wtorek, 29 listopada 2016

Rozdział 1: Czystość

Zaczynamy kolejny tom przygód Bobra. Po dosyć długiej przerwie czas wrócić do tego świata i dowiedzieć się co dalej. Akcja tego rozdziału dzieje się tydzień po akcji rozdziału 4.25. Obozy przygotowują się do ekspansji na wschód. Będzie to początek całego łańcucha zdarzeń, wokół których będzie się kręcić akcja tego tomu. Mam nadzieję, że Wam się spodoba i zapraszam do czytania :)
POV:
Bobru - Rozdział 1 - Dzień 1
??? - Dzień 1 - ???
??? - Dzień 1 - ???

-------------------------------------------------------------

Rozdział 1: Czystość (BOBRU)


                Bar w Inowrocławiu tętnił życiem. Ludzie starali się całkowicie uciec od rzeczywistości. Każdy kolejny łyk piwa, sprawiał, że świat za murami stawał się coraz bardziej odległy, a problemy malały, aż całkowicie znikały za alkoholową mgiełką. To nie działa tak jak myślicie, pomyślałem, Nie da się uciec od rzeczywistości. Zanurzyłem usta w kuflu piwa i wziąłem porządny łyk. Wciąż byłem obolały i nie do końca doszedłem do siebie po walce w Grudziądzu, na arenie Złomiarzy. Był to jednak przełomowy moment.  Zebraliśmy tak wiele informacji o tym i przez te sześć dni przygotowywaliśmy wszystko do kluczowego momentu w naszych życiach – przejęcia Płocka. Ben uważał to miejsce, za świetny punkt strategiczny, Dziara widział korzyści w budowaniu nowych szlaków, a Feline cieszyła się, że kolejny sojuszniczy obóz pojawi się w okolicach Płońska. Dla nas jednak był to nowy start. Moja grupa dojechała już do Inowrocławia i wszyscy byli gotowi na przejazd do nowego domu.
                Dotychczasowe obozy, w których byliśmy, zawsze miały jakąś wadę. Królowy Most był za słabo broniony i nie miał wystarczającej ilości ludzi, Toruń przeżywał kryzys, a życie w Potworze na pewnie nie należało do najwygodniejszych. Perspektywa zamieszkania w nowym miejscu sprawiała, że optymistycznie patrzyłem w przyszłość. Jonasz zdążył już wrócić razem z Dziarą do Torunia, zabierając ze sobą Wiktorię oraz Michaela, których pomoc była nie do opisania podczas odbijania Feline. Ta wraz z Olafem oraz jego ludźmi również opuścili Inowrocław wracając do siebie.  W czasie całego planowania zakładania nowego obozu wróciła ekipa stawiająca punkty strategiczne. Z przykrością usłyszeliśmy informacje o tym, że Stado jest coraz bliżej, a Irek przepadł próbując uratować kobietę z obozu Bena. Cieszyłem się jednak z powrotu reszty moich ludzi. To musiała być dla nich ciężka podróż, bo wydawali się być jeszcze bardziej wyniszczeni niż my.
                Dwanaście osób było planowaną pierwszą drużyną do wyjazdu do nowego miejsca.Wszystko wydawało się iść po naszej myśli. Złomiarze po otrzymaniu poważnego ciosu w walce z Zszytymi, nie dawali znaku życia. Byłem pewien, że mnóstwo z nich przeżyło, ale wiedziałem, że gdyby taki cios spadł któregoś dnia na Toruńską Ostoję, to prawdopodobnie upadła by ona na dobre. To świadczyło tylko o ogromnej liczebność i ogólnym zagrożeniu jakie sprawiała ta grupa. Wciąż pamiętałem torturowanie przez Wandę, przywódczynie Złomiarzy.  Byłem ciekaw, czy po tym co stało się na Arenie wzięła moje słowa o Stadzie i Zszytych na poważnie.
                Dopijając ostatniego łyka odstawiłem butelkę i wstałem. Miałem zamiar spędzić ostatnie wolne i spokojne chwile w tym obozie z moimi ludźmi, ale przy wyjściu wpadłem na Konrada, jednego z ludzi Bena.
- Szef chce cię widzieć – zapowiedział.
- Coś się stało? – zapytałem lekko zachrypniętym głosem.
- Nie mam pojęcia, ale w obozie jest spokojnie, więc to raczej nie to – odpowiedział.
- Zaraz przyjdę – powiedziałem.
- Wiesz, gdzie go znaleźć – rzucił na odchodne, wskazując tunel prowadzący do laboratorium, a następnie ruszył w stronę kościoła.
                Byłem pewien, że Ben będzie chciał dopiąć wszystko na ostatni guzik i powtórzyć plan, chociaż czasami był tak zaskakującym człowiekiem, że można było spodziewać się wszystkiego. Ruszyłem w stronę tunelu i po chwili byłem już w Korytarzu Krzyków. Trupy jak zwykle przywitały mnie jęczącą aprobatą, uderzając bezsilnie w szyby. Zastanawiałem się do czego mają doprowadzić te badania, bo szans na wynalezienie antidotum nie widziałem, a do czego innego mogłoby służyć trzymanie tych trupów, jak nie do tego. Wszedłem do laboratorium i od razu rzucił mi się w oczy, siedzący przy lampce i czytając książkę Ben. Wiedziałem, że mnie zauważył, ale nie dał tego po sobie poznać, póki nie usiadłem naprzeciwko niego.
- King – zauważyłem z zaciekawieniem.
- Smutne prawda? Mam horror tuż za oknem, a wolę czytać jakieś wymyślone opowiadania z elementami grozy – odpowiedział, widocznie obserwując moją reakcję.
- Wezwałeś mnie tylko po to? Jutro czeka nas podróż, wybacz, ale muszę odpocząć – specjalnie skróciłem jego grę, wiedząc, że jak dam się w to wciągnąć, to rozmowa potrwa znacznie dłużej niż powinna. Uśmiechnął się pod nosem.
- Jesteś ciekawym człowiekiem. Zdajesz się mieć tyle na głowie, a jednak robisz znacznie więcej niż ktokolwiek inny. Co jest twoją motywacją? – zapytał.
- Moi ludzie. Ben, o co chodzi? – zapytałem nieco zniecierpliwiony.
- Widzisz, po tym co dowiedzieliśmy się o Złomiarzach mamy ogromną przewagę. Jonasz okazał się kluczem do tej furtki i stoi ona teraz szerokim otworem. Z drugiej strony mamy Zszytych. Baliśmy się ich, a oni nam pomogli. Wydaje mi się, że to również twoja zasługa.
- Sugerujesz, że nimi dowodzę? – zapytałem nie do końca wiedząc, do czego zmierza.
- Stwierdzam, że jesteś niesamowitą osobą i to na tyle, że nawet ja nie potrafię tego rozgryźć. Od kiedy jestem na tym wózku to jest całe moje życie. Analizy. Badam każdego, zbieram informacje, tworzę sieć, odbudowuje. Robiłem to małymi krokami, ale wtedy pojawiłeś się ty i zamiast iść na piechotę do celu, lecę tam, niczym ptak.
- Jestem prostym człowiekiem, kierującym się prostymi zasadami i wartościami. Niczym więcej Ben.
                Widać było, że chciał powiedzieć coś jeszcze, ale zaśmiał się tylko. Spoważniał po chwili i spojrzał mi prosto w oczy.
- Nieważne. Sieć jest tworzona. Słyszałeś, że twój przyjaciel robi solidną robotę przy oczyszczaniu dróg? – zapytał.
Chodziło mu oczywiście o Ernesta, który wraz z Rekinem i paroma ludźmi z Torunia i Inowrocławia oczyszczał drogi z trupów i wraków aut, żeby ułatwić przejazd. Bolało mnie jednak wciąż, że nie zdecydował się pojechać dalej z nami, odcinając się i trzymając Torunia. Był ostatnią żywą osobą z Białegostoku. Jednym z ostatnich ocalałych z Królowego Mostu. Ważnym elementem w moim życiu, który zdawał się zacierać.
- Słyszałem. Mam nadzieję, że jak najszybciej uda mi się załatwić sprawę w Płocku. Nie planujesz po tym niczego większego, prawda?
                Ben chwilę wahał się z odpowiedzią. W końcu odchrząknął:
- Planów mam dużo. Ale skupmy się na tych najbliższych. Stabilizacja i rozbudowa – Przekręcił się i podjechał do stołu obok, gdzie stało dziwne urządzenie przypominające trochę duży kalkulator. Zaczął coś na nim wystukiwać, kiedy coś zaszumiało. Sięgnął bez patrzenia do paska i przystawił krótkofalówkę do ucha.
- Co jest? – zapytał.
- Spora grupa trupów. Za parę minut będą u nas.
- Musicie ich wybić. Nie możemy sobie pozwolić na takie stopniowe oblężenie. Gdy przyjdzie stado nie będzie już tak łatwo – odpowiedział.
- Mogę im pomóc – stwierdziłem.
- Bobru zaraz do was podejdzie. Poczekajcie na niego z jakimikolwiek akcjami. Bez odbioru – odrzucił urządzenie na bok – Dziękuje raz jeszcze za rozmowę. Wbrew pozorom potrzebowałem właśnie odpowiedzi na te pytania – odpowiedział tajemniczo. Chociaż sam chciałem go zapytać o parę rzeczy, rozmowa zaczynała mnie męczyć, a nie miałem siły na zagadki. Opuściłem laboratorium i mijając Korytarz Krzyków wyszedłem wkrótce na świeże powietrze. Przy wyjściu wpadłem na Giganta oraz Dymitra.
                Dołączyłem do nich nie zatrzymując się.
- Idziecie do bramy głównej? – zagadałem.
- A coś się dzieje? – odpowiedział pytaniem Gigant.
- Trupy. Spora grupa, Ben kazał się tym zająć.
- Spoko – odpowiedział Gigant i wspólnie przyspieszyliśmy kroku. Przed główną bramą zebrało się sporo ludzi. Wszyscy obserwowali ulicę, na której zaczęły już pojawiać się pierwsze trupy. Wśród ludzi od razu zauważyłem Garbusa, który podbiegł do nas.
- Jak wygląda sytuacja? – zapytałem.
- Około czterdziestu trupów. Nie mamy pojęcia jak prześlizgnęły się taką grupą w tę część miasta – odpowiedział – Jakieś plany?
- Musimy ich odciągnąć poza mury obozu. Gigant będzie na pierwszej linii, a cała reszta będzie go osłaniać – zdążyliśmy podejść do pozostałych obrońców obozu – Potrzebuje dwójki ludzi, która pójdzie z nami na zewnątrz. Reszta będzie osłaniała nas z góry z pistoletami. Gdyby nas zaczęły otaczać strzelajcie, ale nie wcześniej! My postaramy się osłonić Karola, jeżeli coś pójdzie nie tak. Wszyscy rozumieją?
Przytaknęli. Dwójka mężczyzn, w charakterystycznych strojach strażników z Inowrocławia, zgłosiła się natychmiast.  Zadziałaliśmy natychmiastowo i zebraliśmy się przy wyjściu, gotowi na to, aż reszta zajmie pozycje na wieżyczkach, oraz przy bramie, żeby ją szybko otworzyć i zamknąć. Zerknąłem przez ramię i oprócz Giganta, Dymitra oraz dwójki strażników, w oczy rzucili mi się mieszkańcy, którzy obserwowali akcję z daleka. Nie umiałem wyczytać emocji na ich twarzach. Nie byli ani przestraszeni, ani uradowani. Patrzyli ze zmęczeniem na kolejną, normalną akcję.
- Gotowi? – zapytał Garbus zaciskając ręce na prętach bramy.
Kiwnąłem głową.
                Brama zajęczała gdy mężczyzna pociągnął za nią aby nas wypuścić. Odepchnąłem pierwszego trupa stojącego najbliżej i pewnym ruchem wbiłem mu nóż w gardło, odpychając kolejnego na bok. Wybiegliśmy na środek ulicy ustawiając się według planu. Poczułem ciarki na plecach, kiedy Gigant przesunął pochwę miecza, tak żeby go dobyć, a po chwili z świstem uwolnił ostrze. Było ostre i błyszczące srebrną poświatą księżyca. Gigant dbał o nie jak o przyjaciela. Po śmierci Szpiega nawet jeszcze bardziej. Odsunęliśmy się na około metr, żeby nie przeszkodzić mu podczas zamachu. Ostatnimi czasy widywałem jak Gigant trenuje walkę, przygotowując coraz to bardziej wymyślne cięcia, gotowy na każdą sytuacje. Tak zaczął swój taniec i teraz.
                Przeniósł ciężar ciała na prawą nogę, zamachnął mieczem z góry, po czym zrobił piruet, prowadząc ostrze na wysokości głowy i czysto ścinając dwie głowy naraz. My dotrzymywaliśmy mu kroku trzymając się zawsze na bezpieczną odległość, ale on radził sobie doskonale. Odskakiwał, doskakiwał, wyprowadzał krótkie cięcia, a następnie przymierzał się do tych długich. Po około dziesięciu trupach, wszystkich zabitych w całkowicie bezbłędnym stylu, przestaliśmy za nim nadążać. Zdołałem nawet spojrzeć na mury Inowrocławia, na których strażnicy też opuścili bronie i z zainteresowaniem patrzyli na pokaz. Ludzie, którzy wcześniej żegnali nas ponurymi spojrzeniami, teraz stali za kratami bramy i chłonęli, jakże rzadką w tych czasach, rozrywkę.
