piątek, 13 lutego 2015

Rozdział 18: Elementy układanki

Rozdział 18, perspektywa Magdy. Magda jest coraz bardziej zdeterminowana do tego, żeby odbić brata siłą i szuka pomocy u Miczi oraz Łapy. Czy uda im się coś zaplanować? A może nie jest to jednak takie łatwe? Zapraszam do czytania i proszę o rozesłanie bloga znajomym :)

--------------------------------------------

Rozdział 18 (Magda): Elementy układanki


                Od razu z mieszkania Miczi poszliśmy do mojego mieszkania gdzie spędziliśmy parę naprawdę miłych chwil. Nie cieszyłam się jednak nimi w pełni, tak jak mogłabym się cieszyć parę godzin wcześniej. Czułam się jak nowo narodzona, jakby życie zrestartowało się i zaczęło ponownie od dnia dzisiejszego. Był wieczór, a dokładnie sześć dni temu Ostoję opuścił Zbłąkany Ocalały. Była to dość ważna data, bo na podstawie tego liczyłam dni. Myślałam, że jestem jedynie pionkiem w tej grze, a okazało się, że mogłam namieszać i to całkiem konkretnie.
                Jeżeli wszystko dobrze pójdzie za parę dni razem z moim bratem, Miczi oraz Krystianem będziemy daleko stąd. Bardzo możliwe, że dołączy się do nas Łapa, ale jej planu nie znałam dlatego musiałam z nią porozmawiać jak najszybciej. Było dosyć późno, a na dworze wciąż lał deszcz, ale miałam nadzieję, że zastanę ją w jej mieszkaniu. Krystek został w moim łóżku, gdzie zasnął, a ja cichutko zamykając drzwi ruszyłam aby znaleźć Łapę. Podeszłam szybszym krokiem w stronę drzwi do jej mieszkania i zaczęłam pukać. Pomimo emocji starałam się uspokoić, w końcu ktoś mógłby pomyśleć, że oszalałem i w sumie nie pomyliłby się aż tak bardzo. Gdyby nie to, że zobaczyłam pakującą się Miczi to prawdopodobnie nic by się nie zmieniło. Ale teraz byłam gotowa do działania i nie mogłam się doczekać dalszej akcji.
                Łapa nie odpowiadała. Zastanawiałam się czy w ogóle jest w mieszkaniu, ale po dwóch minutach głuchej ciszy, zaburzanej jedynie dźwiękami życia innych lokatorów opuściłam budynek. Co prawda od śmierci Sołtysa Łapa nienawidziła swojej pracy jeszcze bardziej, ale liczyłam, że mogę znaleźć ją w budynku rady miasta. Znajdował się on niebezpiecznie blisko siedziby Dziary, ale wiedziałam, że gdyby Dziara mnie szukał to i tak bez problemu by mnie znalazł, więc tym się za bardzo nie martwiłam. On wiedział, że jestem lojalna i zbyt boję się cokolwiek zrobić, bo miał zakładnika na którym mi zależało, ale nie wiedział, że adrenalina robi z człowiekiem cuda. Przemoczona jeszcze bardziej niż wcześniej weszłam do budynku i biegnąc jak najszybciej do biura radnych myślałam dalej. Co się stanie jak Łapa za chwilę dowie się o swojej siostrze? Może lepiej by było gdybym poczekała jeszcze z tą informacją do jutra, kiedy to po prostu ustalimy wszystko razem z Miczi i Krystianem. To był dobry pomysł.
                Wchodząc do pomieszczenia od razu zauważyłam Łapę. Siedziała przy biurku z nogami założonymi o mebel i czytała raport bawiąc się swoim warkoczem. Reszta radnych była zajęta i niektórzy nawet nie zaszczycili mnie spojrzeniem gdy weszłam. Ona jednak od razu skierowała swój wzrok na mnie jakby spodziewając się mojej wizyty. W sumie wpadałam tu od czasu do czasu, ale od śmierci Sołtysa nie pojawiałam się w tym miejscu. Wzięłam jedno z wolnych krzeseł i usiadłam naprzeciwko dziewczyny, a ta odłożyła raport.
- Hej, co cię tu sprowa… - zaczęła.
- Musimy porozmawiać. Czy masz wolny jutrzejszy wieczór? – wystrzeliłam prosto z mostu przerywając jej w połowie słowa. Spojrzała na mnie z zaciekawieniem.
- Jutro mam tyle roboty papierkowej, że mam ochotę się powiesić. Dziara planuje pogrzeb tych, którzy zginęli, a dodatkowo chcę wyprawić jakąś dużą mszę, na której mają stawić się wszyscy mieszkańcy, pomaga mu w tym ten podejrzany księżulek. Dodatkowo Karzeł zawraca mi cały dzień głowę o to, żebym pomyślała kogo wysłać na wyprawę w poszukiwaniu autobusu Ernesta, a żeby tego było mało podobno złapano Jakuba. Skurwiel ukrywał się w kościele – wyrecytowała bez uczuć.
                Jakub złapany? To była bardzo dziwna informacja. Myślałam, że Dziara ma wobec tego starca różne plany, przecież zapłaciłam prawie życiem gdy go uwalniałam, a teraz okazuje się, że ten został złapany i to w kościele Jana. To na pewno była część planu, nie wierzyłam w to, żeby Dziara popełnił taki błąd w miejscu, które w pełni kontrolował. Coś wielkiego miało się stać, wszystkie elementy układanki powoli łączyły się w całość.
- To jest bardzo ważne. Uwierz mi, że nie pożałujesz – dodałam.
- Skoro tak uważasz. Gdzie mamy się spotkać? – zapytała.
- Jutro, mniej więcej o tej porze w mieszkaniu Miczi. Wiesz gdzie to jest? – zapytałam.
- Tak. Będę. Możesz mi chociaż trochę zdradzić o czym tak bardzo chcesz porozmawiać? – zapytała. Zaciekawiłam ją. To dobry znak.
- O przyszłości – odpowiedziałam tajemniczo i już chciałam wstawać, kiedy drzwi do pomieszczenia otworzyły się i tym razem wszyscy odwrócili głowy w tym kierunku. Stał tam Szeryf, jak zwykle w kapeluszu oraz przyciemnianych okularach na zarośniętej twarzy, a obok niego dwóch strażników.  Z ronda kapelusza skapywała woda, zostawiając wciąż rosnącą kałużę. Cała trójka podeszła do biurka Łapy. Szeryf przemówił w imieniu całej delegacji.
- Pójdziesz z nami. Musimy zadać ci kilka pytań.
                Łapa zrobiła nieokreślony wyraz twarzy po czym otworzyła usta jakby chciała coś powiedzieć, ale nie powiedziała. Wyręczyłam ją.
- O co chodzi? – zapytałam.
- Ty właściwie też powinnaś pójść z nami. Mamy parę pytań odnośnie pewnej sprawy… - powiedział Szeryf.
- Jakiej sprawy? – zapytała tym razem Łapa.
- Sprawy śmierci Natalii sprzed dwóch tygodni – odpowiedział poważnym, grobowym głosem.
Serce zabiło mi szybciej. Cóż za cholerny pech. Widziałam ją tamtego wieczora, obie trafiłyśmy na uliczkę gdzie widziałyśmy Jana. Ona wtedy pobiegła gdzieś, jakby się mnie bała, a paręnaście minut później została zabita. Wszyscy podejrzewali Jakuba, którego znaleźli nad jej ciałem, ale parę osób rozważało jeszcze jedną opcję – Łapę. Miała motyw, nikt jej nie widział gdy to się stało, a sam Jakub podobno oskarżał właśnie ją.
                Łapa wstała powoli i ruszyła w stronę wyjścia. Ja zrobiłam to samo, a zaraz po nas szli Szeryf z obstawą. Cała droga do więzienia, gdzie mieli nas przesłuchiwać przebiegła w milczeniu. Jedyne co było słychać to krople deszczu strzelające do nas z nieba, jakby próbowały nas roztopić. Bałam się trochę tego co miało się stać. Jeżeli Łapa trafi do więzienia to cały plan straci na znaczeniu. Oczywiście mogłam próbować czegoś na własną rękę wraz z Miczi, w końcu ona też była groźna, ale na pewno nie wzbudzała takiego strachu jak Łapa.
