poniedziałek, 19 października 2015

Rozdział 22: Szanse

Rozdział 22, przedostatni z perspektywy Bobra. Rozdział pełen akcji i zwrotów, które powinny was zaskoczyć. Oczywiście w 25 rozdziale ponownie spotkamy kawałek perspektywy Bobra połączony z perspektywami Olafa oraz Irka. Mam nadzieję, że rozdział wam się spodoba, bo jest dosyć długi i naprawdę sporo się namyślałem, żeby go napisać. Po przeczytaniu proszę o komentarz oraz rozesłanie bloga znajomym.

POV:
Rozdział 22 - Bobru - Dzień 10-11
Irek - Dzień 10-11 - Przebywa daleko na wschodzie stawiając punkty strategiczne
Olaf - Dzień 10-11 - Przebywa w okolicach Grudziądza.

--------------------------------------------

Rozdział 22 (Bobru): Szanse


                Po tym jak moje oczy zasłonił worek, mogłem jedynie zgadywać na podstawie tego co czułem i słyszałem, gdzie nas zabierano. Była to istna paleta dźwięków. Na początku wyprowadzanie z domu, wsadzanie do auta, w międzyczasie zdzielenie kogoś pięścią w brzuch, a następnie podskakiwanie wozu na wybojach. W końcu po paru minutach jazdy pojazd się zatrzymał. Drzwi od auta otworzyły się, ktoś wyciągnął nas brutalnie i zaczął prowadzić. Usłyszeliśmy otwieranie się bramy, a po chwili liczne głosy. Byłem tak oszołomiony całą sytuacją, ze nie usłyszałem niczego konkretnego. Oderwałem się na tyle od rzeczywistości, że nawet nie wiedziałem kiedy, zdjęto mi worek z głowy i wraz z moimi przyjaciółmi wsadzono do celi.
                Było tu brudno, ciemno, a trzy łóżka, wydawały się być skupiskiem przegniłych desek oraz starej, zapleśniałej pościeli. W kącie zlokalizowałem wiadro. Jedynym wyjściem stąd, poza malutkim, zakratowanym okienkiem, przez które nie przecisnęłoby się dziecko, były stalowe, solidne drzwi z judaszem, które aktualnie były zamknięte. Za oknem nie widać było też nic konkretnego, tylko piętro jakiegoś budynku obok. Poza tym robiło się ciemno i nawet tego nie było widać do końca.
- Skąd wiedzieli? – zapytał w końcu na głos Pablord. Byłem pewien, że podobnie jak ja i on, te same pytanie zadawała sobie reszta.
- Może skojarzyli fakty? Patrol, który nie wrócił, a następnie został znaleziony martwy, a potem miejsce, w którym ostatnio nam się udało. Innego wyjścia nie widzę, chyba, że jedno z nas jest Złomiarzem i nie chce się przyznać – rzuciła Wiktoria bez emocji.
- Dobrze, że wsadzili nas chociaż do jednej celi… - zauważył Józef.
- Zajebiście – podsumowała krótko Miczi.
                Chciałem coś powiedzieć, ale nie mogłem zebrać w sobie słów. Podejmowałem dobre decyzje oraz złe decyzje, ale ta była fatalna. Zamiast skupić się na celu, chciałem pójść na łatwiznę i zaryzykować. Teraz nie wiedziałem co robić. Michael, podobnie jak ja, siedział w ciszy, wpatrując się przed siebie i słuchając.
- Mamy jakieś realne szanse ucieczki? – próbowała dalej Wiktoria.
                Pablord podszedł do drzwi próbując je otworzyć, ale jedyne co mu odpowiedziało to szczęk metalu, a następnie wiązka przekleństw strażnika pod drzwiami.
- Nie zapowiada się.
- Więc mamy czekać, aż nas pozabijają? Albo aż zgnijemy tu z głodu? – brnęła dalej.
- Jeżeli masz jakiś plan, to podziel się z nami – powiedziała Miczi.
- Niestety nie mam. Ale na pewno uda się nam coś wymyślić. Uciekaliśmy z gorszych miejsc – powiedziała.
                Westchnąłem cicho. Zastanawiałem się, co właściwie poszło nie tak. Zasadzka była z góry przygotowana. Czyżby, gdy dzisiaj rano zaatakowała nas grupa Złomiarzy, to jeden z nich czekał w krzakach i pobiegł przekazać wieści, ze przyszliśmy? W wersje zakładającą, ze ktoś z moich ludzi jest zdrajcą nie wierzyłem. Po prostu nie trzymała się kupy.
- Pozostaje nam czekać – przemówiłem cicho – Ta kobieta na pewno nie zostawi nas w spokoju. Ona chce wiedzieć wszystko, a dokładniej wszystko co wiemy.
- Może zaatakujemy strażników, którzy wejdą tu, aby nas wyprowadzić, czy coś? Przecież na pewno, ktoś tu w końcu wejdzie – planowała dalej Wiktoria.
- Wyśpijcie się teraz. Musimy być gotowi na wszystko – postanowiłem na głos, układając się przy jednej z ścian. Wszyscy byli równie zmęczeni jak ja, dlatego rozmowy szybko ucichły i chociaż nie było jeszcze późno, to chwilę później dało się usłyszeć miarowe oddychanie i pochrapywanie. Ja leżałem jeszcze przez dłuższy moment i zastanawiałem się poważnie nad tym co mogę teraz zrobić. Musiałem grać, tak jak zagra mi Wanda. Nie mogłem pozwolić na to, żeby męczyła moich ludzi, albo ich zabijała. Ona potrzebowała informacji, ale z drugiej strony nie mogłem ich jej wyjawić. Mieliśmy wielkie plany, a ona była naszym wrogiem. Czy była szansa, że uwierzy w zmyślone na poczekaniu historie? Owszem. Byłem jednak pewny, że będzie chciała dowodów i wciąż nie miałem pewności, pomimo tego, że mogła nam obiecać, że nic nam nie zrobi.
                Ledwo przysnąłem, gdy drzwi celi się otworzyły. Obudzony nagle zerwałem się do pozycji siedzącej. Do środka weszło trzech, sporych mężczyzn.
- Który z was to Michael? – zapytał jeden  z nich. Chociaż już chciałem protestować nie zdążyłem. Michael zgłosił się sam i po chwili bez dodatkowych wytłumaczeń zniknął za drzwiami razem z bandytami.
- Gdzie go zabrali? – zapytała Miczi, zdezorientowanym głosem.
- Pewnie na jakieś przesłuchanie – zauważył Pablord.
- Czyli będzie brała każdego z nas – zauważyłem.
- Jak to? – zapytała Wiktoria.
- Jakby chciał się czegoś dowiedzieć od razu, to wzięłaby mnie, albo was – wskazałem na nią i Pablorda – Zna nas i wie, że nie jesteśmy tylko mieszkańcami Ostoi, ale także jej ważnymi członkami. Ona po prostu jest kolejną chorą szmatą, która stoi na naszej drodze i będzie się nami bawiła – w moim głosie można było usłyszeć rozgoryczenie, ale nie zamierzałem go ukrywać – Idźcie spać. Martwieniem się nic nie zmienimy, a będziemy potrzebować siły.
- Nie powinniśmy ustalić jakiejś wspólnej wersji? – zaproponował Pablord.
- Wspólnej wersji  tego, dlaczego tu jesteśmy? – zapytałem.
                Potwierdził skinieniem głowy.
- Możemy, chociaż myślę, że w tym przypadku to nic nie zmieni. Żeby było jasne, nie chcę żeby wam się coś działo. Jeżeli ceną za to jest zniszczenie Ostoi, Inowrocławia i planów związanymi z tymi miejscami, jestem gotów zapłacić – powiedziałem, a wszyscy spojrzeli na mnie. Słowa na pewno wywarły na nich wrażenie, zarówno pozytywne jak i negatywne, ale chciałem żeby wiedzieli, że zależy mi na nich bardziej niż na bezpiecznym miejscu. Bo taka była prawda. Moje przemówienie nieco zagęściło atmosferę i nikt się już nie odzywał.
                Pół godziny potem, gdy na dworze zrobiło się jeszcze ciemniej, drzwi od celi znów się otworzyły i strażnicy wrzucili do środka Michaela. Zerwaliśmy się wszyscy, żeby zobaczyć w jakim jest stanie, gdy strażnicy podeszli i pociągnęli Wiktorię. Tym razem, w przeciwieństwie do sytuacji z Michaelem, Miczi próbowała zareagować, ale jedyne co osiągnęła to mało delikatne odepchnięcie w stronę ściany. Chociaż jedynym solidnym źródłem światła teraz, była szpara pomiędzy drzwiami, a podłogą, słyszeliśmy, że z Michaelem nie jest najlepiej. Oddychał ciężko, po dotknięciu jego twarzy można było wywnioskować, że ma złamany nos, a fakt, że tak długo się podnosił, nie poprawiał atmosfery.
- Stary… hej, hej! Połóż się. Słyszysz nas? – zapytałem, pomagając z Pablordem mu wstać.
- Cholera… - zastękał.
Położyliśmy go najdelikatniej jak potrafiliśmy na jednym z łóżek i podaliśmy jedyną butelkę wody, jaką dostaliśmy dzisiaj na całą grupę.
- O co cię pytali? – zapytałem.
- O wszystko… Nie powiedziałem im nic, to mi dali spokój. Ale wezmą każdego. Ta  czerwona suka… - zaczął i stęknął.
- Dobra nic już nie mów. Wiemy na co się szykować. Odpoczywaj – przerwałem mu i usiadłem pod ścianą. Chociaż wiedzieliśmy, co nas czeka to oczekiwanie na to było najgorsze. Nie wiedzieliśmy, kiedy wróci Wiktoria, w jakim stanie i kto będzie następny. Czemu Wanda nie chciała zaprosić najpierw mnie? Czy to był jej plan. Musiała zauważyć jak bardzo zależy mi na moich ludziach. Chciała żebym widział, jak każde z nich wraca skatowane z przesłuchań, żeby na koniec wziąć wrak mnie samego i bez problemu zdobyć potrzebne informacje. Co było najgorsze – to miało jej się udać.
                Gdy tylko wróciła Wiktoria i zobaczyłem, że została obcięta na łyso i mocno pobita, krew we mnie zagotowała z bezsilności. Chciałem wepchnąć się do strażników, kazać im zaprowadzić mnie do niej, ale oni ignorowali mnie całkowicie. Nie działały obelgi i moje zachowanie. Co gorsza wiedziałem, że gdy oni zobaczyli mnie w tym stanie, to ich przywódczyni będzie zachwycona, że tak szybko udało jej się wyprowadzić mnie z równowagi.
