzie znajdowała się fabryka, która przeszukaliśmy. Znaleźliśmy tam trochę jedzenia i parę innych, przydatnych rzeczy.
                Pod wieczór Sołtys poprosił mnie na bok. Wstałem ciężko z łóżka, jakby dopiero co budząc się ze snu. Cinek siedział w kącie i rozmawiał o czymś z Magdą, Łapa złapała ze mną chwilowy kontakt wzrokowy po czym zamknęła oczy, a Łowca i Jakub siedzieli z przodu i dyskutowali o czymś żywo. Jakub i Magda zdawali się pasować do zespołu, chociaż oboje mieli jeszcze sporo do zrobienia, żeby zdobyć pełnie naszego zaufania. Starzec coś ukrywał i czułem to, ale póki co zdążył już uratować mi życie, oraz przedstawił parę informacji, które sprawiły, że znowu wierzyłem w spotkanie z przyjaciółmi.
– Wszystko w porządku? – zapytał Sołtys, jak zwykle miłym, ale stanowczym tonem. Był teraz zupełnie inny z wyglądu niż za czasów, kiedy go poznałem, ale wciąż nie zmienił się jeżeli chodzi o charakter.
– Tak… po prostu muszę sobie wszystko poukładać w głowie –  odpowiedziałem cicho.
– Chodzi o Natalię prawda? Rozumiem cię, ale pamiętaj, że nic nie zmienimy zawracając i jej szukając, a jadąc do Torunia jest szansa, że tam będzie. Zresztą jeżeli są tam twoi znajomi, to można zacząć poszukiwa…
– Rozumiem. Nie mówmy o tym proszę – stwierdziłem tonem, który kończył temat.
– Wybacz. Musimy jednak załatwić sprawę z Magdą. Standardowy zestaw pytań pomoże nam ją poznać, pytanie tylko, kiedy to zrobimy? – zastanawiał się przejeżdżając palcami po siwej brodzie.
– Na kolejnym postoju, gdzieś na uboczu. Jeżeli ona też będzie miała jakieś informacje to nie chcę, żeby ktoś jeszcze to usłyszał – Sołtys kwitował to dziwnym spojrzeniem – Nie chcę, żeby ktoś stał się takim wrakiem jak ja.
                Tymi słowami uciąłem rozmowę i odszedłem. Nie miałem humoru na kolejne przesłuchanie, ale wiedziałem, że trzeba bliżej poznać nową część drużyny. Położyłem się ponownie na łóżku i nie czekając na kolację zasnąłem. Obudziłem się parę godzin później, praktycznie każdy już spał, Potwór stał, ale ja potrzebowałem świeżego powietrza. Starając się nie nadepnąć na śpiącego w przejściu Cinka otworzyłem, najciszej jak potrafiłem, drzwi i zauważyłem, że nasz pojazd jest zaparkowany na piaskowej ścieżce, niedaleko małej wioseczki. Musieliśmy być w drodze do Raciąża.
                Zeskoczyłem miękko na ziemię. Cieszyłem się, że śnieg topniał bardzo szybko, ale wiedziałem, że będzie się to wiązało z błotem, kałużami i wszystkim innymi urokami podmokłych terenów. Nie przeszkadzało mi to jednak. W końcu nie musieliśmy używać kurtek, wystarczyły tylko grube bluzy lub swetry. Miałem zamiar przejść się kawałek i trochę odsapnąć. Wiedziałem, że wiąże się to z ryzykiem bo nie wiedziałem czy ktoś był w okolicy i jak dużo zombie się tu znajdowało. Rozejrzałem się. Dużym minusem braku śniegu było to, że noce stały się naprawdę ciemne. Światło księżyca nie odbijało się od śniegu i wiedziałem, że mogłem się teraz łatwo zgubić. Tak czy siak wybrałem ścieżkę prowadzącą na pola, wolałem nie ryzykować spaceru pomiędzy opustoszałymi domkami.
                Nagle usłyszałem trzask. Ktoś szedł w moją stronę z pobliskiego zagajnika. Odruchowo sięgnąłem po broń i pomimo zahartowania w tych czasach, odetchnąłem próbując się uspokoić. Wymierzyłem w stronę skąd dochodziły dźwięki i obserwowałem postać, która wyszła zapinając rozporek. Gdy mnie zauważyła podniosła ręce, ale ja już wiedziałem kto to jest.
– Boże, ale mnie wystraszyłeś! – powiedziałem chowając broń.
– Chłopie mało sobie nie przyciąłem tego i owego rozporkiem! Gdzie się wybierasz? – zapytał Łowca, który widocznie się zmieszał.
– Chciałem się przejść… – zacząłem.
– Też masz problemy z pęcherzem? Cholerstwo męczy mnie od wczoraj i sikam co chwilę, ledwo wytrzymuje te długie jazdy.
– Nie. To zdecydowanie co innego – powiedziałem spokojnie.
– Rozmyślasz o swojej dziewczynie? Wiesz możesz mi trochę poopowiadać, nie będę ci prawił mądrości życiowych jak Sołtys, a może akurat coś doradzę – stwierdził podchodząc do mnie i poklepując po plecach – A więc? – spytał poważnie.
                W sumie rozmowa z nim nie mogła być złym pomysłem, Łowca był osobą, która miała ciekawe podejście do życia. Warto było z nim zamówić parę słów. Kiwnąłem głową i wskazałem ręką kierunek, w którym chciałem się udać. Przez pierwsze paręnaście sekund szliśmy w milczeniu, aż w końcu Łowca odchrząknął.
– Właściwie to czego się obawiasz? Przecież masz szanse znaleźć i znowu być z kimś kogo bardzo lubisz. To chyba dobrze, prawda?
Zanim się poznaliśmy w Supraślu to mieliśmy własny, dobrze działający obóz, słyszałeś o tym, tak? – zapytałem.
– Jasne. Sołtys mi opowiadał o tym wystarczająco, żeby zanudzić mnie na śmierć.
– Przez pewien czas żyłem tam spokojnie ze swoimi ludźmi, gdy pojawiła się Łapa. Wtedy sporo się zmieniło – powiedziałem po cichu wzdychając – Byłem z Natalią, ale nocami myślałem o niej i w końcu nie wytrzymałem. Wziąłem Kiciusia i Cinka ze sobą i pojechaliśmy na długą wyprawę, to była swoista ucieczka od rzeczywistości.
