poniedziałek, 13 lipca 2015

Rozdział 3: Poseł

Rozdział 3, pierwszy z perspektywy Olafa - prawej ręki Feline. Chociaż Olafa nie widzieliśmy, gdy Erni odwiedzał obóz w Płońsku, to jednak tam był. Zaufany człowiek Feline, ironicznie podchodzący do życia. Myślę, że postać się wam spodoba, bo jest zdecydowanie pasująca do świata.

Inne POV:
Olaf - Dzień 3 od rozpoczęcia akcji tomu
Bobru - ???
Irek - ???
??? - oznacza, że w dany dzień nie pojawiła się jeszcze informacja, co w tym czasie robią inni bohaterowie

----------------------------------------------

Rozdział 3 (Olaf) : Poseł


                Nienawidziłem życia w czasie apokalipsy zombie. Denerwowała mnie ciągła walka o przetrwanie i udawanie, że kiedyś to się skończy. Tego akurat byłem pewien, nikt nigdy nie wynajdzie żadnego antidotum. Czas każdego z nas był policzony i już się z tym zdążyłem pogodzić.  Obóz Feline był jednak miejscem do którego byłem przywiązany i chociaż nie lubiłem tu prawie nikogo to szanowałem Feline. Była tajemniczą, ale bardzo dobrą osobą i musiałem przyznać, że byłem gotów oddać za nią życie.
                Cały obóz znajdował się w starym budynku szpitalnym, który połączyliśmy z niedużym magazynem kawałek dalej. Wszystko było otoczone ogrodzeniem i w sumie chociaż nie mieliśmy za dużo miejsca to wciąż byliśmy w stanie bronić się tutaj długi czas. Znajdowałem się teraz w moim pokoju, który był niedaleko gabinetu Feline. Chociaż miałem ciężki charakter to ona ceniła sobie moje rady i często z nich korzystała, więc chciała mnie mieć zawsze pod ręką.  Podniosłem się ciężko z łóżka.  Swoje w życiu już przeżyłem i ciągle dokuczał mi ból kolan i pleców.
                Wstałem i podszedłem do lustra i miski z wodą. Spojrzałem na swoją twarz i westchnąłem cicho. Paskudna morda, pomyślałem. Miałem niebieskie oczy, krótko przystrzyżone włosy z wyraźnie zaznaczonymi zakolami, oraz pokaźne wąsy, które zakręcały w górę, przez co przypominałem jakiegoś włoskiego hydraulika. Wziąłem w ręce brzytwę i nakładając piankę do golenia, która znalazłem w szpitalu już jakiś czas temu, nałożyłem ją na brodę i gardło. Zacząłem powoli golić się i nucić pod nosem piosenkę, którą lubiłem słuchać, zanim to wszystko się zaczęło.
                Nagle drzwi do mojego pokoju otworzyły się, a ja zaskoczony zaciąłem się w okolicach policzka.
- Kurwa mać – mruknąłem odwracając się.
- Wybacz Olafie, nie chciałem cię wystraszyć – powiedział Grzesiek. Grzesiek był lekarzem, chirurgiem, który był w tym obozie od początku. To jego znaleźliśmy tutaj gdy zajmowaliśmy to miejsce i czyściliśmy je z zombie.
- Czego chcesz? – spytałem tamując krwawienie koszulką leżąca na łóżku.
- Muszę cię przebadać, szczególnie po tym co stało się ostatnio – powiedział siadając na stołku przy wejściu.  Niecały miesiąc temu, około tydzień po tym, jak Feline wysłała dwóch naszych ludzi, żeby eskortowali Ernesta i Marcina do Ostoi, na naszych ziemiach pojawili się bandyci. Zostałem wtedy postrzelony w okolicach brzucha. Kula cudem ominęła moje narządy i jakimś cudem przeżyłem, ale od tamtego czasu Grzesiek męczył mnie co tydzień żeby robić rutynowe kontrole tego jak rana się goi.
- Dobra, chodźmy – powiedziałem przemywając twarz i ubierając się do końca. Za pas schowałem nóż i pistolet. Bez tego zestawu nigdzie się nie ruszałem.
                Ruszyliśmy korytarzem mijając po drodze dwóch, patrolujących ludzi. Po minucie staliśmy już w gabinecie Darka. Było tu całkiem czysto jak na panujące standardy i w porównaniu z moim pokojem to był zupełnie inny świat. Usiadłem na kozetce i zdjąłem spodnie oraz podkoszulek i bluzę. Grzesiek poszperał chwilę w szafce, po czym wyjął stetoskop oraz parę bandaży i butelkę dziwnego płynu, który służył do przemywania ran. Podszedł do mnie i spojrzał na moje podbrzusze. Rana wyglądała już całkiem nieźle, ale dalej cały obszar ciała miałem siny, a przy mocniejszym dotknięciu czułem parszywy ból.
- Dalej nie wiem jakim cudem udało ci się przeżyć. Świat cię jeszcze potrzebuje przyjacielu – powiedział podchodząc i przykładając zimny stetoskop do mojej klatki piersiowej.
- Pieprzyć ten świat –skomentowałem krótko.
                Lekarz chwycił mnie bez pardonowo za bokserki i spróbował odsunąć je kawałek w dół. Odepchnąłem go. Ten roześmiał się.
- Stary jak brzoza, a głupi jak koza. Jak mam ci opatrzeć tę ranę i ją przemyć jak nie mam do niej dostępu? Wstydzisz się? – zapytał, ciągle się uśmiechając.
- Po prostu wkurza mnie, że podchodzisz do takiego z takim uśmiechem. Lubisz widok męskich genitaliów? – zapytałem zgryźliwie.
- Nie bądź babą do cholery – odpowiedział wyraźnie poddenerwowany.
Pomimo moich sprzeciwów zbadał w końcu ranę i przeczyścił ją, a następnie pozwolił mi się ubrać.
- Mogę już iść? – zapytałem.
- Czekaj, ogarnę ci jeszcze ten syf na policzku – czasami nie rozumiałem do końca jego języka, bo był młody i używał słów, których używały dzieciaki w jego wieku.
                Podszedł do mnie i przeczyścił mi cięcie, po czym nakleił plaster.
- Wsio. Możesz iść – rzucił na odchodne i wrócił do swojego biurka.
- Wiesz, gdzie znajdę Feline? – zapytałem. Było południe, a ona lubiła spacerować po całym budynku i nie zawsze siedziała w swoim gabinecie.
- Nie mam pojęcia, sprawdź na dachu – zaproponował.
- Dobra, dzięki – odpowiedziałem i wyszedłem.
                Ruszyłem w stronę schodów, a po nich wspiąłem się na dach. Było tam parę pustych pomieszczeń, oraz jedno dosyć wyjątkowe – strych z balkonem, z którego widać było całą okolicę. Feline lubiła tam przychodzić, szczególnie w cieplejsze dni jak ten, aby obserwować okolicę z bezpiecznego miejsca. Zombie nie miały szans się tam wspiąć, a balkon był na tyle wsunięty, że ktoś musiałby strzelać z odległości paruset metrów, żeby ją w ogóle zauważyć, a nawet wtedy mógłby mieć problem z wycelowaniem. Co prawda słyszałem, że w Ostoi jest snajper, który ma jedno oko i profesjonalny karabin snajperski, ale nie wiedziałem, czy to nie były zwykłe plotki rozpowiadane przez Dziarę lub kogoś innego z Ostoi.
                Nie lubiłem ludzi z Ostoi, wywyższali się i cały czas starali się osiągnąć dziwną kontrolę nad terenem, w tym nad tym obozem. Całe szczęście Feline twardą ręką nie zgadzała się na to. Mi to pasowało i miałem nadzieję, że tak zostanie. Gdy dotarłem na balkon zobaczyłem ją od razu. Siedziała w bluzie z kapturem, kieliszkiem wina, słuchając cicho grającej z gramofonu muzyki na dużym skórzanym fotelu. Pamiętam jak dzisiaj jak wnosiłem go dla niej wraz z dwoma innymi ludźmi. Wszyscy w obozie kochali Feline. Czasami podejrzewali mnie o to, że próbuje przejąć jej pozycje, ale było to okrutne kłamstwo. Nie zależało mi na władzy. Nie lubiłem podejmować decyzji, wolałem się trzymać z tyłu.
                Feline jakby wyczuła moją obecność.
- To ty Olaf? – zapytała biorąc łyk wina i nawet nie odwracając się w moją stronę. Podszedłem bliżej niej, tak żeby mnie zobaczyła. Wyciągnąłem papierosa z paczki, która podobnie jak nóż i pistolet, nie opuszczała mnie nawet na chwilę i odpaliłem, biorąc potężnego bucha.
- Jaka dzisiaj czeka nas robota? – zapytałem.
- Na pewno jakaś, prawda? – zapytała retorycznie – Codziennie jest coś do zrobienia. Jeden dzień wolnego i to miejsce mogłoby upaść. Nie możemy się upić, zabawić, bo cały czas trzeba mieć rękę na pulsie – powiedziała.
- Taki parszywy świat nam się trafił – odpowiedziałem.
- Co do roboty, to w sumie dzisiaj nie mamy nic konkretnego do zrobienia. Chłopaki z ogrodzenia oczyszczają teraz podstawę budynku, grupa zwiadowcza wyruszyła na północny zachód w stronę Ostoi, żeby zobaczyć, czy ci coś nie planują, a reszta jest spokojna. Jeżeli nic nam nie przeszkodzi to prawdopodobnie dzisiaj pozostanie ci tylko sortowanie broni w zbrojowni, ale to później – powiedziała.
- Tak jest – odpowiedziałem zaciągając się papierosem.
- Zanim jednak pójdziesz możesz mi potowarzyszyć. Nie jestem świetną towarzyszką do rozmowy, ale wydaje mi się, że ty również nie lubisz za dużo gadać – stwierdziła. Spojrzałem w jej niezwykle niebieskie oczy i uśmiechnąłem się.
- Coś w tym jest – powiedziałem siadając.
                Przez najbliższe dwie godziny siedzieliśmy na górze w prawie całkowitym spokoju przerywanym co jakiś czas ludźmi, którzy raportowali szefowej to co udało im się osiągnąć. Pasowało mi to jak Feline lubiła spędzić wolny czas. Gadaliśmy tylko odrobinę o sprawach urzędowych. Nigdy nie traktowałem naszej relacji jako czegoś więcej niż przyjaźń, chociaż Feline była ładną dziewczyną. Była jednak młodsza ode mnie o jakieś piętnaście lat. Nie chciałem, żeby to miejsce upadło, bo zawracam głowę dziewczynie, która ma znacznie ważniejsze obowiązki.
                Gdy już miałem schodzić do stołówki, żeby zjeść w końcu coś, a nie ciągnąć na samych papierosach na dach przybiegł Piotrek. Był to młody chłopak, który właściwie cały czas biegał. Rzadko kiedy widywałem go siedzącego. Był zwiadowcą.
