sobota, 15 sierpnia 2015

Rozdział 9: Ciężar życia

Rozdział 9, kolejny z perspektywy Olafa. W tym rozdziale dowiecie się jak wyglądała podróż Olafa i Feline do Płońska oraz co ich spotkało po drodze. Mam nadzieję, że rozdział wam się spodoba i zostawicie komentarz oraz roześlecie bloga znajomym.

POV:
Rozdział 9 - Olaf - Dzień 5-6
Bobru - w tym czasie Bobru wraca z Drugiego Posterunku i jest świadkiem buntu.
Irek - w tym czasie Irek poznaje wraz z grupą Łapy Bena i obóz w Inowrocławie.

------------------------------------------

Rozdział 9 (Olaf): Ciężar  życia


                Wpatrywałem się jeszcze w list, przypinkę oraz ucho przez chwilę, po czym z obrzydzeniem schowałem je z powrotem do środka. Jak chorym trzeba być, żeby wymyślać takie rzeczy. Musiałem o tym jak najszybciej opowiedzieć Feline. To wyglądało jak zaproszenie, a właściwie coś na rodzaj glejtu, umożliwiającego dotarcie do jakiejś nowej grupy ocalałych, którzy mają bardzo dziwne upodobania. Całą sytuację należało przeanalizować jak najszybciej, ale najpierw musiałem skorzystać z toalety. Emocje zrobiły swoje.
                Po skorzystaniu z toalety i umyciu rąk w, nadzwyczaj czystej, toalecie Dziary wróciłem do salonu, gdzie Feline tłumaczyła Dziarze warunki spotkania w Inowrocławiu.
- I mam przekazać tę wiadomość Kapitanowi? – zapytał Dziara, bawiąc się kulką zwiniętego papieru.
- Tak. Uważam, że to dobra szansa, żeby całkowicie skontrolować okolicę i wyczyścić ją z wszystkich niebezpieczeństw, wliczając w to Złomiarzy – powiedziała.
Zastanawiałem się przez chwilę, czy warto wspomnieć o Zszytych już teraz, ale ostatecznie postanowiłem, że po prostu powiem to Feline, a ona jak będzie chciała to przekaże to reszcie w Inowrocławiu. To zawsze była jakaś przewaga. Chociaż patrząc na to ile wiedział szef grupy z Inowrocławia, podejrzewałem, że nie będzie łatwo go zaskoczyć. Przez chwilę zastanawiałem się, czy przypadkiem w obozie, który nas tak serdecznie zaprasza nie mieszkają ci dziwni, apokaliptyczni krawcy, ale ostatecznie wydało mi się to bezsensowne.
                Chociaż byłem w pokoju podczas rozmowy Dziary z Feline to kompletnie się wyłączyłem i zagłębiłem w myślach, z których wyrwała mnie moja dowódczyni szturchając w ramię.
- Wychodzimy Olaf – powiedziała krótko i ruszyła w stronę wyjście. Wstałem i skinąłem głową w stronę Dziary, po czym ruszyłem w stronę wyjścia.
- Na pewno nie chcecie tu przenocować? Albo chociaż wziąć paru ludzi, żeby was odeskortowali? Złomiarze i niedobitki Gangu naprawdę często ostatnio polują w tych okolicach. To może być niebezpieczne – zaproponował jak wychodziliśmy.
- Dzięki, ale nie – odpowiedziała krótko niebieskooka.
- Jak chcecie – rzucił Dziara na pożegnanie.
                Wyszliśmy na zewnątrz. Uliczka była całkowicie opustoszała, chociaż w oddali widzieliśmy przechodzący prostopadłą ulicą patrol straży. Nie zwrócili oni jednak na nas żadnej uwagi. Ruszyliśmy powoli do bramy, przy której zostawiliśmy pojazd. Feline odezwała się pierwsza.
- O czym tak myślałeś, co? – zapytała.
- Będę musiał ci powiedzieć o czymś bardzo ważnym. Ale najlepiej jak już stąd wyjedziemy, nie wiem czy ludzie z Ostoi powinni o tym wiedzieć – stwierdziłem.
- Skoro tak uważasz. Wiesz wydawało mi się jakby Dziara już wszystko wiedział. Te jego zaskoczenie było mało przekonujące. Myślisz, że specjalnie nas wyciągnęli z obozu?
Jej podejrzenia nieco mnie zdziwiły.
- W sensie, że ludzie z Inowrocławia? Mam nadzieję, że nie, bo możliwe, że to jest jakaś większa intryga, jeżeli to prawda-  powiedziałem, nieco motając się w tym co miałem dokładnie na myśli.
- Sama nie wiem, co o tym sądzić, ale chcę jak najszybciej wrócić do obozu. Nie podoba mi się to wszystko – rzekła.
                Dotarliśmy do naszego auta i zapakowaliśmy się do niego. Ja byłem oczywiście kierowcą i gdy tylko strażnicy otworzyli nam bramę wyjechaliśmy z Ostoi. Ludzie, którzy akurat przechodzili obok nas, zanim doszliśmy do auta, obrzucili nas dziwnymi spojrzeniami, widocznie zauważając, że nie jesteśmy stąd. Całe to miejsce było dziwne, bo pomimo solidności wydawało się być nieco niebezpieczne. Mogło  to być oczywiście tylko moje odczucie, ale wszystko w Ostoi było zupełnie inne niż u nas w obozie.
                Ruszyliśmy dosyć spokojnie, nie chciałem w tej ciemności wjechać rozpędzony w wrak wozu porzucony na drodze, bądź też zombie, a dodatkowo też nie chciałem świecić mocniejszymi światłami, dlatego po prostu utrzymywaliśmy średnią prędkość jazdy i trzymaliśmy się drogi. Cieszyłem się, że nie ma już śniegu, który blokował przejazdy i sprawiał, że normalna droga, którą przejeżdżało się w godzinę, potrafiła zająć parę dni.
