sobota, 19 września 2015

Rozdział 16: Plan

Rozdział 16, kolejny z perspketywy Bobra. Wszystkie grupy ruszają wykonać swoje zadanie. Bobru musi zaplanować kogo gdzie wysłać, bo to głównie jego ludzie będą się narażać, żeby ocalić Feline. Zapraszam do czytania, a po przeczytaniu proszę o komentarz oraz rozesłanie bloga znajomym.

POV:
Rozdział 16 - Bobru - Dzień 8-9
Irek - Dzień 8-9 - Znajduje się w Inowrocławie
Olaf - Dzień 8-9 - Znajduje się w Inowrocławie

-------------------------------------------------

Rozdział 16 (Bobru): Plan


                Chociaż byłem zmęczony po spotkaniu to cieszyłem się z tego co udało mi się ustalić. Odkąd Dziara się zmienił musiałem przyznać, że sprawy miały się dobrze, dlatego zastanawiałem się nawet nad pozostaniem w Ostoi. Teraz, kiedy pojawiła się szansa bycia częścią czegoś większego, ale na własną rękę od razu ją przyjąłem. Ten dzień mogłem uznać za prawie idealny, gdyby nie jeden fakt. Jedna osoba. Łapa była teraz częścią Inowrocławia. Wraz z nią przebywali moi ludzie. Sam nie wiedziałem jak zareagować na fakt, że ona żyje. Z jednej strony cieszyłem się, bo mieliśmy sporo wspólnych chwil, których nie potrafiłem po prostu zapomnieć, jednak z drugiej strony oszukała mnie i uciekła bez powodu. Co gorsza coraz więcej rozmyślałem o plotkach, które kiedyś chodziły po Ostoi, jakoby to właśnie Łapa stała za morderstwem Natalii, a nie Jakub.
                Nie wiedziałem sam czy w to wierzyć, czy nie, ale było tyle negatywnych emocji pomiędzy nami, że nie potrafiłem nawet na nią spojrzeć. Musiałem się skupić na zadaniu. Feline była osobą, która uratowała Cinka i Erniego swego czasu i chociaż nie znałem jej osobiście musiałem spłacić dług. Poza tym nigdy nie mogłem pozwolić na to, żeby Złomiarze trzymali kogoś ważnego. Jeżeli byśmy na to pozwalali to w życiu byśmy się ich nie pozbyli. Ben był dla mnie sporym zaskoczeniem. Zdawał się wiedzieć naprawdę dużo i rządził twardą ręką, chociaż nie mógł chodzić. Jego ludzie byli mu posłuszni. Dlaczego w każdym obozie nie mogło tak być?
                Usiadłem z resztą grupy z Torunia przed schodami domku jednorodzinnego, który został nam przeznaczony, na czas spotkania. Widziałem na twarzach moich ludzi głęboki zamysł. Sam do końca nie byłem pewien tego, co się działo.
- Czy ktoś… ma jakiekolwiek pytania? – zapytałem.
- Wyjeżdżamy jutro, tak? – zapytał Pablord.
- Tak, z rana – potwierdziłem.
- Wszyscy? – zapytał Łowca.
- Nie – odpowiedziałem od razu – Grupy są jeszcze do ustalenia, ale wiadome jest to, że mamy teraz cztery cele i rozdzielimy ludzi pomiędzy nie.
- Cztery? Drogi, punkty strategiczne, Złomiarze i co jeszcze? – zapytała Ruda.
- Dwie grupy uderzą na Złomiarzy. Jedna będzie oficjalna, druga nie – odpowiedziałem.
- Co przez to rozumiesz? – zaciekawił się Erni.
- Wydaje mi się, że jedna grupa powinna wjechać tam główną drogą, prosto na złomowisko. Ja będę nią dowodził bo znam to miejsce i wykorzystam wszelkie plusy tego faktu. Druga z kolei uderzy na jeden z obozów Złomiarzy. Najlepiej ten najbliżej Płońska. Kto wie, może właśnie tam znajdą Feline – wytłumaczyłem drapiąc się po brodzie.
- Nie podoba mi się to wszystko. Mieliśmy uciekać. Teraz ratujemy nieznaną nam osobę – wtrącił  Pablord.
- Pabi, ona nas uratowała. Gdyby nie pech, możliwe, że stalibyśmy tu teraz z Cinkiem. Zrozum to… - powiedział Erni.
- Nie spotkałeś Złomiarzy. To są bandyci. Zwykli bandyci – powiedział.
- Dlatego powinieneś zrozumieć, że ona jest tam zdana na ich łaskę. Czy chciałbyś, żebyśmy cię zostawili wiedząc, że żyjesz i jesteś tam przetrzymywany? – Erni powoli tracił cierpliwość.
- Jeżeli ryzykowałbym życiem paru osób to na pewno – odpowiedział stanowczo Paweł.
- Dobra wystarczy – przerwałem – Mam już nawet plan jak to wszystko rozegrać. Erni oraz Rekin, wy załatwicie drogi z ludźmi z Inowrocławia – powiedziałem.
- My? – zapytał Erni patrząc na Rekina.
- Znasz te drogi najlepiej z nas. Poza tym to odpowiednie zadanie dla ciebie. Jak ty to zrobisz, to będzie solidnie. Poza tym wiem, że zadbasz o oczyszczenie tras do Torunia i Płocka – powiedziałem.
                Skinął tylko głową, a ja mówiłem dalej.
- Punktami zajmiecie się wy – wskazałem Rudą i Dymitra – oraz ty, Karol – powiedziałem w stronę Giganta. Oni nawet nie dyskutowali. Widocznie odpowiadała im ta rola, chociaż przez chwilę wydawało mi się, że widziałem zaniepokojenie na twarzy najwyższego z nas.
- Wszystko w porządku? – zapytałem go.
- Tak… - powiedział spokojnym głosem. Nie przekonał mnie, mimo to kontynuowałem.
- Do pobocznej grupy uderzeniowej chciałbym włączyć ciebie Łowco. Podejrzewam, że Ben oraz ludzie z Płońska będą też tam się wybierali, więc chciałbym, żebyś miał na nich oko – powiedziałem mrugając. Twarz Łowcy na początku nie wyrażała nic, ale kiedy załapał żart zaśmiał się i poklepał po opasce na oko.
- No tak – powiedział.
- Cała reszta oprócz Dziary jedzie ze mną – powiedziałem, mając na myśli Józefa oraz Pablorda – Ty Dziara musisz kontrolować sytuacje. Poza tym, mam nadzieję, że rozumiesz i nie masz nic przeciwko? – zapytałem.
- Twoi ludzie Bobru. Wierzę i ufam twoim osądom i zrobię jak powiesz – powiedział.
                Nagle podeszła do nas grupa ludzi. Byli to moi ludzie oraz ekipa z Płońska. Zamilkliśmy. Widziałem jak wszyscy obserwują mnie i Łapę. Nie wiedziałem kompletnie co powiedzieć, ale ona wykonała pierwszy krok.
- To co kochaniutki? Masz jakiś plan? – zapytała.
Czułem jak przechodzi mnie dreszcz. Starałem się zignorować to uczucie.
- Cieszę się, że pytasz. Tak się składa, że mam. Dobrze was widzieć po takim czasie – powiedziałem, nie dając po sobie poznać jak wiele znaczyły dla mnie jej słowa.
- Jak się okazało, miałeś rację. Jak zwykle – powiedziała – Ale o tym później. Mam nadzieję, że poświęcisz mi trochę swojego czasu. Póki co mamy robotę do zrobienia. A więc, co wykombinowałeś? – zapytała.
                Dopiero teraz mogłem się przyjrzeć ludziom, których nie widziałem od miesiąca. Na spotkaniu siedzieli kawałek ode mnie, a teraz stali krok dalej. Szybko jednak wyłapałem coś, co mnie poważnie zaniepokoiło.
- Gdzie jest Magda? – zapytałem. Widocznie to był błąd, bo usłyszałem jak Krystek głośno wciąga powietrze, a na jego twarzy pojawia się smutek.
- Nie żyje. Choroba ją zniszczyła – powiedział mężczyzna, którego, jako jedynego z grupy, nie kojarzyłem. Wiedziałem, że ma na imię Irek i z tego co zdążyłem usłyszeć był kiedyś więźniem Dziary, ale ani nie znałem powodu, ani go nie chciałem poznać. Słowa te jednak zasmuciły mnie. Pamiętałem jak dzisiaj, gdy spotkałem ją po raz pierwszy. Zawsze była rozgadana i ciekawska. Chciała nawet ukraść nam Potwora i gdyby nie Sołtys, to by to zrobiła. Jego jednak też już nie było z nami. Nie lubiłem wspominać zmarłych. Chociaż miałem z nimi pozytywne wspomnienia, to przerażał mnie fakt, że ich po prostu nie ma już na tym świecie.
                Postanowiłem jednak pozostawić negatywne emocje za mną i przejść do sedna. Miałem parę dodatkowych osób do rozdzielenia i zadziwiał mnie fakt, jak pewnie za mną podążali.
- Dobrze. Połowy z was nie znam, ale wiem jak ważne dla was jest odbicie Feline. Żałuje, że jej nie poznałem i mam nadzieję to nadrobić jak najszybciej. Wiem jak to boli. Złomiarze porwali też jednego z naszych ludzi, kiedy byliśmy tam ostatnio. Do dzisiaj nie wiemy czy zginął, czy jest tam przetrzymywany – zacząłem – Słyszałem jak zgłaszałeś się na ochotnika do stworzenia punktów strategicznych – powiedziałem do Irka – Jeżeli chciałbyś z nim pojechać Krystek to mielibyście już pięcioosobowy skład, który powinien wam wystarczyć. Z moich ludzi wysyłam tam Giganta, Dymitra oraz Natalię – powiedziałem przedstawiając ich szczególnie ludziom z Płońska, ale też Irkowi.
- Mi pasuje – stwierdził po chwili namysłu Krystek.
- Cieszę się. Ogólnie musze was uświadomić, że dwie ekspedycje ruszą w stronę obozu Złomiarzy. Jedna oficjalna, a druga, która będzie ubezpieczała tyły. Do tej drugiej chciałbym dodać waszą czwórkę – powiedziałem wskazując ludzi z Płońska.
- Wybacz Bobru – powiedział zmęczonym głosem Olaf – Ale cholera jasna chciałbym być w głównej ekspedycji. Chcę ją uratować, a nie pilnować tyłów. To moje własne pieprzone porachunki – wtrącił.
                Westchnąłem cicho. Podszedłem do niego tak, że nasze nosy prawie stykały się ze sobą.
- Nie obraź się, ale mam plan. Rozumiem potrzebę bycia w centrum akcji, ale uwierz mi, że chcę dobrze dla twojej szefowej. Ryzykuje życiem moich ludzi! Rozumiesz to? – podniosłem głos – Uwierz mi, że nie robi tego na złość tobie, czy twoim ludziom. Po prostu wy lepiej znacie tereny przy Płońsku. Właśnie w takim obozie, który jest niedaleko waszego obozu może być Feline. Musisz tam być, bo jestem pewien, ze znasz go najlepiej z nas wszystkich –powiedziałem.
Widziałem na jego twarzy złość, ale w końcu wkradło się też miejsce na zrozumienie.
- Lepiej żeby to zadziałało – wysyczał przez zęby – Bo jak nie to najpierw wybije ich pieprzony obóz, a następnie wrócę żeby ci o tym powiedzieć. A wtedy nie będę miły – zagroził.
Nie miałem zamiaru się z nim kłócić. Rozumiałem emocje, które się w nim gotowały.
- I to jest duch walki – powiedziałem tylko wesołym tonem – Oprócz waszej czwórki chcę żeby pojechała tam Łapa i jej siostra, o ile Młoda nie chce zostać tutaj – dodałem.
- Bo? – zapytała Łapa – Myślałam, że lubisz ze mną podróżować – powiedziała uśmiechając się wrednie.
- Bo taki jest plan – odpowiedziałem spokojnie, bez emocji.
- Jeżeli uważasz, że tak będzie lepiej… Możemy pogadać? Bo podejrzewam, że to wszystko – powiedziała.
- Właściwie tak. Jutro z rana przy wyjeździe. Erni i Irek musicie poprosić Bena o jakichś dodatkowych ludzi jeżeli oczywiście chcecie, ale myślę, że to się przyda – powiedziałem – A teraz muszę was przeprosić – powiedziałem niepewnym głosem patrząc na Łapę. Ludzie rozeszli się. Wydawali się całkiem podekscytowani, jeżeli można było się cieszyć w jakikolwiek sposób z podobnej wyprawy.
                Odszedłem na bok wraz z Łapą. Czułem się niezwykle niezręcznie, właściwie było to tak zaskakujące uczucie, że ciężko było mi je określić. W końcu kiedy zaczęło się to wszystko i na ulicach pojawiły się trupy to wszelkie granice zdawały się zanikać. Tutaj jednak wyraźnie czułem zawstydzenie. Zupełnie jak rozmawianie z kimś, z kim miało się sprzeczkę i teraz próbowało się odbudować sytuacje. Gdyby to był kto inny prawdopodobnie skończyłoby się na bójce, bądź nawet gorzej. Ale to była ona. Musiałem jej wysłuchać.
