niedziela, 2 kwietnia 2017

Rozdział 18: Dla dobra ogółu

Rozdział 18, kolejny z perspektywy Zuzy. Jest to bardzo długi rozdział, który może i sam w sobie nie jest bardzo istotny fabularnie (chociaż pod koniec pojawi się coś bardzo ważnego), ale i tak myślę, że jest ciekawym opisanie przygody. No i dochodzę powoli do swojego limitu rozdziałowego, ale postaram się naprawdę przyspieszyć pracę. Z nożem na gardle zawsze lepiej się pracuje ;) Zapraszam do czytania oraz komentowania po przeczytaniu i jakbyśmy nie usłyszeli się za pięć dni to sprawdzajcie fanpage: https://www.facebook.com/MrBobru (znajdziecie tam na pewno potrzebne informacje)

POV:
Zuza - Rozdział 18 - Dzień 6-7
Bobru - Dzień 6-7 - Jest w drodze do Płońska
Irek - Dzień 6-7 - Jest w Toruniu

------------------------------------------------------

Rozdział 18: Dla dobra ogółu (ZUZA)


                - Stan ciężki. Pomimo zatamowania krwawienia, nie odzyskuje przytomności. Kula mogła uszkodzić mózg. Jeżeli tak to już z tego nie wyjdzie. Potrzebuje lepszej aparatury. Odłamki kuli mogły ukryć się gdzieś głębiej. To cud, że ona w ogóle żyje – powiedziałam wycierając ręce w szmatkę podaną przez Józefa. Gdy rozmawiałam o medycynie stawałam się prawie taką gadułą jak Mpd.
- Ta dwójka uciekła. Nic na to nie poradzimy, przynajmniej na razie – westchnął Józef.
- Co teraz? Będzie tak po prostu leżała? – zapytała Młoda. Jej twarz, z typowej dla niej bladości, przeszła w głęboką czerwień. Oczy miała mokre od łez. Ale głos jej nie drżał. Pomimo oczywistej beznadziejności sytuacji ta starała się pokazać, że nie poddaje się. Podobnie jak leżąca na ziemi siostra.
- Musimy zdobyć parę potrzebnych rzeczy. Przeszukać miasto, zdobyć narzędzia, jakiś środek znieczulający, leki… - włączył się Medyk, który odpalił papierosa. Na jego twarzy widać było zmęczenie. Przez ostatnią godzinę walczyliśmy o utrzymanie Łapy przy życiu. Dodatkowo Medyk został postrzelony. Rana była jednak powierzchowna i zdążył już sam sobie ją opatrzeć.
- Mogę pomóc – wtrącił tajemniczy nieznajomy, który uratował nas, bezinteresownie atakując tutejszych chłopaków.
- Ja też – odezwał się Emil.
- Ty… Ty… - Młoda spojrzała na niego nienawistnie. Widać było, że kipi z niej czysta odraza do przywódcy tubylców.
- Daj spokój Młoda. Gdyby nie on, wszyscy moglibyśmy leżeć już martwi. Kupił nam wiele czasu i przeciwstawił się swoim ludziom. Wybrał nas, nie widzę powodu, żeby mu nie ufać.
- Nie wiem co w nich wstąpiło. Nie byliśmy takimi ludźmi… A przynajmniej tak mi się wydawało – powiedział poprawiają okulary na nosie – Pomogę wam. Chociaż tyle mogę zrobić.
                Westchnęłam ciężko. Mijając Mpd podeszłam do miejsca, w którym spaliśmy i sprawdziłam jak czuje się Sara. Ta przespała całą sytuację i chociaż zamieszania i krzyków było sporo, to wciąż spała. Paradoksalnie jej rana też była niebezpieczna i jej stan nie był do końca stabilny. Łapa wcale nie była jedyną poszkodowaną, która teraz znajdowała się w budynku. Obie jednak wciąż oddychały i miałam nadzieję uratować je obie. Gdy zmieniałam okład na nowy podszedł do mnie tajemniczy nieznajomy.
- Chyba jeszcze się nie poznaliśmy – powiedział. Jego głos był głęboki i kojący. Byłam pewna, że gdyby był lektorem to uwielbiałabym słuchać rzeczy czytanych przez niego – Marcin.
- Zuza – podałam mu dłoń, którą zdecydowanie, ale nie za mocno, uścisnął.
- Nie wiem czy wiesz, ale w okolicy jest szpital. Zauważyłem go gdy kręciłem się po okolicy. Myślę, że tam warto będzie uderzyć – zaproponował.
- Mogę zapytać dlaczego nam pomagasz? – przerwałam mu, zbyt ciekawa tego, żeby pominąć taką informację.
- Wierzę w dobro na tym świecie. Wkradłem się tutaj, żeby zobaczyć kto tu urzęduje i gdy zobaczyłem jak tamten chłopak celował do bezbronnego człowieka, a reszta z was stała tak ze strachem widocznym z daleka, postanowiłem zainterweniować – wytłumaczył – I widzę, że nie myliłem się. Przynajmniej co do was… - te ostatnie słowa dodał pod nosem. Czułam, że nie były skierowane do mnie.
- Spore ryzyko. Jesteśmy wdzięczni, ale wciąż nie wiem czy bym tak zrobiła – powiedziałam.
- Widzisz w takich czasach trzeba w coś wierzyć. Ty też na pewno w coś wierzysz. Masz jakiegoś anioła stróża, który czuwa nad tobą i mówi ci co jest słuszne, a co nie – podrapał się po brodzie.
- Może. Teraz jednak musimy iść. Anioł Stróż Łapy chyba przyspał, bo jest umierająca – ucięłam temat.
                Marcin stał jeszcze chwilę przy mnie po czym ruszył w stronę wyjścia. Miałam nadzieję, że po prostu chce poczekać na mnie na zewnątrz, a nie, że rusza w swoją stronę. Gdy wzięłam potrzebne rzeczy i przepakowałam mój plecak, tak żeby było w nim więcej miejsca na lekarstwa, zaczęłam szukać Emila. Ten był już gotowy. Miał na plecach coś przypominającego połączenie plecaka i torby turystycznej. Wspólnie poszliśmy w kierunku wyjścia, gdzie parę minut temu zniknął Marcin.
                Gdy wyszliśmy na zewnątrz zauważyliśmy mężczyznę stojącego przy tylnej furtce.
- Gotowi? – zapytał. Pokiwaliśmy głowami. Otworzyliśmy ostrożnie tylne wyjście i po kolei zaczęliśmy schodzić w dół zboczem wzgórza.
- Idziemy na piechotę? – zapytał Emil.
- To dosyć niedaleko – zauważyłam.
- Tak, ale nie przydałoby się wziąć naprawdę sporo tych wszystkich leków? Jak już tam i tak idziemy, moglibyśmy zapakować trochę więcej tego wszystkiego – powiedział okularnik.
- Pomysł nie głupi – stwierdził Marcin – Zobaczymy czy znajdziemy jakiś pojazd przed szpitalem. Ważne, żeby wziąć te najważniejsze rzeczy. Reszta to tylko opcjonalna sprawa.
                Zeszliśmy kamienny schodkami, omijając miejsca, w których mogły być pułapki. Nie byłam pewna, czy koledzy Emila czegoś nie założyli bez naszej wiedzy, a jedyne czego nam brakowało to trupy na naszej głowie. Schodząc ze wzgórza widać było jakim dobrym punktem ono jest. Co prawda nie miałoby ono specjalnego sensu, gdyby nie zabudowania, które osłaniały go przed główną częścią ulicy, ale całe szczęście ta była zablokowana bramą.
- Właściwie to wy pobudowaliście te mury otaczające wzgórze? – zapytałam Emila.
- My i ci co byli tu wcześniej. Ale konstrukcja i tak jest kiepska. Przydałaby się tu ekipa budowlana z prawdziwego zdarzenia – powiedział.
Z tego co zrozumiałem właśnie tacy ludzie i materiały miały przyjechać z Inowrocławia. Byłam ciekawa jak ten obóz może wyglądać za jakiś czas.
- Szczerze wydaje mi się, że mogliście wybrać nieco lepiej to miejsce. Oczywiście jeżeli planujecie zrobić większy obóz – włączył się do rozmowy Marcin.
- Co masz na myśli? – zapytałam.
- Kawałek na zachód, zaraz pewnie będziemy to mijać, jest stare miasto. Ściśnięte budynki, pomiędzy którymi jest duża przestrzeń do życia. A same budynki nadawałby się idealnie do zasiedlenia gdyby je nieco oczyścić – wytłumaczył.
- Pewnie pomyślimy o czymś takim jak sytuacja w końcu się uspokoi – powiedziałam.
                Wzgórze zaczęło rosnąć za nami powoli. Wkroczyliśmy na ulice. Zombie zauważyliśmy prawie od razu. Zamilkliśmy i przeszliśmy do pozycji zgarbionej i nieco przykucniętej, żeby nie zwracać na siebie uwagi. Zombie powoli szły w naszym kierunku, były to jednak pojedyncze sztuki. Każdy wyglądał inaczej i wydawało się, że przeszedł zupełnie inną drogę przed, a także po śmierci. Kobieta, którą mijaliśmy miała zlepione włosy od zmieszanej krwi i wymiocin. Jej policzek i duża część szyi była odsłonięta, pokazując przegniłe ścięgna i mięśnie. Kawałek dalej za nią, człapał w naszą stronę mężczyzna. Miał wygiętą nogę, którą powłóczył za sobą, a z brzucha zwisały mu, lekko wystające, flaki. Mijając ich zobaczyliśmy przed nami mężczyznę, który miał wyjątkowo zielony odcień skóry. Szczególnie to było widoczne na czole, które było napięte i wyglądało jakby zaraz miało się rozerwać i pęknąć.
                Dalej był młodszy chłopak z paskudnie rozerwanym gardłem, sama górna część ciała mężczyzny, czołgającego się z wyciągnięta w naszą stronę ręką, a także korpus bez rąk człapiący powoli i wyciągający głowę. Nie chciałam się im zbytnio przyglądać, bo widok z pewnością nie należał do najprzyjemniejszych. Emil podzielał moją niechęć, bo patrzył bardziej na ziemię niż na stwory, ale Marcin był zdecydowanie bardziej uważny. Rozglądał się, odpychając trupy, które podchodziły za blisko. Zastanawiałam się jak dowódca Zszytych mógł pracować z nimi gdy robił swoje badania. Nie dość, że było to niebezpieczne, to jeszcze naprawdę trzeba było mieć mocne nerwy.
                Wyszliśmy na drogę, która z jednej strony była usiana budynkami, a z drugiej linią drzewek oraz sporym pasem zieleni. Zastanawiałam się jak daleko jeszcze do celu, więc gdy zombie zostały z tyłu, a te przed nami były znacznie mniej liczne, to zapytałam.
- Niedaleko – odpowiedział Marcin. Było ciemno, chociaż dzisiejszą noc i tak można było zaliczyć do jasnych. Księżyc świecił i sprawiał, że nie musieliśmy nawet specjalnie używać latarek, tak długo, jak byliśmy na dworze – W sumie to dobra okazja, żeby nieco się poznać.
- Myślałam, że mamy już to za sobą.
- Tak, znamy swoje imiona, ale czy nie warto poznać czegoś więcej? Ja przed wybuchem zarazy pracowałem w biurze obsługi klienta – przyznał.
- Ja studiowałem – powiedział Emil.
- Byłam chirurgiem.
- W sumie to było głupie pytanie. Przecież zajęłaś się ranną, to było pewne. A długo jesteście w tej grupie, w której teraz jesteście? – zapytał ponownie mężczyzna.
- Spotkaliśmy się trzy dni temu – odpowiedziałam.
- Kiedy zaatakowała obóz mój i moich znajomych. No ale, chyba na dobre wyszło, patrząc jakie się z nich chujki okazały – stwierdził Emil.
- Ja w sumie podróżowałem sam od dawna. Nie miałem nigdy zbyt wielkiego szczęścia co do ludzi.
- Podróżowanie samemu nie jest takie głupie – wtrącił Emil – Poza problemem ze spaniem to jesteś mniej zauważalny, zużywasz mniej zapasów, a właściwie ludzie są… - jacy są ludzie się nie dowiedziałam, ponieważ, gdy chłopak kończył mówić, usłyszeliśmy strzał dochodzący z drogi przed nami. Marcin zareagował odruchowo łapiąc Emila pod pachę i biorąc mnie za rękę, a następnie szarżując w stronę pobliskiego murku. Był szybki. Gdy całą trójką kucaliśmy za osłoną kazał nam zostać na ziemi, a sam delikatnie się podniósł i wychylił.
- Światła – wyszeptał. Trupy z okolic doskonale pokazywały, z której strony mamy spodziewać się niebezpieczeństwa. Zaczęły podążać w kierunku, w którym szliśmy, lgnąc do hałasu.
- Co robimy? – zapytał Emil.
- Mogę do nich wyjść i zobaczyć, co chcą – zaproponował mężczyzna.
- Oszalałeś?! – powiedziałam znacznie głośniej niż planowałam, co spotkało się z uciszeniem mnie dłonią. Gdy Marcin wychylił się raz jeszcze, żeby zobaczyć czy mój głos nie zdradził naszej pozycji, kontynuowałam – Przecież to pewnie jacyś bandyci, zabiją cię.
- Wy nie zabiliście – zauważył.
- Ale… - zaczęłam.
- Was też nie znałem – odpowiedział na pytanie, którego jeszcze nie zdążyłam zadać. Zagryzłam wargę. Posłuchaj… usłyszałam głos w głowie – Podobno szukacie ludzi. Jeżeli ich ominiemy mogą dotrzeć do obozu i narobić szkód. Jeżeli czegoś szukają to wskaże im drogę, a jeżeli mają złe zamiary to po prostu ucieknę. Możecie mi zaufać?
- Uciekniesz przed pociskiem? – zapytałam zrezygnowana.
- Jestem szybki – powiedział, po czym zdecydowanie szybciej, niż się spodziewałam, wstał i podbiegł w stronę światła. Nie trzeba było czekać długo. Po chwili światła latarek zaświecił na chodniku niedaleko nas, rzucając długi cień na postać Marcina. Bałam się wychylić, zdecydowanie nie ufałam ludziom tak, jak on, więc jedynie słuchałam tego co się dzieje. Emil ponownie zachowywał się podobnie do mnie.
- Hej, szukacie czegoś? – zapytał nasz nowy przyjaciel.
Przez chwilę panowała cisza, przerwana jedynie jękiem zombie, a po chwilę dźwiękiem kilku uderzeń i upadającym ciałem. Jęk trupa zamilkł.
- Coś za jeden? – krzyknął jakiś chłopak.
- Łapy do góry – dołączył się krzyk kobiety.
- Uważajcie reszta! Może być ich więcej! – wydarł się kolejny głos, zdecydowanie bardziej męski od głosu chłopaka