- Pani Feline znaleźliśmy kogoś, kto chcę z tobą porozmawiać – zameldował. Feline wstała.
- Gdzie go znaleźliście? – zapytała.
- Niedaleko naszego obozu. Obserwował miejsce z krzaków.
- Zabijmy cholernego szpiega! – krzyknąłem.
- Uspokój się Olaf – poprosiła – Zaprowadź go do mojego gabinetu. Zaraz tam przyjdziemy – stwierdziła. Piotrek zniknął równie szybko jak się pojawił, a ja spojrzałem na Feline.
- Masz zbyt dużą tolerancję wobec takich ludzi. Ogólnie wobec ludzi… - powiedziałem.
- Jak mi się nie spodoba to go zabijemy. Chodź, nie marudź – powiedziała, po czym zeszliśmy w dół.
                Gabinet Feline był mrocznym miejscem. Była tu nieduża biblioteczka, duże drewniane biurko oraz fotel i krzesła dla ewentualnych gości. Na jednym z nich siedział teraz mężczyzna w wieku Feline, związany i zakneblowany. Na drugim usiadłem ja, a Feline zasiadła na swoim miejscu. Odwołała szybko zwiadowców, którzy przyprowadzili złapanego, a następnie poczekała chwilę obserwując więźnia. Jej oczy miały tą przerażającą moc, przenikania ludzkiej duszy i wiedziałem, że jeżeli złapany ma jakieś złe zamiary to na pewno poczuł strach.
- Jak masz na imię i co cię tu sprowadza? – zapytała w końcu.
                Zdjąłem mu knebel i rzuciłem go na biurko.
- Jestem Kamil. Reprezentuje Inowrocław i tamtejszą grupę ocalałych i chcę zaprosić niejaką Feline, która dowodzi tym obozem na Wielkie Spotkanie Ocalałych, które odbędzie się dokładnie za sześć dni w naszym obozie – wyrecytował, jakby uczył się tej kwestii przez przynajmniej parę godzin. Kamil miał parodniowy zarost, ale był zadbany. Nie miał przy sobie żadnych rzeczy poza malutkim plecakiem, w którym miał rzeczy pozwalające przetrwać parę dni w dziczy.
- Wielkie Spotkanie Ocalałych? – zapytała Feline.
- Co ty pieprzysz… - skwitowałem patrząc na niego.
- Mówię prawdę. Dowódca naszego obozu, Ben, chce w końcu zbudować prawdziwą cywilizację. Zaproszenie dostarczyć miałem w pierwszej kolejności tutaj i jednocześnie poprosić o przekazanie tej informacji dowódcy Ostoi oraz dowódcy Drugiego Posterunku. Za sześć dni… - chciał powiedzieć coś jeszcze, ale Feline mu przerwała.
- Dlaczego mielibyśmy przyjść? Do nieznanego obozu człowieka, który zakradał się tutaj jak wróg… - powiedziała zimnym tonem.
- Nie byłem pewien czy jesteście dobrymi ludźmi, a zanim zdążyłem się przekonać złapali mnie – skontrował. Pomimo ciężkiej sytuacji zachowywał spokój. To się ceniło.
- I co teraz myślisz chłopcze? – zapytałem.
- Myślę, że nadajecie się – odpowiedział patrząc mi w oczy. Następnie odwrócił się w stronę Feline – Ty jesteś na pewno Feline. Zgadzasz się na nasze warunki, czy nie? – zapytał.
- Nie mogę ci teraz odpowiedzieć, bo… - zaczęła, ale wtedy Kamil jej przerwał.
- Muszę znać odpowiedź teraz i przeka… - nie zdążył dokończyć, bo uderzyłem go w twarz. Zakołysał się na krześle, ale nie upadł. Feline skarciła mnie spojrzeniem, ale zignorowałem to.
- Gdy ona mówi, masz słuchać – powiedziałem zimno – I nie przerywać.
- Widzę, że masz oddanych ludzi – stwierdził Kamil ocierając twarz o bark – To nie zmienia jednak tego, że muszę dowiedzieć się teraz. Jeżeli nie zgodzicie się to…
- To co? – zapytała Feline.
- Będę musiał zgłosić się do mojego szefa i zapytać co dalej. Bo spotkanie musi się odbyć prędzej czy później – odpowiedział.
- Czemu ma się odbyć właśnie w Inowrocławiu? – dopytywała dalej Feline.
- Bo tam jest człowiek, który naprawdę chcę odbudować ten świat – odpowiedział dumnie mężczyzna.
                Feline oparła się o swój fotel i założyła nogę na nogę. Zastanawiała się. W pomieszczeniu przez około minutę panowała cisza. Kamil zaskoczył mnie swoją śmiałością – przez cały czas nie opuścił wzroku i wciąż utrzymywał kontakt wzrokowy z przywódczynią obozu. Ta w końcu ocknęła się jakoby z transu i spojrzała na mnie.
- Olafie zostaw nas samych. Zawołam po ciebie jak będziesz potrzebny – rozkazała.
- Ta jest – odpowiedziałem. Wychodząc rzuciłem młodemu spojrzenie w stylu „jak ją dotkniesz to będziesz cierpiał” po czym opuściłem pomieszczenie.
                Nie mając za dużo do roboty ruszyłem w stronę stołówki, aby w końcu coś zjeść. Pomieszczenie było praktycznie puste, w kącie siedziało dwóch mężczyzn, których widywałem co jakiś czas, ale nie znałem osobiście. Podszedłem do dobrze znanego mi, grubszego kucharza, którego nazywali w obozie Siekierka i poprosiłem o coś do jedzenia.
- Za dużo ze śniadania nie zostało, a na obiad to ty musisz poczekać – powiedział swoim specyficznym, niskim głosem.
- Siekiera nie gadaj, że kumplowi nie zostawiłeś nawet porcji – powiedziałem słodko.
Grubas zaśmiał się, a jego policzki zafalowały.
- Nie rozśmieszaj mnie, trzy dni temu nazwałeś mnie chodzącą beczką tłustego mięsa – odpowiedział.
- To było po przyjacielsku – zapewniłem. Siekiera spojrzał na mnie z wyrzutem, po czym zniknął na chwilę z okienka, a po chwili pojawił się z talerzem, na którym była kupka fasoli, dwie sardynki oraz dwie duże kromki chleba.
- Tyle ci mogę dać, a teraz zjeżdżaj stąd – powiedział wciskając mi talerz w ręce i zamykając okienko.
                Zjadłem spokojnie rozmyślając nieco o tym, co usłyszałem w gabinecie Feline. Wielkie Spotkanie Ocalałych. Wydawało mi się, że to jest pułapka, ale byłem pewien, że Feline nie przepuści takiej okazji. Nasz obóz został zaliczony na równi z obozem Dziary oraz Kapitana, a w centrum wydarzeń zawsze działy się rzeczy, które interesowały moją szefową. Byłem pewien, że pewnego dnia to ją zgubi, ale od tego byłem ja – od pilnowania jej.
                Odniosłem talerz i poszedłem do zbrojowni, aby zająć się jakże nudnym zajęciem, jakim było czyszczenie i przeliczanie broni oraz amunicji. Mieliśmy ostatnio coraz to większe szczęście w znajdowaniu różnej broni i po wstępnych obliczeniach byłem już pewien, że liczba broni przerasta przynajmniej dwukrotnie liczbę osób będących w obozie. W sumie było tu nas około pięćdziesięciu, co nie było dużą liczbą, ale mieliśmy mnóstwo broni, więc byliśmy groźni i ludzie musieli się z nami liczyć.
                Następne półtorej godziny spędziłem w zbrojowni i gdy w końcu wyszedłem byłem już dosyć zmęczony. Dzień był krótki, ale intensywny. Postanowiłem wyjść przewietrzyć się, a następnie pójść do swojego pokoju i położyć się spać. Słońce powoli kierowało się ku horyzontowi, ale nie mogła być godzina późniejsza niż siedemnasta. Ogrodzenia jak zwykle pilnowało parę osób, ale ja nawet nie chciałem im przeszkadzać. Usiadłem na ławce przed wejściem i wziąłem głęboki oddech.  Kolejne dni będą ciężkie, tego byłem pewien.
                Słońce świeciło, oślepiając mnie kompletnie, więc przymknąłem oczy i cieszyłem się chwilą. Usłyszałem nagle podniesione głosy i leniwie otworzyłem jedną powiekę, żeby zobaczyć co się dzieje. Ekipa broniąca ogrodzenia stała teraz przed główną bramą z prętami i zaczęła oczyszczać przez szpary w siatce zebrane pod ogrodzeniem zombie. Pomyślałem, że zabicie paru trupów będzie świetnym zwieńczeniem dnia, więc wstałem i podszedłem do nich. Wziąłem jeden z prętów stojących na uboczu i podszedłem do siatki. Jeden z trupów, który miał głowę przechyloną o parędziesiąt stopni zaszarżował na siatkę. Oczyszczanie tego rejonu było ważne, bo jak zebrałoby się tutaj za dużo zombie, to w końcu by zniszczyły ogrodzenie, a postawienie czegoś takiego zajmowało sporo czasu. Nie mogliśmy sobie na to pozwolić.
                Niczym kijem bilardowym machnąłem przez dziurę w siatce przebijając głowę zombie, a następnie przyciągając pręt z powrotem, aby zadać kolejny cios, następnemu trupowi. Machaliśmy tak, a kolejne ciała upadały głucho na asfalt przed wejściem, farbując go na czerwono. I tak od dawna był cały pokryty zaschniętą krwią, ale teraz ciemna, brudna krew świeciła wręcz w promieniach słońca.
                Po załatwieniu ostatniego trupa strażnicy mi podziękowali i otworzyli bramę, żeby wynieść trupy kawałek dalej. Ja sam wróciłem do budynku i idąc na jedno z wyższych pięter po schodach, skierowałem się do swojego pokoju. Gdy już miałem wchodzić do środka spotkałem Feline, która akurat wychodziła ze swojego gabinetu.
- Olaf. Świetnie się składa, właśnie ciebie szukałam – powiedziała, wciągając mnie do środka.
Po złapanym nie było już śladu, więc dobrze wiedziałem, że albo nie żył, albo doszli do ugody.
- Jak przebiegła rozmowa? – zapytałem ostrożnie.
- Dobrze. Znasz mnie przecież, wiesz, że nie zmarnuje takiej okazji – powiedziała.
- Więc jedziesz do Ostoi? Żeby przekazać im wiadomość? – zapytałem.
- Tak. Właściwie to jedziemy do Ostoi, przecież nie pojadę tam sama – stwierdziła.
                Westchnąłem cicho. Właśnie wkopałeś się w niezłe bagno Olafie, powiedziałem sam do siebie w myślach.

