sobota, 13 grudnia 2014

Rozdział 6: Granica

Rozdział 6, drugi z perspektywy Magdy. Zagłębimy się nieco w intrygę rozsiewaną przez Dziarę i zobaczymy jak to się rozwinie, gdy Magda dostanie pierwsze zadanie do wykonania. Czy złamie się i ucieknie? A może spodoba jej się rola, którą odegra w planach Dziary? Zapraszam do czytania i proszę o komentarz oraz rozesłanie bloga znajomym :)

Rozdział 6 (Magda): Granica


                Moja sytuacja była kompletnie beznadziejna. Moje samopoczucie przed i po wyjściu z Kwatery Głównej, tego feralnego wieczora, było kompletnie inne. Przed wejściem byłam podekscytowana tym, co może na mnie czekać w środku. Miałam w końcu dostać pracę i to po rozmowie z samym szefem Czerwonych Flar – Dziarą. Po wyjściu byłam pewna tylko jednego – tego, że jestem w bardzo nieciekawej sytuacji. Powiedziałabym wręcz, że w beznadziejnej.
                Tego wieczora zostałam wtajemniczona w coś, czego nie wiedział, póki co, nikt inny. Dowiedziałam się, że cała Ostoja chyli się ku upadkowi. W końcu grupa, uważana za największych wrogów Torunia, okazała się być pod kontrolą jednego z rządzących. Po co były te zagrywki? Czemu Dziara chciał się pozbyć Karła? Chciałam, naprawdę chciałam o tym z kimś pogadać. Ale nie miałam z kim. Nawet następnego dnia od razu po wstaniu miałam przed oczyma obraz Jana, trzymającego nóż przy gardle mojego brata. Nie mogłam ryzykować życiem ostatniej osoby, która znaczyła dla mnie naprawdę wiele.
                Musiałam robić wszystko, co mi rozkaże Dziara. Byłam jego człowiekiem do brudnej roboty. Ale czemu wybrał akurat mnie? Nie zabiłam jeszcze żadnego człowieka, a biorąc pod uwagę to, o co mnie poprosił, wiedziałam, że to może się w krótce zmienić. Z tego co wiedziałam, moje pierwsze zadanie było dosyć proste. Musiałam odwrócić uwagę ludzi, z którejś z barykad na tyle, żeby oddział Gangu mógł wejść na teren Torunia i doprowadzić do zamieszek. Miałam szczerą nadzieję, że ci bandyci nie zabiją nikogo z moich towarzyszy, bo wtedy nie wybaczyłabym sobie tego.
                Oczywiście mogłam zawsze zaryzykować i powiedzieć o tym wszystkim co usłyszałam komuś ważnemu, ale aktualnie nie było tu osoby, która by mnie wysłuchała i rozplanowała wszystko tak, żeby nie pozwolić Dziarze zabić zakładników. Mogłam też uciec, ale wtedy zostawiłabym mojego brata na pastwę tego potwora. Musiałam rozplanować wszystko jak najlepiej do powrotu Bobra. To musiała też być część planu. Wysłanie Bobra daleko na północ, żeby nie mógł monitorować sytuacji na miejscu. To samo zresztą z Ernim, który został wysłany na wschód. Pozostawała mi zawsze opcja rozmowy z Sołtysem, Łapą lub kimś takim, ale oni nie mogli mi pomóc. Postąpili by głupio lub impulsywnie, a ja musiałam być pewna swoich działań.
                Zastanawiałam się jeszcze nad rozmową z Karłem, ale ostatecznie zrezygnowałam z tego pomysłu. On był z pewnością ostatnią osobą, która uwierzyłaby w to, że jego przyjaciel, ktoś kto zbudował z nim całą tą społeczność, byłby w stanie zrobić coś takiego. Musiałam radzić sobie sama.
                Po obudzeniu się szybko ruszyłam na plac treningowy. Podczas strzelania zawsze przychodziły mi do głowy dobre pomysły, więc liczyłam, że i tym razem tak będzie. Oczywiście jedyna barykada jaką rozpatrywałam to ta, na której siedzieli Karol, Kamil oraz Dymitr. Musiałam ich oszukać w jakiś sposób, albo odwrócić ich uwagę, ale jak mogłam to zrobić bez wzbudzenia zbyt dużych podejrzeń? Dziara oczywiście nie chciał mi pomóc, powiedział, że to na tyle łatwe zadanie, że powinnam sama sobie z tym dać radę.
                Dotarłam na strzelnicę dosyć szybko. Tym razem nie byłam tam sama, wpadli tam również dwaj strażnicy, którzy strzelali z pistoletów do podziurawionych mankiet, mających na celu udawanie ludzi. Nie przeszkadzając im stanęłam obok i zaczęłam celować do tarczy. Pierwsza strzała trafiła w sam środek. Ucieszyło mnie to, oznaczało to nic innego jak powrót do formy. Powolny, ale skuteczny. Wypuszczałam kolejne strzały i rozpatrywałam kolejne opcje.
                Mogłam ich po prostu oszukać. Powiedzieć, że cała trójka jest wezwana przez kogoś do jakiegoś konkretnego miejsca i wtedy obiecać, że zaopiekuje się barykadą na czas ich nieobecności, a w ten czas wpuścić ludzi z Gangu. Mieli oni dostać się na teren dzisiaj, gdy zaczną bić kościelne dzwony, czyli o godzinie osiemnastej. Teraz nie było jeszcze dwunastej. Dzwony w Ostoi biły zawsze o tych dwóch godzinach. Wtedy organizowane były msze dla osób wierzących. Ja nie należałam do takich, szczególnie po tym co przeżyłam, więc po prostu nie odwiedzałam kościoła zbyt często.
                Drugim sposobem było wywołanie zamieszania gdzieś niedaleko barykady i tym samym sprowokowanie przybycia kogoś z okolic w określone miejsce. Ta opcja jednak również nie była zbyt dobra, bo na pewno cała trójka nie ruszy w to miejsce, tylko zostawią kogoś z tyłu na straży. Ewentualnie wyruszą we trójkę, ale gdy zobaczą, że nic poważnego się nie dzieje, to wrócą na swoje miejsca. Mi było potrzebne około pięciu minut.
                Podeszłam do tarczy, żeby wyjąć strzały i ponownie wycofałam się za linię, żeby oddać kolejne strzały. Pomimo strzelania przez najbliższą godzinę i naprawdę dobrego cela dzisiejszego dnia, to wciąż nie byłam pewna moich planów. Byłam jednak umówiona z Krystianem na spotkanie w barze i miałam nadzieję, że on będzie potrafił mi coś doradzić. Składając łuk i strzały podsłuchałam kawałek rozmowy dwóch strażników. Nie mówili cicho, ale też nie na tyle, żeby każdy mógł usłyszeć.
- To już czwarty miesiąc, a wciąż żyjemy! – powiedział jeden.
- Szef podobno szykuje coś z tej okazji. Mam nadzieję, że to nie jest ostatni miesiąc. To miejsce jest niesamowite, a Szef to równy gość – odpowiedział drugi.
- Mi tam nie podoba się to co on robi. Myślę, że gdyby nie  Dziara to ludzie z Gangu by nas dawno stąd przegonili – stwierdził pierwszy.
                Gdybym tylko mogła to krzyknęłabym, że się mylą. Dziara stał za tym wszystkim. Ale nie mogłam. Odeszłam w milczeniu w stronę domu, żeby zostawić strzały i łuk, po czym ruszyć w stronę baru. Idąc obserwowałam ulice, które były teraz wyjątkowo puste. W sumie pora wskazywała na to, że większość teraz pracuje, dlatego też na ulicy mijałam pojedynczych ludzi. Nagle jednak dojrzałam ciekawą postać, której losy mnie interesowały, a mianowicie Mpd. Z tego co słyszałam już przed stratą ręki nie mógł być pewny swojej pozycji. Teraz jednak byłam wręcz pewna, że ją straci, a jego miejsce zastąpi ktoś inny. Ktoś gotowy wyruszyć w pełni sił do ataku i do wszystkich zadań przydzielonych przez Dziarę.
                Podeszłam i zagadałam do niego.
- Hej Mateusz. Jak się trzymasz? – zapytałam patrząc na niego. Wyglądał nieco mizernie, ale gdy tylko mnie zauważył starał się rozchmurzyć nieco.