– Teraz jest to samo? Którą byś wybrał? – zapytał Łowca.
– Nie wiem… – wyszeptałem.
– A ta Natalia… myślisz, że jeżeli żyje i ciebie spotka to jak zareaguje? – zapytał.
                Tego nie wiedziałem i tego się bałem. Co jeżeli porzucę Łapę, a Natalia okaże się być zupełnie inną osobą? Miałem ochotę roześmiać się na głos, bo sytuacja zaczęła przypominać jakąś tanią telenowelę, ale mój problem był realny.
– Sam nie wiem. Nie mam pojęcia co robić, czeka nas jeszcze trochę kilometrów, a ja jestem wrakiem człowieka. Nie potrafię się na niczym skupić… Napiłbym się – stwierdziłem szczerze, żałując, że nie mam mocnego alkoholu pod ręką.
– A tutaj akurat mogę ci pomóc – powiedział zatrzymując się i sięgając do wewnętrznej kieszeni swojej kamizelki. Wyciągnął nieduża piersiówkę i podał mi. Była przynajmniej w połowie pełna.
– Popijasz jadąc? – zapytałem z rozbawieniem.
– Czasami pociągnę łyczka. Mam nadzieję, że rozumiesz – powiedział z lekkim zakłopotaniem.
– Oczywiście – odpowiedziałem pociągając łyk. Alkohol był dobry, nie za mocny, ocieplając przyjemnie wnętrze – Wracając do rozmowy, wydaję mi się, że sporo dziwnych rzeczy może czekać nas w Toruniu. Musimy się pilnować. Jeżeli okaże się, że nie ma tam moich przyjaciół, a atmosfera będzie kiepska to nie zabawimy tam dłużej. Może pojedziemy potem na brzeg? – podałem mu piersiówkę – Co myślisz?
– W sumie żarcie moglibyśmy sami sobie łowić, zbudować system oczyszczania wody, całkiem ciekawa opcja młody. Ale chciałbym wrócić jeszcze do tematu Łapy. Co tak właściwie cię do niej ciągnie? – zapytał szczerze, pociągając spory łyk  - Ma ładną buzię, ale z charakteru to takich tylko unikać.
                To było kolejne trudne pytanie. Co widziałem w Łapie? Była dzika i nieobliczalna i właśnie to sprawiało, że po moich plecach przechodził dreszczyk emocji, za każdym razem jak mnie dotykała.
- Sam nie wiem. Jest po prostu taka… wyjątkowa i pasująca do tego świata. I tak mój dylemat zatacza błędne koło przez co nie potrafię się na niczym skupić. Jak mam decydować o waszych życiach, skoro nie potrafię ogarnąć swojego? – zapytałem, chociaż wiedziałem, że to pytanie retoryczne.
Łowca skwitował to milczeniem. Trochę mi ulżyło po rozmowie z nim, ale dalej miałem mętlik w głowie. Musieliśmy jednak wracać, żeby nie zasiać paniki w Potworze. W końcu jakby ktoś się teraz obudził i zobaczył, że nie ma ani mnie ani Łowcy, to mogłoby być nieciekawie. Pociągnąłem ostatni łyk i wzdychając ciężko zawróciłem razem z towarzyszem.
                Po powrocie do Potwora obaj poszliśmy od razu spać. Gdy obudziłem się rano pojazd jeszcze stał, więc była to świetna okazja na to, żeby przeprowadzić rozmowę z Magdą. Sołtys zaprosił naszą dwójkę na ubocze i znajdując całkiem wygodny, powalony konar usiadł i spojrzał jej w oczy. Zająłem miejsce tuż obok niego. Byłem nieco zaspany i głowa mnie bolała, ale mimo tego starałem się nie dać po sobie tego poznać. Wczorajsza wycieczka wraz z Łowcą spodobała mi się na tyle, że byłem w stanie zaproponować mu to również dzisiaj.
- Nazywasz się Magda, prawda? – zapytał Sołtys, zaczynając nasze małe przesłuchanie.
- Tak – odpowiedziała dziewczyna patrząc nam prosto w oczy.
- Czy chcesz z nami jechać? – zapytałem.
- Tak – odpowiadała jakby bez namysłu, widocznie musiała sobie już to przeanalizować wcześniej.
- Ile zombie zabiłaś od wybuchu apokalipsy? – zapytał Sołtys ciągle bacznie obserwując Magdę.
- Sporo. Na pewno miałabym problemy z policzeniem ich wszystkich. Zresztą teraz chyba nie ma ludzi, którzy nie zabili przynajmniej jednego trupa. W końcu tacy ludzie są trupami – stwierdziła odrobinę przemądrzałym tonem.
- Prawda – odpowiedziałem. Podobał mi się jej tok rozumowania.
- Czy umiesz strzelać z jakichś innych broni niż łuk? – zapytał Sołtys spoglądając kątem oka na drewniany przedmiot zawieszony na jej plecach.
- Właściwie to niezbyt, ale za to z łukiem to radzę sobie świetnie. Mogę zresztą zaprezentować, wiem, że pewnie brzmię jak jakaś oszalała nerdka, ale trenowałam to przez jakiś czas zawodowo – powiedziała szczerząc zęby w uśmiechu.
- W sumie czemu nie – powiedziałem również się uśmiechając. To nie był do końca szczery uśmiech, ale starałem się.
                Dziewczyna wskazała drzewo oddalone od nas o jakieś trzydzieści metrów. Stał niedaleko niego Łowca, który właśnie sikał. Strzała pojawiła się w jej rękach jakby znikąd. Nałożyła ją i mierząc około sekundę wystrzeliła. Pocisk leciał po czym usłyszeliśmy głośny dźwięk oznajmujący, że dotarła do celu oraz przerażony krzyk Łowcy, który zaczął kląć na tyle głośno, że słychać go było nawet stąd. Roześmiałem się i zacząłem klaskać.
- Imponujące, naprawdę dobry strzał – powiedziałem.
- Dzięki. Czy to koniec tego przesłuchania? – zapytała zawieszając łuk z powrotem na plecy.
- Nie, mam jeszcze jedno pytanie – wtrącił Sołtys – Ilu ludzi zabiłaś?
                Magda spojrzała najpierw na niego, potem na mnie, a następnie na Łowcę, który burcząc coś pod nosem przyniósł strzałę i podał ją jej, po czym odpowiedziała.
- Żadnego.