                Gdy weszliśmy do środka szybko podano nam krzesła oraz kubki z gorącą herbatą. Sam Szeryf zniknął na chwilę w jednym z pokoi gdzie szybko się wysuszył i przebrał. W końcu usiadł naprzeciwko nas i zdjął okulary. Po raz pierwszy zobaczyłam jego oczy, koloru piwnego. Patrzył to na mnie to na Łapę, jakby spodziewał się, że same się do czegoś przyznamy.
- Zacznę od prostego pytania, czy któraś z was zabiła Natalię? – zapytał, a ja otworzyłam szeroko usta z wrażenia. Też byłam podejrzana. Ja oczywiście wiedziałam, że tego nie zrobiłam, ale nie potrafiłam tego udowodnić. Nie byłam wtedy z nikim, a właściwie można było powiedzieć, że znajdowałam się blisko miejsca zbrodni. Jeżeli ktoś mnie tam widział to mogłam mieć spore problemy.
- Nie – odpowiedziałyśmy obie po chwili zastanowienia.
- Niestety obie z was są głównymi podejrzanymi. Ty – zaczął mówić patrząc na Łapę – jesteś oskarżona o morderstwo Natalii – skierował wzrok na mnie – a ty o działalność mającą na celu zniszczenie Toruńskiej Ostoi Ocalałych.
- To jakieś bzdury i pomówienia – zaczęłam.
- Zacznijmy po kolei – przerwał mi w połowie zdania – Najpierw zezna przede mną Łapa, a potem ty.
Spojrzałam na towarzyszkę, ale ta patrzyła prosto w oczy Szeryfa.
- Co chcesz wiedzieć kowboju? – zapytała i już wtedy wiedziałam, że nerwy ma całkowicie opanowane. Nie bała się tego przesłuchania.
- Gdzie była w wieczór, kiedy zginęła Natalia? – zapytał.
- Nagle mnie o to pytasz? Po dwóch tygodniach od jej śmierci? – odpowiedziała pytaniem na pytanie.
- Twoja sytuacja jest poważna, a pytania tu zadaje ja.
- Nie pamiętam, to było dawno – powiedziała.
- Jesteś pewna?
- Chociaż nie, już wiem – powiedziała uśmiechając się – Szukałam swojej siostry, bo wy nie kiwnęliście palcem, żeby to zrobić!
                Na twarzy Szeryfa pojawił się grymas złości.
- Uwierz mi, że szukaliśmy twojej siostry, ale zapewne już nie żyje, wątpię, żeby przeżyła tyle w dziczy – odpowiedział starając się kontrolować siebie i swój głos.
Tym razem na twarzy Łapy pojawiła się wściekłość.
- Nawet nie waż się tak mówić! – odpowiedziała podnosząc się z krzesła.  Była zła, chociaż nie powinnam tak myśleć, to wydawało mi się, że to tylko pomoże w planie, który planowałam.
- Uspokój się. Czy ktokolwiek może potwierdzić twoją obecność gdziekolwiek? – zapytał.
- A czy ktokolwiek może potwierdzić, że widział mnie na miejscu przestępstwa? – odgryzła się.
- Tak. Jakub – odpowiedział krótko uśmiechając się.
- Chyba wierzycie bardziej swojej radnej niż szalonemu, staremu kanibalowi? – zapytała niedowierzając.
-Pomimo godzin przesłuchań wcześniej i paru po złapaniu go ten wciąż powtarza, że jest niewinny i wskazuje ciebie. Nie uważasz, że to dziwne, że ciągle trzyma się tej samej wersji? – ciągnął dalej Szeryf.
- Nie macie żadnych dowodów. Jeżeli zeznania psychicznego starca mają większe znaczenia niż moje słowa to nie ma tu dla mnie miejsca. Wolę wyruszyć znowu w świat niż zostać tutaj – powiedziała.
- Jeżeli nie znajdziemy solidnych dowodów na to, że to nie ty, to niestety, ale nie będzie to możliwe. Będziesz teraz pod stałą obserwacją. Jeżeli będziesz czegoś próbowała to zamkniemy cię – zagroził.
                Łapa nie wiedziała co odpowiedzieć. Ja też byłam zszokowana tym co usłyszałam. Może Łapa jednak pójdzie z nami?
- Teraz twoja kolej – powiedział odwracając się w moją stronę. Wzięłam łyka herbaty i czekałam, aż usłyszę swoje zarzuty – Jesteś oskarżona o działanie mające na celu upadek Torunia. Przyznajesz się do winy?
- Jakie konkretnie działania? – zapytałam.
- Między innymi pomoc organizacji jaką jest Gang. To ciebie widziano przy barykadzie gdy zaczął się atak. Również ty byłaś widziana parę dni wcześniej gdy podpuściłaś ludzi z barykady, aby wpuścić wrogów na teren Ostoi. Mamy tylko zeznania, ale jestem pewien, że dojdę do poważnych dowodów bez problemu. Dodatkowo osobiście myślę, że to ty uwolniłaś Jakuba. Ten starzec jest niebezpieczny, ale z pewnością nie dałby rady sam pokonać strażnika i trójki jeszcze bardziej niebezpiecznych więźniów.
                Nie wiedziałam co powiedzieć. Wszystko co powiedział właściwie było prawdą, a ja byłam naprawdę zagubiona od czasu, kiedy zaczęłam wykonywać zadania Dziary. Nie mogłam się przyznać, ale po prostu nie miałam pojęcia co powiedzieć.
- Poza zeznaniami tez nie masz dowodów na to, że jestem zamieszana w cokolwiek z tych rzeczy – odpowiedziałam, starając się brzmieć absolutnie normalnie.
- Dlatego póki co też będziesz pod stałą obserwacją bez prawa opuszczenia terenu Ostoi. Aż do znalezienia dowodów, które poprą, którąś ze stron – odpowiedział.
- To jest chamstwo, żyjemy w chorych czasach, a ty nas traktujesz jakbyśmy były zwykłymi przestępcami – powiedziała z goryczą w głosie Łapa.
- Czasy się zmieniają, co nie oznacza, że każdy może robić co chcę. Wątpię, żeby Bobru był zadowolony jak się dowie – powiedział.
- Dlatego mam nadzieję, że nie będziesz go na siłę denerwował, pustymi zarzutami, na które nie masz żadnych dowodów – odpowiedziała Łapa.
- To co zrobię, pozostawię sobie, a nie wam.
                Przez chwilę wszyscy milczeli jakby nie wiedzieli co dalej, w końcu Szeryf założył okulary i drapiąc się po twarzy powiedział.
- Możecie iść. Ta dwójka będzie was pilnowała. Jeżeli któryś z nich was zgubi to od razu traficie do więzienia, więc lepiej nie próbujcie uciekać – zagroził, po czym wstał i zniknął w pomieszczeniu obok.  Dwaj strażnicy, którzy zostali nam przydzieleni wyglądali bardzo podobnie i przez chwilę zastanawiałam się, czy to nie są bliźniacy. Nie mogłam jednak tego dokładnie stwierdzić, bo bandany zasłaniały im prawie całe twarze, zostawiając tylko miejsce na wystające nosy i oczy. Wstałyśmy obie z Łapą i wyszłyśmy, a oni podążyli za nami. Zastanawiałam się, czy będą nas pilnować również w nocy, ale bałam się odpowiedzi.
                Z racji iż oboje mężczyźni szli parę metrów za nami odezwałam się cicho do Łapy.
- To co spotykamy się jutro wieczorem u Miczi? – zapytałam.
- Magda… nie widzisz jak wszystko się komplikuje? Możliwe, że to moje ostatnie dni na wolności, nie mam ochoty na żadne spotkania… - odpowiedziała.
- Przecież jesteś niewinna, nie masz się czego obawiać, prawda? – spytałam.
Odpowiedziało mi przeraźliwe milczenie.
- Tak jak ty, prawda? – zripostowała. Obie szłyśmy w milczeniu mijając mieszkańców Ostoi, którzy patrzyli podejrzliwie na dwóch strażników podążających za nami krok w krok. W końcu gdy byłyśmy blisko budynku, w którym mieszkałyśmy spróbowałam raz jeszcze.
- Proszę przyjdź, obiecuje, że to rozwiąże dużo naszych problemów.
- Jesteś strasznie uparta… zobaczymy – odpowiedziała po czym weszła do środka i przyspieszyła, a za nią podążył jeden z strażników.  Ja nieco wolniej szłam do swojego mieszkania, gdzie powinien czekać Krystek, o ile się nie obudził i sobie nie poszedł. Tuż przed drzwiami do mieszkania zatrzymałam się i odwróciłam, żeby rozstrzygnąć sprawę ze strażnikiem.