                Tak mijały kolejne minuty. Do naszej celi, co około trzydzieści minut wracali strażnicy, żeby wrzucić wymęczone osoby i wziąć kolejne. Po Wiktorii przyszła kolej na Miczi, a następnie na Józefa. Gdy w końcu wzięli Pablroda, siedziałem tylko oddychając ciężko. Miałem ochotę zdobyć jakąkolwiek broń i po prostu zabić każdego, kto stanie na mojej drodze. Co prawda Wanda nie torturowała nikogo tak, żeby ten nie mógł funkcjonować. Po prostu sprawiała krótkotrwały ból, żeby zniszczyć psychicznie mnie i moich ludzi. Musiałem dobrze rozegrać to wszystko, gdy przyjdzie moja kolej.
                Strażnicy w końcu przynieśli też Pablorda. Chciałem pomóc mu wstać, ale nim się obejrzałem złapali mnie za ręce i wyprowadzili. Szliśmy tak korytarzem, a potem następnym. W końcu stanęli przed jednymi z drzwi i zapukali. Usłyszałem kobiece „wejść” po czym weszli ze mną do środka. Ciarki przeszły mnie po ciele, gdy zobaczyłem, że pomieszczenie składa się jedynie z krzesła i stołu, na którym leżały różne narzędzia do zadawania bólu. Były tam noże, obcęgi, młotki, oraz mnóstwo takich, które widziałem jedynie w filmach.
- Zostawcie nas samych. Tym zajmę się osobiście – powiedziała Wanda. Była ubrana w skórzaną kamizelkę, oraz dżinsy. Rude włosy miała spięte w kok. Strażnicy przywiązali mnie do krzesła i opuścili pokój.
- Nie martw się. Zrobimy to szybko – powiedziała klękając przede mną i uśmiechając się. Teraz mogłem się jej przyjrzeć w końcu z bliska, w pełnym świetle. Chociaż była starsza ode mnie, to wyglądała całkiem nieźle. Była zadbana, miała ładne rysy twarzy z wysuniętym delikatnie podbródkiem i wyraźnymi kościami policzkowymi. W brązowych oczach dostrzegałem coś dziwnego.
- Czego ode mnie chcesz? – zapytałem.
                Wanda wstała i podeszła do stołu. Chwyciła jeden z długich noży i wróciła do pozycji klęczącej.
- Zdenerwowałeś mnie. Denerwowałeś mnie od momentu, w którym się spotkaliśmy po raz pierwszy, w lesie, ponad miesiąc temu. Teraz pomimo ostrzeżeń przychodzisz tutaj praktycznie sam – mówiąc to przejechała mi ręką po udzie. Poczułem fale gorąca – Jaki był twój pomysł? Myślałeś, że wejdziesz tutaj i w szóstkę odbijesz tę kobietę z Płońska?
- Nie rozumiem do czego… - zacząłem, ale ona przerwała mi przykładając palec do ust . Dalej jeździła z uczuciem ręką po moim udzie.
- Wytłumacz mi po co tu przyjechałeś. Jeżeli chciałbyś walczyć, to wziąłbyś więcej osób. Nie wiem ile dokładnie macie ludzi, ale jestem pewna, że więcej od nas. Dlaczego przyjechałeś tu, w takim składzie. Na co liczyłeś?
- Chciałem porozmawiać – odpowiedziałem.
- Rozmawiamy – stwierdziła, przejeżdżając ręką nieco wyżej.
- Chcę pokojowo rozwiązać ten konflikt. Chciałem uniknąć rozlewu krwi, zbliża się do nas coś znacznie większego… - kontynuowałem.
                Zastanawiałem się czy ona w ogóle mnie słuchała. Wydawała się bawić mną, jak jakąś zabawką. Teraz przybliżyła się do jednej z moich związanych rąk i odpięła jeden z guzików w kamizelce. Złapała mnie za rękę i przejechała po swojej klatce piersiowej. Poczułem wyraźny kształt, który przebijał się nawet przez skórzaną kamizelkę.
- Widzę, że tobie też się podoba ta rozmowa – powiedziała przyciskając wypuklenie w okolicach mojego krocza – Jestem ciekawa co sobie by pomyślała ta twoja suczka, jakby zobaczyła jak bardzo ci się podoba rozmowa ze mną – zaśmiała się.
- Wydaj nam Feline i wypuść nas. Odjedziemy, a ty będziesz mogła przygotować swoich ludzi, na to, co nadchodzi.
W jej oczach pojawiło się przez chwilę zastanowienie. Wstała i usiadła mi na kolanach, tak, że jej dekolt znajdował się tuż przed moją twarzą.
- O jakim niebezpieczeństwie mówisz? – zapytała.
- O takim, znacznie gorszym, od tej naszej śmiesznej wojny. Pamiętasz, jak pytałaś mnie dzisiaj, gdy się spotkaliśmy o używanie fragmentów skóry zombie jak kamuflażu? To dopiero początek – tłumaczyłem jej, mając nadzieję, że zwrócę jej uwagę.
- Dobrze wiem, że to wasi ludzie. Nie oszukasz mnie cwaniaczku – powiedziała z nutką niepewności w głosie.
- To nie są ludzie z Torunia. Jest ich dużo, ale nie wiem o nich prawie nic. Obserwują nas i tylko czekają żeby zaatakować. Nie oni jednak są najgorsi. O nie. Z wschodu nadchodzi największe stado zombie jakie widziałem. Podobno liczy parę tysięcy sztuk – powiedziałem jej szczerze, licząc, że doceni moje zaufanie.
                Wstała, poprawiając ubrania i odpalając papierosa, wyjętego z kieszeni. Wiedziałem, że zaciekawiłem ją.
- Kłamiesz – spróbowała, chociaż powiedziała to tak niepewnie i cicho, że sama nie mogła w to uwierzyć.
- Nie. I ty dobrze o tym wiesz. Wypuść nas i przygotuj swoich ludzi. Nie chcemy z wami walczyć. Powinniśmy teraz być jednością. Mało kto widzi, że w tym świecie… że ten świat jest jaki jest przez zombie. Zakopmy topór wojenny. Zrób to dla swoich ludzi! – mówiłem powoli, ale wyraźnie, żeby mogła w pełni zrozumieć, o co mi chodzi.
- Powiedziałeś mi to. Mogłabym cię teraz zabić, a następnie zabić twoich przyjaciół – zastanawiała się na głos.
- Jeżeli to zrobisz Dziara nie zostawi cię w spokoju. On nie jest takim człowiekiem jak ja. Gdyby to on tu siedział, to by pluł ci w twarz i wyzywał. Ja przychodzę z propozycją. Z szansą – powiedziałem.
- Nie wypuszczę was – powiedziała jakby sama do siebie – Nie wypuszczę. Na pewno nie na wolność. Dostaniecie swoją szansę jutro na arenie. Co z nią zrobicie, to zależy tylko od was – mówiąc to podeszła do drzwi i zapukała – Mimo to doceniam gest. Dlatego ja również daje ci szansę. Przygotuj swoich ludzi na jutro. Zawalczycie o swoją wolność. A teraz znikaj.
                Strażnicy odwiązali mnie, a ja poczułem się naprawdę dziwnie, gdy tylko opuściłem pokój. Chociaż miałem ochotę zabić tę kobietę, to udało mi się rozwiązać kłopot w inny sposób. Tak jak prosił mnie o to Józef. Co prawda nie byliśmy wolni, ale dostaliśmy szansę. Nie miałem pojęcia co się jutro stanie na arenie, ale wiedziałem, że jeżeli choć odrobinę mi się poszczęści to będę mógł uciec razem z moimi ludźmi. Gdy wróciłem do celi opowiedziałem pozostałym co udało mi się ustalić. Chociaż nie byli zadowoleni, to słyszałem w ich głosach siłę. Wiedzieli, że mamy okazję, której nie możemy zmarnować. Gdy tylko skończyłem opowiadać, wszyscy położyli się spać.
                Gdy obudziłem się następnego dnia, byłem cały obolały od spania na ziemi. Mimo tego przeciągnąłem się i zauważyłem, że za oknem widać było słońce. Był środek dnia. Właściwie nikt już nie spał. Wszyscy zajadali przyniesione śniadanie. Nie było to nic specjalnego, bo tylko po puszce fasoli i jednym baniaku wody na spółę, ale wystarczyło, żeby zebrać nieco sił. Nikt nie był na tyle pobity, żeby mieć problemy z chodzeniem.
- Czyli będziemy walczyć na arenie? – zaczął dyskusję Pablord.
- Prawdopodobnie – odpowiedziałem.
- Z kim? Z nimi? Dostaniemy jakąś broń, czy coś?
- Stary, nie wiem. Będziemy musieli sobie jakoś poradzić.
- A co z Feline? Też tam będzie – zapytała Wiktoria. Bez włosów wyglądała naprawdę dziwnie, ale dałem radę się przyzwyczaić.
- Podobno tak. Wydaję mi się, że ta cała Wanda boi się fali trupów. Przynajmniej da nam spokój na jakiś czas, jeżeli tylko uda nam się uciec – powiedziałem.
                Dyskusje trwały jeszcze trochę. Jakiś czas później do naszej celi przyszli strażnicy, którzy przynieśli nam zastępcze ubrania, bo nasze były już w naprawdę opłakanym stanie. Przebraliśmy się, a strażnik rzucił tylko na odchodne:
- Przygotujcie się, bo jak nastanie wieczór to wychodzicie – zapowiedział i wyszedł.
Mogliśmy się domyślać, co nas spotka na arenie. Właściwie jedyne co teraz mogło nas uratować to prawdomówność  Wandy, bo wiedziała już czego się spodziewać i właściwie mogła nas po prostu zabić. Miałem nadzieję, że moja wizja, którą przedstawiłem jej przy naszym ostatnim spotkaniu, skutecznie ją odstraszyła, ale nigdy nie mogłem mieć pewności.
                Wieczór nastał bardzo szybko. Do naszej celi weszło czterech strażników, którzy kazali nam powoli wstać, po czym zaczęli nas związywać, za plecami. O ile dwóch ludzi Wandy kojarzyłem z wczoraj, to dwaj nowi wydawali się być nieco inni. Jeden związując mnie, nawet nie szarpał, tylko spokojnie przełożył mi ręce i zawiązał je sznurem. Był nieco grubszy od swoich przyjaciół i gdyby nie fakt, że byłem wrogiem Złomiarzy, to pomyślałbym, że robi to z troską. Gdy cała nasza szóstka została związana, zostaliśmy poprowadzeni korytarzami, na których mijaliśmy przeróżne osoby, wykrzykujące do nas różne rzeczy. Szedłem jednak pewny siebie. Wiedziałem, że cokolwiek stanie mi na drodze, postaram się pokonać to jak najlepiej.