                Trupy ginęły w zatrważającym tempie. Każdy kolejny świst miecza, uwalniał fontannę krwi i wiązał się z dźwiękami głucho uderzających o ziemię zwłok. Miecz początkowo błyszczący czystością, teraz wyróżniał się karmazynową barwą. W walce z trupami, szczególnie na otwartych terenach, Gigant nie miał sobie równych. Na pewno w ciaśniejszym pomieszczeniu miałby problem z manewrowaniem ogromnym mieczem, ale tutaj czuł się jak ryba w wodzie. Gdy na ulicy został ostatni trup, który był kierowany zaprogramowanym instynktem zabijania, wyglądał jakby zawahał się na chwilę nie wiedząc czy warto to ciągnąć dalej. Gigant oczywiście nie zatrzymywał się i zdając sobie sprawę z tego, że jest oglądany zamachnął się potężnie i przepołowił ostatniego przeciwnika na pół, od głowy do krocza. Następnie odwrócił się w naszą stronę i wycierając ociekające posoką ostrze uśmiechnął się.
- Wow – skomentował krótko jeden z strażników, który wciąż nie mogąc uwierzyć w to co zobaczył, wpatrywał się w Giganta. Podszedłem do niego i poklepałem go po plecach, dając znak, że wykonał kawał dobrej roboty. To był mój człowiek. Czułem dumę i bezpieczeństwo będą otoczony takimi właśnie ludźmi.
                Wróciliśmy w końcu do obozu. Brama została zamknięta, a ludzie powoli rozeszli się do swoich przyczep i domków. Ja także ruszyłem w stronę domku, który Ben przekazał nam na czas pobytu. Był to dwupiętrowy budynek, bardzo wygodnie umeblowany i w pełni zaopatrzony. Czuliśmy się dzięki temu wyjątkowo i bardzo mi to odpowiadało. Wygodne łóżka, dostęp do wody oraz elektryczność. Były to luksusy pierwszej klasy w aktualnych czasach. W salonie, który było położony tuż za drzwiami wejściowymi, siedziała prawie cała grupa. Pierwsza w oczy rzuciła mi się Ruda. Podbiegła ona do Dymitra, aby go przywitać. Rude włosy miała związane w warkocz, a w oczach było widać wesoły blask. Minąłem ich wraz z Gigantem aby znaleźć jakieś miejsce do siedzenia. Kanapa jednak była zajęta przez Łowcę, Medyka oraz Pablorda. Grali w karty popijając piwo. Jedynym nie pijącym był Medyk, który traktował swoją rolę w zespole wyjątkowo poważnie, przez co bał się, że w złym stanie przyjmie ewentualnego pacjenta.  Gigant klepnął mnie po plecach, po czym dosiadł się na fotel do Iki. Chociaż nie miałem jej okazji dobrze poznać, to nie miałem nic przeciwko jej obecności. Miała dużą wiedzę i na pewno była potrzebna do zarządzania żywnością i produkowania jej. Pamiętałem jak niedawno mieszkała przez jakiś czas na Drugim Posterunku, gdzie pomagała rozwinąć obóz Kapitanowi.
                Na uboczu przy oknie stał Krystek wraz z Mpd. Ten pierwszy palił, a drugi coś mu opowiadał. Widziałem znużenie na twarzy Krystka. Po śmierci Magdy nie widziałem uśmiechu na jego twarzy, a wiedziałem jak męczący potrafił być Mateusz.  Nie mi jednak było oceniać takie, a nie inne podejście Krystka. Pomimo paru mniejszych sukcesów ostatnie wydarzenia porządnie dały w kość. Nikt nie miał specjalnie dobrych humorów. Minąłem ich i podszedłem do ostatnich dwóch osób będących w domu – Łapy i Młodej. Siostry siedziały obok siebie i o czymś rozmawiały. Otworzyłem oczy ze zdumienia, kiedy zobaczyłem, że Łapa nie ma swojego charakterystycznego warkocza, a same, czarne włosy, sięgały jej zaledwie do ramion.
                Musiała  to zauważyć, bo uśmiechnęła się do mnie. Jej siostra spojrzała na mnie i zachichotała. Młoda po akcji w Płońsku stała się bardziej otwarta. Od Olafa słyszałem, że podobno pomogła im, zabijając jednego z Złomiarzy. Może w końcu ostatecznie planowała zaufać reszcie, tak jak ufała swojej siostrze.
- Skąd ta zmiana? – zapytałem.
- Wszyscy się zmieniamy, więc i ja coś w sobie zmieniłam – powiedziała tajemniczo.
- Tylko to?
- Nie – jej twarz spoważniała – Możemy porozmawiać?
- Jasne… tylko chwilkę. Chciałbym najpierw porozmawiać ze wszystkimi – nie czekając na jej odpowiedź odwróciłem się i wszedłem na stolik, na którym leżały karty. Nie musiałem długo czekać, aż w pokoju zapanowała cisza, a wszystkie oczy były zwrócone na mnie.
- Chciałbym wam zająć chwilę. Musimy ostatecznie doszlifować szczegóły. Przed jutrzejszym wyjazdem – mówiłem powoli, sam nie wiedząc w stu procentach, jak to rozegrać. Nie wiedziałem do końca z czym miałem do czynienia, a nie chciałem ustalać czegoś, czego nie byłem w stanie wykonać – Na początku chcę wam podziękować. To już ponad pół roku i chociaż znam niektórych z was dłużej, a niektórych krócej to jesteśmy teraz jedną grupą. I cholera, osiągnęliśmy zajebiście dużo. Ale nie mamy jeszcze swojego miejsca na ziemi. Płock może być tym miejscem. Jutro zacznie się nowy epizod w naszych życiach i to jak potoczą się najbliższe dni, zadecyduje o tym jak będzie wyglądał świat. Nasz świat.
                Wszyscy słuchali mnie z przeróżnymi emocjami wypisanymi na twarzach. Nie było widać jednak żadnych negatywnych aspektów w tej wystawie przeróżnych min. Uznałem to za dobry znak.
- Co prawda nie ma tutaj wszystkich, ale Rekin dołączy do nas za jakiś czas, a z Józefem porozmawiam w stosownym momencie. Przechodząc jednak do sedna – kiedyś, za czasów Królowego Mostu, kiedy mieszkałem tam i nie rozumiałem jeszcze do końca zasad panujących światem zaatakowała nas grupa. Rozbili nas kompletnie i cudem odnaleźliśmy się w Toruniu. Moi przyjaciele skojarzyli moje wcześniejsze słowa i poszli właśnie tam, dzięki czemu są tu dzisiaj u mojego boku. To było szczęście. Nie możemy jednak na nie zawsze liczyć, więc chciałbym ustalić oficjalny punkt zbiórki w razie problemów. Nie znam terenów, na które się udajemy, więc powiedzmy, że ci, którzy w jakikolwiek sposób się odłączą postarają się wrócić tutaj, lub do obozu Feline. To będzie najlepsze wyjście. Ktoś ma jakieś za lub przeciw? – zrobiłem pauzę, ale ponownie nie spotkałem się z żadnym sprzeciwem – Cieszę się. Chciałbym wam też powiedzieć, że przez ostatnie miesiące – tutaj odkaszlnąłem, bo głos zaczął się robić chrapliwy – miałem różne podejście do życia i innych ocalałych. Raz byłem do nich przyjaźnie nastawiony i płaciłem za to wysoką cenę, a innym razem byłem zły i ostrożny, co spowodowało, że straciłem wiele szans. Chociaż może się wam to wydawać niedobre, wolałem być twardy. Nie dawać szans na podejście, póki nie byłem pewien, że dana osoba jest dobra. Teraz jednak odbudowujemy cywilizacje. To ciężka i niebezpieczna misja, ale nie wykonamy jej sami. Nawet z obozami Dziary oraz Bena i Feline. Musimy zbierać ludzi. Zbudować społeczeństwo i to wszystko odnowić. Dlatego ostrożnie podchodźcie do ocalałych i starajcie się ich przekonywać, a nie zabijać. To właśnie tego aktualnie potrzebujemy – po tych słowach zrobiłem krótką pauzę i zszedłem ze stołu. Cała grupa zaczęła bić brawo, a ja poczułem dreszcz, który czułem często w takich sytuacjach. Dreszcz podniecenia i dumy. Emocjonowałem się takimi sytuacjami, które zazwyczaj człowiek przeżywał raz na rok, albo oglądając na ekranach telewizora. Teraz było ich dużo. Przemieszanych z walką.
                W tym momencie drzwi do domu się otworzyły i wszedł Józef. Przywitałem go uściskiem dłoni.
- Gotowy do jutrzejszej podróży? – zapytałem.
- Jak nigdy – odpowiedział pogodnie.
- Znakomicie. Odpoczywaj. Kolejne dni będą ciężkie, potrzebuje was w jak najlepszej formie.
- Tak zrobię – zapewnił mnie, po czym ruszył schodami na górę, gdzie były sypialnie. Ja dzieliłem swoją z Łapą oraz Młodą. Dziewczynom oddałem łóżko, a sam spałem na materacu na podłodze. Odkąd jednak byliśmy w Inowrocławiu często budziłem się z rana, a Łapa leżała przy mnie, zostawiając siostrę na łóżku.
                Chcąc jak najbardziej odpocząć zamierzałem udać się na górę, kiedy przypomniałem sobie, że Łapa coś ode mnie chciała. Podszedłem do niej. Jej dolna warga drgała i pocierała nerwowo rękoma, wiedziałem, że temat rozmowy nie będzie przyjemny. Złapała mnie za dłoń i poprowadziła w głąb domu, do kuchni, którą teraz nazwałbym raczej spiżarnią, bo jedzenie było wszędzie. Ben nie był fanem przetrzymywania żywności w jednym miejscu, bał się, że jeden pożar może zniszczyć całe zapasy, wiec rozłożył ją pomiędzy domami. Był to całkiem mądry ruch. Łapa odsunęła pudło pełne konserw i usiadła na blacie stołu kuchennego. Spojrzała mi w oczy.
- Ostatnio sporo myślałam. O wszystkim, o tym jak ukształtował mnie ojciec i ten świat. Później poznałam was i krótko mówiąc spierdoliliście mnie – powiedziała to łagodnym głosem, wiedziałem, że próbuje rozładować własne napięcie takimi powiedzonkami i losowo wrzuconymi przekleństwami – Wpłynęło to na mnie i to nie byłe jak. Nigdy nie będę taka jak Ruda czy Ika, ale chcę się zmienić. Być bardziej ludzka.
                Przełknąłem ślinę. Kto by się spodziewał, powiedziałem w myślach. Łapa zachowywała się dziwnie. Rzeczywiście stała się bardziej ludzka, szczególnie po powrocie z Płońska. Lubiłem jej dzikość i charakter, ale czułem, że jakby była bardziej łagodna, szczególnie dla pozostałych ludzi to mogłaby być jeszcze ciekawszą osobą. Nie byłem pewien, czy jest do tego zdolna, ale już po tych słowach wiedziałem, że próbuje. Nie przychodziło to jej z łatwością, ale realnie wpłynąłem na jej charakter. To znaczyło dla mnie więcej niż przemówienie, które zostało nagrodzone oklaskami. Więcej niż wszystko.
- Dlatego muszę naprawić swoje błędy. Dotychczas olewałam ten bagaż, który nosiłam ze sobą. Zabijałam kolejnych ludzi, okaleczyłam nawet brata Erniego. Zrobiłam wiele złych rzeczy. Szczególnie tobie. Zawsze byłam głupią suką – jej głos zaczął się załamywać, ale patrzyła na mnie dzielnie.
- Właśnie taką cię polubiłem. Byłaś i jesteś niesamowita Łapo – odpowiedziałem ciepłym głosem.
- Aleksandro – poprawiła mnie. Otworzyłem szeroko usta ze zdziwienia. Nim myśl zdołała dotrzeć do głowy i zagnieździć się tam do zanalizowania, odezwała się ponownie – To moje imię. Nie używałam go. Nie nazywała mnie tak nawet moja siostra. Czas na cholerne zmiany. Nie chcę być zapamiętana jako Łapa. Ostatnią osobą, która nazywała mnie po imieniu był mój ojciec. Czas żeby inne osoby mnie poznały z tej strony.
                Nie wiedziałem co powiedzieć. W końcu zdołałem wykrztusić.
- To… ładne imię…
Westchnęła.
- Muszę ci powiedzieć coś bardzo… ważnego – powiedziała po chwilowej pauzie.
- Co takiego? – zapytałem znowu, nie rozumiejąc do czego dąży ta rozmowa. Obserwowałem jak Ola próbuje coś powiedzieć, ale ostatecznie nie mogła wykrztusić słowa. To musiało być dla niej trudne. W końcu przytuliła mnie. Poczułem zapach jej włosów, poczułem ciepło jej twarzy. Drżała. Chciałem ją pocieszyć, ale nie wiedziałem, co powiedzieć. Chciałem jej przekazać nieco uczuć, ale bałem się jak na to zareaguje. Zazwyczaj nie lubiła większych emocjonalnych więzi. Chociaż była ze mną, nigdy nie traktowała naszej więzi emocjonalnie. Bardziej rzeczowo. Bałem się pomyśleć, co by było gdyby powiedział jej teraz, że ją kocham. Ale może właśnie teraz był odpowiedni moment. Otworzyłem usta i zacząłem:
- Koch…
- To ja zabiłam Natalię – powiedziała słabym głosem, jakby umierała. Chociaż powiedziała to niewiele głośniej od szeptu, jej słowa rozeszły się po moim ciele, jakby były wykrzykiwane mi prosto do ucha. Znieruchomiałem.

