sobota, 26 marca 2016

Rozdział 4: Obecność

Rozdział 4, tomu 4.5. Ten rozdział jest właściwie dokładnym odzwierciedleniem tego co działo się w rozdziałach 19-21 tylko z perspektywy ludzi z Supraśla, którzy jak dobrze wiecie byli grupą antagonistów w tomie 1. Zapraszam was do czytania i liczę na dyskusję w komentarzach oraz rozesłanie bloga znajomym :)

----------------------------------------

Rozdział 4: Obecność


                Oczyszczanie miasta zajęło nam parę dni. Czas jednak wydawał się przyspieszać, bo zaledwie oczyściliśmy miasto, a pojawiły się kolejne przeszkody. To neutralizacja małej grupy, która chciała nas zaatakować, to niepokojące wiadomości o działalności córek, lub dużej grupie trupów zmierzającą powoli w stronę Białegostoku i Supraśla. Tygodnie minęły zanim całe te szaleństwo nieco się uspokoiło, a ja mogłem usiąść i zrobić sobie dzień wolnego. Pomimo wszystkich problemów postanowiłem, że nie mogę ciągle pracować i to samo zarządziłem w całym obozie. Ludzie wyglądali naprawdę kiepsko i każdy potrzebował trochę wolnego. W dodatku każdy kolejny dzień był coraz ciemniejszy i coraz zimniejszy, a śnieg był kwestią paru dni.
                Oczywiście nie otrzymaliśmy żadnych dalszych przekazów, wydawało się, że świat upadł i ci, którym jakimś cudem udało się przetrwać, zostali zdani na łaskę losu. Nasza grupa powiększyła się nieznacznie, ale to co cieszyło mnie najbardziej, to fakt, że nikt ważny dla obozu nie zginął. Parę słabszych ogniw, albo osób, które pomimo braku umiejętności chciały zabłysnąć umarło, ale poza tym tylko Michał miał pewien wypadek, przez co złamał rękę, ale już wracał do pełni sił. Tego ranka siedziałem w głównym pomieszczeniu baru, na stole do bilardu i sączyłem, znalezioną niedawno, kawę zbożową. Przyjemnie rozgrzewała i pobudzała.
- Wiesz co, ten wolny dzień to świetna sprawa – powiedział Jacek siadając obok mnie.
- Prawda? W końcu rozwiązaliśmy tyle problemów i na tyle zabezpieczyliśmy okolicę po ostatnich akcjach, że należało się nam – odpowiedziałem uśmiechając się. Jacek był teraz moim najlepszym przyjacielem i doradcą. Pamiętałem jeszcze początki naszej znajomości, kiedy to spieraliśmy się o wszystko. Chociaż było to zaledwie miesiąc temu, to wydawało mi się jakbyśmy się znali od dziecka.
- Jak ręka? – zagadał.
- W pełni sprawna – na demonstracje zakręciłem nią i wykonałem parę gestów.
- Jakieś plany na najbliższe dni?
- Naprawdę chcesz o tym gadać w wolny dzień? – zażartowałem – Wydaje mi się, że będziemy musieli w końcu dorwać tego pierdolonego snajpera – nawiązałem do kierowcy tira, który pomimo tego, że został ciężko ranny zdołał przetrwać i od teraz polował na nas co jakiś czas. Zazwyczaj sprowadzał tutaj po prostu grupy trupów, podejrzewałem, że nie ma aż tak dużo amunicji, żeby nas wystrzeliwać. Obawy jednak były spore, bo chociaż mieliśmy kontrolę nad znaczną częścią miasteczka, to jednak wyjście poza granice było stresujące z świadomością, że ktoś w tej chwili mógł nas mieć na muszce.
- To prawda. A co z twoimi córkami? Właściwie mówiłeś o nich sporo, ale ostatnio szukasz coraz mniej… Straciłeś nadzieję? – zapytał.
- Poniekąd. Szczerze obawiam się, że w końcu zaatakują nas i naszych ludzi. Nie będę ich wtedy potrafił potraktować ulgowo – zaniepokoiłem się. To też mnie nieco przerażało. Donosy o wyczynach mojej starszej córki  ostatnio nieco ucichły, ale byłem pewien, że gdzieś tam jest. A pomimo zapewnień, jak bym sobie z nią poradził, to nie chciałem pewnego dnia być w sytuacji, kiedy mam ją na celowniku i muszę pociągnąć za spust.
