środa, 14 października 2015

Rozdział 21: Cena

Rozdział 21, kolejny z perspektywy Olafa. Po dowiedzeniu się gdzie jest Feline, Olaf wraz z resztą ruszają w okolicę Grudziądza. Czy dotrą na miejsce? Czy uda im się uratować Feline. Zapraszam do przeczytania rozdziału, a następnie proszę o komentarz oraz rozesłanie bloga znajomym.

POV:
Rozdział 21 - Olaf - Dzień 10-11
Bobru - Dzień 10-11 - Jest w Grudziądzu
Irek - Dziań 10-11 - Jest w domu Włodka

----------------------------------------

Rozdział 21 (Olaf): Cena


                Ledwie zamknąłem oczy, a zostałem obudzony przez wybój na drodze. Od kiedy to wszystko się zaczęło i drogi w i tak kiepskim stanie nie były restaurowane jeździło się coraz gorzej. Miałem nadzieję, że postanowione na spotkaniu zabezpieczenie dróg będzie obejmowało też ich konserwacje. Łapa wpatrywała się w krajobraz za oknem w milczeniu. Właściwie całe auto milczało, co wcale mi nie przeszkadzało. Nie miałem ochoty z nikim rozmawiać. Tylko Łowca gwizdał pod nosem, prowadząc auto.
                Dowiedzieliśmy się konkretów i musieliśmy jak najszybciej dostać się w okolicę Grudziądza. Żałowałem, ze nie zdążyłem zapytać chłopaka o inne rzeczy, ale ostatecznie wiedzieliśmy najważniejsze. Szkoda mi trochę było jego życia. Zabijałem różne osoby, ale patrząc jak Łapa dawała mu nadzieję do ostatnich chwil, po czym bez zastanowienia go zabiła, dawało do myślenia. Może teraz właśnie tak należało postępować? Może to właśnie ona miała racje? Odkąd poznałem Łapę miałem wrażenie jakby to ona stała za tym całym syfem, który nas otaczał. Pasowała do obecnego świata jakby powstał w jej głowie.
                Skręciliśmy na północny – zachód, poruszając się najbezpieczniejszymi drogami. Łowca pytał mnie co chwilę, gdzie powinniśmy skręcić, żeby omijać ewentualne ataki Złomiarzy. Znałem ich najbliższe obozy jak własną kieszeń i wiedziałem czego warto unikać, a którędy warto jechać.
- Mamy jakiś konkretny plan? Jest nas siedmioro, a Złomiarzy ponad dwieście – zaczął temat Kuba.
- Damy radę. Powęszymy, zobaczymy czy nie spotkamy gdzieś grupy Bobra, jest szansa, że udało im się już odbić Feline – zaskoczył mnie nieco optymizm Łapy.
- Aż tak w niego wierzysz? – zapytałem.
- Ja w niego wierzę. Robiliśmy naprawdę szalone rzeczy w tym piekle – włączył się Łowca.
- Na przykład?
- Pamiętam jak odbijaliśmy obóz w Supraślu. Było nas siedmiu, początek zimy, właściwie wtedy się poznaliśmy bo im pomogłem, dachy obstawione ludźmi, cały budynek pełen bandziorów, ja z moją snajperką, oni właściwie z pistoletami i udało się nam go zdobyć bez żadnych strat – opowiedział.
- Nie licząc tego, że zostałeś postrzelony, Cinka ugryzł zombie, a Ernest zgubił się i przez parę tygodni był uważany za martwego – zauważyła kąśliwie Łapa.
                Łowca wyraźnie chciał się odgryźć, ale skończyło, że sapnął dwa razy i zamilkł.
- Będziemy musieli po prostu powtórzyć schemat i dowiedzieć się, gdzie dokładnie przetrzymują twoją szefową – powiedziała, uśmiechając się tryumfalnie po tym jak dogadała Łowcy.
- Nie jestem pewien, czy będzie tak łatwo. W końcu w tych okolicach będzie ich o wiele więcej. Nie mam nawet pojęcia, gdzie moglibyśmy się zatrzymać – wytłumaczyłem.
- Tutaj – powiedział Łowca i ku naszemu zdziwieniu zatrzymał auto.
- Co jest? – posypały się pytania – Dlaczego stajemy?
Jednooki zastukał tylko paluchem po kontrolkach pokazując pusty bak.
- Mamy jakiś zapas? – zapytała Łapa.
- Coś jest nie tak – jakby zignorował ją Łowca – bak był prawie pełny wczoraj wieczorem. Albo przeciekamy, albo ktoś zrobił nas w konia – myślał na głos dalej.
- Czy mamy jakieś paliwo? – ponowiła pytanie.
- Na pewno nie tyle, żeby dojechać do Grudziądza. Wziąłem tylko jeden baniaczek, żeby dojechać kawałek dalej, bo zatankowałem do pełna – odpowiedział wysiadając – Muszę to sprawdzić.
                Korzystając z przerwy wszyscy wysiedliśmy na zewnątrz. Znajdowaliśmy się przy wjeździe do lasu, więc sytuacja wyglądała nieciekawie, szczególnie jak w grę wchodziło zdobycie paliwa, na takim odludziu. Łapa i Młoda usiadły na pieńkach obok drogi, a my z Łowcą podeszliśmy do auta. Mężczyzna grzebał się chwilę po baku, aż w końcu zaklął.
- Nie wiem, o co chodzi. Wszystko powinno być ok, a nie jest. Może jednak zapomniałem zatankować do pełna? Ale powinno być dobrze – prowadził monolog.
- Musimy znaleźć jakąś stację i modlić się, żeby było na niej trochę paliwa. Szukanie innego działającego pojazdu lub pójście z buta nie wchodzi w grę… - zastanawiałem się na głos.
- Zobaczymy na mapę – powiedział Łowca wracając do auta i grzebiąc w schowku – I ustalmy coś na jej podstawie – rozłożył ją na masce. Łapa i Młoda podeszły zainteresowane, a  ten zaczął wertować okolicę.
- Jesteśmy tutaj. Najbliższe miasteczko jest kawałek za tym lasem i z tego co dobrze pamiętam i o ile mapa jest aktualna była tam spora stacja Orlena. Jeżeli gdzieś mamy znaleźć paliwo to właśnie tam – stwierdził.
- To co wyślemy tam trzy, cztery osoby? Ja mogę iść, nie jest to daleko – zaproponowałem.
- To weź jeszcze swoich kumpli, a my tu na was poczekamy. Tylko pospieszcie się, nie mamy zbyt ciekawej pozycji, a jak przyjadą te skurwiele to właściwie będziemy w dupie.
- Postaramy się być jak najszybciej – obiecałem, po czym pożegnałem się z resztą i wraz z Kubą i jego przyjaciółmi ruszyłem przed siebie. Trzymaliśmy się prawej strony drogi i dosyć szybko zeszliśmy z oczu naszym towarzyszom. Nie bałem się kompletnie o nasz pojazd, przy którym została Łapa, miałem raczej obawy związane z tym, co zobaczę na stacji paliw. Miasteczko, do którego szliśmy było nieduże, ale stacje paliw zawsze były łakomym kąskiem dla okolicznej ludności. Paliwo było potrzebne nie tylko do samochodów, ale też do generatorów produkujących energię. W Płońsku mieliśmy naprawdę ogromne zapasy, ale Feline zawsze rozpatrywała opcje, gdy ono się w końcu nam skończy.
                Było południe, gdy po parunastu minutach wędrówki zobaczyliśmy prześwit zwiastujący koniec lasu. Ledwo wspięliśmy się pod górkę, gdy zobaczyliśmy pierwsze budynki. Na mapie stacja była zaznaczona, w pierwszej alejce na lewo. Pocieszył mnie fakt, że zauważyłem, lekko sfatygowaną, ale wyraźną tablicę reklamująca stację Orlen. Rozglądaliśmy się uważnie, bo zombie były wszędzie. Nie było ich dużo, ale maszerowały powoli uliczką, licząc, że coś równie żywego jak my pojawi się w zasięgu ich węchu. To co mnie cieszyło to brak jakichkolwiek oznak kolonizacji. Wszystko było zrujnowane, a na ulicach nie było słychać nic poza jękiem wiatru i trupów.
