niedziela, 17 maja 2020

Informacje V2 - TOM 6 APOKALIPSY (2020)

Serduszko podskoczyło, co? :D

Witam wszystkich w kolejnej nitce informacyjnej dotyczącej projektu Apokalipsa. Dawno się nie widzieliśmy i na pewno wielu z Was straciło już wszelką nadzieję. Mimo to, przychodzę i daję znać, że projekt jest aktualnie w fazie czytania starych tomów w przygotowaniu na nowe. Od ostatnich "krótkich informacji" z 2018 roku sporo się zmieniło i na pewno coś tu się w końcu, niedługo urodzi! Wszystkie informacje znajdziecie w filmiku informacyjnym, który macie TUTAJ (KLIK). Obejrzyjcie go i wysłuchajcie, a powinniście znaleźć to, co Was interesuje, a nadchodzi sporo zmian!

Dla tych, którzy nie mają ochoty odsłuchać, daję tylko znać, że skończyłem drugi projekt i siadam teraz do Apokalipsy. Zaczynam od przeczytania wszystkiego od nowa, zebrania notatek i stworzenia dwóch spisów (treści oraz postaci, które pojawią się na blogu w odpowiednim czasie). W międzyczasie zmieniłem Tom 4.5 (opowiadający o ludziach z Supraśla) na tom 1.5 (w planach tomy 2.5, 3.5, 4.5 i 5.5), więcej niż 8 tomów fabuły głównej, poboczna seria (KLIKNIJCIE TUTAJ) oraz wiele innych! Czytanie na pewno trochę mi zajmie, ale możecie być pewni, że nie wezmę się za nic innego w tak zwanym międzyczasie :)

Podaję oficjalne media związane z projektem:
- FANPAGE
- KANAŁ YOUTUBE (tutaj będą filmiki z zapowiedziami i informacyjne trafiać)

Nie chcę niczego nikomu udowadniać, ale zapraszam do śledzenia i mam nadzieję, że niedługo będziemy mogli przeżywać kolejne emocje.

Miłego dnia i w razie pytań, śmiało piszcie w komentarzu!

czwartek, 25 października 2018

Krótkie informacje - Tom 6

Kochani!

Zdaję sobie sprawę, że nie każdy śledzi mnie na Youtube i niektórzy myślą, że blog jest porzucony. Nic bardziej mylnego! Fabuła na cały szósty tom jest zaplanowana, po prostu przez drugi projekt pisarski (Peccatorum), nie mam czasu na pisanie Apo. Nie wiem kiedy się to zmieni, ale postaram się Wam dostarczyć kolejne rozdziały przygód Bobra i całej grupy. Macie 5 tomów, które możecie sobie czytać na boku i wracać do tych przygód. Jak pojawi się kolejny rozdział na pewno o tym się dowiecie, a także jak ruszy samo pisanie to będę o tym informował na wszystkich mediach społecznościowych.

Mam nadzieję, że nie zapomnieliście o starej, dobrej Apokalipsie i mimo wszystko będzie czekać!

Tutaj podrzucam różne przydatne linki, które warto śledzić, w oczekiwaniu na dalsze informacje (a także jak ktoś po prostu lubi mój styl pisania):
Youtube - http://youtube.com/mrbobru
Facebook - https://www.facebook.com/MrBobru
Peccatorum (Drugi blog) - https://projectpeccatorum.blogspot.com/

https://www.youtube.com/watch?v=7qN8-84xOs8 - TUTAJ INFORMACJE O 6 TOMIE!!!

Dziękuje za cierpliwość i liczę, że jak najszybciej spotkamy się ponownie w klimatach zombie

środa, 3 stycznia 2018

Rozdział 25: Nowy dzień

Rozdział 25, ostatni w tomie 5. No cóż, dotrwaliśmy do tej wiekopomnej chwili, która powinna nastąpić już dawno temu. Ale się doczekaliśmy także możecie poznać zakończenie tego tomu, a właściwie wstęp do wydarzenie z kolejnego, który oczywiście również powstanie w swoim czasie. Mam nadzieję, że macie jeszcze jakieś zaufanie do tej serii i mimo wszystko gdy nadejdzie ten moment, to ruszycie do czytania 6 tomu. Nie mam pojęcia, kiedy się go spodziewać, osobiście stawiałbym ten rok, ale nie chcę nic obiecywać. Także po raz ostatni w tym tomie zapraszam do czytania, a po przeczytaniu proszę o komentarz oraz rozesłanie bloga znajomym.

POV:
Irek - Rozdział 25 - Dzień 8 - Przeprowadza nocne działania z Dziarą
Zuza - Dzień 8 - Jest w obozie w Płocku
Bobru - Dzień 8 - Jest w obozie w Płocku

----------------------------------------------------

Rozdział 25: Nowy dzień (IREK, ZUZA, BOBRU)