czwartek, 31 marca 2016

Rozdział 5: Mogiła [FINAŁ TOMU]

Rozdział 5, tomu 4.5. Ostatni z tego niedużego spin-offa. Koniec grupy z Supraśla, z perspektywy obrońców, a także atak na obóz w Królowym Moście z perspektywy atakujących. Myślę, że ciekawe przeżycie i ostateczne odsłonienie paru kolejnych faktów dotyczących Łapy. Zapraszam do czytania i komentowania i do zobaczenia w tomie 5 :)

Rozdział 5: Mogiła [FINAŁ TOMU]


                Było ciemno. Jedynym świecącym punktem w okolicy był papieros trzymany przez Jacka. Znajdowaliśmy się w okolicach Królowego Mostu, czekając spokojnie i przygotowując ostatnie rzeczy do ataku. Ich obóz był tuż za zakrętem i gdyby zrobić krok, czy dwa do przodu na pewno byśmy  zobaczyli odległe światła. Staliśmy jednak schowani, czekając. Uciekinierzy nie mieli szans dotrzeć tu przed nami i ostrzec pozostałych, tego byłem pewien. Nawet jakby znaleźli działające auto to na pewno wracaliby tą drogą. Główna droga wyjazdowa na Białystok była teraz pełna zombie. Wszystkie zmierzały w tą stronę. To też był czynnik, na który czekaliśmy. Jak zombie zaczną odciągać uwagę ludzi z obozu z jednej strony, my planowaliśmy zaatakować z drugiej. To by zamknęło ich w pułapce.
                W krzakach obok usłyszeliśmy szmer. Nie musiałem nawet nic mówić, bo natychmiastowo parę luf powędrowało w tym kierunku i czekało. Odetchnęliśmy jak zobaczyliśmy w słabym świetle księżyca twarz Michała.
- Jak wygląda sytuacja? – zapytałem.
- Trupy są już w okolicach mostu. Zgaduje, że za godzinę zajmą pola. Idą bardziej po południowo zachodniej części, więc ominą sam obóz. Las powinien być czysty.
- Kiepsko – stwierdził Jacek, puszczając chmurę dymu.
- Ty – wskazałem na kobietę, która miała tak wielką ochotę się przydać – Jak zacznie się atak i ktokolwiek ucieknie w stronę lasu, to pojedziesz za nimi. Kogo złapiesz żywego to przywieziesz do Supraśla.
- Dobra – potwierdziła.
Zawiało chłodnym powietrzem. Czuć w nim było nadchodzący śnieg. Specyficzny mroźny powiew, który wręcz pachniał zimnem.  Wypełniał on moje płuca niczym płynny lód, rozlewając się po całym ciele.
                Akcja rozpoczęła się godzinę później. Gdy na ulicy widać było nadchodzące trupy, a w obozie zapanowało poruszenie wyruszyliśmy. Wiedziałem, że za chwilę mogę stanąć do walki przeciwko moim córkom, ale starałem się o tym nie myśleć. Jechaliśmy obok siebie. Jacek za kółkiem wyglądał na skupionego. Starałem się uspokoić lekko drżącą rękę. Sprawdziłem stan magazynka w karabinie. Był pełny, naboje wydawały się połyskiwać złowieszczo, wiedząc, że niedługo wystrzelone zmienią barwę. Miałem nadzieję, że uda nam się przeprowadzić atak na czysto, pomimo przewagi przeciwników, ale wiedziałem, że podobnie jak w walce z Łowcą, szanse na to były marne.
                Podjechaliśmy praktycznie pod samo ogrodzenie i jak na zawołanie wyskoczyliśmy z auta mierząc w otaczający obóz płot. Pierwszym przeciwnikiem, którego zobaczyliśmy była kobieta. Miała w ręce strzelbę, ale nie zdążyła jej nawet podnieść. Michał trafił ją w głowę, a ona upadła równie szybko, co się pojawiła. Trzymaliśmy się blisko auta, zastanawiając się jak dostać się do jednej z bram. Zombie były jednak coraz bliżej. Obijały się o płot obozu, próbując wedrzeć się do środka. Większość wpadała do fosy, ale to nie mogło zatrzymać aż takiej grupy. Widok był przerażający, bo było ich naprawdę sporo. Już mieliśmy odchodzić od samochodu, kiedy nagle parę postaci wychyliło się zza ogrodzenia i prawie natychmiast zaczęło ostrzał.
                Chociaż chwila ich zawahania nie mogła trwać dłużej niż parę sekund, to wystarczyło mi żeby zobaczyć to czego tak się obawiałem. Wśród czterech postaci, które wychyliły się na murach, rozpoznałem twarz mojej starszej córki. Ona nie mogła mnie widzieć, bo przy ogrodzeniu było znacznie ciemniej, ale gardło mi się ścisnęło i przez chwilę poczułem się jak sparaliżowany. Gdyby nie to, że pociągnął mnie Jacek, prawdopodobnie byłoby po mnie. Salwa spadła na nas niczym deszcz. Pociski zadzwoniły odbijając się lub przechodząc przez auto. Pierwsza ofiara pojawiła się wyjątkowo szybko. Był to chłopak, który z nami siedział w aucie. Dostał dosyć poważnie, a w jego szyi widniały dwie dziury po pociskach. Nie mogliśmy mu już pomóc.
                Drugie auto, prowadzone przez kobietę z naszego obozu stało parę metrów na lewo od nas. Mieli oni lepszą pozycję, ponieważ do nas zaczęły podchodzić już trupy, dlatego musieliśmy mocno na siebie uważać. Kobieta, wraz ze swoim zespołem ostrzeliwała przeciwników, dając nam chwilę na odcięcie od nas trupów. Wykorzystaliśmy tą sytuację natychmiastowo. Wyciągnąłem nóż i zostawiając broń przy kołach auta, ruszyłem do najbliższych trupów. Zamachnąłem się na pierwszego i bez większych problemów go powaliłem. Moje ręce były mokre od krwi, ale brnąłem dalej, powalając kolejne trupy. Było ich jednak coraz więcej i gdy tylko jeden z nich złapał mnie za rękę i prawie ugryzł, postanowiłem się wycofać i używać pistoletu. Jacek i Michał dzielnie się przy mnie trzymali, ciągle chowając się przed ostrzałem z ogrodzenia.
- Te skurwiele nas zabiją – przekrzyczał ogólny hałas Jacek.
- Musimy się przebić – krzyknąłem.
- Jak? – zapytał Jacek.
- Wjedź tam autem!
- Ale fosa! – krzyknął zdejmując strzałem trupa, który zachodził nas od lewej.
- Nie mamy innej opcji!
                Taka była prawda. Sytuacja wyglądała beznadziejnie. Chociaż udało się nam zabić dwóch broniących, to robiło się ich coraz więcej, a my byliśmy uwięzieni za autem, otaczanym przez zombie. Jeżeli nie dalibyśmy rady przebić ogrodzenia i wprowadzić trochę chaosu to było już po nas.
- Osłaniajcie mnie! – krzyknął Michał.
Podniosłem karabin i krzyknąłem do drugiej grupy, żeby też skupiła się teraz na osłonie Michała. Ten biegiem doskoczył do drzwi kierowcy i otworzył je przepychając trupa, który przy nich stał. Wskoczył do środka i odpalił silnik. Widziałem, że wrogowie starali się wychylić i go zestrzelić, ale osłanialiśmy go pełną siłą ognia. Gdy samochód ruszył oni zniknęli z ogrodzenia w idealnym momencie, żeby pozwolić nam przeładować.
                Gdy samochód z trzaskiem przebił się przez ogrodzenie zaczęła się prawdziwa walka. Pobiegliśmy szybko za nim. Samo auto utknęło w połowie w wybudowanej wokół obozu w Królowym Moście fosie, ale dziura była spora i zombie, które zaczęły się wyczołgiwać z fosy po swoich ciałach, wchodziły już na teren obozu. Chciałem jak najszybciej pomóc Michałowi, ale z przerażeniem zauważyłem, że przednia szyba auta jest rozbita, a on w tej chwili jest zjadany żywcem, uwięziony w środku auta. Byłem zły, że akcja przebiegała tak jak przebiegała, ale byliśmy w środku. Szybko zauważyliśmy przeciwników, którzy skupili się przy jednym z domków. Zobaczyłem moje córki. Obie stały na tyłach i starsza zdecydowanie kazała się teraz młodszej schować.  Wokół było parę innych osób. Bardzo wysoki mężczyzna, używający równie długiego miecza, walczył na pierwszej linii, przecinając trupy jakby były zrobione z papieru. Paru mężczyzn ostrzeliwało co jakiś czas to zombie, to nas, ale teraz to oni byli w nieciekawej sytuacji, bo zombie robiło się coraz więcej. My staliśmy kawałek od auta, w którym konał teraz Michał i strzelaliśmy co chwilę w tych bardziej wychylonych, ale nie szło nam to dobrze. Pomimo wtargnięcia na teren obozu, nie było nam łatwo przebić się do zbitej w jednym miejscu grupy.
                Nagle okolicą wstrząsnął wybuch. Pochodził on z auta, w którym był Michał. Nie wiem co dokładnie zrobił, ale auto zsunęło się jeszcze bardziej do rowu, a kawałki ciał szwendaczy odleciały w różnych kierunkach, tworząc chorą mozaikę.