                Zeszliśmy w końcu po raz ostatnie ze schodów i zobaczyliśmy, że znajdujemy się w szatniach stadionu, czyli areny, o której mówiła nam Wanda. Strażnicy zatrzymali się tuż przed dużym wejściem na murawę i zaczęli nas rozcinać. Odetchnąłem z ulgą, że chociaż pozwolą nam używać w pełni naszych rąk.
- Wyjdziecie tam. Wasza przyjaciółka jest na środku areny – usłyszeliśmy nagle głos za plecami. To była Wanda. Ubrana tak samo jak wczoraj podeszła i rzuciła nam pogardliwe spojrzenia – Mam nadzieję, że zapewnicie nam rozrywkę. Większość moich ludzi będzie to oglądać – powiedziała z uśmiechem – powodzenia.
Po chwili zniknęła na schodach prowadzących na trybuny. Przeszedł mnie dreszcz niepokoju. Dlaczego zwołała tutaj większość swoich ludzi? Czy planowała coś aż tak wielkiego? Strażnicy sprawdzili ostatni raz, czy nie mamy żadnych broni, po czym otworzyli szeroko drzwi. Usłyszeliśmy krzyki i jęki, ale jeszcze nic nie widzieliśmy. Nagle poczułem, ze ktoś wpycha mi w rękę jakiś przedmiot. Bez problemu zidentyfikowałem, że to był nóż. Schowałem go szybko do rękawa mojego ubrania, po czym chciałem się odwrócić żeby spojrzeć w twarz osobie, która chciała mi pomóc, ale ta już zaczęła się wycofywać. Był to gruby strażnik z góry. Nie miałem pojęcia czym sobie na to zasłużyłem, ale poczułem się pewniej.
                Weszliśmy na murawę i przywitały nas okrzyki oraz pusta, ale zadbana murawa z klatką stojącą w centrum boiska, tam gdzie zaczyna się mecz piłkarski. Z daleka zauważyłem, ze w środku jest jakaś kobieta, która rozglądała się jakby nie wiedziała co się wokół niej dzieje. Drzwi za nami się zamknęły. Czy to był żart? Z początku nie ruszałem się, ale gdy zobaczyłem, że nic nie stoi na przeszkodzie, żeby uratować  Feline ruszyłem do przodu. Trybuny były przeznaczone na tłumy, a Złomiarzy nie było aż tyle, więc zajęli najniższe rzędy, które były odgrodzone od nas jedynie szybami. Namierzyłem Wandę, nieco wyżej, z grupką ludzi, obserwujących wszystko z góry. Zastanawiałem się, co będzie teraz się działo? Czy ci ludzie zza szyb na nas wybiegną i zaczną nas atakować?
                Cała reszta, pobiegła za mną, również nie rozumiejąc tego, co się tu dzieje. Pablord biegł ramię w ramię ze mną.
- Wiesz… o co… tu chodzi? – zapytał, łapiąc oddech podczas biegu.
- Może jednak zrozumiała, że nie ma sensu… prowadzić wojny z Dziarą i po prostu… chciała żebyśmy… narobili w gacie – wytłumaczyłem Pablordowi. Z każdym krokiem byliśmy bliżej klatki, aż w końcu dobiegliśmy. Teraz dobrze widziałem dziewczynę, która była w środku. Chociaż nieco poobijana i zmarnowana wydawała się być ładna. Miała naprawdę niesamowite oczy, o których słyszałem już od Olafa. Musiałem jednak się upewnić.
- Ty jesteś Feline? – zapytałem.
- Kim jesteście? Dlaczego przyszliście do tej pułapki? – mówiła cicho, jakby nie widziała sensu w tym co robi.
- Jesteśmy tutaj, żeby cię uratować. Płońsk cię potrzebuje – wytłumaczyłem.
- Nie wyjdziemy z tego żywi – zaczęła powtarzać, ale już jej nie słuchałem. Zacząłem mocować się z zamkiem od klatki, który nie wyglądał na specjalnie wytrzymały. Wyjąłem nóż z rękawa i wsadziłem ostrze w dziurę. Ci najbliżsi Złomiarzy, gdy zauważyli, że mam broń, zaczęli buczeć. W naszą stronę zaczęły nawet lecieć kamienie, ale byliśmy w samym środku i nikt nie dorzucał nawet blisko nas. W końcu zamek puścił, a ja otworzyłem drzwi. Feline opuściła szybko klatkę i przeszła się kawałek drętwo przed siebie.
- Możesz iść? – zapytał Pablord.
- Jasne… - odpowiedziała, gdy usłyszeliśmy trąbę. Dźwięk przeszył cały stadion, a wydobywał się znad naszych głów. Arena musiała być specjalnie przygotowana do takich atrakcji, skoro oprócz oświetlenia działały również syreny i głośniki. Gdy tylko dźwięk zaczął grać, wiedziałem, że zaraz stanie się coś złego. Nie myliłem się. Dwa boczne wejścia otworzyły się nagle i widziałem, że coś przez nie wchodzi na arenę. Nie potrzebowałem żadnego urządzenia, żeby zobaczyć, że to zombie. Złomiarze zaczęli klaskać i wiwatować, a ja poczułem, ze nogi się pode mną uginają.
                Po chwili w naszą stronę zaczęły iść trupy. Było ich parędziesiąt, a naszą jedyną bronią był nóż, który miałem. Zacząłem się szybko zastanawiać, co możemy zrobić. Pomiędzy wyjściem, a nami, z obu stron, znajdowało się teraz całe mnóstwo zombie. Przedzieranie się przez nie mogło się skończyć tylko jednym – śmiercią.
- Chodźcie za mną! – krzyknąłem i zacząłem biec w stronę, gdzie na normalnych boiskach były bramki – Spróbujemy je wykiwać, albo wejdziemy na trybuny!
- Złomiarze nas nie wpuszczą! – odpowiedziała krzykiem Wiktoria.
Wspomniani przez nią ludzie wiwatowali i skandowali głośno „Zombie! Zombie! Zombie!” na całe gardła, tworząc dziwny podkład muzyczny do całej sytuacji. Co jakiś czas słychać też było hasła typu „Jebać Toruń!”, „Dziara to kurwiarz” lub coś podobnego, ale kompletnie je teraz ignorowaliśmy. Dobiegliśmy do szklanej ściany i już chcieliśmy się przez nią przebijać, kiedy zobaczyliśmy, że za nią pojawiają się Złomiarze z brońmi.
- Nawet o tym nie myślcie! – krzyknął jeden z nich. Zatrzymaliśmy się. Zombie, które wychodziły naszą drogą ucieczki zaczęły skupiać się na środku i powoli pełzać w naszą stronę. Co mnie jednak zdziwiło to to, że niektóre zignorowały łatwą zdobycz jaką byliśmy i zaczęły pełzać w stronę widowni.
                Serce biło mi jak szalone. Wydawało mi się, że z każdym kolejnym uderzeniem, były one coraz bliżej. Otaczały nas w taki sposób, że ten narożnik, zaczynał być ślepą uliczką. Wiwatowanie było coraz głośniejsze, ale nagle usłyszałem też coś, czego się nie spodziewałem. Krzyki przerażenia dochodzące z trybun. Rozejrzałem się i zobaczyłem coś, co przeraziło również i mnie.
                Parę zombie zaczęło wspinać się z niemałą wprawą i przeskakiwać przez szklane ściany prosto w grupy prawie bezbronnych Złomiarzy. Wtedy zaczęło docierać do mnie to, co się dzieje. Obejrzałem się do tyłu, żeby zobaczyć, czy dwójka, która nie pozwoliła nam przeskoczyć dalej tu jest, ale zobaczyłem tylko jak jeden z trupów sprawnie przecina tętnice szyjną jednego z Złomiarzy, a dwa kolejne zaczynają dźgać drugiego z nich. Szyba wkrótce była cała czerwona. To byli Zszyci. Nie miałem pojęcia jak się tu dostali, ale byłem świadkiem tego jak mordują Złomiarzy po kolei. Chociaż prawdziwe zombie były coraz bliżej, to spojrzałem w górę żeby zobaczyć jak radzi sobie Wanda. Z radością w sercu zauważyłem jak ucieka trybunami w stronę wyjścia. Nie takiej masakry się dzisiaj spodziewała. Pomimo tego, że cieszyłem się z pogromu Złomiarzy, to wciąż miałem spory problem na głowie, a były nimi zombie, które były już naprawdę blisko. Wyciągnąłem nóż i zebrałem swoich ludzi za moimi plecami gotów ich bronić. Po tym jak Zszyci wyszli z tłumu zombie, nie zostało ich aż tak dużo. Przy odrobinie szczęścia sobie poradzę – mówiłem do siebie w myślach.
                Pierwsze z nich były już paręnaście metrów ode mnie, kiedy zobaczyłem jednego z Zszytych podbiegającego w moją stronę. Gotowy do walki chwyciłem mocniej nóż. On jednak nie miał w ręce noża, a jakieś zawiniątko. Zastanawiałem się czy nie biegnie po prostu do któregoś ze swoich, ale ten zatrzymał się przede mną.
- Odsuń się – warknąłem.
Ten zatrzymał się i zamachnął workiem, który niósł. Rzucił mi go pod stopy.
- Jeżeli chcesz przeżyć ze swoimi znajomymi to lepiej to załóż – poradził Zszyty, po czym odbiegł. Nie wiedziałem jak zareagować, jednak chwyciłem worek i wycofałem się z resztą jeszcze kawałek do tyłu, tak, że dotykałem plecami ściany. Nagle usłyszałem strzały. Na boisko wbiegło paru uzbrojonych ludzi i zaczęli strzelać. Chaos narastał i narastał.
- CO ROBIMY? – krzyknęła Wiktoria.
Uklęknąłem i rozsznurowałem worek. Sam fakt, że Zszyci nas nie atakowali był dziwny, ale to co zobaczyłem w środku było gorsze.
                Wyjąłem jego zawartość i poczułem jak żołądek podchodzi mi do gardła. To były maski wykonane z przegniłej skóry. Gdy moi towarzysze zauważyli, co im podaje nie komentowali. To była nasza jedyna szansa na ucieczkę. Włożyłem śmierdzący kamuflaż i dla testu podszedłem do jednego z trupów z nożem w ręce. Ten jednak się mną nie interesował i zaczął pełzać w stronę strzelających Złomiarzy.
- Wszyscy za mną! – huknąłem i zacząłem biec wzdłuż stadionu w stronę szatni. Wszystko szło idealnie. Zombie nami się nie interesowały, Złomiarze byli zbyt zajęci, a Zszyci znajdowali zajęcie dla naszych wrogów. Nie rozumiałem dlaczego i wiedziałem, że będę musiał się dowiedzieć. Byliśmy jednak coraz bliżej wyjścia, kiedy jeden ze strzałów z karabinu świsnął niebezpiecznie blisko mojej głowy. Dziękując siłom, które mnie uchroniły przed dostaniem uśmiechnąłem się pod nosem, ale mój uśmiech szybko zamienił się w proch w moich ustach.