                Minęliśmy zakręt i pojawiliśmy się w niedługiej uliczce, która skręcała prosto w las, po drodze obsadzonej paroma domkami, niedużym sklepem z szybami tak brudnymi, że z początku wzięliśmy je za ściany, oraz stacją benzynową. Zadowoleni przyspieszyliśmy nieco.
- Myślicie, że coś tu będzie? – zaczął po cichu jeden z kumpli Kuby.
- Oby kurwa. Nie dość, że musimy znaleźć paliwo, to jeszcze jakieś pojemniki, żeby je przenieść do naszego pojazdu. Chociaż na tyle, żeby te dojechało tutaj i zatankowało – stwierdziłem.
Stacja składała się standardowo z paru dozowników, oraz części sklepowej, gdzie na zapleczu był rzeczy związane z samochodami, a w samym sklepie można było zjeść hot-doga, napić się piekielnie drogiej pepsi, oraz kupić mapę, kompas i i inne przydatne w drodze rzeczy.
- Wy sprawdźcie, czy dozowniki mają w sobie jakieś paliwo, Kuba ty leć na tyły i obadaj jak je aktywować i poszukaj kanistrów, a ja sprawdzę sklep, może znajdę jakieś napoje, bo sucho u mnie jakbym piachu w gębę nabrał – rozdzieliłem obowiązki, a moi towarzysze skinęli głowami.
                Rozdzieliliśmy się. Brzuch ukłuł mnie jakby chciał o sobie przypomnieć.  Miałem nadzieję, że w środku nie czaiło się na mnie żadne niebezpieczeństwo. Uchyliłem delikatnie drzwi i wpuściłem więcej światła do mrocznego wnętrza. Na półkach stało dużo rzeczy, co było dobrym znakiem, bo mogło oznaczać, że nikt tu jeszcze nie zaglądał. Ostrożnie wszedłem do środka i zacząłem zrywać zasłony, żeby odblokowywać kolejne segmenty światła oświetlające wnętrze.
                Gdy było już naprawdę jasno, a kurz z zasłon opadł, zobaczyłem, że wnętrze jest czyste. Nie licząc starej, ciemnej krwi, zaschniętej na podłodze. Zadowolony schowałem broń i zacząłem przeszukiwać półki, stojaki oraz ladę. Nie miałem ze sobą nic, poza kieszeniami, ale schowałem ładny, metalowy kompas, otwieracz do konserw, który mógł ułatwić nam zjedzenie śniadania, oraz okulary przeciwsłoneczne. Następnie ruszyłem do niedziałającej lodówki i wyłamałem zamek, żeby uwolnić cztery puszki, jakiegoś lokalnego piwa. Zadowolony wyszedłem przed sklep i zauważyłem, że cała trójka stoi przy jednym z dozowników paliwa i szczęśliwie napełnia paręnaście litrowy baniak. Podałem im po puszce, po czym zagadałem.
- I jak wszystko gra?
- Znaleźliśmy ten baniak, bo wszystkie kanistry, albo są dziurawe, albo nie da się ich otworzyć. Ale powinno wystarczyć – powiedział Kuba.
- Świetnie – pochwaliłem i podałem każdemu po puszce piwa. Spokojnie wypiliśmy sobie, a gdy puszki powędrowały na podłogę, a nam przyjemnie zaszumiało w głowach, baniak był już pełny. Na ulicy jednak zaczęły się zbierać zombie. Nie zauważyłem nawet kiedy na wylocie, z którego przyszliśmy stanęły trzy trupy, które człapały do nas powoli.
- Wasza dwójka, niech niesie baniak razem, a my z Kubą was osłonimy – zaproponowałem. Wszyscy zgodzili się na te warunki. Ruszyliśmy z Kubą przodem, wyciągając noże. Podchodząc do trupów przypomniał mi się ten, który był człowiekiem i którego zabiłem jadąc z Feline do Ostoi. Czy to naprawdę było możliwe, że tacy przeciwnicy czaili się na nas praktycznie na każdym kroku?
                Nóż przyjemnie zatopił się pod gardłem pierwszego trupa, zwalając go z nóg. Kuba miał nieco inną taktykę, bo na początku zwalał trupa z nóg kopniakiem, lub ciężarem ciała, a następnie leżącego dobijał.
- Kto by pomyślał, że po trzydziestce będę zabijał śmierdzące trupy, żeby uratować jakąś dziewczynę, u boku takiego skurwiela jak ty – zastanowiłem się na głos, uśmiechając się.
- No nie? Chore rzeczy podziały się na tym świecie – powiedział, dobijając kolejnego trupa. Jego kumple trzymali się kawałek dalej z bańką. Nie była ona lekka, ale obaj byli rośli i jakoś im to szło. Szybko minęliśmy zakręt, widząc, że z głównej części miasta nadchodzi więcej trupów. Nagle padł strzał. Był on jednak dosyć odległy, dlatego nikt z nas nie zareagował gwałtownie.
- Myślicie, że to z auta? – zapytał Kuba.
- Nie ma szans. Jesteśmy za daleko. Ktoś jest w tym mieście… - powiedziałem.
- Spierdalajmy stąd… błagam – powiedział niepewnym głosem jeden z kumpli Kuby.
                Sam odetchnąłem z ulgą, gdy tylko weszliśmy w las, a miasto zniknęło z naszych oczu. Szliśmy jeszcze bardziej uboczem, niż ostatnio, bo obawialiśmy się, że ocalali, których słyszeliśmy w mieście, podążają w tą stronę, ale nie spotkaliśmy nikogo. Droga przebiegła całkiem bezpiecznie, nie licząc jelenia, który prawie potratował nas w połowie lasu. Zwierzę odbiegło jednak w swoją stronę.
- Pomyślcie co by było, gdyby takie bydle było zombie – zażartował Kuba.
- Bez, kurwa, przesady – podsumowałem krótko.
                Wyłoniliśmy się w końcu w miejscu, w którym zostawiliśmy auto i z ulgą zauważyliśmy Łowcę, ze swoim karabinem snajperskim, oraz Łapę i Młodą, jedzące na uboczu.
- W końcu jesteście! Nie było was z dwie godziny – zawołał Łowca na przywitanie.
- Weź kurna nieś taki baniak przez taki odcinek drogi – odgryzł się jeden z noszących.
- Nie spotkaliście nikogo? – zapytała Łapa.
- Raczej nie. Słyszeliśmy jakieś strzały w mieście, ale nikt nas nie śledził. Będziemy mogli skorzystać z tamtejszej stacji, paliwa na niej dużo – zaproponowałem.
- To ładujemy! – zawołał wesoło Łowca i wziął się za tankowanie.
                Nie minęło dziesięć minut gdy jechaliśmy ponownie, przez ten sam las, w stronę stacji paliw. Podjechaliśmy do tego samego dozownika i wysiedliśmy.
- Poszukajcie w okolicy jakichś pojemników. Każda kropla paliwa, nam się może przydać, ale spróbujmy zdobyć przynajmniej jeden podobny baniak – zarządziła Łapa. Ja korzystając z chwili usiadłem żeby odpocząć i przekąsić coś. Słuchałem przy okazji opowieści Łowcy o jego broni. Karabin snajperski, którym się posługiwał, rzeczywiście robił spore wrażenie. Chciałem usłyszeć go w akcji, ale wspólnie zgodziliśmy się, że okazja jeszcze będzie, a teraz nie ma co zwracać na siebie zbyt dużej uwagi.
                Poszukiwania szły pełną parą i gdy w końcu udało się znaleźć stary baniak, podobnej wielkości jak ten ostatni, to z zadowoleniem napełniliśmy go i ten poprzedni paliwem i zatankowaliśmy do pełna. Robiło się już powoli ciemno, a przed nami był jeszcze całkiem spory kawałek drogi do Grudziądza. Musieliśmy tam dojechać i znaleźć sobie nocleg.