- Co się z tobą stało? – zapytałem – Wczoraj unikałaś mnie i spoglądałaś jakbyś miała ochotę mnie zabić, a dzisiaj… zachowujesz się jakby nic się nie stało – powiedziałem.
- Kobieta zmienną jest, prawda? – zapytała – Mam dzisiaj dobry humor i chcę wyjaśnić sprawę z tobą. Raz na zawsze, bo kto wie jak zakończy się nasza misja? Co prawda mordowanie tych skurwysynów sprawi mi nieziemską przyjemność, ale kto wie czy jeden z tych skurwysynów nie dopadnie mnie. Przechodząc do rzeczy, uciekłam od Torunia i od Dziary. Nie od ciebie. Wiem, że to wyglądało inaczej, ale muszę przyznać, że chociaż poznałam mnóstwo osób, odkąd to wszystko się zaczęło, a mimo to nikt nie zna mnie lepiej niż ty. Nawet moja siostra – wyznała, a w jej oczach pojawiło się coś co przez chwilę wyglądało jak łzy. Udałem jednak, że nie widzę tego. Nie chciałem widzieć czegoś takiego u osoby, która była taka jak Łapa.
- I czego obawiałaś się z mojej strony? – zapytałem zaskoczony – Że nie pozwolę ci jechać? Że zrobię scenę i będę cię błagał o zostanie? Dobrze wiesz, że nie zrobiłbym czegoś takiego. Pamiętasz naszą umowę z młyna w Królowym Moście? Była prosta, nie ograniczała w granicach zdrowego rozsądku oczywiście. Nie mogłem cię trzymać jakbyś była moją zabawką, bo jesteś osobą i w pełni cię szanuję. Przyznam, że twój odjazd połączony z odjazdem paru osób z mojego obozu mnie zabolał, ale nie byłem zły, raczej smutny – mówiłem, zauważając nagle, że Łapa zatrzymała się. Ledwo zdążyłem się odwrócić, a poczułem jej usta. Natarła na mnie i poczułem jak przyciska mnie do ceglanej ściany budynku obok.
- Między nami spoko? – zapytała przerywając na chwilę pocałunek. Odpowiedziałem jej tym samym oddając pocałunek. Jakim słabym człowiekiem jesteś, powiedziałem sam do siebie w myślach.
                Gdy wróciliśmy z naszej przechadzki było dokładnie tak samo jak w Toruniu. Tworzyliśmy dziwną parę, która znacznie się różniła od takiego Dymitra i Rudej, czy Erniego i Karoliny, ale to podobało mi się. Wieczór spędziłem w dobrym towarzystwie. Wraz z moimi przyjaciółmi słuchaliśmy opowieści Łapy o podróży na południe z Irkiem i ich dalszych przygodach, aż do dotarcia do Inowrocławia. Co ciekawiło mnie najbardziej, był z nami nawet Dziara.
- Mam nadzieję, że nie jesteś na mnie zły, co szefie? – zapytała Łapa.
- Powiedzmy, że twoje nietypowe metody resocjalizacji pomogły mi i jesteśmy kwita – powiedział uśmiechając się lekko – Ale następnym razem nie ujdzie ci to płazem, więc uważaj – dodał po chwili.
- Jaasne – powiedziała przeciągle.
- Przepraszam, że spytam, ale jestem niesamowicie ciekawy-  zaczął Łowca – Dlaczego trzymałeś Irka w niewoli?
Wolałem uniknąć tego typu pytań, bo ledwo co zakończony spór mógł rozgrzać się na nowo. Całe szczęście Irek okazał się być zdystansowanym mężczyzną, który nie rozpamiętywał sytuacji. Takie same podejście miał Dziara. Wciąż zaskakiwała mnie jego przemiana.
- Uwierzcie mi lub nie, ale więziłem Irka dla jego dobra. Wiem, że to kiepskie okazywanie tej dobroci, ale gdyby trafił w ręce Złomiarzy, a ci dowiedzieliby się o jego „mocach” to miałby przejebane – powiedział – A, że do pewnego momentu nie wiedziałem komu ufać wolałem nie pokazywać go nikomu. I przyznaję, że głupio mi z tego powodu, ale mam nadzieję, że wybaczy mi kiedyś – powiedział.
- Zobaczymy. Chociaż rzeczywiście musze przyznać, że pomimo zniewolenia nie byłem traktowany źle. Co nie zmienia faktu, że nie chciałbym przeżyć tego jeszcze raz – stwierdził Irek uśmiechając się smutno.
                Wszystko wydawało się układać po mojej myśli. Miałem nadzieję, że tak samo będzie jutrzejszego ranka.  Z tymi pozytywnymi myślami położyłem się spać. Obudziłem się wyjątkowo późno, gdy wszyscy byli już na nogach. Potrzebowałem odpoczynku i spełnienia. Wstałem i przeciągnąłem się witając z resztą.
- Jak nastroje przed drogą? – zapytałem.
- Pozytywnie… raczej – przyznał Pablord.
- Jak się czujesz kumpel? Na pewno dasz radę? – zapytałem.
- Tak. Nie chcę już dłużej gnić – stwierdził.
                Pół godziny później, po obfitym śniadaniu, poszliśmy w stronę bramy wyjazdowej. Zamieniliśmy ostatnie słowa z Benem, który życzył nam powodzenia i wsiedliśmy do Zbłąkanego Ocalałego. Naszym kolejnym przystankiem był Toruń, w którym miałem zamiar zabrać dwie dodatkowe osoby do naszego składu. Dziara został w Inowrocławiu wraz z Martą, która postanowiła poczekać tu na powrót Krystka. Dziewczynka zachowywała się dzielnie, pomimo tego, że zostawialiśmy ją w takim miejscu. Grupa, w której była Łapa wyjechała przed nami skręcając na wschód. Erni i reszta zajmująca się oczyszczaniem dróg miała nas podwieźć do Torunia, gdzie zamienimy transport na coś mniej widocznego i stamtąd planowali pojechanie dalej. Irek właśnie pakował się z resztą do ciężarówki wraz z materiałami budowlanymi do budowy punktów strategicznych. Widziałem długie słupy i zwoje płótna, które miały stworzyć flagi. Nie miały one żadnego wymyślonego wzoru, były po prostu czerwone.
                Gdy pożegnaliśmy się z nimi wszystkimi weszliśmy na pokład autobusu i rozsiedliśmy się. Ruszyliśmy po chwili. Miczi rozmawiała o czymś z Pablordem, a Rekin przedstawiał plan oczyszczania grup trzem ludziom z Inowrocławia, którzy się z nami zabrali. Erni oczywiście kierował, więc nie zwracał uwagi na nas tylko na drogę. Ja usiadłem z tyłu wraz z Józefem i rozmawialiśmy.
- Bobru… mogę cię o coś zapytać? – zaczął ksiądz.
- Tak?
- Wiesz, zastanawiałem się nad tym jak działamy. Rozumiem, że świat schodzi na psy, ale teraz jesteśmy na dobrym początku odbudowywania cywilizacji. Nie uważasz, że warto by było się też… ucywilizować? – zapytał.
Nie do końca zrozumiałem jego pytanie.
- Co masz na myśli?
- Wiesz, to że będziemy mieli czyste drogi, wsparcie innych i inne pierdoły nie zmienia faktu, że będziemy ludźmi, którzy zrobią wszystko żeby przetrwać. Może wystarczy… - tu przerwał na chwilę, bo całym autobusem wstrząsnęło gdy Erni staranował maszerującego po drodze trupa – jeżeli będziemy bardziej… ludzcy? – dokończył myśl.
- Nie wiem czy osoby, które opisujesz nie są już od dawna martwe. Właśnie ci, którzy zaufali zazwyczaj się na tym mocno przejeżdżają. Ja też zaufałem paru osobom, które mnie zawiodły. Co prawda były też takie, które mnie pozytywnie zaskoczyły, nie zmienia to jednak faktu, że nie można ufać ludziom. Każdy teraz myśli o przetrwaniu. To taki plan. Plan życia – skończyłem myśl filozoficznie.
- Masz racje, trzeba uważać, ale czy nie uważasz, że każdy powinien mieć szansę? Chociaż tą jedną, malutką? Karma bracie. Chociaż wierzę w Boga to wierzę też w to, że dobre uczynki wracają do nas w takiej samej formie – wytłumaczył egzorcysta.
- Sam nie wiem Józefie – powiedziałem, chociaż w mojej głowie myśli szalały. Miał trochę racji. Zastanawiałem się ile zabitych przeze mnie osób mogło okazać się cennymi sojusznikami, a nawet przyjaciółmi. Obawiałem się jednak, że moment zawahania może mnie wiele kosztować.  Chociaż spałem długo w drodze do Torunia przysnąłem na trochę i obudziłem się jak przejeżdżaliśmy południowym wjazdem.
                Wysiedliśmy wraz z Miczi, Józefem i Pablordem i pożegnaliśmy się z załogą autobusu. Nie czekając długo ruszyłem w celu znalezienia Wiktorii oraz Michaela. Wiktoria była już kiedyś ze mną Pablordem i Jonaszem na terenach Złomiarzy i chociaż wiedziałem, że nie wspominała tej wyprawy dobrze to warto mieć kogoś, kto znał teren. Michael z kolei był świetnym strzelcem i dobrze posługiwał się kijem. Na moje szczęście gdy otworzyłem drzwi do Kwatery Głównej, to zobaczyłem dwójkę spisującą jakieś raporty.
- Cieszę się, że was widzę – powiedziałem na przywitanie.
- Bobru! Coś się stało? Gdzie jest Dziara? – zapytała Wiktoria.
- Długo by opowiadać. Chodźcie ze mną i wytłumaczę wam wszystko po drodze. Weźcie ekwipunek Czerwonych Flar – poprosiłem.
Po pięciu minutach byłem już w drodze na miejsce, gdzie zostawiłem resztę ekipy. Wiktoria i Michael wiedzieli mniej więcej jak przebiegł wyjazd i co planowaliśmy.
- To mówisz, że spiknąłeś się znowu z Łapą? – powiedziała uśmiechając się Wiktoria.
- Naprawdę tylko to wyłapałaś z całej opowieści? – zapytałem nieco rozdrażniony.
- No nie, ale cieszę się. Widać, że za nią tęskniłeś – stwierdziła klepiąc mnie po plecach. Miała racje.
                Wsiedliśmy do sporego auta terenowego. Pablord kierował, tak samo jak to było ponad miesiąc temu, gdy wracaliśmy z Trzeciego Posterunku. Wyjechaliśmy z miasta i ruszyliśmy na północ.
- To gdzie dokładnie jedziemy? – zapytał Pablord.
- Na złomowisko – powiedziałem.
- Tak po prostu? – zdziwił się.
- Tam jest największa szansa na to, że spotkamy tą rudą kobietę, która nimi dowodzi. Ona będzie musiała wiedzieć gdzie jest Feline – stwierdziłem.
- I co myślisz, że o tak o nam powie? – zapytała Wiktoria.
- Jeżeli ją odpowiednio przekonamy. To jest centrum ich działania. Jeżeli Feline nie będzie w obozie, który sprawdza Łapa z resztą to będzie właśnie niedaleko Grudziądza. Mimo to proszę was o zachowanie całkowitej ostrożności. To bardzo niebezpieczna misja, a ja bardzo nie chcę was narażać. Po prostu zróbmy swoje i wracajmy. Bez zbędnego ryzyka – wygłosiłem, a reszta przytaknęła.
                Około pół godziny później byliśmy już daleko od jakiegokolwiek naszego terenu. Znajdowaliśmy się w dziczy, a już niedługo mieliśmy być na terenie wroga. Lasy i pola walczyły między sobą za naszymi oknami, przewijając się na przemian. Widziałem też odległy dym, ale nie chciałem wiedzieć, co tam jest.  Nie mieliśmy zresztą czasu aby to sprawdzić.  Wraz z zbliżaniem się do miejsca, gdzie po raz pierwszy trafiliśmy na Złomiarzy nastroje zaczynały się stopniowo zmieniać. Rozmowy ucichły, a wszyscy patrzyli ostrożnie wokół. Słychać było tylko dźwięk naszego silnika. Dwa trupy poruszały się wolno lewą stroną drogi, ale minęliśmy je bez zatrzymywania się. Wtedy zobaczyłem spory wrak stojący po prawej stronie drogi. Wiedziałem co to oznacza. Wstrząsnął mną dreszcz. Nerwowo przejechałem dłonią po karabinie, który wziął dla mnie Michael.