Irek
                Auto zatrzymało się na poboczu. Droga wyglądała na czystą, chociaż to wcale nie dawało mi poczucia bezpieczeństwa. Tylko ja wiedziałem jak wielkie zagrożenie na nas czyha. Nikt nie miał pojęcia, co tak naprawdę się tutaj działo, a ja miałem związane ręce i chociaż chciałem pomóc to musiałem słuchać Krawca. Trzymał mnie w szachu nie będąc nawet przy mnie. Co najgorsze, jego manipulacja była na tyle skuteczna, że zdołał przesunąć większość sił Torunia i Inowrocławia tylko przy mojej pomocy. Zabawiał się nami wysyłając nas w tą i z powrotem, a ja wiedziałem, że cierpliwość Dziary się kończy. Siedział teraz obok mnie, na tylnym siedzeniu auta i widać było, że intensywnie myśli nad rozwojem wydarzeń. Samochodem kierowała Ewelina, a obok niej siedział Michael. Czekaliśmy.
                Był środek nocy. Wszyscy byliśmy zmęczeni i marzyłem tylko o tym żeby się położyć spać, ale wiedziałem, że nikt teraz nie śpi. Wszędzie coś się działo, a ja byłem tylko w jednym z wielu miejsc, gdzie ważyły się losy okolicznych grup. Drugim takim na pewno był Płock, gdzie według słów Krawca, nowy obóz Bobra był otoczony przez stado. Pozostała jego część zmierzała na zachód, prosto w naszą stronę.  Jedyną nadzieją dla Toruńskiej Ostoi Ocalałych była solidarność żywych przeciwko martwym. Rozkazy zostały wydane i wszystkie jednostki formowały stanowiska do obrony. Wiedzieliśmy, że nie wybijemy tak ogromnego stada, ale chcieliśmy je jak najbardziej pomniejszyć i zatrzymać, żeby mury Ostoi wytrzymały oblężenie. Wszystkie okoliczne posterunki, wliczając w to największy – Drugi Posterunek, były zebrane w Toruniu. Całe zapasy, okoliczna broń i reszta zostały przetransportowane do największego obozu i czekały. Ostoja nigdy nie miała problemów z wyżywieniem czy uzbrojeniem jej mieszkańców, ale teraz, kiedy wisiała nad nami wizja dni, a może nawet tygodni obrony w miejscu, bez możliwości wyjścia to przestało to już wyglądać tak kolorowo.
                Na drodze przed nami zobaczyliśmy światła. Chociaż wszystko wydawało się być już ustalone to czułem pewien stres. Nie ufałem tym ludziom. Poruszali się jednym pojazdem tak jak my, nikt nie chciał, żeby doszło do rozlewu krwi. Ich samochód terenowy stanął parę metrów przed naszym. Obserwowałem, jak drzwi się otwierają i ze środka wychodzi piątka ludzi. Dziara dał znak i my również opuściliśmy nasze auto. Nocne powietrze pobudziło mnie nieco, ale nie zmieniło planów i marzeń, o tym, żeby się przespać. W okolicy panował mrok, a jedynym źródłem światła były światła wytwarzane przez samochody. Rozciągały się po całej ulicy, rzucając dosyć upiorne cienie na całość.
                Po stronie Złomiarzy pierwsza w oczy rzuciła się ich przywódczyni – Wanda. Miała rude włosy i była kobietą w moim wieku. Towarzyszyło jej czterech mężczyzn, którzy nie mieli broni w rękach, ale widać było karabiny przewieszone przez plecy. Wyglądali groźnie. Podejrzewałem jednak, że my również nie wyglądaliśmy zbyt przyjaźnie. Obie grupy stanęły naprzeciw siebie. Wanda, która najbardziej wyróżniała się ze swoich ludzi miała długi, czarny, skórzany płaszcz i zakryła większość swoich bujnych włosów kapturem. Kiwnęła głową na przywitanie.
- Słyszałam od swoich ludzi, że chcecie porozmawiać o pewnej, wyjątkowo zachodzącej za skórę, grupie – zaczęła dialog bez przywitania, przechodząc prosto do rzeczy.
- Dobrze słyszałaś – odpowiedział Dziara – Wiem, że stosunki między naszymi obozami, w najlepszym wypadku, bywały co najwyżej znośne, ale mamy większy problem niż walka o szlaki i wchodzenie na swoje terytorium.
- Co się stało z moim patrolem na wschód stąd? – zapytała.
- Zostali zabici przez Zszytych – odpowiedziałem, wcinając się w rozmowę. Jeden z mężczyzn otworzył szeroko usta. Na jego twarzy pojawił się grymas. Widziałem jak sięga po pistolet i wyciąga go, celując w nas. Wszystko stało się dosyć szybko i w ułamku sekundy staliśmy celując do siebie. My w nich, a oni w nas.
- Spokojnie – starał się uspokoić sytuacje Dziara – Wanda powstrzymaj go, zanim przegramy tą całą wojnę zanim na dobre się zacznie.
                Wanda spojrzała na swoich ludzi i powoli dała znak do uspokojenia się. My poszliśmy ich przykładem i puściliśmy incydent w niepamięć, chowając pistolety i karabiny na swoje miejsce.
- Tam był… - zaczął mężczyzna, który spowodował zamieszanie.
- Wiem. Idź do auta, uspokój się i daj nam porozmawiać – odpowiedziała krótko. Posłuchał się jej i po chwili zostaliśmy na drodze w równej ilości – Przepraszam za jego zachowanie. W patrolu był ktoś bliski jego osobie. Wracając jednak do tematu, ufam, że nie wybiliście moich ludzi i nie bylibyście tak bezczelni, żeby kłamać mi w żywe oczy przychodząc do mnie z wyciągniętą ręką.
- Wierz w co chcesz, nie to jest tematem rozmowy – odpowiedział ostro Dziara – Zszyci nadchodzą i Toruń będzie się bronił. Każda pomoc się przyda, dlatego wychodzę z propozycją żebyśmy połączyli siły.
                Na drodze przez chwilę było słychać tylko wiatr. Wanda myślała nad słowami przywódcy Czerwonych Flar i Toruńskiej Ostoi Ocalałych. Trzymała nas jednak w niepewności przez dobre dwie minuty. W końcu zapytała:
- Jak to widzisz?
- Normalnie. Nie musimy nawet łączyć sił, stado jest na tyle szerokie, że nie ma mowy o trzymaniu jednej drogi. Ważne żeby Twoi ludzie jakkolwiek dołączyli do walki i pilnowali głównej drogi z nami, nawet na innym odcinku. Wiesz, że Krawiec nienawidzi was bardziej niż kogokolwiek w tym rejonie?
- Wiem. Ale co dalej? Jak wygląda cały plan?
- Nie ma konkretnego planu – znowu w głosie Dziary dało się usłyszeć zniecierpliwienie – Chodzi po prostu o wybicie tyle ile się da, zanim te potwory nas zasypią. Zorganizujemy schrony i będziemy musieli to przeczekać, ale jak damy się uderzyć tak ogromną falą to nie uratuje nas nic. Dlatego musimy zniszczyć tyle ile się da, a potem wycofać i schować się jak myszy pod miotłą i po prostu zaczekać aż to wszystko minie.
- Skąd mam mieć pewność, że w kluczowym momencie nie zaatakujesz moich ludzi z zaskoczenia?
- Nie masz takiej pewności, ale cholera jasna – tutaj gniew w głowie był już zdecydowanie słyszalny – czy ja ci wyglądam na człowieka, który poświęci swoich ludzi, dając im zginąć od fali żywych trupów, tylko dlatego żeby wyrównać jakieś śmieszne, osobiste porachunki?
- Nie – odpowiedziała, a w jej głosie można było usłyszeć, coś przypominającego zawstydzenie – Dobra. Rozumiem jak to ma wyglądać, gdzie mamy się stawić?
- To zgoda? – upewnił się Dziara.
- Zobaczymy.
                Podeszliśmy do maski naszego auta i przyświecając latarkami rozłożyliśmy mapę okolic, którą Ewelina wyciągnęła z schowka w samochodzie. Dziara przez chwilę przypatrywał się trasie, po czym wskazał palcem odcinek drogi pomiędzy Grudziądzem, a Toruniem i stuknął w wybrany punkt.
- Tutaj – przesunął się żeby dopuścić do mapy Wandę. Kobieta zerknęła i przejechała wzrokiem po całości.
- Na kiedy mam przygotować ludzi? – zapytała.
- Jak najszybciej. Stado najpierw uderzy w naszą część drogi, ale w waszej pojawi się maksymalnie parę godzin później. Przy pierwszym uderzeniu mamy szansę na zabicie największej ilości, podczas wycofywania się to już  nie to samo. Posiadacie materiały wybuchowe? – zapytał Dziara.
- Coś tam mamy, damy sobie radę. Nie myśl, że jak nie jesteśmy z Twojego obozu to nie mamy nic do powiedzenia – powiedziała kąśliwie Wanda.
- Nawet tak nie założyłem. Tak czy siak, po powrocie do obozów zacznie się długie i żmudne wyczekiwanie, aż to wszystko się skończy. Stado może zostać w okolicy nawet parę tygodni, a oczyszczanie resztek po nim to będzie prawdziwy koszmar. Dlatego chcę żeby zawieszanie broni trwało dłużej niż te cholerne parę godzin obrony drogi – tą informacją zaskoczył nas równie mocno jak Wandę, która odwróciła do niego głowę, a jej wyraz twarzy przedstawiał szczere zdumienie.
- Nie zgodziłam się jeszcze na pierwsze, a już mówisz o drugim i to znacznie dłuższym? – zapytała zaskoczona.
- Oczywiście, że zgodziłaś się na pierwsze. Wysłuchałaś wszystkiego i nadal tu jesteś, więc widzę jak poważnie podeszłaś do tematu. Co do drugiego, to tylko dla dobra moich ludzi. Jak stado zniknie, albo rozwiążemy raz na zawsze problem z Krawcem to będziemy mogli wrócić do wrogości lub neutralności, jak wolisz. Z biegiem czasu człowiek zaczyna rozumieć więcej i widzieć, co naprawdę może zaszkodzić, a co jest tylko utrudniaczem – Dziara mówił na tyle szybko, że wydawał się mieć to wszystko gotowe do powiedzenia od dawna. Przywódca Czerwonych Flar przebył naprawdę długą drogę do stania się tym, kim jest teraz. To było inspirujące – Dlatego przygotuj swoich ludzi, brońmy naszych ziemi i spotkajmy się po tym wszystkim, żeby ustalić warunki naszej relacji. Powodzenia.