To mnie zdziwiło. Musiała mieć dobrą grupę, skoro nie musiała nikogo zabijać. Nie było to zbyt wielkie ułatwienie, bo nadejdzie w końcu dzień, w którym życie kogoś z nas będzie zależało od tego czy ta dziewczyna strzeli, ale był to też pewien plus. Nie była jeszcze do końca zepsuta.
- Rozumiem – odpowiedziałem krótko.
- Mogę z wami jechać? – zapytała nieco zmieszana.
- Oczywiście. O ile twoje odpowiedzi były szczere to wiemy o tobie to, co chcieliśmy wiedzieć.
                Dziewczyna uśmiechnęła się i dziękując ruszyła pewnym krokiem w stronę Potwora.
- Co o niej myślisz? – zapytałem Sołtysa wstając.
- Ciężko powiedzieć, wydaję się być w porządku, ale nie można ufać nikomu. Obserwujmy ją, tak samo jak Jakuba. Nie zabiła nas w nocy, więc może nie jest tak źle – odpowiedział również wstając i kierując się w stronę Potwora.
                Niecałe dziesięć minut później ruszyliśmy. Do południa trzymaliśmy się poboczy i polnych dróżek, które w końcu stały się przejezdne. Cały świat zdawał się rozpływać. Pozostały śnieg znikał bardzo szybko sprawiając, że w końcu zaczynało się robić normalnie. Przypominały mi się czasy, kiedy to wszystko się zaczęło. Gdy biegłem przerażony wzdłuż swojego bloku i trafiłem na pierwszego trupa. Później te wszystkie próby dotarcia do Królowego Mostu. Wydawało się to być odległe jakby miało miejsce parę lat temu, a nie niecałe cztery miesiące.
                Popołudniu zrobiliśmy kolejny postój niedaleko miasteczka Raciąż. Każdy chciał pokorzystać z ładnej pogody i świeżego powietrza. Na polance, na której się zatrzymaliśmy stał jeden domek. Chodziło tu parę zombie, więc musieliśmy je zabić, żeby nie sprowadzać na siebie ryzyka zajścia od tyłu i ugryzienia. Poszedłem walczyć u boku Cinka i Magdy. Ten pierwszy zaszarżował na zombie i dwoma pewnymi ciosami najpierw powalił, a następnie dobił. Magda przeszyła jednego łukiem, strzelając prosto w głowę i tym samym dobijając. Ja podszedłem do kolejnego z trupów, z nożem, i wbiłem w gardło parokrotnie, żeby dotrzeć do mózgu.
                Usłyszałem krzyk i zobaczyłem, że jeden z zombie powala Cinka. Już chciałem do niego biec, kiedy usłyszałem świst i strzała z łuku Magdy uratowała Cinka przed śmiercią. Odwracając się ponownie do reszty trupów, zabiłem dwa kolejne szybkimi pchnięciami w skroń lub gardło. Gdy polanka była stosunkowo czysta, wszyscy usiedli i odpoczywając leżeli lub siedzieli. Ja usiadłem na uboczu, starając się nie wracać do myśli, które mnie męczył ,kiedy pojawiła się przy mnie Łapa. Usiadła jakby nigdy nic i pocałowała mnie w usta. Jak zwykle przeszedł mnie ten dreszczyk podniecenia, ale starałem się nie dać po sobie tego poznać.
- Wszystko w porządku? – zapytała, siadając ze skrzyżowanymi nogami naprzeciwko mnie.
- Bywało lepiej… a jak z Tobą? Myślisz, że Jakub mówił o twojej siostrze? – zapytałem.
- Nie mam pojęcia… ale jeżeli tak muszę ją odnaleźć Bobru. Od razu jak dojedziemy do Torunia i jej tam nie będzie… będę musiała zorganizować sobie transport i zapasy i pojechać jej szukać w okolicach tego gospodarstwa. Zbiorę może parę osób i wszystko powinno się udać – wyrzuciła z siebie.
- Pomogę ci jeżeli będzie trzeba – odpowiedziałem. Wiedziałem, że muszę tak powiedzieć, chociażbym tego nie chciał.
- Nie… Bobru wiem o czym myślisz. Prawdopodobnie od razu jak znajdę siostrę zniknę z twojego życia. Masz swoją kobietę i dobrze wiesz, że oboje traktujemy nasz związek – tu zrobiła gest cudzysłowu – jako niewinną zabawę. Pamiętasz naszą umowę w młynie? – pamiętałem – Dałeś mi ochronę i dużo więcej na czas zimy. Śnieg topnieje, a ja znikam razem z nim. Nie chcę, żebyś miał dodatkowe problemy – powiedziała poważnie, aczkolwiek ze smutkiem w głosie.
                Czy chciałem, żeby to tak się skończyło? Czy jeżeli dojadę do Torunia to będzie to odpowiedni moment, żeby dać Łapie odejść? Jej wyznanie sprawiło, że moją głowę zbombardowała kolejna fala myśli.
- Przepraszam – wyszeptałem.
- To ja przepraszam. Ale to jeszcze nie czas na pożegnanie, więc nie mówmy o tym, bo zaraz rozkleję się jak głupia małolata. Nawet jak odejdę, będę o tobie pamiętać, kto wie, może kiedyś się jeszcze spotkamy – powiedziała wstając i odchodząc. Czyżby właśnie w Toruniu miało się to wszystko skończyć? Miałem nadzieję, że nie, chociaż wiedziałem, że będę miał ciężkie życie z Natalią i Łapą mieszkającymi na jednym obszarze, ale mimo to będzie to ciężkie rozstanie.
                Posiedzieliśmy chwile, jedząc obiad na świeżym powietrzu. O dziwo jedzenie smakowało jakby lepiej. Po zjedzeniu wróciliśmy do Potwora i pojechaliśmy dalej. Zapasy były na razie na zadawalającym poziomie. Jedyne czego mieliśmy dosyć mało to paliwo. Z tym jednak wciąż było nie najgorzej, więc mieliśmy nadzieję, że uda się nam dojechać do celu.
                Kolejne godziny minęły szybko i południe zamieniło się w wieczór, a wieczór w noc. Przejechaliśmy Raciąż nie sprawdzając żadnego budynku i wyjechaliśmy na drogę do Sierpca. Łowca zatrzymał auto ogłaszając, że przenocujemy tutaj. Miejsce było całkiem dobre, osłonięte z trzech stron lasem, a z jednej otoczone polami. Do rana powinniśmy być prawie niewidoczni. Jutro mieliśmy dojechać do Sierpca, skąd do Torunia będzie już naprawdę szybka droga. Tak samo jak wczoraj poczekałem, aż wszyscy zasną i wraz z Łowcą opuściłem ciężarówkę.