                Znajdowaliśmy się na terenach Złomiarzy.

poniedziałek, 14 września 2015

Rozdział 15: Wielkie Spotkanie Ocalałych

Rozdział 15, kolejny z perspektywy Olafa. Bardzo ważny, ale też przegadany rozdział przedstawiający wydarzenia na Wielkim Spotkaniu Ocalałych. Po przeczytaniu proszę o komentarz oraz rozesłanie bloga znajomym.

POV:
Rozdział 15 - Olaf - Dzień 8
Bobru - Dzień 8 - Znajduje się w Inowrocławiu i uczestniczy w Wielkim Spotkaniu Ocalałych
Irek - Dzień 8 - Znajduje się w Inowrocławiu i uczestniczy w Wielkim Spotkaniu Ocalałych

---------------------------------------------------

Rozdział 15 (Olaf): Wielkie Spotkanie Ocalałych


                Kiedy w końcu udało się nam wejść do środka, szybko zlokalizowaliśmy wyznaczone dla nas miejsca. Sala nie była duża, ale dobrze zagospodarowana. Wyznaczono cztery sektory, w których miały usiąść osoby z różnych obozów. My siedzieliśmy naprzeciwko ludzi z Torunia, na prawo od nas był stół, przy którym siedział Ben oraz inni z Inowrocławia, a po ukosie widziałem łysego mężczyznę, który w równie małej grupie, co my reprezentował interesy Drugiego Posterunku.
                Miałem szczerą nadzieję, że uda nam się przedstawić nasze racje. Ludzie, którzy tu przyjechali wydawali się być bardzo pewni siebie. Chociaż ja z natury też taki byłem, to miałem jednak pewne obawy. W końcu co obligowało innych do bezinteresownej pomocy Feline? Właściwie nic. Dlatego musiałem przedstawić to wszystko odpowiednio, żeby uzyskać jakąkolwiek formę pomocy. Usiadłem i obserwowałem resztę. Dziara naradzał się aktualnie ze swoją grupą ludzi. Ben, podobnie jak ja, siedział z założonymi rękami i patrzył przed siebie. Grupa z Drugiego Posterunku dyskutowała o czymś gestykulując gwałtownie.
                Drzwi zostały zamknięte, a Ben zastukał parę razy o blat stołu prosząc o ciszę. Ta nastała już po chwili.
- Dziękuje wszystkim za tak liczne przybycie i za zaufanie. Szczególnie za nie. W dzisiejszych czasach nie jest łatwo komuś zaufać i rozumiem jakim problemem musiały być moje zaproszenia. Jednak to co stanie się dzisiaj będzie kluczowe dla przetrwania. Porozmawiamy dzisiaj o wielu, wielu rzeczach, żeby wszystko pomiędzy nami było jasne i klarowne. Chciałbym, żeby każdy miał chwilę, żeby przedstawić swoje racje, więc proszę o nie przerywanie i podnoszenie ręki, jeżeli ma się jakieś pytania. Wiem, że to nieco dziecinne rozwiązanie, ale mam nadzieję, że sami rozumiecie – zaczął donośnym głosem – Zebrałem was tutaj ponieważ sytuacja zaczyna wymykać się spod kontroli i prawdopodobnie nawet nie zdajecie sobie z tego sprawy. Jak wiecie oprócz naszych obozów są też w okolicy inne. Czasami składają się z paru osób, ale czasami są to zorganizowane grupy. Zanim jednak przejdziemy do sedna, chciałbym wyznaczyć pewną kolejność mówienia. Wiem, że każdy z was przyjechał tu z jakimś zamiarem, który zapewne będzie chciał przedstawić. Dlatego chciałbym, żeby po mnie mówiła delegacja z Drugiego Posterunku, następnie delegacja z Torunia, a na końcu z Płońska. Czy wszyscy się z tym zgadzają? – zapytał.
                Widziałem, że Dziara oraz łysy mężczyzna kiwają głowami, więc również nią kiwnąłem. Nie podobało mi się, że będziemy mówić ostatni, ale może dzięki temu zwrócimy większą uwagę reszty.
- Cieszę się – powiedział – Tak jak mówiłem, grupy zorganizowane. Na pewno mieliście z nimi styczność. Próbują przejąć władzę nad okolicą i skutecznie utrudniają nam życia. Zdecydowanie największą z nich nazwałbym Złomiarzy. Moje źródła donoszą, że udało im się przejąć Trzeci Posterunek nieco ponad miesiąc temu, to prawda? – zapytał.
- Niestety tak. Wysłałem tam wtedy moje Czerwone Flary i okazało się, ze cała okolica jest już opanowana. Moi ludzie cudem wrócili stamtąd żywi – wytłumaczył Dziara.
- Z tego co się orientuje liczebnie dorównują teraz nawet Ostoi, być może nawet was przewyższają. Więc zagrożeniem są sporym. Ich minusem jednak jest brak solidnego obozu. Zajęli parę budynków i większych placówek, ale nie mają niczego otoczonego murami i dużego jak Ostoja, lub inne obozy. Dlatego musimy przygotować się na ich ewentualny atak. Tak Kapitanie? – przerwał widząc podniesioną rękę.
- Jestem ciekaw jednej rzeczy. Przyszliśmy tutaj ustalać warunki ewentualnego sojuszu, tak? – zapytał.
- Owszem – odpowiedział krótko.
- Rozumiem, że każdy z nas będzie musiał włożyć podobne zaangażowanie, żeby być na równi z sąsiadami – kontynuował myśl.
- Nie rozumiem do czego dążysz – zauważył.
- Ostoja jest największa. To wiadome, że właśnie tam skupi się główny atak. Jak możemy im pomóc?
- To proste. Każdy z nas jest puzzlem, a razem możemy stworzyć składną układankę. Zauważ, że Ostoja ma ogromny obóz, ludzi oraz broń. Twoi ludzie z kolei posiadają ogromną przewagę jaką jest helikopter. Wyobraź sobie jak to mogłoby nam ułatwić życie, już nie mówiąc o przewadze podczas walki. Następnie mamy nasz obóz. Z moimi ludźmi prowadzimy liczne badania i wiemy bardzo, ale to bardzo dużo o okolicy. Zaraz przedstawię wam zresztą najpotrzebniejsze wiadomości. Jest jeszcze Płońsk, który kontroluje wschód i trzyma Złomiarzy od całkowitego odcięcia nas od wschodnich tras.
- W sumie tak o tym nie myślałem – stwierdził mężczyzna.
- Widzisz. Wracając jednak do mojej myśli Złomiarze z pewnością są niebezpieczni i chcą nas pozabijać. Ostatnio pojawiło się coś gorszego. Może Olaf zechce nam trochę o tym opowiedzieć? – zapytał patrząc na mnie. Po chwili wszyscy skierowali wzrok w stronę naszego stanowiska.
- Kiedy jechałem do Ostoi zobaczyłem trupy na poboczu. Skurczybyki ucztowały nad jakimś ciałem. Chciałem podejść do nich na spokojnie, kiedy moja towarzyszka odciągała ich uwagę, ale jeden trup wciąż siedział, kompletnie zignorował dźwięki. Gdy podszedłem  wbić mu nóż w głowę, ten odwrócił się i podkosił mnie. Wyglądał jakby był zszyty z wielu kawałków skóry zombie, ale widać też było główne ciało. No i jadł cholernego człowieka. Znalazłem to w jego kieszeniach – powiedziałem wyciągając na stół list, ucho i odznakę.
                Przez salę przebiegł huk niepokoju. Ktoś pytał co tam jest napisane, więc przeczytałem głośno „Witamy w progach Zszytych” , co wywołało jeszcze większe zamieszanie. Ben zastukał ponownie o stół przekrzykując resztę.
- Proszę o ciszę! Jak słyszycie w okolicy od jakiegoś czasu grasują kanibale. W sumie nie wiadomo czy żywią się tylko takim mięsem, czy robią to w ostateczności, jednak nie zatrzymują się nawet przed taką potwornością. Dodatkowo używają kamuflażu, który pozwala im mijać zombie bez wzbudzenia ich zainteresowania. To potężna przewaga, szczególnie biorąc pod uwagę to, że nigdy nie zabija się wszystkich zombie. Niektóre chodzą za naszymi ogrodzeniami i nie podchodzą bliżej. Możliwe, że ci ludzie obserwują nas od jakiegoś czasu. Wyjątkowo nie mam pojęcia ile osób liczy ich grupa, ani nawet gdzie mają obóz. To jedna wielka niewiadoma. Dlatego uważam, że są znacznie bardziej niebezpieczni od Złomiarzy. Chociaż musze przyznać, że nie atakują nas otwarcie, więc być może nie mają złych zamiarów, póki się ich nie sprowokuje. Dlatego z góry proszę o nie zaczynanie z nimi jakichkolwiek walk, przynajmniej dopóki nie poznamy ich zamiarów.
                Przez salę przebiegły szepty, ale szybko umilkły, kiedy Ben znowu przemówił.
- Oprócz tego mamy parę grup, ale myślę, że to tych dwóch musimy obawiać się najbardziej. Teraz inna sprawa. I tutaj będę potrzebował waszej rady. Zacznijmy od najgorszego. Moi zwiadowcy donieśli, że w naszą stronę nadchodzi stado zombie. Stado ogromnych rozmiarów. Podobno liczy parę tysięcy trupów. Musicie sobie wyobrażać jak ogromne niebezpieczeństwo nadchodzi w naszą stronę. Dlatego musimy działać, bo jeżeli fala martwych przejdzie przez nasze ziemie i broń boże zobaczy któryś obóz i postanowi go zaatakować to nie ma siły, żeby temu przeciwdziałać. Dlatego potrzebujemy informacji. Musimy zgodnie się wymienić informacjami, gdy zauważymy nadchodzące trupy. Jednak na wschodzie jest tylko obóz w Płońsku i nie jest on wysunięty tak jak mógłby być. Dlatego potrzebujemy miejsca bardziej wysuniętego na południowy wschód, gdzie osadzilibyśmy paru ludzi. Według mnie świetnym pomysłem byłoby zajęcie Płocka. Jest tam mnóstwo dobrych miejsc do obrony i jest on na tyle daleko stąd, żeby zawiadomić nas o nadchodzącym zagrożeniu w odpowiednim momencie. Dodatkowo musimy oczyścić drogi prowadzące pomiędzy naszymi obozami, żeby mieć między nami bezpieczne szlaki, ale o tym zaraz. Czy ktokolwiek z was zna kogoś, kto mógłby się tam osiedlić? – Ben mówił cały czas spokojnie, aż podziwiałem jego zdolności do przemawiania.
                Wtedy odezwał się Bobru. Wiedziałem, że to on, bo opowiadał mi już o nim Konrad z Inowrocławia. Zresztą był dosyć charakterystycznym człowiekiem.
- Ja mogę się na to zgodzić z moimi ludźmi. Planowaliśmy opuszczenie Ostoi i jeżeli możemy się przydać reszcie, to czemu nie – stwierdził.
To była dosyć ciekawa informacja, biorąc pod uwagę okoliczności. Mielibyśmy wtedy potężnego sojusznika na wschód od nas.
- To jest jeden z głównych celów. Więc mówisz, że twoja grupa jest w stanie zasiedlić Płock? – zapytał dla pewności Ben.
- Tak. Nie wiem jak szybko, ale prawdopodobnie od razu po spotkaniu, czyli w przeciągu tygodnia – zastanawiał się.
- Doskonale. Nie mogłem sobie wymarzyć lepszego osiedlenia tego miasta niż solidnej grupy z Torunia. Skoro to ustaliliśmy… nie ma żadnych sprzeciwów prawda? – poczekał chwilę, żeby upewnić się, że wszystkim to pasuje, po czym kontynuował – Możemy przejść do drugiej sprawy. Jak wiecie w tym świecie nie ma telefonów. My co prawda mamy krótkofalówki, ale to wciąż nie jest to. Jeżeli chcemy wytyczyć granicę musimy założyć punkty strategiczne. Mam już gotowe wszystkie materiały, potrzebował będę tylko chętnych do rozwożenia i budowania tych punktów. I tutaj chciałbym zapytać kogoś z grupy, która przybyła do Inowrocławia jakiś czas temu – powiedział patrząc na ludzi siedzących wokół niego. Zdążyłem już usłyszeć, że są to ludzie z Torunia, którzy uciekli stamtąd. Jedna dziewczyna, ubrana na czarno i siedząca dwa krzesła obok Bena od razu rzuciła mi się w oczy. Było w niej coś dzikiego i strasznego. To właśnie ona wydawała się przewodzić reszcie. Rozmawiała teraz z ludźmi, którzy siedzieli obok niej i w końcu przemówiła. Miała miły dla ucha, głęboki, kobiecy głos.