- Mianuje cię posłem naszego Obozu. To ważne zadanie i będziesz miał na dniach naprawdę sporo do zrobienia – powiedziała uśmiechając się. W jej błękitnych oczach zobaczyłem błysk czegoś niebezpiecznego. Już w krótce miałem się przekonać czego.

środa, 8 lipca 2015

Rozdział 2: Wyrzutkowie

Rozdział 2, pierwszy z perspektywy Irka. Dla osób niekojarzących, albo czytających (mam nadzieję) ten wstęp przed rozdziałem - jest to więzień uratowany z podziemi domu Dziary (Kwatery Głównej w Toruniu). Postanowiłem zrobić jego POVa, ponieważ koniecznie chcę pokazać akcję z perspektywy kogoś z "Drużyny Łapy", a póki co Magda i Miczi miały swoje perspektywy, Krystek/Marta i Młoda średnio mi pasują do prowadzenia, a Łapa jest zbyt dobrą i tajemniczą postacią, żeby robić rozdziały z jej oczu widziane. Dlatego padło na niego ;)

Dodatkowo chcę zapowiedzieć wam NOWĄ funkcję, którą będę teraz wstawiał w wstępniakach - co się dzieje w innych POVach, w czasie kiedy dzieje się akcja obecnego. Oczywiście jeżeli będzie to wybiegało poza granice czasowe (np. w POV Bobra będzie dzień dajmy na to 205, a u Irka 203) to będę pozostawiał znaki zapytania. System będzie działał co 3 rozdziały (czyli np. niżej zamieszczę co działo się w tym czasie w POV Bobra [Rozdział 1 - Korzenie], oraz w POV trzecim [Rozdział 3 -???])
Bobru [Rozdział 1 - Korzenie] - W czasie trwania tego rozdziału Bobru oczyszcza okolicę Torunia i jest świadkiem wybudzenia Pablorda
??? [ Rozdział 3 - ???] - ???