- Muszę przyznać, że te spotkania pozwalają mi się trochę zrelaksować – stwierdziłem – Mam nadzieję, że masz swoją magiczną piersiówkę? – zapytałem uśmiechając się.
- Oczywiście, nie ma dobrej rozmowy bez odrobiny alkoholu – stwierdził śmiejąc się – Poczekasz chwilkę? Ten cholerny pęcherz nie daje mi żyć. Potrzymaj – wręczył mi piersiówkę – tylko nie pij beze mnie! – to mówiąc oddalił się w pobliskie drzewa i już po chwili zniknął mi z wzroku.
                Polubiłem Łowcę i chociaż zawsze wydawał się być dobrym kompanem, to teraz odczułem to jak nigdy wcześniej. Od kiedy los zabrał mi Goku, Kiciusia oraz prawdopodobnie Giganta, nie czułem się tak jak kiedyś. Cinek wciąż był moim serdecznym przyjacielem, ale z nim nie umiałem rozmawiać tak luźno jak z innymi. Czekałem przez jeszcze sporą chwilę, kiedy usłyszałem strzał. Zaskoczenie było tak wielkie, że nawet nie położyłem się na ziemi, gdyby strzelali do mnie, po prostu stałem jak wmurowany. Gdy usłyszałem kolejną serię upuściłem piersiówkę i wyciągnąłem drżącymi rękoma pistolet.
                Pozostali z grupy wybiegli z Potwora i spojrzeli na mnie.
- To ty strzelałeś? – zapytał Jakub.
- Co ty odwalasz stary? –zapytał Cinek po czym padł kolejny strzał. Nie tłumacząc reszcie rzuciłem się w stronę, w którą poszedł Łowca. Słyszałem jak reszta biegnie za mną, ale nie czekałem na nich. Czy ktoś go zaatakował? Zombie czy ludzie? Nie strzelałby chyba bez powodu. Las szybko zamienił się w polankę, na której byłem świadkiem czegoś strasznego. Stało tu auto, do którego dwie postaci ciągnęły, trzecią postać. To musiał być Łowca! Otworzyłem ogień starając się trafić, ale po chwili pomyślałem, że to nie ma sensu, w tą ciemnicę mogę tylko go trafić. Moi towarzysze dobiegli do mnie, ale po chwili ja znowu zacząłem biec w stronę samochodu. Dwaj nieznajomi dalej ciągnęli łowcę w stronę auta, ale nagle pojawił się trzeci, który otworzył ogień.
- Zostawcie go! – krzyknąłem, ale spotkałem się tylko z dźwiękiem odpalanego silnika. Auto ruszyło z zawrotną prędkością jadąc w stronę Sierpca. Stałem teraz dokładnie w miejscu, w którym porywacze wsadzili Łowcę do auta i odjechali, kiedy pozostali dobiegli do mnie.
                Zasypali mnie gradem pytań, ale ja tego nie słyszałem. Upadłem na kolana i złapałem się za głowę. To było za dużo jak dla mnie. Czy przez moją głupotę straciłem właśnie kolejną osobę? Nagle poczułem coś pod nogami. Podniosłem to. Wyglądało jak jakiś dynamit, czy coś w tym stylu i wystawał z tego sznurek.  Stali przy mnie teraz Jakub, Cinek i Łapa. Gdy zauważyli, że trzymam to w rękach odsunęli się.
- Bobru co się dzieje? – zapytał ktoś.

- Co to jest? – zapytał ktoś inny, wskazując  obiekt w moich rękach. Wiedziałem co to jest. Pociągnąłem sznurek i polana rozbłysła czerwonym blaskiem. Była to czerwona flara.

czwartek, 28 sierpnia 2014

Rozdział 18: Przysięga

Rozdział 18, szósty z perspektywy Miczi. W końcu po takim czasie poznacie historie tego, jak Kiciuś uciekł z Supraśla i dostał się do Torunia. Dodatkowo zobaczycie jak wygląda typowy dzień jazdy i przyjmowanie na pokład nowych osób. Po przeczytaniu proszę o komentarz i rozesłanie bloga znajomym.

--------------------------------------------------------

Rozdział 18 (Miczi): Przysięga


                Wciąż nie mogłam uwierzyć w to, co zobaczyłam. To był naprawdę on. Wyglądał na odrobinę zaniedbanego – jego ubrania były wytarte i w wielu miejscach nosiły plamy zaschniętej krwi, a zarost obrósł całą jego twarz, chowając ją za brązową pierzyną. Widać było, że był równie zaskoczony jak ja, ponieważ próbował złożyć jakieś zdanie, aż w końcu zatrzymał pojazd i jeszcze raz przecierając oczy przytulił się do mnie.
– Przeżyłaś? Boże… straciłem całą nadzieję… – wyszeptał. Wiedziałam, że cały autobus patrzy na tą scenę. Nie wiadomo dokładnie czy zaskoczeni byli faktem, że dopiero wskoczyłam dachem, a już obściskuje kierowcę, czy też tym, że goniło nas całe stado.
                Pomimo tego, że Kiciuś nie był moim najbliższym przyjacielem to jego widok napawał mnie radością. Łzy szczęścia popłynęły z kącików oczu, skapując na podłogę.
– Nie wierzę. Zniknęliście wtedy z Bobrem… Czy on też gdzieś tu jest? Czy znalazłeś kogoś innego? – pytania zdawały się same wylatywać z moich ust, wiedziałam, że pytam o wszystko naraz nie dając nawet chwili na odpowiedź, ale chciałam wiedzieć jak najwięcej. Kiciuś spoważniał i odsuwając się ode mnie odpowiedział.
– Niestety nie. Jesteś pierwsza – to mówiąc odwrócił się i usiadł z powrotem za kółkiem, pykając palcem w mapę zawieszoną obok, która pokazywała dokładnie drogi prowadzące z okolic Białegostoku do Torunia – Będziesz musiała koniecznie mi o wszystkim opowiedzieć, ale teraz musimy stąd spadać. Widziałaś ile tam jest trupów – zażartował odpalając silnik i ruszając.