                Żałowałem, że nie znalazłem jeszcze żadnej porządniejszej muzyki, której mógłbym słuchać jadąc samochodem. Chyba każdy tęsknił za swoimi ulubionymi kawałkami, nawet tacy ludzie jak ja.
- A więc, jesteśmy za Ostoją. Co chciałeś mi powiedzieć? – zapytała zaciekawiona.
- Jak myślisz, kto jest największym zagrożeniem w okolicy? – odpowiedziałem pytaniem na pytanie.
- To ma być podchwytliwe pytanie? Jeżeli uznalibyśmy Ostoję za wroga to na pewno oni, ale z racji iż nie są do nas aktualnie wrogo nastawieni to powiedziałabym, że Złomiarze – powiedziała.
Podałem jej szybko paczuszkę, którą znalazłem przy Zszytym. Słyszałem jak rozpakowuje ją i głośno wciąga powietrze. Następnie usłyszałem szelest kartki i brzdęk plakietki.
- Zszyci? – zapytała.
- Ten, którego spotkaliśmy na drodze do nich należał. Prawdopodobnie jakaś nowa grupa i podejrzewam, że nie mała jeżeli mają takie plakietki i listy dla nowych członków. Wydaje mi się nawet, że mogli być tuż pod naszymi nosami od dawna. Kto wie ile zabitych strzałem w głowę trupów tak naprawdę było ludźmi z przyszytymi kawałkami zgniłej skóry – wytłumaczyłem.
- Wiesz co? To jest naprawdę chore – widać było, że zdziwiło to nawet ją.
- Powiesz to innym na tym całym zebraniu?- zapytałem.
- O ile ten cały Ben nie będzie już o tym wiedział, to ze zwykłej uprzejmości warto byłoby go poinformować. Co prawda taka wiedza to cenna rzecz, ale nie jesteśmy złymi ludźmi więc wydobędziemy ile się z tego da, a przy okazji pomożemy innym – stwierdziła.
                Uśmiechnąłem się pod nosem. Taki tok myślenia mi pasował. Feline po wygłoszeniu paru innych tekstów na temat nowego zagrożenia oparła się o fotel i zasnęła. Ja też byłem w dosyć kiepskiej dyspozycji, ale nie zasypiałem jeszcze na siedząco, więc po prostu skupiałem się na jeździe. Jechałem na tyle wolno, że pozwoliłem sobie na rozglądanie się po okolicznych polach i lasach, bo zawsze warto było obserwować. Tego nauczyłem się już dawno temu i wciąż mi się to przydawało. Najważniejsze to nie dać się zaskoczyć.
                Nagle zobaczyłem światła przed nami i o mało nie zjechałem na bok, prosto w barierkę. Przed nami stało auto i to takie całkiem sporych rozmiarów, bo na oko mieszące około ośmiu osób bez problemu. Widziałem, że stało przy nim parę osób i walczyli z zombie. Widać to było w świetle wytwarzanym przez samochód. Ale oni wiedzieli już, że jedziemy, a droga była prosta, dosyć ciasna i otoczona barierkami, które wyglądały na dosyć solidne. Nie wiedziałem czy hamować czy nie. Feline otworzyła oczy i krzyknęła zaskoczona sytuacją.
- Hamuj! – krzyknęła.
                Chociaż mogłem myśleć inaczej, to posłuszeństwo Feline wzięło górę. Zatrzymałem wóz tuż przed pierwszą postacią. Natychmiast jednak tego pożałowałem bo rozpoznałem tę osobę. Był to Kamil. Jeden ze Złomiarzy. Mieliśmy z nim parę epizodów w niedalekiej przeszłości i zalazł nam za skórę, równie mocno jak my zaleźliśmy jemu. Chociaż nie byłem pewien czy nas poznał, to zareagowałem natychmiast. Wrzuciłem tylny bieg i zacząłem cofać, ale z pośpiechu po chwili wjechałem w barierkę i poczułem jak auto podskakuje, a po chwili jedna z opon była przebita i całkowicie uwięziona pod barierką.
- Uciekaj Feline! – krzyknąłem i otworzyłem drzwi, żeby razem z nią wybiec. Za barierką, po naszej lewej, rozciągał się spory las, gdzie mogliśmy ich zgubić. Dalej słychać było odgłosy walki, ale nawet nie sprawdzałem ile zombie tam jeszcze jest, bo wiedziałem, że lada chwila Złomiarze zaczną gonić nas. Pociągnąłem Feline za rękę i pomogłem jej przejść przez barierkę. Po chwili sam przeskoczyłem i poczułem ostry ból w dolnej części brzucha. Tylko nie teraz, pomyślałem.
                Zaczęliśmy biec jak najszybciej potrafiliśmy. Było ciemno, teren był nierówny i potykaliśmy się co chwilę o wystające korzenie oraz nieduże krzaki, ale nie zatrzymywaliśmy się. Las wyglądał wyjątkowo koszmarnie, a fakt, że gonili nas Złomiarze nie poprawiał nastroju ani trochę. Bieg sprawiał mi nie mały ból i teraz przeklinałem sam siebie, że tak niechętnie chodziłem na badania do Grześka. Słyszałem ciężki oddech Feline, ale ta wciąż biegła kawałek przede mną. Obiecałem, że ją obronię i tym razem miałem nadzieję nie nawalić znowu. Najgorsze jednak było to, że nie wiedzieliśmy, gdzie biegniemy, a kawałek za nami wciąż było słychać biegnących ludzi. Nie mogliśmy się zatrzymać, a byłem już tak zmęczony, że każdy kolejny oddech łapałem z dużym trudem.