                Do pomieszczenia weszła nagle dziewczyna, którą jakiś czas temu uratowaliśmy z kiosku. Chociaż zdążyłem już z nią zamienić parę słów, to nigdy nie miałem okazji jej dokładniej przesłuchać. Pożegnałem się z Jackiem i ruszyłem z kubkiem w jej stronę. Wiedziała, że do niej idę i poczekała na mnie przy barze, gdzie również nalała sobie kubek ciepłej, parującej kawy.
- Hej – zagadałem na przywitanie.
- Dzień dobry  - powiedziała niemrawo. Jaka nieśmiała, pomyślałem żałując, że moja starsza córka nie miała chociaż odrobinę podobnego charakteru.
- Daj spokój. Nie musisz trzymać się dziwnych zasad kultury. Wszyscy jesteśmy tutaj równi, a ja chcę po prostu zadać ci kilka pytań. Masz chwilę? – próbowałem rozluźnić atmosferę, ale widziałem jak nerwowo drga jej warga. Była młodą dziewczyną, klasowała się wiekowo pomiędzy moje córki. Nosiła teraz szary podkoszulek uwydatniający jej biust oraz dresowe spodnie.
- Tak, proszę… oczywiście – zamieszała się.
- Chodźmy gdzieś usiąść, w końcu jest dzień wolny – nawiązałem, podejmując kolejną, nieudaną próbę rozluźnienia dziewczyny. Zdjąłem jedno krzesło ze stołu i podałem je jej, a sam oparłem się delikatnie o stół i pociągnąłem łyk z kubka.
- Nie zdążyłem jeszcze cię poznać, a jesteś z nami od paru tygodni. Przypomnisz mi, jak się nazywasz? – zapytałem.
- Maria – odpowiedziała, siląc się na poważny i stanowczy głos, co było nieco lepsze od wcześniejszego tonu, ale wciąż brzmiało po prostu śmiesznie.
- Ja jestem Wiktor. Znaleźliśmy cię w kiosku, co tam właściwie robiłaś? Byłaś wcześniej w jakiejś grupie? – zapytałem.
- Tak. Ale wszyscy zginęli, ja uciekłam od razu gdy zaczęła się walka. Zaatakowała nas jakaś inna grupa – opowiedziała, biorąc łyk.
- Widziałaś może jakieś dziewczyny w twoim wieku podczas ataku? – zapytałem.
- Nie jestem pewna… wszystko działo się szybko i po prostu nie pamiętam żadnych szczegółów – powiedziała ze smutkiem w głosie.
- Nie ważne. To już minęło, tutaj ludzie są bezpieczni – zapewniłem ją z uśmiechem.
- Ten świat… jest zniszczony – powiedziała nagle.
- To nie znaczy, że nie da się go odbudować. W takim miejscu jak to można przetrwać miesiącami, a nawet latami – odpowiedziałem zaskoczony jej słowami.
- Moja grupa chciała pozostać w ruchu, ale to nie wyszło więc może jest w tym jakiś sens – spojrzała w bok, gdzie akurat Michał poprawiał nieco wystające gwoździe w jednej z barykad.
- Trzeba mieć swoje miejsce na świecie – poklepałem ją po plecach – Trzymaj się dziewczyno.
- Ja – już wstawałem, ale ona chciała coś powiedzieć. Odwróciłem się – Przepraszam. Za tamto. Ryzykowaliście żeby mnie uratować – mówiła to takim głosem jakby zaraz miała się rozpaść. Spłonęła rumieńcem.
- To nie twoja wina. Zrobiliśmy to co było słuszne.
                Uciąłem rozmowę odchodząc i zostawiając ją na krześle. Wciąż zadziwiało mnie jak różni ludzie przeżyli. Niektórzy wyglądali na takich, którzy mogą sobie bez problemu poradzić w takich warunkach, ale osoby, takie jak ta dziewczyna, nie miały szans same. Nie chodziło nawet o siłę fizyczną, albo spryt. Psychicznie wysiadały w ciężkich sytuacjach, a w tych czasach nie istniały inne. Kolejne godziny spędziłem na grze w bilard, rozmowach i słodkim lenistwie. Dopiero gdy słońce zaczęło powoli znikać za horyzontem poczułem pustkę. Chociaż taki dzień był potrzebny to po prostu nie wiedziałem co ze sobą robić. Nudziłem się. Musiałem podjąć jakieś działanie. Podszedłem do Michała, który akurat drzemał oparty o ścianę na krześle. Zbudziłem go delikatnie trzęsąc i przywitałem.