                Zmęczenie dopadło mnie tak nagle, że zastanawiałam się czy ktoś nie rzucił na mnie klątwy. Nogi ugięły się pode mną i gdyby nie pomocna dłoń Pablorda to prawdopodobnie wylądowałabym na podłodze. Usiadłam na jednym z siedzeń obok Pawła i przyłożyłam głowę do szyby. Było ciemno, a odgłosy hordy zanikały powoli wraz z kolejnymi kilometrami, które przebyliśmy. Co chwilę zasypiałam i się budziłam, próbując chociaż trochę zregenerować siły. Z zamkniętymi oczyma przysłuchiwałam się rozmowie Pablorda i Mpd o zaistniałej sytuacji, gdy nagle autobus się zatrzymał.
– Co jest Erni? – zapytał Pablord wstając.
– Wystarczy na dzisiaj. Powinniśmy spokojnie dojechać jutro do Torunia, a teraz wszyscy potrzebujemy odpoczynku – stwierdził wstając i otwierając drzwi, które skrzypnęły jękliwie. Do autobusu wpadło chłodne powietrze, które kusiło, żeby wyjść na zewnątrz.
                Podniosłam się i razem z dwójką moich towarzyszy ruszyłam na zewnątrz. Znajdowaliśmy się w lesie na niedużej polanie. Było zbyt ciemno, żeby ocenić czy jesteśmy blisko Makowa Mazowieckiego, czy nie. Kiciuś wyciągnął z bagażnika skrzyneczki i rozdał po jednej każdemu z nas. Postawiłam swój prowizoryczny stołek na resztkach śniegu i poczekałam, aż moi towarzysze zajmą miejsca. Erni wyciągnął też sporych rozmiarów, srebrną piersiówkę i po pociągnięciu łyka podał ją Pablordowi. Gdy kolejka doszła do mnie i pociągnęłam łyk, poczułam przyjemne ciepło rozchodzące się po całym ciele. Alkohol był delikatny, ale rozgrzewający.
Co to? – zapytałam.
Grzaniec – odpowiedział Erni biorąc z lubością kolejny łyk – Lepiej opowiadaj co się działo w obozie, kiedy odjechaliśmy z Bobrem i Cinkiem.
                Streściłam mu najdokładniej jak umiałam wszystkie wydarzenia po tym jak Bobru opuścił obóz. Zaczęłam od ataku ludzi z Supraśla i ciągnąc przez sytuacje z Dalionem, aż do spotkania Pablorda i Mpd opowiedziałam wszystko co leżało mi na sercu. Kiciuś słuchał z ponurą miną i kiedy skończyłam, czułam się lepiej. Wyrzucić wszystko co leży na sercu komuś kogo się zna było zdecydowanie dobrym uczuciem.
– Może teraz ty powiesz jakim cudem z wycieczki po zapasy stałeś się kierowcą autobusu w Toruniu? – zapytałam, biorąc trzeci już łyk coraz to bardziej pustej piersiówki.
– Oj to długa historia, ale w sumie musisz wiedzieć na czym stoimy – zaczął, wyciągając drugą piersiówkę, a tamtą rzucając do otwartego bagażnika. W autobusie zrobiło się całkowicie cicho, najwidoczniej trójka ludzi, którzy tam byli, poszła już spać – Tak czy siak postaram się opowiedzieć ją jak najdokładniej i jak najszybciej, bo jutro czeka nas ciężki dzień – kontynuował biorąc głęboki oddech – Jak pamiętasz wyruszyłem z Bobrem oraz Cinkiem po zapasy. Wszystko szło jak po maśle, zebraliśmy z okolicznych wiosek całkiem sporo rzeczy i chcąc już wracać uznaliśmy, że możemy jeszcze na szybko sprawdzić Supraśl – tutaj zrobił pauzę, żeby wziąć kolejny łyk z drugiej piersiówki. Więc pojechali do Supraśla, pomyślałam żałując, że wszystko wyszło tak, a nie inaczej.
– Gdy tylko tam dojechaliśmy wpadliśmy na ludzi. Uciekliśmy przed nimi i schowaliśmy w barze, który okazał się być ich kryjówką – widziałam, że Kiciusiowi nie łatwo o tym mówić, widocznie to co tam przeżyli było równie piętnujące człowieka, jak moja znajomość z Dalionem – Trzymali nas tam przez dwa dni, aż w końcu po wielu torturach, w których wypytywali nas o lokalizacje obozu zdołaliśmy się uwolnić. Bobru zabił grubasa, który nas torturował, a następnie uciekliśmy – tutaj zrobił kolejną pauzę, jakby zastanawiał się co dalej powiedzieć – Gdy wróciliśmy do obozu znaleźliśmy tylko ciała… Chcieliśmy stamtąd jak najszybciej uciec, kiedy usłyszeliśmy kogoś w cerkwi. To był Sołtys…
– Sołtys przeżył? – wtrąciłam.
– Wtedy tak, ale nie przerywaj mi proszę, ciężko to opowiadać – powiedział.
– Przepraszam, mów dalej.
                Pablord i Mpd przysłuchiwali się opowieści w ciszy.
– Spędziliśmy we czwórkę noc w tej cerkwi po czym ruszyliśmy. Sołtys mówił, że widział Łapę i Nieznajomą, które uciekały w kierunku starego obozu Łapy, wiec tam właśnie poszliśmy. Znaleźliśmy tam obie dziewczyny i  zaczęliśmy planować co dalej. Postanowiliśmy zemścić się na ludziach z Supraśla – to mówiąc ziewnął po czym wziął kolejnego łyka ciepłego wina – Ruszyliśmy na nich, ale tam wpadliśmy w naprawdę nieciekawą sytuację. Strzelali do nas na moście i gdyby nie pomoc takiego jednego typa, to z pewnością byśmy tam zginęli.
– Kto to był? – zapytałam pomimo próśb Erniego.
Łowca. Starszy koleś, miał tylko jednego oko, ale paradoksalnie strzelał z prawdziwego karabinu snajperskiego! Chyba posiada jedyny egzemplarz w Polsce, nawet w Toruniu nie mają ani jednego – rzekł ożywionym tonem Kiciuś.
                Karabin snajperski, pomyślałam. Jeden z nich zabił Pawła i okaleczył poważnie Szpiega. Przez głowę przebiegła mi szybko myśl, że to właśnie ten Łowca mógł to zrobić, ale przecież jakie było prawdopodobieństwo tego, że właśnie on znalazł się w tym samym czasie co ja na tej samej polanie. Nie chciałam dać po sobie tego poznać. Jednak ciekawość wzięła górę.