                Marzyłem tylko o tym, żeby się zatrzymać. Nagle Feline potknęła się i upadła ciężko na trawę. Zatrzymałem się przy niej i chciałem pomóc jej wstać. Ręce i nogi drżały mi ze strachu i zmęczenia. Kroki naszych prześladowców były z każdą chwilą coraz bliżej, a co gorsze usłyszałem też jęk, który oznaczał, że skądś idzie do nas zombie. Rozejrzałem się i zobaczyłem trupa, który powolnym krokiem zmierzał w naszą stronę. Wyciągnąłem pistolet i bez wahania strzeliłem. Złomiarze i tak wiedzieli, gdzie jesteśmy, a zombie mógł być równie niebezpieczny jak oni.
                Feline w końcu wstała. Postanowiłem już co mam zrobić i chciałem się tego trzymać.
- Biegnij, zatrzymam ich – powiedziałem, dysząc ciężko.
- Zwar… zwariowałeś? Uciekajmy – odpowiedziała.
- Po prostu idź, widzieli, że to ty. Mi pewnie nic nie zrobią, najwyżej coś połamią, ale ciebie będą chcieli zabić – stwierdziłem – No uciekaj do cholery!
Feline spojrzała na mnie ze smutkiem, po czym pobiegła dalej. Ja czekałem. Oparłem się o drzewo nie chowając rewolweru i obserwowałem. Kroki były coraz bliżej, zaskakiwała mnie kondycja ludzi, którzy nas gonili. Musieli często to robić, skoro tak dobrze się trzymali, kiedy pojawili się przede mną. Światło latarki jednego z nich oślepiło mnie, ale widziałem zarysy sześciu postaci.
- Gdzie ona pobiegła Olafie? – zapytał Kamil.
- Spieprzaj – odpowiedziałem.
- Dobrze wiesz, że przedłużasz nieuniknione i jeżeli do nas strzelisz to sprawisz tylko, że ona będzie bardziej cierpieć – powiedział i trafił w sedno. Chociaż zacząłem już do nich mierzyć to teraz upuściłem pistolet.
- Nic wam nie powiem. Ona jest już daleko stąd – skłamałem.
- A to ciekawe, bo biegła razem z tobą – powiedział.
- I pobiegła dalej. Ja jestem już stary i nie potrafię biec tak szybko – odpowiedziałem.
- Oj Olafie, potrafisz biec szybciej, niż ci się wydaje – powiedział zagadkowo i podszedł do mnie.
                Ukucnął tuż przede mną i spojrzał mi w oczy.
- Mieliście szansę nam pomóc. Mogliśmy zawładnąć całym okolicznym terenem. Ale wy wybraliście niezależność i dalej współpracujecie z Toruniem. Dlaczego? – zapytał.
- Ja tylko pomagam Feline – wyszeptałem.
- Tym razem jej nie pomożesz – odpowiedział zimno mężczyzna i zobaczyłem na jego brodatej twarzy coś na kształt uśmiechu. Był młodszy ode mnie, dobrze zbudowany i niezwykle twardy. Nienawidziłem go, ale też podziwiałem, bo był naprawdę mocnym człowiekiem. Zamachnął się na mnie i po chwili poczułem tępy ból. Następnie zrobiło się jeszcze ciemniej i odpłynąłem. Zemdlałem.
                Obudziło mnie zimno. Cały drżałem, a głowa bolała mnie niemiłosiernie. Dalej leżałem pod drzewem, chociaż teraz było już znacznie jaśniej. Słońce pojawiło się na horyzoncie i wstałem chwiejnie. W promieniach słońca to miejsce wyglądało znacznie inaczej i nie wiedziałem, którędy wrócić w stronę drogi, ale wydawało mi się, że idę dobrze. Zastanawiałem się, co właściwie teraz mam zrobić. Liczyłem na to, że Feline udało się uciec i schować, albo wrócić na własną rękę do obozu, ale mocno w to wątpiłem. Złomiarze musieli ją złapać i zabrać do swojego obozu. Nie miałem pojęcia co teraz zrobię, ale musiałem wrócić do Płońska.
                Ruszyłem powoli, tak obolały i zmarznięty nie byłem od dawna. W mojej głowie myśli kotłowały się, jakby ktoś prosił je o wyjście na zewnątrz. Całe szczęście nie zabrano mi broni, chociaż w aktualnym stanie nie byłem pewien jak sobie poradzę z jakimkolwiek przeciwnikiem. Po parunastu minutach błądzenia po lesie dotarłem do drogi, prawie w tym samym miejscu, z którego zaczęliśmy naszą ucieczkę. Starałem sobie przypomnieć wygląd trasy Ostoja-Płońsk, ale nie miałem pojęcia, gdzie teraz mogłem być. Znałem tylko kierunek drogi. Wiedziałem, że jeżeli nie uda mi się znaleźć żadnego pojazdu to wracać będę parę dni, dlatego gdy ruszyłem wzdłuż drogi rozglądałem się.
                Wraz z upływem czasu robiło się nieco cieplej, pogoda się stabilizowała i gdy słońce świeciło już wysoko nade mną, a ja przebyłem parę kilometrów na piechotę to czułem się lepiej, chociaż ból głowy i wyrzuty sumienia były nawet gorsze od zimna. Feline. Obiecałem ją bronić, a teraz wracam do obozu bez niej. Co gorsza jeżeli rzeczywiście jest w rękach Złomiarzy to nasz mały obóz w Płońsku nie miał najmniejszych szans, żeby ją stamtąd odbić, co oznaczało, że jeżeli nie poproszę o pomoc Dziary i jego ludzi to prawdopodobnie nic z tym nie zrobię. Musiałem jednak się zmobilizować  i zorganizować wyprawę, bo obiecałem Feline, że ją zaprowadzę i odprowadzę bezpiecznie do obozu, a jednak mi to nie wyszło. Teraz to już była sprawa honoru.