- Coś się dzieje? – rozejrzał się niespokojnie zaspanym wzrokiem.
- Nic. Ale potrzebuję się przewietrzyć. Przejdziesz się ze mną? – zapytałem.
- Na zwiad? Coś zauważyłeś? – brnął dalej w swoje.
- Mówię ci, że wszystko jest w porządku. Po prostu zabija mnie już ta nuda. Przejdźmy się po mieście, sprawdźmy czy wszystko gra i odżyje – poprosiłem.
- Hmm… spoko – odpowiedział patrząc na mnie podejrzliwie. Miałem już gotową strzelbę oraz nóż, a także ciepłą bluzę. Dałem reszcie znak, że idziemy się przejść, żeby nie siać paniki i otworzyłem drzwi od baru. Siedzący na zewnątrz mężczyzna, który trzymał teraz wartę spojrzał na nas nieco znudzonym wzrokiem. Był młody, w wieku Michała, z tego co pamiętałem nazywał się Tomek.
- Idziemy się przejść i spatrolować okolicę. Możesz wrócić do środka i chwilę odpocząć – zaproponowałem.
- Właściwie to też bym się przeszedł. Kolana zaraz mi wysiądą od tego siedzenia – rzucił propozycją.
- W porządku. Chodź – powiedziałem.
                Wyszliśmy i zamknęliśmy za sobą furtkę. Ulica wyglądała na czystą. Nie paliły się jednak światła, co mnie dziwiło, bo o tej porze zazwyczaj wszędzie było już jasno.
- Czemu się nie palą? – zapytałem.
- Mamy małe problemy z systemem, ale z tego co wiem ktoś już się tym zajmuje – odpowiedział Michał.
Spojrzałem jeszcze raz na ciemne latarnie i przeszedł mnie dreszcz. Chociaż dawały one tylko światło, to jednak czułem się bezpieczniej gdy oświetlały każdy zakątek ulicy. Wzruszając ramionami ruszyłem w stronę uliczki, na której znaleźliśmy Marię i podziwiałem. Świeże powietrze i ostatnie promienie słońca natychmiastowo mnie pobudziły. Zaczęliśmy rozmawiać o różnych rzeczach, patrząc przy okazji, czy żaden trup nie pojawił się w okolicy. Jednego znaleźliśmy niedaleko śmietników. Dobiłem go bez problemu nożem.
- Jak myślicie, ten psychol z snajperką jeszcze się tu pojawi? – zmienił nagle temat Michał, gdy zaczęliśmy wracać na główną ulicę.
- Na pewno. Ale boi się tego miejsca. Wie dokładnie gdzie żyjemy, ale nigdy nie zapuścił się na ulicę. I myślę, że tego nie zrobi. Rozwaliliśmy ich na tej drodze – powiedziałem.
- Poza tym ma tylko jedno oko. Jak będzie strzelał to gówno co będzie widział oprócz tego – wystrzelił nagle Tomek.
Zaśmialiśmy się. Wychodziliśmy właśnie na główną ulicę, kiedy coś zauważyłem.
                To był ten moment, kiedy czas stawał w miejscu. Wydawało mi się, że sekundy zamieniły się w godziny, kiedy zauważyłem trójkę ludzi na głównej ulicy. Nie byli to nasi. Wszyscy byli młodzi, mieli maksymalnie po dwadzieścia lat. Środkowy chłopak miał brązowe włosy, był całkiem wysoki i miał w rękach broń. Obok niego stali dwaj kolejni, którzy byli całkiem podobni do siebie. Również wysocy, z ciemniejszymi, krótkimi włosami, ubrani w kamizelki, spodnie i koszule oraz bluzy. Nasze spojrzenia się spotkały. Chociaż wiedziałem, że muszę zareagować wszystko wydawało się spowolnione. Dopiero strzał przywrócił czas do normalnego tempa. Michał upadł trzymając się za  ramię. Jeden z bandytów krzyknął „Uciekajmy” i popędził do przodu, skręcając w boczną uliczkę po drugiej stronie drogi. Serce zaczęło mi bić jak szalone. Tomek podszedł do Michała, ale ja zacząłem ich gonić. Znałem te ulice jak własną kieszeń, a tych trzech musiało tu być pierwszy raz.