- Dobrze, bardzo dobrze, wyśmienicie – zaczął po czym spojrzał ze smutkiem na swój kikut – Właściwie to fatalnie.
- Jestem Magda, zapewne mnie nie znasz, ale dotarłam tutaj z Bobrem, a go na stówę kojarzysz – wytłumaczyłam, żeby nie wyglądać na pierwszą lepszą dziwaczkę.
- Kojarzę cię, byłaś na barykadzie dwa dni temu, jak tu wjeżdżałem. Mogę ci jakoś pomóc? – zapytał.
- Właściwie to nie – powiedziałam mając w głowie to co powiedział mi Dziara – chciałam tylko zapytać jak sobie radzisz w obecnej… sytuacji.
Mateusz zastanawiał się przez chwilę po czym odpowiedział.
- Nie jest fajnie. Życie w tym świecie jest okropne, naprawdę fatalne – słowa zdawały się wylatywać z jego ust szybciej niż to było możliwe – ale radzę sobie. Bez ręki pewnie nie zachowam statusu Czerwonej Flary na długo, ale kto wie? Mam nadzieję, że mi się uda.
- Życzę ci tego. Miłego dnia! – powiedziałam odchodząc w stronę domów.
                Wspięłam się szybko po schodach i już po chwili byłam w swoim mieszkaniu. Odłożyłam łuk i strzały na to samo miejsce co zawsze. Lubiłam porządek, ale też nie przepadałam za osobami, które robią wielką aferę o parę rzeczy walających się po podłodze. Następnie podeszłam do zlewu i przemyłam ręce oraz twarz, żeby odświeżyć się nieco przed spotkaniem z Krystkiem. W końcu lubiłam go i był całkiem atrakcyjnym mężczyzną, więc nie mogłam pójść do niego wyglądając jak upiór. Po szybkim odświeżeniu się wybiegłam w stronę baru.
                Gdy doszłam do zawsze zadymionego, przez co nieco dusznego pomieszczenia, to od razu zauważyłam ciemnego blondyna, z którym miałam się tutaj spotkać. Podeszłam jeszcze do barmana prosząc o kubek ciepłej herbaty po czym podeszłam do Krystka. Przytuliliśmy się na przywitanie po czym usiedliśmy naprzeciwko siebie.
- Hej, jak się trzymasz? – zapytał mnie.
- Bywało lepiej, ale nie jest najgorzej… - stwierdziłam.
- Udało ci się dostać jakąś robotę?
Zastanowiłam się chwilę nad odpowiedzią. Marzyłam o tym, żeby mu powiedzieć, że potrzebuje pomocy bo wpadłam w niezłe bagno, ale nie mogłam. To były granice wyznaczone przez Dziarę. Postarałam się o jak najlepszy uśmiech po czym odpowiedziałam mu.
- Jasne. W sumie całkiem fajna posada, jestem taką dziewczyną na posyłki, roznoszę wiadomości od jednej osoby do drugiej w Toruniu i ogólnie spełniam zachcianki ważniejszych osób. Ale jest naprawdę dobrze.
                Zenek przyniósł mi herbatę. Wzięłam łyka i z lubością poczułam rozchodzące się po ciele ciepło.
- Brzmi spoko, ale wydajesz się być… no nie wiem jakaś smutna – powiedział.
Jakimś sposobem czuł to, a ja nie mogłam pozwolić na to, żeby nabrał podejrzeń. Spojrzałam mu w oczy po czym złapałam go za ręce. Już chciałam mu tłumaczyć, że wszystko ze mną było w porządku, gdy nagle wpadłam na pewien plan. Plan, który mógł mi pomóc dzisiaj, kiedy usłyszę dzwony.
- Właściwie to mam pewien problem. Gdybyś mógł mi pomóc byłabym wdzięczna.
Krystek uśmiechnął się szeroko.
- Co to za problem?
- Potrzebuję, żebyś zgłosił dzisiaj tuż przed tym jak zaczną bić wieczorne dzwony całą trójkę z północnej barykady. Chodzi mi o Giganta, Kamila oraz Dymitra. Pokłóciłam się trochę z nimi ostatnimi czasy, a z tego co mi powiedział Dziara to chce ich widzieć.  Gdybyś mógł im to przekazać wieczorem byłabym bardzo wdzięczna – skłamałam.
- Nie widzę problemu – powiedział śmiejąc się – zazdroszczę ci takich problemów.
                Z pewnością nie zazdrościłbyś mi niczego, gdybyś tylko wiedział, pomyślałam.
- Dziękuje – odpowiedziałam.
Następnie spędziliśmy sporo czasu razem. Problem był rozwiązany i miałam nadzieję, że wszystko wieczorem wypali. Rozmawialiśmy dalej o różnych rzeczach i stwierdziłam, że Krystian był idealną osobą do pomocy mi w takich sytuacjach. Nie dość, że mi się podobał to jeszcze był niesamowicie pomocny. Mógł być jednym z najpotężniejszych sojuszników jakimi teraz dysponowałam. W trakcie rozmowy wpadłam na pewien pomysł. Pytanie, którego odpowiedź mogłaby mi pomóc w późniejszym czasie.
- Krystek mam do ciebie bardzo ważne pytanie – zapowiedziałam – mogę oczekiwać szczerej odpowiedzi?
- Jasne. Tak mi się przynajmniej wydaje – odpowiedział.
- Gdybym zdecydowała się opuścić to miejsce, poszedłbyś ze mną? – zapytałam.
                Tym razem Krystek nie odpowiedział od razu, ani nie uśmiechnął się. Po prostu milczał dłuższą chwilę. W końcu odetchnął głęboko i spojrzał mi głęboko w oczy.
- Z tobą? Zawsze.
Poczułam dreszcze przechodzące przez całe moje ciało. Uśmiechnęłam się ładnie i ścisnęłam go mocniej za rękę. Dzwony wybiły południe, a my opuściliśmy bar i poszliśmy na spacer. Co prawda w Toruniu nie było bardziej urokliwych miejsc, ale parę z nich nadawało się idealnie na przechadzkę. Ruszyliśmy na północ gdzie znajdowała się spora szklarnia. Była ona wielkości niedużego parku i uprawiano tam warzywa oraz owoce. Oprócz tego znajdowało się tam parę drzew, które ścinano w razie srogiej zimy i kompletnego odcięcia od innych lasów. Była to taka rezerwa. W szklarni pracowało parę osób, ale teraz były tam tylko dwie.
                Jedną z nich był starszy mężczyzna, który wyglądał jak typowy ogrodnik. Miał siwy wąs, był w podeszłym wieku, a na dużym brzuchu miał fartuch ubrudzony ziemią. Drugą osobą była Ika, która przyjechała do Torunia wraz z grupą Natalii i Giganta. Co prawda nie znaliśmy się za dobrze, ale z racji iż mieszkaliśmy na jednym piętrze to kojarzyłam ją i potrafiłam z nią zamienić parę słów. Teraz jednak skinęłam w jej stronę głową na znak przywitania po czym ruszyłam do jednej z niewielu ławeczek w szklarni i usiadłam tam z Krystianem. Było tutaj naprawdę spokojnie i myślę, że mogłabym tam spędzać godziny. Miejsce było po prostu klimatyczne.
                Chcąc, żeby Krystian uważał je za jeszcze lepsze, od razu po tym jak usiedliśmy pocałowałam go. Odwzajemnił pocałunek i uśmiechnął się do mnie po tym jak nasze usta się od siebie oddaliły. Następną godzinę spędziliśmy ciesząc się sobą i tym, że w końcu któreś z nas zrobiło pierwszy krok. Teraz byliśmy parą. Był kolejną osoba w moim życiu, która była dla mnie naprawdę ważna. Ale wciąż nie mogłam zostawić swojego brata. Robił się coraz ciemniej. Pogoda też nie była najlepsza, niebo zostało przysłonięte chmurami.
                Gdy opuściliśmy szklarnię poszliśmy w kierunku Placu Głównego. Po drodze spotkaliśmy Filipa, jednego z Czerwonych Flar, który spieszył się w tym samym kierunku co my. Zobaczyliśmy sporo ludzi na placu i podest, na którym stał Karzeł. Z zaciekawieniem podeszliśmy bliżej. Ludzie z wyraźną niecierpliwością, ale też zainteresowaniem obserwowali swojego dowódcę. Karzeł chociaż nie należał do wysokich, teraz znajdował się najwyżej. Filip przepchał się do niego, a my zostaliśmy na obrzeżach tłumu czekając na to co się stanie. Czy to było zwykłe ogłoszenie, czy jakiś alarm? Może Karzeł jakimś cudem dowiedział się o planach Dziary? Zaraz miałam się dowiedzieć.