                Po kolejnej godzinie marszu i minięcia dosyć charakterystycznej wioski po drodze do Płońska zobaczyłem całkiem sporą grupę zombie. Szybko upadłem na ziemię i obserwowałem. Trupy, naliczyłem ich piętnastu, maszerowały w moją stronę. Oczywiście ja już leżałem w krzakach i miałem nadzieję, że mnie ominą, ale awaryjnie mogłem uciec w las, który miałem za plecami. Byłem straszliwie głodny i spragniony, dlatego liczyłem na to, że jak zombie znikną z pola widzenia będę mógł przeszukać tę wioskę i liczyć, chociaż na paczkę sucharów oraz szklankę wody.
                Oczekiwanie było jak zwykle straszne. Widok trupów zawsze dawał te uczucie niepokoju i nie wiadomo było czego właściwie się spodziewać. Całe szczęście ta grupka przede mną musiała złapać już jakiś trop, bo na mnie nawet nie spojrzeli. Czekałem jednak cierpliwie, aż trupy znikną z pola widzenia całkowicie i szybko ruszyłem w stronę domków. Lokacja wioski praktycznie eliminowała szanse znalezienia czegoś do jedzenia, bo ludzie z Torunia, a szczególnie z okolicznego Czwartego Posterunku pilnowali i czyścili okolicę, ale liczyłem na jakieś przeoczenia, które mnie w tym wypadku mogły uratować.
                Przeszukiwanie opuszczonych budynków zajęło mi trochę czasu, a przy okazji musiałem zabić przy pomocy noża parę zombie, ale ku mojemu zdziwieniu znalazłem coś, czego nie spodziewałem się znaleźć, a co z pewnością uratowało mi życie. Przy jednym z garaży stało auto. W pełni sprawny, nieduży samochód, w którym było trochę zapasów, leków i nawet broń. Przez chwilę myślałem, że to po prostu zwid, albo jakaś pułapka, ale gdy po paru minutach obserwacji tego miejsca nie znalazłem niczego to podbiegłem, odpaliłem silnik i dając gaz do dechy odjechałem. Gdy tylko oddaliłem się na bezpieczną odległość od wioski zatrzymałem się na poboczu i przeszukałem pojazd.
                W schowku znalazłem pistolet oraz paczkę amunicji, którą zostawiłem na miejscu. Na tylnym siedzeniu był plecak, który z zaciekawieniem otworzyłem. W środku znalazłem trochę leków, nożyk, butelkę wody oraz kartkę. Tę ostatnią podniosłem i przeczytałem z zaciekawieniem. Była to lista, na której zaznaczone były różne lokacje, w tym obóz w Płońsku, oraz Toruńska Ostoja Ocalałych. Nie miałem pojęcia po co ktoś miałby to zaznaczać, ale i tak wydało mi się to dosyć dziwne. Nie zastanawiałem się jednak teraz nad tym bo zająłem się jedzeniem i piciem. Czułem się jak dzikus, gdy wypiłem w chwilę całą butelkę wody i palcami wygrzebałem zimne mięso z konserwy, ale od razu poczułem się lepiej.
                Po uczcie odpaliłem auto i ruszyłem przed siebie. Miałem nadzieję do wieczora dojechać do Płońska i stamtąd myśleć co dalej zrobić, żeby uratować Feline. Jak znajdowałem się już w samochodzie to czułem jakbym dokładnie wiedział jak dojechać. Zastanawiałem się jaką wielką różnicę robiło poruszanie się na piechotę, a podróż autem. Zaskoczyło mnie to.  Droga do Płońska zajęła mi parę godzin, ale gdy znalazłem się przed bramami i zobaczyłem znajome twarze strażników to uśmiechnąłem się pod nosem.  Pomachałem im, a ci otworzyli bramę i wjechałem do środka. Zostawiłem auto i nie witając się nawet ruszyłem do środka znaleźć Krzycha.
                Mijając znajome mi labirynty korytarzy dotarłem do biura Feline, gdzie miałem nadzieję znaleźć Krzycha. Przed wejściem siedziało parę osób, które najwyraźniej miał jakąś sprawę do Krzyśka. Nawet nie zaszczyciłem ich spojrzeniem i kompletnie zignorowałem ich oburzenie, gdy wepchnąłem się bez kolejki, bo były teraz ważniejsze sprawy do załatwienia, niż użeranie się z mieszkańcami obozu. Wszedłem bez pukania zamykając za sobą drzwi i zobaczyłem tymczasowego zastępcę Feline, które przeglądał raport. Gdy mnie zauważył podniósł wzrok i wstał.
- Olaf! Wróciliście już – powiedział uradowany – Nawet nie wiesz jak ciężko ogarnąć ten syf, gdy… - zaczął, ale przerwałem mu, robiąc poważną minę. Byłem człowiekiem, który zdecydowanie mógł wyglądać groźnie.
- Feline została porwana – powiedziałem głośniej niż planowałem. W jednej chwili uśmiech z twarzy Krzycha zniknął, a na korytarzu usłyszałem podniesione głosy. Zastępca usiadł, ciągle patrząc na mnie i nie mogąc uwierzyć.
- Jak to? – zapytał tylko.
- Wracaliśmy… ehh długo by opowiadać. Po prostu porwali ją Złomiarze i trzeba jak najszybciej ją odbić – powiedziałem.
                Nagle drzwi za nami się otworzyły, a do środka wpadło pięciu czekających na audiencje ludzi. Jednego z nich rozpoznałem i westchnąłem cicho. Był to Kuba. Mężczyzna w moim wieku, mój tutejszy rywal i prawdziwy pasożyt. Chociaż szanowałem go za to jak dobrze chronił obóz, bo był jednym z strażników, to doprowadzało mnie do szału jego zachowanie. Tym razem było dokładnie tak samo.