- Przepraszam, ale nie życzę sobie twojej obecności w moim mieszkaniu – wyrecytowałam.
- Nie będę wchodził do twojego mieszkania – odpowiedział krótko mężczyzna. To mi wystarczyło. Odwróciłam się na pięcie, otworzyłam drzwi i zamknęłam je przekręcając zamek. Byłam bezpieczna. Usłyszałam delikatne pochrapywanie Krystka i nie robiąc nic innego wślizgnęłam się pod kołdrę do niego i przytuliłam się. Ten dzień mnie wykończył, dzisiaj działo się tak wiele rzeczy. Zasnęłam.
                Gdy się obudziłam Krystek krzątał się po kuchni. Przywitaliśmy się i zaczęliśmy jeść, to co miałam w domu, czyli sucharki z szynką z puszki. To wszystko popiliśmy zimną herbatą.
- Jakiś gościu stoi przed drzwiami… Znasz go? – zapytał Krystek zajadając się.
- To długa historia… Mam spore problemy i musimy działać szybciej – odpowiedziałam.
- Co masz na myśli?
- Szeryf podejrzewa mnie o te wszystkie rzeczy, atak na Ostoję, uwolnienie Jakuba i tak dalej. Niestety ma rację, ale wszystko to robiłam dla Dziary… - odpowiedziałam. Nie wiedziałam czy Krystek już się domyślił, że pracowałam tak, ale myślałam, że podejrzewa mnie o to. Jego reakcja potwierdziła to.
- Nie martw się, lepiej mów co powiedziała Łapa.
- Ona jest też podejrzana o morderstwo byłej dziewczyny Bobra – odpowiedziałam.
- Co? Myślisz, że to zrobiła? – zapytał.
- Nie wiem… tak czy siak jest nam bardzo potrzebna i ja osobiście nic do niej nie mam. Dzisiaj wieczorem wszystko rozplanujemy. Lada dzień może wrócić Bobru lub ekipa z Zbłąkanym Ocalałym. Musimy być gotowi, nie chcę na razie wtajemniczać Bobra – powiedziałam.
- Myślę, że powinnaś. W końcu dzięki niemu tu jesteście i myślę, że jeżeli byśmy stąd uciekali to powinien o tym wiedzieć, przecież prawie na pewno pójdzie z nami, szczególnie jak Łapa planuje opuścić Ostoję – zasugerował.
- Problem w tym, że tego nie zrobi. Myślałam o tym trochę i jestem prawie pewna, że póki Gigant jest uwięziony, Pablord leży w śpiączce, a Cinek i Erni nie wrócili to on zostanie i będzie czekał. Może to i lepiej…- stwierdziłam.
- Miejmy nadzieję, że jakoś to się ułoży – odpowiedział Krystek i pocałował mnie w policzek – Dziękuje za śniadanie, co teraz zrobimy? – zapytał.
- Pokręćmy się po mieście, muszę pokazać temu strażnikowi, że spędzam normalnie dzień, to może sam się odczepi i wróci do Szeryfa. Wieczorem pójdziemy do Miczi i wtedy się zacznie.
                Jak powiedziałam tak zrobiłam. Miałam nadzieję, że Marta jest bezpieczna u Miczi, a Łapa daje sobie radę w tych trudnych chwilach. Cały dzień spędziliśmy kręcąc się po Ostoi i szukając zajęć. Spędziliśmy trochę czasu w barze, trochę na strzelnicy, ale większość po prostu obserwowaliśmy to co się dzieje. Około południa przyjechał Bobru z Drugiego Posterunku, ale ku mojemu zdziwieniu zamiast wrócić z Filipem i Agnieszką, z którymi pojechał odwieść trójkę ludzi, którzy przeszkadzali Dziarze, przyjechał z nieznajomą dziewczyną. Widziałem, że Łapa go przywitała, ale ja go unikałam, jakbym się bała, że odczyta moje myśli tylko na mnie spoglądając.
                Gdy nastał wieczór, a strażnik wciąż nie odpuszczał nas na krok poszłam do Miczi. Tym razem nie musiałam pukać długo, otworzyła nam prawie natychmiast. Strażnik został pod drzwiami, a my weszliśmy do mieszkania. Spakowane rzeczy stały ustawione w kącie. Był to średniej wielkości plecak wypchany po szwy, oraz parę podręcznych rzeczy takich jak broń czy maczeta. Usiedliśmy na kanapie i przywitaliśmy się z Martą. Ucieszyła się na nasz widok. Miczi wydawała się być poddenerwowana, ale nie pokazywała tego za bardzo po sobie.
- Łapy jeszcze nie ma, prawda? – zapytałam.
- Łapy? To jest to coś na co czekałam cały dzień? – zapytała.
- Tak. Zaufaj mi, jeżeli przyjdzie to wszyscy będziemy mogli sobie pomóc – powiedziałam.
                Czekaliśmy pół godziny, aż w końcu usłyszeliśmy stanowcze pukanie do drzwi. Miczi poszła otworzyć. W drzwiach stała Łapa. Na korytarzu zobaczyłam tylko dwóch strażników odwróconych do nas plecami. Miczi szybko zamknęła drzwi, a Łapa weszła do środka.
- Dobra streszczajcie się. O co chodzi? –zapytała.
Wstałam. Musiałam teraz być dokładnie taka jak Bobru. Zacząć miło, ale szybko zmienić temat na ten ważny i mówić stanowczo i bez zawahania. W końcu miałam cały plan w głowie.
- Jak się ma Bobru? – zapytałam.
- Nie wiem czy mnie nie usłyszałaś, ale pytałam o co chodzi… - odpowiedziała Łapa -  Bobru ma się dobrze, wrócił z jakąś rudą dziewką, ale tłumaczę sobie, że to tylko część misji. Już mnie wypytał o co chodzi z tym chujkiem, co łazi za mną cały dzień, ale na razie mu nie powiedziałam. Nie wiem czy w ogóle mu wytłumaczę – dodała w końcu.
- Dobrze. Zebrałam tu nas wszystkich, ponieważ chcę opuścić to miejsce i potrzebuje do tego ludzi. Wy jesteście idealni, dużo nas łączy i mamy wspólny cel – powiedziałam.
- Jaki cel? – zapytały praktycznie w tym samym czasie Miczi oraz Łapa.
- Odzyskać to, co zostało nam zabrane – powiedziałam.
                Wszyscy milczeli. Miałam nadzieję, że poprowadzę tą rozmowę dobrze.
- Mogę wam przedstawić plan, który wymyśliłam – zaproponowałam.
- Nie mogę się doczekać – odpowiedziała Miczi, a reszta po prostu słuchała.
- Przy najbliższej okazji, kiedy oczy wszystkich będą skierowane gdzie indziej zaatakujemy Kwaterę Główną, a gdy odzyskamy z niej to, co chcę odzyskać to stąd uciekniemy, możliwe, że jeszcze tej samej nocy – powiedziałam.
- Dlaczego mamy ci pomagać? – zapytała Łapa.
- Też nie za bardzo rozumiem. Mogę stąd po prostu odejść, a mam się bawić jeszcze w walkę? – dodała Miczi.
- Miczi sama nie przetrwasz długo, więc potrzebujesz ludzi. My z Krystianem tobie pomożemy, jeżeli ty pomożesz nam. Marta ucieknie razem z nami, chyba, że będzie chciała zostać. A co do ciebie, moja droga Łapo, to pamiętasz jak opowiadałam ci o bracie, którego straciłam? – zapytałam, czując, że atmosfera w pokoju zrobiła się  gęsta. Cała drżałam z emocji, a mój głos się lekko załamywał.
- Pamiętam, do czego dążysz? – zapytała.
- Jest on więziony przez Dziarę. Dlatego musiałam robić dla niego takie rzeczy jak zniszczenie barykady. To była moja sprawka. Zagroził, że jeżeli mu nie pomogę to zabije mojego brata, który trafił do Torunia jakiś czas temu i został uwięziony przez tego śmiecia – powiedziałam.
Miczi i Łapa zareagowały szerokim otwarciem ust.
- Żartujesz? – zapytała Łapa – Tolerowałaś takie coś odkąd jesteś w Toruniu? Ja zapierdoliłabym takiego sukinsyna i dawno opuściła to miejsce.
- Będziesz miała okazję – dodałam tajemniczo -  On więzi również twoją siostrę.
Tym razem Łapa nie pokazywała na swojej twarzy niczego. Po prostu siedziała i patrzyła się na mnie jakby mnie dopiero zauważyła. Zobaczyłam łzę spływającą po jej policzku. To mnie upewniło w jednym – pomoże mi.