                Adrenalina rozpierała całe moje ciało. Obcy biegli w stronę baru, co mogło być fatalne. Nikt w środku nie spodziewał się ataku, szczególnie, że zdjąłem osobę pilnującą baru z zewnątrz. Nagle zauważyłem bandytów, którzy próbując odetchnąć chowali się za płotem. Wykonałem gwałtowny ruch chcąc ich trafić zanim mnie zauważą, ale ból w ręce odezwał się i spudłowałem trafiając obok głowy jednego z nich. Spłoszyłem ich tym. Zerwali się natychmiastowo i pobiegli do przodu.  Musiałem ich dogonić zanim dobiegną do baru. Ludzie w środku musieli już usłyszeć strzały. Musieli być gotowi, w końcu w środku było mnóstwo osób, które umiały strzelać.
                Zgubiłem ich jednak, przyspieszyli na tyle, że straciłem ich z oczu i nie wiedziałem co teraz mam zrobić. W końcu zdecydowałem ruszyć z powrotem do baru i ogłosić reszcie to co się działo. Niecałą minutę później, po drodze spotykając Tomka pomagającego Michałowi, doszliśmy do furtki i pokonaliśmy ją. Nie było słychać żadnych strzałów, więc byłem pewien, że bandyci uciekli. Gdy wszedłem do środka wycelowało we mnie parę luf. Gdy jednak zobaczyli, że to ja natychmiast opuścili broń. Sala główna nie wyglądała jak miejsce walki więc odetchnąłem z ulgą. Ludzie przekrzykiwali się próbując mi coś powiedzieć. Jacek był najbliżej mniej, więc krzyknąłem i po chwili zapadła cisza.
- Mów – poprosiłem.
- Przed chwilą wpadła tu trójka ludzi. Gruby ich zaszedł od tyłu, zabrał bronie i przy naszej pomocy ogłuszył i związał. Jak oni się tu znaleźli? – mówił chaotycznie, ale jego słowa ucieszyły mnie.
- Spotkaliśmy ich na głównej ulicy. Trafili Michała, ale nic poza tym się nie stało. Jak oni mogli tu trafić? –zastanowiłem się na głos.
- Ważne, że ich mamy. Jak sytuacja się uspokoi to będziemy mogli ich przesłuchać, bo wyglądają na część ogarniętej bandy – powiedział Jacek.
- Tak… Zbierz paru ludzi i sprawdź ulicę. Mogli tu nie być sami. Michał ty leć do lecznicy i oczyść tą ranę. Wiem jaki to paskudny ból. Niech ktoś wejdzie na dach i sprawdzi okolicę. Jak coś zauważy niech natychmiast mnie poinformuje – wydałem polecenia i z przyjemnością obserwowałem jak ludzie rozbiegają się do wyznaczonych zadań. Po chwili zostałem właściwie sam w pomieszczeniu, nie licząc dwóch kobiet, które zszokowane uspakajały same siebie w kącie.
                Sytuacja uspokoiła się w przeciągu paru minut. Gruby pozamykał trójkę mężczyzn w trzech oddzielnych pokojach, których akurat nie używaliśmy do niczego konkretnego, związał i upewnił się, że nie użyją czegoś do uwolnienia się. Siedzieliśmy razem w jego pokoju. Musiałem ustalić z nim pewne podstawowe reguły.
- Musisz z nich wyciągnąć ile się da. Gdzie mają obóz, ile jest tam osób… wszystko, rozumiesz? – zapytałem.
- Jasne.
- I nie zabijaj ich. Kropniemy ich, gdy upewnimy się, że mamy z tego odpowiedni zysk. Kto wie może bardziej opłacalne będzie bawienie się w zakładników? – gdybałem na głos – Bij ich, strasz, krzycz, ale nie zabijaj.
- Rozumiem.
- I przestań w końcu ćpać. Najbliższe dni prawdopodobnie spędzę z większością na drodze, szukając tego Obozu i szykując się do ataku. Musi tu zostać ktoś trzeźwy i solidny. Liczę na ciebie – powiedziałem klepiąc go po tłustym ramieniu.