- Gdzie jest Feline? – zapytał.
- Nie udawaj, że nie podsłuchiwałeś pod drzwiami, do kurwy nędzy – wycedziłem.
- Coś nie wierzę w twoją historyjkę – powiedział.
- Czemu nic nie wiedzieliśmy o jej wyjeździe? – zawtórował mu ktoś obok.
 - Bo to była tajna misja? – zapytałem, bo nie mogłem zrozumieć jak można zadawać takie pytania.
- Tajna misja, w której zabijasz Feline i przejmujesz władzę? – zapytał Kuba i coś we mnie pękło. Moja cierpliwość drastycznie się kończyła. Wystarczyło jeszcze tylko słowo – Wiem, że od dawna chcesz rządzić tym miejscem – dodał po chwili.
                Nie wytrzymałem. Skoczyłem jak szalony prosto na niego ignorując ból brzucha i głowy. Jego „wierny tłum” w ułamku sekundy pochował się po kątach, a ja ciężarem własnego ciała sprowadziłem go na poziom podłogi. Uderzyłem go pięścią w twarz. Nie zdążył nawet się zasłonić, bo dalej był zszokowany moją szybką reakcją. Cała złość, zmęczenie i bezsilność była stopniowo wyładowywana na Kubie, aż w końcu poczułem jak ktoś mnie odciąga. Nie wiedziałem, kto to był, ale podejrzewałem, że to Krzychu. Nawet nie wiem kiedy znalazłem się w swoim pokoju. Krzychu mówił coś do mnie, ale nie byłem pewien czy rozumiałem jego słowa. W końcu usłyszałem tylko trzask drzwi i zostałem sam. Odetchnąłem głęboko i zamknąłem oczy. Już dawno nie czułem się tak źle. Gdy myśli w końcu mi na to pozwoliły, poszedłem spać.

poniedziałek, 10 sierpnia 2015

Rozdział 8: Obóz

Rozdział 8, kolejny z perspketywy Irka. W tym rozdziale dowiecie się kim jest tajemniczy mężczyzna, który zapukał do kryjówki Łapy i reszty w ostatnim rozdziale i czego od nich chce. Po przeczytaniu proszę o komentarz oraz rozesłanie bloga znajomym.

POV:
Rozdział 8 - Irek - Dzień 4-5
Bobru - w tym czasie Bobru wraca z Drugiego Posterunku i jest świadkiem buntu.
Olaf - w tym czasie Olaf wraca z Torunia wraz z Feline

----------------------------------------

Rozdział 8 (Irek): Obóz


                Mężczyzna wszedł. Pierwsze co rzuciło się w oczy to lekko zgarbione plecy i czarna czupryna na głowie. Był on ubrany w koszulę i bluzę oraz ciemne dżinsy. Nie miał przy sobie żadnej widocznej broni, tylko plecak. Łapa i Miczi nie przestały jednak celować. Ja, dalej w ręczniku, obserwowałem sytuacje i kompletnie nie wiedząc, co ze sobą zrobić. Człowiek, który przeszedł przez drzwi nie wydawał się wystraszony, chociaż był całkiem młody, musiał być w moim wieku.
- Cieszę się, że mnie wpu… - zaczął, ale nie dokończył. Łapa pociągnęła go kołnierz i przyskrzyniła do ściany. Ściągnęła z niego plecak siłą, cały czas przykładając lufę do potylicy. Rzuciła plecakiem w moją stronę żebym go przeszukał, a sama zaczęła sprawdzać, czy nie ma gdzieś ukrytej broni.
- Rozumiem, zachowanie bezpieczeństwa grupy jest bardzo… - znowu próbował coś powiedzieć, ale i tym razem Łapa mu przerwała.
- Zamknij się! Skąd jesteś? Czego tu szukasz? Jak nas znalazłeś? – zadawała pytania. Uśmiechnąłem się pod nosem. To była ta sama Łapa, którą poznałem w Toruniu. W tym samym czasie usiadłem, żeby zbadać zawartość wyposażenia naszego gościa. W środku nie było jednak nic ciekawego. Dwie butelki wody, mapa okolic, kompas, nóż oraz parę zbożowych batoników. Po chwili znalazłem jeszcze paczkę tabletek na uspokojenie.
- Nie ma tu nic specjalnego Łapa – powiedziałem.
- Oczywiście, że nie ma, mówiłem, że nie mam złych zamiarów – powiedział – Nazywam się Garbus i jestem z obozu w Inowrocławiu. Chciałbym was tam zaprosić. Zobaczyłem tu światło, więc postanowiłem sprawdzić – wytłumaczył dosyć spokojnie, chociaż widać było, że zaczął się denerwować.
- Obóz w Inowrocławiu? – zapytała Miczi.
- Tak. Mamy póki co około trzydziestu osób, ale zagospodarowaliśmy trochę miejsca i jest tam naprawdę bezpiecznie i mamy miejsca na nowe osoby – powiedział Garbus.
- Nie interesuje to nas – powiedziała Łapa.
- Co? – zapytała Miczi – Potrzebujemy tego. Jesteśmy na resztkach i dobrze o tym wiesz, potrzebujemy chociaż odrobiny odpoczynku w normalnym, bezpiecznym miejscu!
- Miczi proszę cię, ten człowiek kłamie. Jestem pewna, że śledził nas już jakiś czas, a zresztą od kiedy jesteś taka skora do zaufania obcym? Niedawno zostałaś zdradzona przez swojego pieprzonego przyjaciela! – krzyknęła Łapa.