- Musimy zaatakować! – krzyknąłem i kazałem reszcie iść za mną. Póki nasi przeciwnicy byli zajęci trupami i Jackiem, który został tam gdzie staliśmy, żeby robić za wabik, przekradliśmy się na drugą stronę domku, za którym się chowaliśmy. Ta część obozu wydawała się być pusta, wszystko działo się na jego południowym krańcu. Tak jak usłyszałem z raportu, obóz nie był duży, stanowił połączenie paru okolicznych działek, ale wydawał się całkiem dobrym miejscem do obrony. Pokazałem ręką domek po przeciwnej stronie obozu.
- Jak odetniemy ich stamtąd to wygramy tą walkę – powiedziałem.
- Musimy uważać na tego mutanta z mieczem – stwierdził ktoś za moimi plecami.
- Ruchy! – krzyknąłem i zaczęliśmy biec. Pojedyncze trupy po drodze były zdejmowane natychmiastowo i bezproblemowo. Gdy jednak dobiegaliśmy do celu przed nami wybiegły kolejne osoby. Od razu w oczy rzuciła się młodsza z moich córek – Monika. Pomimo zarostu musiała mnie poznać bo pisnęła. Stała tuż obok trójki młodych mężczyzn, których wcześniej nie widziałem, mężczyzny z mieczem oraz dziewczyny. Nie była to jednak moja starsza córka, tylko jakaś inna dziewczyna.
Chciałem wystrzelić, ale tamci byli szybsi. Kolejny chłopak, który przyjechał tu z nami, upadł po paru strzałach, ale my zdołaliśmy się schować. Byliśmy teraz po dwóch stronach tego samego, drewnianego domku. Zobaczyłem, że moja starsza córka wciąż walczy przy ogrodzeniu, ale zdecydowanie zauważyła, że coś się dzieje, bo spojrzała w naszą stronę i zaczęła do nas iść. Nagle usłyszałem fragment rozmowy z tyłów. Właściwie nie można było tego nazwać rozmową, a raczej krzykiem.
- Puszczaj mnie, co ty wyprawiasz!? – usłyszałem kobiecy krzyk.
- Bobru kazał cię chronić, a tu nie jesteś bezpieczna! – krzyknął ktoś inny, niskim głosem.
- Zabierzcie ją stąd – usłyszałem kogoś jeszcze. Chciałem się wyjrzeć, żeby tam spojrzeć, ale ledwo wychyliłem głowę, a usłyszałem strzały, które trafiły w ścianę, tuż przy mojej głowie. Udało mi się jednak zauważyć jak cała grupa, złożona z sześciu osób biegnie w stronę lasu.
- Leć po auto i goń ich! – krzyknąłem do kobiety dowodzącej drugim autem. Nie musiałem powtarzać. Czteroosobowa grupa ruszyła z powrotem do auta, a ja zostałem sam przy domku. Miałem nadzieję, że moi ludzie zdołają złapać uciekającą grupę z moją młodszą córką. Ja musiałem zająć się starszą.
                Zacząłem iść w stronę ogrodzenia, przy którym ją ostatnio widziałem. Szybkimi dwoma strzałami pozbyłem się trupów na mojej drodze. Usłyszałem jak ktoś do mnie biegnie od tyłu i już miałem odruchowo strzelać, kiedy zauważyłem, że to Jacek.
- Obóz jest pusty, uciekajmy stąd – powiedział.
- Wszyscy uciekli? – zapytałem.
- Ostatnia trójka właśnie wybiegła na drogę – stwierdził strzelając do trupa, który podchodził niebezpiecznie blisko – Trupów jest coraz więcej. Musimy stąd spieprzać.
- Biegniemy za nimi – powiedziałem.
- Daj spokój! Zniszczyliśmy ich obóz i sprawiliśmy, że rozdzielili się. I tak dłużej nie pociągną. Gdzie jest Beata i reszta? – zapytał.
- Kazałem im ścigać grupę, która uciekła do lasu. Jest wśród nich moja młodsza córka – powiedziałem.
Zaczęliśmy szybkim krokiem iść w stronę jednej z bram, która stała teraz otworem.
- Była tu twoja córka? – zapytał zaskoczony.
- Córki. Druga właśnie ucieka drogą.
- Chodźmy! – krzyknął, przepychając się przez trupy zagradzające przejście. Wybiegliśmy na drogę i zobaczyliśmy oddalone o jakieś pięćdziesiąt metrów postacie. Trójka biegła ulicą, a za nimi szło parę trupów. Obejrzałem się szybko na obóz za nami. Wyglądał jak ruina. Przynajmniej to z całego ataku się udało. Jeżeli Beata dogoni grupę z lasu, a Jacek wraz ze mną tą uciekającą drogą, to atak można będzie uznać za udany. Pomimo ofiar.
                Chociaż staraliśmy się zachowywać szybkie tempo, to pojedyncze trupy, które odrywały się od głównej grupy były problemem. Zatrzymywały nas, a moja córka ominąwszy największe niebezpieczeństwo oddalała się coraz bardziej. Musiałem ją dogonić. Zaczynając przepychać się przez trupy, wyrywałem się im i biegłem najszybciej jak potrafiłem. Nagle spora grupa oderwała się od drogi i skręciła w lewo w stronę umieszczonego na poboczu kościoła. Ktoś musiał tam je odciągnąć. Moja córka jednak wciąż biegła spory kawałek przede mną, a tuż obok niej była jakaś inna dziewczyna, więc szybko domyśliłem się, że poświęcił się starszy mężczyzna. Jacek znajdował się kawałek za mną, ale wyraźnie zwalniał. Nie chciał ryzykować tak jak ja.
                Uliczka wlewała się teraz niczym odnoga rzeki, do głównego nurtu, w drogę, która prowadziła do Białegostoku. Dziewczyny skręciły w prawo i mi jakimś cudem udało się naprawdę porządnie skrócić cały dystans. Byłem teraz naprawdę blisko.
- Stój! – krzyknąłem.
Nie spodziewałem się, że moja starsza córka w ogóle się zatrzyma, a to co zrobiła, zaskoczyło mnie całkowicie. Odwróciła się jakby dobrze wiedziała, że ją gonię i strzeliła z pistoletu.  Tylko cud uratował mnie przed prostym trafieniem w głowę. Pocisk przeleciał tuż przy mojej twarzy. W filmach często mówiono po strzelaninach, że bohater poczuł ciepło przelatującego pocisku. Nigdy w to nie wierzyłem, ale teraz to było dokładnie to, co poczułem.
- Wiedziałem, że to twoja sprawka – krzyknęła starając się dalej strzelać. Zdążyłem się jednak schować za barierką, która całkiem nieźle działała jako ochrona.
- Nie powinnaś uciekać. Jak zwykle byłaś nieposłuszna – powiedziałem nieco ciszej, ale z racji iż byliśmy na prawie czystej drodze sprawił, że na pewno mnie usłyszała.
- Odpierdol się w końcu od mojego życia – krzyknęła. Wychyliłem się delikatnie. Wraz z drugą dziewczyną stały teraz przy przystanku. Gdy tylko zobaczyłem blask pistoletu w świetle księżyca, natychmiast się schowałem – Dam ci jednak szansę. Uciekaj starcze, bo jak spotkam cię jeszcze raz to zabije.
- Aleksandro! – krzyknąłem – Jeżeli teraz uciekniesz, zaprzepaścisz swoją szansę.
- Nazywam się Łapa.
                To były ostatnie słowa jakie usłyszałem. Następne co zobaczyłem to jak odbiega na zachód. Mogłem ją gonić, ale gdy tylko  zacząłem się podnosić poczułem rękę na moim kołnierzu. Natychmiastowo się wyrwałem i machnąłem kolbą żeby ogłuszyć przeciwnika. Zombie odrzucony potknął się i upadł. Czułem w sobie taką złość, że nawet nie strzelałem. Wziąłem karabin i zaciskając na nim dłonie tak mocno, że aż zbielały mi kostki zacząłem uderzać. Musiałem wyładować emocje. Zapanować nad nimi. Gdy podszedł do mnie Jacek, z głowy trupa nie zostało już nic – tylko plama. Jacek położył mi dłoń na ramieniu.
- To koniec – wyszeptał – Wracajmy.
I wtedy straciłem przytomność.
                Nie mam pojęcia co przyczyniło się do tego, że zemdlałem. Może były to emocje, a może po prostu zmęczenie i ogromny stres. Obudziłem się jednak w jakimś pomieszczeniu. Chciałem się szybko podnieść, ale poczułem rękę na ramieniu. To był Jacek, a ja leżałem na swoim łóżku.
- Aleś mnie wystraszył – powiedział.
- Jak?- zapytałem zdezorientowany. Nie czułem się źle, chociaż nieco bolała mnie głowa.
- Wyciąłem parę zombie i zaciągnąłem cię do jednego z pobliskich domów. Upewniłem się, że nic ni nie grozi i przeszukałem okolicę. Na jednym z gospodarstw stało auto, działało więc zapakowałem cię i okrężną drogą przywiozłem. Bałem się, że na głównej wpadniemy na tych dupków z Królowego – opowiedział szybko.
- Co z Beatą? Wróciła? – zapytałem po chwili.
- Jeszcze nie.
                Zdałem sobie sprawę, że nawet nie wiem, ile tak leżałem nieprzytomny. Podniosłem się i wyjrzałem za okno, gdy zostałem wręcz oślepiony blaskiem… bieli. Cała okolica była pokryta warstwą śniegu.
- Ja pierdole – sapnąłem osuwając się z powrotem na łóżko.
- Musisz wstawać. Nie wiadomo kiedy mogą nas zaatakować ci z Królowego. Musimy coś przygotować. Poza tym naszym udało się przejąć parę dodatkowych broni. Przejeżdżał tędy taki koleś, który musiał je gdzieś wieźć. Capneliśmy go i…