                Skończył rozmowę nawet nie czekając specjalnie na odpowiedź Wandy. Bez wątpienia zrobił na niej wrażenie. Chociaż relacja między nami wyglądała tak, że on więził mnie kiedyś jak zwierzę w klatce bez większego powodu i chciał sprzedać, a teraz był kimś w rodzaju mojego tymczasowego szefa, to nabrałem do niego prawdziwego szacunku. Po człowieku, który kombinował jak mógł żeby osiągnąć swój cel nie było śladu. Teraz istniał tylko dowódca bez kciuków, który walczył o wspólną sprawę i wychodziło mu to.
                Wsiedliśmy do auta szykując się do odjazdu. Ewelina zdążyła jeszcze oddać mapę z zaznaczonym miejscem zbiórki ludziom Wandy. Teraz musieliśmy wrócić do rozkładanej barykady i przygotować się na coś niesamowitego. Oglądałem się ostrożnie w każdym momencie, bojąc się zobaczyć znajome kształty. Byłem zmęczony, ale wiedziałem jedno – tej nocy nikt sobie nie pośpi.
ZUZA
                Wybuch był potężny.  Pomimo tego, że został przysłonięty to odleciałam do tyłu i z impetem uderzyłam w ścianę sąsiedniego budynku. Zadzwoniło mi w uszach, miałam wrażenie, że świat zamienił się w jeden wielki wir, a ból pleców wydawał się zwiastować trwałe kalectwo. Słyszałam krzyki, szczególnie jeden dziewczęcy, jęki trupów, strzały oraz całą masę innych dźwięków, które wydawały mi się tak obce, jakby były grane przez nieznane mi instrumenty. Przebijał się przez to też męski głos. Głos, który poznałam pomimo chaosu i zamieszania, ten, który prowadził mnie przez mrok i ciemność, nieważne jak bardzo nierealny i zmyślony był. A może nie był?
- Musisz iść dalej – odezwał się.
- Nie mam dokąd. Tu jest moje miejsce. Ci ludzie ochronią mnie, a ja zadbam o nich w zamian – mówiłam powoli, ale podobnie jak mojej świadomości, nie śpieszyło mi się specjalnie. Chciałem po prostu odpocząć. Przecież uderzyłam tak mocno, że mogłam równie dobrze zginąć. Tak jak Pablord. Nie znałam go. Czy on poświęcił się dla mnie, a może zrobił to dla siostry Łapy? Zapewne to drugie, może jednak pomyślał i o mnie i o niej. Czy nie było innego wyjścia z tej sytuacji?
- Było – odpowiedział głos – Nie powinnaś była się zatrzymywać, skąd wiesz, że to Ci ludzie?
- Po prostu wiem, okej? – odpowiedziałam nieco zdenerwowana – Co ci w tym przeszkadza? Nie żyjesz, nie możesz mnie bronić, ja chcę żyć, nie chcę dołączać jeszcze do martwych. Jestem przydatna i mogę się przydać. Dlaczego przestałeś być moim wsparciem? Może ja Ciebie wcale nie potrzebuje. Potrzebowałam, ale teraz nie żyjesz i powinieneś odpocząć. Przestać siedzieć w mojej głowie. Zajmij się sobą…
Nie wiedziałam co mnie tak bardzo denerwuje w tym, co on mówił. Zawsze uznawałam to za plus, że mogę słyszeć swojego męża i chociaż widziałam jak ginie, to był przy mnie. Teraz mogłam sobie jednak zadać jedno pytanie, „Jak możesz być tak żałosna?”. Mój mąż istniał tylko w mojej głowie. Nie mógł mi pomóc, a ja nie byłam przez niego do końca obecna. Ciągle żyłam przeszłością. Nie chciałam, żeby to trwało. Chciałam coś zmienić i nie wiedziałam jak to zrobić. Jedyne, co mi przychodziło do głowy to wzięcie się w garść.
- Kochanie…
- Nie męcz dłużej mnie i siebie. Odejdź i daj mi spokój. Kocham cię i to nigdy się nie zmieni, ale chcę żyć. Dla siebie i dla Ciebie. Nie bądź samolubny. Nie obciążaj mnie i daj mi wstać – moje słowa doprowadzały mnie do płaczu. Cieszyłam się, że mąż jest tylko wytworem mojej wyobraźni, bo nie chciałabym go tak skrzywdzić w prawdziwym świecie. Chociaż wiedziałam o tym, że on nie jest realny to wciąż coś mnie trzymało. Nie dawało spokoju…
                Świadomość wróciła po chwili. Nie słyszałam już głosów w głowie, a te wszystkie niezidentyfikowane stały się bardziej znajome. Spojrzałam na miejsce, gdzie wybuchł granat i z przerażeniem zobaczyłam, że leżą tam zwłoki Pablorda, z oderwaną dużą częścią korpusu i ręką. Nie było mowy żeby przeżył taki wybuch, nie miałam właściwie pojęcia jak jego ciało zachowała taką stałość pomimo tego jak blisko eksplozji było. Młoda leżała kawałek dalej, najwyraźniej nieprzytomna, ale cała. Trupy się wycofywały, najprawdopodobniej dlatego, że główna brama została zamknięta, a Zszyci przy tej tylnej nie chcieli marnować jednostek, tylko po to żeby wysłać je na pewną śmierć. Mnie jednak ciekawiło co innego. Kto wybiegł z kościoła?
                Odpowiedź nadeszła sama, kiedy ze środka wyszła grupa Medyka. Zatrzymali się przy zwłokach Pablorda, a sam Medyk podszedł do leżącej Młodej i przyłożył jej palce do szyi.
- Żyje – odpowiedział, a jego wzrok przeniósł się na mnie – Dasz radę wstać? – zapytał mnie.
- Potrzebuję chwili, już jest mi lepiej – odpowiedziałam zgodnie z prawdą i powoli starałam się ruszyć. Plecy zdawały się być mocno potłuczone, ale nie było najgorzej. Zachwiałam się delikatnie, ale wszystko się wyrównało i mogłam stanąć na własnych nogach. Zauważyłam, że Bobru z grupą powoli kończą oczyszczanie placu, gdy nagle przypomniałam sobie o prośbie Bobra.
- Zająłem się pacjentami. Musicie wziąć jeszcze tego – wskazał rozerwane ciało – i siostrę Łapy. Jemu nie pomogę, ale ją opatrzę i zobaczę co da się zrobić. Nie masz wstrząśnienia mózgu Zuza?
- Ciężko powiedzieć, czuję się oszołomiona, więc bardzo możliwe.
- Dobra, ale udało się, to jest najważniejsze. Teraz tylko pytanie, dlaczego mieliśmy zdrajczynię w obozie.
- Zdrajczynię? – zapytałam – Widziałeś kto wybiegł z kościoła?
- Pewnie. To ta twoja koleżanka. Sara? – gdy to usłyszałam to przeżyłam szok. Sara? Dlaczego niby pobiegła za nimi i uciekła, rzucając granat? Czy ona chciała wymierzyć karę tym, którzy zabili jej matkę Annę dosłownie dwa dni wcześniej? Ale dlaczego wypuściła granat? Może chciała rzucić w przeciwników, ale w emocjach jej wypadł? Nie miałem pojęcia jak sobie to ułożyć w głowie, ale wiedziałem jedno – wszyscy w obozie byli bezpieczni. Oprócz Sary. Miałam jeszcze szansę ją dogonić.
                Podbiegłam chwiejnym krokiem do jednego z ciał trupów, których nie brakowało w uliczce. Smród i ogólny widok sprawiał, że żołądek podjeżdżał mi do gardła. Walczyłam z tym chwilę, po czym upadłam na kolana i zwymiotowałam solidnie, zalewając sobie rękawy i spory odcinek uliczki. Aż mną trzęsło, gdy wypadały ze mnie resztki jedzenia. Złapałam gwałtowany oddech. Trup, który leżał przede mną wyglądał równie paskudnie jak ja teraz. Miał jednak idealną ranę, która odsłaniała jego wnętrzności i dawała mi możliwość wysmarowania się tym wszystkim.
- Co ty wyrabiasz? Dziewczyno, ledwo trzymasz się na nogach, gdzie idziesz? – zapytał Medyk – Choć opatrzę cię i tyle. Tamta pobiegła dobre parę minut temu i jest otoczona trupami. Życie ci do cholery nie miłe? – w jego głosie oprócz troski pojawiło się coś przypominające mieszankę rozczarowania i zdenerwowania.
- Dam sobie radę. Obiecałam ją chronić, jeżeli nie znajdę jej na zboczu to wrócę. Nic mi nie będzie, nie leźcie za mną – powiedziałam równie zmęczona co zła na całą sytuacje.
                Wiedziałam, że ryzykuje wiele. Chciałam jednak dowiedzieć się co się stało z Sarą. Nie zamierzałam specjalnie ryzykować, zejść jedynie o kawałek. Może akurat ją gdzieś znajdę. Włożyłam rękę do wnętrza jednego z trupów i zaczęłam wygrzebywać resztki flaków i brudną krew. Rozsmarowanie tego nie było łatwe, ale w końcu byłam pokryta od stóp do szyi, z niedużymi fragmentami na policzkach, czole oraz włosach. Cuchnęło potężnie. Wstałam, nieco pewniej niż dwie minuty temu i spojrzałam na Medyka, który przyglądał się całej sytuacji.
- Nie wiem po co tam idziesz dziecko – zastanowił się na głos – Dziewczyna jest stracona. Nieważne czy poszła się zemścić, czy była z nimi od początku. Obie opcje oznaczają śmierć dla niej, a prawdopodobnie też dla Ciebie. Odpuść sobie, raz w życiu…
- Zaraz wrócę – obiecałam, po czym ruszyłam w kierunku furtki. Droga na dół była stroma i małe schodki nie poprawiały mojej sytuacji. Starałam się jednak zbiegać najszybciej jak potrafiłam. Trupy były tuż obok mnie, ale kamuflaż zadziałał tak jak wtedy, gdy podróżowałam sama i wpadłam na Sarę oraz jej matkę na drodze. Zombie co prawda odwracały się w moją stronę, chociaż i to niektóre, ale na tym kończyła się ich aktywność. Nie reagowały też specjalnie na to, że się przez nie przepychałam. Chciałam tylko dotrzeć do zbocza i zobaczyć, czy po drodze znajdę gdzieś Sarę. Zniknęła z góry zaledwie pięć czy dziesięć minut temu, a stado sunęło powoli, więc była jeszcze nadzieja. Wiedziałam, że to co robię jest niebezpieczne i głupie, ale nie dawało mi to spokoju. Jeżeli to przeze mnie mieli tyle informacji o tym obozie, przez to, że pomogłam Sarze i trzymałam ją przy życiu, to było bardzo źle. Na razie jednak skupiłam się na tym, co przede mną.
                Trupy rozlewały się coraz bardziej, przez co, chociaż było dosyć ciasno, to dało się przejść. Starałam się ograniczać kontakt, ale martwe ciała uderzały we mnie co chwilę, szczególnie w większych zbiorowiskach. Szukałam pomiędzy morzem zombie tej jednej twarzy, a właściwie sylwetki, byłam pewna, że nie ma mowy o znalezieniu Sary, kiedy miała ubraną maskę Zszytych. Dlatego przepychając się, oprócz starań o niewykonanie zbyt gwałtownego ruchu, patrzyłam. Mój wzrok przebiegał po brudnych, wyniszczonych i zakrwawionych twarzach mężczyzn oraz kobiet w przeróżnym wieku, stanie rozkładu, ozdobionych krwią, resztkami flaków, sadzą, śladami po broniach białych i wieloma innymi, ciężkimi do zidentyfikowania pozostałościami.