- Po co te nerwy? Wyszedłem bo wyglądacie na zagubionych i chcę wam pomóc. Szukacie czegoś konkretnego? – głos Marcina był donośny i chociaż nie krzyczał, to słychać go było bardzo dobrze.
                Kolejna chwila milczenia.
- Zgubiliśmy się z rodziną – powiedział w końcu mężczyzna.
- Okej… Czego szukacie? – zapytał Marcin. Zaryzykowałam wychylenie się. Zobaczyła trójkę stojąca przed Marcinem, który miał podniesione ręce. Jego dzida była przewieszona przez plecy. Przez snop światła nie mogłam zobaczyć twarzy, albo jakichś szczegółów postaci, ale nie było wątpliwości, że ich nie znałam. Grupa składała się z mężczyzny i kobiety w podobnym wieku i chłopaka, który wyglądał na nastolatka. Widziałam, że celują do Marcina, chociaż ten spokojnie stał z podniesionymi rękoma.
- Drogi na zachód. Nie mamy kompasu ani nic, trzymaliśmy się do niedawna pewnego szlaku, ale był on zablokowany i nie mogliśmy znaleźć dalszej drogi. Przyjechaliśmy do tego miasta i teraz jesteśmy w kompletnej dupie – wyjaśnił mężczyzna.
- Wystarczy, że będzie trzymać się rzeki. Szukacie może jakiegoś konkretnego miejsca? – zapytał rzeczowo Marcin.
- Obozu. Jakiegokolwiek, gdzie znajdę bezpieczeństwo i ochronę dla mojej rodziny – powiedział.
- Jedźcie, a znajdziecie. Jestem pewien, że nie ominiecie Torunia. Jest tam duży obóz w miejscu Starego Miasta. Aż dziwne, że o nim nie słyszeliście.
- I dojedziemy tam wzdłuż rzeki? – zapytała kobieta, jakby nie do ufała jego słowom.
- Tak. Miniecie po drodze parę innych miast, ale Toruń chyba poznacie, zresztą wieczorem świeci się z daleka. Prawie na pewno wpadniecie na jakiś patrol po drodze, więc nie bójcie się ludzi. Mało w tamtej okolicy bandytów, za duże niebezpieczeństwo ze strony obozu.
                Na ulicy przez chwilę zapadła cisza.
- Dziękujemy – powiedział w końcu mężczyzna. Zobaczyłam, że opuścił broń. Jego rodzina poszła w jego ślady.
- Nie ma problemu. Trzeba sobie pomagać prawda. Jeżeli już o tym mowa, widzieliście może gdzieś w okolicy działający wóz? Nie szukam transportu tylko czego, w czym mógłbym przewieźć większą ilość rzeczy.
- Samego pojazdu nie widzieliśmy, ale popróbujcie z autami zaparkowanymi przed większymi budynkami. Ludzie rzadko je sprawdzają i tak znaleźliśmy nasze dwa poprzednie auta – powiedział życzliwie.
- Dzięki. Powodzenia na drodze – odpowiedział Marcin.
- Przyda się. Nawzajem – po powiedzeniu tego rodzina wróciła do pojazdu i po chwili odjechała w stronę, w którą szliśmy. Wyszliśmy z Emilem zza muru.
- Mówiłem, że nie będzie tak strasznie – powiedział z uśmiechem.
- Jesteś szalony – zaśmiałam się pod nosem.
- Możemy już iść? – zapytał Emil.
Kiwnęłam głową. Ruszyliśmy dalej wzdłuż uliczki. Droga, aż do samego szpitala, była w pozostałej części względnie bezpieczna. Poza trupami w niedużych ilościach, nie spotkaliśmy niczego niebezpiecznego. Zgodnie z radą spotkanej grupy sprawdzaliśmy niektóre wozy, ale nie mieliśmy tyle szczęścia co oni. Do samego celu naszej podróży nie znaleźliśmy żadnego.
                Gdy stanęliśmy przed bramą wjazdową, która była zamknięta, naszym oczom ukazał się dwuczęściowy, spory budynek, przed którym znajdowało się ogromne pole przestrzeni, którego są sporą część zajmował parking.
- Może tutaj się nam poszczęści – powiedział Marcin.
- Dasz radę otworzyć tą bramę? Mam małe problemy z nogą, Emil też jest w kiepskiej kondycji – poprosiłam go.
Mężczyzna bez słowa podszedł do bramy. Sprawnie wspiął się i przeskoczył na drugą stronę. Chwilę świecił latarką, a następnie pociągnął za coś, co musiało być zamkiem i z niedużym szmerem, który przebiegł echem po okolicy, otworzył wejście.
- A co jeżeli ktoś tu jest? – zapytał Emil.
- Nie wydaje mi się. Przynajmniej nic zorganizowanego. Nie widać śladów w trawie, parking jest całkowicie zawalony, a nie wygląda żeby ktoś tego pilnował – powiedział wskazując kolejno przestrzeń przerośniętej zieleni oraz miejsce do parkowania aut, na którym rzeczywiście nie było widać żadnego porządku – No dawajcie, chyba nie przeszliśmy tyle, żeby teraz zrezygnować…
                Nieco niepewnie ruszyłam na przód. Emil oddychał głośno, nie byłam pewna czy ze strachu, czy z emocji. Ruszyliśmy wyłożonym kostką brukiem w stronę parkingu. Gdzie-nie-gdzie widać było zaschnięte dawno ślady krwi, a także pojedyncze ciała, które bez wątpienia musiały tu leżeć od dawna. Rozglądałam się ostrożnie, o ile nasz towarzysz wyglądał na pewnego siebie, to ja obawiałam się, że w każdym momencie może pojawić się przeciwnik, który nas zaatakuje.
- Co jeżeli to zasadzka? – usłyszałam męski głos. Odwróciłam się, ale Emil nawet na mnie nie patrzył. Rozglądał się niepewnie na boki. To nie był też głos Marcina. To był głos z mojej głowy. Czy to możliwe, że nasz nowy towarzysz prowadzi nas w zasadzkę? Nie chciałam dopuszczać do głowy takiej myśli. Przecież byliśmy w takiej rozsypce, że mógł bez problemu pokonać nas w naszym obozie. Nie zrobił tego jednak. Odrzuciłam takie odczucia na bok, odetchnęłam głęboko i przyspieszyłam nieco.
- Cholera dużo tych aut – zauważył obiekt moich obaw.
- Któreś na pewno działa – stwierdził Emil.
- Myślę, że nawet większość. Wygląda na to, że ewakuacja w tym miejscu nawet się nie zaczęła. Kto wie czy to nie było jedno z pierwszych miejsc wybuchu zarazy – zastanowił się na głos mężczyzna.
- Czemu tak myślisz? – zapytałam go zdziwiona.
- Brak śladów ucieczki. Myślę, że ludzie tutaj mogli nie wiedzieć o tym, co się właściwie dzieje, dlatego tylko parę samochodów próbowało stąd wyjechać, ale było już za późno. Zresztą to jedno z bardziej pustych miast, jeżeli chodzi o trupy. Widywałem bardziej niebezpieczne wioski – wytłumaczył. Jego słowa miały sporo sensu.
                Przeszliśmy się wzdłuż kolumny aut, sprawdzając je po kolei. Marcin zaglądał przez szybę kierowcy jakby szukał czegoś konkretnego. W końcu zatrzymał się przy jednym z terenowych aut na dłużej i zauważając coś sięgnął do plecaka. Po chwili poszukiwań wyciągnął coś, co przypominało wygięty wieszak. Poprosił mnie o nóż, który mu podałam. Biorąc latarkę w usta, chwycił nóż i delikatnie podważył szybę, sprawiając, że powstała mała szpara. Oddał mi broń, po czym przez około minutę mocował się z drutem trzymanym w ręce. Wyginał go i kształtował, na coś w rodzaju rączki z pętelką na końcu. Ostrożnie przełożył wynalazek przez powstałą szparę i po chwili mocowania się drzwi stały otworem.
- Przydatna umiejętność – zauważył Emil.
- Wsiadajcie. Podjedziemy pod wejście.
- Czemu wybrałeś ten wóz? Bo jest parę większych – wskazałam coś w rodzaju małego ambulansu stojącego parę aut dalej.
- Dlatego – powiedział sięgając do stacyjki i pokazując nam kluczyki. Ponownie zaskoczył mnie swoim logicznym i spokojnym myśleniem. Wsiedliśmy, ja na siedzeniu pasażera, Emil z tyłu, a Marcin za kierownicą. Pojazd z początku odmawiał posłuszeństwa, ale gdy nieco się rozgrzał ruszył. Bak był w połowie pusty. Marcin ostrożnie wykręcił i pokonując krawężnik przejechał przez trawnik, mknąc w stronę drzwi wejściowych. Chwilę później wychodziliśmy już z pojazdu, obserwują górujący nad nami budynek.
                Zakurzona szyba od drzwi wejściowych sprawiała, że nie widać było, co jest po drugiej stronie.
- Gotowi? Trzymajmy się razem, jak zrobi się gorąco to uciekamy. Nie patrzcie wtedy nawet na to auto. Po prostu uciekajcie do obozu – powiedział Marcin.
Kiwnęliśmy głowami. Marcin, wyciągając swoją włócznię, podszedł do drzwi.  Ja nie czując się tak pewnie sięgnęłam po pistolet, a w drugą rękę wzięłam nóż. Emil trzymał tylko to drugie. Wejście nie należało do najprostszych, zawiasy kompletnie odmawiały posłuszeństwa i całą szklaną płytę trzeba było wręcz wyłamać. Na szczęście Marcin dał sobie z tym radę. Weszliśmy do opustoszałego holu. Promienie latarek zatańczyły po ścianach. Wszędzie leżały trupy. Zapach był nie do wytrzymania, od razu zasłoniłam koszulką twarz, bo nie chciałam czuć tego smrodu. Emil nawet się nie hamował, odbiegł na bok i zwymiotował.
- Cholerna konserwa – mruknął Marcin – Te trupy kumulowały się tutaj od miesięcy, ten zapach, uch – westchnął patrząc na kolejną falę wymiotów wydobywająca się z ciała Emila – Młody może zostaniesz tu? Popilnujesz auta, nam nie powinno długo zejść. Weźmiemy co się przyda i zaraz tu wrócimy.
                Emil tylko machnął ręką żebyśmy szli, po czym sam pobiegł w stronę wyjścia i świeżego powietrza. Smród był tak gryzący, że aż oczy zachodziły mi łzami. Przecierałam je, ale niewiele to dawało. Byliśmy teraz w sporej recepcji. Na lewo i prawo rozchodziły się korytarze, a za recepcją było widać dwie kabiny z windą. Marcin ruszył pierwszy, a ja szłam kawałek za nim. Zauważyliśmy na ścianie coś, co przypominało mapę budynku. Zaświeciłam na nią, a on szybko przejechał palcem po spisie pokoi.
- Pomieszczenia służbowe – zauważył tabliczkę, mówiącą o istnieniu takiego obszaru na trzecim piętrze – i magazyn – dodał pokazując kolejną, tym razem związaną z podziemiami budynku – Najlepiej by było, gdybyśmy się rozdzielili, ale nie wiadomo czy jest tu bezpiecznie. Zróbmy to szybko.
                Rozejrzałam się, świecąc latarką po ścianach. Nigdzie nie było widać przejścia na górę, ale te okazało się być nieco ukryte, w małym korytarzu na lewo od wind. Wyszliśmy powoli na klatkę schodową. Nasłuchiwałam najlepiej jak mogłam i ostrożnie wchodziłam za każdy kolejny zakręt, ale szpital wydawał się opustoszały.
- Pewnie nic nie znajdziemy… - powiedziałam szeptem, gdy wspinaliśmy się z drugiego piętra, na trzecie.
- Dlaczego tak uważasz? – zapytał Marcin.
- Nikt by nie zostawił takiego miejsca ot tak.
- Zdziwiłabyś się jak wiele innych osób tak pomyślało, dzięki czemu to miejsce zostało nietknięte. Zresztą zobaczymy – machnął ręką.
                Dotarliśmy na szczyt tej części klatki schodowej i pchnęliśmy drzwi prowadzące na trzecie piętro. Wyszliśmy na korytarz. Od razu zobaczyliśmy dwójkę trupów, która w stanie głębokiego rozkładu pełzła w drugą stronę. Gdy tylko przekroczyliśmy próg oba trupy odwróciły się w naszą stronę. Jeden z nich nie miał dolnej części ciała i pełzał powoli przy użyciu jedynej ręki, zostawiając za sobą ciemny ślad. Jego towarzysz był cały, ale jego noga zginała się w dziwnym miejscu, przez co szwendał się niezdarnie w naszym kierunku. Zanim w mojej głowie powstała myśl, żeby ruszyć do przodu i zaatakować, to Marcin już się rozpędzał.  Zombie były powolne, dlatego bez większych problemów rozpłatał głowę pierwszemu, po czym zdeptał z impetem drugiego.
- Dziwne. Nie spodziewałem się tutaj trupów – powiedział do mnie, gdy go dogoniłam.
- Mówiłam, że powinniśmy uważać – powiedziałam.
- Masz rację. Chodź, tędy dojdziemy do pomieszczeń służbowych – wskazał drogę.
                Gdy tylko przebyliśmy kolejny zakręt, zobaczyliśmy naprawdę długi korytarz, który rozwidlał się na pokoje, rozsiane po prawej i lewej dosyć równomiernie. Po chwili usłyszeliśmy krzyk. Był odległy, ale poniósł się echem po opustoszałych korytarzach. Podskoczyłam ze strachu. Nawet Marcin drgnął gwałtownie.
- Emil? – zapytałam.
- Nie. Ktoś inny tu jest. Możemy spróbować zgasić latarki – zaproponował.
Cały korytarz pokrył gęsty mrok. Jedynym źródłem światła były pojedyncze snopy księżycowego światła, wpadające przez otwarte drzwi pomieszczeń. Sam korytarz nie miał okien i za dnia, przed wybuchem apokalipsy, musiał być oświetlany sztucznym światłem. Przylegliśmy z Marcinem do ściany i trzymając jego rękaw, szłam do przodu.
- Na pewno znajdziesz  to pomieszczenie? – zapytałam niepewnie.
- Mam taką nadzieję. Bo teraz to nie jestem pewien.
                Szliśmy. Nasze kroki odbijały się cichym echem od kafelkowej podłogi. Drżałam. Przeszliśmy przez kolejny jaśniejszy obszar i Marcin zatrzymał się.