                Miczi zrobiła się cała czerwona i nie odezwała się już. Wiedziałem, że muszę coś powiedzieć.
- Łapa przemyśl to, naprawdę. Wiesz jak rozbici jesteśmy. Mamy teraz zakładnika, możemy się chociaż tam przejść, najwyżej stamtąd uciekniemy – powiedziałem.
- A co jak wpadniemy w pułapkę? Nie mogę ryzykować życiem siostry i waszym, żeby sprawdzić obóz, z którego ludzie śledzą nas od jakiegoś czasu.
- Nikogo nie śledziłem. Naprawdę szukałem osób do naszego obozu i zobaczyłem światło. Nie lubię kłamać – stwierdził Garbus.
Łapa puściła go, ale wciąż nie schowała pistoletu.
- Spacerujesz sobie z nożem, bez żadnego pojazdu po takiej dziczy? Masz coś nie tak z głową? – zapytała.
- Mój partner jest w aucie niedaleko. Jeżeli dam mu znak, może tu przyjść, jak nie to wróci do Inowrocławia i przyjedzie ze wsparciem, żeby zobaczyć co się ze mną stało. To oczywiście nie jest groźba, ale jeżeli chcecie z nami wrócić dobrze by było po niego pójść – zaproponował.
                Łapa zastanawiała się chwilę. Miczi wróciła do pokoju, gdzie był Krystek, Młoda i Marta.
- Będziesz spał w zamkniętym, pilnowanym pokoju, razem ze swoim przyjacielem. Możesz go zawołać stąd? – zapytała.
- Tak – odpowiedział. Podszedł w stronę drzwi i otworzył je. Byłem pewien, że zagwiżdże, krzyknie, czy da jakiś znak, ale ten podniósł coś z ganku. Przez chwilę już bałem się, że to pistolet, ale całe szczęście to była tylko krótkofalówka. Właściwie urządzenie było dosyć ekskluzywne jak na te czasy, ale jednak wolałem to niż pistolet.
                Garbus nacisnął przycisk i usłyszeliśmy trzaski.
- Kondziu to kolejni ochotnicy, podjedź tu, odbiór – powiedział.
Urządzenie zatrzeszczało, a po chwili usłyszeliśmy przerywany męski głos:
- Zaraz tam będę, bez odbioru.
                Garbus odwrócił się do nas i uśmiechnął. Łapie zdecydowanie nie było do śmiechu, ale ja w tym momencie musiałem się przebrać, bo całą tę akcję byłem w ręczniku i zdecydowanie było mi już zimno. Wszedłem do salonu. Wszyscy akurat jedli i rozmawiali o czymś. Powiedziałem im, że łazienka jest wolna i powinni skorzystać. Młoda postanowiła zażyć kąpieli, a ja w tym czasie znalazłem pasujące na mnie, w miarę czyste ciuchy. Wziąłem swoją broń i wyszedłem z powrotem na korytarz, żeby pomóc Łapie.
                Siedziała na krześle i obserwowała Garbusa, który czekał na ganku.
- Co o tym myślisz? – zapytała mnie.
- Koleś wydaje się być spoko, a co do samego miejsca mam dobre przeczucie – starałem się brzmieć pocieszająco.
- Przeczucie – westchnęła – Miejmy nadzieje, że dobre.
Samochód podjechał pod dom po paru minutach. Wcześniej wspomniany Konrad okazał się być starszym, siwiejącym mężczyzną, mającym około pięćdziesiąt lat. Przywitał się z Garbusem i podszedł razem z nim do nas.
- Witajcie, cieszę się, że zaakceptowaliście naszą ofertę – powiedział.
- Jeszcze nic nie zaakceptowaliśmy. Na razie to przemyślamy. Przenocujcie w tamtym pokoju i niczego nie próbujcie, bo zapewniam was, że nie wyjdziecie stąd żywi – odpowiedziała Łapa.
                Konrad nie wydawał się zrażony tymi słowami. Nie zauważyłem też u niego broni i Łapa wydawała się nie chcieć nawet go sprawdzać, więc po prostu zaprowadziliśmy ich do pokoju. Ja usiadłem na krześle obok drzwi i miałem ich pilnować pierwszy. Zobaczyłem wychodzącą z łazienki Młodą i westchnąłem cicho. Chociaż była młodsza od Łapy o jakieś cztery lata, to była z niej bardzo ładna dziewczyna. Szła w ślady siostry. Teraz przemknęła obok mnie w ręczniku i po chwili zauważyłem Krystka, który szedł w stronę łazienki. Z racji iż szykowała się długa noc, oparłem się o krzesło i czekałem na zmianę mojej warty. Około dwie godziny później zmienił mnie Krystek, a ja poszedłem do salonu, gdzie wszyscy już spali i położyłem się. Zasnąłem dosyć szybko.
                Obudziłem się wyjątkowo późno, jak na mnie. Chociaż parę osób jeszcze spało, to Łapa, Młoda i Marta były już na nogach. Siostra Łapy rozmawiała o czymś z Martą, a Łapa siedziała i wpatrywała się w okno. Zdziwiłem się, że nikt nie pilnuje ludzi z Inowrocławia, ale podejrzewałem, że jeszcze śpią, albo Łapa ich po prostu zamknęła na klucz. Wstałem i rozprostowałem się ziewając. Podszedłem do Łapy i przywitałem się z dziewczynami.
- Jakie plany? – zapytałem.
- Musimy wyjechać jak najszybciej. Nienawidzę takiego oczekiwania – powiedziała.
- Mam ich budzić? – zapytałem.
- Tak – odpowiedziała krótko i wstała.