- Powtarzamy schemat z wczoraj? – zapytałem Łapy, gdy ruszyliśmy przed siebie.
- Działał? Działał. Więc czemu by nie?
- Tylko tutaj będzie ich więcej. To nie będzie tak bezpieczne i łatwe jak ostatnio – zauważyłem.
- Musimy liczyć na to, że nam się uda. Zresztą jak jutro wstaniemy to obejrzymy okolicę. Może okaże się, że Złomiarze zostali już zaatakowani przez oddział Bobra i nie będziemy nawet musieli wchodzić do miasta. Kto wie – gdybała.
- Trochę to przejebane – stwierdziłem nieco ciszej -  Ta cała sytuacja.
- Jak chcemy efektów bez wojny, musimy działać w małej grupie. Nic na to nie poradzimy – odpowiedziała.
- Wiem. Jednak jedno potknięcie i może nas otoczyć cała grupa. A Feline pośrodku tego całego syfu…
- Nie martw się Olafie. Damy rade – zapewniła Łapa uśmiechając się. Na jej twarzy uśmiech wyglądał dosyć upiornie, ale cała była przerażająca.
                Podróż ciągnęła się i ciągnęła, ale Grudziądz z każdą minutą był coraz bliżej nas. Zostały nam ostatnie kilometry. Wszyscy byli w dosyć sennej atmosferze, z której wybudził nas Łowca, ponownie zatrzymując auto.
- Co jest? – poderwałem się zaspany.
- Ktoś stoi na drodze autem – szepnął Łowca, jakby bał się, że auto nas usłyszy.
Teraz zauważyłem, że przed nami na drodze stało auto, z zapalonymi światłami. Przy nim widać było jakieś słupy, ale robiło się już tak ciemno, że ciężko było dokładnie określić co tam było.
- Zawracać? – zapytał.
- Nie! Czekaj – włączyła się Łapa. Łowca obrócił się i spojrzał na nią.
- To mogą być Złomiarze.
- Nie ma szans. Podjedź. Tu nikogo nie ma – stwierdziła, wbrew pozorom chwytając za broń. Też wyciągnąłem swój pistolet i wytężałem zaspane oczy, żeby dojrzeć cos więcej. Łapa miała rację. Przy aucie nie było nikogo, ale przy słupie widzieliśmy jakieś postacie. Z początku myśleliśmy, że nikt tam nie stoi, ale jak zbliżyliśmy się nieco, od razu rzuciły się nam w oczy cztery osoby. Były one przywiązane do słupów.
- Obadajmy to – poprosiła Łapa, a Łowca zatrzymał auto.
                Wysiedliśmy wszyscy, ciekawi tego co zobaczymy. Latarka zaświeciła, rzucając upiorne cienie, na cztery przywiązane do słupów ciała. Nie wyglądały na zaatakowane, ale same się przywiązać nie mogły, a gdy spojrzeliśmy na ich usta, domyślaliśmy się, kogo mogli spotkać.
- Zszyci? – zapytała Młoda.
- Najprawdopodobniej – odpowiedziała jej siostra.
Usta całej czwórki były perfekcyjnie zszyte, nie zostawiając nawet kawałka, którym można by solidnie zaczerpnąć powietrza. Trójka z ofiar była już martwa i widać było w ich oczach znaną mi dobrze pustkę, ale jeden mężczyzna, wydawał się jeszcze żyć. To mogła być nasza szansa.
- Ten jeszcze żyje – zauważyłem. Łapa podeszła do niego i pewnym ruchem nożem, przecięła szwy.  Usłyszeliśmy dźwięk, przypominający odkurzacz, a mężczyzna otworzył delikatnie oczy.
- Jesteś jednym ze Złomiarzy? – zapytałem bezpośrednio.
- Tak… zaatakowali nas… Przyszliście pomóc? – jego głos był słaby, musiał tu tkwić już przynajmniej parę godzin.
- Tak. Chcemy ci jednak najpierw zadać parę pytań. Kto was zaatakował? – grałem jego przyjaciele, ale wiedziałem, że zabijemy go od razu po tym jak dowiemy się czegoś.
- Zombie. One miały noże i pistolety. Nie pytajcie jak, nie wiem. Wody. Potrzebuje wody – wciąż mówił słabo. Spojrzałem na Kubę, a ten jak na zawołanie podbiegł do auta i przyniósł jedną butelkę. Podał mi ją, a ja odkorkowałem i przytknąłem ją do ust mężczyzny. Pił wodę łapczywie i szybko, ale nie dziwiłem mu się.
- Wierzę ci. Powiedz mi, czy dowódczyni z Płońska wciąż jest w Grudziądzu? Musimy to wiedzieć – wiedziałem, że tymi słowami mogłem się zdradzić, ale ani nie powiedziałem o Feline po imieniu, ani nie podnosiłem głosu z emocji. Mężczyzna łyknął to jak wodę, bo zastanowił się chwilę, po czym powiedział:
- Tak. Wanda ją trzyma na arenie. Nie słyszeliście? Dzisiaj z rana złapała tych bandytów z Torunia, którzy przyjechali żeby odbić tą kobietę z Płońska, a teraz coś szykuje. Nas wysłała na zwiady, ale wpadliśmy w te pieprzone abominacje – jego głos nabrał barwy i widać było, że wraca do normalności.
- Mają Bo… osoby z Torunia? A gdzie ich trzymają? – włączyła się nagle Łapa.
- Tam samo pewnie – gdybał – Tak mi się wydaję. Dobra, odwiążecie mnie już? To był naprawdę przesrany dzień, marzę tylko o powrocie do domu.
                Wiedziałem, co teraz się stanie. Łapa nie zawiodła mnie. Ledwo się odwróciłem, a usłyszałem gardłowy krzyk i nóż zatapiający się w gardle. Coraz lepiej rozumiałem Łapę i zgadzałem się z jej metodami. Kto by pomyślał, że wystarczyły dwa dni wspólnej znajomości. Byłem ciekaw jak wpływała na innych ludzi, którzy otaczali ją od dłuższego czasu.
- Wiemy wszystko. Czyli Bobru wpadł – podsumowała.
- Wracamy do Inowrocławia po posiłki? – zapytał Łowca.
- Nie. Nie mamy na to czasu. Chcecie ryzykować zbieranie sił i powrót, kiedy oni mogą tam teraz umierać?! – oburzyłem się.
- Pomoc by się nam przydała. Ale Olaf ma rację. Nie mamy na to czasu. Musimy znaleźć nocleg, a z rana zobaczyć jak wygląda ta arena. No i musimy się wyspać… - powiedziała Łapa – Jeźdźmy już. Ta czwórka zaczyna cuchnąć.
                Wsiedliśmy do pojazdu i w milczeniu pojechaliśmy dalej. Jeżeli każdy z moich towarzyszy myślał teraz równie intensywnie jak ja, to mogliśmy bez problemu nazwać to burzą mózgów. Los się do nas uśmiechnął i wiedzieliśmy już gdzie szukać Feline, co stało się z Bobrem i że wszyscy jeszcze powinni żyć. Ale jakie mieliśmy szansę ich uratować? Z takimi myślami dojechaliśmy w końcu do okolic Grudziądza i zatrzymaliśmy się na wzgórzu, na krawędzi lasu, z którego rozpościerał się widok na prawie cały Grudziądz. Już z daleka widziałem Złomowisko, o którym słyszałem już co nie co. Widać było też oświetloną część miasta, z wielkim, okrągłym budynkiem po prawej.
- Myślisz, że to jest arena? – zapytałem Łapy.
- Okrągłe, oświetlone, duże. Jeżeli nie mają tego pod ziemią, to to musi być to – zauważyła słusznie.
- Nie ryzykuj – wystrzeliłem nagle.
Spojrzała na mnie zdziwiona.
- Co masz na myśli?
- Masz siostrę. Daj naszej czwórce zaatakować, a ty i siostra zostańcie tutaj. Łowca też nie powinien się narażać. Mamy sojusz, ale nie to nie oznacza, że nieznajomi ludzie będą narażali za mnie dupę…
- Olaf. Polubiłam cię, nie spierdol tego. Tam jest Bobru, są moi przyjaciele. Nie mogę ich tak zostawić. Pójdziemy wszyscy i wszyscy wrócimy.  A teraz wracajmy już do domku – powiedziała pół żartem, pół serio.