- To tutaj – szepnął. W jego głosie nie było takiej pewności jak przy wejściu do szpitala, co z jednej strony mnie uspokoiło, bo teraz byłam pewna, że to nie zasadzka, ale z drugiej wiedziałam, że gdyby nie on, to prawdopodobnie byłabym zbyt przestraszona, żeby zrobić cokolwiek. Marcin nachylił się przy drzwiach i pociągnął za klamkę. Wsunęliśmy się do środka pomieszczenia, starając się nie narobić przy tym hałasu. Było tutaj ciemno, bo drzwi prowadziły do holu, który rozgałęział się na trzy kolejne pokoje. Wszystkie drzwi były zamknięte. Zabezpieczyliśmy te za nami i spokojnie odetchnęliśmy. Tutaj byliśmy bezpieczni. W szpitalu nie było już słychać nic po tym krzyku, ale to nie zmieniało faktu, że ktoś tam był. Miałam nadzieję, że Emil nie pomyśli, że to ktoś z nas i nie wejdzie tutaj głupio, trafiając na osobę, która rzeczywiście te dźwięki wydawała.
                Na podłodze była gruba warstwa kurzu, przysłaniająca całkowicie podłogę. Nie było wątpliwości, że dawno tu nikogo nie było. Na ścianie widniał długi, przeciągły, krwisty ślad, który wyglądem przypominał jakby ktoś osuwał się zakrwawioną dłonią. Nie było jednak ciała. Marcin przyłożył ucho do każdych drzwi po kolei i przy każdych nasłuchiwał uważnie.
- Nic nie słychać – stwierdził odciągając głowę od ostatnich – Myślę, że możemy się delikatnie rozdzielić i szybko przeszukać te pomieszczenia. Coś czuje, że im szybciej stąd uciekniemy, tym lepiej.
- Okej – potwierdziłam i ruszyłam do środkowych drzwi. On wybrał lewe. Nacisnęłam na klamkę i z niemałym trudem pokonałam zardzewiały zamek. W środku przywitał mnie widok sporego, kwadratowego pomieszczenia. Zauważyłam, że stały w nim dwa stoły, wielka kanapa, w rogu była nieduża kuchnia, a na ścianie wisiał, sporych rozmiarów, telewizor. To musiało być miejsce, gdzie personel odpoczywał w przerwach, jadł i rozmawiał. Spojrzałam na przedmiot leżący na jednym ze stołów i zaskoczona podniosłam go. Był to odtwarzacz mp4. Muzyka, pomyślałam, jak dawno jej nie słyszałam. Zadowolona schowałam łup do kieszeni i nie przykładając specjalnej wagi do pozostałej części pomieszczenia wróciłam do holu. Tutaj na pewno nie było tego czego szukaliśmy.
                Wracając zerknęłam w stronę, w którą poszedł Marcin. Widziałam tylko światło latarki pojawiające się co chwilę i znikające. Nie przeszkadzając mu udałam się do ostatnich drzwi. Tutaj zauważyłam od razu, że zamek jest wyłamany. Odrobinę ostrożniej zanurkowałam do zakurzonego pomieszczenia i gdy tylko przeleciałam latarką po pokoju, to na mojej twarzy pojawił się szczery uśmiech. Był to składzik na leki. Właśnie tego szukaliśmy. Podbiegając do półek, wypełnionych przeróżnymi medykamentami zaczęłam przeszukiwać wszystko w poszukiwaniu potrzebnych leków. Szukałam zarówno tych przeciwbólowych jak i potrzebnych do znieczulenia, oczyszczenia rany, oraz ewentualnej walki z infekcją jaka mogłaby się w nią wdać. Na szali było życie człowieka i to kogoś ważnego dla naszego obozu.
                Leków było naprawdę dużo i nie patrzyłam nawet ile dokładnie czego biorę, po prostu pakowałam wszystko do plecaka, aż ten powoli zaczął się przepełniać. Marcin dołączył do mnie, kiedy opróżniałam ostatnią półkę, ładując do kolejnej kieszeni plecaka pastylki, które świetnie działały jako środek przeciwbólowy, szczególnie w dużych ilościach, a przy okazji pozwalały nieco odpłynąć, co z pewnością pomoże Łapie przetrwać ciężki okres.
- Znalazłaś? – zapytał.
- Tak. A co było w tamtym pokoju? – zapytałam.
- Szatnia. Przeszukałem parę szafek, ale właściwie nie znalazłem nic cennego. Przynajmniej nie na te czasy – powiedział ze smutkiem, wskazując złoty zegarek, który błyszczał kusząco w świetle latarki – Mam coś stąd wziąć?
- Myślę, że to co mam nam wystarczy jeżeli chodzi o leki. Mieliśmy sporo farta. Zachowaj miejsce na sprzęt – powiedziałam. Kiwnął głową. Opuściliśmy składnicę wychodząc na hol, a po chwili wracając na główny korytarz. W szpitalu wciąż panowała cisza.
- To co, teraz czas zejść do podziemi i znaleźć to czego potrzebujemy w magazynie? – bardziej powiedział niż zapytał – Właściwie to czego szukamy?
- Na pewno przydałoby się urządzenie do mierzenia ciśnienia. Wiesz takie z zaciskiem na palec. Dodatkowo potrzebujemy tych wszystkich rzeczy do przeprowadzenia operacji i stworzenia sterylnego pomieszczenia. Zasłony, rękawice, waciki, chusteczki, narzędzia do przeprowadzenia operacji. Niby dałoby się to znaleźć w mieście i użyć jakichś zamienników, ale wolę nie ryzykować. Ona jest w naprawdę kiepskim stanie – wytłumaczyłam.
- Jasne, rozumiem. Dobra, chodź za mną – powiedział i zaczęliśmy drogę w stronę klatki schodowej. Po chwili znaleźliśmy się na niej i powoli zaczęliśmy schodzić w dół. Kiedy minęliśmy parter wybraliśmy drogę jeszcze niżej. Do samych piwnic. Na schemacie najniższa część budynku nie wydawał się duża. Oprócz magazynu była tam jeszcze kostnica, miejsca do kontrolowania elektroniki i hydrauliki budynku oraz miejsce do segregacji śmieci. Nie spotkaliśmy po drodze nikogo – ani zombie, ani ludzi. Zastanawiałam się, kto jeszcze był z nami w szpitalu. Kto krzyknął.
                Podziemia składały się z jednego długiego korytarza, na którego końcu było pomieszczenie, które nas interesowało. Było tutaj obskurnie i w niczym to nie przypominało górnych partii budynku, gdzie, nawet jak na te klimaty, było w miarę czysto i schludnie. Na sufitach latały nitki pajęczyn, poruszające się delikatnie. Czuć było przeciąg, prawdopodobnie w piwnicy było dodatkowe wyjście, bądź też otwarte okno. Na ścianach widać było zacieki, które sprawiło, że miejscami pojawił się grzyb. Marcin szedł znowu przodem. Byliśmy w takim punkcie, że nie musieliśmy się za bardzo martwić tym, że ktoś nas zaskoczy. Korytarz był prosty, a wejścia do poszczególnych pomieszczeń były od siebie bardzo oddalone o paręnaście metrów. Wiedzieliśmy jednak, że jakby zaskoczyły nas tutaj trupy, to nie mielibyśmy jak uciec. Jedyna droga do wyjścia była za naszymi plecami i oddalała się z każdym krokiem.
                Minęliśmy drzwi prowadzące do rozdzielni elektrycznej, a po chwili te prowadzące do wodociągów. Przechodząc obok kostnicy usłyszałam coś. Było to zaledwie stuknięcie, ale w takiej ciszy było doskonale słyszalne. Złapałam Marcina, który najwyraźniej nie zwrócił na to uwagi.
- Co jest? – zapytał szeptem.
- Kostnica. Ktoś tam jest – powiedziałam.
- To pewnie trupy. Zostały zamknięte w tych szafkach na ciała i raczej nikomu nie przyszło do głowy żeby je uwolnić – podsunął pomysł.
- Możemy to sprawdzić? Nie chcę żeby coś nas zaskoczyło jak będziemy wracać – powiedziałam poprawiając plecak, który teraz wyraźnie zaczynał ciążyć na moich plecach.
- Jak to cię uspokoi…
                Stanęliśmy przy drzwiach do kostnicy. Nie mogłam sobie wyobrazić bardziej przerażającej sytuacji. Świat upadł, zombie chodziły po ulicach, liczba żywych spadała gwałtownie każdego dnia, a my siedzieliśmy w nocy, w piwnicy szpitala, zakradając się do miejsca, które powinno być jednym z niewielu, gdzie znajdują się trupy. Marcin nachylił się i ze skupieniem na twarzy zaczął się wsłuchiwać w to, co działo się za drzwiami. W jego oczach pojawiło się coś dziwnego. Przybliżył twarz do mojego ucha i wyszeptał:
- Ktoś tam jest – ciarki przeszły mnie po plecach. Z trudem powstrzymałam się przed wydaniem jakiegoś dźwięku.
- Co robimy?
- Wchodzimy – powiedział łapiąc za swoją dzidę. Ja chwyciłam pistolet i z lekko drżącymi rękoma czekałam. Serce zaczęło mi bić szybciej. Poczułam strach. Taki sam jak wtedy w kościele, kiedy miałam na celowniku jednego z ludzi Emila. Wtedy nie potrafiłam się przełamać i paraliż zwyciężył. Teraz nie mogłam sobie na to pozwolić. Od tego zależało życie moje, Marcina, a także Łapy.
                Marcin otworzył drzwi z impetem. Wbiegł do pokoju, a ja weszłam od razu za nim. Kostnica wyglądała dokładnie tak, jak w filmach. Światła latarek oświetliły rząd szuflad na ciała. Ściany były złożone z dwóch warstw – dolnej wypełnionej kafelkami, oraz górnej pomalowanej na biało. Na podłodze również były kafelki, które sprawiły, że nasze wejście było znacznie głośniejsze niż się spodziewałam. To co zaskoczyło mnie jednak najbardziej, to łóżko. Łóżko na którym przeprowadzano autopsje, a także przygotowano ciało do włożenia do jednej z szuflad. Ktoś na nim leżał. Był to mężczyzna, raczej w wieku Marcina, albo nawet starszy. Prześcieradło było poplamione od krwi, która wyciekała z rany na jego lewym boku. Paskudnej rany. Patrzył na nas nieco nieobecnymi oczami. Oddychał ciężko, jakby każdy kolejny oddech kosztował go więcej niż mógł sobie na to pozwolić.  Patrzyłam na niego przerażona. Marcin oprzytomniał pierwszy i zanim nieznajomy zdążył wykonać kolejny oddech, miał już przyłożone ostrze do gardła.
- Kim jesteś? – zapytał mój towarzysz.
Leżący mężczyzna zakaszlał. Próbował coś powiedzieć, ale nie wyszło mu. Nogi się delikatnie pode mną ugięły. Cofnęłam się o krok do tyłu. Wtedy poczułam uderzenie. Trafiło mnie prosto w rękę. Pistolet wypadł mi i zanim zdołałam zdać sobie sprawę co się ze mną dzieje poczułam ostrze delikatnie naciskające na moje gardło. Druga ręka napastnika powędrowała w okolicę mojego brzucha, uciskając mnie mocno i stanowczo. Poczułam zapach perfum. Kto używa perfum w takich czasach, zdążyłam zadać sobie takie pytanie, kiedy usłyszałam głos. Poczułam ciepły oddech przy moim prawym uchu.
- Rzuć broń i kopnij ją w moją stronę – głos należał do kobiety. Nie był wysoki, raczej głęboki i nieco melodyjny. Bałam się. Strach znowu mnie sparaliżował.  Napastniczka trzymała mnie mocno, tak, że z trudem mogłam oddychać. Chociaż to mogło być spowodowane głębokim strachem. Przerażeniem. Zobaczyłam zaskoczenie na twarzy Marcina. Nie wahał się jednak ani chwili. Położył swoją broń i delikatnie przeturlał ją w naszą stronę.
- Spokojnie, nie szukamy kłopotów – powiedział do nieznajomej za moimi plecami.
- To dobrze się składa, bo my również nie – odpowiedziała kobieta stanowczym tonem.
- Rozbroiłaś nas, byłbym teraz wdzięczny, gdybyś usunęła nóż z gardła mojej przyjaciółki.
- Nie tak prędko – syknęła – Coście za jedni? Pracowaliście tutaj?
- Przyszliśmy tutaj tylko po kilka rzeczy. Mamy obóz niedaleko i nasza przyjaciółka jest ranna. Dlatego nie możemy za dług… - zaczął tłumaczyć, ale nieznajoma mu przerwała.
- Gdzie jest ten obóz?
- Na wzgórzu. Parę kilometrów stąd w głąb miasta.
- Zabierzecie mnie tam? – zadała pytanie tak szybko, że przeszła mnie kolejna fala ciarek na całym ciele.
- Tylko ciebie? A on? – wskazał ręką konającego na łóżku mężczyznę.
- Jemu już nie pomożecie – powiedziała ze smutkiem w głosie – Został ugryziony. Parę minut temu.
Stąd ten krzyk, dopowiedziałam sobie w głowie.
- Rozumiem. Przykro mi – powiedział Marcin robiąc krótką przerwę – A więc jak będzie? Wypuścisz moją koleżankę i pomożesz nam zabrać co potrzebne? Wtedy możemy zabrać cię do naszego obozu.
                Uścisk nieco osłabł, aż w końcu puścił kompletnie. Ledwo utrzymałam się na nogach, ale podbiegłam kawałek do przodu. Odwróciłam się, żeby zobaczyć kim była  tajemnicza nieznajoma. Światło latarki przejechało krótko po dziewczynie, która była nieco młodsza ode mnie. Musiała mieć około osiemnastu lat. Włosy miała spięte w kok, z którego w artystycznym nieładzie odchodziły kosmyki, niedbale upchane za uszy i opadające niesfornie na czoło. Jej twarz miała mocno nakreślone rysy z nieco wysuniętym podbródkiem. Miała stosunkowo wąskie usta, nieduży nos oraz oczy, które szczególnie przykuły moją uwagę. Ozdabiały je równo nakreślone kreski, a same tęczówki wydawały się wręcz mienić w ciemności. Były one też otoczone dodatkowym czarnym okręgiem i przypominały oczy demona, kompletnie nowego gatunku. Miała bladą cerę, która ładnie kontrastowała ze strojem. Nosiła czarną, skórzaną kurtkę, która wydawała się być na nią idealnie dopasowana. Spomiędzy jej płatów wystawała koszulka, która ładnie podkreślała biust. Była szczupła, jej figura ładnie komponowała się ze wzrostem, który musiał wynosić około metra siedemdziesiąt, bo była delikatnie wyższa ode mnie. Na nogach w oczy rzuciły mi się długie, czarne buty, które sięgały delikatnie za kolano. Za nimi widać było zakolanówki sięgające ud, które prawie stykały się z niebieskimi, jeansowymi spodenkami. Oprócz tego w ręce trzymała nóż, a za nią widać było plecak.
                Uśmiechnęła się do nas szeroko. Miała ładny uśmiech.