                Zacząłem wszystkich budzić i chociaż nie byli zadowoleni to powoli się podnieśli i zaczęli się ogarniać, ubierać i przygotowywać do wyjazdu. W tym czasie Garbus i Konrad już wstali i majstrowali coś przy swoim aucie. Podeszliśmy do nich z Łapą, która miała im coś do powiedzenia i przywitaliśmy.
- Jeden z was jedzie z nami. Nie ma dużo miejsca, ale tak będziemy wiedzieli, że nie jesteśmy zostawieni sobie, jeżeli prowadzicie nas w pułapkę – powiedziała prosto z mostu.
- Mówiłem już, że to nie pułapka, ale nie ma problemu. Zabiorę się z wami, a Kondziu będzie nas prowadził – powiedział z uśmiechem.
- Jesteście gotowi do drogi? – zapytałem.
- Tak. Możemy wyjeżdżać w każdej chwili – potwierdził starszy mężczyzna.
- Dobrze, to zbierajmy się, wołaj resztę i spakujcie wszystko – powiedziała Łapa.
                Zgodnie z jej prośbą poszedłem po resztę i razem z nimi przenieśliśmy nasze rzeczy do auta. Po chwili wszyscy siedzieli już w środku. Było bardzo ciasno, szczególnie przez zapas puszek, który mieliśmy w bagażniku, ale jechać się dało, a to było najważniejsze. Samochody ruszyły. Konrad, w swoim aucie, prowadził nas i po chwili wyjechaliśmy na główną drogę. Wiedzieliśmy, że jesteśmy niedaleko Inowrocławia i dotarcie tam nie zajmie nam specjalnie dużo czasu.
                Krystian kierował, a obok niego siedziała Młoda. Ja siedziałem z tyłu wraz z Łapą, a przed nami siedzieli Garbus, Miczi oraz Marta. Pogoda nie była dzisiaj zła, więc można było się porozglądać, ale w sumie za szybami auta nie było nic nadzwyczajnego. Pola i lasy, które wyglądały zupełnie jakby nic się nie stało. Co prawda, co jakiś czas widać było pojedyncze zombie, które nie wiadomo jak znalazły się w tym miejscu. Raz wydawało mi się nawet, że widzieliśmy ocalałego, który uciekał przed większą grupką, ale było to tak daleko, że ciężko było stwierdzić.
                Przejeżdżaliśmy też przez opustoszałe wioski, które wyglądały całkiem dobrze, co oznaczało tylko jedno. Ktoś je oczyszczał dosyć regularnie, więc niedaleko musiał być obóz. Łapa szturchnęła mnie łokciem i spojrzała na Garbusa, który opowiadał coś Miczi i Marcie.
- Co o nim sądzisz? Nie pożałujemy tego? – zapytała mnie szeptem.
- Miejmy nadzieję. Najwyżej dojdzie do rzeźni i przynajmniej zginiemy inaczej niż od ugryzienia – powiedziałem.
- Ty i tak nie możesz zginąć od ugryzienia. A mi to wszystko jedno, kto mnie dorwie. Żywy czy martwy i tak mnie skurwiel popamięta – powiedziała.
- Właściwie, kto dowodzi tym obozem? – zapytała nagle Miczi.
- Mężczyzna o imieniu Ben. Bardzo  mądry i przyjazny człowiek. Ma dużą wiedzę o tym, co dzieje się na świecie – odpowiedział Garbus.
- Wiecie, co dzieje się w innych częściach świata? –zapytała.
- Tak. Ale to opowie już wam sam Ben. Podejdźcie do niego z szacunkiem, bo naprawdę na to zasługuje. W Inowrocławiu wszyscy go absolutnie szanują – powiedział takim tonem, że aż dreszcz przeszedł mnie po plecach.
                Zobaczyliśmy w końcu zabudowania większego miasta i to musiał być Inowrocław. Wjechaliśmy do miasta, mając na lewo od siebie duże, rozległe pola, a po prawej pierwsze zabudowania. Ruszyliśmy za Konradem labiryntem uliczek i pierwsze co rzuciło się nam w oczy to ogromny, czerwony kościół, ogrodzonym sporym, wyglądającym na solidny płot. To musiał być ich obóz. Nie wiedziałem co czuć, ale trzymałem rękę na pistolecie i liczyłem na szczęście i na to, że nikomu nic się nie stanie. Przynajmniej z naszej grupy.
Zajechaliśmy pod całkiem sporej wielkości bramę i czekaliśmy. Wiedziałem, że nie tylko ja czuje niepokój. W końcu dotarliśmy do obozu kompletnie nieznanych nam ludzi, a każdy  dobrze wiedział, że nie można ufać nikomu. Konrad wysiadł i zamachał do strażników, którzy wyszli przed bramę. Nie byli oni ubrani tak jak ci z Ostoi, ale nosili specjalne, odblaskowe opaski, oraz oczywiście bronie. Jeden z dwóch, którzy wyszli, spojrzał w naszą stronę ze zdziwieniem. Zastanawiałem się już od początku jak to możliwe, że takie miejsce szuka w taki sposób osób, ale podejrzewałem, że po prostu chcą jak najszybciej dogonić Ostoje i liczyć się w okolicy. Przez chwilę pomyślałem, że to miejsce może być kontrolowane przez ludzi z Torunia i to może być pułapka Dziary, ale nie byłem pewien i to byłoby bardzo dziwne.
                Po chwili bramy się otworzyły, a my zobaczyliśmy, to co ukrywały mury. Na placu wokół kościoła stało paręnaście wozów, w tym parę z nich było kempingowach, więc musiały służyć jako domy, dla wielu osób. Na tyłach z daleka widzieliśmy kolejne budyneczki, które musiały pełnić funkcje miejsca prac dla tych osób. Pomiędzy kościołem, a bramą krążyło paręnaście osób, które zajmowały się różnymi rzeczami – od siedzenia i rozmawiania, aż po sadzenia drzew. Gdy tylko przeszliśmy przez bramę ci patrzyli się na nas podejrzliwie. Niektórzy otwarcie trzymali broń i pilnowali porządku i widać było, że aż ich świerzbiło, żeby do nas w końcu wycelować.