                Noc mieliśmy spędzić przy dwóch domkach. Jeden z nich był zniszczony, jakby został zbombardowany od środka, drzwi były wyważone, a okna popękane, ale drugi wyglądał całkiem przytulnie i właśnie w nim spędziliśmy noc. Po krótkiej, ale sytej kolacji położyłem się na zapadniętej kanapie i myślałem przez zaśnięciem. Miałem nadzieję, że wszystko się uda.

piątek, 9 października 2015

Rozdział 20: Pełen życia

Rozdział 20, kolejny z perspektywy Irka. Irek i Ruda zostają na farmie Włodka, żeby pomóc mu nieco i poczekać na jego syna, który ma ostatecznie zadecydować o budowie punktu. Zapraszam was do czytania, a po przeczytaniu proszę o komentarz oraz rozesłanie bloga znajomym.

POV:
Rozdział 20 - Irek - Dzień 9-10
Bobru - Dzień 9-10 - Jest w okolicach Grudziądza
Olaf - Dzień 9-10 - Jest w okolicach Płońska

-----------------------------------------

Rozdział 20 (Irek): Pełen życia


                Ruda obudziła mnie z rana przynosząc kubek świeżej, pachnącej owocami leśnymi herbaty i talerzem z kanapkami. Przetarłem oczy i zobaczyłem, że moich towarzyszy już nie ma. Ruda musiała zauważyć moje zdziwenie.
- Pojechali godzinę temu zakładać kolejne punkty. Obiecali, że wrócą przed wieczorem – wytłumaczyła.
- Dziękuje – powiedziałem chwytając za kubek i wlewając rozgrzewający i rozbudzający napój do żołądka – Włodek nie robi kłopotów z tym, że tu zostaniemy?
- Nie, właściwie to wydaje mi się, że się cieszy. Powiedział, że możemy zostać, przynajmniej do czasu aż jego syn się pojawi. A ten ma być tutaj dzisiaj – opowiedziała.
- Świetnie – stwierdziłem i zabrałem się za jedzenie. Po skończeniu śniadania nałożyłem buty i posłałem łóżko. Wyszedłem na korytarz i zszedłem na dół. Marzyłem teraz o kąpieli, ale nie byłem pewien, czy w tym domu mają jakiś zbiornik umożliwiający takie przyjemności. W kuchni zastałem Włodka, który akurat ostrzył noże.
- O widzę, że wstałeś, jak się spało? – zapytał przyjaźnie. Gdy przypomniałem sobie jaki był wczoraj od razu po spotkaniu to nie mogłem uwierzyć, jak szybko człowiek może się zmienić.
- Dobrze, jeszcze raz chciałem podziękować za gościnę – powiedziałem grzecznie.
- Nie często są tu ludzie. A już na pewno nie tak przyjaźnie nastawieni jak wy. Chociaż początkowo chciałem was przegonić to tera nie żałuje. Mam nadzieję, że uda się wam postawić te punkty, przynajmniej w pozostałych miejscach.
                Uśmiechnąłem się tylko. Ruda dołączyła do nas z kubkiem herbaty i oparła się o blat kuchenny.
- Czy macie dostęp do wody? O ile to możliwe wykąpałbym się – zapytałem.
- No jasne! To, że świat zszedł na psy nie oznacza, że nie zadbałem z synem o normalne życie. Mamy swój generator, mamy specjalny system wodny, który po zużyciu friltuje czy co tam robi i ciągle czysta jest dzięki temu. Cwane bajery chłopie – pochwalił się starzec – Łazienkę znajdziesz przy wejściu, tylko żona teraz coś tam robi, więc zaczekaj chwilę – poprosił – Ręczniki jakieś znajdziesz na górze w pokoju syna.
Zgodnie z słowami Włodka ruszyłem na górę w poszukiwaniu ręczników. Był naprawdę gościnnym człowiekiem i postanowiłem, że gdy tylko nieco się ogarnę to zaproponuję mu pomoc, na pewno było coś do zrobienia w takim gospodarstwie.
                Wszedłem do pokoju, w którym spędziłem noc i podszedłem do szafy. Szybko zauważyłem stos ładnie poukładanych ręczników i wziąłem jeden z nich. Z wnętrza mebla czuć było dziwny zapach, który przywodził na myśl szpitalną salę. Uznałem jednak, że to pewnie jakiś środek przeciwko molom lub coś takiego i wyszedłem z pokoju. Zszedłem na dół i minąłem kuchnię udając się do drzwi, w których podobno była łazienka. Rzeczywiście w środku było słychać odgłosy, które wskazywały, że musiała tam teraz być Jagoda, żona Włodka. Poczekałem grzecznie myśląc o tym w jakiej sytuacji się znajduje. Byłem ciekawy jak się ma teraz reszta grupy i czy pozostałym udało się już odbić Feline. Miałem nadzieję, że nic im się nie stanie, ale wiedziałem, że pojechali na naprawdę niebezpieczną misję, znacznie bardziej od tej naszej i przygotowywałem się psychicznie na straty.
                Z rozmyślań wybił mnie dźwięk otwieranych drzwi do łazienki. Jagoda wyszła i skinęła mi głową na przywitanie. Była naprawdę cichą kobietą i zastanawiałem się czy w ogóle odezwała się odkąd tu jesteśmy.  Minąłem ją i zamknąłem za sobą drzwi. Wanna, która tutaj stała była czysta, widać było, ze gospodarze dbają o takie rzeczy. Zdjąłem ubrania i położyłem ręcznik obok. Lubiłem się kąpać, w wodzie można było zapomnieć o wszystkim. Odkręciłem mocno kurek z ciepłą wodą, dodając odrobinę zimnej i oparłem się wygodnie plecami. Przez chwilę zapomniałem o całym świecie.
                Po parunastu minutowej kąpieli wytarłem się, ubrałem i wyszedłem. Ruszyłem do kuchni, gdzie zauważyłem starsze małżeństwo.
- Chciałem się zapytać, czy mogę jakoś pomóc, skoro już i tak nadużywam gościny – wyleciałem prosto z mostu.
- Właściwie jak już o tym wspominasz, to lekko cię mogę wykorzystać – zamlaskał – Ogrodzenie na tyłach posiadłości jest w fatalnym stanie i przydałoby się co byś przeszedł się nieco i spróbował znaleźć słabsze punkty i je załatać. Deski i narzędzia znajdziesz w szopie na tyłach – wytłumaczył.
- Zajmę się tym. Widzieli państwo moją koleżankę? – zapytałem.
- Jest na górze. Też chciała pomóc to poprosiłem ją o poukładanie rzeczy w schowku.
                Bez zadawania kolejnych pytań ruszyłam na tyły domu. Chciałem jakoś odpłacić się za to, że mężczyzna nas ugościł, pozwolił tutaj być i być może nie robił problemów z postawieniem tu jakże ważnego punktu, na którym zależało Benowi. Szybko zlokalizowałem szopę i przewalając się przez całe mnóstwo gratów dotarłem do wcześniej wspomnianych desek, siatki oraz młotka i gwoździ. Wszystko wyniosłem na zewnątrz i ułożyłem w jednym miejscu. Chociaż teren całego gospodarstwa nie był ogromny, to jednak zajmował trochę miejsca i sprawdzanie wszystkiego na pewno zabierze mi sporo czasu.
                Zacząłem badać każdy segment płotu, sprawdzając dokładnie siatkę, słupki oraz deski. Już na pierwszym kawałku zauważyłem, że jedna z desek wisi luzem, więc wyłamałem ją i solidnie wbiłem nową. Powtórzyłem podobną proceduję na kolejnych kilku segmentach, w których brakowało to kawałka siatki, to paru desek, to czegoś zupełnie innego. Po przeleceniu połowy ogrodzenia usiadłem oddychając ciężko i spojrzałem na owoce swojej pracy. W międzyczasie podeszła do mnie Ruda.
- Jaka jest twoja historia? – zapytała od razu po przywitaniu się.
- Co masz na myśli? – zapytałem.
- No wiesz… jesteś niewrażliwy na ugryzienia. Jak to się właściwie stało? Było tak od początku?
- Tak. Odkąd pamiętam. Pierwsze zombie, które mnie ugryzło już kompletnie na mnie nie zadziałało. Przeżyłem i oprócz zwykłego bólu nie czułem nic – powiedziałem.
- Może to jest klucz do pokonania tego? Nie zażywałeś jakichś leków? Może coś innego? Pomyśl ile osób udałoby się ocalić gdyby zombie nie były już problemem – rozmarzyła się.
- Nic nadzwyczajnego. Jak byłem chory brałem leki, ale takie jak każdy. Nie miałem jakiegoś zdrowego trybu życia. To po prostu musiało być zapisane gdzieś we mnie – stwierdziłem.
- Musisz się zgłosić do Bena. Jak ktoś miałby to rozgryźć, to właśnie on – stwierdziła – Nie będę ci przeszkadzać, masz jeszcze sporo roboty, a nie wiemy, kiedy pojawi się syn Włodka. Wracam do środka.
                Gdy Ruda znikała w czeluściach domu, ja napiłem się wody i ruszyłem do kolejnego ubytku w ogrodzeniu. Nie dziwiłem się, że staruch mnie o to poprosił. Gdyby nie uzupełnić tych luk to byle grupa zombie, mogłaby bez problemu wejść na teren posiadłości. Moje słowa musiały zadziałać magicznie, bo ledwie zacząłem przybijać młotkiem kolejną deskę, usłyszałem trzask i kawałek ogrodzenia za moimi plecami rozleciał się, kiedy trzy trupy wysypały się na podwórze.
                Nie czekając ani chwili dłużej poprawiłem młotek w ręce i ruszyłem na pierwszego trupa. Machnąłem młotkiem, a ten przyjemnie rozłupał czaszkę pierwszego trupa.  Drugi złapał mnie za rękę, ale odepchnąłem go drugą i po chwili dobiłem. Trzeci poległ chwilę później, a ja nie czekając aż kolejne przedrą się na teren gospodarstwa chwyciłem parę desek i zacząłem składać otwarte przejście. Wychyliłem się jednak na chwilę, żeby spojrzeć na pole i zobaczyłem, że parę kolejnych trupów, które póki co były w bezpiecznej odległości, zmierzało w tą stronę. Spojrzałem na uszkodzenie ogrodzenia i z ulgą uznałem, że pękły jedynie deski, więc szybko poprawiłem nowymi i sięgnąłem po siatkę.
                Dziura była załatana, a ja zmobilizowany przyspieszyłem nieco. Chciałem jak najszybciej znaleźć się z powrotem w środku. Niebo się nieco zachmurzyło, a po chwili zaczęło wiać przeraźliwie kąsającym wiatrem.  Pracowało się coraz ciężej, ale po godzinie całe ogrodzenie było załatane i gotowe do kolejnych lat wiernej służby. Zadowolony wróciłem do środka, odkładając wcześniej deski i narzędzia. Ucieszyłem się widząc obiad czekając na mnie w kuchni razem z Rudą.
- Nasi jeszcze nie wrócili? – zapytałem siadając do talerza.
- Jeszcze nie, ale myślę, że niedługo będą – powiedziała.
- A gdzie gospodarze?
- Na górze, odpoczywają. Dziwnie się tu czuję. Jakbym była u babci i dziadka na wakacjach… - stwierdziła robiąc dziwną minę.