--------------------------------------

Rozdział 2 (Irek): Wyrzutki


                Ogień musiał być widoczny z dosyć daleka, ale zrobiło się ciemno, a my nie mogliśmy znaleźć miejsca do spania, dlatego spędzaliśmy noc w niedużym zagłębieniu w lesie, gdzie przy odrobinie szczęścia pozostaniemy w miarę niewidoczni. Niedaleko był nieduży strumyczek, więc nie mieliśmy żadnego problemu jeżeli chodziło o wodę. W aucie wciąż mieliśmy trochę mięsa w puszce oraz fasoli. Ułożyliśmy wszystko do garnka, zalaliśmy odrobiną wody i podgrzaliśmy.
                Byliśmy raczej w kiepskich nastrojach, wszyscy byli zmęczeni, a co najgorsze pośród nas panowało coś podobnego do grypy i niektórzy mieli spore problemy z poruszaniem się, znacznie bardziej woleli poleżeć i odpocząć. Teraz przy ognisku brakowało jednej z chorych – Młodej. Oprócz tego chorowała Magda. Od razu jak jej ręka złożyła się do kupy, po tym jak została połamana to pojawił się nowy problem. Minął dokładnie miesiąc i dzień odkąd uciekliśmy z Torunia. Sam byłem zaskoczony tym jak długo już udało się nam przetrwać i to w kompletnej dziczy.
                Dlatego, zamiast siedzieć całą grupą przy ognisku, siedział tu teraz tylko Marek, ja, Marta oraz Miczi. Stare rany po ugryzieniach zaswędziały mnie. Czasami tak się działo, a wtedy zastanawiałem się, czy to nie jest koniec i czy przypadkiem ugryzienia w końcu na mnie nie zadziałają tak jak powinny. Cały czas nie mogłem uwierzyć w szczęście jakie mnie spotkało. Byłem niepodatny na to, co dziesiątkowało całą ludzkość. Ja zwykły, szary człowiek, byłem teraz kimś niesamowitym. Od kiedy odkryłem w sobie tę moc obiecałem sobie jedno – będę pomagać innym. Szczególnie osobom otoczonym przez zombie, lub przez nie gonionym.
                Gdy wracałem wspomnieniami do naszej podróży do Poznania przechodziły mnie ciarki. To była niesamowita wyprawa. Po opuszczeniu domku myśliwskiego wyjechaliśmy autem w stronę wskazaną przeze mnie.  Ci ludzie, z którymi teraz siedziałem zaufali mnie po tym jak ich uratowałem i dobrze, bo wcale nie zamierzałem ich zdradzać. Sama droga przychodziła jak z płatka, okazało się, że chociaż w naszym towarzystwie przewodziły liczebnie kobiety, to i tak były silne i w pewnych momentach bezlitosne. Największa przemianę widziałem u chorującej teraz Młodej. Jak się poznaliśmy, w podziemiach Kwatery Głównej w Toruniu to była cichą myszką, która dzielnie znosiła niewolę. Teraz poszła w ślady swojej siostry. Nie dorównywała jej jeszcze jeżeli chodziło o bezlitosność i dzikość, ale była na dobrej drodze ku temu.
                Gdy dotarliśmy dwa tygodnie temu do mojego, starego obozu szybko zauważyliśmy, że nic z tego nie będzie. Wcześniej zapewniane przeze mnie fortyfikacje były zniszczone doszczętnie, a sama kryjówka była wypełniona trupami. Było mi trochę głupi, bo ciągnąłem resztę przez naprawdę długi czas, ale wydawało mi się, że spodziewali się tego, że w tym miejscu nie będzie zbyt wielu nadziei na przetrwanie. W końcu stało opuszczone przez całkiem spory czas, dlatego nie nastawiałem ich na pewniaka. Od tamtego czasu kręciliśmy się w okolicy, pomiędzy Poznaniem, a Toruniem.  Musieliśmy teraz podjąć dosyć ciężką decyzję, co robić dalej. Zapasy nam się powoli kończyły, a choroba mogła w każdej chwili złożyć kogoś jeszcze. Musieliśmy znaleźć ciepłe miejsce, gdzie moglibyśmy odpocząć, bez strachu o to, że ktoś nas zaskoczy i zabije. O ile dni były ciepłe, to noce były raczej chłodne i ciężkie do przetrwania. Dlatego byłem zmuszony zacząć niewygodny dla wszystkich temat, od razu po tym jak Łapa i Krystian dołączyli do nas zostawiając śpiącą Młodą i Magdę w aucie.
                - Uważam, że powinniśmy dołączyć od jakiejś społeczności. Jeżeli nie do Torunia to gdzie indziej – zacząłem. Dobrze wiedzieliśmy o tym, że Ostoja dalej istniała, bo tydzień temu byliśmy bardzo niedaleko jej murów.
- Naprawdę chcesz wracać do miejsca, w którym rządzi człowiek, który cię więził? Więził moją siostrę? Okaleczyłam go, dla mnie nie ma tam już miejsca – powiedziała Łapa.
- Jak nie tam, to gdzie indziej – stwierdziłem.
- Moglibyśmy spróbować zostać, na którymś posterunku. Zanim kazaliby nam ruszyć do Ostoi, żeby zameldować Dziarze nasze przybycie zdążylibyśmy chociaż dzień czy dwa pokorzystać z wygód – włączył się do rozmowy Krystian.
- Myślicie, że Bobru wciąż jest w Ostoi? – zapytała Miczi.
- Dajcie spokój do cholery – podniosła głos Łapa – Nie po to uciekaliśmy, żeby tam teraz wracać z podkulonym ogonem!
- Czasem trzeba schować cholerną dumę do kieszeni, kiedy chodzi o zdrowie, a może i życie – powiedziałem – Młoda i Magda są w kiepskim stanie, kto wie czy jutro nie dołączy do nich ktoś jeszcze, kogo złapie ta cholerna gorączka. Musimy się zabezpieczyć, bo w końcu zginiemy w najgłupszy możliwy sposób.
                Łapa milczała, wpatrując się nieobecnym wzrokiem gdzieś w las za moimi plecami. Myślała. Przez chwilę było słychać tylko trzask palącego się drewna, aż w końcu Łapa wstała i przemówiła stanowczym głosem.
- Słuchajcie, trzymamy się już miesiąc bez pomocy ludzi z Torunia czy czyjejkolwiek innej. Zabijaliśmy ocalałych i niezliczoną ilość pierdolonych trupów. Przetrwamy i to. Poszukamy jakiejś grupy ocalałych, którą będzie można łatwo zdominować i wykorzystamy ich gościnność. Jeżeli nasze zdrowie mocno się pogorszy to zrobimy tymczasową bazę w pierwszym, lepszym mieście – zaczęła przemowę – Nie możemy wrócić do Torunia. Nie chodzi nawet o pieprzoną dumę. Chodzi o to, że jak tam pojedziemy to połowa z nas zostanie aresztowana, a może nawet skazana na śmierć. Miałyśmy strasznie intensywne wyjście i nie możemy tam wrócić. Takie jest moje zdanie – dokończyła. W sumie miała trochę racji i to było przerażające.
                Nagle usłyszeliśmy krzyk, gdzieś daleko od nas. Ciarki przeszły mnie po plecach. Wszyscy odruchowo sięgnęli po bronie. Nasłuchiwaliśmy w ciszy, ale nie usłyszeliśmy już nic. Marta, najmłodsza z naszej grupy, wtuliła się w Miczi.
- Musimy coś znaleźć – stwierdził Krystian – ale teraz idźmy już spać.
Byłem tak zmęczony, że nie chciało mi się nawet dyskutować. Połowa z nas miała spać na dworze, a druga połowa w aucie. Sam nie wiedziałem co jest lepsze – spanie w ciepłym wnętrzu auta z chorymi osobami, czy marznięcie na dworze, gdzie tez łatwo było zachorować.  Zanim jednak zmęczenie całkowicie mnie złożyło wziąłem kawałek sznurka, która miałem w kieszeni i pozbierałem puszki, w których była nasza kolacja. Przebiłem je sprawnie nożem i przełożyłem przez dziurki sznurek. Zadowolony z efektu swojej pracy rozwiesiłem puszki po okolicznych krzakach, żeby te narobiły hałasu, gdyby ktoś próbował się do nas zakraść.
                Po wykonaniu tej czynności położyłem się spać. Chociaż byłem dorosłym człowiekiem, który nie jedno już przeżył to czasami czułem się jak zwykły dzieciak. Podczas snów przeżywałem tak niesamowite wizje z bajkowych światów, że czasami się zastanawiałem czy życie tutaj nie jest snem, a tak naprawdę prawdziwy ja jest rycerzem w magicznym świecie pełnym czarów i smoków. Dużo bym dał żeby tak było, ale niestety twarda ziemia i chłód paraliżujący mnie całkowicie pomimo dwóch koców i śpiwora trzymał mnie twardo tutaj. Widocznie tak musiało być.
                W nocy obudził mnie dźwięk puszek. Miałem lekki sen, więc od razu zerwałem się chwytając za broń. Wszyscy spali, ale ja nasłuchiwałem starając się zlokalizować, z których konkretnie krzaków dochodziły hałasy i czy był to wiatr czy coś innego. Nagle usłyszałem przedzieranie się przez krzaki i jęk. Ognisko żarzyło się jeszcze więc byłem w stanie zauważyć w lekkiej poświacie nadchodzącego trupa. Podszedłem do niego i wyciągając nóż zabiłem szybkim ruchem. Otarłem krew z ostrza o jego koszule i wróciłem na swoje miejsce. Dalej było ciemno, ale na horyzoncie widać było poświatę słońca. Za godzinę powinno być już jasno. Nie wiedziałem czy jest sens się znowu kłaść, a że zachciało mi się siku poszedłem w krzaki, sprawnie omijając zastawione przez siebie pułapki.
                Strumień sików uderzał w ziemię miarowym taktem, a ja spokojnie nasłuchiwałem, czy nic nie czai się w krzakach. Słyszałem kroki, ale szybko zdałem sobie sprawę, że to nieduża wiewiórka skakała niedaleko mnie próbując wspiąć się na drzewo. Widok był całkiem uroczy, na tyle, że aż zatrzymałem się na chwilę żeby się uspokoić i poprzyglądać. Po około dziesięciu minutach spaceru wróciłem do obozu i na nowo rozpaliłem ogień, żeby się nieco ogrzać. Wszyscy spali smacznie – Magda, Młoda i Krystian w aucie, a reszta na ziemi przy ognisku. Nie chciałem ich budzić, ale gdy rozpaliłem ognisko zauważyłem, że Marek już nie śpi. Przywitałem go skinieniem głowy, a ten odpowiedział tym samym.
- Dawno wstałeś? – zapytał zachrypniętym głosem.
- Jakiś czas temu. Zombie skradał się do obozu, ale go zdjąłem – powiedziałem pokazując mu ciało leżące parę metrów dalej.
- Dobrze, że czuwasz… - odpowiedział nieco zdziwiony – Szczególnie, że sam jesteś niewrażliwy na to gówno. Mogłoby cię to nie obchodzić. No wiesz, fakt, że ktoś zostanie ugryziony, przecież i tak tobie nic się nie może stać – jego słowa były trochę nieskładne, ale zrozumiałem ich sens.
 - Jesteśmy drużyną gościu – odpowiedziałem nieco rozbawiony – Twoja siostra nas uratowała i nie zamierzam teraz tego zaprzepaścić. Myślałem, że po miesiącu znajomości nie będzie już mowy o braku zaufania – uśmiechnąłem się. Wcale nie chciałem brzmieć specjalnie chamsko, lub podejrzliwie.
- Nie można ufać nikomu. Przynajmniej w pełni – stwierdził Marek, dosiadając się bliżej mnie –Ależ pizga. Jak nie znajdziemy schronienia to wszyscy zachorujemy… - powiedział, trzęsąc się.
- Myślę, że jak nie uda nam się znaleźć niczego na własną rękę to powinniśmy wrócić do Torunia. Jeżeli nie do samej Ostoi to chociaż na jeden z posterunków – powiedziałem.