                Zrezygnowana brnęłam w dół, schodząc powoli na zboczę wzgórza, gdzie górka spotykała się z ulicami miasta. Właśnie nimi szliśmy ostatnio po sprzęt medyczny dla Łapy. Trasa wydawała się być zupełnie inna, gdy było tu tak tłoczno. Powoli zaczęliśmy zagłębiać się w labirynt uliczek i domków oraz bloków, wychodząc na typowe przedmieścia. Nie sądziłam, żeby warto było zagłębiać się dalej. Nie mogłam jej znaleźć, było ciemno, trupów było jeszcze więcej. Najgorsze było jednak to, co stało się po chwili. W mój policzek uderzyło coś mokrego. Byłam przekonana, że mi się wydawało, do czasu, aż poczuła to znowu i jeszcze raz. Deszcz. Musiałam się gdzieś schować, bo wiedziałam, że jak zacznie porządnie padać to cały zapach, który maskował moją obecność przed trupami zniknie. Zdenerwowana, zaczęłam się przepychać, a na moich oczach rozpętała się prawdziwa ulewa. Czułam jak krew spływa mi po twarzy i cały potworny makijaż powoli rozmywa się, ukazując moją przerażoną twarz.
                Wpadłam w niemałą panikę i jedyne czego chciała to wpaść do pierwszego lepszego domu i przeczekać to wszystko. W końcu nie miałam teraz jak zawrócić. To co rzuciło mi się w oczy to jeden z bloków, do którego drzwi od klatki były otwarte. Nie widząc lepszej opcji i nie widząc w tym nic nadzwyczajnie dziwnego, przepchałam się przez zombie i dotarłam do wejścia. Gdy znalazłam się wewnątrz, cieszyłam się ciszą i spokojem, jakie mnie otoczyły. Na wszelki wypadek przymknęłam drzwi i powoli wspięłam się po schodkach. Dźwięk stada, chociaż słyszalny, wydawał się być mocno wytłumiony. Solidnie zagłuszał go też deszcz, który padał jak szalony. Nie było szans żebym się stąd ruszyła przez najbliższe godziny. Chciałam tylko znaleźć jakieś mieszkanie, może coś do jedzenia i przebrania się i przeczekać. Wiedziałam, że jak dobrze zabarykaduje się wewnątrz, to będę mogła nawet zasnąć, przecież nikt nie zakradnie się do mnie podczas snu, nie miałby jak przejść tego stada.
                Zaczęłam poszukiwania kryjówki. Na parterze wszystkie trzy mieszkania były niestety zamknięte. Nie mogłam nic z tym zrobić, a nie chciałam bawić się w wyłamywanie zamka, albo wyważanie drzwi, szczególnie, że plecy dalej mnie bolały po wybuchu, a nie czułam się też najlepiej przez delikatne zawroty głowy. Wspięłam się na pierwsze piętro i tutaj od razu los się do mnie uśmiechnął. Jedno z dwóch mieszkań było otwarte. Zadowolona powolutku otworzyłam drzwi i trzymając w ręce pistolet, który jakimś cudem nie wypadł mi podczas wybuchu w obozie, weszłam do środka. Mieszkanie na pierwszy rzut oka wydawało się być puste. Gdy weszłam do pomieszczenia odpowiedzialnego za salon, przechodząc przez korytarz, w którym unosiła się masa kurzu, wiedziałam, że coś jest nie tak. W środku, z dwóch różnych stron, zobaczyłam ruch. To tak bardzo wybiło mnie z rytmu, że nie wiedziałam, w który wycelować. Ostatecznie nie podniosłam nawet dobrze broni, kiedy ktoś uderzył mnie w rękę i wybił pistolet z dłoni. Próbowałam się zamachnąć i uderzyć napastnika w twarz, ale byłam zbyt wolna. Zostałam przyciśnięta do ściany. Poczułam ostrze noża drażniące skórę na mojej szyi.
                Nagle podbiegł ktoś z lampą. Światło początkowo mnie oślepiło, ale po chwili zdałam sobie sprawę, że znalazłam to, czego szukałam. Byłam w salonie z piątką Zszytych, a osobą, która trzymała nóż przy mojej szyi była Sara.
BOBRU
                Mogłoby się wydawać, że dotarliśmy do obozu najszybciej jak się dało. Ale czy pośpiech był warty ceny? Uratowaliśmy Giganta i całą resztę, która była uwięziona przy bramie, ale czy to wszystko nie rozwinęło się okropnie źle? Łowca został ugryziony. Tak bardzo żałowałem, że ślady zębów nie pojawiły się na ręce lub na nodze. Wtedy byłaby jeszcze nadzieja. Teraz pozostawał tylko żal. Kolejna bliska mi osoba umierała. Obóz ledwo ocalał, ale gdy zaczął padać deszcz zauważyłem, że bezpieczeństwo również nie było darmowe. Zwłoki Pablorda, a właściwie ich pozostałości, prezentowały się dosyć nędznie na bruku przed tylnym wejściem do kościoła. Krystek i dwójka ludzie z Płońska wciąż byli uwięzieni na budynkach. Oni byli bohaterami tego wieczora, dali nam szansę na przetrwanie. Miałem nadzieję, że nic złego się im nie stało. Minie tyle czasu, zanim wszystko stanie tu na nogi.
                Olaf i jego ludzie zajęli się powolnym zbieraniem ciał na stos. Grupa z kościoła również przyłączyła się do pomocy, chcieliśmy oczyścić wszystko za jednym razem. Wszedłem do kościoła. Wiedziałem, że nikt nie będzie mi miał za złe, że nie pomagam. W końcu straciłem dzisiaj więcej niż ktokolwiek inny. To nie były żadne zawody, ale wiedziałem, że nikt nie odczuł tak tego ciosu, jak ja. Zobaczyłem na jednej z ławek siedzącego z zasłoniętą dłonią twarzą Mateusza. Nie podchodziłem jednak do niego. Teraz ktoś inny miał priorytet jeżeli chodziło o rozmowę. Ruszyłem powoli na zaplecze, mijając pokój, w którym leżała Łapa. Usłyszałem co się stało, ale zaskakująco nie przejąłem się aż tak bardzo. Może to dlatego, że jej stan był już stabilny, a działo się tak wiele, może dlatego, że w głębi czułem, że zasłużyła na karę? Nie chciałem żeby nic jej się stało, mimo tego nie potrafiłem aż tak wczuć się w to wszystko.
                Głównym powodem takiego, a nie innego zachowania było to, że byłem wewnątrz pusty. Potrzebowałem energii i chociaż odczuwałem jej brak wciąż parłem na przód. Teraz, po tym co stało się tego wieczora marzyłem tylko o jednym – dorwać Krawca i zabić go. Do czasu był niegroźny, a czasami nawet przydatny. Teraz jednak wypowiedział nam otwarcie wojnę. Nie mieliśmy pojęcia jak wielu ma ludzi, jak bardzo kontroluje okolicę i na jak wiele go stać. Czy Stado to był szczyt jego możliwości? Miał zakładnika i to bardzo cennego dla mnie, ale czy jakbym nie odkrył jego planów to nie miałbym na niego haka? Wiedziałem, że to najniebezpieczniejszy człowiek, jakiego spotkałem na swojej drodze i muszę być po prostu ostrożny. Czekałem tylko na moment, aż wszystko się ustabilizuje i będę mógł się zemścić. Musiałem być jednak cierpliwy i zbierać informacje. Na pewno ma swoje słabe strony, tak jak każdy inny.
                Wszedłem do jednego z mniejszych pomieszczeń, które zostało przemienione w coś w stylu niedużej lecznicy. Łowca leżał na plecach i oddychał ciężko. Jego oddech był równie ciężki jak to, jak czułem się widząc go w tym stanie. Podszedłem jednak i usiadłem obok. Siedzieli przy nim Dymitr  oraz Ruda. Brodaty mężczyzna strasznie zżył się z Łowcą, szczególnie ostatnimi czasy i wiedziałem, że on również przeżywa ogromną żałobę. Ruda trzymała go za rękę i dawała znak, że jest przy nim, chociaż sam Dymitr wydawał się być całkowicie nieobecny. Nie zauważył nawet jak wszedłem do pomieszczenia. Ruda przywitała mnie skinieniem głowy. Cieszyłem się, że przetrwali, Gigantowi też się udało, więc jedyną ofiarą wycieczki do Inowrocławia był Pablord. Jego ciało, a właściwie tyle ile udało się zebrać zostało już przeniesione do wnętrza kościoła.
                Usiadłem po drugiej stronie prowizorycznego łóżka. Nie wiedziałem, co powiedzieć.
- Przejebane – skwitował krótko Łowca. Jak zwykle jego słowa wyrażały więcej niż tysiąc słów.
- Nie rozumiem kiedy to się stało…
- Było chaotycznie, czułem, że coś się do mnie przyczepiło, ale co miałem zrobić? Wierzgać i zabić was wszystkich. Stało się, trudno. Pogodziłem się ze śmiercią już w Supraślu, każdy kolejny dzień zawdzięczam tobie i twoim ludziom – słowa Łowcy bolały bardziej niż się mogłem tego spodziewać. To był filar. Osoba, z którą przeżyłem niesamowitą przygodę w drodze do Torunia, ktoś kto uratował mnie i Łapę podczas misji w Supraślu. Zawdzięczałem mu wiele, był moim przyjacielem i nie potrafiłem się pogodzić z tym, że jest już właściwie trupem – Musicie mnie dobić. Nie chce zamienić się w jednego z nich – dodał słabym głosem, zupełnie nie pasującym do jego osoby. Trudno było powstrzymać emocje, gdy taki człowiek jak on szedł na dno.
- Ja to zrobię – odezwał się nagle Dymitr – Udzielę ci łaski przyjacielu.
                Ruda rozpłakała się. Po jej twarzy pociekły łzy, które bombardowały pościel na posłaniu Łowcy. Dymitr przytulił ją, a Łowca tylko kiwnął głową. Obserwowałem tą sytuację z bólem. Wiedziałem, że po takim ugryzieniu każda minuta będzie coraz większą męką. Chciałem jednak żeby pozostali mieli okazję się z nim pożegnać, a szczególnie osoby, które jechały Potworem do Torunia i chociaż większość już nie żyła to wciąż była Łapa… Właściwie tylko ona. Z całe grupy, która uciekła ze mną wtedy z Supraśla została tylko ona i Łowca. Ludzie, którzy mnie otaczali nie żyli długo, tylko ja musiałem obserwować każdą kolejną śmierć i wypełniać swoje serce coraz to większym żalem.