                Przez tłum przepchał się na podest jeszcze Szeryf ze swoim megafonem. Podał go Karłowi po czym usłyszeliśmy głos dowódcy.
- Witam wszystkich bardzo serdecznie, w te niezbyt ładne popołudnie! – zaczął – Chcę zająć waszą uwagę tylko na chwilę, jednym, szybkim ogłoszeniem!
Wszyscy oczekiwali w napięciu na to, jakie to będzie ogłoszenie.
- Niedługo zaczyna się czwarty miesiąc tego piekła, który potocznie nazywamy apokalipsą. Czas żeby jakoś uczcić to, że wszyscy, którzy tu są przetrwali tak długo. Dlatego też organizuje święto. Święto Ocalałych. Zacznie się ono za parę dni, planujemy po prostu mile spędzić czas, bez żadnych problemów. Jak wam się podoba ten pomysł? – krzyczał przez megafon.
                Ludzie przyjęli pomysł zdecydowanym aplauzem. Widocznie się im podobał. Ja też się ucieszyłam, chociaż jeden dzień zapowiadał mi się dobrze w najbliższym czasie. Oczywiście najlepszym co mogłoby mi się przytrafić byłoby uwolnienie brata i uwolnienie się od Dziary, ale póki co nie było to możliwe. Tłum szybko się rozszedł, aby zajmować się swoimi zajęciami oraz odpoczynkiem, a my z Krystianem przygotowywaliśmy się powoli do realizacji naszego planu.
                Ja ruszyłam pierwsza w stronę północnej strony Ostoi. Z racji iż robiło się coraz ciemniej, a północna część była słabiej oświetlona, bez problemu poruszałam się zaułkami i omijałam mieszkańców oraz patrole straży. Planowałam przeczekać na poddaszu jednego ze straganów, na których oporządzano warzywa z okolicznej szklarni. Podskoczyłam lekko i przy wybiciu się z murku wsunęłam się na dach i zamarłam w bezruchu. Miałam stąd dobry punkt obserwacyjny na dwie uliczki – tą z której przyszłam, całą ciemną i prowadzącą na Plac Główny oraz do Kwatery Głównej, oraz tą, która biegła aż do barykady. Barykada znajdowała się jakieś dziesięć metrów na prawo ode mnie, widziałam stąd bez problemu całą trójkę jej broniącą.
                Teraz pozostało poczekać. Do osiemnastej zostało trochę mniej niż pół godziny. Ogólnie panowała taka cisza, że udało mi się usłyszeć niektóre słowa wypowiadane przez Kamila. Łysy widocznie był czymś zdenerwowany.
- To wszystko śmierdzi na kilometr! – krzyknął na tyle głośno, ze usłyszałam każde słowo wyraźnie.
Gigant rozejrzał się niepewnie po ulicy, ale nie zauważył mnie, po czym przyłożył palec do ust, żeby uciszyć trochę żołnierza.
- Ten Gang jest podejrzany tak samo jak Dziara. Wydaje mi się, że mogą współpracować. Widziałem ich dowódcę na terenie Ostoi. Jestem kurewsko pewien tego, że oni kręcą coś wspólnie – krzyczał dalej.
- Skąd wiesz jak wygląda dowódca Gangu? – zapytał Dymitr, nieco ciszej i nie byłam pewna czy to były dokładnie jego słowa.
- Widziałem go w drodze tutaj. Co prawda niedokładnie, bo stał do mnie plecami, a chwilę potem dostałem, ale jestem prawie pewien, że ten skurwysyn jest już na terenie Torunia – powiedział.
- Może on tu się wkradł? A nikt… - reszty nie usłyszałam, bo akurat przechodził tędy patrol straży. Ci na barykadzie widząc ich również umilkli, ale po chwili wrócili do rozmowy. Tym razem ciszej, znacznie ciszej. Zdołałam jeszcze usłyszeć  jak Gigant radzi Łysemu, żeby nie podejmował pochopnych decyzji, ale później ściszyli ton na tyle, że nie wyłapywałam nawet pojedynczych słów.
                Czas mijał, a godzina osiemnasta nadchodziła nieubłagalnie niczym jeden z trupów, wyciągając ręce w moją stronę. Gdy zaczęłam planować coś na własną rękę, myśląc, że Krystkowi albo coś się stało, albo mnie wystawił, zobaczyłam jak skręca z ciemnej uliczki i idzie w stronę barykady. Sama zmieniłam odrobinę pozycję, bo poszczególne części ciała zaczęły mi powoli drętwieć. Obserwowałam z góry jak Krystian podchodzi pod barykadę i macha ręką w stronę trójki, znajomych mi, strażników.
- Czego chcesz? – krzyknął z zapytaniem Łysy.
- Dziara was woła! Podobno sprawa jest ważna, przynajmniej tak mi powiedział Filip, ten koleś z Czerwonych Flar – odkrzyknął Krystek.
- Przyjdziemy za jakiś czas! Nie możemy zostawić teraz barykady, jakieś pół godziny temu widzieliśmy coś na ulicy. Możesz mu to przekazać? – zapytał Gigant.
Krystek widocznie się zmieszał, ale po chwili znowu podniósł głowę.
- Wiecie przekazać mogę, ale wątpię ,żeby on był z tego zadowolony. Chciał was teraz. Czeka na was w Kwaterze Głównej. Ewentualnie mogę was zastąpić na parę minut i o ile sprawa nie będzie poważna to wrócicie tu za chwilę. Co wy na to? – kontynuował Krystek.
                Cała trójka spojrzała na siebie po czym niechętnie zeszli po drabince.
- Jeżeli nas oszukujesz to będziesz odpowiadał przed Karłem. Idziesz z nami – powiedział Łysy. Następnie cała czwórka przeszła pod straganem, na którym leżałam, a chwilę po tym zniknęli w mroku uliczki prowadzącej do Kwatery Głównej. To była moja chwila. Miałam pod ręką latarkę, którą miałam dać znak. Zsunęłam się z dachu na murek, a z murka na ziemię po czym pobiegłam najszybciej jak umiałam w stronę barykady.
                Wspięłam się z niemałym trudem po drabince. Ręce mi drżały z nerwów i podniecenia. Miałam nadzieję, że jak ktoś, kiedyś się dowie o tym co robiłam, to mnie zrozumie. Wspięłam się na stanowisko obronne po czym wyciągnęłam latarkę. Puściłam specjalny szyfr, złożony z paru mignięć po czym czekałam. Przykucnęłam, żeby ewentualny patrol straży mnie nie zauważył, ale miałam szczęście bo żaden akurat tędy nie szedł.
                Nagle zobaczyłam kogoś w ciemności za barykadą. Szedł zza Ostoi, ale był sam. Myślałem, że więcej osób z Gangu będzie chciało się tutaj dostać. A może każda barykada w tym momencie była okupowana przez kogoś, kto pomagał Dziarze w tym planie? Może nie byłam sama? Gdy mężczyzna podszedł bliżej, dalej nie do końca widziałam kto to jest. Miał na twarz nasunięty kaptur.
                Zeszłam po drabinie i stanęłam na ziemi. Podbiegłam do dźwigni i pociągnęłam ją otwierając bramę. Tajemniczy wędrowiec zszedł i w świetle zobaczyłam na jego twarzy uśmiech. Znajomy uśmiech. Wędrowiec zdjął kaptur i zobaczyłam jego twarz. To był Dziara. Uśmiechnął się do mnie szeroko, a ja otworzyłam szeroko usta ze zdziwienia. O co w tym wszystkim chodziło?
- Zdziwiona prawda? – zapytał.
- Gdzie… gdzie są ludzie z Gangu? – odpowiedziałam pytaniem na pytanie.
Dziara roześmiał się wesoło.
- Oni już są na terenie Ostoi. To miało tylko sprawdzić jak bardzo mogę ci zaufać. Zdałaś ten test. Teraz wiem, że z twoją pomocą mogę zrealizować swój plan! – wykrzyknął po czym zamknął bramę i odszedł w stronę Kwatery Głównej. Stałam tam jeszcze przez parę minut wciąż nie mogąc zrozumieć tego, co się właśnie stało.