- Pomogę wam.

niedziela, 19 marca 2017

Rozdział 17: Blizny

Rozdział 17, kolejny z perspektywy Irka. W tym rozdziale Irek trafia w końcu do Ostoi i stąd planuje co dalej. Przepraszam, ze rozdziały ostatnio pojawiają się w takich odstępach, no ale nie wyrabiam się tak jakbym chciał. Kolejny pewnie pojawi się nie za 5 dni, a za około tydzień, ale mogę Wam obiecać, że będzie to najdłuższy rozdział w historii Apo (coś koło 12-13 stron w Wordzie). Dziękuje za wyrozumiałość, zapraszam do lektury oraz komentowania ;)

POV:
Irek - Rozdział 17 - Dzień 6
Bobru - Dzień 6 - Jest w drodze do Płońska
Zuza - Dzień 6 - Zmaga się z buntem w Płocku

-----------------------------------------------------

Rozdział 17: Blizny (IREK)


                Rynek w Ostoi tętnił życiem. Obserwowałem nieco przerażony to co udało się zbudować tutejszym ludziom. To nie był zwykły obóz. W zwykłych obozach ludzie chodzili zmęczeni, ciągle gotowi na atak, oraz przestraszeni tego co może się stać. Tutaj jednak było inaczej. Przy posągu bawiła się grupka dzieci. Śmiali się i biegali tak jakby świat wcale się nie skończył. Wokół całego głównego placu poruszali się ludzie, którzy śpieszyli się do swoich prac, oraz wracali z nich do swoich domów. Widać też było wszechobecnych strażników, którzy patrolowali okolicę z karabinami przewieszonymi przez plecy, gotowi do zatrzymania niebezpieczeństwa w każdej chwili.
                Z jednej strony było to idealne miejsce do życia w tych czasach, a z drugiej strony, dla zwykłego mieszkańca mogło być zgubne. Dobrze wiedziałem, że nic nie trwa wiecznie. Zawsze przy podobnym mędrkowaniu pokazywałem czubek mojej głowy, na której brakowało teraz dużej części włosów, a te kępki, które zostały, w niczym nie przypominały bujnej czupryny, która niegdyś zdobiła moją czaszkę. To samo czekało to miejsce. Chociaż mogło wydawać się, że najgorsze już przeszło przez to miejsce, to czułem, ze to nie koniec. Zbyt dużo wrogów czyhało w pobliżu.  Jakby nie patrzeć, byłem teraz jednym z nich.
                Gdy wczoraj Ernest zaatakował mnie, wyczuwając moje zamiary, co skończyło się interwencją ludzi Czarka i zabraniem go, stałem się oficjalnym wrogiem tych obozów. Byłem pewien, że jakby ktokolwiek się o tym dowiedział, zostałbym zabity na miejscu. Nigdy nie miałem szczęścia do tego obozu, czy do innych. Gdy tylko przyjechałem tu padłem ofiarą Dziary, następnie wybijając parę ludzi uciekłem stąd wraz z Łapą, a teraz wróciłem tu po paru tygodniach i to dzień po porwaniu jednej z Czerwonych Flar.
                Siedziałem sobie spokojnie na jednej z ławek i czekałem. Jeżeli chciałem jeszcze coś zmienić w swoim życiu musiałem działać. I to działać tak, żeby Krawiec się o tym nie dowiedział. Groził, że jeżeli nie zastosuje się do jego wyborów to zniszczy wszystkie obozy. A po tym jak przekierował stado w inną stronę, byłem pewien, że jest w stanie to zrobić. Kontrolowanie trupów w takich czasach było lepsze niż jakakolwiek broń. To była prawdziwa kontrola nad światem.
- Hej, ty – usłyszałem nagle głos. Odwróciłem się w prawo i zobaczyłem dwójkę ludzi idących w moją stronę. Pierwsza, ta która wołała, była dziewczyna w czapce z daszkiem, spod którego wystawały pojedyncze kosmyki blond włosów. Była ubrana w skórzaną kurtkę, jeansy i buty sięgające do kolan. Jej towarzysz wyróżniał się z tłumu, ponieważ był czarnoskóry. Dobrze zbudowany, z długim kijem baseballowym, wyglądał groźnie. Był też wyższy od swojej towarzyszki o głowę.
- Ja? – zapytałem, nie będą do końca pewny, czy ci ludzie wołają mnie.
- Irek prawda? – zapytała dziewczyna – Słyszeliśmy, że przyjechałeś tutaj i mieliśmy dowiedzieć się o co chodzi. Bo pewnie nie przyjechałeś tutaj dla zabawy, co? – słowa wypowiadała niezwykle szybko. Byłem pewien, że gdybym był nieco bardziej zmęczony to połowy bym nie wyłapał.
- Mam tu parę spraw do załatwienia.
- Chyba nie zdziwi cię, jak powiem, że Dziara chciałby się z tobą zobaczyć? – zapytała.
- Ta, spodziewałem się – odparłem krótko. Wiedziałem, że to spotkanie jest równie nieuniknione, co będzie niezręczne.
- Zaprowadzimy cię. Dziara teraz przyjmuje ludzi, bo wpadliśmy ostatnio na małą grupkę, która koniecznie chciała z nim porozmawiać. Ale pójdziemy na około i powinniśmy po takim spacerku być idealnie na czas – powiedziała.
- Jasne. Nie ma problemu – odpowiedziałem spokojnie. Jej towarzysz tylko kiwnął głową na znak, że zgadza się ze wszystkim, po czym ruszyliśmy na przód.
- Jestem Ewelina, a to jest Michael – przedstawiła siebie i mężczyznę – Jesteśmy z Czerwonych Flar, pewnie słyszałeś – dodała po chwili z dumą.
- Słyszałem – potwierdziłem.
- Sporo się ostatnio o tobie mówiło. Jedni mówili, że zginąłeś, drudzy, że uciekłeś, inni, że uciekłeś. To jak to w końcu z tobą było?
                Nie chciałem o tym rozmawiać z nikim. Kłamanie nie wychodziło mi za dobrze, a wiedziałem, że czeka mnie go sporo.
- Długa historia. Generalnie, przeżyłem koszmar i cieszę się, że jestem już w bezpiecznym miejscu. Nawet jeżeli to miejsce to Toruń.
- Tak… Słyszałam tą historię z tobą i Dziarą. Ale on się zmienił. Mówię ci, sam zobaczysz – powiedziała naprawdę przekonująco.
Nie do końca w to wierzyłem. Co prawda wszyscy mówili mi o zmianie, ale ja przed oczami miałem wciąż obraz człowieka, który uwięził mnie jak zwierzę, bez żadnego powodu. Człowieka, który zachował się jak potwór nawet jak na te czasy. Żadna blizna nie kojarzyła mi się z takim bólem, jak ta, którą miałem w psychice. Mogłem zgodzić się z faktem, że nigdy nie byłem duszą towarzystwa, ale po pobycie w klatce i ostatecznej ucieczce z niej, w mojej głowie powstała druga, z której już nie dało się uciec.
                Szliśmy przez parę minut w ciszy. Mijaliśmy oświetlone ulice, na których pełno było ludzi. Dowiedziałem się, że Toruń ostatnio zainwestował w zablokowanie paru dodatkowych ulic. Zrobili to ponieważ teren obozu był zbyt duży, a taka ilość miejsca wcale nie była potrzebna dla tylu osób. Zamiast tego woleli skupić się na obronie mniejszej ilości terenu w bardziej skuteczny sposób. Wyszło im to, ponieważ wychodząc z rynku i przechodząc przez dwie nieduże uliczki, spotkaliśmy około trzy patrole straży. Ten ostatni zatrzymał nas. Składał się z trzech mężczyzn i o ile dwóch z nich nie wyróżniało się zupełnie niczym to ostatni był dosyć ciekawy. Kojarzyłem go z wcześniejszego pobytu, ale zawsze mnie rozbawiał. Miał ksywkę Szeryf i chociaż zasady dawno upadły to on trzymał się ich dokładnie jak nigdy. Chociaż sam w sobie był zabawny to nie można było mu odjąć tego, że wykonywał swoją robotę solidnie.
- Co tu się wyprawia? – zapytał łypiąc ukrytymi za okularami przeciwsłonecznymi oczami.
- Prowadzimy go do Dziary. Jakiś problem? – zapytała Ewelina.
- Zależy. Sprawdziliście go? – zapytał przyglądając się teraz wyraźni mi.
- Człowieku dajże spokój. Jest prowadzony przez dwie osoby z Czerwonych Flar, do szefa i myślisz, że idzie tam gotowy przeprowadzić zamach? – zakpiła z niego dziewczyna.
Szeryf prychnął i ruszył dalej bez słowa.
- Czasami mu odbija – wytłumaczyła mi.
- Tak, widzę – powiedziałem patrząc jeszcze przez chwilę na kapelusz oddalający się od nas coraz szybciej i jego właściciela zatrzymującego kolejne osoby na ulicy.
- Grupa przy trójce – usłyszałem nagle trzeszczący głos dobiegający z nogi stojącej przede mną dziewczyny. Miała przy nodze krótkofalówkę, po którą natychmiast sięgnęła.
- Jakieś kłopoty? – zapytała.
                Przez chwilę staliśmy w ciszy, czekając na odpowiedź z urządzenia. Na twarzy Michaela nie było widać nic, ale Ewelina widocznie się niecierpliwiła.
 - Szukają schronienia – powiedział w końcu.
- Jonasz u was jest? – zapytała naciskając na przycisk.
- Jestem u szefa – odezwał się głos innego mężczyzny, prawdopodobnie Jonasza.
- Ja to sprawdzę – powiedział inny kobiecy głos.
- Potrzebuje dwóch Flar do Kwatery. Szef chce coś ogłosić – odezwał się ponownie Jonasz.
- Właśnie tam idziemy z Michaelem – zaświergotała Ewelina.
- Pospieszcie się – powiedział mężczyzna, po czym usłyszeliśmy trzask i zapadła cisza.
- Chodźmy lepiej, załatwimy dwie sprawy od razu – powiedziała dziewczyna, po czym przyspieszyła kroku. Ruszyliśmy za nią.
                Po pięciu minutach weszliśmy w uliczkę, na której już z daleka widać było wejście do Kwatery Głównej, w której urzędował Dziara oraz Czerwone Flary. Przetarłem nerwowo nadgarstki.  Michael otworzył drzwi i przepuścił mnie i Ewelinę. Pierwsze co rzuciło mi się w oczy, w całkiem przytulnym i inaczej wyglądającym niż za ostatnim razem wnętrzu to parę ludzi, którzy siedzieli na postawionych ławkach i czekali na swoją kolej. My jednak ominęliśmy ich i ruszyliśmy do samego centrum sporego pokoju ,gdzie za biurkiem siedział Dziara. Tuż obok niego stał grubszy mężczyzna z włosami związanymi w kuc. Przed dowódcą Torunia stała trzyosobowa grupa. Stanęliśmy z tyłu. Moje spojrzenie spotkało się na chwilę z Dziary. Poczułem dziwne ukłucie w sercu.
- Radzę wam iść na Drugi Posterunek. Jeżeli naprawdę macie takie parcie na bycie przydatnymi. Tutaj nie potrzebuje więcej rąk do pracy, zapewniam was – powiedział do grupki stojącej przed nim.
- To jakiś inny obóz? – zapytał zaciekawiony mężczyzna stojący przed nim. Dziara otworzył usta żeby coś powiedzieć, ale po chwili je zamknął i odwrócił się do grubasa stojącego za nim.
- Jonasz. Gdzie jest Andrzej? – zapytał.
- Mówisz o tym z baru, czy tym którego przyprowadził tu jakiś czas temu Bobru? – zapytał uprzejmie Jonasz, którego też poznałem po głosie, który usłyszałem w krótkofalówce.
- O tym drugim. On chyba teraz wybiera się tam co? Weź po niego poślij i panowie się do niego dołączą – zaproponował ponownie spoglądając na grupę. Jonasz sięgnął po krótkofalówkę i po chwili pokierował trójkę ocalałych do innej części miasta. Ci podziękowali i wychodząc spojrzeli na nas. Po chwili pojawiliśmy się w miejscu, w którym przed chwilą stali.
- Ewelina i Michael. Widzę, że przyprowadziliście też ze sobą gościa – powiedział Dziara spoglądając na mnie. Przemilczałem to patrząc mu prosto w oczy. On nie spuścił wzroku przez pewien czas, aż w końcu wstał. Zobaczyłem brak kciuków na obu dłoniach i poczułem dziwną satysfakcje.
- Przepraszam moi drodzy, ale resztę spraw załatwimy wieczorem. Mam tutaj coś ważnego do załatwienia. Ewentualnie poszukajcie kogoś z moich ludzi i jeżeli to coś ważnego to oni wam pomogą – powiedział głośno do grupki czekającej na ławkach. Słychać było szmery niezadowolenia, ale po chwili zostaliśmy w pokoju w piątkę.
- A więc przeżyłeś. Słyszałem, że przepadłeś podczas jednej z misji – zaczął siadając ponownie.
- Udało mi się. Jak widać – odpowiedziałem bezbarwnym tonem głosu.
- Wiem, że relacje pomiędzy nami nie zaczęły się w najlepszy sposób. Gardzisz mną i masz do tego pełne prawo. Wiedz jednak, że zmieniłem się. Chcę, żeby to miejsce było bezpieczne i wychodzi mi to zajebiście dobrze. Naprawiam dawne grzechy. Jednym z największych jakie mi zostały jesteś ty.
Przemilczałem jego słowa.
- Podejrzewam, że nie przyszedłeś tutaj tylko po to żeby rzucać mi nienawistne spojrzenia. Jeżeli chcesz coś z siebie wyrzucić to proszę bardzo. Przyjmę ciężar, który sam stworzyłem. W imię większej sprawy – powiedział patrząc na mnie – A te blizny – wskazał miejsca, w których miał kiedyś kciuki – będą mi przypominały o tym kim byłem. Ale powiem ci, co pewnie ci się nie spodoba, że nie do końca żałuje. Oczywiście robiłem złe rzeczy i podejmowałem złe decyzje, ale zaprowadziły mnie one w to miejsce. Ten obóz nie istniał by, gdyby Wojciech wciąż tu rządził. Poświęciłem wiele i teraz czas żeby zapanował pokój.
                Chociaż czułem wewnętrzną, palącą złość to musiałem mu przyznać poniekąd racje. Odetchnąłem ciężko. Ewelina patrzyła z zaciekawieniem na wymianę zdań, Jonasz i Michael wydawali się być myślami gdzie indziej.
- Wschód potrzebuje pomocy. Stado przeszło przez Płońsk. Jak byłem w okolicy to widziałem. Obóz przetrwał, ale trupy idą dalej. Z tego co wiem lada dzień mogą pojawić się w Płocku. Jeżeli Bobra jeszcze tam nie ma, to na pewno też niedługo będzie – odezwałem się tak nagle, że nawet Michael spojrzał w moim kierunku. Dziara obserwował mnie z kamiennym wyrazem twarzy.
- Skąd te informacje?
- Z pierwszej ręki. Wtedy pod Warszawą wpadliśmy na stado. Od tamtego czasu uciekałem przed nim. A szło dokładnie w kierunku Torunia. Im wcześniej zaczniesz coś z tym robić tym więcej zdziałasz. Są ludzie, którzy je kontrolują, jak zaczniemy je wybijać teraz, to gdy nawet dojdzie do Torunia to nie wyrządzi takich szkód jakie by mogło. Bo obóz w Płońsku był mały, ludzie tam przeczekali to i nie musieli się martwić. Przez Toruń stado przepłynie niczym fala – nie chciałem za dużo powiedzieć. Ale chociaż Krawiec nie planował ataku, obawiałem się, że wciąż może coś zrobić. Jeżeli wysłał stado w stronę Płońska tylko dla sprawdzenia jak to działa i pokazu siły, to samo mogło spotkać te miejsca. A z dwojga złego wolałem żeby Toruń przetrwał. Nie mogłem pozwolić żeby setki niewinnych ludzi płaciło za błędy Dziary. Szczególnie, że Krawiec wiedział o tym, że Bobru jedzie do Płocka i będzie tam zakładał obóz. A były tam osoby, na których mi zależało. Znalazłem się w ciężkiej sytuacji. Jeżeli powiem za dużo Krawiec na pewno uderzy, a jeżeli nie zareaguje może być za późno.
- Ci ludzie? – wtrącił się zaciekawiony Jonasz.
- Ci którzy chodzą pomiędzy nimi – odpowiedziałem.
- Spotkałeś ich jak widziałeś stado? – zapytał Dziara.
- Nie. A przynajmniej nie zdawałem sobie z tego sprawy. Ale pewnie tam byli.
- Wiesz, to że Ben o nich tyle mówił, nie znaczy, że problem jest aż tak duży – dodał znowu Jonasz.
- Dobra, ale wciąż stado jest prawdziwe. I idzie w naszą stronę. Zrobisz coś, czy będziesz siedział w swoim bezpiecznym królestwie? – zapytałem.
                Zobaczyłem stary, dobry grymas złości na twarzy dowódcy Czerwonych Flar. Trwał on moment, ale był zdecydowanie widoczny. Miałem nadzieję, że to oznaczało, że go zmotywowałem do działania. Nie poznałem jednak odpowiedzi, bo zanim Dziara zdążył mi odpowiedzieć do budynku wpadł mężczyzna. Dyszał ciężko jakby szybko biegł i nawet nie zamknął za sobą drzwi.
- Zero wyłaź stąd, rozmawiamy – skarciła go Ewelina.
- Ważne… ważne informacje z Inowrocławia – powiedział sapiąc ciężko.
- Mów – powiedział krótko Dziara.
Mężczyzna usiadł na jednym z krzeseł i złapał oddech. Czekaliśmy cierpliwie.
- Właśnie dostaliśmy trzy wiadomości z Inowrocławia. Tylko jedna jest dobra – powiedział.
- Zaczynaj – ponaglił go Dziara, wyładowując ciekawość zbierającą się we wszystkich zebranych w pomieszczeniu.
- Po pierwsze do Inowrocławia przybyli ludzie Bobra. Podobno udało się im zasiedlić Płock i przenoszą materiały i ludzi. Jutro wyjeżdżają z powrotem.
- Kto tam jest dokładnie? – zapytał Dziara.
- Pablord, Gigant, Dymitr i ta dziewczyna z Drugiego Posterunku – odpowiedział.
- Natalia? – podpowiedziała Ewelina.
- Tak. Ta ruda – przypomniał sobie -  Dwie kolejne są gorsze. Po pierwsze podobno stado zbliża się niebezpiecznie blisko Płocka. Przez Płońsk już przeszło, chyba bez ofiar, ale w Płocku może być inaczej. Przydałaby się tam pomoc – powiedział.
- Właśnie o tym rozmawiamy. A skoro i ci ze wschodu widzą problem to trzeba będzie zareagować – powiedział Dziara bardziej do siebie niż do Zera – A ostatnia wiadomość?
- Do Inowrocławia wróciła grupa budownicza – serce zabiło mi szybciej. Wypuściłem z płuc powietrze, całe szczęście niezauważalnie – Powiedzieli, że Ernest zaginął.
- Co?! – Dziara aż wstał słysząc to – Gdzie? Jak to się stało? – zapytał.
- Tutaj jest cały raport. Pewnie będziesz chciał tam kogoś wysłać żeby pomógł w poszukiwaniach – powiedział Zero wręczając raport Dziarze.
- Oczywiście. Jest członkiem Czerwonych Flar oraz moim przyjacielem. Przeżył już nie jedną taką przygodę… Na pewno się znajdzie, ale mu w tym pomożemy.
- To wszystko. Przygotować ludzi? – zapytał.
- Zbierz tylko pozostałe Flary i wyślij ich od razu w – przejechał wzrokiem po kartce którą dostał – to miejsce. Właściwie to Jonasz pojedziesz z nimi. A co z Karoliną? – zapytał.
- Zostaje na razie w Inowrocławiu, ale mogę po nią posłać – zaproponował chłopak.
- Nie ma takiej potrzeby. Po prostu zbierz Wiktorię, Agnieszkę i zajmijcie się tym. Ewelina i Michael będą mi niestety potrzebni – powiedział Dziara – A teraz idź już. Im szybciej zaczniecie szukać tym większa szansa na sukces.
                Zero wyszedł z Kwatery o wiele spokojniej, wraz z Jonaszem. Obserwowałem przez chwilę ich znikające za drzwiami sylwetki, po czym odwróciłem się ponownie do Dziary.
- Miałeś rację. Wybacz za sceptycyzm – powiedział.
- Nie mówmy już o tym. Ważne, że coś z tym robisz. Kiedy planujemy wyjechać? – zapytałem.
- Jutro z rana. Dzisiaj zbierzemy odpowiedni oddział, rozdam obowiązki, przekaże władzę… Rozumiesz, że takie pozostawienie obozu bez większości ludzi zdolnych do obrony to nic prostego.
- Rozumiem – powiedziałem.
- Dobrze. Ewelina zaprowadzi cię do jakiegoś mieszkanka na jedną noc. Jutro z rana widzimy się tutaj.
                Nie komentując już niczego ruszyłem w stronę wyjścia. Michael został z Dziarą, a Ewelina poszła za mną. Gdy tylko opuściliśmy budynek, a drzwi za nami się zamknęły, odezwała się:
- A nie mówiłam? – zapytała zadowolona z siebie.
- Hmm? – mruknąłem nie wiedząc dokładnie o co chodziło.
- Mówiłam, że się zmienił. Zgodził się na twój pomysł bez żadnego pokrycia twoich słów. Zaufanie bracie – wydukała szczęśliwym głosem.
- Tak, bez pokrycia. Nie licząc swojego człowieka, który powiedział mu o tym co przekazali z Inowrocławia – powiedziałem uśmiechając się paskudnie.
- Oj nie przesadzaj. Myślisz, że jak często dostaje takie zgłoszenia? Rzadko kiedy reagował, a teraz gdy usłyszał to z dwóch źródeł nie wahał się. Wyruszamy. Będziemy kompanami – uśmiechnęła się do mnie, klepiąc moje plecy.
- Nie ważne. Ważne, że się udało i będziemy mogli jakoś pomóc – powiedziałem.
- Dokładnie. To jest powód do świętowania. Może skoczymy do baru? Dzień ledwo się zaczął, ale w sumie jak mam cię „pilnować” to chyba mam się kręcić z tobą, prawda? Prawda. No nie daj się prosić! – ostatnie słowa wręcz wykrzyczała.
                Przez chwilę zastanawiałem się jak mógłbym tego uniknąć, ale ostatecznie wysiłek byłby zbyt duży, a napicie się w towarzystwie ładnej kobiety nie należało do czegoś złego. Przytaknąłem w końcu, co spotkało się z ogromnym entuzjazmem dziewczyny. Ruszyliśmy do baru, gdzie zamówiliśmy na dobry początek dzban piwa i usiedliśmy w kącie. Było póki co dosyć pusto, przy ladzie siedział jedynie łysy mężczyzna, który zajadał się czymś przypominającym makaron z fragmentami mięsa.
- Lubiłam tu przesiadywać i rozmawiać z Bobrem – wystrzeliła na początek rozmowy.
- Cóż, ja go nie miałem okazji dobrze poznać. Rozmawialiśmy może raz, czy dwa – stwierdziłem zgodnie z prawdą.
- To ciekawy człowiek. Znaczy z jednej strony ciekawy, a z drugiej zwyczajny i normalny. Ciężko to określić – powiedziała pociągając solidny łyk ze szklanki wypełnionej złocistym płynem.
- Dlaczego nie pojechałaś z nim? Do Płocka? – zapytałem.
Na jej twarzy pojawiło się coś na kształt smutku.
- W sumie teraz trochę żałuje. Co prawda nic straconego, mogę zawsze tam dojechać jak obóz zacznie już działać, ale ogólnie to sporo rzeczy trzyma mnie w tym obozie – przyznała.
- Na przykład? – sam nie wiedziałem dlaczego mnie to w ogóle interesuje, ale rozmowę trzeba było jakoś zacząć. Piwo było dobre, a towarzyszka ciekawa.
- Czerwone Flary. Ojciec. Miłość do ludzi – co wymienianą rzecz robiła krótką przerwę.
- Jest tu twój ojciec? – zapytałem zdziwiony.
- Tak. Pracuje na jednej z barykad, nie jest jeszcze taki stary. Udało mi się przetrwać z nim i paroma innymi ludźmi, no i jakoś się tu trzymam. A to miejsce jest naprawdę dobre. Pewnie najlepsze w promieniu wielu kilometrów – powiedziała.
- Nie sądzisz, że są większe obozy? Lepiej gotowe na atak i obronę? Albo generalnie grupy? – byłem ciekawy czy powie coś o Zszytych, dlatego tak właśnie ją pytałem.
- Raczej nie. Złomiarze mają sporo ludzi, ale nawet jak byli od nas lepsi, to teraz po ataku Zszytych są rozbici. No a sami Zszyci… sama nie wiem. Może jest ich więcej, ale czy oni mają jakiś swój obóz? Chyba nie. A to oznacza, że nie mogą nam naprawdę zagrozić, tak długo jak jesteśmy w miejscu takim jak to – powiedziała rozkładając ręce.