 - Nie zawiodę cię Szefie. Jeszcze dziś wyklepie z nich jakieś informacje – obiecał. Wątpiłem w to. Wyszedłem i mijając po drodze kobietę prowadzącą dwójkę dzieci, której imienia nie pamiętałem, skręciłem w stronę pokoi, w których trzymaliśmy więźniów. Zobaczyłem czekającego tam na warcie Michała, który z zabandażowaną ręką przywitał mnie.
- Jak ręka? – zapytałem.
- Już całkiem spoko. Dostałem jakieś piguły na ból i jakoś się trzymam. Jakieś wieści? – zapytał.
- Na razie nic. Mam nadzieję, że Jacek coś znajdzie.
                Ale nie znalazł. Po nieudanym poszukiwaniu, które trwało dobre dwie godziny Jacek wrócił z całą ekipą i na przywitanie przecząco pokiwał głową. Wartownicy z dachu również nic nie zauważyli, co było dziwne, biorąc pod uwagę, że bronie, które im zabraliśmy wyglądały solidnie i czysto, co musiało oznaczać, że je pielęgnowali. Zgarnąłem zza baru jedną z butelek wina i zapraszając Jacka wróciłem do swojego pokoju. Pojawił się tam chwilę później. Rozlałem nam czerwonego płynu po kieliszkach i zacząłem rozmowę.
- Myślisz, że nie mają żadnego auta? Że przyszli tu z buta?
- To by oznaczało, że jesteśmy ślepi i tuż pod naszymi twarzami tworzy się nowa grupa, na tyle odważna żeby nas atakować – stwierdził osuszając kieliszek jednym łykiem i nalewając sobie kolejny.
- Chyba, że to moje córki. Dobrze wiedzą od początku, że tu jestem, prawdopodobnie nawet, że ich szukam. Może zdecydowały się w końcu ujawnić – zastanowiłem się.
- Wydaje ci się, że mają grupę większą od naszej? – zapytał nieco wystraszony.
- Wątpię. Ale nawet małe grupy mogą narobić szkody, a na to nie możemy sobie pozwolić.
                Rozmowę zakończyliśmy dopiero późnym wieczorem po opróżnieniu całej butelki. Nie miałem już siły żeby schodzić do reszty i pytać o wyniki przesłuchań. Jeżeli nikt nie przyszedł do mnie oznaczało to, że nic ciekawego się nie działo, a ja potrzebowałem snu. Nie zdążyłem nawet zdjąć butów. Po prostu runąłem na łóżko i zapadłem w ciężki sen. Śniły się mi moje córki. Tańczyły beztrosko na polanie i machały do mnie. Chciałem do nich podejść, ale nagle polana zamieniła się w wielkie wysypisko śmieci i pojawiły się trupy. Otaczały mnie z każdej strony, ale jakby nie mogły dotknąć. Zgubiłem córki z oczu, a zombie wciąż starały się mnie dorwać. Musiało być ich setki. Starałem się przebić przez trupy, ale nie potrafiłem. Byłem całkowicie bezbronny.
                Obudziłem się. Przetarłem ręką zapocone czoło i uspokoiłem oddech. Za oknem było już jasno. Co ten sen mógł oznaczać, zapytałem sam siebie w myślach. Czy to było podświadome wezwanie do działania? Może ta trójka, która była teraz na dole przesłuchiwana przez Grubego mogła mnie doprowadzić do córek. Ale czy tego naprawdę chcesz, pojawiło się nagle w mojej głowie pytanie. Sam nie wiedziałem. Podniosłem się ciężko i rozprostowałem obolałe od spania w poprzek łózka plecy. Dopiłem ostatnie krople pozostawionego na stole alkoholu i przeczesując włosy na bok wyszedłem z pokoju. Ruszyłem prosto do pokoju Grubego, żeby dowiedzieć się czy coś udało mu się ustalić.
                Nie pukałem, czego natychmiast pożałowałem, bo Gruby siedział nad białą kreską, którą właśnie zasysał zwiniętym banknotem.
- Hej! – powiedziałem podbiegając do niego. Wyglądał fatalnie. Grymas jego twarzy mówił, że to nie była dla niego łatwa noc.
- Daj mi spokój – odburczał.
- Co się stało?
- Te trzy skurwiele. Nic na nich nie działa. Mówiłeś żeby ich nie zabijać i się tego trzymam, ale nie powiedzą nic. A jeden z nich jest tak kurewsko pyskaty, że…
- Rozumiem. Więc musimy działać na własną rękę. Spróbuj ich unikać przynajmniej do wieczora, sprawdzaj czy czegoś nie próbują i jak coś daj mi znać – powiedziałem.