- Będą ludzie, którzy chcą się jeszcze z tobą pożegnać. Poczekasz na nich? Sytuacja tutaj powoli się uspokaja – zaproponowałem. Propozycja brzmiała niesamowicie dziwnie i miałem problem z spojrzeniem Łowcy w oko, ale ostatecznie jego głos znowu stał się żywszy i odpowiedział donośnie:
- Daj mi coś do picia, a przeżyje jeszcze z tydzień.
                Już teraz wiedziałem jak bardzo mi tego będzie brakowało. Wyszedłem jednak z pokoju i udałem się do głównej części kościoła w poszukiwaniu zapasów. Nie byłem pewien czy ludzie, którzy się tu bronili cokolwiek zostawili, ale z racji, iż każdy był zajęty sobą to wolałem nie przeszkadzać. Było sporo do ogarnięcia i zanim będziemy wszyscy mogli zakończyć tą długą i męczącą noc, to pewne rzeczy należało dopiąć na ostatni guzik. Gdy nie mogłem znaleźć kompletnie żadnego alkoholu postanowiłem przejrzeć pobieżnie rzeczy prywatne, leżące w niektórych miejscach kościoła. Nie planowałem szperać szczegółowo, przecież butelkę mogłem zauważyć nawet z daleka. W oczy rzucił mi się plecak leżący przy jednym z zbiorowisk śpiworów i koców. Nie byłem pewien do kogo należy, ale otworzyłem go. W środku znajdowały się jedynie jakieś nieduże zapasy żywnościowe, latarka oraz podręczna apteczka. To musiało należeć do Zuzy. Już chciałem odłożyć go na miejsce, kiedy w oczy rzuciła mi się książka, a raczej notes. Zaciekawiony wziąłem go do rąk i otworzyłem. W środku był napis „Pamiętnik ocalałego”. Przekartkowałem go widząc rzędy równych i eleganckich literek, podział na daty i masę rysunków oraz schematów. Przedstawiały one przeważnie postaci ludzkie, rozrysowanie różnych części ciała oraz strzałki, adnotacje i informacje. Nie wiedziałem dokładnie o co chodzi, ale przypomniałem sobie, że Zuza chciała mi coś pokazać. Czy to mogło być to?
                Odłożyłem jednak pamiętnik na bok, licząc, że Zuza sama mi go da, jeżeli będzie chciała i kontynuowałem poszukiwania. Chodząc po kościele i patrząc na ludzi z Inowrocławia, którzy rozłożyli już swój obóz, podszedłem do dwóch połączonych ław, przy których stał teraz Gigant, Medyk oraz mężczyzna, którego nie znałem. Zacząłem od przedstawienia się temu ostatniemu.
- Marcin – odpowiedział podając mi dłoń – To ty jesteś tym słynnym Bobrem, o którym tyle tutaj mówią. Nie masz pojęcia jaki masz respekt wśród swoich ludzi – powiedział.
- Mogę wiedzieć jak się tu znalazłeś? – zapytałem.
- Przypadkiem. Uciekałem przed hordą i zobaczyłem światła na wzgórzu. Wcześniej wydawało się opustoszałe, więc teraz mnie zaciekawiło. No i trafiłem idealnie w moment, w który mogłem coś zmienić i zrobiłem to. Potem poszedłem do szpitala po rzeczy do wykonania operacji i jakoś postanowiłem, że chciałbym zostać, o ile jest taka możliwość – wypowiedział to wszystko z dużą pewnością. Mógł się nam przydać, chociaż chciałem go jeszcze obserwować.
- Zostań, każda para rąk się w tym momencie przyda – odpowiedziałem ciepło – Mamy jeszcze kogoś nowego? – zapytałem zaciekawiony Medyka.
- Jest jeszcze jedna dziewczyna. Nie wiem, gdzie, ale szła z całą grupą na zewnątrz, więc pewnie rzuciła ci się w oczy – odpowiedział mężczyzna.
- Okej, poszukam jej zaraz. Nie macie nic mocniejszego do picia? Z Łowcą coraz gorzej… - zapytałem.
- Za dużo ofiar jak na jedną noc – powiedział cicho Gigant. Przygasł i nie było w nim nic z energii, którą zazwyczaj tryskał.
- Tak czy siak, ja coś znajdę. Chodźcie panowie, odwiedzimy starego cyklopa i nieco pobudzimy zanim trafi do lepszego miejsca – zaproponował Medyk i ruszył powoli w stronę sali Łowcy.
- Zaraz do was dołączę – rzuciłem za nimi, patrząc jak w trójkę odchodzą. Spojrzałem na to, z czym zostałem sam na sam. Ciało. Zniszczone przez eksplozję, w sumie widać jak bardzo to co widzimy jest powłoką na mięso i flaki, które mamy w środku. Po Pablordzie nie zostało zbyt wiele. Poświęcił się. Łapa z pewnością doceniłaby to poświęcenie, bo uratowało to jej siostrę. Ale ona sama leżała teraz w ciężkim stanie. Musiałem z nią pogadać. Chciałem jednak jeszcze chwilę posiedzieć z Łowcą, a ją ściągnąć, gdy Łowca będzie chciał już ostatecznie opuścić ten świat. Spojrzałem ostatni raz na ciało i ruszyłem za resztą. Dziara będzie musiał się o tym dowiedzieć, w końcu stracił kolejną osobę z Czerwonych Flar.
                Gdy dotarłem do pomieszczenia było tam znacznie bardziej tłoczno niż ostatnio. Zdziwił mnie jednak fakt jak donośne śmiechy dobiegały ze środka. Zaciekawiony wszedłem i zobaczyłem Łowcę, który opowiada jakąś historię, a Medyk  dopowiada swoje części. Efekt końcowy był przezabawny i chociaż sytuacja była ciężka nawet na mojej twarzy pojawił się uśmiech. Cieszę się, że to był moment, dzięki któremu mogłem zapamiętać Łowcę w tak pozytywnym aspekcie.
- Słuchajcie, nie ma co marnować dobrego kawałka mojej duszy. Chcę chociaż częściowo z wami zostać. Dlatego… - tutaj sięgnął do kieszeni w spodniach i wyciągnął coś – Oddaje ci go. Zaopiekuj się nim, jak mnie już nie będzie. Broń oddajcie komuś, kto będzie umiał z niej strzelać, przynajmniej tak jak ja jednym okiem.
Dymitr nie mógł uwierzyć, w to co leżało na jego dłoniach. Kluczyki do Potwora. Pojazd, którego nie dawał prowadzić nikomu, nigdy. Teraz przekazywał go w ręce Dymitra. Widziałem na twarzy brodatego, jak bardzo się stresuje i sam zapewne nie może uwierzyć. Nawet nie przeszło mi przez myśl, że teraz może to wyglądać inaczej, ale rzeczywiście, szkoda było żeby taka jeżdżąca forteca odeszła po prostu w zapomnienie.
- Dz… dziękuje. Zaopiekuje się nim – powiedział Dymitr ochrypłym głosem.
- Pozostała jeszcze jedna rzecz, którą chciałbym oddać. Tylko… - w tym momencie słowa Łowcy przerwało wejście do pomieszczenia kolejnej osoby. Od razu zauważyłem, że jej nie znam i to musi być dziewczyna, o której mówił Medyk. Wszyscy spojrzeli w jej stronę.
- Łapa prosiła, żebym zawołała Bobra – powiedziała krótko. Bez słowa ruszyłem w jej stronę, kiedy rozbrzmiał głos Łowcy.
- Hej, poczekaj – poprosił. Zatrzymałem się i spojrzałem na niego. Odruchowo się wzdrygnąłem jak zobaczyłem, że sięga po opaskę na oko. Zdjął ją odsłaniając zrośnięty oczodół. Widok, na który mimo wszystko przechodziły człowieka ciarki – Daj ją Łapie. Nie musi tego nosić, ale jej przyda się teraz bardziej niż mi.
                Milcząco podziękowałem, klepiąc go po dłoni i odbierając skórzaną opaskę, której również nigdy nie zdejmował.
- Tylko nie zapomnij tu wrócić. Impreza jest przednia, ale nie czuję się zbyt dobrze. Nie chcę zrobić tutaj afery – poprosił żartobliwie, chociaż wiedziałem dokładnie o co mu chodzi. Opuściłem pomieszczenie i ruszyłem w ciemność za dziewczyną.
- Jestem Bobru – pomyślałem, że warto się przedstawić.
- Neri – odpowiedziała krótko. Neri była ładna. Miała na sobie strój zarówno elegancki jak i dający dużą swobodę ruchów i ochronę przed zimnem. Nie byłem pewien, bo było ciemno, ale zdawało mi się, że ma pomalowane oczy. Zaciekawiła mnie.
- Łapa powiedziała czego chce? – zapytałem.
- Niezbyt. Jest też jednak coś, czego ja chcę – powiedziała tajemniczo. Spojrzałem na nią i ta chwila chyba wybiła mnie z równowagi, bo nie zauważyłem nawet, kiedy popchnęła mnie i przybiła dłonią do ściany. Byłem zaskoczony, ale nie sięgnąłem po broń – Zuza zniknęła. To dzięki niej tu trafiłam i chcę wiedzieć czy coś z tym zrobisz – bardziej stwierdziła niż zadała pytanie. Jej stanowczość i pewność była wręcz onieśmielająca. W środku budynku wypełnionego moimi ludźmi wyprowadziła mnie na ubocze i trzymała teraz w szachu. Chociaż nie byłem pewien jak radzi sobie z bronią to wiedziałem, że i tak sięgnę po swoją znacznie wolniej niż ona.
- Zniknęła? Przecież miała być tutaj. To nie ona dostała prawie granatem? – poczułem się niepewnie, ale coś nie pozwalało mi wykonać poważniejszego ruchu. Obserwowałem, na chwilę zapominając o całym świecie. Ta dziewczyna miała w sobie coś więcej.
- Ruszyła na dół. Chcę jej pomóc, ale teraz to samobójstwo. Pójdziesz tam ze mną, za chwilę? – zapytała.
- We dwoje? – zapytałem zdziwiony – Możemy ruszyć większym oddziałem, przecież to nasza przyjaciółka, słyszałem, że bardzo pomogła i uratowała życie mojej kobiety – na te słowa zobaczyłem grymas na twarzy, który był widoczny pomimo ciemności.
- Nie obchodzi mnie to – przerwała – Chcę jej po prostu pomóc i jestem pewien, że damy sobie rade, a przy odrobinie szczęścia nikt nie zauważy naszego zniknięcia.
- Nie sądzę, żeby… - próbowałem zacząć, gdy nagle położyła mi palec na ustach. Zamknąłem się. Jej twarz przybliżyła się do mnie. Po plecach przeszedł mi dreszcz, którego nie czułem od dawna. Poczułem jej oddech na policzku.
- Jeżeli mi pomożesz przedstawię ci trochę przydatnych informacji o Krawcu oraz grupie ze wschodu – powiedziała cichym, stanowczym i tajemniczym głosem. Przymknąłem oczy. Emanowała z niej dziwna aura. Aura, której byłem niesamowicie ciekaw. Zanim zdążyłem odpowiedzieć poczułem coś. Pociągnąłem delikatnie nosem. Zapach był ładny. Perfumy? – pojawiła się myśl w mojej głowie – Kto do cholery używa perfum w czasie apokalipsy?