                Nawet nie wiedziała jak się myli. Z drugiej strony to ja mogłem się mylić. Nie chciałem już jednak poruszać tego tematu. Zająłem się rozmową. Piwo schodziło szybko i stwarzało miłe szumy w głowie. Po wypiciu dwóch dzbanów i spędzeniu paru godzin w barze poszliśmy z Eweliną do wyznaczonego przez Dziarę mieszkania. Nawet nie zauważyłem, kiedy wylądowaliśmy w jednym łóżku, a następnie sprawy potoczyły się szybko. Równie szybko jak mogło upaść to wszystko, gdy odezwie się Krawiec. Zatapiając się w kojącym uścisku Eweliny odrzuciłem te myśli. Nie było na nie teraz czasu.

środa, 8 marca 2017

Rozdział 16: Błędy

Rozdział 16, kolejny z perspektywy Bobra. Rozdział nieco w innych klimatach, na pewno pisało mi się go ciekawie i jest trochę inny od pozostałych. Ale to już pozostawiam Waszej ocenie, mam nadzieję, że się wam spodoba, a po przeczytaniu proszę o komentarz i rozesłanie bloga znajomym.

POV:
Bobru - Rozdział 16 - Dzień 6
Irek - Dzień 6 - Kieruje się w stronę Torunia
Zuza - Dzień 6 - Jest w Płocku

------------------------------------------------

Rozdział 16: Błędy (BOBRU)