- Irek będzie idealny do tego zadania – stwierdziła.
 - Tak – potwierdził mężczyzna nazwany Irkiem – mogę się podjąć tego, jeżeli znajdzie się parę osób, które mi w tym pomogą.
- Myślę, że z tym nie będzie problemów, znajdą się jakieś chętne osoby, ale to już ustalimy później. Wcześniej wspominałem o drogach. Tak jak mówiłem trzeba będzie ustalić też parę osób, które przejechałyby najbardziej dogodnymi traktami i zajęły się ich oczyszczeniem. Z wszelakich wraków aut, zablokowanych dróg, trupów i tym podobnych. Tym razem jednak, jeżeli nie macie nic przeciwko, to ja mogę się tym zająć. Później pokażę wam mapę i trasy, które wybrałem. Powinny wam pasować. Kiedy byśmy już je kontrolowali, sieć pomiędzy nami byłaby naprawdę mocna – powiedział – Jakieś pytanie, czy wszyscy nadążają z tematem?
                Widziałem, że ręka Dziary podniosła się.
- Ja mam pytanie – stwierdził.
- Słucham.
- Jak ogólnie ma wyglądać współpraca między obozami? No bo na razie ustaliliśmy, że stworzymy punkt w Płocku, oraz oczyścimy trasy pomiędzy naszymi obozami, ale co dalej? – zapytał.
- To proste. Kiedy wszystkie dzisiejsze założenia uda nam się osiągnąć będziemy sobie pomagać. Wiem, że pomiędzy waszymi obozami istniała pewna współpraca, ale ta będzie znacznie bardziej rozwinięta. Będziemy wysyłać patrole, które będą sprawdzały, czy pozostałe osoby dobrze sobie radzą, a gdy ktoś poprosi o pomoc pozostali mu pomogą. Tak samo gdy stado zombie pojawi się bliżej myślę, że ewakuacje do innych obozów, żeby ominąć zagrożenie będą wręcz… wskazane – wytłumaczył.
- Skąd pewność, że każdy będzie się tego trzymał? – zapytał Dziara.
- Dzisiaj zaufaliście mi, kompletnie obcemu człowiekowi i przyjechaliście do Inowrocławia, żeby uczestniczyć w spotkaniu, chociaż mogłem zastawić na was pułapkę i pozbyć się dowództwa każdego obozu bez żadnego problemu. Czy nie uważacie, że to jest fundament tego, co możemy zbudować. Zaufajmy sobie. Zauważcie, że jest was teraz tylu i wciąż macie broń. W każdej chwili możecie złapać takiego kalekiego człowieka jak ja i zabić. Jednak tego nie robicie – wytłumaczył.
                Przez sale ponownie przebiegły szepty. Nawet Kuba i jego dwóch ludzi, którzy siedzieli przy mnie o czymś cicho rozmawiali. Ja w głowie jednak wciąż miałem Feline. Nikt, oprócz ludzi z Płońska, nie wiedział jeszcze, co jej się przytrafiło. Bałem się, że nikt nam nie pomoże, chociaż po tej przemowie Bena poczułem nasionko nadziei, kiełkujące gdzieś w środku.
- Dobrze, skoro to już ustaliliśmy to może przejdźmy do waszych pytań. Zacznijmy od Drugiego Posterunku – zapowiedział Ben.
Łysy mężczyzna, reprezentująca Drugi Posterunek, długo pytał o możliwości wykorzystania helikoptera w zwiadach okolic. Wypytywał też o naprawdę dziwne rzeczy dotyczące sojuszu. Sam nie słuchałem go do końca, bo powoli układałem w głowie jak ma wyglądać przemówienie dotyczące Feline, ale słyszałem urywki jego pytań i dyskusje, którą te pytania wywołały.  Kapitan wyraźnie wydawał się nienawidzić Złomiarzy tak samo jak ja, ponieważ zapytał otwarcie o plany odnośnie nich. Ben odpowiedział mu.
- Właściwie co do samej grupy nie mam jeszcze planów, ale myślę, że trzeba będzie się z nimi rozprawić. Chociaż oznacza to ogromne straty. Odkąd zaczęła się ta epidemia, walczyliśmy głównie z trupami. Oczywiście z małymi wyjątkami. Teraz jednak musielibyśmy wymordować całe mnóstwo ludzi. Nad tym trzeba będzie jeszcze trochę popracować – stwierdził zamyślonym tonem Ben.
- To by było na tyle, skoro tak – powiedział Kapitan.
- Dobrze, to teraz może grupa z Torunia? – zaproponował Ben.
- Może zacznę od bardziej osobistego pytania Ben. Skąd tyle wiesz? – zapytał Dziara.
- Pracuje nad tym, żeby przydać się światu odkąd jeżdżę na wózku. Nie mogę walczyć. Nie będę bohaterem dziesiątkującym zombie. Mogę za to być cennym źródłem informacji. Moi ludzie przynoszą mi raporty, a ja je czytam i analizuje. Stąd moja wiedza – wytłumaczył.
- Wydajesz się wiedzieć tyle, jakbyś miał co najmniej stado szpiegów na własne usługi. Ale dobrze nie mówmy już o tym. Tak się składa, że rzeczywiście zależy mi na zbudowaniu tej naszej, małej sieci. Chciałbym zaproponować, żeby założyć dodatkowe posterunki, mniej więcej w połowie każdej trasy. To byłyby bardzo ważne punkty strategiczne, które zdecydowanie pomogłyby nam utrzymać to wszystko w dobrym stanie. Co ty na taką propozycję? – zapytał Dziara.
- Pomysł brzmi dobrze, ale myślę, że musimy wszystko robić małymi krokami. Wszystko po kolei. Jednak nie zmienia to faktu, że po oczyszczeniu dróg i zbudowaniu punktów strategicznych to będzie najlepsze, co możemy zrobić – stwierdził Ben.
- Więc z okazji tego, że będziemy razem współpracować, zaproponuje to pierwszy, jako dowódca największego obozu w okolicy, czy ktoś potrzebuje pomocy? Zapasów, czegokolwiek? – zapytał Dziara.
                To była ta chwila. Musiałem zaraz zacząć mówić, ale chciałem dać dokończyć Dziarze. Po tych słowach zrozumiałem, że szansa na odbicie Feline robi się naprawdę realna.
- Ja będę miał prośbę, jednak wolę ją poruszyć, jak zacznie się moja kolej – zapowiedziałem.
- Ja z kolei z chęcią przyjmę pod dach mojego obozu każdego naukowca. Przeprowadzam w wolnych chwilach szeregi badań, które mogą nam pomóc zrozumieć zarazę, a kto wie, może pewnego dnia uda nam się stworzyć antidotum. Więc jeżeli w Toruniu jest ktoś, kto się tym interesuje, a nie ma miejsca do pracy, zapraszam do Inowrocławia. Mamy własne laboratorium, z całkiem sensownym wyposażeniem – powiedział Ben.
- W Toruniu na pewno znajdą się osoby chętne. Sami próbowaliśmy zbudować laboratorium, ale zebranie potrzebnych składników zajęłoby wieczność. Dlatego gdy wrócę już do Torunia, z pewnością kogoś tu wyślę. Jest jeszcze sprawa tego stada. Wiadomo skąd ono nadchodzi? Znaczy się rozumiem, że ze wschodu, ale te stada nigdy nie były takie duże. To musi być jakaś połączona grupa – zauważył dowódca Ostoi.
- Przyznam, że akurat tego nie wiem, ale z racji iż wschód jest mocno zniszczony, podejrzewam, że po prostu trupy żerujące w większych miastach w końcu spotkały się i ruszyły dalej wspólnie. Według moich badań te istoty nie są takie głupie na jakie wyglądają. Mają wyostrzone zmysły, oraz instynkt łowcy, jeżeli mogę sobie pozwolić na takie słowa. Z chęcią podrzucę wam wyniki moich badań, bo naprawdę mógłbym o tym długo opowiadać – powiedział uśmiechając się.
- Z chęcią rzucimy na nie okiem. Informacji o przeciwniku nigdy zbyt wiele – odpowiedział Dziara – I to by było na tyle, jeżeli chodzi o moje pytania. Miałem ich całkiem sporo wyjeżdżając z Torunia, ale wszystko już właściwie zostało poruszone.
- To teraz twoja kolej – powiedział Ben patrząc na mnie.
                Wiedziałem, że teraz musiałem dobrze przedstawić swoje racje, jeżeli chciałem żeby ci ludzie mi pomogli.
- Jak pewnie zauważyliście nie ma z nami Feline, wspaniałej kobiety, która stworzyła obóz w Płońsku – zacząłem podnosząc głos – Stało się tak ponieważ ma kłopoty, została porwana i przyjechałem tutaj głównie po to, żeby jej pomóc. A tą pomocą jesteście wy. Potrzebuje ludzi, żeby ją odbić. Przyda się każdy, kto jest na tyle wytrzymały i odważny, żeby mi pomóc. Ja osobiście jestem zdolny przejść przez to pieprzone stado zombie zombie, wybijając każdego po kolei, żeby tylko znów ją zobaczyć – ciągnąłem.
- Została porwana? – zapytał z niedowierzaniem Ben.
- Niemożliwe. Przecież zaledwie dwa dni temu byliście u mnie w Ostoi – zauważył Dziara.
- Podczas drogi powrotnej wpadliśmy w zasadzkę. W zasadzkę Złomiarzy – przez sale przebiegł pomruk zdziwienia – Mają ją teraz, a nasz obóz nie ma szans w pojedynkę. Jest nas po prostu zbyt mało, a ich o wiele za dużo. Mówiliście wcześniej o tym, że trzeba z nimi skończyć, po tym jak umocnimy sieć pomiędzy naszymi obozami. Nie będzie sieci, bo bez niej obóz w Płońsku nie istnieje.  Dlatego proszę was, a wręcz błagam o pomoc. Każda jedna osoba się liczy. Liczę też na odpowiedni plan przygotowany przez tak wielki umysł jak twój, Ben – powiedziałem i odetchnąłem. Głos zaczął mi drżeć.
                W sali przez dłuższą chwilę słychać było tylko rozmowy. W końcu zobaczyłem, że ktoś z grupy Toruńskiej wstaje. Rozpoznałem go. Był w naszym obozie dwa razy. Kierowca Zbłąkanego Ocalałego.
- Ja pomogę. Jestem to jej winny. Uratowała mi życie i to dwukrotnie – powiedział.
Poczułem, że krew zaczyna mi szybciej pulsować, kiedy kolejne osoby z różnych stołów zaczynały wstawać. W końcu stał prawie cały stół z Ostoi oraz parę osób z Inowrocławia.
- Odbijemy ją z rąk tych skurwieli – obiecał Erni.
Chociaż obrady trwały dalej ja byłem tak zszokowany, ze nie mogłem się na nich skupić. Pierwszy raz odkąd zaczęła się apokalipsa zombie zostałem pozytywnie zaskoczony przez ludzi. Gdy słuchałem Bena, który opowiadał o strukturze obozów Złomiarzy i planował z całą resztą odbicie Feline, zrobiło mi się ciepło na sercu. Rozmowy trwały jeszcze prawie godzinę. Wszystko było zaplanowane, a drużyna odbijająca Feline ustalona. Wszystko miało się już zacząć kolejnego dnia. Wychodząc z budynku z całą resztą ocalałych podziękowałem im, a szczególnie Erniemu, który zaczął całą akcję. Gdy do niego podszedłem ten uśmiechnął się, a blizna na jego twarzy przyjęła dziwny kształt.
- Oko za oko, ząb za ząb – powiedział uciskając mi rękę – Odbijemy ją.