niedziela, 8 lutego 2015

Rozdział 17: Bliżej

Rozdział 17, kolejny z perspektywy Erniego. Bardzo intensywny rozdział. Czy ekipa Daliona dogoni Erniego, Cinka i tajemniczego staruszka? Czy Staruszek okaże się sojusznikiem czy wręcz przeciwnie? Po przeczytaniu proszę o komentarz oraz rozesłanie bloga znajomym!

-----------------------------------------------

Rozdział 17 (Erni): Bliżej


                Staruszek spadł nam z nieba. Wsiedliśmy do jego auta jak najszybciej się dało. Był to stary polonez, a jego środek wskazywał, że staruszek często w nim spał. Usiedliśmy obaj z tyłu, bo z przodu przy siedzeniu kierowcy leżał stary karabin, najwyraźniej jednak wciąż sprawny. Gdy tylko ruszyliśmy na zachód opuszczając Białystok starzec odwrócił się jakby chciał się upewnić, że nie wyskoczyliśmy z auta.
- Jestem Tomasz – zaczął.
- Ja jestem Ernest – odpowiedziałem.
- A ja Marcin.
- Mogę zapytać przed czym tak uciekaliście? W środku nocy, przez obrzeża takiego miasta? Ktoś was goni? – zapytał.
Nie wiedziałem co odpowiedzieć. Bałem się, że jeżeli powiem prawdę to starzec każe nam wysiadać, a wtedy musielibyśmy go obezwładnić i okraść. Z drugiej strony jak go okłamiemy, a za parę godzin dogoni nas Dalion to będzie jeszcze gorzej.
- Uciekamy do Torunia. Z rana zaczną nas gonić bandyci z Królowego Mostu, mają naszych przyjaciół, a my staramy się zdobyć wsparcie i ich odbić – wytłumaczyłem, najprościej jak umiałem.
Tomasz zakaszlał.
- Czyli jedziecie do Torunia?
- Tak – odpowiedzieliśmy wspólnie z Cinkiem.
- Mogę wam pomóc, ale najpierw opowiedzcie mi trochę o tym miejscu – poprosił.
                Zaczęliśmy opowieść. Usłyszał trochę o barykadach, o ludziach tam mieszkających, o grupie Czerwonych Flar i ogólnej, ogromnej sile tego miejsca. Gwizdnął z podziwem.
- Brzmi solidnie. Szukam w sumie dobrego miejsca na osiedlenie się. Podróże są bezpieczne, ale męczą, a w tym wieku to czuć i to mocno – stwierdził, skręcając za rozstaju dróg w lewo w stronę Zambrowa.
- Co masz na myśli? – zapytałem.
- Moim zdaniem ciągłe bycie w ruchu jest dużo lepsze. Przyzwyczajanie się do jednego miejsca, osób w nim, strach przed utraceniem go… to za dużo jak na człowieka.
- Racja – stwierdziłem. Przecież sam próbowałem ciągle uciekać z Torunia. Może to wyjdzie mi na dobre w dniu, kiedy będę chciał na zawsze opuścić to miejsce? Kto wie?
                Jechaliśmy przez pół godziny. Od zrobienia się jasno dzieliło nas teraz jeszcze parę godzin. Byłem tak zmęczony, że oczy mi się same zamykały. Cinek nawet nie próbował udawać. Po prostu oparł głowę o siedzenie i przykrywając się jednym z futer, które leżały przy nas, zasnął. Tomasz musiał zauważyć, że ledwo się trzymam na nogach.
- Jeżeli chcesz to się prześpij chłopcze. Ja niedawno wstałem, więc jestem wypoczęty, ale ty wyglądasz jak jeden z trupów – zażartował.
Nie odpowiedziałem nawet. Zgarnąłem sobie jedno z futer i położyłem się, opierając się o siedzenie. Zasnąłem momentalnie. Śniły mi się straszne rzeczy. Pierwsza część snu rozgrywała się w Królowym Moście. Widziałem grubego i Daliona stojących w piwnicy i szukających nas. Wtedy do piwnicy zaczęli po kolei wpadać ludzie z autobusu, a na koniec Rekin oraz Łowca. Gruby wyciągnął gruby kij i zaczął ich okładać, wrzeszcząc, że zapłacą za naszą ucieczkę. Dalion siedział na krześle i śmiał się oglądając to. Popijał alkohol i co jakiś czas dawał grubemu kolejne pomysły na to jak można skatować bardziej więźniów. Widziałem całą masę tortur, gwałt na dziewczynach z autobusu, aż w końcu gdy doszli do wydłubywania oka Łowcy to wszystko się rozmazało.
                Sceneria się zmieniła. Szedłem przez pustą ulicę, a na około leżało mnóstwo ciał. Było niby ciemno, ale wciąż widziałem wszystko dobrze, niczym nocne stworzenie, które wyszło na polowanie. Obserwowałem wszystko na około i szedłem ciągle do przodu. Nagle zdałem sobie sprawę, co to za miejsce. To był Toruń. Ale nie taki jakim go widziałem pięć dni temu jak odjeżdżałem. Ten był całkiem zniszczony. Wszędzie leżały ciała i ruiny. Nagle ktoś mnie zawołał. Odwróciłem się i zobaczyłem Dziarę. Siedział przy stole na wygodnym fotelu z lampką wina i trzymał coś w ręce. Podszedłem do niego, a ten uśmiechnął się i wypuścił to co trzymał. Były to kości do gry. Trzy czarne kości z zielonymi oczkami. Suma oczek wynosiła siedemnaście. Chciałem zapytać Dziarę co to oznacza, ale nagle zauważyłem, że na jego miejscu siedzi Dalion i krzyczy „BLISKO! BLISKO! BLISKO!”.
                Obudziłem się. Było jasno, a my jechaliśmy. Oddychałem ciężko. Tomasz bacznie obserwował drogę, a Cinek dalej spał. Już chciałem się odezwać i zapytać o drogę, kiedy zobaczyłem, że minęliśmy tabliczkę z napisem „Maków Mazowiecka”. Samochód brnął naprzód. Nie było żadnych szans, żeby Dalion nas dogonił. Byliśmy zwyczajnie za daleko, a zarazem coraz bliżej celu. Jak utrzymamy takie tempo to może jutro z rana będziemy już w Ostoi. Na ta myśl uśmiechnąłem się do samego siebie. Ciekawiło mnie co się tam działo pod moją nieobecność. Czy Bobru już wrócił, czy dalej jest na Trzecim Posterunku. Mogłem się dowiedzieć już niedługo.
                Auto nagle zaczął się zatrzymywać. Zaskoczony tym spojrzałem na drogę. Zobaczyłem na niej spory samochód poł-ciężarowy. Blokował przejazd i o ile nie chcieliśmy jechać na około to musieliśmy go teraz jakoś przesunąć. Szturchnąłem Cinka, żeby nam pomógł po czym wysiedliśmy we trójkę. Zdziwiło mnie jak niektóre przeszkody pojawiają się na drodze kompletnie losowo. Oznaczało to nie mniej nie więcej to, że po drogach wciąż wędrują ludzie i jest ich jeszcze całkiem sporo. Kto wie, może tą osobę, która zostawiła tu ten van też kiedyś spotkam, a nawet nie będę o tym wiedział. Mam nadzieję, że dożyje takiej szansy, bo jeżeli dzisiaj dogoni nas Dalion to nie zobaczymy już nikogo.
                Staruszek z swoją pepeszą podszedł ostrożnie, a my byliśmy tuż obok niego. Cinek nosił pistolet, więc ja trzymałem się stosunkowo na dystans, nie miałem za bardzo czym się bronić.  Podeszliśmy najpierw na tyły i ostrożnie otworzyliśmy tylne drzwi. To był błąd. Z środka wypadły dwa trupy.  Odsunęliśmy się w ostatniej chwili o mało nie wpadając na siebie, ale dzięki temu zombie upadły ciężko na drogę i mieliśmy czas żeby się nimi zająć. Cinek podszedł do jednego i uderzył go kolbą w tył głowy, dwa razy. Wystarczyło. Tomasz też nie strzelał. Przycisnął trupa do podłoża po czym wkładając w to całą siłę uderzył kolbą. Mózg i kawałki przegniłych kości rozprysły się na wszystkie strony.
- Rozejrzyjcie się czy nie ma tu nic do jedzenia. Inne przydatne rzeczy też możecie wziąć – powiedział Tomasz.
                Cinek i starzec wspięli się i zaczęli przeszukiwać, a ja poszedłem do przodu, żeby zobaczyć, czy auto w ogóle odpali. Przypominało trochę mniejsza wersję Potwora, czyli auta, którym Łowca przywiózł do Torunia ludzi z Królowego Mostu. Poszukałem najpierw kluczyków, ale po chwili doszedłem do wniosku, że przecież takie pojazdy najczęściej włączało się przyciskiem. Było tak też i tym razem. Silnik zaryczał, a ja obejrzałem się do tyłu, gdzie zobaczyłem Tomasza i Cinka.