                Wszystko działo się tak szybko. Moja grupa oraz Feline biegli dalej, ale ja zatrzymałem się. Gdy Pablord odwrócił się żeby mi pomóc machnąłem ręką żeby nie przestawał biec. Posłuchał mnie. Ja zatrzymałem się tylko na chwilę, bo wiedziałem, że nic już z tym nie zrobię. Wizja tego jak Miczi upadła z małą dziurą w głowie i bez ducha nie dawała mi jednak spokoju. Nie pamiętałem jak udało mi się wstać i dogonić resztę, ale jedno wiedziałem. Nie udało mi się wszystkich uchronić przed śmiercią, chociaż miałem na to szansę.

środa, 14 października 2015

Rozdział 21: Cena

Rozdział 21, kolejny z perspektywy Olafa. Po dowiedzeniu się gdzie jest Feline, Olaf wraz z resztą ruszają w okolicę Grudziądza. Czy dotrą na miejsce? Czy uda im się uratować Feline. Zapraszam do przeczytania rozdziału, a następnie proszę o komentarz oraz rozesłanie bloga znajomym.

POV:
Rozdział 21 - Olaf - Dzień 10-11
Bobru - Dzień 10-11 - Jest w Grudziądzu
Irek - Dziań 10-11 - Jest w domu Włodka