- Jasne…
                Wyszedłem zastanawiając się co dalej. Jeżeli ta trójka rzeczywiście była taka nieugięta nie pozostawało nam nic, poza znalezieniem ich auta lub samego obozu. Szybko zorganizowałem Jacka oraz dwóch innych mężczyzn i kazałem im być gotowymi za parę minut przed barem. Już miałem do nich dołączać, kiedy zatrzymała mnie kobieta. Była mniej więcej w moim wieku, może nieco młodsza. Nie bała się, chociaż jej pytanie mogło wskazywać na coś innego.
- Przepraszam. Czy możemy wiedzieć, co tu się dzieje? Wczoraj ci ludzie, teraz – zaczęła.
- Wytłumaczę to później, o nic się nie martwcie – poprosiłem.
- Może mogę jakoś pomóc? – zapytała.
- Damy sobie rade – zapewniłem, po czym wręcz wyrwałem się z uścisku jej dłoni. Widziałem ją już parę razy, ale nigdy z nią nie rozmawiałem. Była całkiem ładna.
                Odgoniłem jednak te myśli i opuściłem lokal dołączając do grupy.
- Przeszukaliśmy całe miasto, ale nie znaleźliśmy nic. Musimy spróbować na drodze na Białystok oraz tej do Gródka – podał pomysł, zamykając za nami furtkę – Tylko, że jak wyjdziemy z miasta…
- To możemy wpaść na Łowcę. Jasne – odpowiedziałem krótko.
- Chcesz ryzykować – bardziej stwierdził niż spytał, zatrzymując mnie.
- Ta trójka to czubek góry lodowej. Czuje to – powiedziałem.
- Myślę, że powinniśmy odpuścić. Zabijmy tych trzech i dajmy sobie spokój – brnął dalej w swoje.
- Jeżeli mam racje to ich ludzie tutaj przyjadę i się zemszczą. Możliwe, że już teraz nas szukają, a może nawet szykują atak. Jeżeli jest jednak jakakolwiek szansa na to, że to my zaatakujemy pierwsi, to musimy ją wykorzystać – odpowiedziałem.
- Ehh… Podjąłeś wiele mądrych decyzji Wiktor. Mam nadzieję, że i teraz się nie mylisz – powiedział puszczając mnie i odwracając się. Ja też mam taką nadzieję, powiedziałem w myślach ruszając za nim.
                Nasz patrol trwał dobre trzy godziny. Zbadaliśmy wszystkie okoliczne ścieżki i dróżki,  sprawdziliśmy linie lasu, ale nie mogliśmy nic znaleźć. Łowca nie pokazywał swojej obecności, więc doszliśmy do wniosku, że akurat nie patroluje okolicy. W końcu wpadliśmy na coś, gdy wracaliśmy już do obozu. Zauważyliśmy auto stojące niedaleko pierwszych zabudowań od strony wzgórza. Wyciągając bronie podeszliśmy do niego i sprawdziliśmy. Nikogo nie było w środku, nie miało tabliczki rejestracyjnej, a na tyłach było całkiem sporo zapasów.
- To musi być ich – powiedziałem.
- Piwo z Kołodna – zauważył Jacek czytając etykietę.
- Bingo – odpowiedziałem.
Uruchomiliśmy auto i wróciliśmy nim do obozu. W głowach buzowały mi myśli.
- Myślisz, że mają obóz w Kołodnie? – zapytał mnie Jacek.
- W Kołodnie albo w okolicach. Te piwo można dostać tylko w tamtejszym sklepie, a skoro zgarnęli je po drodze to musieli być na wypadzie po zapasy. Przejechali przez Kołodno i dotarli tutaj. To był ich błąd – powiedziałem uśmiechając się pierwszy raz od jakiegoś czasu.
- Królowy Most – powiedział nagle Jacek.
- Nigdy nie patrolowaliśmy tamtej okolicy i może to był błąd. Za chwilę zapytam grubasa czy dowiedział się czegoś nowego. Jeżeli nie będzie to mega ważne zbieramy ludzi i atakujemy ich. Jeszcze dziś.
Widziałem, że Jacek chciał coś powiedzieć, ale ostatecznie zrezygnował. Miałem nadzieję, że nie zwątpi we mnie w tak ciężkiej chwili jak ta.