- Trochę tak. Naprawiłem im płot, był już stary i przegniły. W sumie mam nadzieję, ze nie będą potrzebowali już pomocy. Z pola weszły tu zombie, ale zabiłem je i wyrzuciłem na drugą stronę płotu – opowiedziałem jej.
- Zauważyłeś, że ta Jagoda nie odzywa się w ogóle? Może jest niemową? – zmieniła temat.
- Może jest wstydliwa? Miczi opowiadała mi, że kiedyś w grupie Bobra była taka nieśmiała dziewczyna. Chociaż podróżowali razem przez prawie dwa miesiące, ta nawet się nie przedstawiła. To może być coś w tym stylu – zaproponowałem, pochłaniając kolejną łyżkę gulaszu.
- Może i tak…
                Rozmowę przerwało nam pukanie do drzwi. Dreszcze przeszły mnie po plecach i spojrzałem na Rudą, która też nie wiedziała, za bardzo co zrobić.
- Wyjrzyj przez okno – zaproponowałem.
Ruda podeszła do okna ostrożnie, jakby bała się, że coś ją przez nie wciągnie i delikatnie przechyliła zasłonę. Odetchnęła jednak z ulgą, więc uznałem, ze to musieli być nasi ludzie. Rzeczywiście po chwili do kuchni weszła cała czwórka. Zauważyłem, że na Dymitr był niesamowicie blady, co nie umknęło również Rudej. Podeszła do niego i przytuliła go.
- Kochanie? Co się stało? – zapytała.
- Trupy dały się nam we znaki. Gdyby nie szczęście prawdopodobnie byśmy nie wrócili… - wytłumaczył Gigant siadając ciężko na jednym ze stołków.
- Jak to? – zapytałem.
- Załatwiliśmy cztery punkty. Przy pierwszych trzech wszystko poszło jak z płatka, ale przy ostatnim trafiliśmy na jakieś piekło. Najpierw widzieliśmy w oddali grupkę ludzi – opowiadał dalej – ale uciekli nam z pola widzenia, widzieliśmy jak się wycofują. Olaliśmy ich. Zaczęliśmy kopać dół, umieściliśmy fundament i już mieliśmy stawiać słup, gdy nagle usłyszeliśmy wybuchy petard – Tutaj zrobił przerwę i odcharknął – Tamci ocalali chcieli nas udupić, zombie otoczyły nas kompletnie, w sumie sam nie wiem jakim cudem udało nam się przetrwać. Wsiedliśmy do wozu i odjechaliśmy. Całe szczęście zdążyliśmy postawić punkt.
- Mogli to być Złomiarze? – zapytała Ruda.
- Mogli. Chociaż nie wiem po czym ich poznać. Tamci mieli plecaki, więc to może wykluczać Złomiarzy – przypomniał sobie nagle.
- A co z tutejszym punktem? Wiecie coś? – zapytał Dymitr.
                Pokrótce opowiedziałem im o tym jak naprawiałem ogrodzenie i o ostatecznych ustaleniach z panem Włodkiem oraz o tym, że jego syn wciąż się nie pojawił.
- Mają tutaj dostęp do wody? – zapytał Krystek.
- Tak. Odpocznijcie i tak dzisiaj zrobiliście kawał dobrej roboty – powiedziałem.
Skorzystali z mojej rady. Po chwili łazienka była zajęta przez kobietę z Inowrocławia, a Gigant, Krystek i Miczi przygotowywali sobie kolacje. Włodek zszedł do nas jak siedzieliśmy przy stole.
- I jak wyprawa? Sukces? – zapytał.
- Powiedzmy. Udało się nam ustawić cztery punkty. Oprócz tego, który planujemy tutaj, zostało pięć. Tylko te są już na krańcach naszych terenów… - odpowiedział grzecznie Gigant.
- Dobrze. Ja chciałem tylko powiedzieć, że wypatrzyłem auto syna i powinien za chwilę być, więc dowiecie się czego tam chcecie.
- Dziękujemy panu – powiedziałem w imieniu grupy.
- Oj nie gadaj już, jeszcze nic nie wiadomo. Mój syn to dobry człowiek i myślę, że wam pomoże. Sami zresztą zobaczycie już za chwilę.
                Rzeczywiście chwilę po tym jak Włodek skończył mówić usłyszeliśmy samochód wjeżdżający do garażu. Po chwili drzwi się otworzyły i usłyszeliśmy dwie pary butów biegnące po korytarzu. Do pomieszczenia wszedł mężczyzna, a za nim kobieta. Był on wysoki, miał brązową czuprynę oraz zielone oczy, który błyszczały nawet w ciemniejszym kącie pomieszczenia. Pod koszulą rysowały się mięśnie, a twarz miał gładką jak niemowlę, z mocno wysuniętym podbródkiem. Kobieta za nim, prawdopodobnie jego dziewczyna, była niska, miała owalną twarz, długie, lekko pokręcone brązowe włosy, zadarty nosek i była ubrana w czarno czerwone spodnie i skórzaną kurtkę.
- Co ta ludzie tato? – zapytał mężczyzna. Jego głos przypominał mi głos jakiegoś znanego aktora, był niski i dźwięczny.
- Spokojnie Cezary. To moi goście. Reprezentują jakiś tam obóz i mają jakąś tam sprawę. Czekałem z tym na ciebie, tak jak prosiłeś – odpowiedział stary.
- Mówiłem, żebyś nie wpuszczał nieznajomych. Wiesz jacy są teraz ludzie – usłyszałem w głosie Czarka panikę. Chociaż były niewiele młodszy ode mnie, widać było, że kochał rodziców, a przynajmniej ojca.
- Nie marudź synu, sprawdziłem ich. Załatw teraz proszę to, co chcą i daj im jechać w swoją stronę.
                Cezary spojrzał na nas, jakby próbował wyczytać z naszych twarzy czego tutaj szukamy.
- Jaki obóz reprezentujecie? – zapytał.
- Toruńską Ostoję i Inowrocław – odpowiedziałem.
Widziałem przez chwilę wyjątkowy błysk w jego oczach, jakby małe węgielki zapaliły się, by po chwili zgasnąć.
- Może przejdźmy do sąsiedniego pokoju? Kto was reprezentuje? – zapytał.
- Ja – odpowiedziałem bez wahania.
­- Ja też pójdę – zaproponował Krystek.
Opuściliśmy kuchnię i przeszliśmy do salonu. Czarek usiadł, a my spoczęliśmy naprzeciw jego.
- Więc czego właściwie tu szukacie? – zapytał. Mówił pewnie, jakby przeprowadzał takie rozmowy często. Przypominał mi nieco Bena i Dziarę.
- Toruń łączy się z okolicznymi obozami i chcemy założyć parę punktów strategicznych. Nie jest to nic zajmującego dużo miejsca, po prostu słup z flagą – wytłumaczyłem.
                Mężczyzna westchnął ciężko. Jego wyraz twarzy zmienił się. Uśmiechnął się.
- Słuchajcie panowie, powiem szczerze, moi rodzice są już starzy. Męczy mnie pilnowanie ich, chociaż ich bardzo kocham. Potrzebuje miejsca, gdzie mógłbym ich przenieść. Może opowiecie mi nieco  o waszych obozach? Wtedy podejmę decyzję, ale osobiście nie widzę na chwilę obecną nic przeciwko słupowi z flagą – powiedział.
Zgodnie z jego prośbą opowiedzieliśmy mu co nie co, o obozach. Nie była to ściśle tajna wiedza, ale jedynie informacje ile ludzi mamy w społeczności, jak oceniamy to miejsce, jak jest bronione. Cezary słuchał z uwagą, każdego naszego słowa. Gdy skończyliśmy uśmiechnął się ponownie.
- Brzmi dobrze. Nie będzie żadnego problemu z przewiezieniem tam moich rodziców? Na przykład jak będziecie wracać z waszej misji? – zapytał.
- Myślę, że nie – odpowiedziałem krótko.
- Wspaniale. Jednak co do wschodu – powiedział i zakręcił kciukami kółka – Uważajcie na siebie. To niebezpieczne, zniszczone tereny pełne trupów i dzikusów. A nawet gorzej.
Zaciekawiony zapytałem o to, co ma na myśli.
- Nie słyszeliście? W okolicy chodzą ludzie, którzy jako element kamuflażu przyszywają sobie elementy skóry zombie – powiedział.
- Nie spotkaliśmy jeszcze żadnego z nich. Co prawda kamuflaż utrudnia zauważenie ich, ale jedyny przypadek o jakim słyszeliśmy to było spotkanie pojedynczego człowieka, który tak się kamuflował – odpowiedziałem – Póki oni nas nie zaatakują to my też z nimi nie będziemy walczyć. Odbudowujemy cywilizacje, a nie ją niszczymy.
                Cezary uśmiechnął się tajemniczo po czym wstał.
- Nie będę już was zatrzymywał. Zróbcie co musicie, a gdy skończycie na wschodzie wpadnijcie tutaj. Szerokiej drogi – pożegnał się wychodząc z pokoju. Poszliśmy za nim do kuchni przekazać nowiny reszcie. Pominąłem tylko dziwne wrażenie jakie wywarł na mnie Czarek. Wydawał się być zbyt wesoły, jakby kompletnie nie pasował do tego świata. I jego rodzinka musiała coś wiedzieć, ale nie chciała się tym podzielić.
                Wyszliśmy bez dziewczyn przed dom wziąć wszystko z ciężarówki potrzebne do stworzenia kolejnego punktu. Gigant wraz z Krystkiem unieśli słup, ja wziąłem flagę i linkę, a Dymitr łopaty. Poszliśmy na tyły posiadłości, gdzie  stał teraz odnowiony płot i zaczęliśmy pracować. Chociaż słońce już chyliło się ku zachodowi to chcieliśmy skończyć i jeszcze dzisiaj wyjechać dalej. Pomimo dobrego wrażenia jakie wywarli na mnie gospodarze, nie chciałem nadużywać gościnności, ani zaufania jakimi ich obdarzyłem. Dziura rosła z każdym machnięciem szpadla. Miała kształt kwadratu, który na środku miał dodatkowy, walcowaty dół, który miał zmieścić słup.
                Zaczęliśmy od nałożenia nakładki na słup, po czym ułożyliśmy całą podstawę w dole. Chociaż słup miał dobre pięć metrów to nie był specjalnie ciężki i ledwo się obejrzeliśmy, a czerwona flaga zaczęła powiewać delikatnie na wietrze.
- Zrobione – podsumował Dymitr.
- To co, ruszamy dalej? – zapytał Krystek.
- Musimy. Trzeba jak najszybciej wrócić i zobaczyć jak sytuacja z Feline. Możliwe, że nasza pomoc się tam przyda. Dlatego załatwmy te dwa ostatnie punkty w maksymalnie dwa dni i zbierajmy się do domu – powiedziałem, zatrzymując się myślami na ostatnim słowie. Czy teraz Ostoja i Inowrocław były moim domem? Czy ktoś w ogóle używał jeszcze tego stwierdzenia?
                Wróciliśmy do domu i zastaliśmy wszystkich w salonie, podziwiających flagę, którą postawiliśmy.
- Są państwo pewni, że nie będziecie mieli problemów z tą flagą na podwórku? – zapytałem, mając nadzieję, że nie każą jej nam zaraz zdejmować.
- Nie. Umiemy o siebie zadbać – odpowiedział Cezary, zszywając akurat rozerwaną bluzę. Posługiwał się igłą naprawdę sprawnie jak na mężczyznę.
- To będziemy się chyba żegnać – zaczęła Ruda.
- Miło było mieć was w gościnie – odpowiedział Włodek i wstał, żeby uścisnąć każdemu dłoń – Wpadnijcie jeszcze kiedyś. Czasami robi się tu nudno.
- Na pewno tak się stanie – odpowiedziałem.