- Ile spałem? – przerwałem.
- Przywiozłem cię wczoraj, więc od samego ataku, minęły prawie dwa dni.
- A teraz jest…?
- Rano. Dokładnej godziny ci nie podam.
                Zerwałem się z łóżka na tą wiadomość.
- Dwa dni… Jeżeli jeszcze nas nie zaatakowali to zrobią to dzisiaj. Musimy się zbierać, ustawić ludzi, przygotować się do obrony.
- Mało zostało osób, które umieją walczyć. Poza tym mamy problem z żarciem. Kończy się nam.
- Jak pokonamy tych z Królowego, będziemy mogli wrócić do ich obozu i poszukać. Na pewno mieli tego sporo – powiedziałem, nakładając bluzę – Ile zostało osób, które umieją się bronić?
- Nie licząc naszej dwójki, może znalazłoby się z sześciu, góra ośmiu. Możemy też rozdać bronie tym, które nie umieją. Żeby mogli się bronić – podsunął pomysł Jacek.
- Zrób to. A tych którzy coś już strzelali przyślij na górę. Najlepiej już uzbrojonych. Jak skończysz z resztą ludzi, to też tu przyjdź.
                Nim minęło dziesięć minut, wspomniani przez Jacka ludzie zameldowali się w moim pokoju. Ze smutkiem zauważyłem, że tak właściwie to same wyrostki, nie licząc jednego nieco starszego faceta i młodej kobiety. Dzielnie jednak trzymali bronie i nie widać było w ich oczu strachu. Nie miałem zamiaru ich straszyć.
- Słuchajcie wasze zadanie jest proste. Na dworze jest zimno, dlatego będziecie obserwować okolicę z budynku. Jak zobaczycie cokolwiek, człowieka, grupę ludzi, jadące auto, wychodźcie na dach i zabijajcie. Prawdopodobnie zaatakują nas jeszcze dzisiaj. Pamiętajcie jednak, że nie mamy zbyt dużo amunicji, więc póki nie będą dosyć blisko nas, nie strzelajcie… Jakieś pytania? – starałem się wyrazić jasno i tak też zrobiłem, bo nikt nie miał pytań. Wyszli z mojego pokoju i stanęli przy oknach wychodzących w stronę Kołodna. Byłem pewien, że właśnie stamtąd nas zaatakują. Byłem ciekaw, czy trójka, która uciekła z Supraśla dotarła już na miejsce, do Królowego Mostu. Rozbiłem ich obóz całkiem porządnie, sprawiając, że duża grupa ludzi rozdzieliła się w różnych kierunkach. Jedni uciekli do lasu, starszy mężczyzna prawdopodobnie konał w kościele, a Aleksandra wraz z drugą dziewczyną uciekły w stronę Białegostoku. Jeżeli żadna z tych grup się nie spotkała, nie mieli szans nas pokonać.
                Po chwili dołączył do mnie Jacek.
- Starczyło broni? – zapytałem.
- Powiedzmy. Na każdą dwójkę ludzi, dałem jedną broń. W sumie wyszło na styk, bo oddałem ostatnie sześć spluw. Powiedziałem im też, żeby chowali się i starali unikać konfliktu. My ich obronimy.
- Oby tak było.
                Oczekiwanie było najgorsze. Liczyłem na to, że Beata zdąży wrócić z moją młodszą córką, co dałoby nam dużą przewagę podczas ataku. Nie dość, że kolejne osoby, które umieją się bronić, to jeszcze cenny zakładnik, który by sprawił, że prawie automatycznie byśmy wygrali. Niestety jednak atak nadszedł pierwszy. Siedziałem akurat z Jackiem w biurze, kiedy nagle do pokoju wpadł jeden z wyznaczonych obrońców.
- Jedzie samochód! Nie nasz. Jest teraz jeszcze daleko, chyba się zatrzymali – zameldował chłopak, mający może szesnaście lat.
Podbiegłem szybko do okna i po chwili obserwacji, rzeczywiście zauważyłem auto.  Natychmiast zdałem sobie sprawę, że nie jest to jedno z naszych.
- Idźcie na dach – rzuciłem tylko i sam chwyciłem broń – A ty chodź ze mną – powiedziałem do Jacka.
                Opuściliśmy pokój i obserwowaliśmy jak cała grupa wchodzi na dach. Sami zbiegliśmy na dół i zaczęliśmy pomagać ludziom chować się do pokoi. Na dworze rozpoczęła się strzelanina.
- Atakują nas, schowajcie się i nie wychylajcie – krzyczałem.
- Przyjdziemy do was jak wszystko ucichnie – dopowiadał Jacek.
Nagle usłyszeliśmy strzał. Nie był to jednak strzał naszych ludzi, tego byliśmy pewni.
- On wrócił – wyszeptał z przerażeniem Jacek.
Chodziło mu o Łowcę. Ten dźwięk mógł oznaczać tylko to, że też nas atakuje. Być może nawet pomagał ludziom z Królowego Mostu. To nie oznaczało dla nas nic dobrego.
- Musimy wracać na górę i dowiedzieć się, gdzie on jest – powiedziałem i równie szybko jak zbiegliśmy, pobiegliśmy na górę. Chciałem wejść na dach, ale jak zauważyłem, jak jeden z obrońców spada, prawdopodobnie po strzale z karabinu snajperskiego, pociągnąłem Jacka ze sobą i doskoczyliśmy do jednego z okien.
- Ten skurwiel musi strzelać, z tamtego dachu – zauważyłem.
- Widzę go! – krzyknął Jacek pokazując palcem. Chociaż słońce było jeszcze całkiem wysoko na niebie i musiałem sobie zrobić daszek z ręki, żeby cokolwiek zobaczyć, to zauważyłem go. Mężczyzna kucał na dachu obok, celując gdzieś ponad nami. Ci na dachu mogli mieć problemy z trafieniem go, ale my mieliśmy czysty strzał. Szalejący na dworze śnieg nie przeszkadzał z tej pozycji, aż tak mocno, ponieważ padał pod takim kątem, że po tej stronie budynku, prawie całkowicie go ominęliśmy.
                Jacek zdjął z pleców wiatrówkę i przymierzył. Ja w tym czasie przygotowałem okno, otwierając je do wewnątrz z trudem, bo mechanizm się mocno zacinał. Snajper jednak był zbyt zajęty celowaniem, żeby nas zauważyć. Strzał był znacznie cichszy od tych, oddawanych przez Łowcę. Ale dosięgnął celu. Mężczyzna z dachu złapał się za bark i upadł, znikając nam z oczu.
- Szkoda, że skurwiel nie spadł z dachu – podsumował krótko.
- Może spróbujesz stąd strzelić tych z dołu? Chyba nasi na dachu nie dają sobie rady z tamtej pozycji – zaproponowałem.
- Powinniśmy iść na dach w tej chwili. Nie wiadomo, kiedy tamci przeprowadzą szturm.
- Spróbuj chociaż, to może ich zaskoczyć tak samo jak Łowcę.
- Wiktor. Nie trafię z takiego kąta nikogo.
- To podejdźmy do tamtego okna – zaproponowałem.
                Skręciliśmy korytarzem na lewo. Okno stąd wychodziło idealnie na ulicę. Sam byłem ciekaw jak wygląda sytuacja, po tylu strzałach. Nie zauważyłem żadnych trupów, ale samochód grupy z Królowego Mostu był rozbity o jeden z murów, a oni najprawdopodobniej chowali się za nim.
- Cholera rzeczywiście nic nie zrobimy. Ale te skurwiele są w pułapce.
- Chodźmy już – poprosił Jacek.
- O co ci chodzi stary? Mamy przewagę. Oni nawet nie strzelają, albo nie mają broni, albo jakieś strzelby i pistolety. Będą musieli w końcu wyjść zza tego auta, a jak nie to ich stamtąd wykurzymy.
- Sam nie wiem – odpowiedział – Przyspieszmy. Musimy pomóc reszcie.
                Ostatnią prostą korytarza podbiegliśmy. Byliśmy już prawie przy klapie, wciąż rozważając co dalej, kiedy nagle, jakby znikąd, wyskoczył na mnie przeciwnik. Wbiegł na mnie, jakby chciał mnie staranować i chociaż był znacznie chudszy i drobniejszy ode mnie, to straciłem równowagę i wraz z nim runąłem ciężko na ziemię. Broń wyleciała mi z ręki i upadła kawałek dalej. Coś się we mnie zagotowało, kiedy zobaczyłem, że siedzący na mnie chłopak, to jeden z więźniów, którzy uciekli wcześniej. Jak mógł się tutaj przedostać? Nie był jednak wystarczająco silny. Po tym jak uderzył mnie raz pięścią w twarz zacząłem się majtać i po chwili zrzuciłem go z siebie. Oddychając ciężko wyciągnąłem rękę po broń, kiedy nagle, poczułem piekielny ból w dłoni. Ktoś z impetem nadepnął na nią, łamiąc mi palce. Uczucie było tak straszne, że wszystko na chwilę zrobiło się ciemniejsze z bólu. Poczułem czyjąś dłoń na moim podbródku. Zdążyłem tylko zobaczyć leżącego obok Jacka, z poderżniętym gardłem, kiedy cały pierwszy plan zajęła twarz Aleksandry. Łapy.
                Chociaż spodziewałem się emocji, to nigdy nie myślałem, że z tak wielu możliwych, mnie dotknie akurat strach. Otworzyłem usta, próbując coś powiedzieć, ale nie mogłem wydusić słowa. To koniec, pomyślałem. Łapa sięgnęła po pistolet, podany przez jej towarzysza. Zalała mnie fala smutku i przerażenia. Nogi drżały, a do oczu napłynęły pojedyncze łzy. Przyłożyła mi broń do głowy i spojrzała mi w oczy po raz ostatni.