– Jaki był ten Łowca? – zapytałam.
– Równy gość. Od razu go polubiłem, chociaż przebywałem z nim niedługo. Wracając do opowieści – splunął i mówił dalej – Wybiliśmy każdego kogo spotkaliśmy w Supraślu i pomogliśmy Łowcy, który został postrzelony. Cinek stracił rękę i musieliśmy uciekać. Biegliśmy do tira Łowcy, którym mieliśmy odjechać. Niestety rozdzieliliśmy się – zrobił przerwę na kolejnego łyka – ja pobiegłem z Łapą i Nieznajomą i wtedy otoczyły nas zombie. Pomogłem im uciec, ale sam zostałem odcięty i musiałem uciekać w drugą stronę. Chciałem jak najszybciej dobiec do tira, ale im szybciej biegłem tym bardziej nierealne mi się to wydawało – odwrócił się nerwowo jak gdzieś za jego plecami coś trzasnęło – W końcu ze strachem, że zmęczę się i wpadnę w większą grupę zombie schowałem się do jednego z budynków i wspiąłem się na najwyższe piętro. Widziałem stamtąd jak odjeżdżają beze mnie. Nie mam im tego za złe. Było tam wtedy całe stado, nie mieli innego wyjścia.
– Więc cała szóstka odjechała bez ciebie? – wtrąciłam.
– Tak dokładnie – pociągnął duży łyk wina, które sprawiało, że czasami zaplątał się w tym o czym mówił – O czym to ja? Ach, no tak. Wtedy przeczekałem noc. Zapasy i broń miałem w plecaku, który targałem, gorzej było z planem. W końcu przypomniałem sobie, że Łowca wspominał o jakimś autobusie stojącym w centrum. Rzeczywiście stał tam i dzięki niemu uciekłem. Zbłąkany Ocalały ocalił mi życie – powiedział z dumą w głosie – Nim pojechałem do Torunia. Podróż zajęła mi cztery dni. Spotkałem tam Dziarę, Pabiego oraz Mpd i w sumie dołączyłem do społeczności Torunia nie zapominając o jednym – powiedział.
– O czym? – zapytałam.
– O szukaniu was. Dlatego zdecydowałem się na jeżdżenie od Białegostoku do Torunia. Miałem nadzieję, że Bobru też tam pojedzie, bo kiedyś tak planowaliśmy i spotkam go po drodze.  Niestety nie widziałem go nigdzie, a zrobiłem tą trasę już dwa razy. To jest trzeci.
– Ja też ich szukam. Myślisz, że wszyscy jadą do Torunia? – zapytałam.
– Tak mi się wydaje. Nie wiem jak z resztą, ale z jeżeli Szpieg i Damian nie żyją, to ciekaw jestem co z Natalią i Gigantem? Skoro uciekali razem to znaczy, że też mogą być gdzieś na tej trasie. Nie wiem czy Bobru wtajemniczał ich w plan ruszenia w przyszłości do Torunia, ale Natalia mogła o tym wiedzieć. W końcu byli ze sobą blisko… – stwierdził uśmiechając się sam do siebie.
– W sumie moglibyśmy zajechać po drodze do Torunia na Czwarty Posterunek. Jest po tej stronie, parę Czerwonych Flar tam stacjonuje, możliwe, że oni coś znaleźli – zaproponował Pabi.
– Kim właściwie są te Czerwone Flary? – zapytałam czując coraz większe zmęczenie.
– To oddział Dziary, którego zadaniem jest praca w terenie i to taka ekstremalna. Należy do niej oprócz nas pięć osób, więc licząc Dziarę jest osiem osób. Jesteśmy taką grupą uderzeniową – powiedział z dumą Pablord.
– Tak więc już jutro będziemy na tym posterunku? – zapytałam.
– Tak – odpowiedział z pewnością w głosie Erni – Teraz chodźmy spać. Robi się późno, a jutro z rana wyjeżdżamy.
                Wstaliśmy i schowaliśmy skrzynki do bagażnika. W głowie miałam mnóstwo myśli związanych z opowieścią Kiciusia i byłam ciekawa jak to się rozwinie. Wciąż dużym szokiem dla mnie było to, że przeżył, ale miałam nadzieję, że dzięki niemu znajdę resztę. Gdy układałam się na jednym z siedzeń podszedł do mnie.
– Miczi, śpisz? – zapytał.
– Jeszcze nie. O co chodzi? – była już tak zaspana, że marzyłam tylko o przyłożeniu głowy do miękkiego oparcia.
– Chciałbym ci coś obiecać. Złożyć pewną przysięgę. Znajdę resztę i będzie tak jak dawniej. Obiecuję – powiedział. Wiedziałam, że jest już trochę pijany, ale ucieszyły mnie jego słowa. Co dwie głowy to nie jedna, razem będzie nam na pewno łatwiej znaleźć resztę.
– Dzięki – wyszeptałam i przekręciłam się na drugi bok, żeby zasnąć. Śniły mi się różne rzeczy i gdy obudziłam się to przez chwilę nie wiedziałam gdzie jestem. Po chwili przypomniałam sobie wydarzenia z poprzedniego wieczora i podniosłam się. Autobus jechał. Kiciuś siedział i w pełnym skupieniu kierował. Pablord rozmawiał z dwoma dziewczynami, które były tu przede mną, a Mpd drzemał parę siedzeń obok mnie.  Staruszek, który również był pasażerem przede mną, siedział i patrzył za szybę na szybko znikające domki i lasy. Przejeżdżaliśmy akurat przez małą wioskę, zdecydowanie za Makowem Mazowieckim. Byliśmy teraz w drodze na Ciechanów.
                Wstałam i podeszłam do Pablorda.
– Dzień dobry – powiedziałam.
– Dzień dobry. Głodna? – zapytał.
– Z chęcią bym coś zjadła. Są tu jakieś zapasy?
– No pewnie. W końcu Erni musi coś jeść, a wykarmić pasażerów też nie jest łatwo. Wszystko jest w bagażniku, na kolejnym przystanku pójdziemy i sobie coś wybierzemy. Kiciuś ma całkiem spory zapas puszkowanego żarcia i owoców. Wiesz mamy własny ogród w Toruniu.
– Własny ogród? Brzmi ciekawie – powiedziałam z uśmiechem na twarzy.