- Naprawdę chcesz tam wracać? Po tym jak byłeś więziony bez żadnego powodu? – zapytał zdziwiony.
- Wiesz, ja mogę być więziony jeszcze długo, lepsze to niż patrzenie jak powoli umieramy i to nie z powodu zombie, a z powodu jakiejś gównianej grypy – wytłumaczyłem.
- W sumie też prawda – odpowiedział.
                Siedzieliśmy jeszcze pół godziny, rozmawiając o różnych rzeczach, aż w końcu kolejne osoby zaczęły się budzić. Gdy Krystian i Miczi zaczęli przygotowywać śniadanie ja podszedłem do Łapy.
- Gdzie jedziemy po śniadaniu? – zapytałem.
- Przed siebie przyjacielu – odpowiedziała. Była w dobrym humorze. Widoczne stan Młodej musiał się poprawić.
- Co z twoją siostrą? – zapytałem z grzeczności.
- Jest lepiej. Ale stan Magdy się pogorszył. Mam nadzieję, że przetrwa tę chorobę.
                Zjedliśmy śniadanie, które składało się właściwie z resztek naszych zapasów i wsiedliśmy do auta. Młoda rzeczywiście zrobiła się bardziej rozmowna, ale Magda wciąż ledwo kontaktowała i ciepło wręcz biło z niej jak z pieca. Wyjechaliśmy z lasu i ruszyliśmy na północny wschód licząc na to, że znajdziemy jakiekolwiek dobre miejsce. Sam osobiście stawiałbym na Pierwszy Posterunek, w którym mieli dobra opiekę medyczną. Nie obchodziło mnie jak zareaguje na nasz powrót Dziara. Jeżeli nie planowaliśmy zrobić czegoś szybko, to prawdopodobnie nie przetrwamy.
                Trafiliśmy na główną drogę, która była całkowicie opustoszała. Co prawda mijaliśmy co jakiś czas zombie, ale ostatecznie nie zatrzymywaliśmy się, żeby je zabijać bo nie było takiej potrzeby. Minęliśmy dwie nieduże wioski, nawet nie patrząc na budynki, które tam były, bo te kompletnie nie nadawały się do zamieszkania. W samochodzie panowała dosyć cicha, ponura atmosfera. Nikt nie był specjalnie chętny do rozmów.
                Około południa dojechaliśmy do nieco większego miasteczka. Od razu wystrzeliłem z pomysłem.
- Powinniśmy przeszukać jakieś sklepy czy inne lokale. Kończy nam się żarcie, amunicja i zapasy medyczne – powiedziałem.
- Zatrzymamy się tu na parę godzin – stwierdziła Łapa.
Zaparkowaliśmy na centralnym placu miasteczka.  Wysiedliśmy w czwórkę – ja, Łapa, Krystian oraz Miczi. Reszta została w samochodzie.  Na początku uderzyliśmy na sklep, który był tuż przy zaparkowanym samochodzie. Był to nieduży delikates, który wydawał się na pierwszy rzut oka nie splądrowany. Poznaliśmy to po ciężko otwierających się drzwiach oraz dużej ilości zombie w środku. Przystąpiliśmy do oczyszczania tego miejsca. Nie chcieliśmy marnować amunicji, wiec wszyscy walczyliśmy nożami oraz młotkami. Cały sklep składał się z jednego, sporego pomieszczenia, w którym było około trzydziestu zombie. Całe szczęście do głównej sali sklepu prowadziły bramki, które umożliwiły nam swobodne wybijanie trupów – jednego po drugim.
                Łapa i Miczi ustawiły się przy jednej bramce, a ja i Krystian stanęliśmy przy drugiej. Wziąłem nóż w rękę i zastukałem zdecydowanie w barierkę. Dźwięk rozszedł się echem, a ja krzyknąłem.
- Przygotujcie się!
Nie musieliśmy długo czekać. Zombie zwabione hałasem natychmiastowo zwróciły się w naszą stronę. Zabijanie ich było banalnie proste, ponieważ bramka blokowała im możliwość przechodzenia dwójkami, a pojedyncze zombie, blokowane przez metalowy mechanizm, nie były w stanie się przez niego przedostać i wyciągały bezradnie ręce starając się dosięgnąć nas. My jednak byliśmy sprytniejsi i bez problemu dźgaliśmy ostrzami i uderzaliśmy obuchami, żeby dotrzeć do mózgu i tym samym niszczyliśmy część odpowiedzialną za dzikość i rządzę mordu zombie.
                Po tym jak pod bramkami usypał się pokaźny stos ciał przeskoczyliśmy je i poszliśmy do konkretnej części sklepu. Tutaj tez było parę zombie. Jeden zdołał mnie nawet ugryźć, ale jak zwykle nic sobie z tego nie zrobiłem. Ugryzienia zombie były dla mnie jak ugryzienia człowieka – bolały, ale nic poza tym. Czułem się przez to poniekąd wyjątkowy, ale wiedziałem, że ten „dar” może w każdej chwili zniknąć, albo mogę przesadzić i w końcu dopnę swego.
                Udało się nam jednak oczyścić sklep i przeszliśmy do fazy przeszukiwania go w celu zdobycia zapasów. Niestety, ku naszemu zaskoczeniu wiele tego nie zostało. Znaleźliśmy zaledwie parę puszek, jedną apteczkę oraz całkiem sporo wody i alkoholu. Spodziewałem się większych zapasów jedzenia, a te pomagały nam na zaledwie dwa lub trzy dni. Całe szczęście widziałem jeszcze jeden sklep w okolicy, który wyglądał podobnie do tego, więc liczyłem na to, że znajdziemy tutaj coś ciekawego. Opuściliśmy sklep i zanieśliśmy zapasy do samochodu. Gdy tylko podeszliśmy, to zauważyliśmy, ze coś musiało być nie tak, bo drzwi były pootwierane, a Marek, Marta oraz Młoda stali na zewnątrz.
                Łapa podbiegła pierwsza.
- Co się dzieje?
- Z Magdą jest źle. Ja… ona… - zaczął Marek, ale nie był w stanie wykrztusić ani słowa więcej. Chociaż wiatr wiał, nawet stąd słyszałem jak ciężko oddychała.
- Może pójdziemy do apteki? Na pewno znajdziemy jakieś leki – zapewniła Miczi.
- Ja tu zostanę – stwierdził Krystian.
- Rozumiem – odpowiedziała Łapa – Irek, Miczi, chodźcie za mną – poprosiła.
Poczułem poważną falę niepokoju spływającą po mnie, niczym zimny prysznic. Znałem tych ludzi już miesiąc i nie mogłem się pogodzić z faktem, że jedno z nich było w naprawdę ciężkim stanie. Podszedłem do Marty. Dziewczynka była naprawdę świetnym dzieckiem i dogadywałem się z nią chyba najlepiej z całej drużyny. Sam kiedyś byłem ojcem, ale zaraza odebrała mi całą rodzinę. Teraz ci ludzie nią byli.
- Mała trzymaj się Moniki – powiedziałem wskazując siostrę Łapy – Jeżeli coś się stanie Magdzie nie podchodź do niej skarbie – dodałem.
- Rozumiem – odpowiedziała. Była mądrym dzieckiem i wierzyłem, że się mnie posłucha.
                Ruszyliśmy we trójkę wzdłuż ulicy szukając najbliższej apteki. Całe szczęście jedna była tuż za rogiem. Pierwszym problemem jaki napotkaliśmy były drzwi. Ktoś zabił je deskami i musiałem się siłować z nimi dobre pięć minut, zanim w końcu drewno puściło i oddało nam dostęp do wejścia. Nie mogliśmy zmarnować ani sekundy dłużej.
- Rozdzielmy się, kto znajdzie jakiekolwiek leki przeciwbólowe i anty gorączkowe niech krzyczy – powiedziała. Apteka była malutka, składała się z korytarza i oddzielonego szybą sektora aptekarskiego. Nie czekając za długo przeszliśmy drzwiami do części z lekami i zaczęliśmy przeszukiwać setki bezsensownych opakowań witamin, syropów na kaszel, podpasek i innych mało potrzebnych rzeczy. Każdy przeszukiwał inny regał. Nagle pośród dźwięków rozkładanych pudełek i przewracanych butelek usłyszałem jękniecie. Gdy się odwróciłem zamarłem. Pod jednym z regałów zombie sięgał właśnie łapskami w stronę Łapy. Ona nie widziała go kompletnie, albo nie zdawała sobie sprawy, że zagrożenie jest tak blisko bo tylko obróciła się w prawo szukając źródła hałasu.
                Trup grubszej aptekarki pochwycił z dużą siła nogę Łapy i starał się wgryźć w łydkę. Zareagowałem machinalnie. Rzuciłem się w tamtą stronę nie patrząc na obrażenia. Łapa krzyknęła, ale ja byłem szybszy. Zasłoniłem ręką miejsce w które próbował się wgryźć zombie i ten ugryzł mnie w przedramię. Dało to czas Łapie, która wyrwała się z objęć trupa i z całej siły uderzyła butem w czaszkę zombie. Usłyszałem okrutny gruchot i po chwili po ręce pociekła mi krew z roztrzaskanej głowy zombie. Złapałem się za ranę, ale wiedziałem, że nic mi się nie stanie. Łapa pomogła mi wstać i podała paczkę bandaży, które znalazła.
- Dziękuje… - powiedziała niecko zakłopotana.
- Nie ma sprawy – wysapałem zaciskając opatrunek na mojej ręce. Miczi przyglądała się sytuacji z wyrazem zaskoczenia na twarzy i podeszła do nas.
- Znalazłam jakieś leki. Powinny być ok – stwierdziła.
                Zabierając je do plecaków pobiegliśmy w stronę auta. Dobiegliśmy tam dwie minuty później i jak najszybciej podeszliśmy do Magdy. Wyglądała fatalnie. Była blada jak ściana, a zarazem rozpalona jak piec. Majaczyła coś pod nosem, a Krystian głaskał jej spocone czoło.  Łapa próbowała się przepchnąć, żeby podać jej leki, ale Krystian odsunął ją.
- Oszalałeś?! – zapytała zdecydowanie zdenerwowana.
- Już za późno – odpowiedział ze smutkiem w głosie. Zrobiło się naprawdę cicho. Co najgorsze nie było słychać jednego – oddychania Magdy. Łapa opadła na kolana przy samochodzie i patrzyła na tę sytuacje z grozą w oczach. Marta, Magda, Młoda oraz Marek stali kawałek z tyłu obserwując w ciszy Krystiana, który płacząc przytula ukochaną. Wszyscy wydawali się być zahipnotyzowani, ale ja wiedziałem co robić. Zachowałem trzeźwość umysłu.
                Pociągnąłem Krystka próbując go wyciągnąć z auta, zanim będzie za późno. Ten się stawiał i nie chciał wyjść.
- Odejdź ode mnie, zostaw mnie – krzyczał.
- Zaraz będzie za późno uciekaj – powiedziałem spokojnie, ale stanowczo.
- Odwal się Irek – krzyknął ponownie Krystek płacząc jak małe dziecko.
Marek tez zaczął pchać się do środka. Musiałem ich powstrzymać.
                Pociągnąłem Krystka z duża siłą, tak, że wysunął się z auta. W tym czasie jego miejsce zajął Marek, który przytulił siostrę. Nie przewidziałem jednak tego, co zrobił Krystek. Wstał i uderzył mnie z taką siłą w brzuch, że zwymiotowałem na drogę obok. Zobaczyłem jak podchodzi do Magdy, ale wtedy było już za późno. Usłyszałem krzyk Marka. Magda zmieniła się. Ugryzła go w szyję, a po jego ciele spłynęła fala krwi z tętnicy szyjnej. Tym razem nie bawiłem się w podchody. Pociągnąłem Krystka i wykręcając mu rękę podkosiłem mu nogę, po czym przyłożyłem kolano do głowy.
 - Siedź spokojnie kurwa! – wrzasnąłem – Łapa do chuja pana zastrzel ich!
Mój głos musiał zadziałać, bo po chwili usłyszałem dwa szybkie strzały. Minęła minuta, zanim ktokolwiek się ruszył.  Krystek szlochał cicho i żałośnie, ale było już za późno.