- Żegnaj ojcze.

sobota, 26 marca 2016

Rozdział 4: Obecność

Rozdział 4, tomu 4.5. Ten rozdział jest właściwie dokładnym odzwierciedleniem tego co działo się w rozdziałach 19-21 tylko z perspektywy ludzi z Supraśla, którzy jak dobrze wiecie byli grupą antagonistów w tomie 1. Zapraszam was do czytania i liczę na dyskusję w komentarzach oraz rozesłanie bloga znajomym :)

----------------------------------------

Rozdział 4: Obecność


                Oczyszczanie miasta zajęło nam parę dni. Czas jednak wydawał się przyspieszać, bo zaledwie oczyściliśmy miasto, a pojawiły się kolejne przeszkody. To neutralizacja małej grupy, która chciała nas zaatakować, to niepokojące wiadomości o działalności córek, lub dużej grupie trupów zmierzającą powoli w stronę Białegostoku i Supraśla. Tygodnie minęły zanim całe te szaleństwo nieco się uspokoiło, a ja mogłem usiąść i zrobić sobie dzień wolnego. Pomimo wszystkich problemów postanowiłem, że nie mogę ciągle pracować i to samo zarządziłem w całym obozie. Ludzie wyglądali naprawdę kiepsko i każdy potrzebował trochę wolnego. W dodatku każdy kolejny dzień był coraz ciemniejszy i coraz zimniejszy, a śnieg był kwestią paru dni.
                Oczywiście nie otrzymaliśmy żadnych dalszych przekazów, wydawało się, że świat upadł i ci, którym jakimś cudem udało się przetrwać, zostali zdani na łaskę losu. Nasza grupa powiększyła się nieznacznie, ale to co cieszyło mnie najbardziej, to fakt, że nikt ważny dla obozu nie zginął. Parę słabszych ogniw, albo osób, które pomimo braku umiejętności chciały zabłysnąć umarło, ale poza tym tylko Michał miał pewien wypadek, przez co złamał rękę, ale już wracał do pełni sił. Tego ranka siedziałem w głównym pomieszczeniu baru, na stole do bilardu i sączyłem, znalezioną niedawno, kawę zbożową. Przyjemnie rozgrzewała i pobudzała.
- Wiesz co, ten wolny dzień to świetna sprawa – powiedział Jacek siadając obok mnie.
- Prawda? W końcu rozwiązaliśmy tyle problemów i na tyle zabezpieczyliśmy okolicę po ostatnich akcjach, że należało się nam – odpowiedziałem uśmiechając się. Jacek był teraz moim najlepszym przyjacielem i doradcą. Pamiętałem jeszcze początki naszej znajomości, kiedy to spieraliśmy się o wszystko. Chociaż było to zaledwie miesiąc temu, to wydawało mi się jakbyśmy się znali od dziecka.
- Jak ręka? – zagadał.
- W pełni sprawna – na demonstracje zakręciłem nią i wykonałem parę gestów.
- Jakieś plany na najbliższe dni?
- Naprawdę chcesz o tym gadać w wolny dzień? – zażartowałem – Wydaje mi się, że będziemy musieli w końcu dorwać tego pierdolonego snajpera – nawiązałem do kierowcy tira, który pomimo tego, że został ciężko ranny zdołał przetrwać i od teraz polował na nas co jakiś czas. Zazwyczaj sprowadzał tutaj po prostu grupy trupów, podejrzewałem, że nie ma aż tak dużo amunicji, żeby nas wystrzeliwać. Obawy jednak były spore, bo chociaż mieliśmy kontrolę nad znaczną częścią miasteczka, to jednak wyjście poza granice było stresujące z świadomością, że ktoś w tej chwili mógł nas mieć na muszce.
- To prawda. A co z twoimi córkami? Właściwie mówiłeś o nich sporo, ale ostatnio szukasz coraz mniej… Straciłeś nadzieję? – zapytał.
- Poniekąd. Szczerze obawiam się, że w końcu zaatakują nas i naszych ludzi. Nie będę ich wtedy potrafił potraktować ulgowo – zaniepokoiłem się. To też mnie nieco przerażało. Donosy o wyczynach mojej starszej córki  ostatnio nieco ucichły, ale byłem pewien, że gdzieś tam jest. A pomimo zapewnień, jak bym sobie z nią poradził, to nie chciałem pewnego dnia być w sytuacji, kiedy mam ją na celowniku i muszę pociągnąć za spust.
                Do pomieszczenia weszła nagle dziewczyna, którą jakiś czas temu uratowaliśmy z kiosku. Chociaż zdążyłem już z nią zamienić parę słów, to nigdy nie miałem okazji jej dokładniej przesłuchać. Pożegnałem się z Jackiem i ruszyłem z kubkiem w jej stronę. Wiedziała, że do niej idę i poczekała na mnie przy barze, gdzie również nalała sobie kubek ciepłej, parującej kawy.
- Hej – zagadałem na przywitanie.
- Dzień dobry  - powiedziała niemrawo. Jaka nieśmiała, pomyślałem żałując, że moja starsza córka nie miała chociaż odrobinę podobnego charakteru.
- Daj spokój. Nie musisz trzymać się dziwnych zasad kultury. Wszyscy jesteśmy tutaj równi, a ja chcę po prostu zadać ci kilka pytań. Masz chwilę? – próbowałem rozluźnić atmosferę, ale widziałem jak nerwowo drga jej warga. Była młodą dziewczyną, klasowała się wiekowo pomiędzy moje córki. Nosiła teraz szary podkoszulek uwydatniający jej biust oraz dresowe spodnie.
- Tak, proszę… oczywiście – zamieszała się.
- Chodźmy gdzieś usiąść, w końcu jest dzień wolny – nawiązałem, podejmując kolejną, nieudaną próbę rozluźnienia dziewczyny. Zdjąłem jedno krzesło ze stołu i podałem je jej, a sam oparłem się delikatnie o stół i pociągnąłem łyk z kubka.
- Nie zdążyłem jeszcze cię poznać, a jesteś z nami od paru tygodni. Przypomnisz mi, jak się nazywasz? – zapytałem.
- Maria – odpowiedziała, siląc się na poważny i stanowczy głos, co było nieco lepsze od wcześniejszego tonu, ale wciąż brzmiało po prostu śmiesznie.
- Ja jestem Wiktor. Znaleźliśmy cię w kiosku, co tam właściwie robiłaś? Byłaś wcześniej w jakiejś grupie? – zapytałem.
- Tak. Ale wszyscy zginęli, ja uciekłam od razu gdy zaczęła się walka. Zaatakowała nas jakaś inna grupa – opowiedziała, biorąc łyk.
- Widziałaś może jakieś dziewczyny w twoim wieku podczas ataku? – zapytałem.
- Nie jestem pewna… wszystko działo się szybko i po prostu nie pamiętam żadnych szczegółów – powiedziała ze smutkiem w głosie.
- Nie ważne. To już minęło, tutaj ludzie są bezpieczni – zapewniłem ją z uśmiechem.
- Ten świat… jest zniszczony – powiedziała nagle.
- To nie znaczy, że nie da się go odbudować. W takim miejscu jak to można przetrwać miesiącami, a nawet latami – odpowiedziałem zaskoczony jej słowami.
- Moja grupa chciała pozostać w ruchu, ale to nie wyszło więc może jest w tym jakiś sens – spojrzała w bok, gdzie akurat Michał poprawiał nieco wystające gwoździe w jednej z barykad.
- Trzeba mieć swoje miejsce na świecie – poklepałem ją po plecach – Trzymaj się dziewczyno.
- Ja – już wstawałem, ale ona chciała coś powiedzieć. Odwróciłem się – Przepraszam. Za tamto. Ryzykowaliście żeby mnie uratować – mówiła to takim głosem jakby zaraz miała się rozpaść. Spłonęła rumieńcem.
- To nie twoja wina. Zrobiliśmy to co było słuszne.
                Uciąłem rozmowę odchodząc i zostawiając ją na krześle. Wciąż zadziwiało mnie jak różni ludzie przeżyli. Niektórzy wyglądali na takich, którzy mogą sobie bez problemu poradzić w takich warunkach, ale osoby, takie jak ta dziewczyna, nie miały szans same. Nie chodziło nawet o siłę fizyczną, albo spryt. Psychicznie wysiadały w ciężkich sytuacjach, a w tych czasach nie istniały inne. Kolejne godziny spędziłem na grze w bilard, rozmowach i słodkim lenistwie. Dopiero gdy słońce zaczęło powoli znikać za horyzontem poczułem pustkę. Chociaż taki dzień był potrzebny to po prostu nie wiedziałem co ze sobą robić. Nudziłem się. Musiałem podjąć jakieś działanie. Podszedłem do Michała, który akurat drzemał oparty o ścianę na krześle. Zbudziłem go delikatnie trzęsąc i przywitałem.
- Coś się dzieje? – rozejrzał się niespokojnie zaspanym wzrokiem.
- Nic. Ale potrzebuję się przewietrzyć. Przejdziesz się ze mną? – zapytałem.
- Na zwiad? Coś zauważyłeś? – brnął dalej w swoje.
- Mówię ci, że wszystko jest w porządku. Po prostu zabija mnie już ta nuda. Przejdźmy się po mieście, sprawdźmy czy wszystko gra i odżyje – poprosiłem.
- Hmm… spoko – odpowiedział patrząc na mnie podejrzliwie. Miałem już gotową strzelbę oraz nóż, a także ciepłą bluzę. Dałem reszcie znak, że idziemy się przejść, żeby nie siać paniki i otworzyłem drzwi od baru. Siedzący na zewnątrz mężczyzna, który trzymał teraz wartę spojrzał na nas nieco znudzonym wzrokiem. Był młody, w wieku Michała, z tego co pamiętałem nazywał się Tomek.
- Idziemy się przejść i spatrolować okolicę. Możesz wrócić do środka i chwilę odpocząć – zaproponowałem.
- Właściwie to też bym się przeszedł. Kolana zaraz mi wysiądą od tego siedzenia – rzucił propozycją.
- W porządku. Chodź – powiedziałem.
                Wyszliśmy i zamknęliśmy za sobą furtkę. Ulica wyglądała na czystą. Nie paliły się jednak światła, co mnie dziwiło, bo o tej porze zazwyczaj wszędzie było już jasno.
- Czemu się nie palą? – zapytałem.
- Mamy małe problemy z systemem, ale z tego co wiem ktoś już się tym zajmuje – odpowiedział Michał.
Spojrzałem jeszcze raz na ciemne latarnie i przeszedł mnie dreszcz. Chociaż dawały one tylko światło, to jednak czułem się bezpieczniej gdy oświetlały każdy zakątek ulicy. Wzruszając ramionami ruszyłem w stronę uliczki, na której znaleźliśmy Marię i podziwiałem. Świeże powietrze i ostatnie promienie słońca natychmiastowo mnie pobudziły. Zaczęliśmy rozmawiać o różnych rzeczach, patrząc przy okazji, czy żaden trup nie pojawił się w okolicy. Jednego znaleźliśmy niedaleko śmietników. Dobiłem go bez problemu nożem.
- Jak myślicie, ten psychol z snajperką jeszcze się tu pojawi? – zmienił nagle temat Michał, gdy zaczęliśmy wracać na główną ulicę.