- Trzymajcie się! – powiedziałem, po czym przycisnąłem delikatnie pedał gazu i ruszyłem. Było bardzo mało paliwo, ale całe szczęście wystarczająco, żeby zjechać na pobocze i bezpiecznie zaparkować. W samym środku nie było nic co mogło pomóc w przetrwaniu. Znajdowała się tu dostawa dziwnych części, prawdopodobnie potrzebnych do produkcji telewizorów. Zgadywałem, że poprzednia osoba, która trafiła na ten pojazd, nawet nie sprawdziła ładowani, używała go tylko jako zwykłego środka transportu. Wysiadłem i poczekałem, aż moi towarzysze się wygramolą ze środka. W tym czasie rozejrzałem się. Okolica wydawała się dosyć spokojna, chociaż na polu, około siedemdziesięciu metrów od nas znajdowało się parę zombie, ale zdecydowanie nie były nami zainteresowane, człapały w przeciwnym kierunku i z każdą sekundą były dalej. Co najważniejsze nie było oznak, żeby ktoś żywy był w okolicy, a tego bałem się najbardziej.
                Nie mogłem pojąć jak gra Daliona mogła zniszczyć człowieka. Chociaż przeżyłem wiele ciężkich i strasznych chwil to w porównaniu z tym uczuciem, ciągłej ucieczki, było to nic. Wróciliśmy do samochodu i ruszyliśmy dalej. Tomasz rozmawiał z nami i pytał o mniej ważne rzeczy dotyczące Torunia. Naprawdę chciał się tam dostać, co cieszyło mnie bo oznaczało, że dojedziemy tam jeszcze szybciej.
- Czy możemy sobie pozwolić na postój i zjedzenie czegoś? – zapytał około pół godziny później, gdy przejeżdżaliśmy przez małą wioskę, której nazwy nie mogliśmy odszyfrować, bo tabliczka była w połowie złamana, a samo „ka”, które zostało dużo nam nie mówiło.
- Powinniśmy coś zjeść – powiedziałem – ale nie zatrzymujmy się na długo. Jest już jasno, więc prawdopodobnie możemy wpaść na kogoś, na kogo nie chcielibyśmy. Musimy koniecznie dostać się do Torunia. Tam nie będzie już takich problemów.
Starzec zatrzymał wóz od razu, gdy znalazł dogodne do tego miejsce. Wypakowaliśmy szybko po jednej puszce i zaczęliśmy jeść drewnianymi łyżkami fasolę. Była zimna, ale zapełniała żołądek. Przypominało to pierwsze chwile po wybuchu, kiedy jadło się tylko takie specjały. Potem w Królowym Moście i teraz w Toruniu dało się zjeść nawet coś na ciepło, co było naprawdę ogromnym luksusem.  Jadłem szybko i łapczywie, bo chciałem jak najszybciej ruszyć w drogę, a poza tym byłem naprawdę głodny. Po skończonej uczcie ruszyliśmy dalej.
- Słyszeliście o akcjach przeprowadzanych w okolicach Poznania? – zapytał nagle Tomasz.
                Nie miałem pojęcia o czym mówił.
- Nie. Jakich akcjach? – zapytałem.
- Podobno podczas zimy gdy trupy nie były aż tak szybkie w Poznaniu parę grup ocalałych oczyściło dwa miasteczka. Może nie jest to duży wyczyn, ale co najważniejsze uruchomili działającą sieć pomiędzy nimi i mogą poruszać się pomiędzy punktem a i b bardzo szybko.
- To aż takie duże osiągnięcie? – zapytał skołowany Cinek.
- Mają pociąg. Działające oczyszczone tory i pociąg! Sto kilometrów różnicy pomiędzy miastami przebywają w godzinę i to niecałą, bo teraz nikt nie będzie patrzył na to czy pociąg przestrzega norm prędkościowych – wytłumaczył Starzec.
- Och – westchnąłem. To rzeczywiście było spore osiągnięcie.
- Dlatego zanim was spotkałem to myślałem nad podróżą pod Poznań. Podobno naprawdę nieźle sobie radzą, mają dużo zapasów i brakuje im tylko ludzi – dodał Tomek.
- W Toruniu w sumie też działa to dobrze – zacząłem – Jeden duży punkt, gdzie mieszka większość ludzi, mamy wszystkie zapasy i tak dalej, oraz cztery okoliczne posterunki, nie oddalone o dalej niż sto kilometrów i nadzorujące okolicę. W sumie między nimi dobrze by było odnowić linie kolejowe, ale chyba obędzie się też bez tego.
- A władza? – zapytał nagle starzec – Czy osoba rządząca to dobry człowiek?
                To było trudne pytanie. Nie wiedziałem jak szczerze odpowiedzieć, żeby nie skłamać, a zarazem nie wystraszyć Tomasza.
- Rządzi zwykły człowiek – odpowiedziałem – Popełnia błędy jak każdy, ale trzyma to wszystko w jednej, składnej postaci.
- To spora odpowiedzialność. W końcu mówicie, że macie tam parę setek ludzi.
- Tak to dosyć spore brzemię, ale myślę, że sobie radzi. W końcu Ostoja istnieje praktycznie od początku tego całego syfu – odpowiedziałem.
Rozmawialiśmy jeszcze trochę o Ostoi i innych społecznościach aż temat się urwał. Przejechaliśmy przez Ciechanów, a ja znów zagłębiłem się w myślach. Robiło się powoli ciemno, a my przebyliśmy trochę ponad połowę drogi. To nie było dobre, ale była pewna opcja, o której pomyślałem dopiero teraz. Mogliśmy przeczekać jedną noc u Feline w jej obozie w Płońsku i ruszyć stamtąd z rana, aby pokonać ostatni odcinek drogi. Tylko czy nie spowodujemy tego, że grupa Daliona zaatakuje Feline. Co prawda Płońsk wyglądał solidnie i myślałem, że nie będzie problemu w odbiciu ataków bandytów, ale wciąż to było spore zagrożenie. Do płońska stąd mieliśmy zaledwie pięćdziesiąt kilometrów. Czy warto było zaryzykować?
- Tomaszu? – zapytałem nagle.
­- Tak?
- Możesz odbić na południe do Płońska? – zapytałem.
- Do Płońska? Nie jedziemy do Torunia?
- Nie dojedziemy tam dzisiaj, a możliwe, że pościg jest coraz bliżej. Oni wiedzą, że my jedziemy do Torunia najszybszą drogą i na pewno nas dogonią, a to może sprawić, że ich ominiemy. W Płońsku jest obóz, a tamtejsza przywódczyni nas zna i być może wyśle z nami ludzi, którzy pomogą nam dojechać do Torunia. To jest spora szansa – wytłumaczyłem.
- Hmm… skoro tak mówisz to możemy tam pojechać. Nie wiem dlaczego, ale polubiłem was, więc pozwolę sobie na zaufanie wam – odpowiedział.
                Zaufanie dwóm obcym ludziom to najgłupsze, co można zrobić, ale nie chciałem mu o tym mówić i tak wystarczająco zdenerwowany całą sytuacją musiał być ten starzec, jeżeli wciąż trzymał na tylnych siedzeniach dwóch uzbrojonych i silnych ludzi. Skręciliśmy na najbliższym zjeździe na południe i gdy tylko zniknęliśmy z głównej drogi do Torunia zrobiło mi się lepiej. Teraz szansa na to, że jeszcze dzisiaj spotkamy Daliona spadła. Oczywiście zawsze mógł pomyśleć o pojechaniu do Płońska, w końcu tam po raz pierwszy nas zaatakował, przy pomocy swoich ludzi, ale wątpiłem, żeby wpadł na to teraz. Wydawało mi się, że dojedziemy bez problemy do Płońska, a  tam, przy odrobinie szczęścia, uda nam się poprosić Feline o pomoc i eskortę pod Toruń.
                Dwie godziny później byliśmy w Płońsku. Gdy podjechaliśmy pod znajomy budynek to odetchnąłem z ulgą. Wysiedliśmy i opuszczając broń zamachałem w stronę ciemnego ogrodzenia, na którym z pewnością byli ukryci strażnicy obozu. Nagle zapłonął reflektor i oślepił nas blaskiem.
- Tu Erni z Zbłąkanego Ocalałego i jego dwóch przyjaciół! Chcę widzieć się z Feline! – zawołałem.
Usłyszałem szamotanie się i po chwili ktoś otworzył nam bramę. Był to uzbrojony mężczyzna, który wymierzył do nas.
- Czego tu szukasz? – zapytałem.
- Mówiłem, chcę porozmawiać z Feline.
- Gdzie twój autobus? – zapytał strażnik.
- Straciłem go… możesz mnie do niej zaprowadzić? – zapytałem.
- Sami musicie trafić. Właźcie bo ciemno już, a reflektory przyciągną martwych.