środa, 9 września 2015

Rozdział 14: Czynnik

Rozdział 14, kolejny z perspektywy Irka. Wieczór i ranek przed Wielkim Spotkaniem Ocalałych to nie tylko emocje, ale także niezręczne momenty pomiędzy grupami. Jak to się zakończy? Czy Inowrocław to pułapka, czy zwykłe miejsce? Zapraszam do czytania, a następnie proszę o komentarz oraz rozesłanie bloga znajomym.

POV:
Rozdział 14 - Irek - Dzień 7-8
Bobru - Dzień 7-8 - Przebywa na terenie Inowrocławia
Olaf - Dzień 7-8 - Przebywa na terenie Inowrocławia

---------------------------------------------

Rozdział 14 (Irek): Czynnik


                Od razu w chwili, w której zdałem sobie sprawę, kto wszedł do pomieszczenia spojrzałem na Łapę. Nie pożałowałem. Emocje, jakie pojawiły się na jej twarzy były absolutnie bezcenne. Widziałem tam mieszankę złości, radości i czegoś czego nie potrafiłem zidentyfikować. Otworzyła usta jakby chciała coś powiedzieć, ale nie do końca wiedziała co. Ja z kolei też nie wiedziałem jak zareagować. Ben powiedział, że przyjedzie tutaj Dziara, ale nie wiedziałem, że wraz z nim pojawi się aż tyle osób. Osób, o których trochę słyszałem z opowieści Łapy i innych członków naszej grupy. Miałem wrażenie jakby w pomieszczeniu pojawiła się sama dzikość.
Mężczyźni byli w większości zarośnięci i ogromni, szczególnie jeden, który przewyższał wszystkich o głowę i miał przewieszony ogromny miecz na plecach. Była tam też jedna kobieta, bardzo ładna, z rudymi włosami związanymi w warkocz podobny do tego, który miała Łapa. Czułem, że napięcie rośnie, a także bałem się trochę tego co stanie się gdy Dziara zauważy mnie. W końcu więził mnie tak długi czas i na pewno nie ucieszył się z faktu, że Łapa i reszta pomogli mi uciec.
Ben westchnął cicho, a Dominika i Roman wymienili się spojrzeniami. Cała grupa, w której naliczyłem w sumie dziesięć osób, stanęła po drugiej stronie stołu wyraźnie rozglądając się i analizując. W końcu odezwał się przywódca Inowrocławia.
- Cieszę się, że skorzystaliście z mojego zaproszenia, chociaż przyznam, że nie spodziewałem się aż tak dużej grupy, nawet biorąc pod uwagę wielkość twojego obozu Dziara – zaczął miłym, lecz stanowczym głosem – Jestem Ben i to ja dowodzę obozem, w którym się znajdujecie. Osoby, które tu ze mną siedzą mają pomóc w nadchodzącym spotkaniu i w pełni im ufam.
Nawet stąd widziałem, że Dziara ze zdziwieniem patrzy na Bena, podobnie jak my nie mogąc uwierzyć, że człowiek, który miał taki szacunek w okolicy jeździ na wózku. Nie dał jednak tego po sobie poznać, gdy się odezwał.
- To ciekawe, że dwójka z tych osób to dawni członkowie mojej społeczności, w tym jeden z nich jest groźnym przestępcą nawet jak na te parszywe czasy – stwierdził Dziara.
- To już mój problem. Nie twój. Mam nadzieję, że będziecie potrafić się zachować, bo sprawa jest naprawdę ważna i szkoda marnować takiej okazji na prywatne zatargi – w tym momencie spojrzał dosyć wymownie na Bobra. Chociaż widziałem go pierwszy raz na oczy od razu dało się zgadnąć, że to jest właśnie on. Był znacznie młodszy ode mnie, chociaż jego zarośnięta i zmęczona twarz dodawała mu trochę wieku. Ubrany był jakby właśnie wracał z zwiadu, z nożem i pistoletem przytroczonymi do pasa. Spoglądał na całą sytuację nieobecnym, zimnym wzrokiem nie wyrażającym prawie żadnych emocji.
- Po prostu chciałem cię ostrzec. Jeżeli ona była zdolna – tu wskazał Łapę – żeby uciąć mi kciuki w ramach swojej chorej zemsty, to kto wie czy nie zrobi tego samego tutaj – widziałem jak Łapa już chciała coś powiedzieć, ale Ben przerwał jej unosząc rękę.
- Dosyć. Nie jestem pocieszony tym, że tak zaczęliśmy tę rozmowę, ale rozumiem, że emocje zabuzowały i tak się po prostu stało. Nieważne. Konrad i Garbus pokażą wam wasze noclegi i potem spotkamy się jeszcze, żeby ustalić co nie co. Szczególnie z tobą Dziara. Mam informacje, które z pewnością cię zainteresują jeszcze przed spotkaniem – zaproponował.
                Spotkanie zakończyło się, a grupa z Torunia powoli zaczęła opuszczać budynek. Zobaczyłem, że Łapa także wstaje, więc zacząłem iść wzdłuż stołu za nią, kiedy poczułem dosyć silny ucisk na moim ramieniu.
- Przypilnuj, żeby nie zrobiła nic głupiego. Proszę – poprosił Ben, a ja kiwnąłem tylko głową, na znak, że zrozumiałem.
Wybiegłem tuż za nią i zrównaliśmy krok. Szła w zupełnie inną stronę niż grupa z Torunia, co mnie ucieszyło.
- Nie prowokuj ich, wiesz jacy są – zacząłem.
- Proszę cię odpieprz się Irek – syknęła cicho, jakby nie do końca miała siły, żeby mówić.
- Obiecaj mi, że do obrad nie zrobisz nic głupiego – poprosiłem.
Nie odezwała się i w sumie nie wiedziałem, co to może oznaczać, ale byłem pewien, że jak Łapa będzie chciała coś zrobić, to to zrobi. Bez względu na konsekwencje.
                Po słońcu nie było już śladu i po chwili obóz zaczęły oświetlać lampy uliczne. Ludzie zdawali się być poruszeni, a niektórzy wręcz spoglądali na nas z czystą wrogością. Rozumiałem ich. Na pewno byli tacy, którzy nie do końca ufali Benowi z jego planem polegającym na zjednoczeniu okolic, szczególnie, że nie byliśmy normalnymi ludźmi i każdy w głębi obawiał się rozlewu krwi. Ja postanowiłem, że będę trzymał się Łapy, a zarazem chciałem trzymać się z dala od problemów, chociaż przy niej to nie było do końca możliwe.
- Witaj Łapo – usłyszeliśmy głęboki głos za plecami.
Odwróciliśmy się wspólnie. Na ławce przed nami, siedział rosły mężczyzna. Był nieco otyły, ale widać też było wyrzeźbione w jego ciele mięśnie, które sprawiały, że wyglądał jakby się nie mieścił do końca w swoich ubraniach. Na oku miał opaskę, która przypominała mi tą, którą nosił Dominik, jeden z radców Bena.
                Spojrzałem na Łapę. Tym razem jej twarz nie przedstawiała zbyt wielu emocji. Raczej ulgę.
- Hej mięśniaku – przywitała się.
- Kto by pomyślał, że ten świat taki mały –zaczął rozmyślać mężczyzna robiąc nam miejsce na ławce –Przyjechaliśmy tutaj przed wyjazdem z Torunia, aby ruszyć waszym śladem, a znaleźliśmy was właśnie tutaj. Niesamowite…
Łapa usiadła obok mężczyzna, a ja poszedłem w jej ślad.
- To prawda. Chociaż nie jestem pewna, czy cieszę się, że was widzę – powiedziała, po czym spojrzała na mnie – Swoją drogą to jest Irek. Były więzień Dziary. Irku to jest Łowca.
Podaliśmy sobie ręce, a człowiek nazwany Łowcą roześmiał się.
- Dziara zmienił się. Jeżeli jakkolwiek obawiasz się tego, co mógłby zrobić to przestań. Po tym jak przejął władzę stał się innym człowiekiem. Chociaż podejrzewam, że twoja terapia szokowa na pewno też miała w tym swój udział – powiedział pokazując kciuki.
Łapa roześmiała się.
- Na was mężczyzn, tylko takie bodźce działają skutecznie – stwierdziła – Ale dla twojej wiadomości nie obawiam się Dziary, ja po prostu…
- Obawiasz się Bobra – dokończył.
- Och pieprz się – uderzyła go żartobliwie w prawe ramię.
- Wiesz, tak między nami to był całkiem wierny – zażartował mężczyzna.
- Nawet nie zaczynaj. Nie chcę go widzieć, skończymy co mamy do zrobienia tu i ruszamy dalej – odpowiedziała.
                Zastanawiała mnie historia tej całej sprawy z Bobrem. O co poszło i dlaczego teraz jest jak jest. Łowca jakby czytał mi w myślach.
- Właściwie o co w tym wszystkim chodzi? O ile mogę wiedzieć – dodał po chwili.
- Nie możesz – odpowiedziała stanowczo.
- Jak chcesz. Po prostu nie chcę niepotrzebnych kłótni – powiedział obojętnym tonem.
- Bobru ma szczęście, że jest otoczony takimi ludźmi – włączyłem się do rozmowy.
- On szanuje nas, my szanujemy jego. Pomógł nam wiele razy, tak samo jak my uratowaliśmy wiele razy jego. Taka mała wymianka przysług – wytłumaczył Łowca – Dobra skoro pogadaliśmy to ja lecę. Musze sobie zaklepać wygodne wyrko przed resztą – powiedział uśmiechając się i odszedł w stronę budynków mieszkalnych.
- Nie rozumiem… - zacząłem.
- Nie musisz – odpowiedziała – Chodź.
                Wróciliśmy do naszych przyczep. Przy jednej z nich skinieniem głowy przywitaliśmy kobietę, która mieszkała w sąsiednim aucie. Łapa ucieszyła się gdy zobaczyła całą naszą grupę, rozmawiającą o czymś. Stuknęła dwa razy w drzwi, żeby wszyscy zwrócili na nią uwagę i przemówiła.
- Ej gromada, słuchajcie!
W przyczepie zapadała cisza. Całkowita cisza.
- Jak wiecie, albo nie do Inowrocławia przyjechała delegacja z Torunia na czele z Bobrem i Dziarą. Wiem, że nie ma między nami otwartej wrogości, jednak wiedźcie, że chcę uniknąć wszelkich sprzeczek, co za tym idzie daje wam wybór. Albo zostajecie ze mną i unikacie kontaktów z nimi, albo po prostu dołączcie do grupy Bobra. Nie będę zła. Zrozumiem.
Wszyscy wciąż milczeli. Miczi oraz Krystian patrzyli na siebie, a Marta i Młoda patrzyły nieco zaniepokojonym wzrokiem gdzieś przed siebie.
                Łapa poczekała jeszcze trochę aż westchnęła.
- Czyli mam rozumieć, że posłuchacie mnie i nie będziecie się mieszać?
- Uciekliśmy, więc teraz nie ma o czym gadać. Mamy swoje plany – powiedziała Miczi, jakby w imieniu całej grupy.
- Dobrze więc. Najlepiej jak zaraz pójdziemy spać i po prostu wstaniemy jutro na spotkanie, a następnie po ustaleniu wszystkiego ruszymy w swoją drogę. Albo zostaniemy tutaj. Zobaczymy – mówiła Łapa, jakby zastanawiając się sama co byłoby najlepszym wyjściem.
                Ludzie posłuchali jej i po chwili w przyczepie zgasło światło, a wszyscy zaczęli układać się do snu. Ja, chociaż szanowałem zdanie Łapy, nie potrafiłem zasnąć tak szybko, więc postanowiłem wyjść i przejść się jeszcze, żeby poobserwować sytuacje w obozie. Trafiłem idealnie, bo gdy opuszczałem pole kempingowe zobaczyłem, że przez bramę wpuszczany jest kolejny samochód. Zastanawiałem się czy to może być ktoś z kolejnych gości i chyba zgadłem bo zobaczyłem Bena, który wita łysiejącego mężczyznę oraz paru innych ludzi, którzy z nim przyjechali. Z tego co zdążyłem się zorientować oprócz delegacji z Torunia mieliśmy zobaczyć także ludzi z Drugiego Posterunku oraz obozu w Płońsku.
                Zaciekawiony podszedłem bliżej i zobaczyłem Garbusa, który obserwuje całą sytuację z boku oparty o mur.
- Kto to jest? – zapytałem.
- Ludzie z Drugiego Posterunku. Widzisz tego łysego kolesia? To Kapitan. Ciekawa sprawa, ogarnij, że posterunek zamienił się z czasem w obóz większego kalibru i właściwie stał się odrębnym miejscem, do którego przychodzą nowi ludzie. Nieźle, co? – wytłumaczył.
- Całkiem imponujące ­– przyznałem – Ktoś jeszcze ma przyjechać?
- Nie, to już wszyscy.
- A grupa z Płońska? – zapytałem.
- Oni już tu są – odpowiedział krótko.
- Tak? Kiedy przyjechali? Jakoś ich nie widziałem – zauważyłem zdziwiony.
- Znaleźliśmy ich z Kondziem na wypadzie. Jak odwoziliśmy Damiana. Cztery osoby, to niedużo, ale coś czuje, że sporo namieszają na tych obradach – założył.
- Dlaczego tak uważasz? – zapytałem.
- Sam zobaczysz jutro. A teraz radziłbym ci iść spać. Jutro naprawdę będzie nas czekał bardzo ciężki dzień.
                Odszedłem od niego bez słowa, ale nie wróciłem jeszcze do przyczepy. Chciałem jeszcze poobserwować to, co będzie się działo, oraz po prostu odpocząć. Dosiadłem się na ławce do młodszego ode mnie mężczyzny z kozią bródką. Rozpoznałem w nim człowieka Dziary i dobrze pamiętałem z sali, w której się witaliśmy z grupą z Torunia. Kiwnąłem do niego głową na znak przywitania. On zdawał się mnie kompletnie nie poznawać.
- Ciężki dzień, co? – zagadał.
 - Dosyć. Masz może papierosa? – zapytałem z nadzieją, ze zapalę.
- Jasne – powiedział i podał mi pogięte opakowanie fajek z rozmytą etykietą. Wyciągnąłem jednego dziękując i odpalając o zapalniczkę, którą mi podał. Zaciągnąłem się. Poczułem jak dym spływa mi do płuc. Dawno nie paliłem, chociaż kiedyś lubiłem zajarać okazjonalnego papierosa.
- Dymitr – powiedział wyciągając do mnie rękę.
- Irek – zasepleniłem z papierosem w buzi.
- Jesteś stąd? – zapytał puszczając obłok dymu.
- Nie. Właściwie to ostatni większy obóz w jakim byłem to Toruń – powiedziałem nie chcąc go oszukiwać.
                Rozszerzył oczy ze zdziwienia.
- Ja też jestem z Torunia, ale jakoś cię nie kojarzę – powiedział.
- To dłuższa historia – odpowiedziałem uśmiechając się smutno.
- Jak uważasz. Mi tam w sumie w Toruniu się podoba, chociaż nie zabawię tam długo. Podążam za marzeniami… rozumiesz? – zapytał.
- W pełni – powiedziałem myśląc o Łapie.
- A tak poza tym to umieram z nudów. Te spotkanie pewnie będzie najnudniejszym wydarzeniem w ostatnich tygodniach, ale cholera wie – powiedział.
- Mam nadzieję, że będzie ciekawie. Zawsze czegoś można się dowiedzieć – stwierdziłem.
- Też bierzesz w nim udział? – zapytał zaciągając się – To będzie otwarte spotkanie czy jesteś kimś ważnym?
- W sumie ani to, ani to. Po prostu udało mi się wkręcić. A ty? – zapytałem.
- To samo. Zawsze pozostaje w cieniu, ale to chyba mi nawet odpowiada. Ja jestem od pomagania, a nie od rządzenia jak Dziara lub Bobru.
- Wiesz, nie bycie kimś ważnym nie zmienia faktu, że można robić coś ważnego – powiedziałem mądrze.
- Dobrze gadasz. To co, jutro na Spotkaniu? – zapytał wstając.
- Jutro na spotkaniu – powiedziałem gasząc niedopałek o ławkę i rzucając go za siebie.
                Gdy odchodziłem w stronę przyczep coraz bardziej zastanawiała mnie postawa Łapy wobec tych ludzi. Co prawda poznałem dopiero dwójkę, ale sprawiali naprawdę dobre wrażenie.  Byłem coraz bardziej ciekaw jutrzejszego dnia, więc gdy doszedłem do przyczepy położyłem się spać w wolnym miejscu.
                Rano, gdy się obudziłem, praktycznie wszyscy też się zaczęli przebudzać. Spotkanie miało się odbyć dzisiaj w południe, a wydarzenie było na tyle ważne, że nikt nie mógł spać spokojnie. Wstałem, napiłem się wody i nieco ogarnąłem po czym opuściłem przyczepę, żeby zaczerpnąć świeżego powietrza. Ludzie z sąsiednich przyczep rozmawiali ze sobą na wiadomy temat. W całym obozie panowało poruszenie. Wyszedłem na uliczkę przed polem kempingowym, gdzie postanowiłem poczekać na resztę. Zanim, po dziesięciu minutach, do mnie doszli zdążyłem zauważyć grupę z Torunia, która przechodziła niedaleko rozmawiając ze sobą, oraz przynajmniej trzy patrole straży, które dzisiaj miały wyjątkowo trudne zadanie bronić granic obozu oraz dodatkowo pilnować porządku na samych obradach.
                Łapa wyglądała dzisiaj wyjątkowo bojowo. Jak zwykle ubrana na czarno, tak samo wystroiła swoją siostrę. Szły ramię w ramię wyglądając jak lustrzane odbicia, z tą różnicą, że jedna była wyższa i bardziej kobieca, a druga niższa z wyjątkowo delikatną, dziewczęca urodą. Miczi i Krystek też nieco ładniej się ubrali i szli tuż za siostrami. Ja wraz z mała Martą zamykałem pochód.
- Co będziemy tam robić? – dopytywała się.
- Zmieniać mała – odpowiedziałem tajemniczo.
- Ale co?
- Nasze życia. A być może też cały świat – powiedziałem zamyślając się.
- Nie wiem czy chcę coś zmieniać – odpowiedziała niepewnym głosikiem.
- Ze zmianami tak już jest, że człowiek nie jest ich pewien, ale gdy w końcu nadchodzą przyjmuje je z podniesioną głową – wytłumaczył jej.
- Od kiedy mój tata zginął wiele się zmieniło – stwierdziła.
- I jak oceniasz te zmiany? – zapytałem zaciekawiony jej zdania.
- Sama nie wiem. Jest teraz inaczej…
- Po tym jak wyjdziemy z tego budynku też będzie inaczej – powiedziałem.
                Przed budynkiem zauważyłem wszystkie pozostałe grupy, oraz ludzi z Inowrocławia. Łysy mężczyzna, nazywany Kapitanem rozmawiał zacięcie z Dziarą, a mała grupa z Płońska trzymała się na uboczu. Jeden z mężczyzn tłumaczył coś pozostałej trójce wymachując żywiołowo rękami. Nagle rozległ się dźwięk pochodzący z głośnika zawieszonego przed drzwiami. Dźwięk grał tak długo, aż na placu zrobiła się całkowita cisza. Wydawało się, ze nawet ludzie z sąsiednich budynków wstrzymali oddech. Głośnik umilkł na chwilę, a potem usłyszeliśmy głos Bena.