----------------------------------------

Rozdział 21 (Olaf): Cena


                Ledwie zamknąłem oczy, a zostałem obudzony przez wybój na drodze. Od kiedy to wszystko się zaczęło i drogi w i tak kiepskim stanie nie były restaurowane jeździło się coraz gorzej. Miałem nadzieję, że postanowione na spotkaniu zabezpieczenie dróg będzie obejmowało też ich konserwacje. Łapa wpatrywała się w krajobraz za oknem w milczeniu. Właściwie całe auto milczało, co wcale mi nie przeszkadzało. Nie miałem ochoty z nikim rozmawiać. Tylko Łowca gwizdał pod nosem, prowadząc auto.
                Dowiedzieliśmy się konkretów i musieliśmy jak najszybciej dostać się w okolicę Grudziądza. Żałowałem, ze nie zdążyłem zapytać chłopaka o inne rzeczy, ale ostatecznie wiedzieliśmy najważniejsze. Szkoda mi trochę było jego życia. Zabijałem różne osoby, ale patrząc jak Łapa dawała mu nadzieję do ostatnich chwil, po czym bez zastanowienia go zabiła, dawało do myślenia. Może teraz właśnie tak należało postępować? Może to właśnie ona miała racje? Odkąd poznałem Łapę miałem wrażenie jakby to ona stała za tym całym syfem, który nas otaczał. Pasowała do obecnego świata jakby powstał w jej głowie.
                Skręciliśmy na północny – zachód, poruszając się najbezpieczniejszymi drogami. Łowca pytał mnie co chwilę, gdzie powinniśmy skręcić, żeby omijać ewentualne ataki Złomiarzy. Znałem ich najbliższe obozy jak własną kieszeń i wiedziałem czego warto unikać, a którędy warto jechać.
- Mamy jakiś konkretny plan? Jest nas siedmioro, a Złomiarzy ponad dwieście – zaczął temat Kuba.
- Damy radę. Powęszymy, zobaczymy czy nie spotkamy gdzieś grupy Bobra, jest szansa, że udało im się już odbić Feline – zaskoczył mnie nieco optymizm Łapy.
- Aż tak w niego wierzysz? – zapytałem.
- Ja w niego wierzę. Robiliśmy naprawdę szalone rzeczy w tym piekle – włączył się Łowca.
- Na przykład?
- Pamiętam jak odbijaliśmy obóz w Supraślu. Było nas siedmiu, początek zimy, właściwie wtedy się poznaliśmy bo im pomogłem, dachy obstawione ludźmi, cały budynek pełen bandziorów, ja z moją snajperką, oni właściwie z pistoletami i udało się nam go zdobyć bez żadnych strat – opowiedział.
- Nie licząc tego, że zostałeś postrzelony, Cinka ugryzł zombie, a Ernest zgubił się i przez parę tygodni był uważany za martwego – zauważyła kąśliwie Łapa.
                Łowca wyraźnie chciał się odgryźć, ale skończyło, że sapnął dwa razy i zamilkł.
- Będziemy musieli po prostu powtórzyć schemat i dowiedzieć się, gdzie dokładnie przetrzymują twoją szefową – powiedziała, uśmiechając się tryumfalnie po tym jak dogadała Łowcy.
- Nie jestem pewien, czy będzie tak łatwo. W końcu w tych okolicach będzie ich o wiele więcej. Nie mam nawet pojęcia, gdzie moglibyśmy się zatrzymać – wytłumaczyłem.
- Tutaj – powiedział Łowca i ku naszemu zdziwieniu zatrzymał auto.
- Co jest? – posypały się pytania – Dlaczego stajemy?
Jednooki zastukał tylko paluchem po kontrolkach pokazując pusty bak.
- Mamy jakiś zapas? – zapytała Łapa.
- Coś jest nie tak – jakby zignorował ją Łowca – bak był prawie pełny wczoraj wieczorem. Albo przeciekamy, albo ktoś zrobił nas w konia – myślał na głos dalej.
- Czy mamy jakieś paliwo? – ponowiła pytanie.
- Na pewno nie tyle, żeby dojechać do Grudziądza. Wziąłem tylko jeden baniaczek, żeby dojechać kawałek dalej, bo zatankowałem do pełna – odpowiedział wysiadając – Muszę to sprawdzić.
                Korzystając z przerwy wszyscy wysiedliśmy na zewnątrz. Znajdowaliśmy się przy wjeździe do lasu, więc sytuacja wyglądała nieciekawie, szczególnie jak w grę wchodziło zdobycie paliwa, na takim odludziu. Łapa i Młoda usiadły na pieńkach obok drogi, a my z Łowcą podeszliśmy do auta. Mężczyzna grzebał się chwilę po baku, aż w końcu zaklął.
- Nie wiem, o co chodzi. Wszystko powinno być ok, a nie jest. Może jednak zapomniałem zatankować do pełna? Ale powinno być dobrze – prowadził monolog.
- Musimy znaleźć jakąś stację i modlić się, żeby było na niej trochę paliwa. Szukanie innego działającego pojazdu lub pójście z buta nie wchodzi w grę… - zastanawiałem się na głos.
- Zobaczymy na mapę – powiedział Łowca wracając do auta i grzebiąc w schowku – I ustalmy coś na jej podstawie – rozłożył ją na masce. Łapa i Młoda podeszły zainteresowane, a  ten zaczął wertować okolicę.
- Jesteśmy tutaj. Najbliższe miasteczko jest kawałek za tym lasem i z tego co dobrze pamiętam i o ile mapa jest aktualna była tam spora stacja Orlena. Jeżeli gdzieś mamy znaleźć paliwo to właśnie tam – stwierdził.
- To co wyślemy tam trzy, cztery osoby? Ja mogę iść, nie jest to daleko – zaproponowałem.
- To weź jeszcze swoich kumpli, a my tu na was poczekamy. Tylko pospieszcie się, nie mamy zbyt ciekawej pozycji, a jak przyjadą te skurwiele to właściwie będziemy w dupie.
- Postaramy się być jak najszybciej – obiecałem, po czym pożegnałem się z resztą i wraz z Kubą i jego przyjaciółmi ruszyłem przed siebie. Trzymaliśmy się prawej strony drogi i dosyć szybko zeszliśmy z oczu naszym towarzyszom. Nie bałem się kompletnie o nasz pojazd, przy którym została Łapa, miałem raczej obawy związane z tym, co zobaczę na stacji paliw. Miasteczko, do którego szliśmy było nieduże, ale stacje paliw zawsze były łakomym kąskiem dla okolicznej ludności. Paliwo było potrzebne nie tylko do samochodów, ale też do generatorów produkujących energię. W Płońsku mieliśmy naprawdę ogromne zapasy, ale Feline zawsze rozpatrywała opcje, gdy ono się w końcu nam skończy.
                Było południe, gdy po parunastu minutach wędrówki zobaczyliśmy prześwit zwiastujący koniec lasu. Ledwo wspięliśmy się pod górkę, gdy zobaczyliśmy pierwsze budynki. Na mapie stacja była zaznaczona, w pierwszej alejce na lewo. Pocieszył mnie fakt, że zauważyłem, lekko sfatygowaną, ale wyraźną tablicę reklamująca stację Orlen. Rozglądaliśmy się uważnie, bo zombie były wszędzie. Nie było ich dużo, ale maszerowały powoli uliczką, licząc, że coś równie żywego jak my pojawi się w zasięgu ich węchu. To co mnie cieszyło to brak jakichkolwiek oznak kolonizacji. Wszystko było zrujnowane, a na ulicach nie było słychać nic poza jękiem wiatru i trupów.
                Minęliśmy zakręt i pojawiliśmy się w niedługiej uliczce, która skręcała prosto w las, po drodze obsadzonej paroma domkami, niedużym sklepem z szybami tak brudnymi, że z początku wzięliśmy je za ściany, oraz stacją benzynową. Zadowoleni przyspieszyliśmy nieco.
- Myślicie, że coś tu będzie? – zaczął po cichu jeden z kumpli Kuby.
- Oby kurwa. Nie dość, że musimy znaleźć paliwo, to jeszcze jakieś pojemniki, żeby je przenieść do naszego pojazdu. Chociaż na tyle, żeby te dojechało tutaj i zatankowało – stwierdziłem.
Stacja składała się standardowo z paru dozowników, oraz części sklepowej, gdzie na zapleczu był rzeczy związane z samochodami, a w samym sklepie można było zjeść hot-doga, napić się piekielnie drogiej pepsi, oraz kupić mapę, kompas i i inne przydatne w drodze rzeczy.
- Wy sprawdźcie, czy dozowniki mają w sobie jakieś paliwo, Kuba ty leć na tyły i obadaj jak je aktywować i poszukaj kanistrów, a ja sprawdzę sklep, może znajdę jakieś napoje, bo sucho u mnie jakbym piachu w gębę nabrał – rozdzieliłem obowiązki, a moi towarzysze skinęli głowami.
                Rozdzieliliśmy się. Brzuch ukłuł mnie jakby chciał o sobie przypomnieć.  Miałem nadzieję, że w środku nie czaiło się na mnie żadne niebezpieczeństwo. Uchyliłem delikatnie drzwi i wpuściłem więcej światła do mrocznego wnętrza. Na półkach stało dużo rzeczy, co było dobrym znakiem, bo mogło oznaczać, że nikt tu jeszcze nie zaglądał. Ostrożnie wszedłem do środka i zacząłem zrywać zasłony, żeby odblokowywać kolejne segmenty światła oświetlające wnętrze.
                Gdy było już naprawdę jasno, a kurz z zasłon opadł, zobaczyłem, że wnętrze jest czyste. Nie licząc starej, ciemnej krwi, zaschniętej na podłodze. Zadowolony schowałem broń i zacząłem przeszukiwać półki, stojaki oraz ladę. Nie miałem ze sobą nic, poza kieszeniami, ale schowałem ładny, metalowy kompas, otwieracz do konserw, który mógł ułatwić nam zjedzenie śniadania, oraz okulary przeciwsłoneczne. Następnie ruszyłem do niedziałającej lodówki i wyłamałem zamek, żeby uwolnić cztery puszki, jakiegoś lokalnego piwa. Zadowolony wyszedłem przed sklep i zauważyłem, że cała trójka stoi przy jednym z dozowników paliwa i szczęśliwie napełnia paręnaście litrowy baniak. Podałem im po puszce, po czym zagadałem.
- I jak wszystko gra?
- Znaleźliśmy ten baniak, bo wszystkie kanistry, albo są dziurawe, albo nie da się ich otworzyć. Ale powinno wystarczyć – powiedział Kuba.
- Świetnie – pochwaliłem i podałem każdemu po puszce piwa. Spokojnie wypiliśmy sobie, a gdy puszki powędrowały na podłogę, a nam przyjemnie zaszumiało w głowach, baniak był już pełny. Na ulicy jednak zaczęły się zbierać zombie. Nie zauważyłem nawet kiedy na wylocie, z którego przyszliśmy stanęły trzy trupy, które człapały do nas powoli.
- Wasza dwójka, niech niesie baniak razem, a my z Kubą was osłonimy – zaproponowałem. Wszyscy zgodzili się na te warunki. Ruszyliśmy z Kubą przodem, wyciągając noże. Podchodząc do trupów przypomniał mi się ten, który był człowiekiem i którego zabiłem jadąc z Feline do Ostoi. Czy to naprawdę było możliwe, że tacy przeciwnicy czaili się na nas praktycznie na każdym kroku?
                Nóż przyjemnie zatopił się pod gardłem pierwszego trupa, zwalając go z nóg. Kuba miał nieco inną taktykę, bo na początku zwalał trupa z nóg kopniakiem, lub ciężarem ciała, a następnie leżącego dobijał.