                Tak więc poczekaliśmy i niecałą godzinę później byliśmy przy kolejnym przystanku. O dziwo czekało tu na nas dwóch mężczyzn, młodszy i starszy. Gdy ja i Pablord wyszliśmy do bagażnika minęliśmy ich przy wejściu. Młodszy wydawał się być zmarnowany. Miał podkrążone oczy i przetłuszczone włosy, sięgające ramion. Z kieszeni wystawał mu pistolet, a plecak, który nosił wydawał się być pusty. Miał delikatny zarost, a jego piwne oczy wydawały się być przygaśnięte. Dyszał ciężko, chociaż jego wysportowana sylwetka nie wskazywała na to, że mógłby się szybko męczyć.
                Jego towarzysz był od niego wyższy, ale tez grubszy. Miał gęstego wąsa i wyglądał równie mizernie jak młody. Ubrany był w kurtkę, grube spodnie i buty sięgające kolan. Przez plecy miał przewieszoną strzelbę. Był co najmniej dwadzieścia lat starszy od niego. Na jego twarzy było widać mieszankę strachu i zdenerwowania. Gdy podeszliśmy do bagażnika usłyszeliśmy rozmowę z wnętrza Zbłąkanego Ocalałego.
– Mpd wstawaj do cholery i mi pomóż – krzyknął Kiciuś po czym można było usłyszeć dźwięk kopnięcia. Trochę mnie to zszokowało, aż spojrzałam na Pablorda.
– Spokojnie – wytłumaczył – Erni zawsze gra takiego twardziela, żeby sprawdzić nowych pasażerów, jakby był sobą, mógłby zostać uznany za słabego, a wtedy mogłoby się zrobić niebezpiecznie.
– Czy możemy się zabrać? – zapytał któryś z mężczyzn – Potrzebujemy z synem transportu, jak najdalej na zachód.
– Spokojnie kowboju! – krzyknął nieco zmienionym głosem Erni – Przyjmujemy większość osób pod dwoma warunkami – po pierwsze pokazujecie mi wszystkie bronie i w miarę możliwości oddajecie mi je do schowka. Po drugie nie wpuszczam na pokład zarażonych – zaakcentował ostatnie słowa tak dobitnie, że byłam prawie pewna tego, że się domyślił. Ten chłopak na pierwszy rzut oka wyglądał na zarażonego.
– Nikt z nas nie jest zarażony – odpowiedział mężczyzna drżącym głosem.
– Taak? Młody wygląda jakby go dziabnęło dobre parę godzin temu. Ci ludzie są pod moją opieką. Nie pozwolę zginąć wszystkim jak on upadnie i wstanie jako szwendacz. Nie ma mowy – odpowiedział stanowczo Kiciuś – Chociaż, jak zostawisz go to samego ciebie mogę wziąć. Nie wyglądasz na zarażonego.
                Wzięłam głęboki oddech. Kiciuś wystrzelił z grubego działa. Byłam ciekaw co odpowie mężczyzna. Wybraliśmy z Pabim parę puszek jedzenia i wróciliśmy do autobusu. Młody wyglądał przez nerwy jeszcze gorzej, a starszy mężczyzna zwiesił głowę.
– Tato? Chyba mnie nie zostawisz… – zaczął młody.
– Umierasz… Jeśli jest jakaś szansa na to, że przeżyje… Zrozum mnie Kuba… – wszystkie słowa przechodziły mu z trudem przez gardło.
Nie chciałam się wtrącać, więc usiadłam na siedzeniu i razem z resztą przyglądałam się rozmowie.
– Błagam przewieź nas chociaż kawałek na zachód, słyszałem o Toruniu, mógłbym go tam normalnie pochować i zapewnić mu bezpieczeństwo chociaż w ostatnich chwilach życia – prosił ojciec.
                Kiciuś stał przez chwilę z grobową miną i nic nie mówił. W końcu cofnął się do kabiny kierowcy i zaczął czegoś szukać. Wszyscy przyglądali mu się ze zdziwieniem. W końcu odwrócił się, ze strzelbą w rękach.
– Powtórzę jeszcze raz powoli – albo wsiadasz sam, albo wypad – powiedział z anielskim spokojem.
Oczy mężczyzny rozszerzyły się ze strachu, a Młody cofnął się i zaczął powoli wędrować ręką w stronę pistoletu. Kiciuś doskoczył do niego i przykładając oburącz strzelbę do szyi  uderzył w niego z dużą siłą w ścianę pojazdu.
– Słuchaj no mały cwaniaku, jesteś trupem. Otaczają nas trupy i ty jesteś jednym z nich, czy tego chcesz czy nie. Ludzie na pokładzie to moi przyjaciele i nie będę ryzykował ich życia, dla kogoś, kto nie rozumie, że już jest martwy – brzmiał dosyć przerażająco, widać podróżowanie autobusem nauczyło go wiele i stał się teraz naprawdę solidnym ocalałym. Odwrócił się w stronę zrozpaczonego ojca i zapytał – Męska decyzja, jedziesz z nami czy idziesz dalej z synem?
                Obserwowałam zmiany zachodzące na twarzy Kuby z przerażeniem. Zdawał się gasnąć z każdą minutą. Wirus zombie, był okrutny i bez natychmiastowej amputacji zabijał.
– Wybacz Kuba… Jadę z wami – odpowiedział ojciec. Zszokowało mnie to równie mocno co syna.
– Dobra decyzja. W Toruniu przyda się każda para rąk – powiedział Kiciuś uśmiechając się. Odwrócił się w stronę zarażonego i spojrzał mu w oczy – Zginiesz do końca tego dnia. Chcesz żebyśmy zakończyli twoje cierpienia? – zapytał Erni.
                Młody miał łzy w oczach. Kiciuś puścił go, a ten upuścił pistolet i osunął się na podłogę siadając. W końcu potrząsnął twierdząco głową i spojrzał na ojca.
– Zrobię to – powiedział mężczyzna i pomagając wstać synowi, wyszedł z nim przed autobus.
– Byle szybko, nie mam zbyt dużo czasu, a długie pożegnania nigdy nie działają – powiedział Erni.
– Daj spokój stary. Nie bądź dupkiem – powiedział Pablord. Kiciuś wrócił do siebie, a my czekaliśmy w napięciu na wystrzał. Decyzja bez wątpienia była ciężka, ale w końcu usłyszeliśmy głuchy strzał i po chwili do autobusu wszedł ojciec. Bez słowa usiadł na jednym z wolnych siedzeń i w milczeniu czekał na odjazd. Pistolet i plecak syna rzucił na górę, na miejsce do bagażu.