piątek, 3 lipca 2015

Rozdział 1: Korzenie

Witajcie po całkiem długiej przerwie! W końcu wracamy do Apokalipsy. Sporo zmieniło się w tym świecie i czas pokazać wam co dokładnie! Pierwszy rozdział zaczyna się od perspektywy Bobra i jest poświęcony głównie zmianom, które działy się w przeciągu miesiąca od zakończenia poprzedniego tomu. Podczas apokalipsy to całkiem spory okres, więc na pewno warto dokładnie przeczytać. Zapraszam was do komentowania po przeczytaniu i proszę o rozesłanie bloga znajomym.

-----------------------------------------

Rozdział 1 (Bobru): Korzenie


                Zamachnąłem się potężnie i powaliłem trupa, który na mnie szarżował. Drugi upadł chwilę później, po tym jak ostrze mojego, starego noża przeszyło jego oczodół i dotarło do mózgu. Kolejny zaatakował mnie od tyłu, ale nie przeszkadzało mi to. Równie pewnie jak ostatnio powaliłem go i dobiłem. Rozejrzałem się na około. Trzej pozostali członkowie Czerwonych Flar walczyli kawałek dalej, oczyszczając jedną z bocznych uliczek Torunia. Od miesiąca, kiedy to Łapa wraz z sporą grupą moich ludzi uciekła z Ostoi nie opuściłem jeszcze tego miejsca.
                Powodów było kilka. To miejsce odradzało się i potrzebowało kogoś do pomocy. Dziara stał się naprawdę dobrym przywódcą i nie było już śladu po starym, zepsutym człowieku jakim był, kiedy pojawiłem się tu po raz pierwszy. Teraz stał się poważny i nie dochodził już do swoich celów na skróty. Co prawda teraz nie miał żadnych poważnych celów, bo odkąd Karzeł spoczywał w ziemi, na cmentarzu w Toruniu, to nie było już żadnego kandydata, który był w stanie mu zagrozić. Teraz on rządził i sam musiałem przyznać, że robi to dobrze. Pomagałem mu, chociaż oficjalnie nie należałem już do Czerownych Flar. Przy mojej pomocy przeprowadziliśmy selekcje i wytypowaliśmy parę osób, które zastąpią miejsca moje, Jonasza czy też Pablorda i Mpd.
                Pablord był wciąż pogrążony w śpiączce i dalej nie mogłem opuścić tego miejsca bez niego więc czekałem.  Myślałem, że czekanie będzie cięższe, ale jednak było całkiem dobrze. Teraz zajmowałem się w sumie tym samym, co robiłem za czasów gdy byłem Czerwoną Flarą – wykonywałem zadania. Tym razem wraz z Michaelem, Ryśkiem i Zerem oczyszczaliśmy ulicę Torunia, żeby nie miała miejsce sytuacja, gdzie Ostoja zostaje odcięta od świata. Zastanawiałem się co teraz dzieje się w innych częściach Polski jak i w kompletnie innych zakątkach świata.
                Z osób, które teraz ze mną były, dłużej znałem jedynie Ryśka. Był on osobą, która przywitała moją grupę w Toruniu, kiedy tu się pojawiłem. Był szefem barykady wschodniej, lecz teraz dostał awans na rangę Czerwonej Flary i radził sobie. Pozostała dwójka dotarła tutaj niedawno. Dziwiło mnie nieco jak osoby, które dopiero co dwa tygodnie temu dołączyły do Ostoi obsadziły już tak prestiżowe pozycje, ale w końcu taki sam zaszczyt spotkał mnie. Michael był obcokrajowcem, który świetnie posługiwał się językiem polskim, chociaż pochodził ze Stanów Zjednoczonych. Z tego co zdążyłem się już dowiedzieć jak wybuchła Apokalipsa przyjechał do Polski do rodziny, ale już nie wrócił do USA. Został tutaj i tutaj starał się przeżyć.
                Był dobrze zbudowanym, czarnoskórym mężczyzną, nieco starszym ode mnie. Do walki używał kija baseballowego, którym potrafił zdziałać cuda. W przeciwieństwie do mnie nie miał na swojej twarzy nawet odrobiny zarostu, ale mimo to swoim wyglądem budził respekt. Polubiłem go, chociaż był specyficznym człowiekiem, który z zachowania przypominał mi nieco Karola Giganta – niby miły i roztropny, ale gdy przychodziło do walki to stawał się bezlitosny i niesamowicie skuteczny. Dotarł do Ostoi niedawno razem z paroma osobami. Stanowili zgraną grupę, mógłbym wręcz powiedzieć, że byli zgrani lepiej od ludzi, którzy podróżowali ze mną. Oprócz niego w grupie znajdowało się osiem osób.
                Ich przywódczyni Ewelina, była osobą w moim wieku, niesamowicie sprytną i przebiegłą. Zajęła szybko dobrą posadę i można było powiedzieć, że pociągała za sznurki, ale nie wydawała się mieć złych zamiarów. Polubiłem ją od razu, gdy odkryłem, że jest świetną towarzyszką do rozmowy oraz do picia.
                Kolejnym członkiem grupy był starszy gość o imieniu Adam. Nie przypominał jednak Adama, którego lubiłem, czyli Sołtysa. Był strasznie ciężkim do życia człowiekiem, jednak był silny i potrafił sobie poradzić w świecie, w jakim przyszło nam żyć. Dodatkowo był ojcem Eweliny. Zero, który był na tym wypadzie ze mną i również załapał posadę Czerwonej Flary był także członkiem grupy Eweliny. Nigdy nie spotkałem tak specyficznego człowieka. Nie odzywał się prawie w ogóle i nie preferował walki niczym innym oprócz sporych rozmiarów młotka kowalskiego. Zdarzało się, że znikał na całe godziny, po czym wracał z zakrwawionymi rękoma i jakby nigdy nic szedł spać. Szanowaliśmy jednak jego dziwactwa i nie komentowaliśmy tego, szczególnie, że nikomu tym nie przeszkadzał.
                Jedną z charakterystycznych osób, które zdążyłem jeszcze poznać była Dorota. Kobieta była naprawdę miła, chociaż jak każda pani w podeszłym wieku była owiana aurą tajemniczości. Nie potrafiła walczyć, bo nie poruszała się zbyt szybko, ale zawsze była otoczona swoimi dwoma psami, które nazwała Kość i Krew. Zwierzęta w stosunku do ludzi były miłe, ale kiedy ich pani prosiła je o pozbycie się kogoś to zamieniały się w krwiożercze bestie.
                Pozostałej czwórki nie zdążyłem jeszcze zbyt dobrze poznać, ale składała się z trzech chłopaków i dziewczyny. Nie znałem nawet ich imion ani ksywek, ale nie wychylali się, ani nie odznaczali niczym specjalnym więc nie dociekałem.  Nie mogłem teraz dociekać i w sumie mimo tego, że w Ostoi zrobiło się naprawdę bezpiecznie to ja nie byłem tam mile widziany. Wiele ludzi nie rozumiało, że osoba, którą zabiłem na ich oczach nie była zwykłym księdzem, a zdrajcą, przez którego zginął Karzeł i dowódcą Gangu. Chociaż nie zaczepiali mnie na ulicy, bo zwyczajnie się bali, to wciąż pokazywali mnie palcami i szeptali za moimi plecami.
                Przyzwyczaiłem się do tego. Nie byli mi potrzebni do szczęścia, liczyła się tylko grupa, która chciała ze mną opuścić Toruń oraz pojedyncze osoby, które postanowiły zostać. Nie chciałem zapuścić tutaj korzeni, więc nie rozumiałem tego do końca, ale akceptowałem tą myśl.
                Gwizdnąłem i cała trójka podeszła do mnie.
- Chyba na dzisiaj wystarczy – powiedziałem patrząc na chowające się za horyzontem słońce. Zaczęła się wiosna i było już znacznie cieplej. Byłem teraz ubrany w bluzę z kapturem oraz dżinsowe spodnie i wygodne buty. Wszystkie futra i kurtki pochowałem w swoim mieszkaniu w głębinach szafy. Nie były już mi potrzebne.
- Myślałem, że mamy oczyścić cały sektor – zdziwił się Michael.
- Michał, przestań. Nie będziemy ryzykować dupska, nigdzie nam się nie spieszy. Jutro z rana dokończymy robotę, a teraz czas się zmywać – wytłumaczyłem tonem nie uwzględniającym dalszej dyskusji.