- Kto by pomyślał, że po trzydziestce będę zabijał śmierdzące trupy, żeby uratować jakąś dziewczynę, u boku takiego skurwiela jak ty – zastanowiłem się na głos, uśmiechając się.
- No nie? Chore rzeczy podziały się na tym świecie – powiedział, dobijając kolejnego trupa. Jego kumple trzymali się kawałek dalej z bańką. Nie była ona lekka, ale obaj byli rośli i jakoś im to szło. Szybko minęliśmy zakręt, widząc, że z głównej części miasta nadchodzi więcej trupów. Nagle padł strzał. Był on jednak dosyć odległy, dlatego nikt z nas nie zareagował gwałtownie.
- Myślicie, że to z auta? – zapytał Kuba.
- Nie ma szans. Jesteśmy za daleko. Ktoś jest w tym mieście… - powiedziałem.
- Spierdalajmy stąd… błagam – powiedział niepewnym głosem jeden z kumpli Kuby.
                Sam odetchnąłem z ulgą, gdy tylko weszliśmy w las, a miasto zniknęło z naszych oczu. Szliśmy jeszcze bardziej uboczem, niż ostatnio, bo obawialiśmy się, że ocalali, których słyszeliśmy w mieście, podążają w tą stronę, ale nie spotkaliśmy nikogo. Droga przebiegła całkiem bezpiecznie, nie licząc jelenia, który prawie potratował nas w połowie lasu. Zwierzę odbiegło jednak w swoją stronę.
- Pomyślcie co by było, gdyby takie bydle było zombie – zażartował Kuba.
- Bez, kurwa, przesady – podsumowałem krótko.
                Wyłoniliśmy się w końcu w miejscu, w którym zostawiliśmy auto i z ulgą zauważyliśmy Łowcę, ze swoim karabinem snajperskim, oraz Łapę i Młodą, jedzące na uboczu.
- W końcu jesteście! Nie było was z dwie godziny – zawołał Łowca na przywitanie.
- Weź kurna nieś taki baniak przez taki odcinek drogi – odgryzł się jeden z noszących.
- Nie spotkaliście nikogo? – zapytała Łapa.
- Raczej nie. Słyszeliśmy jakieś strzały w mieście, ale nikt nas nie śledził. Będziemy mogli skorzystać z tamtejszej stacji, paliwa na niej dużo – zaproponowałem.
- To ładujemy! – zawołał wesoło Łowca i wziął się za tankowanie.
                Nie minęło dziesięć minut gdy jechaliśmy ponownie, przez ten sam las, w stronę stacji paliw. Podjechaliśmy do tego samego dozownika i wysiedliśmy.
- Poszukajcie w okolicy jakichś pojemników. Każda kropla paliwa, nam się może przydać, ale spróbujmy zdobyć przynajmniej jeden podobny baniak – zarządziła Łapa. Ja korzystając z chwili usiadłem żeby odpocząć i przekąsić coś. Słuchałem przy okazji opowieści Łowcy o jego broni. Karabin snajperski, którym się posługiwał, rzeczywiście robił spore wrażenie. Chciałem usłyszeć go w akcji, ale wspólnie zgodziliśmy się, że okazja jeszcze będzie, a teraz nie ma co zwracać na siebie zbyt dużej uwagi.
                Poszukiwania szły pełną parą i gdy w końcu udało się znaleźć stary baniak, podobnej wielkości jak ten ostatni, to z zadowoleniem napełniliśmy go i ten poprzedni paliwem i zatankowaliśmy do pełna. Robiło się już powoli ciemno, a przed nami był jeszcze całkiem spory kawałek drogi do Grudziądza. Musieliśmy tam dojechać i znaleźć sobie nocleg.
- Powtarzamy schemat z wczoraj? – zapytałem Łapy, gdy ruszyliśmy przed siebie.
- Działał? Działał. Więc czemu by nie?
- Tylko tutaj będzie ich więcej. To nie będzie tak bezpieczne i łatwe jak ostatnio – zauważyłem.
- Musimy liczyć na to, że nam się uda. Zresztą jak jutro wstaniemy to obejrzymy okolicę. Może okaże się, że Złomiarze zostali już zaatakowani przez oddział Bobra i nie będziemy nawet musieli wchodzić do miasta. Kto wie – gdybała.
- Trochę to przejebane – stwierdziłem nieco ciszej -  Ta cała sytuacja.
- Jak chcemy efektów bez wojny, musimy działać w małej grupie. Nic na to nie poradzimy – odpowiedziała.
- Wiem. Jednak jedno potknięcie i może nas otoczyć cała grupa. A Feline pośrodku tego całego syfu…
- Nie martw się Olafie. Damy rade – zapewniła Łapa uśmiechając się. Na jej twarzy uśmiech wyglądał dosyć upiornie, ale cała była przerażająca.
                Podróż ciągnęła się i ciągnęła, ale Grudziądz z każdą minutą był coraz bliżej nas. Zostały nam ostatnie kilometry. Wszyscy byli w dosyć sennej atmosferze, z której wybudził nas Łowca, ponownie zatrzymując auto.
- Co jest? – poderwałem się zaspany.
- Ktoś stoi na drodze autem – szepnął Łowca, jakby bał się, że auto nas usłyszy.
Teraz zauważyłem, że przed nami na drodze stało auto, z zapalonymi światłami. Przy nim widać było jakieś słupy, ale robiło się już tak ciemno, że ciężko było dokładnie określić co tam było.
- Zawracać? – zapytał.
- Nie! Czekaj – włączyła się Łapa. Łowca obrócił się i spojrzał na nią.
- To mogą być Złomiarze.
- Nie ma szans. Podjedź. Tu nikogo nie ma – stwierdziła, wbrew pozorom chwytając za broń. Też wyciągnąłem swój pistolet i wytężałem zaspane oczy, żeby dojrzeć cos więcej. Łapa miała rację. Przy aucie nie było nikogo, ale przy słupie widzieliśmy jakieś postacie. Z początku myśleliśmy, że nikt tam nie stoi, ale jak zbliżyliśmy się nieco, od razu rzuciły się nam w oczy cztery osoby. Były one przywiązane do słupów.
- Obadajmy to – poprosiła Łapa, a Łowca zatrzymał auto.
                Wysiedliśmy wszyscy, ciekawi tego co zobaczymy. Latarka zaświeciła, rzucając upiorne cienie, na cztery przywiązane do słupów ciała. Nie wyglądały na zaatakowane, ale same się przywiązać nie mogły, a gdy spojrzeliśmy na ich usta, domyślaliśmy się, kogo mogli spotkać.
- Zszyci? – zapytała Młoda.
- Najprawdopodobniej – odpowiedziała jej siostra.
Usta całej czwórki były perfekcyjnie zszyte, nie zostawiając nawet kawałka, którym można by solidnie zaczerpnąć powietrza. Trójka z ofiar była już martwa i widać było w ich oczach znaną mi dobrze pustkę, ale jeden mężczyzna, wydawał się jeszcze żyć. To mogła być nasza szansa.
- Ten jeszcze żyje – zauważyłem. Łapa podeszła do niego i pewnym ruchem nożem, przecięła szwy.  Usłyszeliśmy dźwięk, przypominający odkurzacz, a mężczyzna otworzył delikatnie oczy.
- Jesteś jednym ze Złomiarzy? – zapytałem bezpośrednio.
- Tak… zaatakowali nas… Przyszliście pomóc? – jego głos był słaby, musiał tu tkwić już przynajmniej parę godzin.
- Tak. Chcemy ci jednak najpierw zadać parę pytań. Kto was zaatakował? – grałem jego przyjaciele, ale wiedziałem, że zabijemy go od razu po tym jak dowiemy się czegoś.
- Zombie. One miały noże i pistolety. Nie pytajcie jak, nie wiem. Wody. Potrzebuje wody – wciąż mówił słabo. Spojrzałem na Kubę, a ten jak na zawołanie podbiegł do auta i przyniósł jedną butelkę. Podał mi ją, a ja odkorkowałem i przytknąłem ją do ust mężczyzny. Pił wodę łapczywie i szybko, ale nie dziwiłem mu się.
- Wierzę ci. Powiedz mi, czy dowódczyni z Płońska wciąż jest w Grudziądzu? Musimy to wiedzieć – wiedziałem, że tymi słowami mogłem się zdradzić, ale ani nie powiedziałem o Feline po imieniu, ani nie podnosiłem głosu z emocji. Mężczyzna łyknął to jak wodę, bo zastanowił się chwilę, po czym powiedział:
- Tak. Wanda ją trzyma na arenie. Nie słyszeliście? Dzisiaj z rana złapała tych bandytów z Torunia, którzy przyjechali żeby odbić tą kobietę z Płońska, a teraz coś szykuje. Nas wysłała na zwiady, ale wpadliśmy w te pieprzone abominacje – jego głos nabrał barwy i widać było, że wraca do normalności.
- Mają Bo… osoby z Torunia? A gdzie ich trzymają? – włączyła się nagle Łapa.
- Tam samo pewnie – gdybał – Tak mi się wydaję. Dobra, odwiążecie mnie już? To był naprawdę przesrany dzień, marzę tylko o powrocie do domu.
                Wiedziałem, co teraz się stanie. Łapa nie zawiodła mnie. Ledwo się odwróciłem, a usłyszałem gardłowy krzyk i nóż zatapiający się w gardle. Coraz lepiej rozumiałem Łapę i zgadzałem się z jej metodami. Kto by pomyślał, że wystarczyły dwa dni wspólnej znajomości. Byłem ciekaw jak wpływała na innych ludzi, którzy otaczali ją od dłuższego czasu.
- Wiemy wszystko. Czyli Bobru wpadł – podsumowała.
- Wracamy do Inowrocławia po posiłki? – zapytał Łowca.
- Nie. Nie mamy na to czasu. Chcecie ryzykować zbieranie sił i powrót, kiedy oni mogą tam teraz umierać?! – oburzyłem się.
- Pomoc by się nam przydała. Ale Olaf ma rację. Nie mamy na to czasu. Musimy znaleźć nocleg, a z rana zobaczyć jak wygląda ta arena. No i musimy się wyspać… - powiedziała Łapa – Jeźdźmy już. Ta czwórka zaczyna cuchnąć.
                Wsiedliśmy do pojazdu i w milczeniu pojechaliśmy dalej. Jeżeli każdy z moich towarzyszy myślał teraz równie intensywnie jak ja, to mogliśmy bez problemu nazwać to burzą mózgów. Los się do nas uśmiechnął i wiedzieliśmy już gdzie szukać Feline, co stało się z Bobrem i że wszyscy jeszcze powinni żyć. Ale jakie mieliśmy szansę ich uratować? Z takimi myślami dojechaliśmy w końcu do okolic Grudziądza i zatrzymaliśmy się na wzgórzu, na krawędzi lasu, z którego rozpościerał się widok na prawie cały Grudziądz. Już z daleka widziałem Złomowisko, o którym słyszałem już co nie co. Widać było też oświetloną część miasta, z wielkim, okrągłym budynkiem po prawej.
- Myślisz, że to jest arena? – zapytałem Łapy.
- Okrągłe, oświetlone, duże. Jeżeli nie mają tego pod ziemią, to to musi być to – zauważyła słusznie.
- Nie ryzykuj – wystrzeliłem nagle.
Spojrzała na mnie zdziwiona.
- Co masz na myśli?
- Masz siostrę. Daj naszej czwórce zaatakować, a ty i siostra zostańcie tutaj. Łowca też nie powinien się narażać. Mamy sojusz, ale nie to nie oznacza, że nieznajomi ludzie będą narażali za mnie dupę…
- Olaf. Polubiłam cię, nie spierdol tego. Tam jest Bobru, są moi przyjaciele. Nie mogę ich tak zostawić. Pójdziemy wszyscy i wszyscy wrócimy.  A teraz wracajmy już do domku – powiedziała pół żartem, pół serio.