                Wróciliśmy do baru. Dwaj mężczyźni, którzy byli na wyprawie z nami zaczęli rozpakowywać zapasy. Poprosiłem Jacka, żeby przedstawił ludziom sytuacje. Nie chciałem stracić kontroli na barem, przez to, że ludzie będą się bali. Strach prowadził do naprawdę nieprzyjemnych rzeczy. Ja wziąłem dwa piwa z Kołodna i ruszyłem do Grubego. Kiedy wszedłem do jego pokoju jadł akurat obiad złożony z puszki fasoli oraz konserwy mięsnej. Gdy zobaczył piwa w mojej ręce przetarł usta ręką.
- Znaleźliśmy ich wóz. Mają obóz gdzieś w okolicach Kołodna – zacząłem, zanim Gruby zdążył coś powiedzieć.
- Co mam z nimi zrobić? – zapytał.
- Jeszcze nic. Możesz im dać znać, że wiemy o ich obozie i pokazać im to. Może powiedzą nam coś więcej. Wysyłam teraz parę ludzi na zwiad. Jak dowiemy się nieco więcej to wieczorem zaatakujemy – powiedziałem.
- Mam jechać z wami?
- Nie. Zostań tutaj. Ja poprowadzę atak.
- Powodzenia – powiedział.
Wyszedłem na korytarz.  Szybko zebrałem grupkę ludzi, na czele której stanął Jacek. Kazałem im jechać w okolicę, zebrać jak najwięcej informacji i wracać. Atak początkowo zaplanowaliśmy na późny wieczór, kiedy obóz będzie mnie chroniony, ale musiałem wiedzieć ile ludzi zebrać. Czekała nas walka znacznie cięższa od tej z grupą Łowcy.
                Kolejne godziny mijały w dosyć nerwowym oczekiwaniu na powrót patrolu oraz ciężkiej atmosfery. Ludzie, którzy nie byli tak doświadczeni w walce, bali się, że walka przeniesie się tutaj. Uspakajałem ich jak tylko potrafiłem, ale nie było to takie proste, ponieważ sam czułem spore obawy.
                Chwilę po tym jak zrobiło się naprawdę ciemno zwiadowca z dachu zauważył wracający patrol. Wyszedłem im na spotkanie i szybko pochwyciłem Jacka na ubocze, do swojego pokoju, żeby wypytać go o wszystko.
- Mają obóz w Królowym Moście. Jest dosyć mały. Naliczyłem tam sporo osób. Mają parę osób na straży. Prawdopodobnie spodziewają się czegoś.
- Uzbrojeni? – zapytałem.
- Tak. Mieli przewieszone przez plecy bronie. Są ściśnięci pomiędzy lasem, a drogą. Okopali się więc raczej tam po prostu nie wjedziemy.
- Mamy ich auto. Moglibyśmy spróbować ich oszukać – zaproponowałem.
- Wątpię, żeby byli z tych co dają się oszukać. Wyglądają na naprawdę groźnych ludzi.
- To zaatakujemy ich normalnie. Zbierz oprócz naszej dwójki jeszcze sześciu ludzi. Jak zaatakujemy najpierw z daleka to będziemy mieli przewagę. Damy sobie radę. Zajrzę jeszcze do Grubego i możemy jechać.
- Pójdę z tobą – zaproponował.
                Zeszliśmy po schodach na dół. Ruszyliśmy prosto do pokoju Grubego. Ponownie wszedłem do pukania i ponownie zastałem go nad kreską.
- Nie gadaj – zacząłem.
- Czego chcecie? Nie jedziecie? – zapytał.
- Jedziemy. Chcieliśmy ci to tylko powiedzieć – odpowiedział Jacek.
- Masz pilnować baru.I przestań ćpać idioto. Masz więźniów do pilnowania ,nie możesz sobie pozwolić na takie rzeczy – powiedziałem wychodząc. Bez dalszej zwłoki ruszyliśmy przygotowywać dwa auta, bronie oraz wszystko co mogło się nam przydać do ataku. Staliśmy w ósemkę przed barem i zacząłem rozdzielać ludzi do dwóch aut. Kobieta, która zaczepiła mnie wcześniej rano, została przydzielona do jednego z nich wraz trójką mężczyzn. Ja zapakowałem się do drugiego z Michałem, Jackiem oraz z jednym z chłopców, którzy byli ze mną rano na patrolu. Byliśmy właściwie gotowi, kiedy usłyszeliśmy strzał. Wszyscy natychmiastowo podnieśli bronie i zaczęli celować i się rozglądać.