                Wyszliśmy całą szóstką i poszliśmy prosto do naszego pojazdu. Weszliśmy do środka i z ulgą rozłożyliśmy się na tyłach, gdzie po zniknięciu połowy materiałów było znacznie więcej miejsca. Robiło się ciemno, więc Dymitr zapalił światła i przed nami na drodze podążał długi promień światła oświetlający wszystko. Oparłem się ciężko o ścianę pojazdu i odetchnąłem. To był pracowity dzień. Pracowity, dziwny dzień. Ułożyłem się nieco wygodniej i zasnąłem.

niedziela, 4 października 2015

Rozdział 19: Moment

Rozdział 19, kolejny z perspektywy Bobra. Wraz z grupą wjeżdżają na tereny Złomiarzy, aby odnaleźć Feline. Bobru ma pewien plan, który postara się wykonać. Czy mu się uda? Zapraszam do czytania, komentowania oraz proszę o rozesłanie bloga znajomym.

POV:
Rozdział 19 - Bobru - Dzień 9-10
Olaf - Dzień 9-10 - Jest w okolicach Płońska
Irek - Dzień 9-10 - Jest na farmie Włodka.

----------------------------------------

Rozdział 19 (Bobru): Moment


                Przejechaliśmy granicę zajmowane przez Złomiarzy. Na tym terenie było zdecydowanie niebezpieczniej niż w każdym innym miejscu w okolicach. Co prawda Złomiarze też starali się zabijać zombie, ale na pewno nie byli przyjaźnie nastawieni do osób, które jechały tu w kamizelkach Toruńskiej Ostoi Ocalałych i w ich pojeździe. Byłem pewien, że jak tylko spotkamy patrol to od razu rozpocznie się walka, albo chociaż nieprzyjemna wymiana słów. Minęliśmy sporą mogiłę, z której nawet z oddali słychać było setki much. Gdy przejechaliśmy obok te zerwały się niczym chmura, aby po chwili znów usiąść i delektować się zgniłymi ciałami. Teraz zacząłem się zastanawiać czy była realna szansa na to, żeby zarazić się po przypadkowym zjedzeniu takiej muchy. Jakież by to było smutne.
- Ciekawe czy znów spotkamy tę rodzinę – zastanawiała się Wiktoria.
                Miała na myśli rodzinę, która uratowała nas przed Złomiarzami, chociaż okazało się potem, że sama do nich należała. Nie wiedziałem co kierowało tymi ludźmi, ale ja, Pablord oraz Wiktoria, zawdzięczaliśmy im życie. Bardzo możliwe, że po tym jak nam pomogli zostali surowo ukarani, ale miałem nadzieję, że powiodło się im i znaleźli spokój w swojej dziwnej społeczności. Od tego wiele zależało.
                Znajdowaliśmy się teraz w okolicach Grudziądza, niedaleko lasu sąsiadującego z głównym złomowiskiem. Nadal pamiętałem to miejsce. Cała góra wraków aut, które zniszczone tworzyły labirynt blach, w którym łatwo było się zgubić. Złomiarze potrafili się jednak po nim poruszać i świetnie sobie radzili w urządzaniu zasadzek w takim miejscu. W sumie stąd pochodziła ich nazwa.
- Mam nadzieję, że nie. Sami mówili, że tym razem będą chcieli nas zabić, a ja nic do nich nie mam – wytłumaczyłem.
Józef spojrzał na mnie i uśmiechnął się. Po ostatniej rozmowie wydawało mi się, że bardzo zaczęło mu zależeć na tym, żebym stał się lepszym człowiekiem. Nie wiem skąd w nim nagle wzięły się takie zapędy, ale rozumiałem, że każdy próbuje znaleźć w sobie i bliskich odrobinę człowieczeństwa, której coraz bardziej brakowało na świecie.
- Mamy w końcu jakiś plan? – zapytała Miczi.
- Musimy dostać się do dowództwa. Najlepiej w jakimś odosobnionym miejscu. Myślę, że oni trzymają Feline bo chcą czegoś od nas. Jak dowiemy się czego to pomyślimy co dalej – powiedziałem.
- A co jeżeli będą chcieli Torunia? Albo od razu rzucą się, żeby nas zabić? – zapytała pesymistycznie.
- Wtedy będziemy musieli się bronić. Miejmy jednak nadzieję, że do tego nie dojdzie…
                Podjechaliśmy do krawędzi lasu, mając stąd dobry widok na Grudziądz oraz złomowisko. Obserwowaliśmy te dwa miejsca z bezpiecznej odległości, chociaż tak naprawdę nie mieliśmy pojęcia jak działa struktura Złomairzy i czy wiedzą już o nas, czy jeszcze nie. Znaleźliśmy dwie nieduże chatki, które zaczęliśmy przygotowywać powoli na noc. Chociaż dopiero zapadał wieczór, a wczoraj pomimo Wielkiego Spotkania Ocalałych wszyscy się wyspali, to wciąż woleliśmy mieć pewne i w miarę bezpiecznie miejsce.
                Przy samej bazie nie spotkaliśmy żadnego trupa, nie licząc jednego, który musiał zaklinować się w studni, bo wydawało się, ze mógł się rozpłynąć w każdej chwili. Dobiliśmy go i rozpakowaliśmy potrzebne na noc zapasy.
- Może odpalimy flarę? – zaproponowała Wiktoria.
- Nie. Lepiej nie. Wiesz… chociaż chciałbym to rozwiązać pokojowo – zacząłem, gdy Wiktoria podeszła do mnie w czasie obserwacji terenu na uboczu – to wiem, że prawdopodobnie skończy to się rozlewem krwi. Po prostu czuję się bezsilny. Każdy problem jaki teraz mamy można rozwiązać tylko siłą. To beznadziejne.
- Dalej nie rozumiem co zrobimy, gdy spotkamy kogoś z dowództwa. Wątpię żeby oni chodzili sami… w sensie dowódcy. Przecież ty i Dziara w Ostoi zawsze jesteście obstawieni, albo chowacie się za murami, gdzie nic wam nie może zagrozić – stwierdziła. Spojrzałem na nią. Wiedziałem, że nie to miała na myśli i chciała już się odezwać, ale przerwałem jej.
- Spoko, wiem o co chodzi. Ale z jednym się zgodzić nie mogę. Nie rządzę Ostoją. To prawda pomagam i często decyduję nawet o wielu rzeczach, ale to wciąż nie jest to – powiedziałem lekko przerażony tą myślą.
- Nie chciałam tego powiedzieć. Nie to miałam na myśli. Wiesz zresztą sam. Ufam ci Bobru. Raz mnie stąd wyciągnąłeś i wierzę, że od biedy zrobisz to po raz drugi. Dlatego po prostu nie będę pytać i poczekam na rezultaty – zapewniła.
                Uśmiechnąłem się do niej.
- Dzięki – powiedziałem cicho.
Wieczór nadszedł dosyć szybko i zobaczyłem światła rozświetlające okolicę. Grudziądz, tereny przy Złomowisku, oraz stadion. Ta ostatnia lokacja była najbardziej ciekawa. Co tam mogło być? To pytanie dręczyło mnie podczas jedzenia kolacji, co od razu zauważył Pablord.
- Co jest stary?
- Ten stadion. Dlaczego go przejęli? Nie jest to najgorsze miejsce do obrony, ale kompletnie nie pasuje do ich stylu bycia – zastanawiałem się.
- Może trzymają tam auta? To dosyć sporo, otoczonego miejsca – podsunęła Miczi.
- Może – odpowiedziałem. Nie mogłem się skupić. Chociaż sprawa z Łapą i zresztą została oficjalnie rozwiązana to nie mogłem dać sobie ostatecznie spokoju. Wciąż wahałem się czy dobrze postąpiłem pozwalając jej bezkarnie wrócić. Byłem zły na siebie za to, że ta kobieta miała na mnie aż taki wpływ, oraz za to, że jej wciąż ulegałem. Potrzebowałem jej jednak.