                Obudziłem się nie otwierając oczu. Myśli przelatywały przez moją obolałą głowę szybciej niż rozpędzony Potwór. Wokół mnie panowała kojąca dla bólu cisza. Opcje były dwie – albo byłem martwy i tak wygląda życie po śmierci, albo Łowca wraz z resztą zdołali przenieść mnie do bezpiecznego miejsca. Odczuwanie bólu skłaniało mnie jednak do tej drugiej opcji. Musieli przenieść mnie do Płońska. Na pewno zajęli się mną ludzie Feline. Stado zombie i to wszystko było już tylko wspomnieniem. Leżałem jeszcze chwilę napawając się tym. Próbowałem bez otwierania oczu odgadnąć co jeszcze mnie bolało. Główny ból czułem w głowie i ręce. No nic, pomyślałem zrzucając zasłonę ciemności.
                Znajdowałem się we wnętrzu jakiegoś mieszkania. Wiedziałem dobrze, że baza Feline znajduje się w szpitalu. Przenieśli się tutaj po ataku stada, zapytałem sam siebie. To zdawało się całkiem możliwe. Tak samo jak to, że był to po prostu pierwszy lepszy budynek w mieście. Rozejrzałem się i nagle przeszło mnie naprawdę dziwne odczucie. Wydawało mi się, jakbym już tu kiedyś był. Zaciekawiony spojrzałem w lewo i w prawo. To pomieszczenie zdecydowanie już gdzieś widziałem. Zdziwiło mnie to nieco, w końcu w Płońsku nigdy nie byłem. Przewieziono mnie z powrotem do Torunia lub Inowrocławia? Chociaż nie kojarzyłem tam tego typu budynków, to było jedyne racjonalne wyjście. Zauważyłem, że nie mam u paska pistoletu, ale mój nóż był na miejscu.
                Wstałem ostrożnie i podszedłem do okna. To co tam zobaczyłem złamało mnie całkowicie. Nie były to jednak trupy, ocalali, czy cokolwiek w tym stylu. Za oknem ujrzałem coś co było znacznie gorsze. Znacznie dziwniejsze i na swój sposób przerażające. Jak, zadałem sobie krótkie pytanie. Zanim zdążyłem pomyśleć o tym co się stało lepiej, usłyszałem głosy. Odruchowo przycisnąłem się do ściany. Chociaż starałem się nie robić hałasów to nieco stuknąłem łokciem o ścianę ze strachu. Tym co mnie przestraszyło nie było nawet to co zobaczyłem za oknem. Było to lustro na ścianie. Sama obecność mojego odbicia nie była niczym dziwnym, jednak to jak ono wyglądało wzbudziło we mnie kolejną falę mdlącej niepewności. O co chodzi, zapytałem się w myślach, chociaż miałem ochotę to wykrzyczeć.
                Wyglądałem inaczej. Nie wiedziałem jak dokładnie ubrać to w słowa, ale po prostu mój wygląd był… mniej zużyty. Zostałem ogolony, a włosy wyglądały jakbym dopiero co wrócił od fryzjera. Czy spałem tak długo, że zdążyli mnie ostrzyc? Czy mogłem leżeć w śpiączce jak Pablord? Ile czasu minęło? Nie mogłem znaleźć odpowiedzi na te pytania, a w głowie ziała pustka. Fakt tego wszystkiego nie poprawiał sytuacji ani trochę.
                Musiałem jednak sprawdzić, kto tu ze mną jest. To co zobaczyłem za oknem i w lustrze było bardzo dziwne, ale mogłem znaleźć na to jakieś wytłumaczenie. Stało się i tyle, jest apokalipsa, dzieją się różne dziwne rzeczy. Jednak to co zobaczyłem wychylając się delikatnie zza rogu było gwoździem do trumny mojej psychiki. Przy stole siedziały trzy osoby, a czwarta nerwowo zerkała za okno. W pierwszej chwili liczyłem, że to po prostu Łowca, Krystek, Ika oraz ktoś z ludzi Feline. Nie byli to jednak oni. Co gorsza w większości, nie były to nawet osoby… żywe:
- Stary! Aleś nam stracha napędził! Myślałem, że zginiesz od tego upadku! – krzyknął Ernest.
Milczałem. Nie potrafiłem wydobyć z siebie dźwięku. Jeszcze gorsze było usłyszenie drugiej osoby.
- Cholera wyglądasz jak trup. To pewnie od tego upadku. Jak upadłeś szybko z Ernim podnieśliśmy ciebie i przetransportowaliśmy do pobliskiego bloku. Całe szczęście zero zombie. Było całkowicie czysto. Uprzedzając pytanie od twojego upadku minęły z dwie godziny – powiedział Bartek. Gokujin. Ten, którego śmierć oglądałem podczas ataku Łapy na obóz w Królowym Moście.
- Nie martw się – dodał po chwili Kiciuś, patrząc na mnie zmartwionym wzrokiem – Dzwoniłem do Eryczka. Wygląda na to, że zasięg nie padł jeszcze kompletnie. Ma być za jakąś godzinę w parku przy operze. Da sobie rade. Oprócz niego i Natalii idą również dwaj inni. Bartek i Damian. Pamiętasz? Te ziomki z działki.
Nieznajoma i Bochen obserwowali rozmowę w ciszy. Ich cisza była totalnym przeciwieństwem tego co działo się w mojej głowie. Nie wiedziałem jak zareagować. Nie mogłem jednak tyle milczeć. Cokolwiek to było wyszedłbym na dziwaka albo szaleńca.
- Super – odpowiedziałem słabym głosem.
- Wszystko w porządku Bobru? Wyglądasz naprawdę kiepsko. Jeszcze gorzej niż po upadku – powiedział Bochen.
- Tak… tak – odpowiedziałem ucinając temat i podchodząc do Erniego, który zerkał za okno. Wyglądał inaczej od tego Erniego, który był kierowcą Zbłąkanego Ocalałego. Nie miał blizny na policzku, nie był zarośnięty… Miałem ochotę krzyczeć. Zadać grad pytań. Moje serce pękało widząc żyjącego Goku, Nieznajomą i Bochena. Wizje ich śmierci miałem tuż przed oczami. Pamiętałem dobrze jak uciekałem ze sklepu i Nieznajoma została w nim złapana. Słyszałem smutną pieśń graną przez sznur przyczepiony do latarni i obciążony ciałem Bochena. Czy to co się teraz działo było snem? A może wszystko co przeżyłem to był tylko wytwór mojej wyobraźni? Czy takie coś było w ogóle możliwe?
                Póki nie mogłem dokładniej określić co jest prawdą, a co nie, postanowiłem dać się ponieść temu światu.  Szukałem jednak znaków, czegokolwiek co pozwoliłoby mi dowiedzieć się czy to sen, czy rzeczywistość. Jeżeli jednak był to sen, to niezwykle realistyczny. Czułem to co miałem pod ręką. Na dworze słychać było stłumiony dźwięk trupów.  Odetchnąłem głęboko. Podobnie jak ostatnio czekaliśmy dobre czterdzieści minut, aż w końcu postanowiliśmy zbierać się w stronę opery. Podczas wychodzenia z mieszkania, gdy Bochen zbiegł już na dół wraz z Goku i Nieznajomą, zatrzymałem na chwilę Erniego.
- Stary – chwyciłem go za ramię.
- Hmm? – odwrócił się zaskoczony.
- Muszę ci coś powiedzieć. Tylko nie śmiej się cholera – zacząłem.
Kiwnął głową.
- To wszystko. Ten dzień i wszystkie kolejne… Ja już je przeżyłem. Wiem jak to brzmi, ale pamiętam wszystko. Nie wiem co się ze mną dzieje i czy to co widzę jest prawdziwe. Boję się – głos zadrżał, gdy wypowiadałem ostatnie słowa. Erni spojrzał na mnie. Przez chwilę nie odzywał się jakby analizując wszystko co usłyszał. Zupełnie jak prawdziwy Kiciuś.
- Jesteś pewien? Mam na myśli… leżałeś te dwie godziny, może ci się to śniło? – zapytał.
- Nie! – krzyknąłem nieco za głośno i zbyt gwałtownie – Nie. Mówiliście dokładnie to samo co wtedy kiedy się obudziłem. Tylko, że to było pięć miesięcy temu. Stary nie wiem co się ze mną dzieje. To wszystko przez ten stres. Nie daje rady, a nikt nie jest mi w stanie pomóc tak jak bym tego potrzebował. Nie radzę sobie… - powiedziałem spokojnie.
- Stary musisz wziąć się w garść. Dokończ to co zacząłeś, a potem odpoczniemy i pogadamy. W Królowym Moście. Nie możesz teraz odejść – powiedział zmartwionym głosem przytulając mnie. Te przytulenie również było całkowicie realne. Poczułem samotną łzę spływającą po moim policzku. Czy ja oszalałem? Czy to wszystko to był sen? Przez moją głowę wyraźnie przelatywały obrazy. Łowca, Supraśl, Łapa, Toruń, ciało Natalii, Dziara, zabicie Wojtka, Ben na wózku inwalidzkim, Wielkie Spotkanie Ocalałych, Złomiarze, Zszyci. Zadrżałem. Czy wszystko o co walczyłem tak długo okazało się zwykłym snem?
                Erni poklepał mnie po plecach po czym dał znać żebym szedł za nim. Drżałem cały. Może to rzeczywiście był sen? Przypadkowo pokryło się to z pytaniami, które zadali mi po upadku pięć miesięcy temu, ale może teraz potoczy się to inaczej? Kiciuś widział, że wciąż się tym zamęczam. Spojrzał na mnie.
- Co teraz miało się stać według twojego snu? – zapytał.
- Spotkamy Eryczka, Natalie i ich znajomych. Ale nie będą sami. Będzie szła z nimi obstawa na czele z Cinkiem, Alexem i Goliatem – powiedziałem czując złość na samo wspomnienie o Alexie.
- Cinek? Alex? Goliat? Cholera oby to rzeczywiście był sen… - powiedział.
- Jeżeli jednak to okaże się rzeczywistością… Musimy ich uniknąć lub zabić. Jeżeli tego nie zrobimy to się rozdzielimy. Bochena zabiją i powieszą na latarni… Po prostu zajmijmy się Natalią i Twoim bratem – widziałem jakim wzrokiem patrzył na mnie Erni. Urwaliśmy jednak temat, bo dochodziliśmy już do wyjścia z bloku, gdzie czekała na nas reszta. Ruszyliśmy szybkim krokiem w stronę parku.
                Przechodząc przez jezdnię zabiliśmy parę trupów. Przebiegliśmy na drugą stronę jezdni, po czym zaczęliśmy się skradać. Erni obserwował mnie dokładnie, ale na twarzach reszty widziałem jedynie zaciekawienie i odrobinę strachu pomieszanego z ostrożnością.  Nie wiedziałem, czy będę miał drugą taką okazję, więc podszedłem do Goku. Miałem milion różnych pytań w głowie, ale zdecydowałem się na to najprostsze.
- Jak się trzymasz stary? – zapytałem.
- A dobrze ziomek. Znaczy dobrze jak na te czasy. Niezłe gówno się porobiło – powiedział. Jego głos był dla mnie jak nektar na wyschnięte gardło. Przed oczami wciąż widziałem jego twarz, kiedy czołgał się do mnie jako trup podczas ataku na obóz w Królowym Moście. Teraz jednak uśmiechał się i chociaż na jego twarzy widać było zmęczenie to dało się też poczuć charakterystyczną pozytywną energię – Ale przynajmniej nie wyszedłem na tym źle. Równie dobrze mogli mnie porobić w szkole, albo co gorsza trafiłbym na jakąś dziwną grupę. A tutaj znajdziemy spluwy i jesteśmy gotowi na wszystko. W końcu doświadczenie z gier się przyda.
                Gdy tak o tym mówił w ten sposób, moja grupa nagle przypomniała mi o grupie chłopaków, których znalazłem w Płocku. Nie różnili się tak bardzo od nas, tylko że, oni chowali się przed światem, a my go podbiliśmy. Dlatego to my zaatakowaliśmy ich obóz, a nie na odwrót. Zbliżaliśmy się już do opery. Od razu w oczy rzucił mi się radiowóz, przy którym widziałem śmierć dwóch policjantów. Okolica wydawała się czysta. Reszta też go zauważyła. Bochen już chciał biec w jego kierunku, ale zatrzymałem go. Zobaczmy co się stanie,  pomyślałem, po czym odezwałem się do reszty:
- Ja tam pójdę. Jakby coś się zaczęło dziać to zostańcie przy tych murkach i nie wychylajcie się nieważne co by się działo – powiedziałem.
- Jesteś pewien? – zapytał Erni, wyraźnie patrząc na mnie.
- Tak. Po prostu tu poczekajcie.
Nie czekając na dalszą odpowiedź ruszyłem do przodu. Biegłem szybko, wiedząc, że lada chwila na horyzoncie powinni pojawić się ludzie Alexa. Dopadłem do radiowozu i zauważyłem dwa trupy. Były jednak w takim stanie, że nawet nie wstawały. Zombie musiał zjeść w takim stopniu, że te nie mogły nawet powstać. Przeszukałem najszybciej jak umiałem kieszenie i kabury. Znalazłem dwa pistolety. Podobnie jak ostatnio w jednym były cztery naboje, a w drugim dwa. Zgarnąłem obie bronie i pędem ruszyłem w stronę murków, przy których zostawiłem resztę. Zauważyłem też, że w parku zaczęło się coś dziać.
                Już z daleko było jasne, że to ludzie Alexa. Cała banda patologicznie wyglądających chłopaków, którzy byli wyposażeni w rury, metalowe pręty i kije. Nie przejmując się na razie nimi podszedłem do swoich przyjaciół i podałem Erniemu pistolet. Miałem nadzieję, że pomoże mi w odpowiedniej chwili.
- Zachowujcie się spokojnie. Znamy z Ernim większość tych ludzi, nie będą mieli za dobrych zamiarów, ale po prostu się nie wychylajcie i nadążajcie za tym co mówię, ok? – poprosiłem resztę. Pokiwali głowami. Wstaliśmy. Grupa Alexa szybko nas otoczyła. O ile ostatnim razem byłem przerażony, to teraz kipiałem nienawiścią. Uspokajał mnie widok tylko dwóch osób. Cinek stał i uśmiechał się wesoło widząc mnie i Erniego. A tuż obok Alexa stała Natalia. Wizja jej ciała leżącego w kałuży krwi na ulicach Ostoi też nawiedzała mnie od czasu kiedy ją zobaczyłem. Chociaż miałem lepsze momenty i po paru epizodach starałem się o tym zapomnieć to uczucie wróciło ze zdwojoną siłą, kiedy Łapa przyznała się do zabójstwa. A teraz zobaczenie jej żywej było jeszcze gorsze. Nie zważając na Alexa i Goliata, którzy zaczęli coś mówić, podszedłem do niej i przytuliłem .Nie spodziewała się do końca aż takich uczuć, ale odwzajemniła przytulenie.
- Tęskniłem – wyszeptałem drżącym głosem. Spojrzała na mnie nieco dziwnie. Wiedziałem, że ona nie rozumiała mojego szczęścia. W końcu gdy spotkałem ją rzeczywiście pierwszego dnia apokalipsy to rozstaliśmy się w wcześniejsze wakacje w pokojowych warunkach i wciąż czasami ze sobą pisaliśmy. Teraz kiedy jednak widziałem ją martwą i miałem szansę raz jeszcze zobaczyć ją uśmiechniętą, poczuć jej ciepło to coś we mnie pękło.
                Sprawa z Łapą też nie dawała mi spokoju. Chociaż nie wyładowałem na niej złości i starałem się chować urazę wiedząc, że Płock był ważniejszym celem to nie wiedziałem co z nią zrobić. Czy dać jej kolejną szansę, czy raz na zawsze wyłączyć ją z mojego życia. Pewnie ludzie, którzy mnie otaczali i wiedzieli o tym co ona zrobiła, nie mieliby z tym problemu i kazaliby mi ją wygonić, albo zabić. Ale ja nie potrafiłem tak łatwo zapomnieć o tym wszystkim. Nie wiem nawet czy chciałem.
Się kurwa porobiło! – sapnął – To co lecimy dalej? Musimy znaleźć jakiegoś kałacha albo bazookę bo inaczej ni chuja z tymi martwiakami.
— Ale dużo nas, damy radę – powiedział ktoś z tłumu.
— Się wie –powiedział Alex, wciąż patrząc zdziwiony na to jak pewnie podszedłem do Natalii.
                Normalnie, w tej chwili Erni wychodził z propozycją pozwolenia nam odejść. Ale teraz nie powiedział nic. Przejąłem inicjatywę.
- To jaki jest plan? Cinek? Alex? Macie jakieś bronie oprócz tych kijków i rurek? – zapytałem uderzając na ambicję.
- Właściwie to jeszcze nie. Ledwo z ośki się pozbieraliśmy przy okazji spotykając Eryczka i resztę – powiedział Cinek wskazując na brata Kiciusia, Natalie i Bartka oraz Damiana, dwójkę z działki.
- Widzieliśmy po drodze z naszego liceum sklep. Może zbierzesz paru ludzi i Alex z Goliatem przejdą się tam, a ty zostaniesz tu z nami, popilnujemy tego palcu i powspominamy. Dawno się nie widzieliśmy – powiedziałem.
- Ja też bym został. Goliat poradzi sobie sam. Weźmie paru ziomków – wtrącił się Alex, najwidoczniej nie chcąc zostawić nas z samym Cinkiem i resztą. Jak zwykle pchał się tam gdzie nie trzeba.
- Jasne załatwię to – powiedział Goliat.
                Krótko po tym zaczął zbierać ludzi i ruszył według moich instrukcji do nieistniejącego sklepu z bronią. Na placu w krótce zrobiło się bardzo pusto. Zaczęło się też robić powoli ciemno.  Przy stole w parku zostali Bochen, Goku, Nieznajoma, Erni, Cinek, Alex i trzech jego kumpli. Postanowiłem trzymać się wcześniejszego planu i kiedy upewniłem się, że Goliat oddalił się już z naszego zasięgu wzroku zaproponowałem Alexowi pójście na zwiad.  Pamiętałem jak oszukał mnie ostatnim razem, atakując zdradziecko od tyłu. Pamiętam ile problemów to mi sprawiło. Co prawda dzięki temu wpadłem na Miczi i jej znajomych, ale to wciąż było do osiągnięcia. Odeszliśmy nieco od reszty i w mroku drzew szliśmy powoli. Słyszałem jak mój przeciwnik oddycha. Byłem pewien, że podobnie jak ostatnio zaatakuje mnie nagle.
                Usłyszałem tylko krótki dźwięk. Stary Bobru z pewnością nie zareagowałby na czas. Ale ja walczyłem już z takimi ludźmi. Pokonałem ich całe mnóstwo żeby dotrwać do momentu, w którym byłem teraz. Odwróciłem się, a pistolet pojawił się w mojej dłoni szybciej niż kiedykolwiek. Strzał rozszedł się echem po okolicy. Alex upadł z dziurą w głowie. Nie miałem żadnych wątpliwości, że spudłowałem. Ruszyłem w stronę stolików. I wtedy odetchnąłem z ulgą. Chociaż to co działo się na moich oczach było straszne, w końcu znalazłem znak, który mi dokładnie pokazał co się ze mną dzieje. Las rozjaśnił się, a ja stałem na podwórzu Królowego Mostu. Odetchnąłem z ulgą. To sen, pomyślałem. Dawno nie poczułem takiej ulgi. Wystarczyło się obudzić. Czy powinienem spróbować się zabić? Czy w ten sposób ucieknę z tego „świata”?
                Chociaż w całym obozie wydawało się nikogo nie być, usłyszałem krok za sobą. Odwróciłem się. Stał za mną Sołtys. Zobaczenie tej pociesznej, starej twarzy było naprawdę radosne. Podszedł do mnie powoli i spojrzał ostrożnie.
- Co ty tu robisz? – zapytał.
- Próbuje stąd wyjść – powiedziałem zgodnie z prawdą.
Jego twarz jakby złagodniała.
 - Czyli zdajesz sobie sprawę z tego, że to sen? – zapytał zaciekawiony.
- Zdaję. I chcę się obudzić. Zobaczyłem dużo osób, których już przy mnie nie ma. Chcę ochronić tych, którzy przy mnie są. Przykro mi, że nie udało mi się uratować ciebie – powiedziałem zasmucony.
- Ludzie giną i nic na to nie poradzisz. Ani ty, ani nikt. Pamiętaj o martwych i uważaj na żywych chłopcze…
- Przydałbyś mi się. Gdyby nie ty nie zajechałbym tak daleko – powiedziałem.
- Na każdego przychodzi czas, niestety. Ja byłem już stary. Nie szkoda odejść w takim wieku…
- Każde życie się liczy. Każde życie. Niektóre po prostu same proszą się o odebranie. Ale zmieniłem się od czasów Królowego Mostu. Sporo przeszliśmy. Straciliśmy, ale też zyskaliśmy – dawno nie mogłem wygadać się tak swobodnie jak do wizji Sołtysa w mojej głowie.
- Wystarczy już tego – odezwał się kolejny głos w mojej głowie. Odwróciłem się i sceneria znowu się zmieniła. Stałem pośrodku drogi, której nie znałem, a przynajmniej nie kojarzyłem. Przede mną stała Magda z łukiem. Celowała w moją stronę – Wiesz co, żeby ktoś narzekał jak baba, co z ciebie za dowódca – powiedziała. Chociaż mówiła to poważnym głosem to wiedziałem, że żartowała.
- Czym właściwie jest to co się dzieje? – zaciekawiłem się, czy odnajdę odpowiedź we własnej głowie.
- Snem – odpowiedziała krótko po czym wypuściła strzałę. Ta leciała dosyć wolno. Nienaturalnie wolno. Cały świat zaczął się trząść. Poczułem ból w plecach. Zanim pocisk doleciał do mnie otworzyłem oczy w prawdziwym świecie. Wystraszony, próbowałem się wyrwać. Trzymano mnie jednak mocno.
- Ej spokój! – krzyknął ktoś tuż przy moim uchu. To był Łowca. Ulżyło mi. Chociaż wróciłem do piekła, to było ono przynajmniej realne. Postawił mnie na ziemi. Krystek patrzył na mnie z ulgą w oczach. Podobnie Ika. Staliśmy na ulicy. Po obu stronach znajdowały się trzypiętrowe bloki mieszkalne.  Gdzie-nie-gdzie walały się trupy. Żywe dopiero szły w naszą stronę, najprawdopodobniej naszym śladem. Same budynki wyglądały kiepsko. Łowca podał mi karabin.
- Jak dasz radę stać to trzymaj – powiedział. Wziąłem broń w ręce. Był to ten sam karabin, którym strzelałem przez okno Potwora. Wspomnienia ze snu powoli zaczynały się rozwijać, chociaż były zdecydowanie ciekawym przeżyciem. Każdy kolejny krzyk zombie, sprawiał jednak, że ta wizja zdawała się coraz bardziej odległa.
- Ale cię wyjebało za okno… myśleliśmy, że po tobie stary – powiedział Krystek.
- Sza! Nie ma czasu na gadanie musimy wleźć do któregoś budynku bo inaczej po nas – wtrącił Łowca idąc na przód. Szliśmy za nim.  Zobaczyłem na jego plecach karabin snajperski.
- Gdzie jest Potwór? – zapytałem.
- Został na polu. Jakimś jebanym cudem strzeliła opona. Osobiście myślę, że ktoś nas zaatakował. Takie opony nie pękają ot tak sobie – powiedział ze złością.
- A jesteśmy w mieścinie przy Płońsku. Resztę drogi musimy pokonać na piechotę – dodała Ika.
                Przeszliśmy przez uliczkę i w końcu znaleźliśmy miejsce, do zrobienia postoju. Wciąż byłem obolały po upadku, ale podobnie jak po spadku w Białymstoku, nic nie złamałem, co było ogromnym szczęściem. Budynek, do którego weszliśmy był czymś w stylu baru połączonego z księgarnią. Bez problemu dobiliśmy trupa, który jęczał i wyciągał powykręcane ręce w naszym kierunku. Musiał tu być już jakiś czas, bo po wbiciu mu noża w głowę upadł i w paru miejscach pękł, wylewając ohydną maź na spory kawałek podłogi. Usiadłem spokojnie przy jednym ze stołów, Krystek zasunął zamek w drzwiach, a Ika i Łowca szybko przeszukali zaplecze przynosząc po chwili parę butelek piwa oraz zapas ciastek.
- Na pewno wszystko w porządku? – zapytał Łowca.
- Jasne. To był mały szok, ale uratowaliście mnie. Nie wiem jak to zrobiliście w tym całym zamieszaniu, ale jak wylatywałem przez tą szybę to myślałem, ze to koniec – powiedziałem.
- Jak ja odzyskam Potwora? – zadał pytanie mężczyzna, bardziej do siebie niż do nas.
- Jak dojdziemy do Płońska to poprosimy Feline o pomoc. Na pewno coś się wykombinuje – pocieszyłem go.
- Tylko czy z Płońska coś zostało. Jak przeszło przez nie stado to nie wróżę nic dobrego – zauważył Krystek.
- Jak nie spróbujemy to nie zobaczymy. Swoją drogą, dojdziemy stąd prosto do Płońska? – zapytałem.
- Zaraz sprawdzę którędy – dała znać Ika wyciągając mapę, którą zapewne wzięła z tira – Tak. Mamy tam na oko jakieś pięć kilometrów, więc bez większego problemu. A stado ruszyło dalej, te niedobitki – wskazały zombie, które po tym jak zgubiły nasz trop wałęsały się w dalszej części ulicy – też zaraz się znudzą. Jak trochę się to uspokoi powinniśmy iść – zaproponowała.
- Zgadzam się – powiedziałem, po czym wziąłem łyk piwa. Było stare i miało dziwny posmak. Nie pozostało nam jednak nic innego jak picie go i czekanie.