poniedziałek, 8 grudnia 2014

Rozdział 5: Podróż w nieznane

Rozdział 5, drugi z perspektywy Erniego. W tym rozdziale już od pierwszego zdania, akcja dzieje się poza murami Ostoi. Staram się wprowadzić przyjemny klimat postapokaliptycznego świata, który ciągle jest za bezpiecznymi granicami Torunia. Przekonają się o tym dobrze nasi bohaterowie, już w tym rozdziale :) Po przeczytaniu proszę o komentarz oraz rozesłanie bloga znajomym :)

--------------------------------------------------

Rozdział 5 (Erni): Podróż w nieznane


                Wyjeżdżając za linię barykady poczułem charakterystyczne uczucie przypływu adrenaliny. Jechałem w tą trasę już trzeci raz, ale tym razem nie byłem sam. Z tyłu na siedzeniach pasażerów rozmawiali Łowca oraz Cinek. Jednooki i jednoręki. Co prawda znałem Łowcę, bo uratował mi życie w Supraślu, ale nie miałem go okazji poznać na tyle dobrze, na ile poznał go Cinek. W końcu to właśnie ta dwójka, wraz z Bobrem i paroma innymi osobami dotarła do Torunia jako jedna grupa. Wiedziałem jednak, że starszy ode mnie mężczyzna to dobry wybór.
                Prezentował się niezwykle groźnie. Kasztanowe włosy, ostrzyżone krótko oraz broda, otaczająca jego usta i pokrywająca dolną część twarzy, przypominała skórę gryzonia, który był na tyle pechowy, żeby wpaść na Łowcę. Oczywiście obraz dopełniała opaska zakrywająca oko oraz ogromny karabin snajperski spoczywający siedzenie dalej. Była to ogromna, śmiercionośna broń, z której umiał posługiwać się naprawdę dobrze. Cinek nie odstawał daleko od Łowcy jeżeli chodziło o groźny wygląd. Przy spodniach miał przewiązany bandaż z nożem, prowizoryczna pochwa, która sprawiała, że nóż był zawsze gotowy do wyciągnięcia. Co prawda Cinek stracił rękę, ale wykorzystał jej brak do doczepienia do kikuta pewnego rodzaju pokrowca, który służył mu jako całkiem stabilny stojak na broń. Motyw przypominał mi pewien serial o zombie, który oglądałem jeszcze za czasów, kiedy to wszystko istniało tylko w telewizji.
                Jechaliśmy dobre trzy godziny, a słońce wspinało się coraz wyżej na niebie. Minęliśmy Sierpc, gdzie znajdował się Czwarty Posterunek i sprawdziliśmy przystanek, który był pusty. Postanowiłem zostawiać jeszcze więcej ulotek o tym, że kursuje na tej trasie, żeby więcej ludzi dowiadywało się o Toruniu i zbierało się tam. Stworzyliśmy niesamowitą ostoję, dla wszystkich strudzonych ocalałych i póki co mogłem spokojnie powiedzieć, że cywilizacja w tym miejscu została odbudowana. Co prawda nikt wciąż nie miał pojęcia jak zwalczyć wirus i szczerze wątpiłem, żeby ktokolwiek w Polsce posiadał taką wiedzę.
                Zatrzymaliśmy się na poboczu kawałek dalej, żeby zjeść coś i napić się ciepłej herbaty z termosu, którą zapakowałem na właśnie taką okazję. Otworzyłem bagażnik ostrożnie, teraz wolałem być pewien tego, że nie powtórzy się akcja taka jak z Henrykiem. Tym razem było pusto i bezpiecznie. Usiedliśmy na stołeczkach, które również trzymałem na takie okazje i zaczęliśmy jeść kanapki. W Toruniu mieliśmy spore zapasy zboża, które świetnie nadawało się do robienia chleba. Warzyw i mięsa również nie brakowało, więc z zadowoleniem wziąłem kolejnego kęsa.
                Dzisiejszy dzień można było zaliczyć do cieplejszych, według moich rachunków zbliżał się marzec. Nie wiedziałem dokładnie, za ile dni jest, ale podejrzewałem, że coś około tygodnia. Niestety poza zegarkiem, który nosiłem i starałem się go nakręcać systematycznie, nie prowadziłem kalendarza.
- Stary mogę ci zadać pytanie? – zapytał Cinek Łowcę.
- Jasne, wal śmiało.
- Jak straciłeś oko? – wyrzucił z siebie.
- Hoho, nie opowiadałem wam tego? – zapytał i widząc nasze przeczące kiwanie głowami – Naprawdę? Och to nie jest wielka tajemnica. Jak jeszcze nie znałem was i podróżowałem z moimi znajomymi to dotarliśmy w okolicę Białegostoku. Przeszukiwaliśmy tamtejsze budynki, sklepy i takie tam – zaczął i zrobił przerwę, żeby popić parującą ciecz z kubka – Z trzy tygodnie przed spotkaniem was trafiliśmy na tych skurwysynów z Supraśla. Tych samych co zaczepiali was i wybili moich ludzi. Wtedy chcieliśmy im zaufać i po prostu spróbować nawiązać jakiś kontakt. To chyba było najgłupsze co mogłem zrobić. Podszedłem do nich i zostałem natychmiastowo zaatakowany – kontynuował. Na chwilę zatrzymał się jakby się zamyślił po czym ciągnął opowieść dalej – Szybki cios łomem w twarz. Na moje nieszczęście trafili mnie w oko. Z drugiej strony miałem zajebistego farta, bo moi kompani zabili tych z Supraśla i był wśród nich doświadczony lekarz, który szybko mnie poskładał i uratował mi życie. Od tamtej pory nie ufam byle komu.
                Milczeliśmy chwilę po tej opowieści i skupiliśmy się na jedzeniu. Gdy chciałem jakoś skomentować sytuację usłyszałem trzask i szelest za moimi plecami. W pobliskich krzakach coś siedziało i już po chwili byliśmy w to wycelowani. Całe szczęście był to tylko zombie, a nie człowiek.  Opuściłem broń i podszedłem do przodu wyciągając nóż. Zombie przyspieszył wyciągając ręce w moim kierunku. Machnąłem szybko i sprawnie zatopiłem nóż w jego oczodole przybijając go do ziemi. Wytarłem nóż o trawę i schowałem z powrotem za pas.
- Nie zazdroszczę, życie z jednym okiem musi być chujowe – skomentowałem.
- Trochę jest, ale da się przyzwyczaić. Ważne, że nie jestem całkowicie ślepy – powiedział uśmiechając się.
                Posiedzieliśmy jeszcze parę minut i powoli się pakując, ruszyliśmy dalej. Czekał na nas jeszcze Drobin, a następnie Płońsk. Nie miałem pojęcia jacy ludzie tam na nas czekają, ale najwyraźniej byli to przyjaciele Dziary, więc trzeba było mu ufać. Miałem taką nadzieję. Pogoda nieco się zepsuła, a co gorsza wraz z tym jak zbliżaliśmy się do Drobina przybywało zombie. Pola naokoło nas były wręcz nimi przepełnione.
- Co tu się dzieje? – zastanowił się Cinek?
- Nie wiem, ale musimy uważać, dajcie mi się skupić – poprosiłem.
                Pierwsze zabudowania Drobina przywitały nas nieprzyjemnym widokiem trupów, chodzących po ulicach. Już miałem skręcać i zawracać, kiedy usłyszeliśmy strzały. Nie były skierowane w stronę Zbłąkanego Ocalałego, ale zdecydowanie dźwięk dochodził z niedalekiej odległości.
- Spróbujmy tam wjechać! – krzyknąłem.
- Oszalałeś?  Nie słyszałeś strzałów? – zapytał Łowca.
- Właśnie tak wygląda ta praca. Każdy człowiek musi dostać szansę – powiedziałem powtarzając słowa, które słyszałem nieraz od Dziary. Łowca nie komentował już. Słyszałem tylko uderzenie kolby jego karabinu o podłogę autobusu i głuchy dźwięk odbezpieczenia broni.
                Autobus trafił na pierwszego zombie, którego nie byłem w stanie ominąć. Ciało odbiło się od fortyfikowanego przodu pojazdu. Następnie poczułem turbulencje, jak przejechaliśmy po nim. Zdecydowanie nie było to przyjemne uczucie. Zombie było jednak coraz więcej, a widząc autobus zaczęły iść w naszym kierunku. Całe szczęście znałem miasto dosyć dobrze, więc skręciłem w jedną z bocznych uliczek i ze zgrzytem zjechałem z trasy kierując się w stronę przystanku. Jeżeli ktoś tam był, a na to wskazywały dźwięki, musieliśmy spróbować mu pomóc.
                Gdy tylko wyjechałem na ulicę przy przystanku zauważyłem człowieka stojącego na przystanku. Otaczały go z każdej strony zombie, a on sam widocznie radził sobie coraz gorzej. Strzelał krótkimi seriami, zabijając kolejne trupy. Z daleka oceniłem, że miał na oko jakieś czterdzieści lat. Był dosyć rosły i szeroki w barach. Jego twarz pokrywała broda złożona z siwo-czarnych włosów. Byliśmy coraz bliżej niego i zdecydowanie zauważył nas, ale nie przerywał ostrzału. Nagle wyrzucił jednak ze złością swoją broń i zaczął machać kijem baseballowym, który miał jeszcze przed chwilą przytroczony do pasa.
                Pociągnąłem odpowiednią wajchę i przednie drzwi do autobusu się otworzyły. Przed nami, na ulicy było paręnaście zombie. Otaczały nieznajomego z każdą chwilą coraz bardziej. Byliśmy tu jednak na czas. Cinek wychylił się i wyładował parę pocisków próbując utorować drogę mężczyźnie. Ten próbował się do nas dostać i był na dobrej drodze do sukcesu. Wyciągnąłem pistolet i zacząłem też strzelać w stronę wejścia. Zombie w tym czasie coraz mocniej nacierały na okna i ściany Zbłąkanego Ocalałego. Miałem nadzieję, że się nie przebiją.
                Nieznajomy z każdym krokiem coraz bliżej celu machał kijem jak szalony, aż w końcu udało mu się wejść do środka. Przełożyłem natychmiast wajchę zamykającą drzwi i ruszyłem szybko do przodu taranując kolejne trzy trupy. W pół minuty udało mi się wymanewrować pojazd na tyle, że wyjechaliśmy spokojnie na spokojniejsze rejony, aż w końcu opuściliśmy miasto. Zerknąłem kątem oka na ocalałego, który leżał na podłodze i ciężko łapał oddech. Na razie nikt nie skomentował sytuacji, aż mężczyzna odezwał się. Jego głos był ciepły i dźwięczny, dało się w nim wyczuć delikatny brytyjski akcent.
- Dziękuje… - wyszeptał wciąż z trudem łapiąc powietrze i trzymając się za serce.
- Jeszcze nie dziękuj. Zaraz się zatrzymam to pogadamy – powiedziałem groźnie.
                Jak powiedziałem tak zrobiłem i gdy budynki ustąpiły miejsca polom oraz lasom zatrzymałem autobus na poboczu i odwróciłem się w stronę nieznajomego. Cinek i Łowca łypali na niego spode łbów i mieli ręce na broniach. Teraz mogłem mu się przyjrzeć dokładniej. Miał na głowie czapkę, podobną do tych noszonych przez młodych ludzi, luźną i tworzącą na głowie swoiste gniazdo z materiału. Oprócz tego nosił podarte spodnie moro oraz grubszą, czarną kurtkę.
- Czy masz przy sobie jeszcze jakąś broń? – zapytałem.
- Tak. Jak rozumiem mam ją gdzieś odłożyć? – zapytał.
- Dobrze rozumiesz – odpowiedziałem krótko.
                Mężczyzna rozpiął kurtkę i wyjął z wewnętrznej kieszeni rewolwer. Położył go obok mnie. Następnie podał mi swój kij.
- Wiesz co to za autobus? – zapytałem.
- Najwyraźniej mój szczęśliwy – odgryzł się przywołując na twarz szeroki uśmiech.
- Jesteśmy z Torunia. Z Toruńskiej Ostoi Ocalałych, a to jest Zbłąkany Ocalały. Jeździmy po Polsce i zbieramy ludzi. Potrzebujesz podwózki?
- Na pewno by mi się przydała. Ostatnio podróżuje sam i powoli nie daję sobie z tym rady – wyznał mężczyzna.
- Jeszcze jedno – mam nadzieję, że nie jesteś ugryziony? – zapytałem.
- Nie jestem. Miejmy nadzieję, że jak najdłużej uda mi się przeżyć w takim stanie – odpowiedział.
- Dobrze. Powiedzmy, że ci wierzę. Jestem Erni, ten bez ręki to Cinek, a ten bez oka to Łowca – przedstawiłem swoją załogę -  A ty jak masz na imię?
- Nazywają mnie Rekin. Imiona nie mają już żadnej wagi, więc prosiłbym, żebyście mnie o takowe mnie nie pytali. Dzięki raz jeszcze za pomoc – powiedział Rekin.
- Teraz nie zmierzamy ogólnie do Torunia – zapowiedziałem odpalając silnik.
                Rekin wydawał się nie przejmować to, bo zrzucił plecak, który nosił i zachował się jakby mnie zignorował, ale po chwili odwrócił się i odpowiedział.
- Pasuje mi to.
                W taki sposób załoga powiększyła się o jedną osobę i w takim składzie opuściliśmy Drobin i ruszyliśmy w stronę Płońska. Starałem się przeprowadzić jakąś integrację, więc skupiając się na drodze zadawałem co jakiś czas jakieś pytanie.
- Więc jaka jest twoja historia?
- Chyba taka jak każdego, kogo spotykasz. Miałem ludzi, ale wszystko zabrali mi ludzie i zombie. Teraz jestem sam i właściwie nie miałem określonego celu. Sypiałem barykadując się w opuszczonych budynkach, jadłem, szedłem spać, wstawałem, szukałem zapasów i tak w kółko. Czemu by nie dołączyć do was? – opowiedział Rekin.
Słońce powoli chowało się za horyzontem, a ja z zaciekawieniem patrzyłem na list, który dał mi Dziara. Niestety nie mogłem tutaj pogadać z kimś o planach Dziary, bo jednak byłem osobą honorową i nie zdradzałem czyichś planów, ale było to trochę ciężkie. W końcu nie mogłem na pokład wziąć ani Bobra, ani Pablorda, którzy wyruszyli na północ odwiedzić Trzeci Posterunek. Kusiło mnie, żeby otworzyć kopertę i sprawdzić, co Dziara planuje, ale bałem się konsekwencji, albo tego czego mogłem się dowiedzieć.
                Łowca zadał kolejne pytanie.
- Wydajesz się być dobrym człowiekiem. Zabiłeś kiedyś kogoś?
Mężczyzna widocznie się zmieszał. Nie odpowiadał przez tak długi czas, że aż odwróciłem się, żeby upewnić się czy żyje. Ale on prostu patrzył odlegle w dal, gdzieś daleko w pola i nic nie mówił. W końcu odchrząknął i odezwał się.
- Niestety tak. Chyba każdy z tych, którzy przetrwali, musiał.
- Właściwie to znam osoby, które nie zabiły nikogo, ale tak, masz rację – powiedział Łowca.
                Starałem się prowadzić w pełnym skupieniu, ale obawiałem się. Musiałem się zapytać moich towarzyszy o zdanie.
- Wiecie co zastanawiam się czy nie powinniśmy zatrzymać się i z rana dotrzeć do Płońska – powiedziałem.
- Ja tam myślę, że dobrze by było już tam dojechać, szczególnie, że jesteśmy niedaleko, ale jak chcesz – stwierdził Cinek.
- A po mojemu możemy przespać się na drodze. Nie wiemy czy ci ludzie tam są, cholera wie co nas tam może czekać, w dzień będziemy mieli lepszy wgląd na tą sprawę – dodał Łowca.
- Podejrzewam, że nie mam prawa głosu – zaczął Rekin.
- Masz. Zdecydowanie chcę usłyszeć zdanie każdego z was – odpowiedziałem.
- No to myślę, że powinniśmy poczekać. Wieczór to paskudna pora, coraz ciemniej, trudniej dostrzec trupy, jeżeli zapalimy światła to będziemy widoczni z bardzo daleka, ogólnie mało ciekawa opcja – wydedukował.
- Niech i tak będzie. Znam w okolicy dobre miejsce na przespanie się – powiedziałem po czym skręciłem w lewo wjeżdżając na pola. Autobus może nie był najszybszym środkiem transportu, ale jeździło mi się nim wyśmienicie. Radził sobie równie dobrze na drogach jak i na polach. Spojrzałem na moich towarzyszy, którzy dosyć niepewnie rozglądali się szukając wzrokiem miejsca do, którego ich miałem zabrać.
                W końcu wjechaliśmy polami i zobaczyliśmy przy lesie chatkę. Była nieduża i drewniana, ale miałem z nią dobre wspomnienia. Gdy jeszcze podróżowałem sam autobusem, w stronę Torunia, zanim dołączyłem do tej społeczności, przenocowałem raz tutaj. Było mi ciężko, byłem zagubiony, nie wiedziałem co robić po odseparowaniu się od grupy, ale tutaj udało mi się przetrwać. To miejsce było niesamowite.
                Podjechałem i zaparkowałem przy linii lasu po czym otworzyłem drzwi autobusu, żeby wypuścić wszystkich. Zegarek pokazywał godzinę osiemnastą. Zamknąłem drzwi i otworzyłem bagażnik podając Rekinowi, Łowcy oraz Cinkowi trochę zapasów, koców oraz lampę. Następnie zamknąłem bagażnik i rozejrzałem się. Pola wydawały się czyste. Nie widać było ani zombie, ani świateł. Coś jednak stukało. Dźwięk dochodził ze środka domu. Moi towarzysze patrzyli nieco przerażeni, ale ja wiedziałem, że jest tam zombie. Były właściciel tego domu. Nie potrafiłem go zabić, więc używałem go jako mechanizmu obronnego. Chowałem go zawsze do środka domu, po czym mogłem poznać, że nikt tu nie wchodził pod moją nieobecność, a gdy tu przyjeżdżałem to po prostu wypuszczałem go i przywiązywałem do łańcucha na zewnątrz.
                Tak zrobiłem i tym razem. Otworzyłem drzwi, które chodziły dosyć ciężko i potrzeba było odrobinę siły, żeby je pokonać, po czym zaświeciłem lampą. Trup staruszka wyciągnął w moją stronę ręce, a ja usłyszałem jak Cinek przeładowuje. Odwróciłem się i zrobiłem gest ręką, każący mu zaczekać.
- Spokojnie, wiem co robię – powiedziałem.
Wszedłem do środka i od szybko dotarłem do łańcucha. Zombie starał się mnie złapać, ale odepchnąłem go po czym doskoczyłem do niego i obwiązałem go łańcuchem. Następnie wyprowadziłem go i powiedziałem, że jest czysto. Cała trójka weszła do środka, a ja na zewnątrz przymocowałem łańcuch do słupa, który stał pomiędzy domem, a autobusem i odwiązałem trupa. Odsunąłem się parę kroków w tył i obserwowałem. Zombie wstał i gdy jego ręce były parę centymetrów od mojej twarzy łańcuch pociągnął go do tyłu i zombie plasnął na tyłek. Wszystko było wyliczone.
                Wróciłem do domu i zamknąłem drzwi. Następnie zasłoniłem przegniłe, porośnięte pleśnią i kurzem zasłony po czym usiadłem i odetchnąłem z ulgą. Nikt nie był w nastroju, żeby rozmawiać, wszyscy rozsiedli się i odpoczywali.
- Kto stanie pierwszy na warcie? – zapytał Łowca.
- Ja mogę – powiedziałem, po czym spojrzałem na Rekina – Mam nadzieję, że nie weźmiesz tego do siebie, ale nie pozwolę ci stanąć na warcie. Nie znamy się jeszcze.
Rekin kiwnął głową na znak zrozumienia i wrócił do leżenia i patrzenia na sufit. Zjedliśmy coś jeszcze i rozmawialiśmy o mniej ważnych sprawach. Wszyscy zastanawiali się jak będzie wyglądała dalsza trasa i ile osób zdołamy jeszcze zwerbować.
                W końcu obserwowałem jak kolejne osoby odwracały się na bok w plątaninie koców i zasypiały. Zostałem sam. Ja oraz cisza i ciemność mnie otaczające.  Co prawda ciągle słyszałem wiatr uderzający w ściany domu, oraz raz na jakiś czas brzęk łańcucha, oznaczający, że zombie przemieszcza się i nikt go nie zabił. Słup, do którego był przypięty, nie był mocno widoczny. Dzięki temu wiedziałem, że jeżeli ktoś będzie chciał przejąć autobus to najpierw usłyszę to poprzez śmierć zombie.
                Miejsce było bezpieczne. Po około trzech godzinach, kiedy naprawdę ledwo trzymałem się na nogach zacząłem budzić Łowcę. Mężczyzna miał wyjątkowo niespokojny sen, bo ledwo go szturchnąłem, a już zerwał się gotowy do akcji. Widząc, że Łowca zajmuje moje miejsce położyłem się w stercie koców i natychmiastowo zasnąłem. Gdy obudziłem się było dalej ciemno. Zegarek jednak pokazywał dziewiątą rano. Po prostu niebo było zasnute chmurami. Całe szczęście nie padało, ale było znacznie zimniej niż wczoraj. Zjedliśmy śniadanie i spakowaliśmy rzeczy.
                Otworzyłem autobus i wpuściłem tam Rekina, Łowcę i Cinka. Następnie odwróciłem się z ponownym zamiarem uderzenia zombie i związania go, kiedy zauważyłem coś, co sprawiło, że na chwilę serce zabiło mi szybciej. W ciele zombie tkwił nóż. Był wbity w bark, ale byłem wręcz pewien tego, że wczoraj go tu nie było. Szybko w oczy rzuciły mi się też ślady na ziemi. Zdecydowanie ktoś musiał tu być dzisiejszej nocy i nas obserwować. Rozejrzałem się na około szukając wzrokiem kogoś lub czegoś.
                Nie zauważyłem nic, ale musiałem być teraz ostrożny. Bardzo możliwe, że ktoś nas śledził już od bram Torunia. Wywróciłem zombie, wyjąłem nóż i schowałem go za pasek, a następnie związałem je łańcuchem po czym ponownie zaprowadziłem je do domu. Po przypięciu łańcucha i uwolnieniu trupa zamknąłem drzwi z trzaskiem po czym ruszyłem prędko do autobusu. Po zamknięciu drzwi poczułem się odrobine bezpieczniej ale i tak miałem obawy. Co robić? Na pewno musiałem powiedzieć o moich przypuszczeniach reszcie.
- Słuchajcie możemy mieć problem… - zacząłem.
- No nie pierdol, że cię ugryzł ten stary zombiak? –zapytał Cinek z przerażeniem.
- Nie. Spokojnie nie jestem ugryziony. Zauważyłem jednak, że ktoś tu był w nocy. Cinek nie widziałeś czegoś podejrzanego? Albo ty Łowco? – zapytałem.
- Ja nic nie widziałem – zapewnił Łowca.
- Ja coś słyszałem – przypomniał sobie nagle Cinek – Nad ranem, jak powoli zaczęło się przejaśniać to usłyszałem dźwięk łańcucha, dosyć gwałtowny. Wyjrzałem za okno, ale nic nie zauważyłem. Zgniły dziadek troszkę się ruszał, ale nic poza tym.
- Możliwe, że to właśnie wtedy ktoś nas obserwował. Ba, możliwe, że nawet teraz ktoś na nas patrzy.
                Łowca zerknął ukradkiem za okno jakby miał nadzieję zobaczyć tam osobę, która nas nęka.
Nagle do rozmowy włączył się Rekin.
- A co jeżeli nóż był tam już wcześniej, a ślady są po prostu nasze?
- Szczerze? Wątpię. Myślę, że pomimo braku dobrego oświetlenia i zmęczenia zauważyłbym nóż wbity w bark tego trupa. Ślady też wyglądały o wiele świeżej niż nasze z poprzedniego wieczora – Zastanowiłem się chwilę po czym doszedłem do wniosku – Powinniśmy jechać dalej. Czeka nas jeszcze sporo do zrobienia.
                Wyruszyliśmy. Płońsk był coraz bliżej i bliżej. Po godzinie zobaczyliśmy już z daleka panoramę tego miasteczka. Mieliśmy szukać budynku w środku miasta, gdzie prawdopodobnie będą ludzie, o których mówił Dziara. Nie miałem pojęcia skąd miał informację, że ktoś tu będzie, ale musiałem chociaż sprawdzić. Poza tym, kto wie może na jednym z tutejszych przystanków też ktoś będzie czekał? Wjechaliśmy do miasta i zobaczyliśmy pierwszą oznakę tego, że ktoś tu jest – brak zombie. Uliczki miasta były praktycznie całkowicie wyczyszczone. Szwendały się tu pojedyncze trupy, oraz kilka z nich leżało już zniszczonych gdzieniegdzie.
                Spojrzałem szybko na mapę, którą miałem na lewo od kierownicy i z tego co zauważyłem, byliśmy dwie ulicę od centrum Płońska. Skręciłem w lewo, żeby przejechać ostatni fragment drogi. Zauważyłem spory budynek, więc ogłosiłem, że prawdopodobnie dojechaliśmy do celu. Zacząłem zatrzymywać autobus. Wszyscy wyszliśmy ostrożnie na ulicę, żeby się rozejrzeć. Ulica wydawała się być pusta. Budynki po obu stronach nie wskazywały na to, że ktoś tu jest, aczkolwiek czułem, że zaraz coś się stanie.
- Myślę, że powinniśmy stąd spadać – powiedział Cinek.
Nagle zobaczyłem, że Łowca podnosi swój karabin i mierzy w coś za moimi plecami. Odwróciłem się i zobaczyłem dziewczynę. Była mniej więcej w moim wieku, miała blond włosy luźno rozpuszczone i wydawała się zakradać w naszą stronę. Wyciągnąłem pistolet i również w nią wymierzyłem. Była całkiem ładna, ale było w niej coś podejrzanego. Na pewno miała gdzieś w pobliżu bazę, ponieważ nie nosiła ze sobą żadnego plecaka. Była też ubrana jakby po prostu wyszła na zwiad, więc czekaliśmy na jej reakcję.
                 Ona jednak nie zaatakowała. Podniosła ręce.
- Kim jesteś? – zapytałem – To tobie miałem coś przekazać? Jesteśmy grupą z Torunia i szukamy tutejszych.
Dziewczyna milczała, aż w końcu odezwała się. Miała zimny, dźwięczny głos.
- Nie jestem tutejsza.
Opuściłem broń i to samo pokazałem reszcie. Nie wyglądała jakby pod bluzą chowała jakąś broń, ale wciąż mogła mieć coś schowane więc byłem gotowy do natychmiastowej obrony.
- Więc czekałaś na nas? Szukałaś Zbłąkanego Ocalałego? – zapytałem.
- Tak – powiedziała uśmiechając się i podchodząc.
- Podnieś ręce. Przeszukam cię i będziesz mogła wejść na pokład – powiedziałem.
Zacząłem sprawdzać czy nie ma gdzieś schowanej broni od nóg. Postukałem dłońmi po jej kieszeniach oraz przy kostce, ale nic nie wyczułem. Następnie wszystko zaczęło się dziać szybko. Właściwie w jednej chwili usłyszałem ostrzegając krzyk Rekina, poczułem coś twardego podczas sprawdzania jej rękawa i poczułem cięcie. Piekielny ból w okolicach lewego policzka. Upadłem i usłyszałem strzały.               Nie widziałem co się działo. Ból całkowicie mnie oślepił. Strzał i kolejny i następny i jeszcze jeden. Czułem jak ktoś mnie ciągnie za ręce. Wróg? A może przyjaciel? Nie wiedziałem. Nagle wszystko zgasło. Zemdlałem.

środa, 3 grudnia 2014

Rozdział 4: Zaufaj mi!

Rozdział 4, drugi z perspektywy Bobra. Zaczyna się w końcu rozjeżdżanie perspektyw, bo Bobru wraz z ekipą zbiera się do wyjazdu na Trzeci Posterunek, a Erni z ekipą do wyjazdu na wschód. W tym rozdziale kończę parę ważnych wątków przedstawiających Ostoję i zaczynam pracę nad głównymi motywami. Po przeczytaniu proszę was o komentarz oraz rozesłanie bloga znajomym :)

--------------------------------------------------

Rozdział 4 (Bobru): Zaufaj mi!


                Dzisiaj był dzień wyjazdu. Spędziłem całą noc z Łapą. Wiedziałem, że teraz będę wysyłany na takie parodniowe podróże co i rusz, więc musiałem się powoli przyzwyczaić. Ciężko jednak było w ogóle o tym myśleć, szczególnie, że ostatnie dni spędziłem za bezpiecznymi murami Ostoi. Nie widziałem, żadnego zombie od paru dni, co było dosyć niesamowite. Co prawda borykałem się wciąż z problemami wewnętrznymi. Jakub wczoraj zdenerwował mnie na tyle mocno, że ciągle wracałem do niego myślami. Dodatkowo sytuacja, gdy wczoraj zobaczyłem Magdę u Dziary nie podobała mi się ani trochę. Nikogo nie brał na tyle prywatnie aby po prostu dać mu pracę. Coś musiało być na rzeczy. Miałem nadzieję, że gdy wrócę, o ile to mi się uda, to wszystko będzie w porządku. Wyjazd miał być za parę godzin, a ja siedziałem na łóżku w samych bokserkach i spoglądałem na Łapę, która w samym podkoszulku chodziła po mieszkaniu i szykowała dla mnie śniadanie.
                Chciałem się jakoś ubezpieczyć na wypadek gdyby coś się stało pod moją nieobecność, więc gdy tylko jajecznica wylądowała na talerzu i Łapa usiadła przede mną to przeszedłem do sedna.
- Za parę godzin już mnie tu nie będzie. Boję się, że coś się wam stanie… - zacząłem.
- O mnie się nie martw. Jak ktoś chociaż nie tak na mnie spojrzy to pożałuje, że dzisiaj wstawał z łóżka – powiedziała uśmiechając się dziko.
Odwzajemniłem uśmiech. Za to ją kochałem.
- Jednak chciałbym, żebyś zrobiła coś dla mnie, gdyby działy się złe rzeczy – kontynuowałem – Zbierz wszystkich, którzy podróżowali z nami tutaj, a także tych co przyjechali tu z Natalią oraz Miczi i Dymitra i uciekajcie. Albo przynajmniej schowajcie się gdzieś. Proszę…
- Zaufaj mi. Wszystko będzie dobrze Bobru – powiedziała łapiąc mnie za rękę.
Uśmiechnąłem się i jadłem dalej. Prawdopodobnie nie zjem nic na ciepło przez kilka najbliższych dni. Trasa, która nas czekała nie była długa, ale prawdopodobnie zajmie nam trzy lub cztery dni, jeżeli oczywiście nie natrafimy na jakieś przeszkody. Dziara planował coś i rozsyłał nas po różnych posterunkach. Byłem ciekaw co ostatecznie ma zamiar zrobić.
                Przyjemny poranek przerwało pukanie do drzwi. Łapa nałożyła na siebie spodenki, a ja szybko nałożyłem spodnie i koszulę podchodząc do drzwi. Stał za nimi Jonasz. Grubszy mężczyzna jak zwykle promieniował dobrą, przyjemną aurą i gdy mnie zobaczył uśmiechnął się szeroko, poprawiając zaczesane w kucyk włosy.
- Mam nadzieję, że nie przeszkadzam stary – stwierdził zerkając za moje plecy.
- Powiedzmy… Co chciałeś? – zapytałem, dopinając ostatnie guziki koszuli.
- Dziara cię wzywa. Podobno coś pilnego przed naszym wyjazdem – stwierdził Jonasz drapiąc się po podbródku – Pamiętaj, że za dwie godziny spotykamy się przy północnej barykadzie. Czeka nas podróż – to mówiąc odwrócił się i ruszył w kierunku schodów.
- A gdzie Dziara będzie na mnie czekał? – zapytałem.
- Tam gdzie zawsze! – krzyknął mężczyzna znikając mi z oczu.
                Nie wiedziałem czego chciał Dziara, ale mimo to odwróciłem się i skończyłem jeść. Następnie ogoliłem się, ubrałem do końca i przejrzałem w lustrze, żeby zobaczyć efekt końcowy pracy. Mój styl zmienił się odrobinę od początku. Bluza ustąpiła miejsca koszuli, która była równie wygodna, a przy okazji pasowała stylowo do kamizelki Czerwonych Flar oraz ciepłych spodni, które pomagały mi nie tracić temperatury, w te jeszcze chłodne dni.
                Gdy byłem gotowy, z pistoletem u pasa odwróciłem się w stronę Łapy, która bacznie mnie obserwowała od jakiegoś czasu.
- I jak? – zapytałem jej.
- Wyglądasz jak dupek – powiedziała uśmiechając się.
- Mi też się nie za bardzo podoba – powiedziałem – Ale przynajmniej może te ciuchy będą dla mnie bardziej szczęśliwe, niż te, które miałem w drodze do Torunia.
Łapa wstała i podeszła bardzo blisko mnie.
- Nawet nie próbuj myśleć o tym, że do mnie nie wrócisz. Jesteś mój – to mówiąc pocałowała mnie namiętnie i odepchnęła dłońmi po chwili.
- Idź już, bo jeszcze zobaczysz coś czego nie chciałbyś zobaczyć u mnie – powiedziała pociągając nosem.
- Do zobaczenia – powiedziałem wychodząc i zamykając za sobą drzwi.
                Odetchnąłem głęboko. Zaczęło się. Zszedłem szybko schodami na dół i nie myśląc o niczym szczególnym ruszyłem w stronę Kwatery Głównej, żeby zobaczyć co ode mnie chciał Dziara. Poranek był jak zwykle spokojny ,a zarazem pełen życia. Ludzie, których w większości nie miałem jeszcze przyjemności poznać, chodzili i zajmowali się codziennymi zadaniami. Ja jednak byłem ponad to i ich problemy. Ja byłem po uszy w gorszym bagnie, ale miałem nadzieję, że jakoś to będzie.
                Szybko dotarłem do Kwatery Głównej i swoim kluczem otworzyłem drzwi. W środku jak zwykle pierwsze co rzuciło mi się w oczy to duży, drewniany stół. Stali przy nim Dziara, Pablord oraz Kiciuś. Przywitałem się z wszystkimi i usiadłem na jednym z krzeseł. Dziara wstał i spojrzał na nas poważnie.
- Chciałbym was dzisiaj odrobinę wtajemniczyć w mój plan – zaczął patrząc gdzieś odległym wzrokiem.
Czyżby w końcu coś miało się ruszyć? Od kiedy usłyszałem o planie zabójstwa Karła to myślałem, że wszystko przyspieszy, a tak naprawdę wszystko zaczęło się dziać wolno. Teraz w końcu mieliśmy dostać jakieś informacje. Wciąż się zastanawiałem czy po prostu nie odmówić Dziarze, ale teraz ta myśl wyleciała mi z głowy.
- Dzisiaj wyjeżdżacie i to nie bez powodów. Dostałem informacje, że Gang planuje jakieś działania. To będzie świetny moment, żeby Karzeł był zagrożony i podczas ataku dostał zbłąkaną kulą i zginął – mówił.
- Chcesz pozwolić im wejść na teren Ostoi? – zapytał Kiciuś.
- Tak – powiedział Dziara – Ale nie martwcie się, wszystko będzie pod kontrolą. Proszę was jednak, żebyście się nie martwili, a dodatkowo zrobili coś dla mnie.
Odwrócił się do nas plecami i podszedł do szafki, otwierając jedną z szuflad. Nie wiedziałem co myśleć o tym, że Gang zostanie tu wpuszczony pod naszą obecność. Brzmiało to jak szaleństwo. Przysięgałem sobie chronić moich ludzi, reszta nie interesowała mnie aż tak bardzo, ale wciąż nie mogłem pozwolić ginąć zwykłym ludziom.
- To zbyt niebezpieczne – powiedziałem, sam nie wiem jak, po prostu automatycznie wyleciało to z moich ust.
- Mi też się wydaję, że to jest trochę ryzykowne. Wiesz ile cywili może zginąć? – zapytał Pablord.
                Dziara wyjął dwie koperty z szuflady po czym podszedł ponownie do stołu.
- Rozumiem wasze obawy, ale nie macie czego się bać. Po prostu muszę wiedzieć, czy Gang również poluje na Karła czy na mnie. Dam im pięć minut. Potem przegonię lub zabiję każdego, kto wejdzie mi pod celownik. Musicie mi zaufać! – powiedział podnosząc nieco ton.
Nie wiedziałem co o tym myśleć. To był bardzo ryzykowany plan. Jeżeli ktoś z moich ludzi ucierpi to zemszczę się. Zawsze była jeszcze Łapa, którą poprosiłem o zebranie wszystkich w jedno miejsce. W Łapę wierzyłem najbardziej. W Łapę oraz Giganta. Musiałem z nim zamówić parę słów przed wyjazdem. Dziara jednak nie skończył jeszcze. Wyciągnął jedną z koper w stronę Kiciusia, a drugą w moją stronę.
- Ty Ernest dostarczysz tą kopertę do Płońska. Wiem, że to trochę nie po drodze, ale jest tam taki budynek, w którym jest czwórka ludzi. Muszą dostać tą wiadomość. Pomogą mi w moim planie – powiedział po czym odwrócił się do mnie – A ty Bobru to wręczysz dowódcy Trzeciego Posterunku. Ma tam instrukcję dotyczące mojego planu. Chyba nie muszę was prosić o to, żebyście nie otwierali kopert bez mojej zgody, prawda?
                Wziąłem kopertę i poczułem się naprawdę dziwnie. Zapewne w środku są bardzo ważne informacje, które zmienią wiele. Co jakbym otworzył kopertę i przeczytał jej zawartość? Na razie jednak nie zastanawiałem się nad tym głębiej.
- Wszystko zrozumiałe? Naprawdę nie obawiajcie się, wszystko jest pod moją kontrolą – skończył uśmiechając się szeroko – Ruszajcie już. Macie jeszcze pewnie sporo do przygotowania, a czasu niedużo.
Zgodnie z tym co powiedział Dziara, czasu rzeczywiście było niedużo, a musiałem jeszcze przygotować parę rzeczy. Pożegnaliśmy się z Dziarą i stanęliśmy we trójkę przed budynkiem Kwatery Głównej. Spojrzeliśmy na Kiciusia.
- Stary na wypadek, gdybyśmy się już nie zobaczyli przed odjazdem, powodzenia – powiedziałem.
- Wam również. Widzimy się za parę dni! Nawet nie próbujcie mówić inaczej – odpowiedział Kiciuś najpierw podając dłoń mi, a potem Pablordowi. Następnie ruszyliśmy w dwie inne strony. Ja z Pablordem na południe, a Erni na wschód.
                Szliśmy raczej w milczeniu, oboje rozmyślając nad tym co działo się wszędzie dookoła. Musiałem przed wyjazdem porozmawiać jeszcze z Gigantem, ale najpierw skierowałem swoje kroki w stronę zbrojowni. Musieliśmy nałożyć pełny ekwipunek na wyprawę. Dotarliśmy tam w piętnaście minut i spotkaliśmy się tam z Jonaszem i Wiktorią. O ile Jonasza zdążyłem poznać całkiem dobrze, to nie mogłem tego samego powiedzieć o Wiktorii. Przypominała mi Łapę. Twarda i dzika, chociaż nie miała tego, co sprawiało, że Łapa była taka widowiskowa – długich, czarnych włosów. Wiktoria miała zamiast tego blond włosy, zawsze spięte w kok. To była taka jej zasada. Poza tym, sprawiała wrażenie całkiem miłej osoby. Może nie była towarzyska, ale zupełnie do zniesienia.
                Ekwipunek członka Czerwonych Flar składał się z paru elementów. Każdy z nas dostał specjalny kompas, który miał pomóc znaleźć się w terenie.  Był złoty, z długą, czerwoną igłą wskazującą północ. Schowałem go do kieszeni i wziąłem kolejną rzecz – zestaw trzech czerwonych flar. Z tego co słyszałem to flary zostały znalezione w ogromnych ilościach w jednej z fabryk i dzięki temu Dziara wpadł na pomysł nazwania na ich cześć całej grupy. Były to zarówno świetne rzeczy do oświetlania jak i znajdowania się w terenie. Gdy zostaniemy rozdzieleni, albo potrzebujemy pomocy to odpalamy flarę i reszta natychmiast biegnie w tą stronę. Mechanizm był prosty, a powinien być pomocny. Dodatkowo każdy z nas wziął po jednym karabinie automatycznym, oraz po dwa zapasowe magazynki. Od początku apokalipsy nie byłem tak uzbrojony. Oprócz tego każdy dostał po pistolecie oraz broni białej do wyboru. Ja zgodnie ze starą radą Łowcy wybrałem łom, ale widziałem, że reszta preferowała młotki oraz maczety.
                Tak uzbrojeni i przygotowani do drogi ruszyliśmy zrelaksować się przez ostatnią godzinę przed wyjazdem i umówiliśmy się na spotkanie przy wschodnim wyjeździe. Ja jednak nie miałem za dużo czasu na relaks. Musiałem spotkać się z Gigantem i go ostrzec, chociaż trochę przed tym co się będzie działo pod moją nieobecność. Ruszyłem żwawym krokiem w stronę jedynej, północnej barykady. Gdy dotarłem na miejsce zobaczyłem, że cała trójka, całkiem dobrze mi znanych osób, siedziała i jadła kanapki. Gdy Gigant zobaczył mnie pomachał w moją stronę. Wspiąłem się po drabince i przywitałem się z wszystkimi.
- Mogę cię na chwilę poprosić? – spytałem Giganta.
- Jasne – odpowiedział i zaczął schodzić ze mną na dół. Gdy oddaliliśmy się o kawałek od barykady zacząłem.
- Słuchaj jest bardzo ważna sprawa. Pod moją nieobecność, gdy jeszcze dodatkowo odjedzie Kiciuś tutaj nie zostanie prawie nikt, kto jest w stanie ogarnąć ten syf. Tylko ty i Łapa. Dowiedziałem się, że Gang może zaatakować na dniach – mówiłem patrząc na zmiany na twarzy Karola.
- Nie powinniśmy ostrzec wszystkich? – zapytał.
- Zaufaj mi. Dziara powinien wejść do akcji jak najszybciej – skłamałem.
- Mam nadzieję. Czego właściwie ode mnie oczekujesz? – zapytał Karol.
- Nie wtrącaj się w to. Po prostu daj wkroczyć do akcji Flarom i Szeryfowi. Nie ryzykuj – powiedziałem szczerze.
- Niech będzie. Mam nadzieję, że to ma jakiś głębszy sens. Swoją drogą powodzenia w drodze – stwierdził uśmiechając się.
- Dzięki. Przyda się, nie przeszkadzam już i pamiętaj – uważaj na siebie.
                Tymi słowami zakończyłem rozmowę i ruszyłem powoli w stronę wschodnich wjazdów. Zobaczyłem tam grupkę ludzi i Zbłąkanego Ocalałego. Autobus był jak zawsze w opłakanym stanie, ale dzięki temu pasował idealnie do klimatu.  Przed autobusem stał Karzeł oraz parę strażników. Do środka w tym czasie wchodził Erni, a tuż za nim wchodzili Cinek z Łowcą. Czyli jednak Łowca będzie tym, który pomoże Kiciusiowi w niebezpiecznej drodze. Poczułem się dzięki temu trochę lepiej, bo Łowca radził sobie na trasie co pokazał podróżując ze mną Potworem. Teraz jego pojazd stał zaparkowany w jednym z garaży.
                Przepchnąłem się przez tłum i przywitałem z Karłem. Następnie pożegnałem się z Ernim i Cinkiem po czym na chwilę zatrzymałem przy sobie Łowcę.
- Mam do ciebie prośbę stary – zacząłem rozmowę patrząc na jednookiego.
- Jaką? – zapytał.
- Wiem, że uratowałeś mi życie niezliczoną ilość razy, ale muszę cię prosić o to, żebyś pilnował tej dwójki. Są piekielnie twardymi skurczybykami, ale mimo tego uważajcie. Droga nie jest łatwa. Cholera wie, co możecie tam spotkać – wyrzuciłem z siebie.
Łowca położył mi masywną dłoń na ramieniu po czym powiedział.
- Zaufaj mi.
                Ufałem mu. Wierzyłem, że uda im spokojnie zrobić całą trasę i sprowadzić kolejnych ludzi do Ostoi. Popatrzyłem jak autobus wyjeżdża za bezpieczne ogrodzenie i z grozą uświadomiłem sobie, że ja również tam za chwilę pojadę.
- Po takim czasie, jakbyś ocenił to co tu się dzieje? – zapytał Karzeł.
Spojrzałem na, starszego ode mnie, mężczyznę i zastanowiłem się nad odpowiedzią.
- Wszystko wydaję się być w porządku, ale jest tu pewna nutka chaosu, która sprawia, że nic nie jest do końca stabilne – odpowiedziałem tajemniczo.
- Coś w tym jest. Dowodzenie tym miejscem nie jest łatwe, ale ty jako doświadczony przywódca na pewno wiesz co nie co o tym, prawda?
- Dowodzenie obozem, w którym jest dwadzieścia osób, a miasteczkiem, w którym jest ich dużo ponad dwieście to różnica – powiedziałem.
- O tak. Ale jednak czasami ciężej utrzymać taką małą społeczność. W razie konfliktu mniej osób jest w stanie pomóc. A tutaj nawet jak pojedyncze osoby się buntują to nic same nie zrobią, bo cała reszta staje murem – pochwalił się Karzeł.
Przez drobną chwilę chciałem go ostrzec przed całym planem Dziary, a w szczególności nadchodzącym atakiem, ale ostatecznie ugryzłem się w język i przeczekałem. Milczałem.
- Gonią mnie obowiązki, trzymaj się Bobru, powodzenia w wyprawie – powiedział Karzeł odchodząc.
Miałem ochotę się upić i zapomnieć o tej całej sytuacji, ale nie było to możliwe. Wyjazd miał być dosłownie za chwilę. Ruszyłem w stronę garaży i już z daleka przy barykadzie zauważyłem strażników oraz moją ekipę na czas wyjazdu. Pablord i Jonasz krzątali się przy samochodzie, a Wiktoria ostrzyła bagnet, który doczepiała do swojego karabinu.
                Podszedłem i zapakowałem swoje rzeczy. Mieliśmy jechać samochodem terenowym koloru czarnego. Miał to być prawdopodobnie element kamuflażu. Samochód jednak był dużym problemem, bo z pewnością stwarzał duży hałas i był sporym kąskiem dla bandytów. Z drugiej strony bez samochodu podróż zajęłaby nam dwa tygodnie lub więcej. Zobaczyłem w bagażniku nieduże, ale wystarczające zapasy amunicji, medykamentów oraz jedzenia. Chyba byliśmy gotowi.
                Jonasz zasiadł na miejscu kierowcy, a Wiktoria na prawo na miejscu pasażera obok. Ja i Pablord usiedliśmy z tyłu. Spojrzałem ostatni raz za siebie na centrum Ostoi, gdzie ludzie chodzili normalnie po ulicach. Dzieci beztrosko bawiły się na Placu Głównym, bo dzisiejsza pogoda była fenomenalna. Czy warto zaryzykować według planu Dziary i sprawić, że życia tych osób będą zagrożone? Miałem nadzieję, że tak.
                Wsiadłem i wygodnie rozsiadłem się z tyłu. Zestaw Flar przyjemnie ciążył mi w kieszeni. Jonasz odpalił silnik, czemu towarzyszył przyjemny hałas. Brama przed nami otworzyła się i wyjechaliśmy. Dosłownie w momencie, kiedy minęliśmy barykadę, poczułem niepewność. Jakby instynkt mi mówił, że to nie będzie łatwa wyprawa. Mijaliśmy uliczki Torunia i przyszło mi do głowy pytanie.
- Właściwie to co robicie, że nawet w mieście nie ma za dużo zombie? – zapytałem.
- My z tym nie robimy właściwie nic. To Gang i jacyś przypadkowi ludzie sprawiają, że zombie idą za nimi, albo giną – wytłumaczył Pablord.
Gang dalej pozostawał dla mnie zagadką. Wiedziałem tylko tyle, że zabrali Młodą i chociażby ze względu na Łapę, musiałem ich dorwać. Najgorsze było jednak to, że nie wiadomo było gdzie oni dokładnie się ukrywają.
- Kto dowodzi tym Gangiem? Naprawdę nie macie najmniejszego pomysłu gdzie oni mogą być? – zapytałem ponownie.
- Nie wiemy. Nie są dużo grupą, mają może z trzydziestu członków, a dowodzi nimi niejaki Jan. Przynajmniej tak mówią pogłoski, nikt z naszych nigdy go nie widział – zapewnił Pablord.
- Nikt? On w ogóle istnieje?
- Tak mi się wydaję. W końcu ataki i ciągłe groźby, coś w tym musi być – odpowiedział chłopak.
                Wyjechaliśmy z miasta tą samą drogą, którą przyjechałem tu Potworem. Tym razem jednak skręciliśmy na północ i szybko skierowaliśmy się na główną trasę. Przez pierwsze godziny droga mijała beztrosko. Jechaliśmy dosyć wolno, ale byliśmy już co najmniej w połowie. Parę razy widzieliśmy z oddali pojedyncze trupy chodzące po polach, ale nic poza tym nie wskazywało na to, że podróż będzie niebezpieczna.
                To zmieniło się jednak szybko. Gdy wjechaliśmy na leśną ścieżkę, to zauważyliśmy trzy leżące ciała. Zatrzymaliśmy się, bo były dosyć specyficzne. Wszystkie trzy były poćwiartowane i świeże. Jonasz stwierdził, że ta grupka musiała zginąć maksymalnie godzinę temu. Wyciągnęliśmy bronie i rozejrzeliśmy się uważnie. Nagle Wiktoria krzyknęła.
- Szwendacze!
                Spojrzeliśmy w jej kierunku i rzeczywiście zobaczyliśmy wychodzące z krzaków trupy. Czas było zobaczyć jak pozostała trójka radzi sobie w walce z zombie. Sam również chciałem pokazać się z jak najlepszej strony. Wyciągnąłem łom i zamachując się na pierwszego wbiłem mu z impetem łom w przegniłą czaszkę. Ten trup musiał spędzić sporo czasu w wodzie, bo czułem jakbym uderzał kupę błota, a nie ciało stałe. Drugi jednak był nieco szybszy i zaszarżował na mnie od boku. Poczułem okropny zapach, blisko mojej twarzy i starałem się go odepchnąć.
                Cios przeszył go bez problemu. Wiktoria uderzyła z dużą siłą z bagnetu, rozcinając czaszkę i uwalniając przegniły mózg z kawałkami czaszki na ziemię. W tym czasie Jonasz ciął z niesamowitą siłą z maczety, wbijając kolejnym trupom ostrze w środek czaszki i docierając do mózgu. Pablord w tym czasie atakował z młotka, równie skutecznie jak Jonasz. Wydawało mi się, że byłem dużo wolniejszy od moich towarzyszy, ale to może była tylko kwestia przyzwyczajenia do ich stylu działania.
                Po oczyszczeniu okolic dróżki z trupów Jonasz raz jeszcze ukucnął przy zwłokach i spojrzał na nas. W przeciwieństwie do tego jak zachowywał się w Ostoi, tutaj był spokojniejszy i o wiele bardziej poważny.
- Ktoś jest w okolicy. Możliwe, że to Gang, ale równie dobrze mogą to być losowi ocalali. Miejcie się na baczności, póki ich nie wyk… - w tym momencie przerwała mu Wiktoria.
- Cisza! – szepnęła z sykiem.
Rzeczywiście było coś słychać w oddali. To były strzały. Po chwili dołączył do tego dźwięk silnika. Ktoś jechał w naszą stronę.
- Przygotujcie się! – krzyknęła Wiktoria i skoczyła w bok do drzewa. Poszliśmy w jej ślady. Po chwili już wszyscy byliśmy wycelowani w drogę przed nami, skąd coś się zbliżało. Przeładowaliśmy, wymierzyliśmy i czekaliśmy.