                W nocy wyjątkowo nie zostawiliśmy nikogo na warcie. Po upewnieniu się, że drzwi i okna są całkowicie zabarykadowane, a w samym domu nie ma żadnych zombie zasnęliśmy. Nie chciałem, żeby ktoś jutro był zmęczony. Musieliśmy być gotowi i dać z siebie wszystko. Chociaż jedna grupa została wysłana do obozu przy Płońsku to wciąż wiedziałem, że prawdopodobnie nie znajdą tam Feline. Jedynie informacje, które powiedzą gdzie ona jest. A to było praktycznie pewne. Musiała być gdzieś tutaj.
                Wstaliśmy rano i powoli przygotowaliśmy się do dalszej drogi. Zjedliśmy lekkie śniadanie złożone z sucharków i popiliśmy wodą. Zebraliśmy swoje wszystkie rzeczy i już chcieliśmy wychodzić, kiedy usłyszeliśmy trzask na ganku domu. Niczym dobrze nakręcony zegarek wszyscy, w jednej chwili, schowali się za osłony i wyciągnęli bronie. Moja wciąż nieco bolała po ostatnich przygodach, ale mogłem bez problemu strzelać. Wsłuchiwaliśmy się i słyszeliśmy wyraźne kroki. Przynajmniej dwie osoby. Po chwili za jednym oknem przesunęła się powoli sylwetka, a za nią druga.
                Kiwnąłem tylko głową i zatkałem uszy, gdy Miczi pociągnęła serią po ścianie. Usłyszeliśmy głuchy trzask, gdy dwa ciała upadły na deski. Wtedy wszystko przyspieszyło. Na tyłach otworzyły się drzwi i do środka wpadło trzech mężczyzn. Najbliżej nich był Józef, który zgodnie ze swoim zwyczajem zdzielił pierwszego z nich potężnym kopniakiem w brzuch. Drugi wycelował w stronę Wiktorii, ale ta była szybsza i trafiła swojego przeciwnika w udo. Ten krzyknął i upadł ciężko na podłogę upuszczając broń. Trzeci widząc dwóch leżących towarzyszy  chciał wycofać się za ścianę, ale podobnie jak nasze pierwsze ofiary nie wziął pod uwagę tego, ze są one zrobione z drewna, a co za tym idzie pociski przechodzą przez nie bez większego problemu. Szczególnie z karabinu Miczi.
                Nagle do środka wpadło coś, co na pierwszy rzut oka wyglądało na kamień. Syczało jednak i dymiło. Zdążyłem krzyknąć tylko teatralne „Padnij!” zanim usłyszałem huk, a eksplozja odrzuciła mnie do tyłu. To był granat. Mieliśmy jednak niesamowite szczęście bo wpadł on prosto do kominka, który zniwelował mocno siłę eksplozji, uwalniając chmurę czarnego, gęstego dymu. W uszach słyszałem tylko pisk, a przed oczami miałem czarno. Kaszlałem próbując złapać trochę świeżego powietrza, ale nie było to łatwe. Poczułem czyjeś ręce, ciągnące mnie do korytarza i zobaczyłem Pablorda, który kaszląc próbował mi pomóc. Niezręcznie przesunąłem się za osłonę.
                Znajdowaliśmy się teraz w korytarzu, który prowadził do wyjścia, oraz do pokojów po bokach. Salon, w który działa się strzelanina i wybuchł granat ucichła nieco, ale wciąż widzieliśmy dokładnie drzwi, w których pojawiła się twarz mężczyzny. Widziałem, że próbował dostrzec ile osób zabił. Czarne obłoki powoli opadały i kolejne co udało mi się zobaczyć to Michael, który rozbija potężnym uderzeniem czaszkę napastnika.
- Wychodzimy stąd! – krzyknąłem ochrypłym głosem, spluwając i próbując wstać. Teren był czysty. Widzieliśmy auto stojące niedaleko naszego. Wszyscy z trudem łapali hausty świeżego, chłodnego powietrza.
- Wszyscy są cali? – zapytał Józef.
- Strasznie boli… mnie głowa… - powiedziała słabym głosem Wiktoria.
                Podszedłem do niej i położyłem ją na trawie. Dotknąłem ręką jej czoła i odgarnąłem włosy.
- Oddychaj – powiedziałem spokojnie – Zaraz powinno ci przejść. Reszta zbierajcie się. Złomiarze wiedzą, ze tu jesteśmy – krzyknąłem.
Wiktoria oddychała ciężko. Była bardzo blisko eksplozji i byłem pewien, że gdyby nie to, że granat wleciał do kominka, to mogłaby zostać naprawdę ciężko ranna, a może nawet zginąć. Auto po chwili było gotowe. Dałem towarzyszce pić, a ta po chwili podniosła się ciężko. Wsiedliśmy do auta i ruszyliśmy powoli w stronę złomowiska.
- Jesteś pewien? – zapytała Miczi.
- Tak. Zaufajcie mi – odpowiedziałem.
- Ile osób nas zaatakowało? – zastanawiał się na głos Pablord.
- Ponad pięć. To był patrol. Zapewne, za jakieś dwie godziny wszyscy będą wiedzieli, że nie wrócili i coś im się stało. Musimy przyspieszyć – powiedziałem.
                Złomowisko było coraz bliżej nas. Podjeżdżaliśmy od przeciwnej strony niż ostatnio. Wydawało się one jeszcze większe, ale nie widziałem go już jakiś czas i po prostu mogłem je inaczej pamiętać. Tutaj, ponad miesiąc temu, straciliśmy Jonasza, który był Czerwoną Flarą i naprawdę porządnym człowiekiem. Żałowałem, że musiał w tak głupi sposób zginąć, chociaż nie widziałem jego śmierci na własne oczy, to byłem świadkiem tego jak w niego strzelają, a on zostaje na tyłach, żeby umożliwić nam ucieczkę. To był naprawdę heroiczny wyczyn z jego strony i zawdzięczałem mu życie. Niestety nie mogłem już spłacić tego długu.
                Zatrzymaliśmy się w uliczce, niedaleko sklepu, w który przeżyliśmy z Pablordem, Jonaszem oraz Wiktorią małą przygodę na zlecenie rodziny Złomiarzy. Zostawiliśmy auto tutaj i ruszyliśmy z wyciągniętymi broniami opuszczoną uliczką.
- Wiktoria, Pabi – zacząłem po cichu – Szukamy śladów rodziny.
- Co? Sam mówiłeś, że to niebezpieczne – zdziwiła się Wiktoria.
- Jeszcze bardziej niebezpieczne było to, co się stało w nocy. Nie ma sensu negocjować z tymi ludźmi. Dowiedzmy się czegoś i pomyślimy co dalej – stwierdziłem.
Z uliczki przed nami wyszedł zombie, który nie zdążył nawet obrócić się w naszą stronę. Michael był szybszy i znokautował go silnym uderzeniem w czaszkę.
- I oni mieszkają gdzieś tutaj? – zapytała Miczi.
- Tak. Parę uliczek dalej – powiedziałem.
- Myślisz, że nam pomogą?
- Mam nadzieję – powiedziałem.
                Ruszyliśmy do przodu i gdy byliśmy już naprawdę blisko celu usłyszeliśmy silnik auta. Schowaliśmy się szybko za niedużym kamiennym murkiem obserwując okolicę. Gdzieś z prawej nadjeżdżało przynajmniej sześć aut. Hałas narastał, więc byłem pewien, że jadą w naszą stronę. Czy mogła to być Łapa z posiłkami z Torunia? Wątpiłem, ale taką opcję również trzeba było rozważyć. Auta wyjechały w końcu zza rogu i od razu poznałem, że to Złomiarze. Schowałem się za murkiem, nie obserwując ich nawet, bo wiedziałem, że przejeżdżając mają duże szansę nas zauważyć.