                Dalsza podróż była owiana całunem ciszy. Praktycznie nikt się nie odzywał i wszyscy byli w posępnych nastrojach. Godzinę później minęliśmy Ciechanów, gdzie całe szczęście na przystanku nie czekał nikt. Było popołudnie, gdy zatrzymaliśmy się na chwilę, żeby coś zjeść i się napić. Wszystko podał nam Henryk, który najwidoczniej chciał na coś przydać, po tym niezbyt przyjemnym starcie. Wtedy usłyszałam rozmowę starca z ojcem.
– Przysięgałem go chronić, a teraz wyszedłem na takiego samolubnego potwora – powiedział Henryk, bo z tego co usłyszałam tak właśnie się nazywał.
– Dzieciak był i tak martwy. Nie obwiniaj się – wymemłał starzec. Miał dziwną wadę wymowy przez co trochę seplenił, ale dało się go zrozumieć i był całkiem sympatyczny.
                Tak spędziliśmy jeszcze pół godziny po czym ruszyliśmy dalej. Wieczorem znaleźliśmy się w Raciążu. Miasteczko nieduże, więc nie spodziewaliśmy się tam kłopotów. Jednak je znaleźliśmy. Na jednej z dróg wyjazdowych na północny–zachód trafiliśmy na całkowicie zablokowaną drogę. Co gorsza szwendało się tutaj sporo trupów. Kiedy zobaczyły światła Zbłąkanego Ocalałego zatrzymały się i zaczęły iść w naszym kierunku. Nie wiadomo skąd pojawiły się też na naszych tyłach powoli odcinając nas od jedynej drogi ucieczki. Nie mieliśmy jak ominąć barykady, bo po obu stronach drogi był gęsty, nieprzejezdny las. Erni próbował wycofać wrzucając odpowiedni bieg i przyciskając mocno pedał gazu, ale po przejechaniu dwóch czy trzech zombie koła utknęły w ciałach i nie mogliśmy jechać nigdzie indziej niż do przodu.
– Musimy je wybić i oczyścić drogę! – krzyknął Mpd, podnosząc się i idąc w stronę drzwi.
– I to szybko. Jest ich coraz więcej. Przyda się każda para rąk! – dodał Pablord.
                Wszyscy opuścili autobus zbierając swoje bronie ze schowka i ruszając na zewnątrz. W tym miejscu nie było już śniegu, wiec nawet nie brałam kurtki. Wyskoczyłam z maczetą i pistoletem syna Henryka i rzucając się w stronę dwóch, blokujących drogę, samochodów osobowych zaczęłam ciąć jak szalona, uważając żeby nie zranić nikogo z sojuszników. Gdzieś przy mnie przedzierał się Kiciuś, który machał młotkiem i starał się jak najszybciej utorować drogę do przodu.
                Dobiegłam do jednego z samochodów pierwsza, strzelając do dwóch stojących przy nich trupów i poczekałam na resztę. Wtedy usłyszałam krzyk. Jedna z dziewczyn była właśnie gryziona w szyję przez zombie. Henryk, który był w pobliżu kopnął trupa i dobił go butem. Niestety na pechową pasażerkę po chwili rzucił się kolejny trup i druga dziewczyna odciągnęła Henryka i kazała mu biec do przodu. W tym czasie przy mnie stał już Kiciuś, Pablord i Mpd, którzy wspólnymi siłami razem ze mną starali zaczęli spychać pierwsze auto do rowu melioracyjnego obok.
                O ile z pierwszym autem poszło łatwo, to drugie było o wiele cięższe i nie miało jednej opony. Henryk, starzec i druga dziewczyna starali się odpychać zombie, które w coraz to większej grupie starał się do nas dostać. Gdy jeden z zombie obalił staruszka na ziemię Pablord natychmiast ruszył, żeby mu pomóc. My w tym czasie staraliśmy się jak najbardziej odsunąć auto. Kiedy przesunęliśmy je o dobre pół metra Kiciuś krzyknął.
– Powinno wystarczyć! Wracamy!
                Nikomu nie trzeba było powtarzać dwa razy. Wszyscy pobiegli  i przepychali się w stronę stojącego autobusu. W pewnym momencie się potknęłam, ale szybko odzyskałam równowagę. Adrenalina standardowo mieszała się ze strachem. Całe szczęście po chwili wszystkim udało się zapakować do wnętrza autobusu. Kiciuś siadając za kierownicą gwałtownie przyspieszył i przepychając trupy ruszył dalej. Udało nam się. Jechaliśmy dalej. Co prawda te przeszkoda zabrała nam trzydzieści minut i straciliśmy jedną osobę, ale to musiało się stać. Inaczej musielibyśmy jechać paręnaście kilometrów w inną stronę, co mogłoby jeszcze bardziej przedłużyć podróż.
                Dziewczyna, która zginęła była siostrą tej, która przeżyła. Widać było, że Klaudia, bo tak się nazywała, przeżywała to ciężko, podobnie jak Henryk, który wciąż był w kiepskim humorze po utracie syna. Podziwiałam Erniego za to, że dał tym ludziom nadzieję. Mi też dawał nadzieje na to, że, o ile jeszcze żyją, znajdziemy resztę ludzi z Królowego Mostu. Erni zarządził żebyśmy się zatrzymali.  Podróż do Torunia będzie odrobinę przedłużona, ale nie chciał on podejmować ryzyka jazdy po takim wysiłku. Zatrzymaliśmy przy jakimś pojedynczym budynku mechanicznym i czekając, aż wszyscy się ułożą też się położyłam. Sprawdziliśmy okolicę i nie było tu ludzie, a pojedyncze trupy, które tutaj się szwendały zabiliśmy.

                Gdy przyłożyłam twarz do oparcia, żeby znaleźć jak najwygodniejszą pozycje do snu usłyszałam stuknięcie. Przekonana, że tylko mi się wydawało usłyszałam jeszcze parę uderzeń i się podniosłam rozglądając po pojeździe. Wszyscy leżeli nieruchomo i spali. Co to mogło być? Wyjrzałam za okno, ale nie zauważyłam żadnego zombie. To musi być zmęczenie, wytłumaczyłam sobie i zmieniając pozycję zasnęłam.