                Weszliśmy za ogrodzenie, zostawiając auto starego na drodze. Gdy tylko weszliśmy do budynku odetchnęliśmy z ulgą. Od razu zrobiło się cieplej. Na dworze nie było tak zimno jak parę tygodni temu, ale wciąż wieczorne wiatry kąsały zimnem. Przeszliśmy przez labirynt korytarzy i dotarliśmy do gabinetu dowódczyni. Zapukałem i poprosiłem, żeby Cinek i Tomasz zostali na zewnątrz. Gdy usłyszałem „wejść” wszedłem i zamknąłem za sobą drzwi. Niebieskooka siedziała na fotelu, opierając nogi o biurko i paląc tytoniowego skręta. Gdy mnie zobaczyła otworzyła szeroko usta.
- Kierowca autobusu… co ty tu robisz?
- Potrzebuje twojej pomocy… - zacząłem.
- Czy wszyscy w Toruniu nagle potrzebują mojej pomocy? – zapytała złośliwie.
- To naprawdę ważna sprawa – powiedziałem.
- Dobra, mów.
- Wpadliśmy w zasadzkę w Królowym Moście. Jakieś dwa dni po odjeździe stąd. Zabrali mi autobus i piątkę osób i nas gonią. Potrzebuje noclegu dla trzech osób dzisiaj i eskorty z rana do Torunia. Będziesz w stanie to dla mnie zrobić?
                Feline przez chwilę nie odpowiadała. Zaciągnęła się i wypuściła ogromną chmurę dymu, która zasłoniła na chwilę jej twarz.
- Prosisz o dużo, chyba wykorzystujesz fakt, że cię polubiłam kierowco, a do mojego obozu dołączyć nie chciałeś – powiedziała.
- Naprawdę potrzebuję pomocy. Dzisiaj nocleg, a jutro dwójka twoich ludzi i szybki pojazd, błagam.
- Niech ci będzie. Mam nadzieję, że oddasz mi kiedyś tą przysługę. Idź teraz spać, widać, że ledwo trzymasz się na nogach, na lewo od mojego gabinetu znajdziesz kogoś ze straży, powiedz, że prosiłam o nocleg dla ciebie i twoich kolegów. Rano spotkamy się przy wyjściu.
- Dziękuje, ratujesz mnie – powiedziałem – I proszę cię, uważaj. Ktoś z ścigających nas może tu być lada chwila.
- Jestem gotowa nawet na tak ludzi z Torunia, grupka bandytów nie stanowi dla mnie problemu – odgryzła się – A teraz idź już spać kierowco.
                Wyszedłem z gabinetu Fel i razem z Cinkiem i Tomaszem ruszyliśmy na lewo, dosyć ciemnym korytarzem. Wszędzie były pomieszczenia, porozrzucane równomiernie na lewo i na prawo, ale szybko znaleźliśmy jednego ze strażników. Po drodze wytłumaczyłem moim towarzyszom, co ustaliłem z Fel. Starzec nie do końca rozumiał powagę sytuacji, ale Cinek naprawdę się ucieszył.
Bez przedłużania i tak ciężkiego i długiego dnia, poszliśmy spać. Przydzielono nam nieduży pokój, ale były tam trzy wygodne łóżka. Ledwo dotknąłem głową poduszki, a zasnąłem.
                Gdy wstaliśmy rano szybko zjedliśmy po misce ciepłego gulaszu w obozowej stołówce po czym ruszyliśmy do bramy gdzie czekała na nas Feline oraz dwóch młodych chłopaków, wydawało mi się, że byli nawet młodsi ode mnie, ale mogłem się mylić.
- To moich dwóch zaufanych ludzi, Mikołaj oraz Dominik. Są młodzi, ale uwierz mi, że przeżyli nie dlatego, że szybko znaleźli silniejszych od siebie, którzy będą ich chronić. Jak dojedziesz do Torunia to oni z moim pojazdem wrócą do mnie. Powodzenia – powiedziała.
- Dziękuje ci za wszystko Feline – odpowiedziałem i uścisnąłem jej rękę.
W piątkę ruszyliśmy do sporej toyoty terenowej, która wygląda naprawdę solidnie. To było auto, które bez problemu powinno prześcignąć wszystko. Ruszyliśmy. Tym razem kierowałem ja, po mojej lewej siedział Mikołaj, a z tyłu cała reszta.
                Auto było w świetnym stanie. Trzymało się drogi, reagowało na każdy ruch kierownicy i przyciśnięcie pedała gazu. Wyjechaliśmy z Płońska i pojechaliśmy do przodu, na zachód. Znaleźliśmy się szybko na drodze. Ostatnim sporym i niebezpiecznym przystankiem był Drobin. Od niego blisko już było do Czwartego Posterunku w Sierpcu, a tam mogliśmy poprosić o pomoc kogoś z Czerwonych Flar lub samego Szymona, który na pewno dałby nam spory oddział. Kto wie, może wyznaczyłby nawet na tyle dużą grupę, że moglibyśmy przeprowadzić kontrę stąd.
                Dojechaliśmy do Drobina po godzinie i zrobiliśmy małą przerwę na siku oraz na rozprostowanie kości. Samochód pomimo tego, że był bardzo szybki to był stosunkowo niewygodny. Jeden z ludzi Feline oraz Tomasz poszli w krzaki, a reszta pilnowała auta. Stanąłem przy Cinku opierającym się o auto i zacząłem rozmowę.
- Stary jak myślisz, powinniśmy pojechać do Torunia czy spróbujemy zebrać ludzi z Czwartego Posterunku? – zapytałem.
- Hmm… myślę, że powinniśmy wrócić do Ostoi. Tam zbierzemy lepszą pakę, żeby spuścić temu skurwielowi wpierdol – odpowiedział jak zwykle prosto z mostu.
- Za taką szczerość cię lubię stary – powiedziałem uśmiechając się.
- Myślisz, że Dalion goni nas z naszymi pasażerami i Łowcą, czy zostawił ich w Królowym? – zapytał Cinek.
- Myślę, że bałby się zostawiać z tą bandą pijaków osoby pokroju Łowcy. To byłoby zbyt ryzykowne. Mam tylko nadzieję, że ich nie zabił.
- Myślę, że ten mały wypierdek nie ma jaj, żeby to zrobić i narazić się Bobrowi i Toruniowi. Przecież chce wymiany – powiedział Marcin.
- Cholera wie co siedzi w jego chorej głowie – odpowiedziałem.
                Nagle Dominik, ten który został z nami podniósł broń.
- Patrzcie! – krzyknął.
Drogą przed nami nadjeżdżał koszmar. Trzy auta i autobus. O ile auta mogły dać mi jeszcze nadzieję, że to po prostu ktoś losowy, to autobus nie pozostawiał żadnych nadziei. To był Zbłąkany Ocalały. Strach sparaliżował mnie całkowicie, sprawiając, że nie wiedziałem czy nawet oddycham. Nie zdążyłem krzyknąć do Dominika, żeby nie strzelał bo zginie. Młody przeładował i pociągnął serią po szybie jednego z aut sprawiając, że to straciło równowagę i zjechało na prawo. Pozostałe jednak były już przy nas. Nie zdążyłem nawet prosić o łaskę, gdy jeden z bandytów z auta wysiadł i strzelił młodemu w klatkę parę razy. Jego ciało drgnęło, a potem kompletnie zamarło w kałuży krwi, pod moimi stopami.
                Wtedy z krzaków wyszedł Mikołaj oraz Tomasz.
- Nie róbcie nic głupiego! – tym razem wykrztusiłem z siebie. Z podniesionymi rękoma podeszli do mnie i Cinka, a bandyci z wozów zaczęli coraz gęściej nas otaczać. Było ich co najmniej trzydziestu. Zobaczyłem na ich czele Daliona oraz jego przyjaciela. Bezręki podszedł do mnie i spojrzał mi w oczy. Starałem się nie zrywać kontaktu wzrokowego, ale bałem się. Usłyszałem jak Tomasz, na lewo ode mnie, oddycha ciężko. W co my wplątaliśmy tego biednego człowieka.
- BLISKO! – krzyknął Dalion po czym uderzył mnie z dużą siła w twarz. Poleciałem do tyłu i uderzyłem jeszcze mocniej w lusterko od samochodu, po czym lekko zamroczony osunąłem się i usiadłem.
                To co stało się później było jednak dużo straszniejsze, a stało się w przeciągu kilku sekund. Cinek skoczył na Daliona i wyjmując jego własny nóż dźgnął go w brzuch. Zobaczyłem tylko przerażenie na jego twarzy, ale po chwili usłyszałem wystrzał. Zalała mnie fala krwi i fragmentów mózgu i czaszki. Gruby, którego nazywano Smrodem trafił Cinka prosto w głowę. Nie miał prawa tego przeżyć, a jednak kiedy upadł na mnie, to jego oko jeszcze przez chwilę się ruszało. Potem zamarło całkowicie.
                Krzyczałem głośno i płakałem, ale to się stało. Cinek nie żył.