                Noc mieliśmy spędzić przy dwóch domkach. Jeden z nich był zniszczony, jakby został zbombardowany od środka, drzwi były wyważone, a okna popękane, ale drugi wyglądał całkiem przytulnie i właśnie w nim spędziliśmy noc. Po krótkiej, ale sytej kolacji położyłem się na zapadniętej kanapie i myślałem przez zaśnięciem. Miałem nadzieję, że wszystko się uda.

piątek, 9 października 2015

Rozdział 20: Pełen życia

Rozdział 20, kolejny z perspektywy Irka. Irek i Ruda zostają na farmie Włodka, żeby pomóc mu nieco i poczekać na jego syna, który ma ostatecznie zadecydować o budowie punktu. Zapraszam was do czytania, a po przeczytaniu proszę o komentarz oraz rozesłanie bloga znajomym.

POV:
Rozdział 20 - Irek - Dzień 9-10
Bobru - Dzień 9-10 - Jest w okolicach Grudziądza
Olaf - Dzień 9-10 - Jest w okolicach Płońska

-----------------------------------------

Rozdział 20 (Irek): Pełen życia


                Ruda obudziła mnie z rana przynosząc kubek świeżej, pachnącej owocami leśnymi herbaty i talerzem z kanapkami. Przetarłem oczy i zobaczyłem, że moich towarzyszy już nie ma. Ruda musiała zauważyć moje zdziwenie.
- Pojechali godzinę temu zakładać kolejne punkty. Obiecali, że wrócą przed wieczorem – wytłumaczyła.
- Dziękuje – powiedziałem chwytając za kubek i wlewając rozgrzewający i rozbudzający napój do żołądka – Włodek nie robi kłopotów z tym, że tu zostaniemy?
- Nie, właściwie to wydaje mi się, że się cieszy. Powiedział, że możemy zostać, przynajmniej do czasu aż jego syn się pojawi. A ten ma być tutaj dzisiaj – opowiedziała.
- Świetnie – stwierdziłem i zabrałem się za jedzenie. Po skończeniu śniadania nałożyłem buty i posłałem łóżko. Wyszedłem na korytarz i zszedłem na dół. Marzyłem teraz o kąpieli, ale nie byłem pewien, czy w tym domu mają jakiś zbiornik umożliwiający takie przyjemności. W kuchni zastałem Włodka, który akurat ostrzył noże.
- O widzę, że wstałeś, jak się spało? – zapytał przyjaźnie. Gdy przypomniałem sobie jaki był wczoraj od razu po spotkaniu to nie mogłem uwierzyć, jak szybko człowiek może się zmienić.
- Dobrze, jeszcze raz chciałem podziękować za gościnę – powiedziałem grzecznie.
- Nie często są tu ludzie. A już na pewno nie tak przyjaźnie nastawieni jak wy. Chociaż początkowo chciałem was przegonić to tera nie żałuje. Mam nadzieję, że uda się wam postawić te punkty, przynajmniej w pozostałych miejscach.
                Uśmiechnąłem się tylko. Ruda dołączyła do nas z kubkiem herbaty i oparła się o blat kuchenny.
- Czy macie dostęp do wody? O ile to możliwe wykąpałbym się – zapytałem.
- No jasne! To, że świat zszedł na psy nie oznacza, że nie zadbałem z synem o normalne życie. Mamy swój generator, mamy specjalny system wodny, który po zużyciu friltuje czy co tam robi i ciągle czysta jest dzięki temu. Cwane bajery chłopie – pochwalił się starzec – Łazienkę znajdziesz przy wejściu, tylko żona teraz coś tam robi, więc zaczekaj chwilę – poprosił – Ręczniki jakieś znajdziesz na górze w pokoju syna.
Zgodnie z słowami Włodka ruszyłem na górę w poszukiwaniu ręczników. Był naprawdę gościnnym człowiekiem i postanowiłem, że gdy tylko nieco się ogarnę to zaproponuję mu pomoc, na pewno było coś do zrobienia w takim gospodarstwie.
                Wszedłem do pokoju, w którym spędziłem noc i podszedłem do szafy. Szybko zauważyłem stos ładnie poukładanych ręczników i wziąłem jeden z nich. Z wnętrza mebla czuć było dziwny zapach, który przywodził na myśl szpitalną salę. Uznałem jednak, że to pewnie jakiś środek przeciwko molom lub coś takiego i wyszedłem z pokoju. Zszedłem na dół i minąłem kuchnię udając się do drzwi, w których podobno była łazienka. Rzeczywiście w środku było słychać odgłosy, które wskazywały, że musiała tam teraz być Jagoda, żona Włodka. Poczekałem grzecznie myśląc o tym w jakiej sytuacji się znajduje. Byłem ciekawy jak się ma teraz reszta grupy i czy pozostałym udało się już odbić Feline. Miałem nadzieję, że nic im się nie stanie, ale wiedziałem, że pojechali na naprawdę niebezpieczną misję, znacznie bardziej od tej naszej i przygotowywałem się psychicznie na straty.
                Z rozmyślań wybił mnie dźwięk otwieranych drzwi do łazienki. Jagoda wyszła i skinęła mi głową na przywitanie. Była naprawdę cichą kobietą i zastanawiałem się czy w ogóle odezwała się odkąd tu jesteśmy.  Minąłem ją i zamknąłem za sobą drzwi. Wanna, która tutaj stała była czysta, widać było, ze gospodarze dbają o takie rzeczy. Zdjąłem ubrania i położyłem ręcznik obok. Lubiłem się kąpać, w wodzie można było zapomnieć o wszystkim. Odkręciłem mocno kurek z ciepłą wodą, dodając odrobinę zimnej i oparłem się wygodnie plecami. Przez chwilę zapomniałem o całym świecie.
                Po parunastu minutowej kąpieli wytarłem się, ubrałem i wyszedłem. Ruszyłem do kuchni, gdzie zauważyłem starsze małżeństwo.
- Chciałem się zapytać, czy mogę jakoś pomóc, skoro już i tak nadużywam gościny – wyleciałem prosto z mostu.
- Właściwie jak już o tym wspominasz, to lekko cię mogę wykorzystać – zamlaskał – Ogrodzenie na tyłach posiadłości jest w fatalnym stanie i przydałoby się co byś przeszedł się nieco i spróbował znaleźć słabsze punkty i je załatać. Deski i narzędzia znajdziesz w szopie na tyłach – wytłumaczył.
- Zajmę się tym. Widzieli państwo moją koleżankę? – zapytałem.
- Jest na górze. Też chciała pomóc to poprosiłem ją o poukładanie rzeczy w schowku.
                Bez zadawania kolejnych pytań ruszyłam na tyły domu. Chciałem jakoś odpłacić się za to, że mężczyzna nas ugościł, pozwolił tutaj być i być może nie robił problemów z postawieniem tu jakże ważnego punktu, na którym zależało Benowi. Szybko zlokalizowałem szopę i przewalając się przez całe mnóstwo gratów dotarłem do wcześniej wspomnianych desek, siatki oraz młotka i gwoździ. Wszystko wyniosłem na zewnątrz i ułożyłem w jednym miejscu. Chociaż teren całego gospodarstwa nie był ogromny, to jednak zajmował trochę miejsca i sprawdzanie wszystkiego na pewno zabierze mi sporo czasu.
                Zacząłem badać każdy segment płotu, sprawdzając dokładnie siatkę, słupki oraz deski. Już na pierwszym kawałku zauważyłem, że jedna z desek wisi luzem, więc wyłamałem ją i solidnie wbiłem nową. Powtórzyłem podobną proceduję na kolejnych kilku segmentach, w których brakowało to kawałka siatki, to paru desek, to czegoś zupełnie innego. Po przeleceniu połowy ogrodzenia usiadłem oddychając ciężko i spojrzałem na owoce swojej pracy. W międzyczasie podeszła do mnie Ruda.
- Jaka jest twoja historia? – zapytała od razu po przywitaniu się.
- Co masz na myśli? – zapytałem.
- No wiesz… jesteś niewrażliwy na ugryzienia. Jak to się właściwie stało? Było tak od początku?
- Tak. Odkąd pamiętam. Pierwsze zombie, które mnie ugryzło już kompletnie na mnie nie zadziałało. Przeżyłem i oprócz zwykłego bólu nie czułem nic – powiedziałem.
- Może to jest klucz do pokonania tego? Nie zażywałeś jakichś leków? Może coś innego? Pomyśl ile osób udałoby się ocalić gdyby zombie nie były już problemem – rozmarzyła się.
- Nic nadzwyczajnego. Jak byłem chory brałem leki, ale takie jak każdy. Nie miałem jakiegoś zdrowego trybu życia. To po prostu musiało być zapisane gdzieś we mnie – stwierdziłem.
- Musisz się zgłosić do Bena. Jak ktoś miałby to rozgryźć, to właśnie on – stwierdziła – Nie będę ci przeszkadzać, masz jeszcze sporo roboty, a nie wiemy, kiedy pojawi się syn Włodka. Wracam do środka.
                Gdy Ruda znikała w czeluściach domu, ja napiłem się wody i ruszyłem do kolejnego ubytku w ogrodzeniu. Nie dziwiłem się, że staruch mnie o to poprosił. Gdyby nie uzupełnić tych luk to byle grupa zombie, mogłaby bez problemu wejść na teren posiadłości. Moje słowa musiały zadziałać magicznie, bo ledwie zacząłem przybijać młotkiem kolejną deskę, usłyszałem trzask i kawałek ogrodzenia za moimi plecami rozleciał się, kiedy trzy trupy wysypały się na podwórze.
                Nie czekając ani chwili dłużej poprawiłem młotek w ręce i ruszyłem na pierwszego trupa. Machnąłem młotkiem, a ten przyjemnie rozłupał czaszkę pierwszego trupa.  Drugi złapał mnie za rękę, ale odepchnąłem go drugą i po chwili dobiłem. Trzeci poległ chwilę później, a ja nie czekając aż kolejne przedrą się na teren gospodarstwa chwyciłem parę desek i zacząłem składać otwarte przejście. Wychyliłem się jednak na chwilę, żeby spojrzeć na pole i zobaczyłem, że parę kolejnych trupów, które póki co były w bezpiecznej odległości, zmierzało w tą stronę. Spojrzałem na uszkodzenie ogrodzenia i z ulgą uznałem, że pękły jedynie deski, więc szybko poprawiłem nowymi i sięgnąłem po siatkę.
                Dziura była załatana, a ja zmobilizowany przyspieszyłem nieco. Chciałem jak najszybciej znaleźć się z powrotem w środku. Niebo się nieco zachmurzyło, a po chwili zaczęło wiać przeraźliwie kąsającym wiatrem.  Pracowało się coraz ciężej, ale po godzinie całe ogrodzenie było załatane i gotowe do kolejnych lat wiernej służby. Zadowolony wróciłem do środka, odkładając wcześniej deski i narzędzia. Ucieszyłem się widząc obiad czekając na mnie w kuchni razem z Rudą.
- Nasi jeszcze nie wrócili? – zapytałem siadając do talerza.
- Jeszcze nie, ale myślę, że niedługo będą – powiedziała.
- A gdzie gospodarze?
- Na górze, odpoczywają. Dziwnie się tu czuję. Jakbym była u babci i dziadka na wakacjach… - stwierdziła robiąc dziwną minę.
- Trochę tak. Naprawiłem im płot, był już stary i przegniły. W sumie mam nadzieję, ze nie będą potrzebowali już pomocy. Z pola weszły tu zombie, ale zabiłem je i wyrzuciłem na drugą stronę płotu – opowiedziałem jej.