- Witam was wszystkich. Na początku, zanim wejdziecie do środka chciałbym wam podziękować za zaufanie mi i przybycie tutaj. Dodatkowo mam na uwadze, że nie wszystkie grupy za sobą przepadają i chcę wam tylko przypomnieć, że jeżeli z mojego planu ma coś wyjść to musimy połączyć siły i zapomnieć o dawnych sporach. Wiem, że jesteście do tego zdolni i mam nadzieję, że gdy wejdziecie do środka to będziecie przestrzegać zasad. A teraz wchodźcie! Tylko bez przepychanek – zażartował na koniec. Łapa spojrzała na mnie, a ja tylko kiwnąłem głową. Obserwowaliśmy jak po kolei do środka wlewają się kolejne grupy – najpierw Toruńska, potem ludzie z Drugiego Posterunku, następnie z Płońska, a na koniec my. Spotkanie w końcu się zaczęło.

piątek, 4 września 2015

Rozdział 13: Zwykły człowiek

Rozdział 13, kolejny z perspektywy Bobra. W poprzednim rozdziale dowiedzieliście się jak do Inowrocławia trafiają ludzie z Płońska, a w tym dotrzeć tam spróbują ludzie z Torunia. Po przeczytaniu proszę o komentarz i rozesłanie bloga znajomym.

POV:
Rozdział 14 - Bobru - Dzień 7
Irek - Dzień 7 - W tym czasie jest już w Inowrocławie i spotyka Bobra i resztę w sali z Benem
Olaf - Dzień 7 - Prawdopodobnie znajduje się już na terenie obozu w Inowrocławie.