wtorek, 3 lutego 2015

Rozdział 16: Cisza przed burzą

Rozdział 16, kolejny z perspektywy Bobra. Dosłownie cisza przed burzą. W tym rozdziale dzieje się mało i wykorzystałem go do wprowadzenia paru rzeczy, które "przydadzą mi się na później". To w kolejnym rozdziale zacznie się prawdziwa burza. Ale mimo tego, zapraszam was serdecznie do przeczytania tego. Po przeczytaniu proszę o komentarz oraz rozesłanie bloga znajomym :)

---------------------------------------------------------

Rozdział 16 (Bobru): Cisza przed burzą


                Od razu gdy wyjechaliśmy pogoda zepsuła się i niebo zasnuły ciemne chmury. Zaczął padać deszcz. Jechaliśmy w takim milczeniu, że parę razy oglądałem się do tyłu czy wszyscy na pewno żyją. Nie poprawiali mi humoru tą ciszą. Dlatego też chciałem jak najszybciej to załatwić i wrócić do Torunia. Musiałem kontrolować Dziarę, żeby nie zrobił niczego głupiego. Powoli zaczynałem rozumieć, że to co robi jest po prostu złe. Cieszyłem się, że za kółkiem siedział Filip. Prowadził on w miarę bezpiecznie i sprawnie. Miałem nadzieję, że przed wieczorem będziemy już na miejscu. Trasa przebiegała przez Bydgoszcz i dwa mniejsze miasteczka, aż do Piły, gdzie mieścił się Drugi Posterunek. Z tego co słyszałem to był naprawdę dobrze rozwinięty punkt. Pracowali nad helikopterem i mieli sporo ludzi, gdyby tylko udało się tam lepiej rozbudować to może powstałaby druga Ostoja.
                Odcinek drogi z Torunia do przecinającej drogę Wisły przebiegał całkiem spokojnie. Raz wpadliśmy w poślizg na zakręcie, ale szybko udało nam się wymanewrować i wrócić na odpowiedni tor. Nad samą rzeką zatrzymaliśmy się na chwilę, żeby odpocząć. Podszedłem wtedy do Medyka.
- Możesz mi powiedzieć, kto właściwie został w lecznicy w Toruniu? – zapytałem.
- Trzech innych lekarzy, żaden z nich nie jest wojskowy, ale myślę, że znają się na tym – stwierdził.
- Martwię się trochę o mojego przyjaciela. Myślisz, że wyjdzie z tego?
- Ten w śpiączce? Słuchaj ciężko powiedzieć Bobru, wydaję mi się, że nie był to poważniejszy uraz, podaliśmy mu odpowiedni środki, podpięliśmy pod aparaturę i to na pewno mu pomoże i skróci czas śpiączki, ale na ile? Nie mam pojęcia – wytłumaczył.
- Dziękuje mimo wszystko – powiedziałem.
- Nie ma sprawy, jesteśmy teraz jedną grupą, a żeby przetrwać musimy trzymać się razem, wśród zaufanych ludzi.
                Mówił mądrze i w pełni się z nim zgadzałem. Filip krzyknął nagle ostrzegawczo. Sięgnąłem od razu po pistolet i nóż i rozejrzałem się. Widok był dosyć smutny. Z wody pod mostem wypełzały zombie. Ich ciała były tak zdeformowane, że jeden wspinając się po zboczu na poziom drogi rozleciał się uwalniając falę flaków, brudnej krwi oraz czegoś co wyglądało jak kości, ale było prawie w stanie ciekłym. Zombie jednak było sporo i za chwilę zauważyłem, że w wodzie jest autobus. Widocznie spora grupa miała niesamowitego pecha. Zombie wypełzały i zaczęły iść w naszą stronę. Ika schowała się za nami, a reszta ruszyła do ataku.  Ksiądz podszedł i wyciągając nóż powalił dwa pierwsze trupy dobijając je paroma szybkimi ruchami. Zaskakiwał mnie swoją sprawnością i kompletnym brakiem zawahania podczas zabijania trupów. Filip i Agnieszka walczyli ramię w ramię, widocznie kiedyś już pracowali razem, bo szło im to całkiem sprawnie i wyglądali jakby poruszali się wyuczonym schematem. Ja podszedłem do jednego z trupów i próbowałem go odepchnąć. I tutaj spotkałem się z nieprzyjemną niespodzianką.
                Dotykając z dużą siłą trupa ręka przeleciała przez jego ciało. Poczułem naprawdę nieprzyjemne rzeczy, które przeleciały pomiędzy moimi palcami, ale co najgorsze ręka mi ugrzęzła, a zombie dalej stał. Poczułem palce zaciskające się na moim barku i zgniły oddech na twarzy. Machnąłem kolbą pistoletu trzymanego w prawej, wolnej, ręce i  na chwilę powstrzymałem trupa. Po chwili dobiegł do mnie Medyk i pociągając oburącz głowę zombiaka przechylił ją w nienaturalny sposób. To dało mi chwilę, żeby przy pomocy nogi, wydostać się z mięsnej pułapki. Zombie upadł na drogę i wtedy bez problemu go dokończyłem, dziękując Medykowi za pomoc. Pobiegłem od razu do następnego celu, z którym już poradziłem sobie bez problemu, unikając wpychania rąk w zgniłe ciała.
                Po oczyszczeniu drogi pojechaliśmy dalej. Pierwszy po drodze był Bydgoszcz. Miasto spore, ale tak jak wszystkie teraz całkowicie zrujnowane. Nie było tu drugiego obozu, nie spotkaliśmy też żadnych przeszukujących ludzi. To było dosyć dziwne. Szwendało się tu sporo trupów, ale w wielu miejscach było ich więcej, więc dziwnie się czułem nie widząc kompletnie żadnych oznak życia. Całe szczęście nie mieliśmy żadnych problemów, bo drogi były całkiem przejezdne. Jedynie na jednym, dosyć sporym skrzyżowaniu, musieliśmy mocno uważać, bo stało tu sporo samochodów i miejsca na przejechanie było naprawdę nie wiele. Udało się nam jednak i po dziesięciu minutach byliśmy już za miastem.
                Ostatni, w miarę prosty odcinek drogi, przejechaliśmy bez żadnych problemów. Właściwie gdyby nie to, że zabrzmiałbym dziwnie, to powiedziałbym, że droga była dosyć nudna. Oczywiście wolałem nudną drogę, od walki z zombie, albo ocalałymi, ale mogło się dziać cokolwiek. Gdyby moi kompani chociaż trochę chcieli rozmawiać.  Dojeżdżając do Piły wszyscy siedzieli niecierpliwie, czekając aż w końcu wyjdą rozprostować nogi po paru godzinach jazdy. Wjechaliśmy w teren całkiem niedużego miasteczka, które podobnie jak Toruń było praktycznie czyste. Jeżeli szwendały się tu zombie, to były to pojedyncze przypadki .  Dojechaliśmy do małego kompleksu, który musiał być Drugim Posterunkiem.
                Cała sieć budynków prezentowała się solidnie. Ogrodzone siatką trzy duże budynki, jeden wyglądał na więzienie ,a dwa pozostałe wyglądały jak  budynki mieszkalne w Toruniu. Na barykadzie stała trójka ludzi, którzy wymierzyli do nas od razu jak nas zobaczyli. Zatrzymaliśmy się, a Filip wysiadł i pomachał do strażników. Przez szybę auta zauważyłem, że cała trójka wymienia pomiędzy sobą parę słów po czym kiwa głową. Jeden z nich zniknął gdzieś za barykadą, a po chwili brama zaczęła się odsuwać. Wjechaliśmy powoli do środka i zaparkowaliśmy na sporym parkingu na lewo od bramy. Stało tam około piętnastu pojazdów więcej.
                Gdy wysiedliśmy podszedł do nas jeden z ludzi z barykady, barczysty mężczyzna, który miał około czterdziestu lat. Jego włosy były już w większości siwe, a broda sięgała mu do sporego brzucha. Mimo tego kroczył szybko i sprawnie, nie pozostawiając wątpliwości, że lekka nadwaga nie przeszkadza mu w życiu. Wyciągnął rękę do każdego z nas na znak przywitania.
- Witajcie, jestem Łukasz, parę osób z was nie znam, więc warto się przedstawić – jego głos był bardzo dziwny. Tak niskiego tonu nie słyszałem jeszcze nigdy.
- Ja jestem Bobru, a to jest Medyk, Ika oraz Józef – zacząłem.
- Dziara wam ich wysyła, żeby pomóc przy paru sprawach – dokończył Filip.
- Jakich sprawach? – zapytał zaciekawiony.
- Moglibyśmy porozmawiać z Kapitanem? – zapytał Filip.
- Skoro musicie – odpowiedział mężczyzna odwracając się – chodźcie za mną.
                Nie wiedziałam za bardzo kim jest Kapitan, ale podejrzewałem, że to on rządzi na tym Posterunku. Poszliśmy za Łukaszem, mijając grupkę trenujących w deszczu ludzi. Wyglądało to jak poligon wojskowy. Tutejsi musieli być całkiem silną gromadką. Strażnik przeprowadził nas przez cały plac w stronę budynku wyglądającego jak więzienie. Zdecydowanie przed apokalipsą musiało to pełnić taką funkcję, bo wszędzie było pełno krat, wnętrze było raczej ciemne, ale kręciło się po nim sporo ludzi. Co i rusz mijaliśmy kolejną osobę, która wydawała się nawet nas nie zauważać. Wszyscy byli absolutnie skupieni na czymś. Tylko niektórzy spoglądali na nas, ale tylko przelotnie, jakby od niechcenia.
                Wspięliśmy się na piętro budynku, gdzie nie było już cel, ale za znajdowała się rozbudowana sieć korytarzy i sporo drzwi. Doszliśmy w końcu do tych właściwych bo strażnik zatrzymał się i zapukał. Usłyszeliśmy „wejść” męskim głosem i powoli otworzyliśmy drzwi. Wnętrze gabinetu było skromne – parę krzeseł, duże biurko, lampka oraz fotel za biurkiem. Na lewo stała nieduża półka z książkami oraz komoda. Mężczyzna, który musiał być Kapitanem, rozmawiał akurat z młodą dziewczyną. Była ona ładna, miała prostą, ale intrygującą urodą, długie rude włosy oraz była ubrana w skórzane spodnie i kamizelkę. Jej twarz przyozdabiało parę piegów. Mężczyzna z kolei był łysiejący i był w podobnym wieku jak strażnik, który nas prowadził.
- Ach, Filip i cała reszta też z Ostoi prawda? – zapytał mężczyzna i nie czekając na odpowiedź powiedział – Siadajcie.
Usiedliśmy całą szóstką, a mężczyzna, który nas przyprowadził wyszedł.
- Z tobą młoda kobieto jeszcze nie skończyłem, ale teraz są ważniejsze sprawy. Wróć później – powiedział. Dziewczyna posłała mu spojrzenie, następnie odwróciła się w stronę drzwi i wyszła. Na chwilę zatrzymała wzrok na nas. Miała niebieskie oczy.
                Gdy wyszła mężczyzna podrapał się po zaroście i splatając ręce na brzuchu spojrzał na nas.