KONIEC TOMU 5

sobota, 25 listopada 2017

Rozdział 24: Światełko w tunelu

Rozdział 24, kolejny z perspektywy Zuzy. Wiem, że dawno mnie tu nie było i projekt nieco podupadł, ale mam nadzieję, że ucieszycie się, że pojawił się kolejny rozdział i to taki, w którym naprawdę sporo się dzieje. Czy Płock utrzyma się pod napływem zombie? Zapraszam do czytania i komentowania, a już niedługo mam nadzieję, że widzimy się w finale ;)

POV:
Zuza - Rozdział 24 - Dzień 8
Bobru - Dzień 8 - Pomaga w obozie w Płocku
Irek - Dzień 8 - Wraca z grupą Dziary bronić okolic Torunia

---------------------------------------------------

Rozdział 24: Światełko w tunelu


                Grupa z Inowrocławia pojawiła się w tak idealnym momencie, że wydawało się to wręcz niewiarygodnie wygodne. Jednak to byli oni. Na czele z ogromnym Gigantem stali po drugiej stornie drzwi, obwieszeni broniami i gotowi do walki. Wydawali się wręcz błyszczeć, niczym światełko w tunelu. Pierwsze, co zauważyłam to to z jakim niepokojem patrzyli na Neri.
- Spokojnie, ona jest ze mną. Bardzo pomogła ogarnąć to wszystko na górze – wskazałam ręką na sufit.
- Jak wygląda sytuacja? – zapytał Gigant, w czasie gdy dwóch ludzi, których nie znałam zamykali drzwi prowadzące na zewnątrz. Nie miałam pojęcia skąd, ale mieli nawet klucze.
- To wszystko sprawka Zszytych. Wpuścili tutaj całe Stado, a przez ten cały chaos jeden z naszych strzelił próbując ich powstrzymać i sprawił, że na górze jesteśmy zamknięci. Całkowicie – powiedziałam zgodnie z prawdą.
- No to kiepsko. Z tej strony też nie zdążylibyśmy uciec, Stado zaczyna otaczać wzgórze, właściwie gdybyśmy tutaj nie weszli to prawdopodobnie bylibyśmy martwi – odpowiedział mężczyzna.
- Chodźmy na górę, tam pomyślimy co i jak – zaproponował Gigant.
                Tak też zrobiliśmy. Wróciliśmy na górę tą samą drogą, którą zeszliśmy na dół. Pójście taką grupą było znacznie cięższe, szczególnie z Gigantem, który miał spore problemy przeciskając się przez węższe punkty tunelu. Udało się nam jednak przejść przez te najgorsze odcinki i w końcu zobaczyliśmy schody prowadzące do kościoła. Podróż ponownie zajęła nam ponad pół godziny, ale na górze nie było słychać nic poza trupami. Ludzie wewnątrz obozu starali się zachować ciszę. Byłam ciekaw jak zareagują jak zobaczą nas z powrotem po tak krótkim czasie.
- Jak poszło w Inowrocławiu? – zagadałam do Giganta, czując nagłą potrzebę otwarcia ust.
- W sumie bez większych problemów – odpowiedział – Ben z chęcią odstąpił ludzi. Nie tylko tych dwudziestu. Jak jechaliśmy w tą stronę to podróżowaliśmy karawaną.
- Karawaną? – zapytała zaciekawiona Neri.
- Tak – odpowiedział powoli Gigant – Z ludźmi z Torunia i Inowrocławia.
- I gdzie oni są? – zapytałam.
- Na drodze. Stado nie tylko uderzyło tutaj. Jest naprawdę ogromne i z tego co wiem jego druga odnoga, jeszcze większa niż ta idzie w stronę Ostoi. Dziara z paroma ciężarówkami wypełnionymi ludźmi ma zatrzymać je jak najdłużej.
                Nie miałam pojęcia jaki tak naprawdę był plan. Co się działo i dlaczego Zszyci atakowali wszystkie pozostałe obozy. Z tego co zrozumiałam do tej pory wydawało mi się, że pomiędzy okolicznymi ludźmi, a tymi, którzy ukrywali się pod trupimi maskami panował pokój. Skąd nagłe działanie? Czego oczekiwał przywódca Stada, który nakierował tysiące trupów w stronę cywilizacji. Zastanawiało mnie też co stało się z dziewczyną, którą spotkałam na drodze. Mówiła, że szuka drogi do Warszawy i podróżuje na wschód. Stamtąd jednak przyszła fala zmarłych. Czy ona mogła przeżyć? Czy może dołączyła do tego orszaku i jest teraz na górze, uderzając w bramy kościoła?
                Wspięliśmy się w końcu po długich kamiennych schodach i zobaczyliśmy drzwi. Tak jak myślałam były zamknięte. Zapukałam cicho, patrząc na grupę ludzi, która obwieszona broniami stała gęsiego pode mną. To była teraz nasza nadzieja. Moja nadzieja na to, że będę mogła kolejnego dnia otworzyć oczy i walczyć dalej. Pukałam cicho, bo wiedziałam, że każdy hałas może być dla osób w kościele zabójczy. Gdy jednak nikt nie otworzył drzwi za pierwszym razem, uderzyłam w drzwi nieco donośniej. Chociaż słychać było jęki trupów, to metaliczne uderzenie wydawało się przebijać wszystko i wchodzić niczym nóż w masło w kakofonię dźwięków, która z pewnością była słyszalna w całej okolicy.
                Po czwartym razie, kiedy uderzenia były już naprawdę mocne usłyszeliśmy dźwięk przekręcanego zamka. Drzwi otworzyły się i stanął w nich Marcin.
- Zuza? Neri? Już wróciłyście? Wchodźcie! – powiedział z jednej strony głośno, a z drugiej ledwo słyszalnie. Wlaliśmy się do środka, zupełnie jak wcześniej trupy na dziedziniec przez bramę. Marcin zamknął za nami drzwi, a po chwili w korytarzu pojawiła się też reszta. Po krótkim przywitaniu się przeszliśmy do głównej sali kościoła. Wszyscy poza Łapą i Sarą byli na nogach. Chociaż od naszego wyjścia minęły dwie godziny to sytuacja na górze nie zmieniła się prawie w ogóle. Być może było nawet trochę gorzej niż wcześniej, bo trupy zdawały się nacierać z taką siłą, że nawet solidne, wzmacniane drzwi wyglądały jakby miały lada chwila runąć pod natłokiem uderzających.
- Jak to się stało? – zapytał Gigant – Gdzie jest Łapa.
- Została ciężko raniona przez tutejszych i dochodzi do siebie. No i jakby nie patrzeć ich winą jest też to w jakiej sytuacji się znajdujemy – powiedział Medyk.
- Nie przesadzajmy już tak z tą winą tutejszych. Emil zadziałał impulsywnie, ale to nie jego wina, że Zszyci nasłali na nas stado. Nikt nie wie czyja to wina. Może to tylko kaprys – powiedział Józef.
- Tak czy siak jesteśmy odcięci. Rozumiem, że dół jest już otoczony? – zapytał Marcin.
- Mhm – potwierdził kiwnięciem głowy Dymitr.
- Katastrofa – rzucił Medyk odpalając papierosa.
- Nie możemy się załamywać – zauważył Gigant – Sytuacja jest ciężka, ale w tym kościele jesteśmy bezpieczni. Zszyci nie atakują, prawda? Poza otwarciem bramy nie było ich widać? – upewnił się.
- Tak. Otworzyli bramę. Było ich dwóch i we dwójkę sprowadzili na nas większa zagładę niż ktokolwiek, z kim walczyliśmy wcześniej. To jest w tym wszystkim najbardziej przerażające… - powiedział Józef.
- Tyle dobrze, że jesteśmy tutaj, a nie na zewnątrz. Mamy masę broni i amunicji. Jeżeli przeczekamy tutaj w ciszy najbliższe godziny to trupy siłą rzeczy ruszą dalej. Jak stoimy z zapasami? – zapytał się najwyższy z całego towarzystwa.
- Starczą na dwa, góra trzy dni. Reszta jest w magazynie, który jest setki zombie dalej od tego budynku – stwierdził Marcin.
- To daje nam sporo czasu do namysłu. Teraz chyba nie pozostaje nam nic poza siedzeniem tutaj i czekaniem w ciszy. Jak jechaliśmy tutaj to sporo trupów było na wylotowej na zachód. Stado idzie dalej, więc w końcu będzie musiało dać sobie spokój – stwierdził Karol siadając na jednej z ławek i zrzucając plecak oraz ogromny miecz na bok.
                Sytuacja nieco się uspokoiła. Gigant miał racje, nie mogliśmy zrobić z tego miejsca właściwie nic. Trupy napierały, momentami słabiej, ale nie przestawały, jakby były pewne, że nie mam dokąd uciec. Uparły się, żeby stać i próbować nas dorwać. Wdrapałam się na wieżę obserwacyjną, gdzie miałam doskonały widok na całą okolicę. Chociaż było ciemno to bez problemu udało mi się zauważyć linie, gdzie trupy się nieco rozrzedzały. Sięgały one jednak granic miasta, zarówno na wschód jak i zachód. Widać było, że przemieszczają się i spora część przeszła już przez centrum, ale wciąż trwało to niesamowicie powoli. Potrzebowaliśmy spokoju i ciszy. Łapa i Sara wciąż były w fatalnym stanie. Póki co zapasy nie były problemem pierwszej potrzeby, ale to mogło zmienić lada dzień, szczególnie jak stan jednookiej kobiety by się pogorszył.
                Delikatne odchrząknięcie wyrwało mnie z przemyśleń. Usłyszałam je najpierw w środku głowy i byłam pewna, że to głos mojego ukochanego, którego nie słyszałam już od paru dni. To jednak był Gigant. Schylił się pokonując framugę drzwi, po czym stanął po mojej prawicy. Widziałam jak dłonie zacisnęły mu się na poręczy. Początkowo stawiałam, że to kwestia zmęczenia, ale po chwili zdałam sobie sprawę, że to zdenerwowanie.
- Odkąd tu przyjechaliśmy nie mieliśmy nawet chwili na odpoczynek. Wojna z trupami, wojna z ludźmi, a teraz jeszcze wojna z ludźmi, którzy wyglądają jak trupy – zaczął mówić, bardziej do siebie niż do mnie. Milczałam – Mogę cię o coś zapytać?
- Jasne – odpowiedziałam.
- Czy uważasz, że warto było? Iść tutaj zamiast pójść na zachód, do Ostoi, Inowrocławia czy jeszcze innego miejsca?
                To nie było najprostsze pytanie. Z jednej strony czułam się między tymi ludźmi dobrze. Wydawali się być dobrzy, o ile można było kogokolwiek określić w takich czasach tym mianem. Chcieli, żeby ten region był bezpieczny, myśleli o odbudowie cywilizacji i szukaniu sposobu na pokonanie wszystkich przeciwności losu. Odkąd jednak tutaj przybyłam miałam za sobą operację, sytuację, w której musiałam przełamywać się do zrobienia drugiej osoby krzywdy, otaczało mnie stado trupów, a końca przygód nie było widać.
- Było warto. Cieszę się, że mogę pomóc – odpowiedziałam po chwili zastanowienia.
- Wiesz, co jest głównym problemem tego świata? – zadał pytanie, jakby całkowicie zignorował moją poprzednią odpowiedź – Moralność. Szczególnie w takich grupach jak ta. Musimy ciągle decydować o tym co jest dobre, a co nie jest. Naszym problemem powinny być trupy, a celem przetrwanie. Jakimś cholernym cudem, utrudniamy sobie jednak robotę…