- Zauważyłeś, że ta Jagoda nie odzywa się w ogóle? Może jest niemową? – zmieniła temat.
- Może jest wstydliwa? Miczi opowiadała mi, że kiedyś w grupie Bobra była taka nieśmiała dziewczyna. Chociaż podróżowali razem przez prawie dwa miesiące, ta nawet się nie przedstawiła. To może być coś w tym stylu – zaproponowałem, pochłaniając kolejną łyżkę gulaszu.
- Może i tak…
                Rozmowę przerwało nam pukanie do drzwi. Dreszcze przeszły mnie po plecach i spojrzałem na Rudą, która też nie wiedziała, za bardzo co zrobić.
- Wyjrzyj przez okno – zaproponowałem.
Ruda podeszła do okna ostrożnie, jakby bała się, że coś ją przez nie wciągnie i delikatnie przechyliła zasłonę. Odetchnęła jednak z ulgą, więc uznałem, ze to musieli być nasi ludzie. Rzeczywiście po chwili do kuchni weszła cała czwórka. Zauważyłem, że na Dymitr był niesamowicie blady, co nie umknęło również Rudej. Podeszła do niego i przytuliła go.
- Kochanie? Co się stało? – zapytała.
- Trupy dały się nam we znaki. Gdyby nie szczęście prawdopodobnie byśmy nie wrócili… - wytłumaczył Gigant siadając ciężko na jednym ze stołków.
- Jak to? – zapytałem.
- Załatwiliśmy cztery punkty. Przy pierwszych trzech wszystko poszło jak z płatka, ale przy ostatnim trafiliśmy na jakieś piekło. Najpierw widzieliśmy w oddali grupkę ludzi – opowiadał dalej – ale uciekli nam z pola widzenia, widzieliśmy jak się wycofują. Olaliśmy ich. Zaczęliśmy kopać dół, umieściliśmy fundament i już mieliśmy stawiać słup, gdy nagle usłyszeliśmy wybuchy petard – Tutaj zrobił przerwę i odcharknął – Tamci ocalali chcieli nas udupić, zombie otoczyły nas kompletnie, w sumie sam nie wiem jakim cudem udało nam się przetrwać. Wsiedliśmy do wozu i odjechaliśmy. Całe szczęście zdążyliśmy postawić punkt.
- Mogli to być Złomiarze? – zapytała Ruda.
- Mogli. Chociaż nie wiem po czym ich poznać. Tamci mieli plecaki, więc to może wykluczać Złomiarzy – przypomniał sobie nagle.
- A co z tutejszym punktem? Wiecie coś? – zapytał Dymitr.
                Pokrótce opowiedziałem im o tym jak naprawiałem ogrodzenie i o ostatecznych ustaleniach z panem Włodkiem oraz o tym, że jego syn wciąż się nie pojawił.
- Mają tutaj dostęp do wody? – zapytał Krystek.
- Tak. Odpocznijcie i tak dzisiaj zrobiliście kawał dobrej roboty – powiedziałem.
Skorzystali z mojej rady. Po chwili łazienka była zajęta przez kobietę z Inowrocławia, a Gigant, Krystek i Miczi przygotowywali sobie kolacje. Włodek zszedł do nas jak siedzieliśmy przy stole.
- I jak wyprawa? Sukces? – zapytał.
- Powiedzmy. Udało się nam ustawić cztery punkty. Oprócz tego, który planujemy tutaj, zostało pięć. Tylko te są już na krańcach naszych terenów… - odpowiedział grzecznie Gigant.
- Dobrze. Ja chciałem tylko powiedzieć, że wypatrzyłem auto syna i powinien za chwilę być, więc dowiecie się czego tam chcecie.
- Dziękujemy panu – powiedziałem w imieniu grupy.
- Oj nie gadaj już, jeszcze nic nie wiadomo. Mój syn to dobry człowiek i myślę, że wam pomoże. Sami zresztą zobaczycie już za chwilę.
                Rzeczywiście chwilę po tym jak Włodek skończył mówić usłyszeliśmy samochód wjeżdżający do garażu. Po chwili drzwi się otworzyły i usłyszeliśmy dwie pary butów biegnące po korytarzu. Do pomieszczenia wszedł mężczyzna, a za nim kobieta. Był on wysoki, miał brązową czuprynę oraz zielone oczy, który błyszczały nawet w ciemniejszym kącie pomieszczenia. Pod koszulą rysowały się mięśnie, a twarz miał gładką jak niemowlę, z mocno wysuniętym podbródkiem. Kobieta za nim, prawdopodobnie jego dziewczyna, była niska, miała owalną twarz, długie, lekko pokręcone brązowe włosy, zadarty nosek i była ubrana w czarno czerwone spodnie i skórzaną kurtkę.
- Co ta ludzie tato? – zapytał mężczyzna. Jego głos przypominał mi głos jakiegoś znanego aktora, był niski i dźwięczny.
- Spokojnie Cezary. To moi goście. Reprezentują jakiś tam obóz i mają jakąś tam sprawę. Czekałem z tym na ciebie, tak jak prosiłeś – odpowiedział stary.
- Mówiłem, żebyś nie wpuszczał nieznajomych. Wiesz jacy są teraz ludzie – usłyszałem w głosie Czarka panikę. Chociaż były niewiele młodszy ode mnie, widać było, że kochał rodziców, a przynajmniej ojca.
- Nie marudź synu, sprawdziłem ich. Załatw teraz proszę to, co chcą i daj im jechać w swoją stronę.
                Cezary spojrzał na nas, jakby próbował wyczytać z naszych twarzy czego tutaj szukamy.
- Jaki obóz reprezentujecie? – zapytał.
- Toruńską Ostoję i Inowrocław – odpowiedziałem.
Widziałem przez chwilę wyjątkowy błysk w jego oczach, jakby małe węgielki zapaliły się, by po chwili zgasnąć.
- Może przejdźmy do sąsiedniego pokoju? Kto was reprezentuje? – zapytał.
- Ja – odpowiedziałem bez wahania.
­- Ja też pójdę – zaproponował Krystek.
Opuściliśmy kuchnię i przeszliśmy do salonu. Czarek usiadł, a my spoczęliśmy naprzeciw jego.
- Więc czego właściwie tu szukacie? – zapytał. Mówił pewnie, jakby przeprowadzał takie rozmowy często. Przypominał mi nieco Bena i Dziarę.
- Toruń łączy się z okolicznymi obozami i chcemy założyć parę punktów strategicznych. Nie jest to nic zajmującego dużo miejsca, po prostu słup z flagą – wytłumaczyłem.
                Mężczyzna westchnął ciężko. Jego wyraz twarzy zmienił się. Uśmiechnął się.
- Słuchajcie panowie, powiem szczerze, moi rodzice są już starzy. Męczy mnie pilnowanie ich, chociaż ich bardzo kocham. Potrzebuje miejsca, gdzie mógłbym ich przenieść. Może opowiecie mi nieco  o waszych obozach? Wtedy podejmę decyzję, ale osobiście nie widzę na chwilę obecną nic przeciwko słupowi z flagą – powiedział.
Zgodnie z jego prośbą opowiedzieliśmy mu co nie co, o obozach. Nie była to ściśle tajna wiedza, ale jedynie informacje ile ludzi mamy w społeczności, jak oceniamy to miejsce, jak jest bronione. Cezary słuchał z uwagą, każdego naszego słowa. Gdy skończyliśmy uśmiechnął się ponownie.
- Brzmi dobrze. Nie będzie żadnego problemu z przewiezieniem tam moich rodziców? Na przykład jak będziecie wracać z waszej misji? – zapytał.
- Myślę, że nie – odpowiedziałem krótko.
- Wspaniale. Jednak co do wschodu – powiedział i zakręcił kciukami kółka – Uważajcie na siebie. To niebezpieczne, zniszczone tereny pełne trupów i dzikusów. A nawet gorzej.
Zaciekawiony zapytałem o to, co ma na myśli.
- Nie słyszeliście? W okolicy chodzą ludzie, którzy jako element kamuflażu przyszywają sobie elementy skóry zombie – powiedział.
- Nie spotkaliśmy jeszcze żadnego z nich. Co prawda kamuflaż utrudnia zauważenie ich, ale jedyny przypadek o jakim słyszeliśmy to było spotkanie pojedynczego człowieka, który tak się kamuflował – odpowiedziałem – Póki oni nas nie zaatakują to my też z nimi nie będziemy walczyć. Odbudowujemy cywilizacje, a nie ją niszczymy.
                Cezary uśmiechnął się tajemniczo po czym wstał.
- Nie będę już was zatrzymywał. Zróbcie co musicie, a gdy skończycie na wschodzie wpadnijcie tutaj. Szerokiej drogi – pożegnał się wychodząc z pokoju. Poszliśmy za nim do kuchni przekazać nowiny reszcie. Pominąłem tylko dziwne wrażenie jakie wywarł na mnie Czarek. Wydawał się być zbyt wesoły, jakby kompletnie nie pasował do tego świata. I jego rodzinka musiała coś wiedzieć, ale nie chciała się tym podzielić.
                Wyszliśmy bez dziewczyn przed dom wziąć wszystko z ciężarówki potrzebne do stworzenia kolejnego punktu. Gigant wraz z Krystkiem unieśli słup, ja wziąłem flagę i linkę, a Dymitr łopaty. Poszliśmy na tyły posiadłości, gdzie  stał teraz odnowiony płot i zaczęliśmy pracować. Chociaż słońce już chyliło się ku zachodowi to chcieliśmy skończyć i jeszcze dzisiaj wyjechać dalej. Pomimo dobrego wrażenia jakie wywarli na mnie gospodarze, nie chciałem nadużywać gościnności, ani zaufania jakimi ich obdarzyłem. Dziura rosła z każdym machnięciem szpadla. Miała kształt kwadratu, który na środku miał dodatkowy, walcowaty dół, który miał zmieścić słup.
                Zaczęliśmy od nałożenia nakładki na słup, po czym ułożyliśmy całą podstawę w dole. Chociaż słup miał dobre pięć metrów to nie był specjalnie ciężki i ledwo się obejrzeliśmy, a czerwona flaga zaczęła powiewać delikatnie na wietrze.
- Zrobione – podsumował Dymitr.
- To co, ruszamy dalej? – zapytał Krystek.
- Musimy. Trzeba jak najszybciej wrócić i zobaczyć jak sytuacja z Feline. Możliwe, że nasza pomoc się tam przyda. Dlatego załatwmy te dwa ostatnie punkty w maksymalnie dwa dni i zbierajmy się do domu – powiedziałem, zatrzymując się myślami na ostatnim słowie. Czy teraz Ostoja i Inowrocław były moim domem? Czy ktoś w ogóle używał jeszcze tego stwierdzenia?
                Wróciliśmy do domu i zastaliśmy wszystkich w salonie, podziwiających flagę, którą postawiliśmy.
- Są państwo pewni, że nie będziecie mieli problemów z tą flagą na podwórku? – zapytałem, mając nadzieję, że nie każą jej nam zaraz zdejmować.
- Nie. Umiemy o siebie zadbać – odpowiedział Cezary, zszywając akurat rozerwaną bluzę. Posługiwał się igłą naprawdę sprawnie jak na mężczyznę.
- To będziemy się chyba żegnać – zaczęła Ruda.
- Miło było mieć was w gościnie – odpowiedział Włodek i wstał, żeby uścisnąć każdemu dłoń – Wpadnijcie jeszcze kiedyś. Czasami robi się tu nudno.
- Na pewno tak się stanie – odpowiedziałem.

                Wyszliśmy całą szóstką i poszliśmy prosto do naszego pojazdu. Weszliśmy do środka i z ulgą rozłożyliśmy się na tyłach, gdzie po zniknięciu połowy materiałów było znacznie więcej miejsca. Robiło się ciemno, więc Dymitr zapalił światła i przed nami na drodze podążał długi promień światła oświetlający wszystko. Oparłem się ciężko o ścianę pojazdu i odetchnąłem. To był pracowity dzień. Pracowity, dziwny dzień. Ułożyłem się nieco wygodniej i zasnąłem.