- To ze środka – stwierdził w końcu przerażony Jacek.
                Wbiegłem tam pierwszy.  Ludzie rozglądali się nie wiedząc z początku czy jesteśmy przyjaciółmi czy wrogami. Główne pomieszczenie było jednak czyste, więc popędziłem dalej. Pierwsze co rzuciło mi się w oczy na korytarzu to otwarte drzwi od pokoju Grubego, a także i jego samego czołgającego się w moją stronę. Oczy zapiekły mnie, gdy wyjmowałem nóż. To nie musiało się tak skończyć, ty pieprzony idioto, powiedziałem widząc jak sięga dłonią w moją stronę. Jego oczy były puste, jakby były schowane za mgłą. Charczał żałośnie. Dobiłem go z trudem, po czym kazałem reszcie dokładnie sprawdzić budynek. Obawiałem się tego, co mogło spowodować jego śmierć, ale w głębi serca dobrze wiedziałem. Prowizoryczne cele były puste. Podążając dalej korytarzem zobaczyliśmy ofiarę wcześniej słyszanego wystrzału. Dosyć młody chłopak leżał w kałuży krwi z wielką raną wystrzałową na twarzy. Obok siedziała skulona Maria. Podniosłem ją brutalnie za rękę i pociągnąłem za sobą do najbliższego pokoju. Po drodze kazałem Jackowi czekać na mnie na zewnątrz.
                W pokoju siedziały dzieci i bawiły się z jedną z kobiet. Kazałem im wyjść. Ledwo usłyszałem zamykające się drzwi, kiedy spojrzałem na nią. Byłem zły.
- Co się stało do kurwy nędzy? – zapytałem. Cały aż kipiałem. Jak takie coś mogło się stać tuż pod moim nosem.
- A..aa…a – dziewczyna się jąkała i trzęsła. Była przerażona.
- Po prostu mi odpowiedz! – krzyknąłem.
- Przep… przepraszam – wyjęczała i zaniosła się płaczem.
- Naprawdę pomogłaś im uciec? Tym pierdolonym mordercom? Widziałaś co zrobili z naszymi ludźmi bez najmniejszego zawahania? Wiesz, co żeś narobiła?! – miałem ochotę ją zabić.
- On… on… oni wzięli m-mnie si… siłą. Przystawil…wili pistolet do głowy! – zdała się na krzyk, czego natychmiast pożałowała.
- Powiedz mi, co tu się stało! – uspokoiłem nieco ton, chociaż dalej brzmiał on tak jakbym rzucał na nią klątwę.
- Zabili str…strażnika i u-uciekli. Cała t-t-trójka – każde jej słowo było przerywane kolejnymi zajęknięciami i szlochaniem.
- Zgubiłaś ten obóz. To jest właśnie to. TO JEST TO! – krzyczałem, a ona patrzyła na mnie przerażona, nie wiedząc o co mi chodzi – Zawsze wierzyłem w karmę. A karma to pierdolona szmata. Uratowałem życie i to życie zgubiło wszystkie inne życia. Żałuje, że cię uratowałem. Radzę ci spierdalać do swojego pokoju. Przemyśl to co zrobiłaś – to mówiąc wyszedłem i trzasnąłem drzwiami. Kobieta z dziećmi stojąca przed drzwiami patrzyła na mnie przerażona. Ominąłem ją. Wiedziałem, że zareagowałem wyjątkowo ostro. Maria mogła jednak zrobić tyle rzeczy, mogła wyprowadzić ich do sali i wprowadzić prosto w pułapkę. Widziała, ze wyjeżdżamy. Celowo za sabotowała akcję. Chciała to zrobić.
                Aż wrząc z wściekłości wyszedłem na chłodne wieczorne powietrze, które nieco mnie ostudziło.
- Jakie są plany? –zapytał Jacek, nie próbując nawet dowiedzieć się o czym rozmawiałem z Marią.

- Jedziemy na wojnę. Te gnoje nie dotrą tak szybko do Królowego Mostu. Będziemy pierwsi. Zostawimy im pieprzoną mogiłę na powitanie!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz