wtorek, 12 sierpnia 2014

Rozdział 15: Zbłąkany Ocalały

Rozdział 15, piąty z perspektywy Miczi. W końcu po długim budowaniu tego motywu, rozdział będzie poświęcony autobusowi kierowanemu przez tajemniczego kierowcę. Miczi wraz z Pablordem i Mpd będą starali się tam dostać za wszelką cenę. Czy im się uda? Czytajcie, a się dowiecie! Po przeczytaniu proszę o komentarz oraz rozesłanie bloga znajomym!

-----------------------------------------------------------------

Rozdział 15 (Miczi): Zbłąkany Ocalały


                Gdy otworzyłam oczy promienie słońca wpadające przez brudną szybę oślepiły mnie na chwilę. Poczułam całkiem przyjemny zapach, więc gdy tylko przetarłam oczy to rozejrzałam się za jego źródłem. Woń wydobywała się z małego garnka, który był ustawiony na prowizorycznej, kieszonkowej, kuchence gazowej. Tuż obok siedział Mpd, który nucąc coś mieszał energicznie zawartość naczynia.
                Poszukałam wzrokiem Pablorda i zauważyłam, że ten czyści broń oparty o ścianę obok. Gdy tylko zauważył, że wstałam przywitał mnie.
– Wyspałaś się? – zapytał.
– Tak – odpowiedziałam przeciągając się – dziękuje.
– Nie dziękuj – odpowiedział uśmiechając się – naprawdę nie ma za co.
Było za co. Poczucie bezpieczeństwa. Towarzystwo potrzebne w tym cholernym świecie. Pomoc w dostaniu się do bezpiecznej strefy w Toruniu. To wszystko to były wielkie rzeczy.
                Mpd również mnie przywitał i gestem ręki zaprosił bliżej, bo zaczął nakładać jedzenie do misek. Ugotował warzywa z kawałkami mięsa razem z sosem, w którym mięso było przechowywane w puszce. Wyszło mu całkiem smacznie i od razu, kiedy dostałam swoją porcję to zjadłam ją z apetytem. Podczas jedzenia Pablord zapoznał mnie z ich planem.
– W sumie warto już teraz coś ustalić ludzie. Autobus pojechał teraz na wschód, ale  jutro wieczorem będzie na przystanku na zachód stąd, niedaleko miasta Ostrów Mazowiecka. Tam jest nasza szansa na złapanie go. Jedyny problem jest taki, że mamy tam ponad czterdzieści kilometrów, a to jest całkiem sporo jak na dwa dni podróżowania na piechotę w taką pogodę – wytłumaczył, pokazując trasę na wyciągniętej z kieszeni mapie.
– Czemu autobus nie wraca tą samą trasą przez Zambrów? – zapytałam.
– Kierowca obmyślił dosyć sprytny plan, dzięki któremu zahacza o większą ilość miejscowości. Dzięki temu wozi więcej ludzi do Torunia, gdzie po pierwsze mają bezpieczeństwo, a po drugie przydają się – odpowiedział Pablord.
– Zbiera wszystkich z tych przystanków? Nie boi się, że pewnego dnia trafi na bandytów i zawiezie ich prosto do tej strefy w Toruniu?
– Miczi uwierz nam na słowo, że bandyci omijają ten autobus z daleka. Kierowca umie sobie z nimi poradzić. Strasznie dobrze strzela z broni, a poza tym rzadko, kiedy pozwala trzymać broń palną przy sobie. Zazwyczaj przy wejściu na pokład tego pięknego pojazdu musisz wrzucić całą amunicję i broń palną do bagażnika. Dopiero w Toruniu jest oddawana pasażerom, którzy nie przejawiają agresji – rozgadał się Mpd.
– Od jak dawna jeździ po tej trasie?
– Od niecałych dwóch tygodni – odpowiedział na moje pytanie Pablord.
Zabawne, pomyślałam. Dokładnie niecałe dwa tygodnie to wszystko się posypało. To właśnie wtedy Bobru, Kiciuś i Marcin pojechali po zapasy i nie wrócili.
– Rozumiem, że autobus zawiezie nas bezpiecznie na miejsce? – zadałam kolejne z pytań, które chodziły mi po głowie.
– Oj tak. Powiem ci w tajemnicy, że gdy wejdziesz do Obłąkanego Ocalałego to na pewno poczujesz się jak w domu – mówiąc to uśmiechnął się tajemniczo.
                Nie wiedziałam co ma na myśli, ale w sumie zawsze lubiłam niespodzianki i jeżeli ta miała być pozytywna to z chęcią dam się zaskoczyć. W końcu od czasu wybuchu apokalipsy wszystkie niespodzianki wiązały się z czyjąś śmiercią.
– Niech wam będzie. Opowiecie mi coś o tej całej Ostoi Ocalałych?
– Oczywiście. Nie chcemy ci za dużo zdradzać, ale miejsce jest świetnie przygotowane. Grube mury, mnóstwo strażników i broni, a to wszystko w jednej z wschodnich dzielnic Torunia. Gdy to całe pardoństwo się zaczęło – zauważyłam w tym momencie, że Mpd zaraz opowie mi całą historię, używając tych swoich śmiesznych zwrotów, ale nie przeszkadzało mi to, w sumie brakowało mi rozgadanych osób – to Karzeł od razu wiedział jak działać. Wziął naszego kumpla Dziarę i zaczęli budować społeczność. Czekali na Bobra, który się tam z nami umówił. Gdy my dotarliśmy tam z Wałbrzycha to nie mogliśmy uwierzyć własnym oczom. Wszystko działa tam tak jak kiedyś, są ludzie, którzy normalnie tam pracują, uczą się i tym podobne. Karzeł zawsze powtarza – uczcie się, to może wam się przydać. Wszyscy darzą go szacunkiem za to, co stworzył. My też tam pracujemy z Pabim. Jesteśmy grupą uderzeniową, tak zwanymi Czerwonymi Flarami. Nazwa wzięła się stąd, że w jednej z fabryk znaleźliśmy ogromne ilości czerwonych flar i od tamtej pory ich używamy – wszystko to opowiadał na jednym wdechu, więc gdy wziął haust powietrza, odetchnęłam z ulgą.
- Ale zboczyłem z tematu. Wracając, mieszka tam teraz około dwustu osób. Panują tam ciężkie zasady i wszyscy muszą być zdyscyplinowani, żeby to działało jak w zegarku. Ale jakoś nam się udaję i… – kontynuował, aż przerwał mu Pablord.
– Mpd zamknij się do cholery i nabierz powietrza, bo zaraz się udusisz – powiedział żartobliwie, ale też poważnie – Miczi dowiedziała się już sporo, zostawmy resztę magii tego miejsca na czas gdy tam dotrzemy. Musimy teraz się zbierać. Mamy dużo kilometrów do przejścia – to mówiąc wstał i zaczął pakować rzeczy do wyjścia.
                Pierwsze wrażenie jakie zrobiła na mnie ta dwójka było piorunujące. Wydawali się być ludźmi ulepionymi z twardej gliny, ale też potrafiącymi cieszyć się z życia. Rozgadany Mpd i poważny Pablord. Miałam nadzieję, że dotrę z nimi bezpiecznie do Ostoi. Z tego co dowiedziałam się od Mpd, to miejsce wydawało się być idealne, żeby przeżyć tam długie lata w względnym bezpieczeństwie.  Miałam nadzieję, że będę mogła ocenić to sama.
                Gdy wyszliśmy na zewnątrz słońce wisiało wysoko na horyzoncie. Byłam ciekawa czy zdążymy dotrzeć na przystanek na czas. Bez zbędnego marnowania czasu ruszyliśmy. Droga nie była łatwa. Na początku musieliśmy wydostać się z miasta. Co prawda znajdowaliśmy się w jego centrum, ale nie było ono duże i szybko trafiliśmy na przedmieścia. Nie spotkaliśmy za dużo zombie, całe szczęście pojedyncze trupy, które nas zobaczyły z daleka były zbyt wolne, żeby podejść i z nami walczyć. Pablord podarował mi pistolet, którego używał jako broni drugorzędnej. Wygodny mały rewolwer z komorą na sześć krótkich, aczkolwiek zabójczych pocisków. Podziękowałam mu i schowałam go do kieszeni w kurtce, chwaląc się nowym towarzyszom znalezioną parę dni temu maczetą.
                Gdy opuściliśmy miasto staraliśmy się trzymać drogi, ale nie zawsze było to możliwe. Gdy mijaliśmy po drodze wioski, w których widać było sporo zombie to omijaliśmy je polnymi ścieżkami, które były mocniej zasypane przez śnieg, przez co jeszcze trudniej się było nimi poruszać. Przez długie godziny szliśmy rozmawiając i poznając siebie coraz lepiej. Pablord i Mpd wydawali się być ciekawymi ludźmi. Opowiedzieli mi jak wydostali się z Wałbrzycha.
– To w sumie nie jest najciekawsza historia – zaczął Pablord, pijąc wodę ze słoika, na jednym z postoi – Mpd był akurat u mnie w domu i nagle usłyszeliśmy syreny alarmowe. Wyjrzałem przez okno i zobaczyłem prawdziwy koszmar. Wyglądało to jak gra komputerowa, wszyscy biegali i krzyczeli, a pomiędzy nimi były trupy. Mnóstwo trupów. Wtedy wiedzieliśmy, że coś jest nie tak, ale myśleliśmy, żeby zostać w mieszkaniu i przeczekać najgorsze.
– Wtedy okazało się – dopowiedział Mpd – że rodzina Pablorda też już jest przemieniona, tak jak cały blok, w którym mieszkał. Dlatego też nie mieliśmy za dużo czasu na pakowanie. Wzięliśmy odrobinę zapasów i z największym trudem zjechaliśmy windą na dół po czym puściliśmy się biegiem na północ do jednego z lasów. Tam w sumie dopiero oswoiliśmy się z tym co nas spotkało. Początkowo nie wiedzieliśmy kompletnie co robić, byliśmy zagubieni, ale w końcu postanowiliśmy działać. Pablord przypomniał sobie o tym, że w razie takiego zdarzenia Bobru kazał nam spotkać się w Toruniu, więc tam ruszyliśmy. Droga była ciężka i długa, ale poruszaliśmy się autem i jakoś to szło.
– W sumie po drodze dochodzili do nas ludzie i odchodzili. Raz jechaliśmy nawet z czterema innymi osobami, ale nikt z nich nie dotarł do Torunia. Gdy się tam pojawiliśmy z Mpd to byliśmy wykończeni i ledwo żywi. Całe szczęście trafiliśmy w dobre miejsce, chyba jedyne, które aktualnie jest tak bronione. Wszystkie inne miasta, Kraków, Wrocław, Warszawa, Gdańsk, Lublin, wszystko upadło, albo umiera. A Toruń jest jedynym poważnym miejscem obrony. Dlatego tam idziemy – dokończył historię Pablord.
                Ja z kolei przy każdym kolejnym postoju opowiadałam im coś o sobie. Kolejne szczegóły historii poznania Bobra w Białymstoku, pomocy w dotarciu do Królowego Mostu, życia w Obozie przez parę tygodni oraz wiele innych. O dziwo na naszej trasie spotykaliśmy niedużo zombie, mieliśmy na tyle szczęścia, że nie wpadliśmy na żadne stado. Szybko ranek zamienił się w wieczór i zaczęliśmy szukać miejsca na spędzenie nocy, w jednej z wioseczek na trasie Zambrów–Ostrów Mazowiecka.
                Skradaliśmy się wśród domów na błotnisto–śnieżnej ścieżce i ocenialiśmy, który z zrujnowanych budynków zapewni nam odpowiednią ochronę przed zimnem i wiatrem. Oczywiście w wiosce było parę trupów, które szwendały się powoli, szukając pożywienia. Jeden z domów, wyglądał idealnie, więc zaczęliśmy się do niego zbliżać. Na podwórzu były dwa trupy. Jednym z nim zajęłam się sama, podbiegając i wbijając mu maczetę w tył czaszki. Drugiego zabił Mpd, który użył do tego długiego pręta, który miał przywiązany do plecaka. Pręt był zakończony naostrzonym fragmentem metalu i nadawał się idealnie do przebijania przegniłych ciał zombie.
                Gdy tylko zabiliśmy dwa trupy, usłyszeliśmy kolejne nadchodzące w naszym kierunku. Musieliśmy je zabić teraz, bo nad ranem mogą nam skutecznie uniemożliwić wyjście. Pablord kazał Mpd pobiec do domu i zobaczyć czy jest otwarty, a sam w tym czasie ruszył do furtki w płocie, gdzie zamachnął się, podobnym do tego Mpd, prętem i powalił kolejnego trupa. Kolejne trzy wyszły z tyłów podwórka, więc pobiegłam w ich stronę i pierwszego załatwiłam dwoma cięciami maczety. Kolejny skoczył na mnie wyjątkowo gwałtownie i  wywrócił mnie na twardy śnieg, ale całe szczęście zepchnęłam go i kopnęłam obunóż, żeby dać sobie chwilę na wstanie. Gdy się podniosłam ten sam szarżował na mnie ponownie, ale tym razem byłam szybsza i odskoczyłam w lewo tnąc maczetą i przecinając jego głowę na pół. Wykorzystując ciężar uderzenia, przeskoczyłam na drugą nogę i zamachnęłam się potężnie na drugiego, trafiając go czysto w gardło i ciągnąc ostrze w górę go również powaliłam.
                Pablord w tym czasie broniąc furtki powalił kolejne dwa trupy i podchodził do ostatniego w okolicy, którego nabił na pręt po czym kopnął, a następnie dobił leżącego przebijając mu czaszkę prętem. Oczyściliśmy okolicę i podeszliśmy do Mpd, któremu udało się otworzyć drzwi. Środek chatki, którą wybraliśmy był całkiem przytulny. Przeszukaliśmy szybko trzy izby i łazienkę, żeby zobaczyć, czy nikt tu się nie chowa i położyliśmy swoje rzeczy w salonie, szykując się do zjedzenia czegoś i pójścia spać. Salon był sporym pomieszczeniem, w którym stał telewizor, parę szaf, oraz spora kanapa, który była tak zakurzona, że jak Pablord na niej usiadł to na chwilę zniknął w tumanach kurzu.
                Mpd znalazł w kuchni butlę z gazem i użył jej do przygotowania jedzenia. W tym czasie Pablord szykował nam posłania z kocy znalezionych w jednej z szaf i poduszek. Gdy tylko skończył położył się na jednym z nich i odetchnął głęboko. Przyświecaliśmy sobie lampą gazową, którą moi towarzysze mieli ze sobą. Z tego co zauważyłam do tej pory Mpd i Pablord uzupełniali się doskonale. Pablord radził sobie z planowaniem drogi, trzymaniem dyscypliny, walką oraz utrzymywaniem drużyny w dobrym duchu, przez swoje żarty i ogólną dobra aurę, którą roztaczał, a z kolei Mpd umiał forsować zamki, gotować, korzystać z mapy, prowadzić auto i wiele, wiele innych. Dzięki temu we dwóch potrafili przetrwać wiele i szczerze im tego życzyłam.
                Po zjedzeniu kolacji prawie natychmiast zasnęliśmy. Nikt nie miał siły stać na warcie, byliśmy przemarznięci i przeraźliwie zmęczeni. W końcu dzisiaj przeszliśmy około dwudziestu kilometrów na piechotę. Gdy wstaliśmy słońce dopiero pojawiało się na horyzoncie. Wyspałam się całkiem dobrze i po zjedzeniu śniadania byliśmy gotowi. Pablord podczas jedzenia ciągle się wygłupiał, robiąc głupie miny i opisując nieprzyjemne rzeczy, który mogły być w tym co zrobił nam Mpd. Ci dwaj byli świadkami jak pierwszy raz od wielu dni na mojej twarzy pojawił się uśmiech.
                Gdy opuściliśmy domostwo i wyszliśmy na drogę zauważyliśmy kogoś w oddali. Pablord natychmiastowo spoważniał i syknął do nas.
– Na ziemię pod płot.
Posłuchaliśmy się go i obserwowaliśmy postać idącą wzdłuż głównej drogi  prowadzącej do Ostrowa Mazowieckiego. Postać stała idealnie na linii słońca, więc ciężko było powiedzieć o niej coś więcej. Na pewno utykała i wspierała się jakimś kijem. Nie widać jednak było czy ma broń. Niestety skupiliśmy na niej tak bardzo, że nie usłyszeliśmy skrzypnięcia śniegu, które ostrzegłoby nas przed zombie, które zakradło się do nas od tyłu i rzuciło się na Mpd. Gdyby nie plecak, Mpd zostałby ugryziony w chwilę, ale na jego szczęście zombie położył się na wypchany pakunek i starał się dorwać do jego szyi. Mpd wrzasnął ze strachu co zaalarmowało ocalałego idącego drogą. Pablorda jednak teraz to nie obchodziło. Rzucił się na pomoc przyjacielowi, spychając zombie i sięgając po pręt.
                Ja w tym czasie wyciągnęłam pistolet i wymierzyłam w stronę ocalałego, który klękając przy jednym z płotów mierzył do nas z broni. Na pierwszy rzut oka był to jakiś model karabinu do polowań na zwierzęta. Pablord i Mpd poradzili sobie akurat z trupem, kiedy usłyszeliśmy głos.
– Nie mam złych zamiarów! Nie podchodźcie do mnie, a nie strzelę! – zawołał. Głos był podobny do głębokiego głosu Pablorda, aczkolwiek trochę inny. Pablord wyszedł przed szereg i rzucając broń pod nogi zawołał.
– My także nie mamy złych zamiarów. Jesteśmy z Toruńskiej Ostoi Ocalałych i tam właśnie zmierzamy. Nikt nie musi walczyć – zapewnił podchodząc parę kroków bliżej.
– Już nie takie gówna słyszałem, po czym traciłem kolejne osoby w grupie. Po prostu nie podchodź do mnie człowieku, jeżeli zależy ci na życiu – krzyknął mężczyzna.
– Nie to nie. Daj nam odejść w  naszą stronę – powiedział ze złością w głosie Pablord, cofając się w naszą stronę.
                Ocalały mierzył do nas jeszcze przez chwilę po czym podniósł się ciężko i zaczął się cofać.  My także podnieśliśmy się i zaczęliśmy iść w drugim kierunku. Chyba po raz pierwszy spotkałam Ocalałego, który po spotkaniu mnie lub moich towarzyszy nie zaczął strzelać lub nie zginał. Pablord imponował mi stalowymi nerwami, jak w tej sytuacji. Gdy tylko odeszliśmy kawałek i nie widzieliśmy już ocalałego to zwrócił się do Mpd.
– Nie piszcz jak baba następnym razem, do cholery – powiedział jak zawsze pół żartem, pół serio.
– Sorka. Zaskoczył nas, myślałem, że zginę.
– Jeszcze raz tak wrzaśniesz to sam cię ugryzę – odgryzł się Pablord.
                Dalsza podróż mijała bezproblemowo. Do przystanku mieliśmy już niecałe dziesięć kilometrów, a autobus miał tam być na wieczór według zapewnień Pablorda. Zastanawiałam się jaka niespodzianka, o której mi mówili, mnie w nim spotka. Czyżby ta cała sytuacja była jakimś wrednym żartem i tak naprawdę to pułapka? Wątpiłam w to, Pablord i Mpd byli tak szczerymi ludźmi, że nie mogliby mi czegoś takiego zrobić. Przynajmniej tak mi się wydawało. Nagle uderzyło mnie jedno z pytań, które pojawiają się w głowie człowieka nie wiadomo kiedy, ani dlaczego. Co przeżył człowiek, którego właśnie spotkaliśmy? Jaka jest jego historia?  Co przeżył od wybuchu apokalipsy? Ile stracił, a ile zabrał komuś? Takie pytania nigdy nie znajdą odpowiedzi, a zostaną gdzieś głęboko w pamięci. Tak to działa.
                Popołudniu zatrzymaliśmy się w niedużym zagajniku, żeby odpocząć i rozejrzeć się po okolicy i spróbować znaleźć się na mapie. Po chwili zidentyfikowaliśmy miejsce, w którym jesteśmy z Pablordem i usłyszeliśmy ponownie krzyk Mpd. Tym razem nie było to przerażenie, a bardziej zdziwienie. Zawołał nas do siebie i zobaczyliśmy coś, czego nie chcieliśmy zobaczyć. Lasek, w którym byliśmy znajdował się na sporym wzgórzu i widać było stąd naprawdę sporo okolicy. Zobaczyliśmy odległe zarysy Ostrowa Mazowieckiego i ogromną czarną plamę na drodze przed miastem. Stado zombie. Szły w naszą stronę, chociaż póki co były oddalone od nas o ponad pięć kilometrów. Pablord westchnął cicho, a Mpd po prostu nie mógł uwierzyć.
                Takie stado nie poruszało się szybko, ale przemierzało dziennie sporo kilometrów. Do wieczora zostało nam już niedużo czasu, a jeżeli autobus nie przyjedzie na czas to prawdopodobnie nie będziemy mogli poczekać na przystanku bo znajdował się on na trasie stada. Zaczęła się ogromna gra z czasem. Szybko zakończyliśmy nasz mały popas i ruszyliśmy szybkim marszem w dół wzgórza w stronę naszego celu. Nie rozmawialiśmy już, każdy z nas wiedział, że musimy przebyć te pozostałe parę kilometrów do przystanku bardzo szybko, a droga nie była krótka i łatwa.
                Około godzinę później zaczęło się robić powoli ciemno. Byliśmy u zboczu wzgórza i staraliśmy się znaleźć most, żeby przejść przez zamarzniętą rzekę. Przejście przez lód mogło się wiązać z wpadnięciem w lodowatą wodę i śmiercią, więc nawet nie próbowaliśmy tego zrobić. Teraz liczył się czas, a rzeka skutecznie nas zatrzymała. Zaczęłam powoli panikować, słysząc odległe, aczkolwiek coraz bliższe, jęczenie. Był to chyba najbardziej koszmarny i demotywujący dźwięk. Setki martwych ludzi podążających w upiornym marszu, aż do znalezienia kolejnego źródła pożywienia.
                W końcu po około dziesięciu minutach zobaczyliśmy w oddali most, który będzie mógł nas przetransportować na drugą stronę rzeki, gdzie był przystanek. Teraz wręcz biegliśmy, a nie maszerowaliśmy. Każda chwila się liczyła. Wydawało mi się, że z każdym krokiem zombie są coraz bliżej, a słońce coraz niżej. Przebiegliśmy most, który skrzypiał nieprzyjemnie, gdy go przemierzaliśmy i znaleźliśmy się na drugiej stronie. Pablord sapnął, że do przystanku zostało niecałe pięćset metrów. Byliśmy teraz na drodze, widać było już nawet przystanek, ale co najgorsze kawałek z przodu nadchodziły zombie. Znajdowaliśmy się w takim miejscu, że wszędzie na około widać było pola i lasy, oraz wzgórze, z którego zbiegliśmy.
                Gdy dotarliśmy do przystanku byliśmy wykończeni. Usiedliśmy na ławce i modliliśmy się, żeby Zbłąkany Ocalały nadjechał jak najszybciej. Zastanawiałam się, czy przypadkiem nie ominęliśmy go już, ale Pablord powtarzał, że nie ma takiej możliwości.
– Autobus może przyjechać później, ale nigdy nie odjedzie wcześniej. Jego kierowca to dokładny człowiek. Zachowujcie się teraz cicho.
Posłuchaliśmy go i chowając się na niedużym przystanku czekaliśmy. Wszyscy byli zdenerwowani. Poczułam jak ręce drżą mi ze strachu i zdenerwowania. Postawiliśmy wszystko na jedną kartę. Jeżeli nie opuścimy tego miejsca za około dziesięć–piętnaście minut to będziemy ścigani przez całe stado.
                Zauważyłam, że Pablord i Mpd też są zdenerwowani. Atmosfera była nieprzyjemna i mroczna. Świat coraz bardziej znikał w ciemnościach. Ostatnie promienie słońca gasły na naszych oczach. Zombie były coraz bliżej sprawiając, że zrobiło się jeszcze mniej przyjemnie. Pablord  wpadł nagle na pomysł i kazał nam po cichu podążać za sobą. Opuściliśmy wnętrze przystanku i stanęliśmy na poboczu.
– Jesteście gotowi poświęcić wszystko, żeby dostać się do Torunia? – zapytał śmiertelnie poważnie.
Nie namyślałam się długo.
– Oczywiście. Co właściwie planujesz? – zapytałam.
Podszedł do ściany przystanku i uklęknął. Przez chwilę bałam się, że będzie kazał nam uciekać, a sam zatrzyma trupy, ale całe szczęście jego plan wyglądał inaczej.
– Wespniemy się na dach przystanku. Tam przy odrobinie szczęścia będziemy mieli parę cennych chwil więcej, póki nie przyjedzie autobus. Oczywiście jeżeli z jakiegoś powodu Zbłąkany Ocalały gdzieś zaginął, albo jego załoga została zabita, to zginiemy tutaj. Ale jeżeli chcemy dzisiaj być w autobusie to nie ma innego wyjścia – stwierdził układając ręce w tzw. „schodki”.
                Byłam gotowa zaryzykować. Ucieczka przed stadem nie wchodziła za bardzo w grę. Teraz byliśmy w takiej pozycji, że jedynym sensowym wyjściem było poczekanie na tajemniczego kierowcę. Zapasy się nam kończyły, stado było coraz bliżej, a my byliśmy potwornie zmęczeni. Biorąc rozpęd odbiłam się od rąk Pablorda i z wielkim trudem wspięłam się na blaszany dach przystanku. Położyłam się i po chwili dołączył do mnie Mpd. Razem pomogliśmy wspiąć się Pablordowi i leżąc czekaliśmy. Wszyscy oddychali ciężko i drgali ze strachu. Stado było już przy przystanku. Pierwsze trupy podchodziły do nas swoim ospałym krokiem. Za około dziesięć minut, o ile trupy nas wyczują, to będziemy otoczeni przez dziesiątki z nich.  Usłyszałam syk i zobaczyłam, że Pablord odpalił flarę. Zombie spojrzały na nas i zobaczyłam w ich rybich oczach rządzę mordu.
                Parę z nich zaczęło uderzać w ściany przystanku, raczej nie dadzą rady go po prostu zburzyć, ale sprawiały, że denerwowaliśmy się jeszcze bardziej. Dach przystanku znajdował się mniej więcej na wysokości dwóch metrów, więc zombie nie dawały rady sięgać po nas, ale wyciągały swoje połamane, zgniłe łapska. Aktualnie otaczało nas ich około sześciu, ale kolejne ciągnęły do nas i z każdą minutą robiło się ich coraz więcej. Autobusu wciąż nie było widać i powoli zaczęłam godzić się z tym, że to może być nasz koniec.
                Flara oświetlała najbliższą okolicę. Mpd odpalił drugą i rzucił ją w tłum zombie, aby chociaż na chwile je czymś zająć. Gdy jego flara przelatywała nad stadem zamarłam. Było ich tak dużo. Niektóre zaczęły się wspinać po sobie, co sprawiło, że musieliśmy zacząć walczyć. Pozycja była doskonała, mogliśmy stąd bronić się długi czas, ale w końcu nie damy rady i dorwą nas. Traciłam nadzieję, chociaż walczyłam ramię w ramię z Pablordem i Mpd. Wtedy usłyszeliśmy trąbnięcie.
                Rozejrzeliśmy się i zobaczyliśmy mknący przez pola autobus. Jego światła oślepiły nas, ale dały też siłę i nadzieję. Trzymaliśmy się zastanawiając się jak wsiądziemy do środka. Zombie wspinały się do nas i oblegały cały przystanek. Autobus podjechał na jego tyły i zobaczyłam jak klapa się otwiera. Do dachu autobusu mieliśmy około metra z kawałkiem więc jedyne co mogliśmy zrobić to skoczyć. Pablord i Mpd rzucili swoje plecaki, trafiając prosto w dziurę  i kazali mi skakać pierwszej. Przemogłam się i pomimo ogromnego strachu wzięłam rozpęd na tyle na ile pozwoliła mi powierzchnia dachu i zaczęłam biec. Skoczyłam.
                Trafiłam na dach autobusu i upadłam ciężko na prawy bok. Żyłam. Wskoczyłam do środka i po chwili zobaczyłam jak zeskakuje Pablord i Mpd. Wpadłam w ich ramiona. Cieszyliśmy się jak dzieci,  udało nam się. Byliśmy w Zbłąkanym Ocalałym. Kierowca ruszył i szybko skręcił w prawo omijając trupy, które zaczęły podążać w stronę autobusu i zręcznie wyjeżdżając na pola i zostawiając stado w tyle. Rozejrzałam się po wnętrzu i zobaczyłam trzy osobę siedzące na losowych miejscach. Staruszek, oraz dwie młode kobiety. Nie znałam ich i póki co nie chciałam poznać. Bardziej interesował mnie kierowca, który jechał teraz w stronę lasu. Świetnie radził sobie za kółkiem. Wnętrze Zbłąkanego Ocalałego było w dosyć opłakanym stanie, ale sama przekonałam się, że pojazd radzi sobie świetnie podczas jazdy na ciężkim terenie.
                Pablord zachęcił mnie, żebym podeszła do pomieszczenia kierowcy. Nie wiedziałam czego się tam spodziewać. Bałam się trochę, ale też czułam przyjemne podniecenie. Odwróciłam się raz jeszcze żeby spojrzeć na moich towarzyszy. Obaj kiwnęli zachęcająco głowami. Podeszłam powoli i spojrzałam na kierowcę.
                Prowadził w absolutnym skupieniu i początkowo nie wiedziałam co Pablord i Mpd mieli na myśli. Jego twarz porastała broda, a na kamizelce miał skrót „T.O.O”. Wtedy spojrzał na mnie i poznałam jego bystre spojrzenie i charakterystyczny uśmiech. Nie mogłam uwierzyć w to co widzę. Złapałam się ciężko poręczy i poczułam łzy napływające mi do twarzy. Widziałam tego człowieka ostatnio dwa tygodnie temu. Byłam pewna, że zginął. To właśnie między innymi go szukałam.

                Za kierownicą siedział Kiciuś.

czwartek, 7 sierpnia 2014

Rozdział 14: Droga do Ostoi

Rozdział 14, czwarty z perspektywy Natalii. Dosyć spokojny, choć mający parę momentów, w których dreszcz przejdzie po plecach :) Po przeczytaniu proszę was o dołączenie do dyskusji w komentarzach oraz rozesłanie bloga znajomym.

-----------------------------------------------------------------

Rozdział 14 (Natalia): Droga do Ostoi


                Gdy nastał ranek nikt w aucie już nie spał. Młoda siedziała przy mnie i obserwowała jak Medyk pomaga Gigantowi i kobiecie, którą znaleźliśmy dzisiejszej nocy. O ile Gigant czuł się coraz lepiej i jego rana goiła się w dobrym tempie, to kobieta była w naprawdę kiepskim stanie. Trawiła ją gorączka, a cały jej bok ciała był zdarty do krwi. Od prawego barku do uda. Mamrotała coś o tym, że uciekali przed inną grupą ocalałych i ona straciła równowagę zbiegając z zbocza góry i przejechała paręnaście metrów po twardym śniegu. Musiało to niewyobrażalnie boleć, bo podczas oczyszczania rany zdarzało jej się krzyczeć tak głośno, że nawet Yeti się wzdrygał.
                Łysy, który kierował pojazdem, powiedział, że na dniach powinno nadejść ocieplenie, które uwolni nas od śniegu. Cieszyło mnie to, miałam dość białej osłony, która okrywała cały świat. Niektóre ubrania, które miałam na sobie były straszliwie brudne i podarte, dlatego marzyłam o cieplejszej temperaturze i przebraniu się w coś wygodniejszego. Dodatkowo dowiedziałam się, że do Torunia jest coraz bliżej i powinniśmy tam być w ciągu tygodnia. Pewnie moglibyśmy tam dojechać o wiele szybciej, ale drogi były średnio przejezdne, w końcu nie było wozów odśnieżających, ani tych, które posypywały je solą i piachem. Dlatego jechaliśmy po zmarzlinach powoli, żeby nie uszkodzić auta.
                 Dodatkowo musiałam liczyć się z tym, że trójka żołnierzy zatrzymywała się w różnych miejscach, w których spotykali przeróżnych ludzi. Dobrym przykładem tego była matka z dziećmi na przystanku czy też tamci dwaj mężczyźni i kobieta, których spotkaliśmy parę godzin temu w lesie. To było ciekawe, jak ta trójka starała się ciągle pomagać innym. Miałam szczerą nadzieję, że uda nam się dzięki nim dotrzeć do Ostoi i okaże się, że jest tam w miarę bezpiecznie.
                Gdy rankiem wyjechaliśmy na drogę do Ciechanowa, cieszyłam się. Wiedziałam dokładnie, że stamtąd będzie dzieliło nas już niecałe sto kilometrów do celu. Podróż mijała dosyć monotonnie, aż do czasu gdy poczułam, że wóz się zatrzymuje. Wiedziałam, że Łysy musiał wypatrzeć kolejnego człowieka, więc gdy zatrzymał pojazd, wyskoczyłam razem z Yetim oraz Gigantem na tyłach i rozejrzałam się. Staliśmy na poboczu w środku lasu. Drzewa były wszędzie na około nas, a droga przecinała je niczym ostrze miecza, biegnąc od wschodu na zachód. Przez chwilę zastanawiałam się dlaczego się zatrzymaliśmy, gdy nagle zobaczyłam stojącą na poboczu przyczepę. Na jednej z jej boków było napisane czarną farbą – „przebaczenie”. Przeszły mnie ciarki, scena przypominała jakiś horror.                Podeszliśmy we czwórkę z Łysym do przyczepy z wyciągniętymi broniami. Wtem Łysy wyciągnął rękę, żeby nas zatrzymać i krzyknął.
- Jest tu kto? Jesteśmy przyjaźnie nastawieni. – zawołał.
Odpowiedziała mu ponura cisza i pojękiwanie zombie z oddali. Musiały szwendać się po rozciągającym się lesie, co mogło oznaczać, że kiedyś były właścicielami tej przyczepy. Tylko co oznaczał ten napis? Podeszliśmy powoli do przodu, z każdym krokiem zbliżając się do wozu. Kiedy byliśmy w końcu o krok od drzwi Łysy podszedł i przyłożył do nich ucho. Nasłuchiwał chwilę i odwrócił się do nas.
- W środku coś jęczy. Uważajcie.
                Wymierzyliśmy broniami w stronę wnętrza auta i poczekaliśmy, aż Łysy je otworzy. Z środka buchnął okropny zapach rozkładających się zwłok. Odór był tak paskudny, że aż zakręciło mi się w głowie. Łysy jednak nie przejmował się tym i wszedł do środka. Z ciekawości podążyliśmy za nim, wszyscy oprócz Giganta, który był najwyższy i największy z nasi prawdopodobnie miałby problem z zmieszczeniem się w wozie, którego dach sięgał mu do nosa.
                W środku było naprawdę ciemno. Zasłony były szczelnie zasunięte, a dach całkowicie zamknięty. Starałam się nie oddychać za dużo, bo bałam się, że zemdleję. Całe wnętrze było nieco zrujnowane, widać było, że ktoś kto tu był musiał się spieszyć i z pośpiechu zrobił tu niezły bałagan. Leżał tu nawet trup, nie wiadomo czy właściciela, czy osoby, która chciała tutaj przenocować, ale nie wytrzymała psychicznie. Ciało było nabrzmiałe i gniło już od jakiegoś czasu. W zeschłej ręce trzymało rewolwer, a w drugiej różaniec. Na skroni trupa widniała zaschnięta plama krwi, wyciekająca z dziury w skroni. Popełnił samobójstwo. Ten obraz całej sytuacji był brutalny i zalała mnie fala obrzydzenia i dziwnego strachu. Nie było sensu przeszukiwać niczego, co było blisko tego okropnego smrodu, bo wszystko nim przesiąkło, więc czym prędzej opuściliśmy to przeklęte miejsce.
                Korzystając ze świeżego powietrza i chwilowego postoju usiadłam na śniegu, żeby rozprostować kości. Yeti dolewał paliwa z jednego kanistrów do baku z benzyną auta. Dzisiejszy dzień był naprawdę ciepły, więc podałam kurtkę Łysemu, który rzucił ją na pakę. Słoneczko przebijało się co chwilę z pojedynczych chmur, przysłaniających niebo. Gigant oparty o przyczepę ostrzył swój miecz, którego nie używał już od jakiegoś czasu z powodu kontuzji. Całe szczęście wrócił już prawie do zdrowia, więc znów stał się kimś w kim widziałam opiekuna. Zaskakiwało mnie jego posłuszeństwo co do Bobra. W końcu widział go ostatnio prawie dwa tygodnie temu, teraz on zapewne już nie żył, ale Karol wciąż starał się mnie chronić z wszystkich sił. Najstarszy siedział na pace i również korzystając ze świeżego powietrza patrzył w dal.
                Po chwili przerwy mieliśmy już zbierać, kiedy zobaczyliśmy trzy trupy przedzierające się przez krzaki i idące w naszą stronę. Yeti zaczął do nich mierzyć z karabinu, kiedy Gigant zawołał.
- Zostawcie je, ja się nimi zajmę.
Yeti opuścił broń i razem ze mną i resztą obserwował sytuację. Gigant stracił swój pancerz w domu dziadka kanibala, dlatego działał ostrożniej, ale wciąż miał swój miecz, który udało mi się uratować z pożaru. Naostrzona stal zaświeciła się w promieniach słońca, kiedy Gigant ruszył do przodu i zamachując się potężnie nad głową rozciął czaszkę wroga na pół. Zmienił wtedy ciężar nogi na prawą, tą która była uszkodzona i pewnym ruchem przebił kolejnego trupa do drzewa, po czym pociągnął ostrze w górę i rozpruł go na dwie części. Trzeci znalazł się niebezpiecznie blisko jego lewego boku, ale ten odepchnął go płasko ostrzem i gdy ten leżał wbił oburącz w czaszkę. Wrócił do formy. Yeti zaklaskał z podziwem, w końcu nie codziennie można być świadkiem takiego przedstawienia. Gigant był prawdziwym wirtuozem swojej broni.
                Chwilę później zapakowaliśmy się do wozu i ruszyliśmy dalej. Przez kolejne dwie godziny jeździliśmy po drogach i leśnych ścieżkach, aż w końcu znaleźliśmy się na otwartym polu, a na lewo zauważyliśmy niedużą wioskę. Nie było sensu jej przeszukiwać, podobnie jak w Kołodnie zauważyliśmy tam tylko sklep, który już z daleka wyglądał na spalony. Nie warto było tracić czasu na takie miejsce. Rozmawiałam sobie z Młodą, właściwie o niczym ciekawym, po prostu ona dobrze czuła się w moim towarzystwie i dzięki rozmowie udawało mi się zobaczyć parę razy uśmiech na jej twarzy. Kobieta, którą znaleźliśmy dzisiejszej nocy wciąż spała, budząc się co jakiś czas, gdy medyk zmieniał jej opatrunki. Mężczyzna mówił, że uda jej się z tego wyjść, potrzebuje tylko sporo odpoczynku i stałej opieki medycznej.
                Wykorzystując, że nic się nie dzieje, a Gigant zaczął opowiadać coś Młodej przyłożyłam głowę do oparcia i zasnęłam. Nie mówiąc oczywiście o ludziach, najbardziej tęskniłam właśnie za wygodnym łóżkiem w Królowym Moście. Tęskniłam właściwie za wieloma rzeczami: budzeniem się na piętrze niedaleko moich przyjaciół, rozmowach z Nieznajomą i Miczi, pilnującymi ogrodzeń ludźmi i wieloma, wieloma innymi. Drzemkę przerwał mi strzał. Po nim nastąpił kolejny, ale szybko zorientowałam się, że są dosyć odległe.  Wszyscy siedzieli jak na szpilkach, rozglądając się niespokojnie.
- Co się dzieje? – zapytałam.
- Mijamy Ciechanów, ale przy jednym z domów coś się dzieje. Musimy to sprawdzić – wytłumaczył rzeczowo Yeti.
- Ten ktoś jest uzbrojony. Czy to bezpieczne? – zapytałam.
- Teraz nic nie jest bezpieczne – powiedział Medyk uśmiechając się ponuro.
                Wyciągnęłam pistolet i z niepokojem czekałam, aż Łysy zatrzyma auto. Gdy tylko zaparkował, ja, Gigant, Yeti, Najstarszy oraz nasz kierowca, wyskoczyliśmy na śnieg. Hałas dobiegał z jednorodzinnego domu, który znajdował się na skraju miasta. Widać było, że ten ktoś ma kłopoty, na podwórzu było widać parę zombie. Podbiegliśmy tam szybko. Robiło się powoli ciemno, chociaż bez problemu było widać wszystko bez światła latarek. Łysy przeskoczył niewysoki, drewniany płotek, lądując w krzakach, na których kiedyś musiały kwitnąć róże. Podążyliśmy za nim i wtedy Łysy zaczął strzelać do zombie. Jeżeli można go nazwać skutecznym, to o elemencie zaskoczenia, czy zwykłej ostrożności słyszał mało. Rozumiałam, że chcę ostrzec kogoś znajdującego się w środku o naszej obecności, ale to już była lekka przesada, kiedyś takie coś mogło go zgubić.
                Zombie z okolicy musiały nas słyszeć, więc czym prędzej przystąpiliśmy do ich eliminacji. Gigant zaczął swój taniec miecza, którym  balansował z ogromna gracją i skutecznością. Yeti również strzelał. Amunicji mieliśmy naprawdę dużo, więc ja również nie starałam się jej oszczędzać, zabijając kolejne zombie strzałami w głowę. Podwórko oczyściliśmy dosyć szybko, więc od razu ruszyliśmy do domu. Gigant wszedł ostatni, jego miecz nie był tak skuteczny w pomieszczeniach, gdzie nie mógł się nim porządnie zamachnąć. W środku było dosyć gorąco, więc tam również nie oszczędzaliśmy naboi. Dolne piętro oczyściliśmy równie szybko jak podwórze, ale zanim weszliśmy po drewnianych schodach na piętro poczekaliśmy chwilę.
                Strzały na górze ucichły, ale nie wiadomo, czy ocalałemu na górze skończyła się amunicja, czy po prostu dorwały go trupy. Czekaliśmy w napięciu, aż w końcu Łysy krzyknął.
- Hej tam na górze! Wszystko w porządku?
Przez chwilę nikt nie odpowiadał, więc zaczęliśmy się wspinać na górę, ale w końcu usłyszeliśmy męski głos.
- Tak, kim jesteście?
- Kimś kto uratował ci skórę. Nie potrzebujesz pomocy medycznej lub jakiejkolwiek innej? – zapytał Yeti.
- Właściwie to potrzebuje. Czy jeżeli zejdę to nic mi nie zrobicie? – zapytał.
Pytanie było strasznie naiwne, w końcu gdybyśmy chcieli to moglibyśmy poczekać, aż zombie go zabiją, lub po prostu sami tam wejść i go zastrzelić.
- Nie martw się. Gdybyśmy byli wrogo nastawieni to byś to odczuł – zapewnił go Yeti. Owłosiony, jak mityczne stworzenie, żołnierz sprawiał najmilsze wrażenie z całej trójki. Gdy tylko usłyszeliśmy, że ktoś schodzi opuściliśmy bronie, żeby go nie przestraszyć. Chłopak, który zszedł wyglądał na kogoś w moim wieku. Miał krótkie włosy, obcięte na dosyć normalny wzór. Jego twarz porastał delikatny zarost, a zza okularów spoglądały na nas piwne, bystre oczy. Był ubrany w wysokie, wygodne buty, czarne sztruksowe spodnie, czarną bluzę z kapturem i kamizelkę. W dłoni trzymał strzelbę, która nosiła ślady użytkowania. Dodatkowo kulał na prawą nogę.
 - Przydałoby mi się trochę amunicji i bandaży – przyznał podchodząc do Łysego. Nie widać było na jego twarzy strachu, a nie wyglądał specjalnie groźnie.
- Chodź z nami do naszego wozu, stoi kawałek dalej. Dostaniesz co chcesz – powiedział Łysy.
- Tak za darmo? Jest jakiś haczyk? – zapytał podejrzliwie.
- Nie ma żadnego haczyka. Powiedzmy, że jesteśmy organizacją, która pomaga innym. Rozumiesz? – zapytał uśmiechając się serdecznie Yeti.
- Powiedzmy – odpowiedział – Tak właściwie nazywam się Kapi, a przynajmniej tak mnie wołają.
                My też się mu przedstawiliśmy i zaprowadziliśmy do wozu. Usiadłam razem z nim, Gigantem i Yetim za naszym autem i czekaliśmy, aż Łysy przyniesie nieco zapasów, dla nowo poznanego ocalałego. W tym czasie Medyk wyszedł do nas i obejrzał nogę Kapiego. Miał on całkiem świeży, dobrze zawiązany bandaż, ale mimo tego Medyk oczyścił ranę i zabandażował na swój sposób.
- Widzę tutaj fachową rękę. Czyżbyś znał się nieco na leczeniu takich ran? – zapytał Medyk.
- Ach chciałbym. Całe szczęście pomógł mi jeden z mojej grupy – powiedział chłopak sycząc cicho, gdy rana była polewana wodą utlenioną.
- Nie jesteś tu sam? – zapytał z zaciekawieniem Yeti.
- Oczywiście, że nie. Moja grupa wysłała mnie na zwiad, kiedy podczas przeszukiwania tego domu – wskazał chatkę, z której go przed chwilą uratowaliśmy -  otoczyły mnie sztywniaki.
Roześmiałam się w duchu słysząc to zabawne określenie na trupy.
- Jak duża jest twoja grupa? Nie potrzebujecie jakichś zapasów? – zapytał Yeti.
- W sumie nie. Co prawda średnio sobie radzimy z jedzeniem, ale dajemy radę. Co do ilości to jest nas dziesięciu i nie mamy określonego celu podróży. Szukamy miejsca, które moglibyśmy obstawić i nazwać domem, bez durnych zasad, czy też niepotrzebnego niebezpieczeństwa. Obóz w jakiejś małej mieścinie czy wiosce – wytłumaczył Kapi, zasłaniając nogawkę przed zimnem i wstając – tak czy siak powinienem się już zbierać. Dziękuje wam za pomoc. Miło wiedzieć, że na świecie są jeszcze dobrzy ludzie.
Obóz w małej mieścince przypomniał mi o Królowym Moście. Szczerze życzyłam mu powodzenia, chociaż sama boleśnie wspominałam zdarzenia, które sprawiły, że znajdowałam się tutaj, gdy mogłabym siedzieć w domu Kiciusia za bezpiecznym ogrodzeniem. Zastanawiałam się przez chwilę, czy tak naprawdę dobrze robię jadąc do Torunia. Co jeśli reszta z Obozu przeżyła to wszystko i odbudowali to co zniszczyli ludzie z Supraśla i teraz tam mieszkają? Co prawda było to mało prawdopodobne, ale co jeśli jednak tak jest? Miałam nadzieję, że spotkam jeszcze kiedyś chociażby i Łapę. Miałam nadzieję, że dowiem się czy ktoś z moich przyjaciół przeżył, w taki czy inny sposób. Dopiero teraz pomyślałam, że mogę o coś spytać Kapiego.
- Nie widziałeś może innej grupy? Szukam paru osób, na czele, których powinien stać chłopak, rok starszy ode mnie, wysoki, ciemny blondyn, niebieskooki. Najprawdopodobniej jest z nim dwóch mężczyzn, ale coś mogło się pozmieniać.
- Hmm… niestety nikogo takiego nie widziałem, ale jak bym na niego wpadł to będę pamiętał, że jest przyjacielem moich przyjaciół – odpowiedział Kapi.
                Po chwili plandeka się odsunęła i wyszedł z niej Łysy niosąc worek z amunicją i bandażami oraz strzelbę Kapiego. Młodzieniec pożegnał się z nami i ruszył w głąb miasta, wciąż utykając lekko. My zabawiliśmy tu już wystarczająco długo, więc gdy tylko zniknął nam z oczu wsiedliśmy do auta i zaczęliśmy jechać dalej. Jechaliśmy do późnego wieczora, ale gdy znaleźliśmy całkiem przytulne wzgórze, zaparkowaliśmy tam auto i przespaliśmy się wszyscy. Oczywiście na straży zawsze stał Yeti, lub Medyk. Traktowali oni nas naprawdę dobrze i czułam się w ich wozie niesamowicie bezpiecznie. Nawet Młoda ich polubiła, chociaż wciąż czuła się nieco nieswojo.
                Z rana, od razu po śniadaniu, ruszyliśmy w dalszą drogę. Yeti poczuł się trochę gorzej, prawdopodobnie łapało go przeziębienie, więc leżał na jednym z czterech siedzeń. Kobieta czuła się coraz lepiej, chociaż widok jej ran wciąż przyprawiał mnie o ciarki. Całe szczęście Medyk znał się na swoim fachu i pomagał jej właściwie. Gdy ona przebudziła się parę godzin po naszym wyjeździe, porozmawiała nawet z nami chwilę.
- Gdzie ja jestem? – spytała po cichu. Widocznie nie pamiętała tego, że zaledwie dzień temu z nami rozmawiała. Wtedy miała wysoką gorączkę, więc w sumie było to całkiem normalne, że mogła czegoś nie pamiętać.
- W drodze do Torunia, całkiem niedaleko miasta Raciąż –odpowiedział spokojnie Medyk.
- Jestem zakładnikiem? Widziałam jak zabijaliście moich przyjaciół – powiedziała po cichu.
- Przyjaciół? Nie wiedziałem, że osoby, które chciały cię zabić były twoimi przyjaciółmi. Tak czy siak, nie. Nie jesteś zakładniczką. Chcemy ci pomóc – stwierdził Medyk.
- Racja. Chcieli mnie zabić. Teraz pamiętam. Spadłam ze zbocza, przeżyje? – zapytała.
- To już nam mówiłaś i zająłem się twoimi ranami. Powinny się zacząć goić – odpowiedział uprzejmie Medyk.
- Przepraszam za kłopot… -stęknęła, przesuwając się na bok.
- Nie przepraszaj. I nie ruszaj się za dużo. Rany się zaczęły goić, jak źle się położysz to znowu je otworzysz, a wtedy mogę mieć problem z uratowaniem cię – odpowiedział Medyk, podchodząc do kobiety i podając jej butelkę z wodą. Wypiła łapczywie parę łyków po czym spojrzała się na mnie i na resztę siedzących na pace. Musiała czuć się nieswojo w towarzystwie obcych ludzi, ale widocznie uznała, że nie stanowimy zagrożenia, bo po chwili położyła się i ponownie zasnęła.
                Jechaliśmy w całkowitej ciszy przez następne godziny, aż w końcu usłyszałam Łysego, który wołał Medyka na przody auta. Zaciekawiona również podeszłam do przodu i zobaczyłam, że na drodze do Raciąża podąża ocalały. Z racji iż grupa żołnierzy, z którą podążałam nie zostawiała nikogo w potrzebie to i w tym wypadku zatrzymaliśmy się. Była to otwarta droga, na środku pola, na horyzoncie widać było już zarysy miasta. Wysiedliśmy razem z Łysym i Gigantem żeby przywitać ocalałego. Mężczyzna zatrzymał się, gdy zajechaliśmy mu drogę i ostrożnie wymierzył pistoletem w naszą stronę. Był dosyć charakterystycznym człowiekiem. Miał ciemniejszą karnację skóry i kruczoczarne włosy oraz brodę. Był ubrany na czarno, a na plecach miał ogromny, górski plecak koloru zielonego. Na spodniach i butach widać było plamy błota, co oznaczało, że podróżował na piechotę od jakiegoś czasu.  Nie miał on kurtki, w sumie teraz stawała się coraz mniej potrzebna. Widać było różaniec, bardzo podobny do tego, który widzieliśmy w rękach człowieka z przyczepy, który wisiał swobodnie na jego szyi.
                Łysy przywitał go.
- Witaj przyjacielu, nie potrzebujesz czasem zapasów lub transportu? – zapytał, trzymając w ręce karabin.
- Witaj. Tak się składa, że nie pogardzę transportem, o ile jedziecie na zachód – odpowiedział bardzo sympatycznym tonem nieznajomy.
- Zależy jak daleko na zachód. Podróżujemy akurat do Torunia i tam możemy cię bez problemu podrzucić – odpowiedział Łysy.
- Świetnie się składa. Właśnie tam idę. Jestem Ojciec Józef i dziękuje z góry za pomoc – powiedział podchodząc bliżej nas. W jego głosie można było wyłapać obcy akcent, ale posługiwał się językiem bardzo dobrze.
- Ksiądz? – zapytał z zaciekawieniem Gigant.
- Egzorcysta – uściślił Józef uśmiechając się serdecznie.
                Tu mnie odrobinę zadziwiło. Nigdy nie widziałam egzorcysty i w sumie nie wierzyłam za bardzo w zdarzenia paranormalne i inne opętania. Teraz jeden z nich stał przede mną i czuć było od niego niesamowitą aurę. Ciężko to porównać z czymś konkretnym, ale od tego człowieka wręcz biła nadzieja.

- Tak więc witamy na pokładzie – powiedział Łysy zapraszając egzorcystę do środka auta.

sobota, 2 sierpnia 2014

Rozdział 13: Coś za coś

Rozdział 13, czwarty z perspektywy Bobra. Sporo akcji, mało czasu na odetchnięcie i spore zaskoczenie w końcówce - tego możecie się spodziewać w tym rozdziale. Rozwinę tu parę wątków, a niektóre coraz bardziej oddalą się od głównej fabuły. Po przeczytaniu proszę o komentarz i rozesłanie bloga znajomym.

------------------------------------------------------

Rozdział 13: Coś za coś


                Ruszyliśmy prawie natychmiast po tym jak usłyszeliśmy petardy. Zeszliśmy razem z Łowcą i zapakowaliśmy się do pojazdu. Czułem nieprzyjemne uczucie, czegoś na pograniczu strachu z przerażeniem. Mają kłopoty. Możliwe, że wpadli na innych i właśnie w tym momencie giną. Usiadłem na siedzeniu pasażera obok Łowcy, który przekręcił kluczyk w stacyjce i włączył ryczący silnik Potwora. Sołtys spojrzał na mnie pytająco, ale widocznie moja twarz mówiła sama za siebie, bo nie spytał o co chodzi. Zerknąłem do tyłu na Jakuba, który spał smacznie i zazdrościłem mu faktu, że nie ma już nic do stracenia, nie ma osób, o które musi się troszczyć. Ja byłem ich przywódcą i nawet jeżeli ktoś miał mnie zastąpić na jakiś czas to nic nie zmieni. Wciąż będę się bał i oddam wszystko, żeby im pomóc.
                Księżyc wisiał wysoko nad nami, oświetlając miasto i jego okolicę upiornym blaskiem. Po odbiciu się od śniegu sprawiał, że cała okolica mieniła się na żółto oraz czarno. Podczas wykręcania Potwora, który stał tyłem do miasta, zobaczyłem kolejne blaski petard. To co ich tam spotkało, musiało być czymś naprawdę niebezpiecznym skoro nawet Łapa zdecydowała się na narobienie hałasu. Czy to tylko zombie, które widzieliśmy z tira razem z Łowcą? A może inna grupa ocalałych? Łowca zakręcił ostro i już po chwili jechaliśmy w odpowiednim kierunku. Zjeżdżaliśmy z naprawdę dużą prędkością, z górki, w stronę miasta. Przeładowałem swój pistolet i poprawiłem łom u pasa, ubierając się powoli. Starałem się ochłonąć, ale nie było to łatwe.
                Wjechaliśmy pomiędzy budynki z dużą prędkością, ale widząc główna ulicę miasta zobaczyliśmy, że przejechanie tędy nie będzie łatwe. Wyglądała ona  trochę jak ta, którą mijałem dawno temu idąc w stronę sklepu z bronią na Lwowską. Było tu mnóstwo wraków, chociaż sama ulica była znacznie mniejsza, co sprawiło, że praktycznie nie mieliśmy jak tędy przejechać. Już tutaj zobaczyliśmy pierwsze trupy i gdy Potwór się zatrzymał w pełni zrozumiałem beznadziejność tej sytuacji. Musieliśmy przejść jakieś dwieście-trzysta metrów na piechotę i wrócić. Dodatkowo jedynym w pełni sprawnym człowiekiem w Potworze byłem ja, Łowca musiał tutaj zostać, żeby szybko nas stąd zabrać, a Sołtys był zwyczajnie za wolny, żeby szybko załatwić tą akcję. Łowca spojrzał na mnie, swoim jedynym okiem, dając mi do zrozumienia, że muszę iść sam.
                Wyszliśmy we dwójkę i zobaczyłem jak mężczyzna wspina się na górę Potwora ze snajperką i rozgląda się. Po chwili dał mi znak, że mogę iść i pokazał, która uliczka doprowadzi mnie do celu. Śnieg skrzypiał pod moimi nogami, gdy biegłem sprintem w wskazaną stronę. Nie atakowałem pojedynczych zombie, które mijałem. Nie było na to zwyczajnie czasu. Skręciłem w uliczkę, która była całkowicie pusta i z narastającymi obawami nasłuchiwałem dźwięków zombie, znajdujących się na ulicy, na którą biegłem. Słyszałem ich naprawdę mnóstwo. Towarzyszyły temu też wystrzały ze strzelby. Nie byłem pewien czy to ktoś z naszych czy nie. Adrenalina narastała z każdym krokiem w kierunku nieznanego zagrożenia.
                Wybiegłem z uliczki na całkiem sporą ulicę, która była otoczona budynkami z każdej strony i skręcała na południe, gdzie widzieliśmy z Łowcą mnóstwo zombie. Zdążyły one już całkowicie zanieczyścić to miejsce, a było ich naprawdę dużo. Widziałem jak dziesiątki z nich obijają się o drzwi jednego z budynków, który z daleka wyglądał na sklep z tanią odzieżą. Drugie tyle trupów szwendało się po ulicy idąc w moją stronę. Kompletnie nie wiedziałem co robić. Nagle usłyszałem huk i zobaczyłem, że z jednego budynku, naprzeciwko sklepu z odzieżą, wypada petarda. Budynek był niskim, trzypiętrowym, blokiem mieszkalnym, a sama petarda wyleciała z drugiego piętra. Czyli tam był ktoś z naszych. Pod budynkiem znajdowało się parę trupów, ale nie było tam aż tak niebezpiecznie jak na pozostałej części ulicy.
                Pobiegłem w tą stronę, ale szybko zauważyłem, że nie będzie to takie proste. Zombie było coraz więcej i musiałem powoli zacząć je zabijać, inaczej sam zostanę odcięty od możliwości ucieczki i zginę. Pierwsze dwa trupy nie sprawiły mi problemu, były wolne, a moje uderzenia były celne i potężne. Trzeci sprawił mi problem, gdyż zaszedł mnie od prawego boku, przez co musiałem zmienić szybko pistolet, który trzymałem w lewej z łomem, który dzierżyłem w prawicy, co kosztowało mnie parę cennych sekund i sprawiło, że uderzenie nie było na tyle mocne, żeby przebić się przez czaszkę trupa. Odepchnęło go jednak na tyle, żebym mógł odzyskać równowagę i uderzyć go kolejne dwa razy, tym samym dostając się do mózgu i zabijając zombie.
                Miedzy mną, a blokiem, z którego raz po razie wylatywały petardy zauważyłem około dziesięciu trupów. Przy samym wejściu było ich także parę, więc musiałem mocno uważać. Kolejne dwa trupy szły do mnie z dwóch przeciwnych stron. Skróciłem dystans do tego po lewej skokiem, po czym nadziałem go na łom. Gdy trup upadł, wyciągnąłem moją broń i wbiłem pod odpowiednim kątem w gardło, żeby dotrzeć w ten sposób do mózgu. Udało mi się. Zombie znieruchomiał, ale nie miałem czasu go podziwiać bo od tyłu zachodził mnie kolejny przeciwnik. Tym razem zamiast od razu atakować okolicę jego mózgu, skupiłem się na nogach. Kopnąłem go z całej siły w kolano i z satysfakcją usłyszałem symfonię trzasku kości i obserwowałem jak zombie przechyla się do tyłu i jak wspierany całym ciężarem na połamanej nodze upada i już nie wstaje, chociaż dalej wierzga starając się dopaść mnie za wszelką cenę. Machał ręką i warczał, ale ja nie miałem czasu go dobić, więc odwróciłem się, aby oczyścić wejście do bloku.
                Niestety moja walka przyciągała kolejne trupy i zadanie przez to było jeszcze trudniejsze. Wejście do bloku było prawie całkowicie zablokowane, a do mnie szło ich jeszcze więcej. Oceniłem na szybko wszystkie możliwe wyjścia i dalej nie miałem pojęcia jak dostanę się do środka bloku. Było naprawdę ciemno i chwila nieuwagi mogła mnie kosztować życie. Nagle wpadłem na genialny pomysł. Z okna wyleciała kolejna petarda, która na chwilę oświetliła mi uliczkę. Wtedy znalazłem przejście na tyły bloku. Tak jak myślałem, było tam znacznie spokojniej. Kręciło się tu zaledwie pięć trupów. Starając się przekraść jak najciszej przeskoczyłem przez płot do ogródków otaczających balkony w mieszkaniach na parterze. Poczułem strach, gdyby zombie otoczyły blok także z tej strony to nie będzie już żadnej drogi ucieczki. Dlatego najciszej jak potrafiłem podszedłem do jednego z balkonów na parterze i podskakując podciągnąłem się na barierce. Byłem w bloku.
                Obejrzałem się do tyłu i zobaczyłem, że zombie mnie nie wyczuły. Chyba wszystkie podążały do petard, które raz za razem wybuchały z przodu budynku. Zastanawiało mnie czemu Łapa marnuje ich, aż tyle, przecież słyszałem je już od jakiegoś czasu. Chyba nie myślała, że ją zostawię tutaj razem z przyjacielem i Nieznajomą. Drzwi od balkonu oczywiście były zamknięte, więc musiałem narobić trochę hałasu zbijając szybę obok i otwierając je, a nawet wtedy miałem sporo problemów, ponieważ klamka chodziła tak ciężko, że ledwo nią mogłem poruszać. Całe szczęście po chwili udało mi się sforsować tą przeszkodę i wszedłem do mrocznego mieszkania. Nie miałem żadnego źródła światła, więc miałem nadzieję, że zombie nie ma w budynku. Parę razy wpadłem na meble, zanim w końcu znalazłem drzwi wyjściowe z mieszkania. Tam przekonałem się, że budynek nie jest jednak czysty.
                Zombie zaszarżował na mnie chwilę po opuszczeniu lokum. Nie spodziewałem się tego kompletnie, więc szybko zostałem zepchnięty na ścianę. Uderzenie plecami nie było najprzyjemniejsze i co gorsza zamroczyło mnie na chwilę, ale szybko się ocknąłem i złapałem oburącz głowę zombie, którego dzieliło parę centymetrów od ugryzienia mnie. Nagle usłyszałem hałas i zobaczyłem na górze schodów światło. Ktoś tu szedł. Z całych sił starałem się odepchnąć trupa, ale nie dawałem rady, był coraz bliżej z każdą sekundą. Cuchnął straszliwe, a jego twarz lepiła się od krwi.  Czułem jak moje ręce powoli wysiadają, kiedy ktoś zaczął świecić na mnie i trupa. Wtedy wszystko przyspieszyło. Ja puściłem głowę trupa, który otworzył mordę, żeby mnie ugryźć, ale nie zdążył bo ktoś odciągnął go do tyłu. Ciężko mi było zobaczyć kto bo światło świeciło mi po oczach, ale liczyłem, że za chwilę zobaczę Łapę, Cinka oraz Nieznajomą.
                Przeliczyłem się. Ktoś przystawił mi lufę do skroni i odezwał się nieprzyjemnym, ochrypłym głosem.
- To chyba przyjaciel naszych ptaszków.
Teraz widziałem dokładnie. Stał przy mnie mężczyzna, z paskudną blizną biegnącą od prawie łysej głowy, przez małe oczka, orli nos i wąskie usta, aż do owłosionej, wysuniętej szczęki. Był całkiem rosły. Latarkę trzymała kobieta, ale z pewnością nie była to Łapa. Miała blond włosy i ubrana była w dresowe spodnie i bluzę. W drugiej ręce trzymała kij, a na klatce piersiowej, pomiędzy piersiami przewinięta była paskiem, który utrzymywał kaburę, w której z kolei był pistolet. Mężczyzna podniósł mnie i wykręcając rękę poprowadził na górę.
                Czułem bardziej zażenowanie niż strach. Jak mogłem się dać tak złapać. Jakim cudem mieli oni petardy, które dałem Łapie? Gdzie byli moi przyjaciele? Pytania przelatywały przez moją głowę, choć wiedziałem, że raczej niczego się nie dowiem. Byłem w beznadziejnej sytuacji. Mężczyzna pociągnął mnie dwa piętra wyżej, gdzie jedne drzwi stały otworem. Wprowadził mnie do mieszkania, po czym wszedł do jednego z pokoi i rzucił mnie brutalnie na podłogę. Usłyszałem trzask zamykanych drzwi po czym zauważyłem, że w pokoju są jeszcze dwie osoby. Dwóch chłopaków w moim wieku. Obaj wyglądali podobnie, byli łysi i mieli w rękach bronie palne. Wysocy i całkiem dobrze zbudowani, musieli być przed apokalipsą zwykłymi „dresami”. Serce podeszło mi do gardła, kiedy zobaczyłem jednego z nich w świetle latarki. Znałem go. To był jeden z ludzi Alexa, którzy uciekli z polanki, dawno temu, kiedy odbijałem Królowy Most z rąk mojego wroga.
                Co prawda wyglądałem teraz zupełnie inaczej, ale wiedziałem, że jeżeli mnie pozna będę skończony. Jakim cudem on znalazł się tutaj? Byłem praktycznie pewien, że po ucieczce z polany, przeżył parę dni i zginął gdzieś zagryziony przez zombie. Jednak dotarł, aż tutaj z trójką innych ludzi. Blondynka poświeciła na mnie, a ten z blizną kucnął obok i spojrzał mi w oczy.
- To twoi przyjaciele są teraz w sklepie po drugiej stronie prawda? – zapytał.
- Czego ode mnie chcecie? – odpowiedziałem pytaniem na pytanie.
- Małej pomocy – uśmiechnął się paskudnie – Te dwie kurwy, które tam teraz są zabiły jednego z naszych ludzi. Miały szczęście, bo koleś i tak już zdychał od choroby, ale liczy się fakt.
Przerwał na chwilę rozmowę, żeby zobaczyć, jak człowiek Alexa wyrzuca przez okno kolejną podpaloną petardę.
- Moja propozycja jest prosta, chcesz opuścić to miasto z przyjaciółmi? Oddasz nam pojazd, którym tu przybyliście – powiedział człowiek z blizną.
- Nie możecie sobie wziąć, któregoś z stojących na ulicy? Jestem pewien, że połowa z nich działa. Zresztą skąd pomysł, że jesteśmy w posiadaniu jakiegoś auta? – zapytałem.
- To proste. Tamci w sklepie przeszukiwali to miasto, a nie robili by tego, gdybyście byli stąd. Czyli, że przyszliście z innego miejsca. W taką pogodę, nie ma kurwa szans, żeby czteroosobowa grupa po prostu sobie podróżowała z buta. Poza tym jesteś prawie nie uzbrojony, więc musisz gdzieś chować swoje zapasy – wydedukował – Jeżeli chcesz szybko wrócić do przyjaciół radzę ci szybko pokazać, gdzie jest wasz pojazd inaczej… - kontynuował.
- Zabijesz mnie i moich przyjaciół – dokończyłem.
- Pierdol się. Nie oceniaj ludzi swoją miarką – odezwała się blondyna.
- Uspokój się – uciszył ją człowiek z blizną – Nic wam się nie stanie. Nie jesteśmy takimi jebanymi dzikusami jak wy. Gdy twoi ludzie nas zobaczyli, nawet nie starali się rozmawiać. Po prostu zaczęli strzelać.
                Zrobiło mi się głupio. Jakimś cudem moja grupa wypadała na jeszcze większych bandytów, niż ta czwórka. Musiałem działać. Czy jeżeli zaprowadzę ich do Potwora to zaskoczę ich i zdołam przegonić? Tak czy siak nie obędzie się bez trupów. Dalej miałem w kieszeni pistolet, nie przeszukali mnie jeszcze, co było sporym plusem.  Musiałem zaryzykować.
- Jeżeli się zgodzę, to pomożecie moim ludziom z sklepu z odzieżą? – zapytałem.
- Czy ja wyglądam na niańkę? Zaprowadzisz nas do swojego samochodu, wywalisz co ci będzie potrzebne, odjedziemy i sobie po nich wrócisz. Nie jesteśmy, aż tacy, zapasy są wasze, my mamy swoje i nie potrzebujemy więcej – odpowiedział człowiek z blizną – Cieszę się, że dobiliśmy targu. Swoją drogą jestem Krzysztof – to mówiąc wyciągnął do mnie rękę.
- Mariusz – powiedziałem podając mu swoją i uciskając. Nie mogłem podać swojego pierwszego imienia, ani ksywki, były zbyt charakterystyczne, a wtedy człowiek Alexa rozpoznałby mnie w sekundę.
- Widzisz Mariusz? Idzie się dogadać w tych czasach. Ta blondynka, która świeci ci po oczach to Justyna, a ta dwójka to Artur i Kazik – wskazał resztę swoich towarzyszy -  To co wyruszamy? Twoi ludzie długo już nie pociągną w tym sklepiku więc czas nas goni.
                Wstałem powoli i razem z czwórką bandytów opuściłem mieszkanie. Zeszliśmy po klatce schodowej, zabijając jednego trupa, który tutaj wszedł i zeskoczyliśmy tym samym balkonem, którym tutaj wszedłem. Człowiek z blizną pilnował mnie idąc ze mną ramię w ramię i trzymając ciągle rękę na spuście pistoletu. O ile tyły bloku były opustoszałe to ulica z przodu bloku była istnym piekłem. Zebrało się tam teraz mnóstwo zombie. Ominęliśmy ją zmierzając w stronę Potwora. W głowie układałem plan jak to wszystko rozegrać. Krzysztof nie wiedział, że w aucie, które tak naprawdę było tirem znajduje się trzech moich kompanów. Prawdopodobnie jak zobaczą, że prowadzą mnie obcy ludzie z bronią zaczną strzelać, więc będę musiał być naprawdę ostrożny. Jeżeli Łowca będzie dalej leżał na dachu to zauważy nas dosyć szybko. Z tego co zdążyłem zauważyć podczas akcji przy helikopterze, to może oddawać strzały raz na około pięć sekund. Czy to się uda?
                Weszliśmy w piątkę na ulicę, na której końcu widziałem Potwora. Szwendało się tu teraz o wiele więcej trupów.  Nie wiedziałem czego dokładnie się teraz spodziewać, ale poinformowałem o tym resztę.
- Widzicie tego tira na końcu tej ulicy? – zapytałem.
- Ciężko nie zauważyć – skwitował Krzysztof.
- To jest nasz środek transportu – odpowiedziałem krótko.
Przywódca bandytów otworzył szeroko oczy ze zdumienia.
- To… to robi wrażenie. Na pewno pomoże nam w przetrwaniu. Wszystko opiera się na zaufaniu. Czy powinniśmy wiedzieć coś jeszcze zanim przedrzemy się przez trupy i tam wejdziemy? – zapytał.
- Tak. Jest tam jeszcze jedna osoba, starzec, którego spotkaliśmy przed miastem. Jest w kiepskim stanie, więc przydałaby mi się pomoc w wyniesieniu go – powiedziałem, nie wspominając wciąż o Sołtysie Adamie oraz Łowcy.
- Nie ma problemu. Zadziwia mnie twoja szczerość Mariusz. Widać, że troszczysz się o swoich ludzi i wolisz uniknąć rozlewu krwi – powiedział człowiek z blizną.
                Szliśmy zwartą grupą samym środkiem ulicy. Spodziewałem się strzału ze strony Łowcy, więc miałem rękę na pistolecie, ale nic się nie działo. Czyżby poszedł mnie szukać i minął się z nami? Grupa bandytów zabijała każdego zombie, który do nas podchodził. Kiedy byliśmy na środku ulicy usłyszałem otwierane drzwi ładowni. Serce stanęło mi z przerażenia. Czyżby to Sołtys? Jeżeli zauważyli mnie wcześniej powinni się gdzieś schować, albo zaatakować, a nie po prostu się pokazywać wrogom. Moi towarzysze przystanęli i zaczęli mierzyć w stronę Potwora z broni. Zobaczyłem postać idącą w tą stronę. Zbliżała się coraz bardziej, unikając na tyle na ile to możliwe zombie. Chciałbym zobaczyć mój wyraz twarzy, kiedy zobaczyłem idącego w naszą stronę Jakuba. Starzec pomimo wypadku motocyklowego szedł do nas szybkim i żywym krokiem. Nie miał w rękach żadnej broni.
                Podszedł do mnie i do reszty i przywitał się.
- Witam, co tu się wyrabia? – zapytał z rozbawieniem na twarzy. Nie wiedziałem za bardzo czy trawi go gorączka, czy nie rozumie powagi sytuacji.
- Mariusz, to ten starzec , o którym nam opowiadałeś? Co on tutaj robi?  Podobno źle się czuł – powiedział z zdenerwowaniem w głosie Krzysztof. I wtedy się zaczęło. Jakub doskoczył do nas w pół sekundy i powalił mnie na ziemię równocześnie wyjmując dziwne narzędzie z rękawa i wbijając je w nogę Artura, który po chwili upadł krzycząc z bólu. Następnie uderzyła nas fala światła i cała trójka, która była jeszcze na nogach zasłoniła oczy przed światłami Potwora, które świeciły niczym dwa potężne reflektory. Dosłownie parę sekund później padł strzał i zobaczyłem jak Justyna upada z ogromną dziurą w miejscu gdzie powinna być górna część jej twarzy. Jakub podniósł się wtedy i zobaczyłem parę nożyc, dosyć sporego rozmiaru, którymi zawirował w ręce i po chwili odciął nimi rękę Krzysztofa. Kazik, zaczął uciekać, ale usłyszałem kolejny strzał i zobaczyłem jak upada z otworem w plecach, przez który można by przerzucić butelkę wody.
                Byłem tak zszokowany szybkością i gwałtownością wydarzeń, że tylko leżałem i się patrzyłem, ale teraz ocknąłem się i wyciągnąłem z kieszeni pistolet. Wymierzyłem nim w leżącego Krzysztofa obserwując jeszcze, jak Jakub ciągnie Artura na bok, gdzie znajdował się jeden z zombie. Gdy tylko Jakub się odsunął trup skoczył na Artura i wgryzł się w jego bark. Jego krzyki rozeszły się po całej okolicy. Ja spojrzałem w oczy Krzysztofa, które były przepełnione mieszanką strachu i nienawiści.
- Ty skurwielu. Okłamałeś mnie – wysyczał do mnie człowiek z blizną.
- W tych czasach nie możesz ufać nikomu – powiedziałem, po czym strzeliłem mu w głowę. Opadłem na kolana i przetarłem drżącymi rękoma twarz. To co tu się stało to była istna masakra, ale to jeszcze nie koniec. Spojrzałem na Jakuba i przez głowę przeszło mi mnóstwo pytań. Kim on był? Walczył jak diabeł wcielony pomimo tego, że wyglądał jakby jedną noga stał już w grobie.  Pomógł mi wstać i razem wróciliśmy do Potwora.
- To było… imponujące – powiedziałem.
- W swoim długim życiu nauczyłem się tego i tamtego – powiedział rechocząc jak rasowy kryminalista.
Wszedłem do Potwora, gdzie na stanowisku kierowcy siedział Sołtys, który właśnie gasił światła. Po chwili zszedł do nas Łowca. Zasypali mnie wodospadem pytań, więc jak najszybciej streściłem im co musimy zrobić i powiedziałem, że znowu ruszam na tamtą ulicę. Jakub zaoferował mi swoją pomoc. Gdybym nie widział co zrobił przed chwilą z tamtymi ludźmi to bym go wyśmiał, ale teraz cieszyłem się z dużej pomocy. Łowca usiadł na siedzeniu kierowcy i przejechał do przodu, obijając o kolce i blach paręnaście zombie i sprawiając, że droga stąd na ulicę z sklepem odzieżowym była znacznie krótsza i mniej niebezpieczna. Kiedy zaparkował spojrzał na mnie.
- Bobru tym razem nie sprowadź nikogo nowego, bo nie wiem czy drugi raz wyjdzie nam taki numer. Poza tym śpieszcie się do cholery, te petardy i strzały słychać było z paru kilometrów, musimy stąd jak najszybciej odjechać – powiedział poważnie.
- Postaram się – odpowiedziałem wyskakując z ładowni razem z Jakubem.  Gdy szliśmy przez boczną uliczkę spojrzał na mnie.
- Dziękuje za pomoc na ulicy. Gdyby nie wy to bym był truposzem jak nic – powiedział.
- Boję się pomyśleć, kto cię tak urządził, skoro tamta czwórka nie była dla ciebie wyzwaniem – odpowiedziałem.
- Jeżeli przeżyjemy to miasto to ci opowiem. Zresztą cholera nie jestem taki silny, ręce mnie bolą – stwierdził masując się po ramieniu.
                Wkroczyliśmy jeszcze raz na ulicę ze sklepem odzieżowym i gdy zobaczyliśmy ile jest tam trupów to Jakub skwitował to krótkim aczkolwiek treściwym ”Ja pierdolę”. Miałem jednak pewien plan. Idąc wzdłuż budynków unikaliśmy zombie, które były skupione na bloku mieszkalnym oraz sklepie i dzięki temu dotarliśmy prawie pod sam cel naszej wyprawy. Wtedy skręciliśmy w tylną uliczkę i zobaczyliśmy około dziesięciu trupów, kontener na śmieci i zablokowane przez niego drzwi na tyły sklepu. Takie budynki zawsze miały tylne wejścia, którymi dostawcy podawali skrzynie z ubraniami. To była nasza szansa. Dałem znak Jakubowi i rozpoczęliśmy atak. Pierwszy z trupów padł w chwilę po tym jak Jakub wbił mu nożyce prosto w głowę, po czym wyciągnął je uwalniając strumień krwi. Ja zabiłem drugiego trochę mnie spektakularnie, ponieważ przycisnąłem go do ściany sklepu łomem w okolicach szyi i nacisnąłem z całej siły sprawiając, że oczy pod ciśnieniem wyleciały z głowy trupa po czym wbiłem łapkę łomu w oczodół i przekręciłem niszcząc mózg.
                 Kiedy się odwróciłem zobaczyłem, że Jakub w tym czasie poradził sobie z kolejnymi trzema i zabierał się za czwartego. Znał się na zabijaniu zombie i był całkiem precyzyjny bo każdy jego atak trafiał, albo w gardło, albo w głowę, co zawsze kończyło się śmiercią trupa. Podbiegłem do kontenera, przy którym były trzy kolejne trupy i szybkimi uderzeniami łomu wyeliminowałem kolejne dwa i gdy zabierałem się za trzeciego poczułem jak coś ciągnie mnie za nogę. Był to zombie. Straciłem równowagę, ale całe szczęście w pobliżu był Jakub, który jak zauważył to co się stało szybko podbiegł do trupa i zakończył jego przeklęty żywot.
                Gdy ostatni z wrogów padł, podeszliśmy do kontenera i zaczęliśmy się z nim mocować. Usłyszałem dźwięk pękającej szyby. Czyżby zombie wdarły się do sklepu? Wyprężyłem się i naciskając z Jakubem na kontener zacząłem go przesuwać. Był ciężki jakby w środku były kamienie lub ciała. Wolałem jednak tego nie sprawdzać. Gdy zrobiło się trochę miejsca od razu skoczyłem na drzwi próbując je otworzyć. Czasu było coraz mniej, teraz byłem pewien, że zombie weszły do sklepu z odzieżą. Nie mogąc pokonać zamka wyciągnąłem pistolet i pewnym strzałem, z głośnym trzaskiem, utorowałem sobie wejście.
                W sklepie było bardzo ciemno, mimo tego słyszałem dokładnie, gdzie coś się dzieje. Ruszyłem biegiem z Jakubem w stronę hałasu i zobaczyłem nagle drzwi przesunięte deską, która blokowała drogę do właściwej części sklepu. Podważyłem ją i odrzuciłem na bok otwierając na oścież drzwi. Zobaczyłem piekło. W pomieszczeniu było już mnóstwo trupów, a tuż obok nas stał przyparty do ściany Cinek. Obok niego klęczała Łapa. Trzymała kogoś w rękach. Oczy zaszły mi łzami, kiedy zobaczyłem, że w rękach Łapy spoczywa Nieznajoma. Na jej szyi widniało paskudnie głębokie ugryzienie i całą bluzę miała we krwi. Była nie do uratowania, spóźniłem się.  O ile dało się odciąć zarazę ucinając Cinkowi rękę, to wycięcie takiego kawałka ciała z szyi było nierealne. Stanąłem jak wryty. Jakub jednak myślał trzeźwo. Zauważył, że między ladami stoi kosz z ubraniami, a lada chwila miały tędy przejść zombie. Ruszył do przodu i zaczął pchać kosz, żeby zablokować wejście.
                Kosz sięgał mi wysokością do pasa i był bardzo ciężki, więc starając się wziąć w garść pomogłem mu. Po chwili droga między ladami była zablokowana i dała nam chwilę do działania. Od razu gdy do Cinka dotarło, że to ja wszedłem do pomieszczenia podbiegł do mnie i uścisnął serdecznie.
- Kurwa miałeś rację. Nie chcę już chodzić na te wyprawy – powiedział żartobliwie spoglądając na Jakuba – A to kto brat Sołtysa?
- To jest Jakub. Później ci powiem więcej, musimy stąd uciekać. Łapo! – zawołałem.
Łapa dalej trzymała konającą Nieznajomą, jednak gdy usłyszała mój głos to odwróciła się i wskazała na ciało przyjaciółki, jakbym go nie widział, albo nie zdawał sobie sprawy, że ona umiera. Kazałem Jakubowi i Cinkowi kierować się do wyjścia, a sam podbiegłem do Łapy. Zombie naciskały na naszą barykadę coraz mocniej i lada chwila przebiją się i skończymy jako ich pożywienie. Musiałem się spieszyć. Podszedłem do ciemnowłosej dziewczyny.
- Musimy stąd uciekać. Proszę cię, ona zaraz się przemieni, nie chciałaby żebyśmy narażali się z jej powodu – próbowałem wyperswadować.
- Nie mogę jej tu zostawić… Zombie ją dorwał, to była chwila. Czemu tak się stało… Po drugiej stronie ulicy są ocalali. Oni i tak nas zabiją, to przez nich… - mamrotała. Widziałem, że jest na skraju wyczerpania zarówno fizycznego jak i psychicznego.
- Zabiłem ich. Razem z Łowcą i Jakubem – powiedziałem zgodnie z prawdą.
- Kim… kim jest Jakub? – zapytała widocznie nie wytrzymując już trzymania Nieznajomej, która łapała ostatnie oddechy przed dołączeniem do legionu żywych trupów. Pomogłem Łapie wstać, zarzucając sobie jej rękę o szyję. Ledwo trzymała się na nogach. Już miałem opuszczać pomieszczenie, ponieważ pierwszy zombie wspinał się przez kosz z ubraniami w naszą stronę, kiedy obróciłem się i spojrzałem na Nieznajomą.
                Była kimś ważnym. Spojrzała na mnie gasnącym z każdą sekundą wzrokiem i uśmiechnęła się słabo. Następnie zamknęła oczy. Umarła. Poczułem ogromny smutek, który mieszał się ze zmęczeniem sprawiając, że byłem w stanie ledwo lepszym od Łapy. Wymierzyłem pistoletem w stronę martwej sojuszniczki i strzeliłem. Nie chciałem, żeby wróciła jako jeden z zombie. Z racji iż pierwszy trup dostał się za ladę wybiegłem z Łapą z budynku. Przy kontenerze na śmieci czekał na nas Cinek i Jakub. Następnie wszystko działo się szybko. Biegliśmy przez ulicę omijając zombie w blasku wschodzącego powoli słońca. Gdy dotarliśmy do Potwora Łowca i Sołtys nie pytali nawet o Nieznajomą. Wiedzieli, że coś się stało. Wyczytali to z naszych twarzy. Dopiero teraz zauważyłem, że Cinek i Łapa mieli plecaki i przynieśli w nich trochę zapasów. Nie miałem jednak siły patrzeć jak je rozładowują. Opadłem na jedno z łóżek i momentalnie zasnąłem.