                Cała trójka poszła tuż za mną w stronę auta zaparkowanego ulicę dalej. Co prawda oczyściliśmy ten teren, ale dalej miałem w ręce pistolet, w razie gdyby ktoś inny nas zaatakował. Od czasu gdy zabiliśmy Daliona, Smorda oraz dowódcę Gangu, Jana, to robiło się niebezpiecznie. Do tego dochodzili Złomiarze.  Niby nie atakowali nas bezpośrednio, ale nawet teraz idąc ulicą widziałem, że musieli tu być. Na środku ulicy była duża litera „Z” uformowana z rąk i nóg poćwiartowanych zombie. Nawet jak na takich ludzi to była drobna przesada. Wyglądało to jak oznaczenie terenu. Byłem ciekaw co starsza kobieta, która nimi dowodziła planuje, ale nie miałem najmniejszej ochoty jej znowu spotkać. Ostatni podróż na teren Złomiarzy zakończyła się tym, że Jonasz zaginął, a my ledwo uszliśmy z życiem z terenu nazywanego potocznie Złomowiskiem. Całe szczęście udało się nam stamtąd uciec, ale od razu po przyjeździe do Ostoi postrzelony został Pablord i od tamtego czasu leżał w śpiączce. Minęło już prawie półtora miesiąca i zaczynałem się martwić, że nigdy się nie obudzi. Co prawda Dziara nawet nie chciał słuchać o odłączeniu go od aparatury utrzymującej go przy życiu, chociaż kosztował nas sporą ilość zapasów.
                Dotarliśmy do uliczki, na której schowaliśmy samochód i pierwsze co rzuciło mi się w oczy zaniepokoiło mnie. Przy drzwiach kierowcy stał mężczyzna, który nie zauważył nas jeszcze, ale zdecydowanie starał się włamać do środka i ukraść nam auto. Kiedyś może zawołałbym go i zaczął rozmowę, tak jak to miało miejsce z Magdą, gdy ta starała się nam zabrać Potwora, ale teraz było inaczej. Zmieniłem się i czułem to. Nie wiedziałem, czy zmiany były na lepsze czy na gorsze, ale starałem się jeszcze trzymać człowieczeństwa, jak słabe w moim przypadku by nie było.
                Kazałem stanąć  moim towarzyszom i podszedłem do niczego nie spodziewającego się Ocalałego po czym uderzyłem go kolbą w udo z dużą siłą. Mężczyzna był starszy ode mnie, przypominał trochę Rekina, ale to zdecydowanie nie był on. Noga pod nim się załamała, a ten krzycząc przeraźliwie spojrzał na mnie. W jego oczach widziałem tylko strach.
 - Litości! – krzyknął.
Stary Bobru prawdopodobnie by podszedł i z nim spokojnie porozmawiał. Ale starego Bobra już nie było. Podbiegłem do niego i przycisnąłem mu lufę do gardła.
- Parszywy złodziejaszku – wysyczałem przez zęby.
- Nie wiedziałem, że ktoś tu jest, naprawdę – krzyknął mężczyzna płaczliwym tonem. Życie w tym świecie nauczyło mnie, że gdybym to ja był w sytuacji tego mężczyzny to prawdopodobnie już bym dostał kulkę w łeb. Nie ufaj nikomu taką wyznawałem zasadę.
- Jesteś tu sam? – zapytałem ignorując jego prośby.
- Sam… Szukam transportu i jakiejś ochrony – powiedział nieco spokojniej.
- To bardzo dziwne. Szukasz ochrony będąc przy jednym z największych obozów w okolicy? Kłamiesz – stwierdziłem przyciskając go jeszcze mocniej do samochodu. Mężczyzna zacharczał chcąc coś powiedzieć, ale ostatecznie nie mógł, dlatego zabrałem dłoń, żeby pozwolić mu się wytłumaczyć.
- Nie wiedziałem… - zaczął.
- O obozie? Widać go z daleka – powiedziałem.
- Czy są w nim dobrzy ludzie… - dokończył.
                Z pewnością moje zachowanie nie wskazywało na to, że są tu dobrzy ludzie, ale nie przejąłem się tym. Minęły czasy, kiedy przejmowałem się zdaniem losowo spotkanych ocalałych. Opuściłem jednak broń i schowałem ją do kabury.
- Możesz iść z nami, ale niczego nie obiecuje. Jeżeli zobaczę chociaż jedną osobę, która za nami podąża od razu cię zabiję. Rozumiesz? – spytałem.
- Rozumiem – odpowiedział.
- Jak masz na imię? – zapytałem nieco milszym tonem.
- Andrzej - powiedział wstając ciężko. Uderzenie z pewnością musiało go zaboleć, ale lepsze to niż po prostu zastrzelenie go znienacka. Aż sam się zdziwiłem, że dałem mu szansę.
- Przeszukajcie go panowie – poprosiłem Michaela oraz Zera. Obaj zabrali się do tego ze sporym zapałem i po chwili podali mi dwa naładowane pistolety oraz nóż. Na plecach Andrzeja zauważyłem plecak, ale wątpiłem, żeby miał tam jakąś dodatkową broń.
- Dobra ja jestem Bobru, to jest Michael, Zero oraz Rysiek. Witaj w Toruniu – powiedziałem pokazując moich przyjaciół Andrzejowi – Pakuj się do auta, zawieziemy cię do obozu.
                Po chwili wszyscy byliśmy w jednym aucie. Rysiek kierował, ponieważ znał się na tym zdecydowanie najlepiej. Zmierzaliśmy prosto do Ostoi. Droga nie była długa, bo ulice były w miarę oczyszczone, a sektor, którym się zajmowaliśmy był dosłownie trzy ulicę od północnego wjazdu. Ten sam wjazd jeszcze miesiąc z kawałkiem temu był całkowicie zniszczony po ataku Gangu, ale teraz trzymał się dobrze i właściwie stał się najlepiej chronionym punktem. Został nieco zmodernizowany, bo oprócz worków z piaskiem i siatek oraz desek, wzmocniliśmy mur o dodatkową osłonę z blach oraz ustawiliśmy drewniane pale, które służyły za kolce. Zombie nabijały się na nie i co prawda nie zabijało to ich, ale skutecznie je zatrzymywało i pozwalało wyeliminować w bardziej spokojny sposób.
                Ludzie z barykady poznali nas od razu i nie musieliśmy nawet wysiadać z auta, żeby bramy stanęły przed nami otworem. Gdy tylko przejechaliśmy linię wejścia, bramy zamknęły się, a my spokojnie wysiedliśmy z auta parkując na ulicy. Pokazałem strażnikom, że Andrzej jest z nami i żeby się nie martwili, po czym żegnając się z resztą poszedłem z nowym ocalałym w stronę Kwatery Głównej, żeby opowiedzieć o nim Dziarze.
- Gdzie idziemy? – zapytał zaciekawiony.
- Musisz poznać przywódcę, to standardowa procedura – wytłumaczyłem. Weszliśmy na ulicę i zobaczyłem z daleka budynek, w którym urzędowały Czerwone Flary. Ulica w końcu była oświetlona, jeszcze niedawno było to problemem, ale teraz Edek, miejscowy elektryk, zajął się tą sprawą i cała Ostoja miała działającą linię światłonośną.
                Wszedłem do środka używając swojego klucza. Przepuściłem Andrzej po czym zamknąłem drzwi. Wnętrze nie zmieniło się praktycznie wcale. Ogromny stół oświetlony sporą lampą, otoczony krzesłami oraz fotelem na którym siedział Dziara. Od kiedy został okaleczony i ucięto mu oba kciuki nosił rękawiczki, które zasłaniały dwa kikuty utraconych palców. Uśmiechnąłem się widząc go. On wstał, żeby mnie przywitać.
- Witaj przyjacielu, kogo prowadzisz? – zapytał.
- Hej. To jest Andrzej, próbował… - tu zatrzymałem się stwierdzając, że nie ma sensu mu mówić o okolicznościach naszego spotkania – Spotkaliśmy go podczas oczyszczania ulic.
                Dziara podał rękę Andrzejowi i potrząsnął nią.
- Witaj w Ostoi Andrzeju. Mam nadzieję, że znajdziesz tutaj to czego szukałeś.
Podrapałem się po zagojonym już jakiś czas temu uchu, które w połowie straciłem podczas jednej ze strzelanin. Dziara zmienił się i wciąż nie mogłem uwierzyć w to jak bardzo. Myślałem, że jak przejmie władzę to nie zmieni nic, ale miał jednak rację – Karzeł był słabym przywódcą i nawet jeżeli metoda Dziary na zdobycie władzy uwzględniała ofiary to było to warte ryzyka.
- Szukałem miejsca, gdzie mógłbym przetrwać – zaczął Andrzej.
- Znalazłeś je. Zaraz poproszę kogoś żeby przydzielił ci mieszkanie w naszej strefie mieszkalnej, a jutro zgłosisz się tutaj i dostaniesz pracę. Mam nadzieję, że rozumiesz? Każdy musi zapracować na swoje miejsce tutaj – dodał pogodnym głosem Dziara.
- Dziękuje – wydukał nieco oszołomiony Andrzej.
                Po schodach akurat schodziła Wiktoria. Czerwone Flary mogły mieszkać w Kwaterze Głównej, lub w strefie mieszkalnej, ale odkąd Dziara stał się innym człowiekiem, większość wybierała mieszkanie tutaj. Dlatego kręciło się tu teraz mnóstwo ludzi. Wiktoria była osobą, którą lubiłem. W końcu łączyła nas więź po tym jak wspólnie walczyliśmy na Złomowisku o życie. Skinąłem do niej głową na znak powitania.