- Tak działają ludzie, dlatego zazwyczaj jak mam wybór, to wybieram mniejsze grupy – powiedziałam, a Karol spojrzał na mnie – To był wyjątek, ale jak powiedziałam, nie żałuje.
- Czuję, że najbliższe tygodnie zdefiniują wszystko. Boję się trochę tego co nadchodzi. Wojna nigdy nie niesie ze sobą nic dobrego – powiedział Gigant. Zawsze był pozytywny i spokojny, jeżeli panikował to coś musiało być na rzeczy.
- Nie możemy na zapas się martwić. Też czuję się niepewnie, ale wiem, że musimy sobie dać rade. Żeby przetrwać – ostatnie zdanie wypowiedziałam z pokładami entuzjazmu, które pojawiły się zupełnie znikąd. Takie sytuacje zazwyczaj zwiastowały coś dobrego.
                Nagle na dole usłyszeliśmy mały wybuch. Ktoś z kościoła wyrzucił granat i ten poleciał w środek trupów. Fontanna kończyn wyleciała w górę spadając pomiędzy pozostałe trupy, które prawie od razu uzupełniły lukę w szeregach. Gigant złapał się za głowę i pobiegł na dół. Nie było go pięć minut, a jak wrócił, był czerwony na twarzy.
- Wpadli na pomysł, żeby dźwiękiem wywabić ich z okolic kościoła, a przy okazji ich trochę wybić. Pomysł mógłby zadziałać gdybyśmy mieli setki granatów, a nie dziesięć. Odstawiłem skrzynie z nimi i kazałem im nic nie robić – powiedział oddychając głęboko. Widać, że go to zdenerwowało.
- Dobrze. Lepiej nie ryzykować – odpowiedziałam krótko.
                Staliśmy tak przez około piętnaście kolejnych minut. Rozmowa zboczyła na nieco luźniejsze tematy. Gigant opowiedział jak bez większych problemów dotarli do Inowrocławia i jak spotkali tam dawno nie widzianego i uznanego za zmarłego przyjaciela, którego nie miałam jeszcze okazji poznać. Podobno był bardzo ciekawą postacią. Dodatkowo dowiedziałam się nieco więcej o ofensywie, która była wyprowadzana na północy.  Byłam bardzo ciekawa całej społeczności, w którą dopiero zaczynałam wchodzić i miałam szczerą nadzieję, że uda mi się przeżyć do tego momentu. Trupy wciąż oblegały cały plac na wzgórzu. Nie było widać ich końca i choć ludzi i amunicji mieliśmy sporo to nie widziałam żadnych szans na zwyciężenie tego boju, nawet jakby trupy wchodziły jeden po drugim. Zwyczajnie przewaga liczebna była zdecydowanie po ich stronie.
                Nagle rozmowy przerwał nam blask. Serce mi podskoczyło do gardła. Niebo rozbłysło na niebiesko, a potem na zielono, a huk, który przeszedł okolice przywołał na moje plecy dreszcze. Z jednego z dachów ktoś puszczał fajerwerki. Pokaz wyglądał niesamowicie, szczególnie, że ostatni raz petardy puszczano na sylwestra rok temu, bo w tym roku oczywiście już nikt o tym nie myślał, w końcu trwała apokalipsa zombie. Świat się kończył. Ktoś jednak wyraźnie próbował narobić hałasu w innych częściach miasta. Żałowałam jak cholera, że brama upadła. Byłam pewna, że gdybyśmy ją odpowiednio wzmocnili i zamknęli to trupy nie byłby w stanie przez nią przejść, bo podjazd pod nią był zbyt wąski, żeby naparło na nią całe stado.
                Gigant chwycił mnie za rękę. Zbiegliśmy razem po schodkach do środka kościoła. W środku wrzało, wszyscy stali przy oknach i patrzyli, starając się dojrzeć źródła i obserwując trupy. Hałas jaki wytwarzały fajerwerki był na tyle głośny, że nie musieliśmy się przynajmniej martwić o to, że ściągniemy na siebie dodatkową uwagę.  Podbiegliśmy do grupki zebranej przy rozbitym oknie.
- …ktoś zdecydowanie chcę nam pomóc – zdołałam usłyszeć tyle zanim podeszliśmy wystarczająco blisko. Medyk pykał nerwowo papierosem, puszczając kłęby śmierdzącego dymu.
- Co robimy? – zapytał Pablord.
- Powinniśmy wykorzystać ten moment – zdecydował Marcin – Trupy się przesuwają. Jeżeli na dziedzińcu zrobi się trochę miejsca to dobrze byłoby powalczyć na dziedzińcu i zabezpieczyć bramę oraz tyły.
- Nie wiem czy to najlepszy pomysł – wtrącił Emil.
- Gorszy niż rozbicie szyby? – zapytał ironicznie Medyk.
- Przestańcie już to ciągle przywoływać do cholery jasnej – Marcin aż odwrócił się do tyłu. Pierwszy raz zobaczyłam go zdenerwowanego. Zaskoczyło mnie nieco to, że poczuł się tak pewnie, chociaż pojawił się w grupie tak niedawno.
- Dobra, masz rację. Przepraszam – powiedział starszy mężczyzna – Tak czy siak według mnie powinniśmy zaryzykować. Jak ktoś nam próbuje pomóc to albo to Toruń, albo Bobru. Obie opcje wręcz krzyczą żebyśmy walczyli i nie dali za wygraną.
- Musimy ustalić plan działania – głos Giganta standardowo przebił się przez hałas – Przygotujcie wszystkie bronie jakie mamy, każdy kto jest w stanie niech chwyta za karabin i zaraz pomyślimy co i jak.
                Na niebie po chwili pojawiły się kolejne smugi z zupełnie innego budynku. Drugie miejsce, które również odwracało uwagę zombie od wzgórza. Zszyci potrafili kontrolować przepływ trupów znacznie lepiej, ale nasza taktyka też działała. Nagle jednak uderzyła mnie myśl.
- Co jeśli to ktoś inny? Ktoś, kto chcę po prostu przejąć to miejsce – zapytałam na głos, gdy wszyscy zebraliśmy się w kółku. Było nas ponad dwudziestu.
- Wątpię – odezwał się Józef – To miejsce to chodząca fala trupów. Nawet jak ktoś chciałby je przejąć to na pewno nie teraz. Jestem pewien, że nadchodzi ratunek.
- Dobra pozostawiając domysły musimy przemyśleć dobrze jak to zrobić. Mamy dosyć ograniczoną liczbę osób i nie możemy zostawić też kościoła bez ochrony. Chociaż nic na to nie wskazuje, to w okolicy mogą kręcić się dalej Zszyci. Jeżeli wszyscy stąd wybiegniemy to przejmą to miejsce bez walki. Dodatkowo mamy tutaj dwie ranne kobiety – włączył się do rozmowy najwyższy z nas.
Wszyscy dosyć zgodnie przytaknęli. Gigant miał absolutną rację, szczególnie, że wysyłanie całej grupy na tak niebezpieczną misję było po prostu bez sensu.
- Dlatego proponowałbym rozbicie się na dwie grupy. Mamy tutaj dziesięć okien wychodzących na tą stronę placu. Gdyby każdy obstawił inne to mielibyśmy stąd świetne wsparcie – Karol wskazał dłonią rząd okien, z jednym wybitym wcześniej przez Emila – Dalej dwie osoby pilnowałby tylnych drzwi, którymi byśmy wyszli. Tak dla pewności, żeby nic nie zakradło się do środka. No i ostatecznie osiem osób wyszłoby na zewnątrz i wyczyściło jak najwięcej się da, tak żeby dostać się do bramy i ją zamknąć. Poczekamy na dobry moment i wtedy przy pomocy salwy z okien i siły przebicia powinniśmy tam dotrzeć. Wtedy wystarczy będzie oczyścić resztę i zablokować dodatkowo bramę samochodami lub czymkolwiek innym.
- Ja mogę dowodzić drużyną przy oknie – zaproponował Medyk – Wolałbym zostać jednak w środku, nie te lata żeby przebijać mi się przez tłumy trupów.
                W krótce do jego drużyny dołączył mężczyzna z kozią bródką o imieniu Dymitr oraz jego dziewczyna – rudowłosa Natalia, a także siedmiu ludzi z Inowrocławia. Do obrony drzwi został wyznaczony chłopak o imieniu Pablord oraz siostra Łapy. Cała reszta, ze mną i Marcinem na czele miała wyjść do tego piekła. Zdecydowałam się pójść z tą grupą nie dlatego, że czułam się pewnie w terenie. Bałam się, że ktoś zakradnie się do kościoła i zaatakuje wnętrze, a byłam pewna, że gdy znowu przed moim celownikiem pojawi się człowiek to znowu może mnie sparaliżować, a tutaj nie było miejsca na błędy.
                Niedługo po tym jak się przygotowaliśmy i czekaliśmy na odpowiedni moment, na niebie pojawiły się kolejne fajerwerki. Chociaż cała sytuacja trwała już dobre piętnaście czy dwadzieścia minut, to z dachów wciąż wylatywały smugi, które wzlatując w niebo wyzwalały dźwięk i rozbłysk. Trzy budynki, z których ktoś próbował odwrócić uwagę trupów i nawet im się to udawało. Byłam ciekaw, czy tajemniczy wybawiciele będą w stanie dotrzeć na wzgórze i wspomóc nas w jego oczyszczaniu.  Przeładowałam karabin i wcisnęłam dwa magazynki za pasek. Na około kościoła zrobiło się względnie luźniej, chociaż wciąż wyglądało to koszmarnie. Gigant, jako jedyny z grupy uderzeniowej, nie miał w rękach broni palnej. Ostrzył swój miecz. Wiedziałam, że tak naprawdę dzięki temu jak sprawnie nim operuje, zrobi zdecydowanie najwięcej z nas wszystkich. Oczywiście musieliśmy mu dać nieco miejsca, żeby przypadkiem nie trafił kogoś z naszych, ale mając wsparcie w postaci siedmiu strzelających ludzi, oraz kolejnych dziesięciu z okien, powinien być siłą nie do zatrzymania.
                Wszystko jednak musiało wyjść w praktyce. Stanęliśmy przed wyjściem. Była tu skrzynia z granatami, którą wcześniej zarekwirował Gigant. Podeszliśmy do niej.
- Niech każdy weźmie po granacie. Gdy zamkniemy bramę może to być przydatne – zaproponował Marcin. Także każdy z nas po kolei wziął po jednej sztuce. Emil wyglądał na nieco przerażonego niedużym, zielonym, okrągłym przedmiotem, ale reszta trzymała się nieźle. Józef wydawał się być gotowy do działania, na twarzy Marcina też nie było widać niczego poza determinacją.  Dwójka ludzi z Inowrocławia, która dołączyła do Naszej grupy trzymała się najgorzej, ale ostatecznie poza delikatnie drżącymi rękoma wyglądali całkiem groźnie. Najspokojniej wyglądała jednak Neri. Zimny wyraz twarzy nie zdradzający kompletnie nic - Jeden zostanie w skrzyni, więc jak byście mieli gdzie go użyć to użyjcie.
Pablord i Młoda, którzy mieli bronić drzwi kiwnęli głowami. Stanęliśmy pod drzwiami gotowi do akcji. Dasz sobie radę, odezwał się nagle głos mojego zmarłego męża. Tym razem to był na pewno on, bo poza dźwiękami trupów i petard w kościele panowała absolutna cisza. Miałam szczerą nadzieję, że mówił prawdę, bo im bliżej było wyjścia w falę trupów, tym bardziej się bałam.