- Na pewno. Ale boi się tego miejsca. Wie dokładnie gdzie żyjemy, ale nigdy nie zapuścił się na ulicę. I myślę, że tego nie zrobi. Rozwaliliśmy ich na tej drodze – powiedziałem.
- Poza tym ma tylko jedno oko. Jak będzie strzelał to gówno co będzie widział oprócz tego – wystrzelił nagle Tomek.
Zaśmialiśmy się. Wychodziliśmy właśnie na główną ulicę, kiedy coś zauważyłem.
                To był ten moment, kiedy czas stawał w miejscu. Wydawało mi się, że sekundy zamieniły się w godziny, kiedy zauważyłem trójkę ludzi na głównej ulicy. Nie byli to nasi. Wszyscy byli młodzi, mieli maksymalnie po dwadzieścia lat. Środkowy chłopak miał brązowe włosy, był całkiem wysoki i miał w rękach broń. Obok niego stali dwaj kolejni, którzy byli całkiem podobni do siebie. Również wysocy, z ciemniejszymi, krótkimi włosami, ubrani w kamizelki, spodnie i koszule oraz bluzy. Nasze spojrzenia się spotkały. Chociaż wiedziałem, że muszę zareagować wszystko wydawało się spowolnione. Dopiero strzał przywrócił czas do normalnego tempa. Michał upadł trzymając się za  ramię. Jeden z bandytów krzyknął „Uciekajmy” i popędził do przodu, skręcając w boczną uliczkę po drugiej stronie drogi. Serce zaczęło mi bić jak szalone. Tomek podszedł do Michała, ale ja zacząłem ich gonić. Znałem te ulice jak własną kieszeń, a tych trzech musiało tu być pierwszy raz.
                Adrenalina rozpierała całe moje ciało. Obcy biegli w stronę baru, co mogło być fatalne. Nikt w środku nie spodziewał się ataku, szczególnie, że zdjąłem osobę pilnującą baru z zewnątrz. Nagle zauważyłem bandytów, którzy próbując odetchnąć chowali się za płotem. Wykonałem gwałtowny ruch chcąc ich trafić zanim mnie zauważą, ale ból w ręce odezwał się i spudłowałem trafiając obok głowy jednego z nich. Spłoszyłem ich tym. Zerwali się natychmiastowo i pobiegli do przodu.  Musiałem ich dogonić zanim dobiegną do baru. Ludzie w środku musieli już usłyszeć strzały. Musieli być gotowi, w końcu w środku było mnóstwo osób, które umiały strzelać.
                Zgubiłem ich jednak, przyspieszyli na tyle, że straciłem ich z oczu i nie wiedziałem co teraz mam zrobić. W końcu zdecydowałem ruszyć z powrotem do baru i ogłosić reszcie to co się działo. Niecałą minutę później, po drodze spotykając Tomka pomagającego Michałowi, doszliśmy do furtki i pokonaliśmy ją. Nie było słychać żadnych strzałów, więc byłem pewien, że bandyci uciekli. Gdy wszedłem do środka wycelowało we mnie parę luf. Gdy jednak zobaczyli, że to ja natychmiast opuścili broń. Sala główna nie wyglądała jak miejsce walki więc odetchnąłem z ulgą. Ludzie przekrzykiwali się próbując mi coś powiedzieć. Jacek był najbliżej mniej, więc krzyknąłem i po chwili zapadła cisza.
- Mów – poprosiłem.
- Przed chwilą wpadła tu trójka ludzi. Gruby ich zaszedł od tyłu, zabrał bronie i przy naszej pomocy ogłuszył i związał. Jak oni się tu znaleźli? – mówił chaotycznie, ale jego słowa ucieszyły mnie.
- Spotkaliśmy ich na głównej ulicy. Trafili Michała, ale nic poza tym się nie stało. Jak oni mogli tu trafić? –zastanowiłem się na głos.
- Ważne, że ich mamy. Jak sytuacja się uspokoi to będziemy mogli ich przesłuchać, bo wyglądają na część ogarniętej bandy – powiedział Jacek.
- Tak… Zbierz paru ludzi i sprawdź ulicę. Mogli tu nie być sami. Michał ty leć do lecznicy i oczyść tą ranę. Wiem jaki to paskudny ból. Niech ktoś wejdzie na dach i sprawdzi okolicę. Jak coś zauważy niech natychmiast mnie poinformuje – wydałem polecenia i z przyjemnością obserwowałem jak ludzie rozbiegają się do wyznaczonych zadań. Po chwili zostałem właściwie sam w pomieszczeniu, nie licząc dwóch kobiet, które zszokowane uspakajały same siebie w kącie.
                Sytuacja uspokoiła się w przeciągu paru minut. Gruby pozamykał trójkę mężczyzn w trzech oddzielnych pokojach, których akurat nie używaliśmy do niczego konkretnego, związał i upewnił się, że nie użyją czegoś do uwolnienia się. Siedzieliśmy razem w jego pokoju. Musiałem ustalić z nim pewne podstawowe reguły.
- Musisz z nich wyciągnąć ile się da. Gdzie mają obóz, ile jest tam osób… wszystko, rozumiesz? – zapytałem.
- Jasne.
- I nie zabijaj ich. Kropniemy ich, gdy upewnimy się, że mamy z tego odpowiedni zysk. Kto wie może bardziej opłacalne będzie bawienie się w zakładników? – gdybałem na głos – Bij ich, strasz, krzycz, ale nie zabijaj.
- Rozumiem.
- I przestań w końcu ćpać. Najbliższe dni prawdopodobnie spędzę z większością na drodze, szukając tego Obozu i szykując się do ataku. Musi tu zostać ktoś trzeźwy i solidny. Liczę na ciebie – powiedziałem klepiąc go po tłustym ramieniu.
 - Nie zawiodę cię Szefie. Jeszcze dziś wyklepie z nich jakieś informacje – obiecał. Wątpiłem w to. Wyszedłem i mijając po drodze kobietę prowadzącą dwójkę dzieci, której imienia nie pamiętałem, skręciłem w stronę pokoi, w których trzymaliśmy więźniów. Zobaczyłem czekającego tam na warcie Michała, który z zabandażowaną ręką przywitał mnie.
- Jak ręka? – zapytałem.
- Już całkiem spoko. Dostałem jakieś piguły na ból i jakoś się trzymam. Jakieś wieści? – zapytał.
- Na razie nic. Mam nadzieję, że Jacek coś znajdzie.
                Ale nie znalazł. Po nieudanym poszukiwaniu, które trwało dobre dwie godziny Jacek wrócił z całą ekipą i na przywitanie przecząco pokiwał głową. Wartownicy z dachu również nic nie zauważyli, co było dziwne, biorąc pod uwagę, że bronie, które im zabraliśmy wyglądały solidnie i czysto, co musiało oznaczać, że je pielęgnowali. Zgarnąłem zza baru jedną z butelek wina i zapraszając Jacka wróciłem do swojego pokoju. Pojawił się tam chwilę później. Rozlałem nam czerwonego płynu po kieliszkach i zacząłem rozmowę.
- Myślisz, że nie mają żadnego auta? Że przyszli tu z buta?
- To by oznaczało, że jesteśmy ślepi i tuż pod naszymi twarzami tworzy się nowa grupa, na tyle odważna żeby nas atakować – stwierdził osuszając kieliszek jednym łykiem i nalewając sobie kolejny.
- Chyba, że to moje córki. Dobrze wiedzą od początku, że tu jestem, prawdopodobnie nawet, że ich szukam. Może zdecydowały się w końcu ujawnić – zastanowiłem się.
- Wydaje ci się, że mają grupę większą od naszej? – zapytał nieco wystraszony.
- Wątpię. Ale nawet małe grupy mogą narobić szkody, a na to nie możemy sobie pozwolić.
                Rozmowę zakończyliśmy dopiero późnym wieczorem po opróżnieniu całej butelki. Nie miałem już siły żeby schodzić do reszty i pytać o wyniki przesłuchań. Jeżeli nikt nie przyszedł do mnie oznaczało to, że nic ciekawego się nie działo, a ja potrzebowałem snu. Nie zdążyłem nawet zdjąć butów. Po prostu runąłem na łóżko i zapadłem w ciężki sen. Śniły się mi moje córki. Tańczyły beztrosko na polanie i machały do mnie. Chciałem do nich podejść, ale nagle polana zamieniła się w wielkie wysypisko śmieci i pojawiły się trupy. Otaczały mnie z każdej strony, ale jakby nie mogły dotknąć. Zgubiłem córki z oczu, a zombie wciąż starały się mnie dorwać. Musiało być ich setki. Starałem się przebić przez trupy, ale nie potrafiłem. Byłem całkowicie bezbronny.
                Obudziłem się. Przetarłem ręką zapocone czoło i uspokoiłem oddech. Za oknem było już jasno. Co ten sen mógł oznaczać, zapytałem sam siebie w myślach. Czy to było podświadome wezwanie do działania? Może ta trójka, która była teraz na dole przesłuchiwana przez Grubego mogła mnie doprowadzić do córek. Ale czy tego naprawdę chcesz, pojawiło się nagle w mojej głowie pytanie. Sam nie wiedziałem. Podniosłem się ciężko i rozprostowałem obolałe od spania w poprzek łózka plecy. Dopiłem ostatnie krople pozostawionego na stole alkoholu i przeczesując włosy na bok wyszedłem z pokoju. Ruszyłem prosto do pokoju Grubego, żeby dowiedzieć się czy coś udało mu się ustalić.
                Nie pukałem, czego natychmiast pożałowałem, bo Gruby siedział nad białą kreską, którą właśnie zasysał zwiniętym banknotem.
- Hej! – powiedziałem podbiegając do niego. Wyglądał fatalnie. Grymas jego twarzy mówił, że to nie była dla niego łatwa noc.
- Daj mi spokój – odburczał.
- Co się stało?
- Te trzy skurwiele. Nic na nich nie działa. Mówiłeś żeby ich nie zabijać i się tego trzymam, ale nie powiedzą nic. A jeden z nich jest tak kurewsko pyskaty, że…
- Rozumiem. Więc musimy działać na własną rękę. Spróbuj ich unikać przynajmniej do wieczora, sprawdzaj czy czegoś nie próbują i jak coś daj mi znać – powiedziałem.
- Jasne…
                Wyszedłem zastanawiając się co dalej. Jeżeli ta trójka rzeczywiście była taka nieugięta nie pozostawało nam nic, poza znalezieniem ich auta lub samego obozu. Szybko zorganizowałem Jacka oraz dwóch innych mężczyzn i kazałem im być gotowymi za parę minut przed barem. Już miałem do nich dołączać, kiedy zatrzymała mnie kobieta. Była mniej więcej w moim wieku, może nieco młodsza. Nie bała się, chociaż jej pytanie mogło wskazywać na coś innego.
- Przepraszam. Czy możemy wiedzieć, co tu się dzieje? Wczoraj ci ludzie, teraz – zaczęła.
- Wytłumaczę to później, o nic się nie martwcie – poprosiłem.
- Może mogę jakoś pomóc? – zapytała.
- Damy sobie rade – zapewniłem, po czym wręcz wyrwałem się z uścisku jej dłoni. Widziałem ją już parę razy, ale nigdy z nią nie rozmawiałem. Była całkiem ładna.