- Wiktoria! – krzyknął uradowany Dziara -  Świetnie się składa. Zaprowadź Andrzeja do strefy mieszkalnej i załatw mu mieszkanie, oczywiście jeżeli nie masz czegoś innego na głowie – poprosił.
- Jasne, spoko Szefie – odpowiedziała po czym podeszła do Andrzeja – Jestem Wiktoria, chodź oprowadzę cię szybko.
Gdy tylko zniknęli za drzwiami prowadzącymi na zewnątrz Dziara podszedł do szafki z alkoholami i nalał sobie i mi whisky.
- Siadaj Bobru. Opowiadaj jak poszło czyszczenie strefy – powiedział podając mi szklankę i siadając wygodnie w fotelu.
- W sumie bez problemowo – powiedziałem biorąc łyka. Alkohol był wytrwany, dlatego nie chciałem pić za dużo na raz -  Zostało nam parę uliczek, które oczyścimy z rana. Poza tym wszystko gra. Powiedz mi, czy są jakieś wieści? – zapytałem. Dziara chociaż miał uraz do Łapy za to, że go okaleczyła z chęcią pomagał mi organizować poszukiwania.
- Niestety nie. Wydaje mi się, że Łapa wraz z resztą twoich przyjaciół powędrowała daleko na południe. Będą jednak dalej jej szukać. Mam dla ciebie jednak ciekawszą informację – powiedział tajemniczo.
- Zamieniam się w słuch.
- Mam doniesienia o nowym obozie na południe stąd. Nie wiem czy są tam twoi przyjaciele, ale to jest dosyć poważna sprawa. Leży w Inowrocławiu, w sumie całkiem niedaleko Pierwszego Posterunku. Nie wiemy jeszcze jacy ludzie tam są, ale będziemy musieli się dowiedzieć. Jeżeli to kolejni Złomiarze, to będziemy w jakiś sposób otoczeni – powiedział poważnym tonem.
- Mam nadzieję, że to przyjaźni ludzie – odpowiedziałem biorąc kolejnego łyka i powoli wstając – Wybacz przyjacielu, ale mam jeszcze parę spraw do załatwienia. Porozmawiamy dłużej przy innej okazji – obiecałem.
- Bobru? – zatrzymał mnie gdy wychodziłem.
- Tak? – zapytałem.
- Dziękuje, że dalej mi pomagasz. Wiem, że czekasz aż Pablord się obudzi, ale to i tak wiele dla mnie znaczy.
- Nie ma sprawy stary – odpowiedziałem i wyszedłem. Było dosyć ciepło, chociaż zrobiło się już ciemno. Ruszyłem powolnym, spokojnym krokiem w stronę baru.  Właśnie tam miałem się spotkać z paroma znajomymi osobami. Przechodząc przez Plac Główny, zauważyłem sporą grupkę ludzi, którzy gdy tylko obok nich przeszedłem wymienili się spojrzeniami i zaczęli szeptać. Zignorowałem to totalnie i podszedłem pod drzwi lokalu, po czym wszedłem do środka.
                Było tutaj stosunkowo sporo osób, ale nikt specjalnie nie przejął się tym, że przyszedłem. Całe szczęście byli jeszcze ludzie, którzy nie widzieli we mnie wroga, albo nie przejmowali się kompletnie tym co zrobiłem. Szybko zlokalizowałem stolik, przy którym siedział Józef, Gigant oraz Medyk. Zaprosili mnie na spokojną rozmowę i po prostu towarzyskie spotkanie i czułem, że właśnie tego potrzebowałem. Przywitałem się z nimi po czym usiadłem i sięgnąłem po jeden z pełnych kufli. Znacznie bardziej smakowało mi to od whisky, które piłem z Dziarą.
- I jak misja? – zapytał Gigant.
- W sumie bez większych problemów. Spotkaliśmy ocalałego, który próbował nas okraść, ale dałem mu szansę – opowiedziałem.
- Jest czysty? Żaden szpieg Złomiarzy? – włączył się do rozmowy Józef. Obecność księdza, Medyka oraz Iki ucieszyła mnie. Co prawda dziewczyna teraz siedziała w szklarni gdzie pracowała, ale sam fakt, że była już w Ostoi mnie cieszył. Porozmawiałem z całą trójką od razu jak wrócili, około trzech tygodni temu i wszyscy zgodzili się ruszyć razem ze mną.
- Czysty, a przynajmniej taki się wydaję. Nikt nas nie śledził – zapewniłem.
- Ciekawe – zamyślił się Józef.
                Rozmowa szybko zeszła z tematów misji, na dosyć luźne tematy, tego kto jak spędził dzień, oraz na gdybaniach typu co by było gdyby.
- Strasznie dziwnie zachowują się tutejsi. Zabiłeś pieprzonego szefa Gangu, a oni traktują cię jak mordercę – wyżalił się Medyk.
- Myślisz, że mogliby cię zaatakować? – zapytał z zaciekawieniem Gigant.
- Wątpię – odpowiedziałem bekając potężnie – Ale jakby tylko nadarzyła się okazja żeby mnie się pozbyć to myślę, że wielu mogłoby z niej skorzystać.
- Musisz jakoś odbudować ich zaufanie – stwierdził Józef.
- Tylko jak? Zabiłem szefa organizacji, która chciała zniszczyć to miejsce, ale widocznie ludzie tego nie rozumieją i dalej myślą, że ten zginął wcześniej gdy Gang zaatakował północną barykadę… - powiedziałem.
- Bez sensu – skwitował krótko Gigant.
                Nie rozumiałem dlaczego ludzie mieli tak straszliwy problem z zaakceptowaniem faktu, że byli oszukiwaniu przez tego niby-księdza. Co prawda mogłem tamtego dnia go po prostu ogłuszyć, a potem postarać się o proces dla niego, ale dlaczego miałbym trzymać zagrożenie jak mogłem się go po prostu pozbyć? Prosił mnie o to Dziara, ale to na mnie spłynęła cała wina.
- Nie martw się Bobru i tak mamy zamiar opuścić w końcu to miejsce i nawet jeżeli założymy obóz w obrębie terenów Ostoi to i tak problem zniknie – powiedział Józef poważnym tonem.
- Wiem to… - odpowiedziałem po cichu.
Nagle do naszego stołu podeszła pewna osoba. Szybko rozpoznałem kasztanowe, krótko przycięte włosy sięgające do ramion oraz parę piegów na prostym nosie. To była Ewelina, przywódczyni grupy, która tu niedawno się pojawiła. Podeszła i oparła się dłońmi o blat stołu przy którym siedzieliśmy. Była ubrana w obcisły sweter oraz dżinsy.
- Hej panowie – przywitała się, ale nawet nie czekała na odpowiedź bo spojrzała od razu na mnie i powiedziała – Bobru. Musisz ze mną iść. To zajebiście ważne, szczególnie dla ciebie.
                Zdziwił mnie trochę jej ton, ale tylko uśmiechnąłem się.
- Spoko. Panowie, dzięki za rozmowę, musimy to powtórzyć – powiedziałem do nich i wstałem. Ewelina pociągnęła mnie za rękę i wyprowadziła z baru. Wyraźnie się spieszyła.
- Możesz mi wytłumaczyć gdzie ci się tak spieszy? Gdzie mnie prowadzisz? – pytałem idąc, a wręcz biegnąc obok niej.
- Bobru idziemy do… zresztą nieważne, zaraz zobaczysz, oj ucieszy cię to – zapowiedziała podniecona.
Nie miałem pojęcia, o co jej może chodzić, ale zdobyła u mnie jako takie zaufanie, więc wierzyłem, że nie prowadzi mnie w pułapkę.
                Chwilę później byliśmy w dzielnicy, gdzie były trzy ważne rzeczy – więzienie połączone z kwaterą straży, strzelnica oraz szpital. W mojej głowie myśli zaczynały kotłować jakby chciały się wydostać na zewnątrz w każdy możliwy sposób.  Pierwsze moje podejrzenia padło na Szeryfa, który mógł powiedzieć mi coś ciekawego o miejscu, w którym przebywa część mojej grupy, która poszła z Łapą. Ale gdy skręciliśmy w uliczkę prowadzącą do szpitala moja cała wizja legła w gruzach, a w sercu poczułem podniecający niepokój. Takie uczucie pojawiało się zawsze, kiedy zaraz miało nadejść coś niesamowitego, na co czekało się od jakiegoś czasu, ale gdy już nadeszło to człowiek zaczął mieć pewne obawy.

                Ewelina z uśmiechem na twarzy przeprowadziła mnie przez wejście i szybko zaciągnęła na piętro. Dokładnie tam gdzie była pewna sala, na której od jakiegoś czasu leżał pewien człowiek. Wszedłem do pomieszczenia i szybko zauważyłem, że jest tu Mpd, Dziara oraz Erni. Ekipa, która była w moich planach od samego początku. Nogi ugięły się pode mną, a w pokoju zapanowała cisza. Pablord patrzył na mnie otwartymi oczami. Obudził się.