poniedziałek, 27 lutego 2017

Rozdział 15: Złudzenie

Rozdział 15, kolejny z perspektywy Zuzy. Po ostatnich wydarzeniach nadeszła chwila spokoju. W tym rozdziale będzie sporo przemyśleń, obserwacji, a zakończymy go czymś dosyć niespodziewanym. Zapraszam Was do czytania i po przeczytaniu proszę o zostawienia komentarza z opinią.

POV:
Zuza - Rozdział 15 - Dzień 6
Bobru - Dzień 6 - Jedzie w stronę Płońska
Irek - Dzień 6 - Łapie Erniego i kieruje się w stronę Torunia

-------------------------------------------------

Rozdział 15: Złudzenie (ZUZA)


                Kubek z kawą parował tego zimnego poranka. Siedziałam na stołku i obserwowałam spokojnie panoramę miasta. Znajdowałam się teraz na dachu kościoła, gdzie był nieduży taras, który prowadził bezpośrednio do wieży kościelnej z dzwonem. Było nieco ciasno, ale od razu spodobało mi się to miejsce. Cisza i spokój. Dodatkowo miałam stąd doskonały widok na bramę główną, a przy odwróceniu się w lewo mogłam zobaczyć tylne wejście na wzgórze. O ścianę obok mnie stała oparta wiatrówka. Chociaż wspominałam Józefowi, który mnie tu wysłał, że nie umiem z tego strzelać, powiedział, żebym po prostu spróbowała i przede wszystkim kontrolowała okolicę i dała znać, jak zauważę jakiś ruch. Nie zauważyłam jednak, żeby w mieście działo się coś szczególnego. Co jakiś czas zerkałam lornetką i obserwowałam odległe ulicę, po których szwendały się trupy.
                Wczorajszy dzień był dosyć ciężki. Nie dość, że zostaliśmy w tym obozie w naprawdę niedużej grupie, to dodatkowo zginęła Anna. Jej napastnik był jednym z Zszytych, o których już tyle słyszałam. Józef zdołał go ogłuszyć i po wybiciu całej grupy, która podeszła pod bramę byliśmy pewni, że był jedynym ze swojej grupy, który wszedł na nasz teren. Później sprawdziliśmy jeszcze raz wszystkie zakątki i nie było już żadnych wątpliwości. Z tego co widziałam sam mężczyzna, został zabrany do środka kościoła i zamknięty w jednym z nieużywanych pomieszczeń. Łapa osobiście zajęła się jego przesłuchaniem. Z tego mówił mi Józef, mężczyzna był członkiem grupy Zszytych, ale nie miał zamiaru atakować nas. Chodziło mu jedynie o Annę.
                Nie rozumiałam tego kompletnie. Czym ta kobieta mogła zawinić grupie Zszytych? Chciałam zapytać o to Sarę, ale ciężko się z nią rozmawiało. Gdy wczorajszego wieczora zmieniałam jej opatrunek, ta nie odzywała się do mnie. Patrzyła przed siebie nieobecnym wzrokiem i średnio reagowała na moje próby rozmowy. Niełatwo było widzieć osobę, która na co dzień promieniała energią, żartowała i uśmiechała się pomimo sytuacji, w której się znalazła, tak rozłamaną i zniszczoną. Obiecała mi jednak, że kiedyś mi opowie o co chodziło. Byłam szczerze zaciekawiona.
                Patrząc przed siebie myślałam też o przyszłości. Mój mąż, który zostawił mnie jakiś czas temu zupełnie samą i przerażoną wciąż nawiedzał moją głowę. Nie słyszałam teraz jednak już typowego dla niego „Musimy iść dalej”. Teraz pojawiał się w moich myślach w formie wspomnień tych najlepszych chwil. Czy to mogło oznaczać, że jest w odpowiednim miejscu i nie powinnam się już niczym martwić? Tak sobie przynajmniej próbowałam wmawiać.
                Wiatr zawiał mocniej, kiedy zauważyłam na moście, na którym stałam jeszcze niedawno u boku Anny i Sary, ruch. Zaciekawiona odstawiłam kubek kawy na bok i chwyciłam za lornetkę przewieszoną przez szyję. Przycisnęłam urządzenie do twarzy i ustawiłam odpowiednią ostrość. Chociaż do mostu dzieliło mnie parę kilometrów to widziałam całkiem wyraźnie co się na nim działo. Mężczyzna ubrany w szarą kurtkę, plecak i wełnianą czapkę biegł po moście w stronę naszej części miasta. Miał w ręce coś co wyglądało na dzidę. Wybiegał akurat na takie tereny, które z tej pozycji były widoczne, a że nie widziałam nikogo oprócz niego pomyślałam, że nie ma sensu schodzić i zgłaszać tego reszcie.
                Mężczyzna odwracał się co chwilę jakby się czegoś bał. Nie widziałam jednak żeby ktoś go gonił. Spory kawałek za nim podążało parę trupów, ale nie wydawały się one być dla niego większym zagrożeniem. Te przed nim wydawały się być o wiele większym niebezpieczeństwem. Zauważył je jednak w porę. Podszedł do nich i dźgnął z rozmachem pierwszego z nich. Głowa trupa wydawała się rozpaść na pół, ale z tej odległości ciężko było to określić. Drugi z zombie próbował złapać podróżnika, ale ten popchnął go barkiem, a następnie ciął na odlew. Kolejne szwendacze padały w podobnym stylu, z porozrywanymi głowami.
                Po rozprawieniu się z nimi nieznajomy skręcił w uliczkę obok. Zniknął na chwilę za budynkiem piętrowego sklepu, ale po chwili zobaczyłam go na dalszym fragmencie ulicy. To było na swój sposób przerażające, jak nic nie spodziewający się człowiek nie miał najmniejszego pojęcia, że śledzę każdy jego ruch. To dawało mi dziwne poczucie władzy nad jego życiem, chociaż wiedziałam, że realnie jedyną osobą, która mogła go zabić z tej odległości był dziwaczny, jednooki snajper, który kierował Potworem. To, że osoba, która miała tylko jedno oko strzelała najlepiej ze wszystkich było dla mnie niezrozumiałe.
                Wzięłam łyk kawy i obserwowałam dalej, jak mężczyzna zbliża się do ulicy, na której zebrało się trochę trupów. Musiały one być niedobitkami z ostatniej partii, która zebrała się w okolicy, po tym jak Bobru i cała reszta wyjechali do Płońska i Inowrocławia. Tajemniczy ocalały też ich zauważył. Zatrzymał się i przykucnął przy murku obok budynku poczty. Przez chwilę grzebał w plecaku, ale po chwili zrezygnowany założył go z powrotem na plecy. Zastanawiałam się jak rozegra tą sytuację. Przez dobre dwie minuty czekał rozglądając się i szukając jakiegoś wyjścia. W końcu wstał i zaczął biec w stronę jednego z budynków. Chcesz wejść do środka?, zapytałam sama siebie. Przeżywałam tą akcję, jakbym sama była jej uczestnikiem.
                Mężczyzna ponownie zniknął mi z oczu. Jeżeli wszedł do budynku to nie miałam szansy już go zobaczyć, dopóki go nie opuści. Patrzyłam jeszcze przez chwilę, ale w końcu zawiedziona odłożyłam lornetkę. Całe szczęście dalej śledziłam wzrokiem okolicę i gdy po chwili przybliżyłam urządzenie ponownie do twarzy zobaczyłam, że ocalały wdrapał się na dach. Budynki w Płocku były tak ułożone, że sprawna fizycznie osoba nie mogła mieć większych problemów z poruszaniem się po dachach. On był jedną z tych osób. Z dzidą przewieszoną przez plecy szybkim tempem wyminął całą ulicę. Nabrałam głośno powietrza do ust, kiedy zobaczyłam, jak mężczyzna podchodzi do krawędzi dachu i płynnym ruchem łapie się rynny i zjeżdża po niej na dół. Całe szczęście udało mu się to bez większych problemów.
                Jego droga nie kończyła się jednak na zejściu. Znalazł się ponownie na ziemi i szybkim tempem ruszył dalej. Z racji iż coraz bardziej zbliżał się w naszą stronę musiałam zmienić znowu ostrość, żeby lepiej go widzieć. Dzięki temu też, mogłam mu się lepiej przyjrzeć. Teraz zdecydowanie zauważyłam, że ma ładnie przystrzyżoną brodę, a sama jego twarz mówiła mi, że musiał być w moim wieku. Zbliżał się jednak niebezpiecznie do obozu, więc chcąc nie chcąc odłożyłam lornetkę na bok i dopijając kawę wrzuciłam kubek do plecaka, który trzymałam przy sobie, odsunęłam stołek i biorąc wiatrówkę skierowałam się do wyjścia. Zbiegłam gładko po schodach, dając nodze trochę ruchu. Wciąż czułam tępy ból związany z poharatanymi mięśniami, ale im więcej się poruszałam walcząc z nim tym lepiej mi się chodziło.
 Zamknęłam za sobą drzwi i wylądowałam na górnym piętrze wnętrza kościoła. W budynku panował teraz spokój. Grupa Emila dyskutowała o czymś żywo przy ławach jedząc paluszki solone. Z grupy Bobra widziałam tylko jednorękiego chłopaka, który czytał coś na uboczu. Reszta musiała być zajęta czymś innym w pozostałych częściach kościoła. Zeszłam z drewnianego piętra i ruszyłam w stronę chłopaków. Gdy mnie zauważyli zamilkli i zaczęli nerwowo się ruszać.
- Hej, wiecie gdzie jest Łapa, albo Józef? – zapytałam.
- Nie wiemy – odpowiedział jeden z nich. Cała szóstka patrzyła na mnie jakbym była ich wrogiem i chciała im coś zrobić. Pomyślałam, że nie ma sensu próbować z nimi rozmawiać bo i tak była mała szansa na to, że czegoś się dowiem. Ruszyłam dalej. Niedaleko miejsca w którym spaliśmy leżała Sara. Spała. Nie chciałam jej budzić. Zrezygnowana postanowiłam, że zapytam się chłopaka bez ręki, chociaż wiedziałam, że rozmowa z nim zazwyczaj kończyła się długim monologiem z jego strony, którego osoba tak mało asertywna jak ja nie będzie umiała uniknąć.
                Chłopak nawet nie podniósł głowy jak do niego podeszłam. Zaskoczyło mnie to biorąc pod uwagę, że to mógł być jeden z tutejszych, którzy chcieliby odzyskać władzę nad tym miejscem. Stanęłam i chrząknęłam znacząco. Niestety to również nie dało skutku.
- Przepraszam? – zagadałam oficjalnie, wiedząc, że nie znam go za dobrze i nie wiedząc na ile mogę sobie pozwolić.
- Nie ma za co – odpowiedział doczytując coś, po czym podniósł na mnie głowę. Przyjrzał mi się uważnie, jakby zobaczył mnie po raz pierwszy. Po chwili jednak na jego twarzy pojawił się delikatny uśmiech – Ach to ty.
Nie byłam pewna jak to zinterpretować. Postanowiłam tylko zadać pytanie ograniczając rozmowę do minimum.
- Wiesz może gdzie jest Łapa? Albo chociaż ksiądz?
- A wiesz kręcą się gdzieś tutaj – odpowiedział. W tym momencie rozmowa powinna się skończyć, ale nie minęło pół sekundy zanim ponownie usłyszałam jego głos – Wiesz właściwie jak masz coś ważnego możesz mi powiedzieć. Jestem w grupie Bobra jak pozostali. Łapa to straszna osoba, jak jest w złym humorze to jest jeszcze gorzej. A Józef to dziwny człowiek niby ksiądz, ale zabija – zaśmiał się cicho pod nosem jakby właśnie ktoś opowiedział wybitny żart – Ale wiem gdzie się podziewa nasz stary, poczciwy Medyk! Ale w sumie jak go nie szukasz to chyba ci to nie pomoże co? Kurde parda czytam teraz super książkę. Wiesz? Opowiada o historii tego miejsca, znalazłem na zapleczu. Ogólnie dziwnie mieszka się w kościele. Jak mamy poczuć jakąś prywatność? Żyjemy jak w jakiejś ogromnej hali. Ktoś chce sobie coś porobić i figa, nie może. A jak…
- Zamknij się w końcu – krzyknął ktoś zza moich pleców. To była ona. Łapa szła w moim kierunku pewnym krokiem. Krótko ostrzyżone, czarne włosy poruszały się żywo przy każdym jej dostojnym kroku. Była ubrana na czarno. Chyba mimowolnie otworzyłam usta, bo gdy na mnie spojrzała powiedziała:
- A ty zamknij buźkę bo ci coś wleci. Czemu nie jesteś na wieży? – zapytała.
- Właśnie o tym… - zaczęłam.
- Czekaj, powiesz mi po drodze – powiedziała mijając mnie i idąc w stronę wyjścia na zewnątrz – A ty czytaj sobie – rzuciła na odchodne do chłopaka.
                Ruszyłam za nią w stronę wyjścia. Czułam pewien stres, który nie pozwolił mi do końca normalnie funkcjonować. Czułam, że stawiam niepewne kroki. Teraz jak już znałam tę grupę, to wiedziałam, że tamta rozmowa była pomiędzy Pablordem, przyjacielem Bobra, a Łapą, którą też prawdopodobnie łączyła jakaś bliższa relacja z nim. Bobru co prawda nie wyglądał na wrak człowieka, tak jak ujęli to w tamtej rozmowie, ale być może po prostu dobrze to ukrywał. Wyszłyśmy na zewnątrz.
- Dobra co to było? – zapytała.
Pytanie padło tak nagle, że przez chwilę nie wiedziałam o co chodzi. Szybko jednak się ogarnęłam.