                Odgoniłem jednak te myśli i opuściłem lokal dołączając do grupy.
- Przeszukaliśmy całe miasto, ale nie znaleźliśmy nic. Musimy spróbować na drodze na Białystok oraz tej do Gródka – podał pomysł, zamykając za nami furtkę – Tylko, że jak wyjdziemy z miasta…
- To możemy wpaść na Łowcę. Jasne – odpowiedziałem krótko.
- Chcesz ryzykować – bardziej stwierdził niż spytał, zatrzymując mnie.
- Ta trójka to czubek góry lodowej. Czuje to – powiedziałem.
- Myślę, że powinniśmy odpuścić. Zabijmy tych trzech i dajmy sobie spokój – brnął dalej w swoje.
- Jeżeli mam racje to ich ludzie tutaj przyjadę i się zemszczą. Możliwe, że już teraz nas szukają, a może nawet szykują atak. Jeżeli jest jednak jakakolwiek szansa na to, że to my zaatakujemy pierwsi, to musimy ją wykorzystać – odpowiedziałem.
- Ehh… Podjąłeś wiele mądrych decyzji Wiktor. Mam nadzieję, że i teraz się nie mylisz – powiedział puszczając mnie i odwracając się. Ja też mam taką nadzieję, powiedziałem w myślach ruszając za nim.
                Nasz patrol trwał dobre trzy godziny. Zbadaliśmy wszystkie okoliczne ścieżki i dróżki,  sprawdziliśmy linie lasu, ale nie mogliśmy nic znaleźć. Łowca nie pokazywał swojej obecności, więc doszliśmy do wniosku, że akurat nie patroluje okolicy. W końcu wpadliśmy na coś, gdy wracaliśmy już do obozu. Zauważyliśmy auto stojące niedaleko pierwszych zabudowań od strony wzgórza. Wyciągając bronie podeszliśmy do niego i sprawdziliśmy. Nikogo nie było w środku, nie miało tabliczki rejestracyjnej, a na tyłach było całkiem sporo zapasów.
- To musi być ich – powiedziałem.
- Piwo z Kołodna – zauważył Jacek czytając etykietę.
- Bingo – odpowiedziałem.
Uruchomiliśmy auto i wróciliśmy nim do obozu. W głowach buzowały mi myśli.
- Myślisz, że mają obóz w Kołodnie? – zapytał mnie Jacek.
- W Kołodnie albo w okolicach. Te piwo można dostać tylko w tamtejszym sklepie, a skoro zgarnęli je po drodze to musieli być na wypadzie po zapasy. Przejechali przez Kołodno i dotarli tutaj. To był ich błąd – powiedziałem uśmiechając się pierwszy raz od jakiegoś czasu.
- Królowy Most – powiedział nagle Jacek.
- Nigdy nie patrolowaliśmy tamtej okolicy i może to był błąd. Za chwilę zapytam grubasa czy dowiedział się czegoś nowego. Jeżeli nie będzie to mega ważne zbieramy ludzi i atakujemy ich. Jeszcze dziś.
Widziałem, że Jacek chciał coś powiedzieć, ale ostatecznie zrezygnował. Miałem nadzieję, że nie zwątpi we mnie w tak ciężkiej chwili jak ta.
                Wróciliśmy do baru. Dwaj mężczyźni, którzy byli na wyprawie z nami zaczęli rozpakowywać zapasy. Poprosiłem Jacka, żeby przedstawił ludziom sytuacje. Nie chciałem stracić kontroli na barem, przez to, że ludzie będą się bali. Strach prowadził do naprawdę nieprzyjemnych rzeczy. Ja wziąłem dwa piwa z Kołodna i ruszyłem do Grubego. Kiedy wszedłem do jego pokoju jadł akurat obiad złożony z puszki fasoli oraz konserwy mięsnej. Gdy zobaczył piwa w mojej ręce przetarł usta ręką.
- Znaleźliśmy ich wóz. Mają obóz gdzieś w okolicach Kołodna – zacząłem, zanim Gruby zdążył coś powiedzieć.
- Co mam z nimi zrobić? – zapytał.
- Jeszcze nic. Możesz im dać znać, że wiemy o ich obozie i pokazać im to. Może powiedzą nam coś więcej. Wysyłam teraz parę ludzi na zwiad. Jak dowiemy się nieco więcej to wieczorem zaatakujemy – powiedziałem.
- Mam jechać z wami?
- Nie. Zostań tutaj. Ja poprowadzę atak.
- Powodzenia – powiedział.
Wyszedłem na korytarz.  Szybko zebrałem grupkę ludzi, na czele której stanął Jacek. Kazałem im jechać w okolicę, zebrać jak najwięcej informacji i wracać. Atak początkowo zaplanowaliśmy na późny wieczór, kiedy obóz będzie mnie chroniony, ale musiałem wiedzieć ile ludzi zebrać. Czekała nas walka znacznie cięższa od tej z grupą Łowcy.
                Kolejne godziny mijały w dosyć nerwowym oczekiwaniu na powrót patrolu oraz ciężkiej atmosfery. Ludzie, którzy nie byli tak doświadczeni w walce, bali się, że walka przeniesie się tutaj. Uspakajałem ich jak tylko potrafiłem, ale nie było to takie proste, ponieważ sam czułem spore obawy.
                Chwilę po tym jak zrobiło się naprawdę ciemno zwiadowca z dachu zauważył wracający patrol. Wyszedłem im na spotkanie i szybko pochwyciłem Jacka na ubocze, do swojego pokoju, żeby wypytać go o wszystko.
- Mają obóz w Królowym Moście. Jest dosyć mały. Naliczyłem tam sporo osób. Mają parę osób na straży. Prawdopodobnie spodziewają się czegoś.
- Uzbrojeni? – zapytałem.
- Tak. Mieli przewieszone przez plecy bronie. Są ściśnięci pomiędzy lasem, a drogą. Okopali się więc raczej tam po prostu nie wjedziemy.
- Mamy ich auto. Moglibyśmy spróbować ich oszukać – zaproponowałem.
- Wątpię, żeby byli z tych co dają się oszukać. Wyglądają na naprawdę groźnych ludzi.
- To zaatakujemy ich normalnie. Zbierz oprócz naszej dwójki jeszcze sześciu ludzi. Jak zaatakujemy najpierw z daleka to będziemy mieli przewagę. Damy sobie radę. Zajrzę jeszcze do Grubego i możemy jechać.
- Pójdę z tobą – zaproponował.
                Zeszliśmy po schodach na dół. Ruszyliśmy prosto do pokoju Grubego. Ponownie wszedłem do pukania i ponownie zastałem go nad kreską.
- Nie gadaj – zacząłem.
- Czego chcecie? Nie jedziecie? – zapytał.
- Jedziemy. Chcieliśmy ci to tylko powiedzieć – odpowiedział Jacek.
- Masz pilnować baru.I przestań ćpać idioto. Masz więźniów do pilnowania ,nie możesz sobie pozwolić na takie rzeczy – powiedziałem wychodząc. Bez dalszej zwłoki ruszyliśmy przygotowywać dwa auta, bronie oraz wszystko co mogło się nam przydać do ataku. Staliśmy w ósemkę przed barem i zacząłem rozdzielać ludzi do dwóch aut. Kobieta, która zaczepiła mnie wcześniej rano, została przydzielona do jednego z nich wraz trójką mężczyzn. Ja zapakowałem się do drugiego z Michałem, Jackiem oraz z jednym z chłopców, którzy byli ze mną rano na patrolu. Byliśmy właściwie gotowi, kiedy usłyszeliśmy strzał. Wszyscy natychmiastowo podnieśli bronie i zaczęli celować i się rozglądać.
- To ze środka – stwierdził w końcu przerażony Jacek.
                Wbiegłem tam pierwszy.  Ludzie rozglądali się nie wiedząc z początku czy jesteśmy przyjaciółmi czy wrogami. Główne pomieszczenie było jednak czyste, więc popędziłem dalej. Pierwsze co rzuciło mi się w oczy na korytarzu to otwarte drzwi od pokoju Grubego, a także i jego samego czołgającego się w moją stronę. Oczy zapiekły mnie, gdy wyjmowałem nóż. To nie musiało się tak skończyć, ty pieprzony idioto, powiedziałem widząc jak sięga dłonią w moją stronę. Jego oczy były puste, jakby były schowane za mgłą. Charczał żałośnie. Dobiłem go z trudem, po czym kazałem reszcie dokładnie sprawdzić budynek. Obawiałem się tego, co mogło spowodować jego śmierć, ale w głębi serca dobrze wiedziałem. Prowizoryczne cele były puste. Podążając dalej korytarzem zobaczyliśmy ofiarę wcześniej słyszanego wystrzału. Dosyć młody chłopak leżał w kałuży krwi z wielką raną wystrzałową na twarzy. Obok siedziała skulona Maria. Podniosłem ją brutalnie za rękę i pociągnąłem za sobą do najbliższego pokoju. Po drodze kazałem Jackowi czekać na mnie na zewnątrz.
                W pokoju siedziały dzieci i bawiły się z jedną z kobiet. Kazałem im wyjść. Ledwo usłyszałem zamykające się drzwi, kiedy spojrzałem na nią. Byłem zły.
- Co się stało do kurwy nędzy? – zapytałem. Cały aż kipiałem. Jak takie coś mogło się stać tuż pod moim nosem.
- A..aa…a – dziewczyna się jąkała i trzęsła. Była przerażona.
- Po prostu mi odpowiedz! – krzyknąłem.
- Przep… przepraszam – wyjęczała i zaniosła się płaczem.
- Naprawdę pomogłaś im uciec? Tym pierdolonym mordercom? Widziałaś co zrobili z naszymi ludźmi bez najmniejszego zawahania? Wiesz, co żeś narobiła?! – miałem ochotę ją zabić.
- On… on… oni wzięli m-mnie si… siłą. Przystawil…wili pistolet do głowy! – zdała się na krzyk, czego natychmiast pożałowała.
- Powiedz mi, co tu się stało! – uspokoiłem nieco ton, chociaż dalej brzmiał on tak jakbym rzucał na nią klątwę.
- Zabili str…strażnika i u-uciekli. Cała t-t-trójka – każde jej słowo było przerywane kolejnymi zajęknięciami i szlochaniem.
- Zgubiłaś ten obóz. To jest właśnie to. TO JEST TO! – krzyczałem, a ona patrzyła na mnie przerażona, nie wiedząc o co mi chodzi – Zawsze wierzyłem w karmę. A karma to pierdolona szmata. Uratowałem życie i to życie zgubiło wszystkie inne życia. Żałuje, że cię uratowałem. Radzę ci spierdalać do swojego pokoju. Przemyśl to co zrobiłaś – to mówiąc wyszedłem i trzasnąłem drzwiami. Kobieta z dziećmi stojąca przed drzwiami patrzyła na mnie przerażona. Ominąłem ją. Wiedziałem, że zareagowałem wyjątkowo ostro. Maria mogła jednak zrobić tyle rzeczy, mogła wyprowadzić ich do sali i wprowadzić prosto w pułapkę. Widziała, ze wyjeżdżamy. Celowo za sabotowała akcję. Chciała to zrobić.
                Aż wrząc z wściekłości wyszedłem na chłodne wieczorne powietrze, które nieco mnie ostudziło.
- Jakie są plany? –zapytał Jacek, nie próbując nawet dowiedzieć się o czym rozmawiałem z Marią.

- Jedziemy na wojnę. Te gnoje nie dotrą tak szybko do Królowego Mostu. Będziemy pierwsi. Zostawimy im pieprzoną mogiłę na powitanie!