---------------------------------------

Rozdział 13 (Bobru): Zwykły człowiek


                Wstałem i przeciągnąłem się. Średnio pamiętałem co działo się wczoraj wieczorem. Alkohol pomieszany z rozbiciem psychicznym tworzyły kombinację, której udało się bez większych problemów zachwiać moim życiem. Zastanawiałem się, co zrobić aby wyjść na prostą, ale nic nie przychodziło mi do głowy. W końcu wczoraj było ze mną naprawdę źle. Ten człowiek, którego zabiłem nie zasłużył na to, żeby być moją ofiarą. Chociaż zabijanie było czymś normalnym w świecie apokalipsy zombie, to nie zmieniało faktu, że czasami trzeba się powstrzymać, a ja straciłem panowanie nad sobą. Co jeżeli takie coś zdarzy się gdy będę z kimś z mojej grupy i przez przypadek zranię kogoś mi bliskiego.
                Te myśli nawiedzały mnie i sprawiały, że traciłem jakikolwiek pozytywny wgląd na świat. Wszystko zrobiło się całkowicie szare jakby nadchodziła zima, a nie lato. Wstałem i ubrałem się, odsłaniając zasłony i wyglądając za okno. Dzisiaj był dzień wyjazdu i musiałem ostatecznie przygotować się na wszystko, bo bez względu na to czy to była pułapka czy nie, to wyprawa nie zapowiadała się na przyjemną wycieczkę, a raczej coś, co zaważy o losach okolicznej ludności.
                Zebrałem wszystkie potrzebne rzeczy, wypiłem kubek wody i wyszedłem, zamykając za sobą drzwi. Musiałem zjeść porządne śniadanie bo czułem, że to jakkolwiek może postawić mnie na nogi. Zszedłem, szybkim krokiem, po schodach i wyszedłem na zewnątrz obserwując piękne słońce na bezchmurnym niebie.  Czy to dobry omen, zapytałem sam siebie mając szczerą nadzieję, że tak. Było tak ciepło, że musiałem rozpiąć bluzę, bo zaledwie po chwili moje czoło przepłynęły krople potu.
                W barze przywitał mnie Czarek oraz jeden z bywalców, którego imienia nie znałem. Ucieszyłem się, gdy dowiedziałem się, że dzisiaj jest szansa zjedzenia jajecznicy oraz wypicia herbaty, więc od razu zamówiłem dużą porcję. Usiadłem przy jednym ze stolików i zacząłem jeść. Zastanawiałem się jak ostatecznie przebiegło moje spotkanie z Rudą, bo z samych rozmów pamiętałem niewiele. Postanowiłem, że spytam ją gdy tylko nadarzy się ku temu okazja.
                Po zjedzeniu posiedziałem jeszcze chwilę, czując się nieco lepiej, żeby dopić herbatę. Wtedy do baru wszedł Dziara wraz z Ernim. Kiwnąłem głową żeby się z nimi przywitać.
- Hej stary – powiedział Erni.
- Bobru dzisiaj jest ten dzień – zaczął Dziara.
- Wiadomo, o której wyjazd? – zapytałem.
- Planujemy wyjechać popołudniu i pod wieczór być już na miejscu – zapowiedział przywódca Ostoi.
- Wiadomo ile osób jedzie? – zadałem kolejne pytanie.
- Właściwie to nie do końca, ale zaraz to ustalimy. Póki co przekazałem władze tymczasową Szeryfowi – zaczął. Cóż za straszne czasy nadeszły, pomyślałem wyobrażając sobie mieszkańców Ostoi, którzy będą musieli mocno naginać się do dziwnych zasad Szeryfa – Chciałbym zabrać oprócz ciebie i Erniego paru twoich ludzi – powiedział.
                To akurat zdziwiło mnie nieco.
 - Moich ludzi? Dlaczego? – zapytałem.
- Ponieważ jesteście dosyć szanowani w okolicy, nawet jak o tym nie wiecie. Tutejsi ludzie widzą tylko świat zza murów swoich obozów. Wy byliście w drodze przez taki czas, a to się zdecydowanie ceni. Zresztą myślałem, że ucieszysz się, że będziesz mógł mieć oko na swoich – zdziwił się Dziara.
- Nie wiemy jeszcze czy to pułapka czy nie – stwierdziłem sucho.
- Będziemy ostrożni obiecuje – zapewnił Dziara.
- To ilu ludzi mam zwołać?
Dziara podrapał się po głowie.
- Coś koło siedmiu. Dziesięcioosobowy oddział powinien godnie reprezentować Ostoję.
- Pomieścimy się w wozach? – kolejne pytanie wyleciało z moich ust.
- Pojedziemy Zbłąkanym. Jeżeli nie ruszam w trasę to chociaż weźmiemy mój pojazd, może akurat ktoś go rozpozna i się do nas dołączy. Ewentualnie nakierujemy go na Toruń – wytłumaczył Ernest.
- Brzmi solidnie. Niech i tak będzie, lecę ogarniać jakichś ochotników – zapowiedziałem wstając.
- Cieszę się, że nie masz nic przeciwko – odpowiedział twardo Dziara i również wstał – W takim razie przygotuj siebie i resztę, a my z Ernim zapakujemy autobus w potrzebne zapasy i przygotujemy go do drogi. Spotkamy się za trzy godziny pod południowym wyjazdem.
- Ok – odpowiedziałem krótko i dopiłem herbatę odstawiając kubek z cichym trzaskiem na stół.
                Rozdzieliliśmy się przy drzwiach baru. Przed wyjściem podziękowałem Czarkowi za posiłek i odniosłem naczynia na bar. Musiałem się teraz zastanowić kogo wziąć do Inowrocławia. Chociaż nic mi się aktualnie nie chciało robić przez wyjątkowo gorący dzień to starałem spiąć się i dobrze pomyśleć, kto może mi się przydać.
                Na początku ruszyłem w stronę strzelnicy, gdzie często można było spotkać kogoś z mojej grupy. Zauważyłem ogólną tendencje do spotykania tam większości znajomych mi osób. Po drodze na południową część obozu mijałem mnóstwo mieszkańców i chociaż byłem pewny, że mi się to wydaje to zdawało mi się, że wszyscy obserwują mnie bacznie, szczególnie ci, którzy przechodzili obok mnie. Dotarłem na miejsce i rozejrzałem się. Strzelnica była aktualnie okupowana przez grupę strażników, ale zauważyłem też, że trenuje tam teraz Pablord wraz z siedzącym obok Józefem.
                Podszedłem do nich i przywitałem się.
- Co ksiądz robi na strzelnicy? – zapytałem żartobliwie.
- W tych czasach trzeba być gotowym na wszystko – odpowiedział z uśmiechem – Co cię tu sprowadza?
- Chciałem wam zaproponować wyjazd – powiedziałem tajemniczo – Mam nadzieję, że jesteście zainteresowani.
- Gdzie tym razem? – zapytał Pablord.
- Do Inowrocławia. Wraz z Dziarą i paroma innymi osobami. Potrzebuje solidnych osób, które mnie tam nie zawiodą. A więc? – zapytałem po chwili.
Obaj milczeli przez chwilę, a po chwili kiwnęli głowami. Pomimo tego, że Pablorda byłem pewien, to nie byłem przekonany co do brania Józefa, chociaż liczyłem na to, że da sobie radę. Nie mieliśmy jeszcze okazji dobrze się poznać, ale ten wyjazd wydawał się być wręcz idealny.
- Wiecie może gdzie znajdę Dymitra lub Giganta? – zapytałem.
- Widziałem ich z rana przy północnej barykadzie. Tam możesz ich poszukać – zaproponował Józef.
- Dzięki wielkie panowie. To wiele dla mnie znaczy. Bądźcie za trzy godziny gotowi do jazdy przy południowej bramie. Spakujcie tylko potrzebne rzeczy, bo reszta będzie już gotowa – powiedziałem na odchodne i ruszyłem w stronę północnej barykady. Byłem tak zatopiony w myślach i wspomnieniach ostatnich dni, że nie wiedziałem do końca, co ze sobą zrobić.
                Po paru minutach dotarłem do barykady przy, której aktualnie trwały prace umacniające. Pamiętałem jak dzisiaj zniszczenia spowodowane przez atak Złomiarzy i nie zdziwiło mnie specjalnie, że to miejsce wymaga zwiększonej uwagi. Parę strażników w pocie czoła dokładało dodatkowe wzmocnienia, a wszyscy byli dyrygowani przez Ewelinę, która siedziała na plastikowym krzesełku i wykrzykiwała różne hasła, typu „Przenieś to tam!”, albo „Co ty robisz? Dołóż ten worek gdzie indziej!”. Podszedłem do niej, a ta przywitała mnie serdecznie.
- Chcesz nam pomóc? – zapytała.
- Raczej nie. Niedługo wyjeżdżam coś załatwić. Szukam paru osób, jest tu ktoś z mojej grupy? – zapytałem.
- Hmm… tak. Gigant, Łowca i Rekin pomagają mi, nie mów, że chcesz ich zabrać – powiedziała.
- Tylko poprosić o coś – zapowiedziałem.
- To znajdziesz ich… tam! – pokazała palcem lewą stronę barykady, gdzie rzeczywiście zauważyłem moich przyjaciół.
                Podszedłem do nich i serdecznie się z nimi przywitałem przy okazji pomagając im z wyjątkowo ciężkim workiem.
- Co tam Bobru? – zapytał Gigant ocierając ogromną dłonią pot z czoła.
- Wyjeżdżamy za parę godzin i chcę żebyście ze mną pojechali. Sprawy Toruńskie – powiedziałem.
Łowca westchnął cicho.
- Cholera Bobru zamęczysz nas, ale wiesz nie ma problemu – powiedział lekko ironicznie.
- Jak wymiękacie to znajdę kogoś innego, nie ma problemu – powiedziałem wiedząc, że i tak ze mną pojadą.
- Dobra… dobra – zgodził się Łowca.
- A wy? – skierowałem pytanie do Giganta i Rekina.
- Jak trzeba to pojedziemy, w końcu się przydamy do czegoś więcej niż cholerne umocnienia – dodał Rekin.
- Chociaż nie przepadam za Dziarą to z tobą pojadę gdziekolwiek chcesz. Przecież wiesz stary – powiedział Gigant, a ja uśmiechnąłem się. Na nim mogłem polegać.
- Dzięki panowie. Dokończcie co zaczęliście tutaj z Eweliną  i za około trzy godziny bądźcie pod południową barykadą. Weźcie tylko bronie i ciuchy, reszta będzie na pokładzie – zapowiedziałem.