- Co was tu sprowadza? – zapytał.
- Dziara nas tu wysłał. Ja, Filip oraz Agnieszka jesteśmy Czerwonymi Flarami i mieliśmy odeskortować tą trójkę ludzi na wasz posterunek – odpowiedziałem.
Kapitan spojrzał po trójce, na którą wskazałem i zrobił dziwną minę, ale tylko na chwilę. Musiał to być tik nerwowy.
- Wybaczcie, ale po co nam więcej ludzi? – zapytał.
- Dziara chcę rozwinąć tutaj drugą szklarnię, dlatego przyprowadzam naczelną ogrodniczkę Ikę. Dodatkowo jest Medyk, który oczywiście jest lekarzem i to wojskowym, a także Józef, ksiądz egzorcysta – wytłumaczyłem.
- Właściwie to teraz ma to jakiś sens –powiedział Kapitan uśmiechając się szeroko, po czym ponownie robiąc ten dziwny tik.
- Znajdzie się dla nich miejsce? Zostaną tutaj przez jakiś czas, żeby pomóc się wam rozwinąć.
- Oczywiście, podziękujcie ode mnie Dziarze – powiedział po czym skierował się Medyka, Iki oraz Józefa – Słuchajcie, wyjdźcie teraz żebyście jak najszybciej poczuli się dobrze w tym miejscu i na korytarzu złapcie któregoś ze strażników. Powiedźcie, że kazałem znaleźć wam jakieś miejsca do spania.
Cała trójka wstała, a ja wraz z nimi, żeby się pożegnać. Gdy wyszli, a my zostaliśmy we czwórkę w środku, kontynuowaliśmy rozmowę.
- Z tego co rozumiem to wy odjeżdżacie, tak? – zapytał, robiąc dziwną minę.
- Tak – odpowiedziałem.
- Nie – odpowiedział Filip.
                Spojrzałem na niego. Długowłosy chłopak ze strasznym spojrzeniem patrzył na mnie.
- Nie wracacie do Ostoi? – zapytałem.
- Dziara kazał nam tu zostać na jakiś czas. Nie powiedział dlaczego, ale mi to pasuje – odpowiedział.
- Ale ja mogę wrócić? – zapytałem całkowicie zbity z tropu.
- Jasne. Powinieneś.
- Jeżeli mogę się wtrącić – wtrącił się Kapitan – Jeżeli wracasz sam miałbym do ciebie pewną prośbę Bobru – zaczął – Ale najpierw prosiłbym was o wyjście. Wiecie gdzie szukać miejsca do spania i gdzie jest kantyna. Do zobaczenia później – powiedział, po czym poczekał aż wyjdą.
Siedział chwilę w milczeniu po czym zaczął.
- Potrzebuję, żebyś zabrał moją córkę do Torunia – wypalił.
Nie byłem pewien, czy dobrze usłyszałem.
- Słucham?
- Moją córkę. Ta rudowłosa dziewczyna, która ze mną rozmawiała jak tu przyszyliście. Chcę, żeby była w Toruniu i miała wgląd na to co robi Dziara i Wojtek.
- Obawiam się, że nie rozumiem.
Odpowiedziała mi cisza, a następnie tik nerwowy. W końcu Kapitan się odezwał.
- Słuchaj wiem, że w Toruniu nie powodzi się najlepiej, dlatego muszę mieć tam kogoś zaufanego. Nie zrozum mnie źle, ale jak Toruń się rozpadnie to to miejsce ma ogromne szansę na rozbudowę i pozostanie takie jakim jest teraz. Nie chcę, żeby coś mi to zepsuło, a jak będę widział, że coś się psuje to będę przygotowany. Zrobisz to dla mnie czy nie? – zapytał.
Kaszlnąłem i przejechałem ręką po brodzie.
- Nie widzę problemu… - powiedziałem nie do końca przekonany.
- Doskonale! Najlepiej jakbyś wyjechał jeszcze dziś i przespał się gdzieś w połowie drogi. Moja córka zna pewną chatkę niedaleko Bydgoszczy, będzie idealna na nocny postój, chyba, że będziecie chcieli ryzykować nocną wyprawą.
- Raczej prześpimy się na trakcie – stwierdziłem.
- Dobrze. Moja córka będzie na parkingu za pół godziny. Czekaj tam na nią – zaproponował Kapitan.
                Wstałem i już miałem wychodzić, kiedy wpadło mi do głowy jeszcze jedno pytanie.
- A tak w ogóle, jak się nazywa twoja córka? – zapytałem.
- Natalia – odpowiedział.
Gdy wyszedłem oparłem się o ścianę i westchnąłem po cichu. Wspomnień było sporo, szczególnie związanych z tym imieniem. Miałem nadzieję, że sobie z nimi jakoś poradzę. Opuściłem budynek więzienia i ruszyłem na parking. Po drodze jednak moją uwagę zwrócił mały hangar, który dopiero teraz zauważyłem. Z środka dochodziły hałasy pracy maszyn oraz, co jakiś czas, krzyki ludzi. Zainteresowany ruszyłem w tym kierunku i wszedłem do hangaru. Zobaczyłem coś bardzo ciekawego.
                Grupka ludzi w strojach roboczych pracowała przy helikopterze. Takim samym jaki widzieliśmy na polanie niedaleko Białegostoku, jakiś czas temu. Wyglądało to naprawdę solidnie, ale nawet ja, jako osoba nie znająca się na tym, wiedziałem, że nie jest jeszcze gotowy do lotu. Nagle usłyszałem kroki za mną i dźwięk urządzeń przy helikopterze. Odwróciłem się i zobaczyłem mężczyznę, w okularach, wyglądającego jak typowy profesor.
- Piękny prawda? – zapytał.
- Wygląda świetnie. Dacie radę go naprawić? – zapytałem.
- Staramy się, ale nie jest to łatwe. Niektórych części i materiałów nie da się zamienić, a znalezienie ich graniczy z cudem. Ale staramy się, raz nam się udało, to przynajmniej wiemy na czym stoimy – powiedział naukowym tonem.
- Nie będę już przeszkadzał, spieszę się – powiedziałem.
Profesor milcząco kiwnął głowo na pożegnanie, a ja ruszyłem już prosto na parking.
                Czekałem na Rudą dobre piętnaście minut, schowany pod daszkiem przed deszczem. Gdy szła w moim kierunku z mokrymi od deszczu włosami wyglądała naprawdę ładnie. Przywitałem ją, chcąc podać dłoń, ale ona przytuliła się do mnie. Poczułem ładny zapach, prawdopodobnie jej perfum, albo szamponu.
- Przyjacielsko – mruknąłem.
- Wszyscy przyjaciele mojego ojca są moimi przyjaciółmi – powiedziała – Jestem Natalia.
- Bobru – odpowiedziałem – To co jedziemy?
Bez odpowiedzi wsiadła do samochodu na siedzenie pasażera z przodu. Wyjechaliśmy z Drugiego Posterunku we dwójkę. Było już prawie całkowicie ciemno. Odpaliłem światła w samochodzie i poczułem się nieco raźniej.
- Byłaś już kiedyś w Ostoi? – zapytałem.
- Raz, przez pewien czas – odpowiedziała tajemniczo – Na samym początku jak nie wpadli jeszcze na pomysł z Posterunkami to wszyscy mieszkali w Toruniu.
- A teraz nie jest ci smutno, że opuszczasz swojego ojca?
- Wiesz, gdy jadę z taką legendą jak ty, a do ojca mam parę godzin drogi to nic mi nie straszne – odpowiedziała. Czułem, że się rumienię, ale szybko starałem się to opanować.
- Słyszałaś o mnie? – zapytałem zaciekawiony.
- Dużo osób o tobie mówi. Prowadzenie obozu, który całkiem nieźle działał, a potem zasilenie Torunia grupą prawie dwudziestu ludzi to jest spory wyczyn – powiedziała.
- Popełniłem w życiu sporo błędów. Jeżeli mam być szczery, to gdyby nie te błędy to bym nie zdecydował się w życiu na przyjazd tutaj.
- Wtedy byśmy się nie spotkali, a to byłoby smutne – powiedziała uśmiechając się.
                Straciłem panowanie nad kierownicą dosłownie na chwilę, ale przez to nie wyhamowałem w czas przed grupką zombie, która akurat była na ulicy. Uderzyliśmy w nie i zarzuciło nas. Całe szczęście nic się nie stało, ale wysiadłem prawie natychmiast i rzuciłem się do ataku. Ciemność nie pomagała, szczególnie, że przez chwilę miałem duży problem z zombie, którego korpus oddzielony oponami od reszty ciała, złapał mnie i próbował ugryźć. Musiałem użyć pistoletu i po chwili echa wystrzałów rozległy się po całej drodze. Miałem nadzieję, że przez to na nikogo nie wpadniemy. Natalia również działała, po drugiej stronie auta strzelała do trupów na drodze. Gdy oczyściliśmy przejazd, całe szczęście bez żadnych urazów, to wsiedliśmy z powrotem do auta.
- Przepraszam – zaczęła Ruda.
- To moja wina. Po prostu jedźmy dalej – stwierdziłem, szybko ucinając temat.
Przejechaliśmy przez wioski i powoli dojeżdżaliśmy do Bydgoszczy. Zrobiło się już kompletnie ciemno i zacząłem się zastanawiać. Mieliśmy już całkiem niedaleko do Torunia, ale byłem zmęczony, a kolejne dwie godziny drogi nie brzmiały kusząco. Z drugiej strony strzał i światła samochodu na pewno skuszą bandytów, którzy mogą tu grasować i noc w chatce może nie być do końca bezpieczna.
- Więc gdzie jest ta chatka, o której mówił twój ojciec? – zapytałem.
- Musisz zjechać zaraz na lewo i za jakieś pięć minut tam dojedziemy, droga jest prosta – powiedziała. Była ledwo młodsza ode mnie, a wydawała się być doświadczoną i odważną osobą.
- Jedźmy więc – powiedziałem po czym zgodnie z instrukcją skręciłem w kolejnym zjeździe na lewo i zjechałem na piaszczystą, leśną ścieżkę.
                Po dziesięciu minutach rzeczywiście zauważyliśmy chatkę. Wysiedliśmy i szybko sprawdziliśmy okolicę oraz sam dom i garaż obok. Było tu cicho i bezpiecznie. Chatka po środku lasu, kompletnie odcięta od rzeczywistości. Miałem nadzieję, że to nie będzie mój grobowiec. Odstawiłem auto do garażu po czym wszedłem do chatki. Było tu dosyć zimno, a my nie mogliśmy rozpalić w kominku, bo po pierwsze nie było czym, a po drugie ściągnęłoby to na nas jeszcze większą uwagę. Wyjąłem koce z samochodu i zrobiłem nam dwa posłania, po czym zacząłem przygotowywać kolacje. Gdy skończyłem, zauważyłem, że Ruda przesunęła swoje posłanie tuż obok mojego. Spojrzałem na nią, a ona tylko uśmiechnęła się niewinnie.
                Zjedliśmy i położyliśmy się obok siebie. Powtarzałem sobie, że to tylko po to, żeby było cieplej, ale wiedziałem, że nie do końca tak jest. Chciałem kompletnie się odstresować przed powrotem do Torunia. Cisza przed burzą,  pomyślałem. Coś dużego się stanie już niedługo. Musiałem być na to w pełni przygotowany. Dlatego nie zaprzeczyłem, kiedy dziewczyna położyła się obok mnie i mnie przytuliła. Czułem się całkiem szczęśliwy z tego powodu.