- Widziałam ocalałego w mieście. Szedł w naszą stronę i zgubiłam go z oczu. Wyglądał na całkiem niebezpiecznego – powiedziałam stanowczym tonem, który musiał brzmieć komicznie, biorąc pod uwagę to, że głos mi załamywał.
- Czemu niebezpiecznego?
- Miał jakąś dzidę, którą machał naprawdę sprawnie. No i skakał po dachach i zjeżdżał po rynnach jak jakiś kot.
- Hmm z tymi śmiesznymi murami to rzeczywiście może być problem – powiedziała nie zatrzymując się i wciąż idąc w stronę bramy – Jesteś pewna, że to nie był nikt z naszych? Józef gdzieś polazł, a on też jest całkiem sprawny jak na klechę w średnim wieku.
- Nie… nie to na pewno nie był nikt z tego obozu.
- Dobra, będę miała to na uwadze. Możesz wracać na wieżę – powiedziała i chociaż wiedziałam, że informacje przyjęła to wciąż miałam wrażenie jakby kompletnie mnie nie słuchała.
                Nie wiem co we mnie wstąpiło, ale zapytałam:
- A ty gdzieś idziesz?
Tym razem widocznie drgnęła. Nie spodziewała się ode mnie takiego pytania.
- Nie. Ani myślę. Sporo czasu spędziłam w dziczy, czas się ustatkować jak na kobietę przystało. Zmienić się – powiedziała obracając sytuację w żart, chociaż wiedziałam, że coś jest na rzeczy. Bałam się jednak kontynuować rozmowę. Znowu odezwała się ona – A wyszłam bo chcę się przewietrzyć i sprawdzić bramę. No i trochę pomyśleć w samotności – te ostatnie słowo zaakcentowała tak wyraźnie, że gdyby moje następne pytanie mogło uratować świat to bałabym się je zadać. Kiwnęłam głową, chociaż na mnie nie patrzyła i w ciszy zaczęłam wracać do budynku.
                Resztę dnia spędziłam głównie na obserwacji miasta z wieży i odpoczynku. Obserwowałam z góry jak Józef pracuje na dole przenosząc ostatnie ciała i zrzucając je z tarasu widokowego. Tajemniczego ocalałego już nie widziałam. Jedynie przez miasto przejechał raz samochód, ale nie zatrzymywał się nawet na chwilę, więc nie uznałam tego za istotne. Gdy zaczęło się robić ciemno i chłodno zeszłam na dół zabierając swoje rzeczy.
                Na dole było znacznie żywiej niż ostatnio. Byli tu chyba wszyscy, którzy pozostali w obozie. Łapa rozmawiała o czymś z Józefem, a Medyk oraz Mpd siedzieli osobno w różnych częściach kościoła. Sara wciąż leżała na posłaniu, a chłopacy grali w karty robiąc przy tym sporo hałasu, który odbijał się echem od ścian. Nie chcąc dołączać się do ogólnego hałasu usiadłam na boku i sięgnęłam do plecaka. Szukałam oczywiście pamiętnika, którego nie czytałam jeszcze w tym miejscu. Teraz kiedy wiedziałam jak jest połączony z otaczającymi mnie ludźmi wierzyłam, że znajdę coś co pomoże grupie w walce z Zszytymi albo unikaniem ich.
26 styczeń 2015 – dzień 74
Zbliżyliśmy się do jednej z grup jadących na wschód. Moi ludzie kontrolowali mniej więcej dwie pozostałe, ale to właśnie ta ciekawiła mnie najbardziej. Jadący nią ludzie poruszali się przy pomocy ogromnego samochodu ciężarowego.
                Oczy rozszerzyły mi się szeroko. Musiało chodzić o Potwora. Byłam coraz bardziej ciekaw jak ta sytuacja wyglądała z oczu Bobra, ale wiedziałam, że znajdę jeszcze chwilę, żeby się dowiedzieć od niego samego, albo kogoś w obozie.
Nie jesteśmy pewni ile osób jest wewnątrz pojazdu, ale ładownia jest na tyle duża, że spodziewamy się nawet dziesięciu. Pozostałe grupy są nieznacznie mniejsze. Podejrzewamy, że przybyli z któregoś wschodniego miasta, nie jestem jednak pewny z którego. Strzelaliśmy pomiędzy Białymstokiem i okolicami, a Augustowem. Nie znam jednak też przyczyny ich migracji do centrum kraju. Jesteśmy jeszcze całkowicie niewykryci w okolicach. Wiemy też o każdym ważniejszym ruchu tutejszych obozów. Ani Toruń, ani jego posterunki, ani Inowrocław nie wysyłały nikogo na wschód. To nie mogła być rekrutacja. Muszę przyjrzeć się temu nieco lepiej. Najlepiej gdybym mógł złapać kogoś z Torunia, albo samej grupy i go dobrze przesłuchać. O ile oczywiście już tam dotrą. Autobus z Torunia, nazywany potocznie Zbłąkanym Ocalałym zabrał dziewczynę i wszystko wyglądało na to, że to ona jako pierwsza dotrze na miejsce. Na pokładzie moi ludzie widzieli też dwójkę Czerwonych Flar. Coś musi być na rzeczy.
27 styczeń 2015 – dzień 76
Po dwóch dniach obserwacji wracam do domu. Moi ludzie będą dalej śledzili ciężarówkę. Pozostałe dwa odłamy grupy dostały się już do terenów zajmowanych przez Toruńską Ostoję. Autobus z ocalałą ze wschodu dotarł do samego miasta, a druga grupa, wraz z małą grupką żołnierzy, dostała się do Czwartego Posterunku. Pozostał tylko tir. Jeden z moich ludzi powiedział mi, że podsłuchał rozmowę tych ludzi, gdy zrobili sobie postój na drodze. Nie dowiedział się niczego konkretnego, ale to co było pewne, to to, że przewijała się ksywka „Bobru”.
Natłok informacji sprawił, że aż mnie zatkało.  Czytałam z ogromną ciekawością każde kolejne zdanie.
Będę próbował dowiedzieć się więcej o tej grupie. Wyglądali na takich, którzy radzą sobie z nowym porządkiem świata. Nie będzie to dobre jeżeli zasilą siły Torunia. Czas jednak wracać do badań.
                Po przeczytaniu ostatniego zdania w tym wpisie odłożyłam dziennik z powrotem do plecaka. Naprawdę dziwnie było poznawać historię grupy, w której byłam z jakiejś książki. Czułam się niepewnie. Rozejrzałam się raz jeszcze po kościele i widząc, że każdy dalej jest zajęty sobą położyłam się niedaleko Sary i krótko po tym zasnęłam.
                Następny dzień nie zapowiadał niczego przełomowego. Po zjedzeniu śniadania i krótkiej rozmowie z Sarą przy zmianie opatrunku, ruszyłam znowu na swój posterunek. Zastanawiałam się, czy zauważę gdzieś tajemniczego mężczyznę, ale pomimo tego, że siedziałam tam pół dnia to nie widziałam żadnego szczególnego ruchu w mieście. Raz poruszało się coś na obrzeżach, ale ktokolwiek to był nie zbliżał się nawet w zasięg mojej lornetki. Miałam sporo szczęścia, że było ciepło, bo siedzenie parę godzin na wieży mogło być dosyć nieprzyjemne w chłodzie.
                Gdy wieczorem schodziłam już na dobre z mojego posterunku, zauważyłam od razu, ze coś jest nie tak. Po kościele niosły się podniesione głosy i krzyki. Chwytając za wiatrówkę ruszyłam powoli schodkami w dół.
- Idźcie do zbrojowni! Przynieście broń. My popilnujemy ich tutaj – powiedział głos, który musiał należeć do jednego z okolicznych chłopaków.
- Pożałujesz tego dnia dzieciaku – usłyszałam głos Łapy. Byłam na drewnianym podwyższeniu kościoła. Panował tu mrok, więc bez większych obaw wychyliłam lekko głowę i zobaczyłam, że na środku sali kościelnej stał Mpd, Józef, Medyk, Młoda i Łapa. Otoczeni oni byli trójką byłych właścicieli tego miejsca. Kolejna dwójka szła w stronę zaplecza, do wcześniej wspomnianej zbrojowni. Bunt, pomyślałam przełykając ślinę. Serce zabiło mi nieco szybciej. Zauważyłam, że na podłodze, pomiędzy ludźmi Bobra, leżała jakaś osoba. Po chwili poznałam ją. To był Emil, dowódca tutejszej grupy. Czy on nie żyje? Dlaczego tak leży, takie pytania przeleciały moje myśli.
- Zamknij mordę. Bo pieprzysz. To miejsce jest nasze, dziwi mnie, że ten frajer – tutaj wyraźnie wskazał na leżącego kolegę – chciał was bronić. Jesteście zwykłymi bandytami. I spróbujcie coś zrobić, a strzelę – Teraz w jego ręce zauważyłam pistolet. Trzymał go w dziwny sposób, ale nie było wątpliwości, że potrafił z niego strzelać. Jego dwaj przyjaciele trzymali w rękach strzelby.
- Rzuć tą broń, a może zapomnę o tym śmiesznym incydencie – nie dawała za wygraną Łapa. Chociaż widać było, że nie jest uzbrojona, to zachowywała się jakby miała gotowy arsenał, który w każdej chwili mógł zniszczyć napastników. Była bardzo pewna siebie.
- Zamknij się! Chyba, że mam poprosić twoją małą siostrzyczkę – wyszczerzył zęby w stronę Młodej.
- Tylko spróbuj skurwielu – ostrzegła go.
                W tym momencie jeden z kolegów rozmówcy podszedł do niego i szepnął coś na ucho.
- To prawda. Nie mamy co z wami zrobić, będziemy musieli was zabić, tak będzie najbezpieczniej – powiedział po chwili – Reszta waszych ludzi nie będzie miała do czego wracać. O ile w ogóle wróci – zaśmiał się.
- Od kogo zaczniemy? – zapytał jego kolega.
- Od niego. On i tak już długo nie pociągnie na tym świecie – wskazał Medyka.
- Powiedziałbym coś o pociąganiu, ale nie zrozumiesz chłopcze – odgryzł się mężczyzna.
Gdy jeden z chłopaków wziął Medyka za kołnierz i dosyć brutalnie sprowadził na kolana sięgnęłam po wiatrówkę. Opierając ją o drewnianą balustradę wycelowałam. Mój cel ledwo się ruszał. Nie wiedziałam jednak co się stanie jak strzelę. Czy pozostali spanikują i uciekną? Może zaczną wszystkich zabijać? A może Łapa i reszta przejmie inicjatywę? Spojrzałam w lunetę i czas jakby się zatrzymał. Chłopak po poprawieniu pistoletu w dłoni wycelował w głowę klęczącego Medyka i przymierzał się do strzału. Łapa patrzyła na wszystko z niemą nienawiścią, będąc na muszce strzelby trzymanej przez drugiego chłopaka. Mpd stał najbardziej przerażony ze wszystkich, sparaliżowany strachem. Józef i Młoda po prostu patrzyli. Teraz zdałam sobie sprawę, że wśród wszystkich nie ma Sary. Nie było teraz jednak czasu na szukanie jej wzrokiem.
                Palec, który trzymałam na spuście był tak spięty, że nie byłam pewna, czy mogę go w jakikolwiek sposób zgiąć. Jednak musiałam. Musiałam zabijać aby przetrwać. Musiałam zabijać dla tych ludzi. Musiałam zabijać dla… przyjaciół? Mój palec zaczął delikatnie naciskać na spust. Celownik był prosto na głowie chłopaka. Czas nagle przyspieszył. Nie zdążyłam zareagować. Padł strzał, który odbił się echem od ścian. Nie wiem dlaczego, ale zamknęłam w tym momencie oczy. Otworzyłam je chwilę później i zobaczyłam, że chłopak trzymający pistolet leży na ziemi kawałek dalej. Co prawda trafił Medyka, ale jedynie w ramię. Na środku stał mężczyzna z bronią przypominającą włócznię. Po przewróceniu chłopaka rzucił nią prosto w klatkę piersiową mężczyzny stojącego za Łapą. Trafił z niezwykłą precyzją. Łapa wykorzystując to złapała strzelbę, która wypadała mu z rąk i zabiła trzeciego chłopaka. Ten odleciał kawałek do tyłu i upadł martwy pod jedną z ław.
                Zaczęła się odwracać do trzeciego, ale nie zdążyła. Chłopak, który miał zabić Medyka wystrzelił. Kula śmignęła gdzieś. Tajemniczy ocalały wykopał broń chłopakowi, po czym przyciskając mu kolano do klatki piersiowej uderzył w twarz, ogłuszając go. Cała drżałam, ale ta trójka była już unieszkodliwiona. Dwóch leżało martwych w narastających kałużach krwi, a ostatni znokautowany nie ruszał się. Uradowana zaczęłam biec na dół, kiedy usłyszałam krzyk. Przerażający krzyk Młodej. Zatrzymałam się w połowie drewnianego górnego piętra i spojrzałam w tamtą stronę. Zobaczyłam tylko jak Łapa upada na kolana. Z jej twarzy kapała krew. Medyk podbiegł do niej natychmiast. Ruszyłam tam pędem.
                Gdy tylko dopadłam do grupy odrzuciłam wiatrówkę na bok i nie patrząc na nic odepchnęłam Młodą od siostry. Powietrze ze mnie uleciało, kiedy zobaczyłam rozwalony prawy oczodół i całą masę krwi wypływającej zarówno z niego jak i z dziury po prawej stronie czaszki. Młoda krzyczała jak opętana. Mężczyzna, który nas uratował patrzą na tą scenę w ciszy, wycierając krew z broni o szmatkę. Mpd usiadł z tyłu, a Józef odezwał się:
- Osłaniajcie ich. Pozostała dwójka zaraz tu pewnie będzie.
Medyk spojrzał na mnie. Widziałam w jego oczach śmiertelną powagę.
- Znasz się na tym? – zapytał.
- Jestem chirurgiem. Mogę zadać to samo pytania – odpowiedziałam sięgając do plecaka po podręczną apteczkę. Musiałam ją uratować.