- Ta jest – odpowiedział Łowca. Pożegnałem się z nimi i ruszyłem dalej szukając dwóch ostatnich osób – Dymitra i Rudej. Nie miałem pojęcia, gdzie ich znaleźć, ale miałem nadzieję, że uda mi się to, bo na ich obecności również mi zależało. O ile Giganta czy Łowcę znałem już jakiś czas, to z tymi ludźmi dopiero się zaprzyjaźniałem, a takie wyprawy łączyły.
                Nieco zmęczony poszukiwaniami Dymitra i Natalii usiadłem na jednej z ławek, przyglądając się dzieciom bawiącym się w cieniu przy pomniku niedaleko Placu Głównego. W całej Ostoi było raczej mało dzieci, nie dziwiłem się w sumie, bo czasy były wystarczająco ciężkie bez dziecka, którym trzeba było się opiekować, ale jednak aż miło było na nie spojrzeć. Czy dożyją czasów, kiedy ta epidemia się skończy? A może nikt z nas nie miał dożyć tej chwili?
                Z przemyśleń wyrwał mnie głos Medyka, który podszedł do mnie i dosiadł się odpalając papierosa.
- Chcesz jarnąć młody? – zapytał.
- Nie palę – odpowiedziałem krótko.
- Bardzo mądrze – skwitował zaciągając się soczyście.
- Jak praca w lecznicy? – spytałem zmieniając temat.
- Ech w sumie nic specjalnego. Na misjach na bliskim wschodzie było gorzej. Tutaj jak ktoś dostanie od zombiaka to zazwyczaj zanim go przywiozą do mnie to już jest zakażony, a samych ran postrzałowych jest niedużo – odpowiedział – A jak twoja ręka?
Podczas buntu pod Kwaterą Główną zostałem lekko raniony nożem, rana nie była na tyle poważna żeby ją zszywać, czy chociażby specjalnie bandażować, wszystkim zajął się Dziara, ale widocznie Medyk usłyszał o tym z jakiegoś źródła.
- To było tylko draśnięcie. Nie to co u Filipa – stwierdziłem.
- Taa… Mój znajomy, którego niestety nie poznałeś, mawiał to samo gdy składałem go po różnych ranach postrzałowych. Szkoda, że nie ma go już z nami. Polubiłbyś go młody – wspominał starszy mężczyzna.
- Może teraz jest w lepszym miejscu – powiedziałem.
- Wierzę, że wszystko jest lepsze od tego gówna, co nas otacza – przyznał.
- Chyba nigdy tego nie mówiłem – zacząłem nagle – Ale chcę ci podziękować za to, że dowiozłeś moich ludzi do tego miejsca. A szczególnie tę dziewczynę – powiedziałem szczerze.
                Medyk zaciągnął się i długo nie odpowiadał.
- Nie ochroniłem jej jednak przed tym miejscem. Ani przed mordercą.
- Tego nie udało się zrobić nawet mi, chociaż miałem go przed nosem przez tak długo. Teraz już nie mam takiej szansy – powiedziałem.
- Jesteś dobrym człowiekiem młody. Nie obwiniaj się o wszystko bo to donikąd nie prowadzi.
- Wiem… ja wiem – odpowiedziałem powoli.
- Dobra. Koniec przerwy – powiedział wstając – Musze wracać do pracy. Trzymaj się.
- Hej – odpowiedziałem patrząc jak odchodzi.
                Na ławce spędziłem jeszcze parę minut myśląc o tym co powiedział mi Medyk. Wstałem w końcu i ruszyłem na dalsze poszukiwania. Dymitra i Rudą znalazłem w końcu w szklarni, gdzie siedzieli i rozmawiali na ławce. Gdy mnie zobaczyli przerwali i czekali aż podejdę.
- Bobru – powiedział na przywitanie Dymitr, podając rękę, którą uścisnąłem.
- Hej – przywitała się również Ruda.
- Zajęci? – zapytałem dosiadając się.
- Odrobinę, ale nie martw się i mów czemu nas szukałeś – stwierdził Dymitr. Widziałem, że był nieco zdenerwowany, a Ruda z kolei była smutna. Niestety ich problemy nie były moją sprawą więc kompletnie to zignorowałem.
- Wyjeżdżamy za około dwie godziny do Inowrocławia całkiem sporą grupą. Chciałem żebyście pojechali ze mną – zacząłem.
Spojrzeli się na siebie. Nie wiedziałem za bardzo, o co chodzi, więc po prosu czekałem na odpowiedź.
- Po co tam jedziemy? – spytała w końcu Natalia.
- Na spotkanie. Bardzo ważne dla okolic, a być może i dla nas, gdy będzie stąd wyjeżdżać – powiedziałem.
- Chcieliśmy spędzić trochę czasu we dwójkę – zaczął Dymitr.
- Ale jak trzeba pomożemy – dokończyła Ruda – W końcu jak weźmiesz i mnie i Dymitra to i tak będziemy razem – stwierdziła.
- To mogę na was liczyć? Świetnie. Za około dwie godziny bądźcie gotowi pod południowym wyjazdem. Weźcie broń i ciuchy, reszta będzie czekała na pokładzie – zapewniłem.
- Ok – odpowiedzieli wspólnie, a ja nie zaczepiając ich dłużej opuściłem szklarnie i poszedłem do domu wziąć prysznic i się przebrać oraz przygotować do drogi.
                Podobało mi się to jakim składem mieliśmy tam jechać. Byli to ludzie, którym ufałem i którzy już niedługo mieli wyjechać ze mną w drogę, gdzie działy się straszne rzeczy. Bez nich nie byłoby to możliwe. Można więc było powiedzieć, że to była próba generalna przed wielką podróżą. Po dwóch godzinach, odświeżony i gotowy do drogi byłem już przy południowej barykadzie. Szybko zauważyłem grupę ludzi krzątających się przy Zbłąkanym Ocalałym, który pierwszy raz od dawna był wymyty i nieco odnowiony.
- Czemu jedziemy tym złomem, a nie moim Potworem? – usłyszałem głos Łowcy.
- Sam jesteś złomem! – odkrzyknął Erni i zobaczyłem jak podchodzi do autobusu i głaszczę go czule – Nie słuchaj go kochany.
                Uśmiechnąłem się pod nosem i przywitałem z wszystkimi, których zaprosiłem, oraz Dziarą i Ernim.
- Jak samopoczucia? – zapytałem.
- Chujowo, ale stabilnie – wyszczerzył zęby Dziara.
- To, co jesteśmy gotowi? – zapytałem tym razem bardziej Erniego.
- No to jedźmy! – zawołałem dziarsko.
                Gdy bramy zamknęły się za nami, a my pomknęliśmy drogą na most nad Wisłą poczułem standardowy niepokój, tak jakby moje ciało przełączało się na tryb wzmożonej ostrożności. Wiedziałem, że do Inowrocławia mamy niewiele większą drogę niż na Drugi Posterunek, a Erni potrafił jeździć i znał okolicę jak własną kieszeń, więc nie martwiłem się czasem podróży. Dodatkowo niedaleko był Pierwszy Posterunek, co oznaczało, że w okolicy nie powinno być zbyt dużo zombie. Dopiero teraz przypomniałem sobie jak dawno nie widziałem przerażających stad trupów. Dobrze pamiętałem te z Kołodna, które spotkałem wraz z Ernim i Cinkiem uciekając przed ludźmi z Supraśla. Setki trupów podążających w tym samym kierunku, niczym nieumarła fala. To było przerażające.
                W samym autobusie atmosfera była pozytywna. Siedziałem tuż obok Dziary, który zamyślony patrzył za okno i obserwował chylące się coraz niżej słońce. W tym czasie reszta rozmawiała ze sobą, a Łowca opowiadał historię ze swojego życia ku uciesze reszty. Nawet nie zauważyłem, kiedy podjechaliśmy do zabudowań i minęliśmy tabliczkę z nazwą „Inowrocław”. Chociaż całe miasto wydawało się opustoszałe to dojechaliśmy w końcu do kościoła, który było widać z daleka. Od razu dało się zauważyć mury okalające to miejsce i świata oraz hałasy ze środka. Podjechaliśmy pod główną bramę i czekaliśmy. Erni zatrąbił.
                To zdecydowanie podziałało, bo brama po chwili zaczęła się otwierać. Wjechaliśmy do środka i zobaczyliśmy wnętrze obozu. Po lewej znajdowało się wejście do kościoła oraz nieduży plac, na którym siedziało teraz parę osób i bacznie nas obserwowało, a po prawej było pole, na którym stało parę przyczep, wyglądających na mieszkania. Wyładowaliśmy się ze środka i zobaczyliśmy, że przed autobusem czeka na nas przygarbiony człowiek nieco starszy ode mnie. Miał czarną czuprynę i uśmiechnął się do nas.
- Witam was w Inowrocławiu. Nasz przywódca już na was czeka – zapowiedział ściskając dłoń Dziarze na przywitanie.
- Całkiem przytulnie tu macie – odpowiedział Dziara.
- Staramy się – dodał człowiek, który podszedł do nas zza pleców garbatego mężczyzny. Był znacznie starszy, miał siwe pasma włosów i serdeczny wyraz twarzy – Jestem Konrad, a to Garbus. Zaprowadzimy was teraz do Bena.
                Bez pytań ruszyliśmy w dziesiątkę za nimi. Ludzie świdrowali nas wzrokiem jakby pierwszy raz widzieli innego człowieka, a widok broni przewieszonych przez nasze plecy i paski na pewno nie sprawiał dobrego wrażenia. Ale nie zamierzaliśmy ich użyć. Sytuacja była dosyć nerwowa, bo w każdym momencie mogło rozpętać się piekło, ale miałem nadzieję, że tutejsi ludzie nie są agresywni. Dwójka, która nas przywitała prowadziła nas na tyły kościoła, gdzie zobaczyliśmy parę piętrowych budynków.

                Weszliśmy do jednego z nich i znaleźliśmy się w sporym pomieszczeniu, na środku którego stał ogromny, drewniany stół. Za stołem siedziało parę postaci. Nim zdążyłem się skupić na nich po kolei złapałem się ręką za czubek głowy. Nie mogłem uwierzyć, w to kogo widzę. Tylko nie teraz, błagałem sam siebie przypominając sobie sytuacje z budynku. Chociaż teraz nie czułem zawrotów głowy, ani nic z tych rzeczy to widziałem to samo. Tą samą osobę. Jedną z osób siedzących za stołem była Łapa.