                Pierwsze pojazdy minęły nas. Już miałem odetchnąć z ulgą, kiedy jeden z wozów zatrzymał się tuż obok nas, po drugiej stronie murka. Przełknąłem ślinę. Na ulicę wyszły przynajmniej trzy osoby. Jeden był mężczyzną, oddychał ciężko i ochryple, dosyć charakterystycznie. Dwie pozostały prawdopodobnie były kobietami, bo rozmawiały cicho między sobą i miały wysokie głosy.
- Zamordowani? – zapytał mężczyzna.
- Tak. Ktoś jest w okolicy. To pewnie te psy z Płońska przyjechały po swoją sukę – rzuciła jedna z kobiet. Cieszyłem się, że nie było z nami Olafa, bo ten od razu rzuciłby się na nich, gdyby usłyszał coś takiego.
- Wanda ich szuka. Mam nadzieję, że będą cierpieć – stwierdziła druga kobieta.
- Wszyscy zdrajcy i bandyci muszą cierpieć – zauważyła ta pierwsza.
- Przejdźmy się po ulicy parę razy, żeby nie było, że nic nie robimy – zaproponował mężczyzna i poszli dalej, w stronę, z której przyszliśmy.
                Gdy tylko zniknęli za zakrętem poderwałem się i wraz z resztą podbiegliśmy dalej, wchodząc na uliczkę, na której zaczynało się Złomowisko, oraz dom rodziny, którą tu kiedyś spotkaliśmy. Od razu zlokalizowałem go wzrokiem i pokazałem reszcie. Wyglądał właściwie tak samo jak ostatnio, może był jeszcze bardziej zapuszczony. Zacząłem czuć presję tego miejsca. Szukali nas, a z rana próbowali zamordować. Nie rozumiałem dlaczego tak agresywnie podchodzili do sąsiednich obozów, ale miałem nadzieję, że albo ich stąd przegonimy, albo uda nam się ich pokonać. Szansy na sojusz już nie było.
                Podeszliśmy pod same drzwi. Zastanawiałem się czy zapukać, czy po prostu wejść. Moi towarzysze rozglądali się nerwowo po bokach, a co chwilę z daleka było słychać silnik auta lub inne podobne hałasy. Postanowiłem w końcu delikatnie pociągnąć za klamkę i otworzyć drzwi. Ku mojemu zaskoczeniu były otwarte. Skrzypnęły przeciągle, więc ktokolwiek był w środku na pewno już to usłyszał. Pomimo to weszliśmy po cichu, rozglądając się. Podobnie jak ostatnio w środku panował pół mrok. Zasłony skutecznie odcinały światło słoneczne, zostawiając tylko nieduże smugi, oświetlające nieco wnętrze.
                Włączyliśmy latarki i przygotowaliśmy się do ewentualnego ataku. Szliśmy powoli korytarzem. Serce biło mi znacznie szybciej niż powinno, ale nie potrafiłem się uspokoić. Ryzyko było ogromne. Rozglądaliśmy się po półkach i reszcie mieszkania i widzieliśmy wszechobecne znaki, że ktoś tu nadal mieszka. Otwarta puszka jedzenia, czysty stół, broń leżąca przy kanapie. Wszystko wskazywało na zwykłą kryjówkę, chociaż musiałem przyznać, że nieco się tu pozmieniało. Było jednak pusto. Kuchnia, miejsce w którym spaliśmy, nigdzie nikogo nie było. Zacząłem się zastanawiać, gdzie mogli się podziać ostatni lokatorzy. Weszliśmy do ostatniego pomieszczenia i usłyszeliśmy całą symfonię przeładowywanych broni.
- Upuśćcie broń dla waszego własnego dobra – powiedziała jakaś kobieta. Kojarzyłem jej głos.
                Zasłona została zerwana, a nas chwilowo oślepiło światło dnia. Gdy wzrok przyzwyczaił się do jasności zobaczyłem rudą kobietę siedzącą na kanapie. Obok niej stało paru mężczyzn z karabinami, którzy mierzyli w nas. Sytuacja była fatalna.
- Gdzie jest… - zacząłem pytać, ale ta przerwała mi.
- Zdracja, dzięki któremu opuściłeś to miejsce? Zawisł wraz z rodziną. Nie tolerujemy tu zdrajców. Tak samo jak morderców. Wymordowałeś cały mój oddział. Tak właśnie działa słynny Bobru z Ostoi? – zapytała, a jej głos był zimniejszy niż lód.
- Zaatakowali nas z rana. Gdybyśmy nie obudzili wcześniej to pewnie byśmy nie żyli – odgryzłem się. Sytuacja była na tyle beznadziejna, że nic więcej mi nie zostawało do zrobienia.
- Chciałam negocjować. I dalej chcę. Wiem kogo chcecie, ale ja też mam swoje warunki. Może nawet się dogadamy. Zawsze lubiłam tak bezczelnych i odważnych ludzi jak ty – powiedziała nieco cieplej.
                Bronie zostały nam zabrane, a mężczyźni otoczyli nas, wciąż celując karabinami.
- Najpierw jednak, zanim dotrzemy do przyjemniejszego miejsca, chcę dowiedzieć się jednej rzeczy – wstała i podeszła do mnie. Z bliska mogłem zauważyć, że jej oczy wydawały się nie mieć żadnej głębi. Zupełnie jakby patrzył na mnie trup.
- Nie chcemy kłopotów, po prostu przyszliśmy negocjować – powiedziałem.
Spoliczkowała mnie.
- Przestań łgać i nie przerywaj mi – syknęła. Widziałem jak Miczi chciała coś zrobić, ale jeden z mężczyzn złapał ją za rękę i wykręcił.
- Ej! – krzyknąłem odwracając się. Momentalnie wszyscy towarzyszę Wandy przycisnęli nas karabinami do ścian, a niektórych sprowadzili na podłogę. Ja zaliczałem się do tych pierwszych. Sapnąłem gdy uderzono mną z dużą siłą, ale wciąż patrzyłem na kobietę.
- Zgrywacie takich świętych prawda? Niesamowita Ostoja Ocalałych w Toruniu. Świetna społeczność. BZDURY! – wrzasnęła tak, że aż zadzwoniło mi w uszach – Co powiesz mi o kamuflażu z użyciem skór zombie? – zapytała.
- To Zszyci. Grupa ocalałych, która od jakiegoś czasu pałęta się po okolicy – powiedziałem jej nie wiedząc czemu miałbym kłamać.
- To wasi ludzie. Dziara myślał, że jest taki cwany? Zawsze popełnia te same błędy – mówiła jakby sama do siebie.
- To nie są nasi ludzie. Nie wiemy o nich nic konkretnego.
- Co to za spotkanie? Ta suka z Płońska pomimo ostrego lania nie powiedziała ani słowa, ale jestem pewien, że ty otworzysz się nieco przede mną? – zapytała podchodząc do Pablorda i przystawiając mu nóż do gardła.
                Przeszył mnie dreszcz. Przypomniała mi się niewola w obozie ojca Łapy w Supraślu. Gruby ochroniarz, który męczył mnie, Cinka i Erniego. Pamiętałem blok w miasteczku w drodze do Torunia, gdzie wpadłem na bandytów. Historie o Jakubie, zanim ten trafił na pokład Potwora. To wszystko to było nic. Nigdy nie czułem takiej beznadziejności jak teraz. Wplątałem moich ludzi w bagno i nie mogłem zrobić nic. Musiałem grać na czas.
 - Powiem ci wszystko – obiecałem.
- Powiesz – odpowiedziała po czym machnęła ręką. Mężczyźni jak na zawołanie uderzyli każdego z nas w brzuch lub w głowę. Ja byłem ostatni. Chociaż nie straciłem przytomności to zamroczyło mnie, a po chwili poczułem materiał na głowie. Ostatnie co widziały moje oczy przed nałożeniem worka to bezwzględna twarz Wandy, która mówiła:
- Zabrać ich.