                Spojrzałam jeszcze w stronę głównej sali kościoła. Sara podniosła się i zaniepokojona rozglądała po wnętrzu. Po utracie matki stała się cieniem samej siebie. Nasze spojrzenia się spotkały. Chociaż w kościele było raczej ciemno, nie licząc pojedynczych świec zapalonych, żebyśmy mogli pozbierać bronie, to zauważyłam jak na mnie patrzy. Pomachałam do niej, a ona delikatnie odmachała. Miałam nadzieję, że wrócę żeby dalej się nią zająć i wytłumaczyć, co tu się właściwie dzieje. Zdziwiło mnie jednak to, że obudziła się dopiero teraz. Jej rana była już w naprawdę dobrym stanie przez co powinna być już tylko osłabiona, a ona jednak spała prawie całymi dniami, nie licząc krótkich pobudek, przy których jadła, chwilę ze mną rozmawiała i znowu zasypiała.
                Marcin dał nam znak żebyśmy się przygotowali i  stanął przy drzwiach. Grupa Medyka stała już gotowa przy oknach. Na razie wybite było tylko jedno, ale wiedziałem, że lada chwila do ogólnej kakofonii dźwięków dojdzie pękające szkło. Uspokoiłam roztańczone dłonie i spojrzałam na Marcina. Uśmiechnął się do mnie.  Musiałam trzymać się reszty i osłaniać Giganta. Zauważyłam, że Marcin również zmienił karabin na swoją włócznię. Z pewnością umiał nią dobrze operować, chociaż wiedziałam, że daleko mu do tego, co Gigant wyczyniał ze swoim mieczem.
                Drzwi zostały otwarte nagle. Chociaż spodziewałam się tego, że klamka zostanie w końcu pociągnięta, to kiedy uderzyła we mnie fala chłodnego, wieczornego powietrza, a także narósł hałas trupów to moje ciało zesztywniało. Czułam się jakbym została sparaliżowana lub zamrożona. Cała grupa wypadła jednak na zewnątrz, a ja zostałam pociągnięta wraz z nimi. Gigant szybko odskoczył od nas i ściął pierwszą trójkę trupów, która znajdowała się metr od drzwi. Z okna sytuacja wyglądała znacznie gorzej, ale tutaj było widać, że zdecydowanie zrobiło się luźniej. Ruszyliśmy. Nasz ostatni bastion właśnie nabierał prędkości. Chociaż widziałam Giganta w akcji to patrzenie na niego ponownie było czymś niezwykle satysfakcjonującym. To z jaką gracją się poruszał, jak pewnie i potężnie ciął – wydawał się być maszyną w ciele człowieka.
                Gdy oczyściliśmy najbliższy kwadrat wokół drzwi to z zewnątrz wypadli za nami Pablord oraz Młoda. Dzielnie trzymali karabiny.
- Strzelajcie do wszystkiego, co uniknie naszych ataków. Nie marnujcie jednak amunicji za dużo amunicji, bo najciężej będzie przy bramie – ryknął Gigant, przebijając się przez kolejną grupę.
 Marcin wydawał się być idealnym partnerem do jego ataków. Kiedy Karol zamachiwał się i ścinał kolejne głowy, to Marcin doskakiwał i dobijał je, a także starał się odpychać trupy, które przez różne deformacje unikały ostrza. Ja nie oddałam jeszcze strzału, chociaż Józef oraz ludzie z Inowrocławia osłaniali ich puszczając krótkie, parostrzałowe serie. Ja, Neri oraz Emil wstrzymywaliśmy się póki co od strzałów, nie chcąc nikogo zranić w tym chaosie, szczególnie, że póki co wszystko układało się po naszej myśli.
                Kiedy przebyliśmy kawałek drogi, zostawiając za sobą ciało na ciele, dotarliśmy do zakrętu, skąd droga prowadziła na plac główny, którym mogliśmy dostać się do bramy. Po lewej była odnoga skręcająca do magazynu, a za naszymi plecami tylna furtka, którą teraz osłaniali Pablord z Młodą. Wysuwaliśmy się powoli do przodu, wciąż powtarzając identyczny schemat. Jedyny moment, kiedy zrobiło się gorąco był wtedy, kiedy stanęła przed nami wyjątkowo duża grupa. Gigant nie chcąc ryzykować wycofał się i pozwolił nam ich załatwić. Szybka seria z paru karabinów bez problemu przebiła zbiorowisko złożone z około dziesięciu trupów, dzięki czemu mogliśmy wrócić do poprzedniego schematu.
                Gdy wyszliśmy na plac to zaczęły się schody. Trupy były teraz wszędzie i nacierały z każdej strony. Chwilę po pojawieniu się w tym punkcie zaczęła się istna kanonada. Dźwięk tłuczonego szkła tworzył idealną parę z strzałami i upadającymi ciałami. Tutaj zachowywaliśmy dystans, bo nie chcieliśmy utrudniać zadania tym, którzy byli w kościele.  Sami strzelaliśmy, a jedynie Gigant machał mieczem, kiedy tylko miał okazję.  Za każdym razem, kiedy słyszeliśmy głośne „przeładować” Medyka to wchodziliśmy do akcji ,żeby wykorzystać moment i nie dać trupom możliwości ponownego zajęcia zdobytego terytorium. Z każdą sekundą byliśmy coraz bliżej otwartej bramy i to właśnie tam miało zacząć się piekło.
- Rzucajcie granaty – powiedział Marcin i chwycił do paska. Wyciągnął zawleczkę i cisnął w grupę trupów przy otwartej bramie.  Huk jaki poszedł zdawał się zatrząsnąć fundamentem wzgórza, ale gdy dorzuciliśmy nasze sztuki to poza ponurą mozaiką flaków zrobiło się znacznie czyściej.  Wszystko szło aż za dobrze.
                Momentem załamania była chwila, gdy Gigant zamachnął się w jednego z większych trupów jakie widziałam. Uderzenie zdawało się być tak silne, że mogłoby przeciąć samochód na pół jednak coś poszło nie tak. Trup ugiął się pod uderzeniem, ale ostrze nie chciało wyjść z jego ciała. Musiało zaklinować się w kamizelce, którą trup nosił na sobie. Gigant starał się przez chwilę siłować, ale w końcu wypuścił ostrze, a wszystkie okoliczne trupy na nas ruszyły. Byliśmy jednak już pod bramą i efektownie kładliśmy kolejne zagrożenia i zaczęliśmy powoli zamykać oba skrzydła. Szło to topornie, a Gigant, który osłaniał nas przed zombie na placu musiał się teraz schować, bo jego ostrze utonęło wśród leżących ciał. Wszyscy wyglądaliśmy jak żywe trupy – cali we krwi oraz resztkach wnętrzności.
                Skrzydła bramy jednak w końcu się spotkały. Józef sprawnie założył wcześniej przygotowaną kłódkę i zaczął obwiązywać dwa przylegające pręty łańcuchem ze stali, który znaleźliśmy w kościele. Zadania nie ułatwiały mu trupy, które desperacko próbowały wrócić na zajęty teren. Udało się nam. Plac był odcięty od drogi, a zombie nie miały szans przebić się przez solidną bramę.  Teraz pozostało oczyszczenie całego terenu obozu.
- Nie mam amunicji! – wrzasnął Emil, który wyjątkowo wczuł się w sytuacje.
- U mnie też pusto – zauważył po chwili Marcin, sięgając znowu po włócznię.
Wiedziałam, że ja też mam już ostatni magazynek. Trupy szły teraz zdecydowanie w naszą stronę, a byliśmy za daleko żeby ludzie z kościoła nas mogli osłonić. Chociaż zadanie zostało wykonane byliśmy straceni. Czułam metalowe pręty odciskające się na moich plecach i ogromny ryk za nami. To był znak, że nie możemy się już bardziej wycofać, a Marcin nie  był w stanie odpędzić wszystkich trupów. Zaczęliśmy uderzać kolbami i przepychać się żeby jak najbardziej opóźnić nadejście nieuniknionego.
                Nadeszło jednak coś znacznie bardziej nieprzewidywalnego. Z kościoła wybiegła grupa ludzi. Serce zabiło mi szybciej, bo zaczęli biec w naszą stronę. Zauważyłem na ich czele Bobra oraz starszego mężczyznę, a także około ośmiu innych ludzi, których kompletnie nie znałam, ale podejrzewałam, że muszą być to ludzie z Płońska. Podbiegli do nas i zaczęli wybijać trupy. Dali nam miejsce na oddech. Wybili całą lewą stronę i po chwili staliśmy na środku placu, a jedyne co odbijało się po okolicy to echa strzałów oraz ryki trupów za bramą. Bobru wyglądał fatalnie. Jego twarz była czerwona, a w oczach widziałam pustkę. Kiwnęłam jednak głową na przywitanie i zajęliśmy się wybijaniem reszty.
- Jesteś potrzebna w środku – powiedział nagle łapiąc mnie za ramię.
- Coś się stało? – zapytałam.
- Tak. Proszę idź tam, my zajmiemy się resztą – głos Bobra brzmiał bardzo smutno. Wiedziałam, że coś go męczy, więc nie pytając już o nic ruszyłam w stronę kościoła zostawiając wszystkich za sobą. Zdążyłam tylko zauważyć jak Gigant sięga po swój miecz i wraca do szalonego tańca, którym przebił nam drogę do bramy.
                W drodze do kościoła było już właściwie czysto. Jedyne trupy jakie mnie spotkały, niedobitki całej walki, odpychałam, biegnąc najszybciej jak umiałam. Czułam zmęczenie, ale przypomniałam sobie o tym, że mam jeszcze pistolet. Wiem, że i tak nie pomógłby nam szczególnie przy bramie, ale zrobiło mi się głupio, że wyleciało mi to z pamięci. Dobiegłam do uliczki, w której było wejście do kościoła i zobaczyłam, że Pablord i Młoda wciąż odpychają trupy, które napływały tylną furtką. Podeszłam do nich i już miałam wchodzić do środka, gdy nagle usłyszałam głośny, męski krzyk:
- Teraz! – nie należał on ani do Pablorda, ani do nikogo z naszego obozu. Wydawał się dobiegać z fali. Mogłam przewidywać co to oznacza, ale nie połączyłam faktów. Gdy zdałam sobie sprawę było już za późno. Z tłumu padł nagle strzał. Pablord dostał w ramię i upadł ciężko na plecy, trzymając się mocno za miejsce, gdzie przebił go pocisk. Nie to jednak było najgorsze. Gdyby to zakończyło się w tym momencie to prawdopodobnie wszystko byłoby w porządku. Nagle z kościoła wypadła osoba. Miała coś na twarzy i jej postura oraz strój wydawały się dziwnie znajome. Przeskoczyła nad Pablordem i pobiegła w tłum zombie, ale gdy nas mijała coś wypuściła.
                To był granat. Odbezpieczony. Chciałam odskoczyć, odkopać go, zasłonić i wykonać parę innych czynności naraz, ale jedyne co robiłam to patrzyłam jak mały obiekt turla się po ziemi. Wydawało mi się, że zobaczyłam nawet jak rozszerza się i wybucha, ale to była tylko moja wyobraźnia. Nie mogłam tego zobaczyć, ponieważ całość została zasłonięta przez Pablorda, który położył się na niego. Zdążył jedynie jęknąć:

- Uciekajcie – po czym nastąpił wybuch.