- Witajcie w Inowrocławie! – powiedział teatralnie Garbus i machnął ręką obejmując okolicę – To jest właśnie nasz obóz, tutaj mamy kościół, który w połowie przerobiliśmy na bastion nie do zdobycia, a w połowie na sale, magazyny i tak dalej. Po bokach możecie zauważyć nasze pojazdy, oraz wozy kempingowe, w których śpią nowo przybyli ludzie, tacy jak wy. Jak już zdecydujecie się tu dołączyć, to z tyłu mamy paręnaście domków, gdzie mieszkają stali członkowie tej społeczności – gdy opowiadał dużo gestykulował i powoli prowadził nas w stronę kościoła – Na tyłach mamy również ogromny generator, który ostatnio niestety nieco szwankuje, ale już go naprawiają, oraz parę budynków urzędowych, takich jak biuro badawcze, oraz bar. Kawałek na wschód stąd, poza murami, jest laboratorium oraz korytarz krzyku.
- Korytarz krzyku? – zapytałem zaciekawiony.
- Tak. To niezwykłe miejsce dostarczające nam wielu informacji na temat zombie oraz całej zarazy. Pracę idą wolno, ale brakuje nam sprzętu oraz jeszcze bardziej wykwalifikowanych ludzi, bo chociaż mamy dwie tęgie głowy, to ciężko im przekazać wiedzę na bieżąco, chociaż są pojętni – wytłumaczył.
                Weszliśmy do kościoła. W środku rzeczywiście wyglądało zupełnie inaczej niż w normalnym kościele, a że cały budynek był całkiem spory, to potęgowało wrażenie. Normalna, wielka sala, była przedzielona różnymi prowizorycznymi ścianami i dzieliła się na pomieszczenia. Widać też było część obronną, która rzeczywiście robiła spore wrażenie. Wyglądała jak skarbiec, z ogromnymi drzwiami i ścianami wyłożonymi wzmocnieniem. Mogła się podobać. Konrad i Garbus poprowadzili nas do przodu i wyszła przed nami kobieta, która wygląda dosyć upiornie. Miała mocno zaznaczone kości policzkowe i rubinowo czerwone usta. Jej włosy były koloru przypominającego smołę i miała je spięte w kok. Już na pierwszy rzut oka wyglądała na kogoś surowego.
- Kto to jest? – zapytała bez przywitania.
- Doris, nie złość się. To nowi przybysze – wytłumaczył Garbus.
- Czemu wciąż mają bronie? – zapytała.
- Bo im ufam – powiedział garbaty mężczyzna. Jak mógł nam ufać jak nawet nas nie znał? Byłem pewien, że każdy z naszej doświadczonej grupy zadał sobie w tym momencie takie samo pytanie. Marta, która była zdecydowanie najmłodsza podeszła do mnie i przytuliła się. Widać było, że przerażało ją otoczenie. Ja sam czułem pewien dreszcz niepokoju.
                Kobieta, nazywana Doris, spojrzała na nas i zatrzymała na dłużej wzrok na mnie.
- A temu co się stało? Jest cały w bliznach – stwierdziła z niesmakiem.
- Dorota błagam cię. Po prostu powiedz gdzie jest Ben – poprosił Konrad.
- To ślady po ugryzieniach – wypaliłem i od razu tego pożałowałem.
Dorota zrobiła ogromne oczy, po czym cofnęła się o krok. Byliśmy teraz w centrum uwagi, bo większość tutejszych ludzi, którzy byli w kościele, przyglądała się sytuacji.
- O… oszaleliście? Wprowadziliście zarażonego do środka? – zapytała z niedowierzaniem.
I Konrad i Garbus zrobili miny jakby zobaczyli ducha i spojrzeli na mnie. Usłyszałem jak ktoś za moimi plecami odbezpiecza broń i sam natychmiastowo sięgnąłem po swoją. Łapa, Miczi i Krystek poszli w moje ślady. Sytuacja była mocno napięta, ale wtedy krzyknąłem:
- Spokojnie jestem całkowicie niewrażliwy na ugryzienia!
                Doris, o ile to było możliwe, jeszcze bardziej rozszerzyła oczy patrząc na mnie. Konrad pokazał ludziom za moim plecami, żeby opuścili broń, a nasza grupa również pochowała pistolety.
- Odpowiesz mi w końcu gdzie jest Ben? – zapytał ponownie Konrad.
- Jest w laboratorium… czy naprawdę jesteś odporny na… - zaczęła, ale Łapa jej przerwała. Widać, że od razu wykorzystała sytuacje, żeby ewentualną przeszkodę zrównać z ziemią.
- O tym porozmawiamy z waszym przywódcą, tyle dobrego o nim słyszeliśmy, że to musi być naprawdę potężny człowiek – powiedziała z niedużą ironią. Mógłbym przysiąc, ze oczy Doroty zapłonęły ogniem. Konrad i Garbus patrzyli na Łapę z podziwem. Dorota musiała być średnio lubianą osobą, ale my całe szczęście się z nią pożegnaliśmy i wyszliśmy na zewnątrz.
- Masz ogień dziewczyno – powiedział Konrad.
- Ona zawsze taka jest – wytłumaczyłem.
- Tacy ludzie się tu przydadzą – odpowiedział z uśmiechem.
- Szkoda, tylko, że wasi ludzie łypią na nas jakbyśmy uciekli z więzienia i mieli ich zaraz wymordować – odgryzła się Łapa.
- Po prostu są ostrożni, to chyba dosyć normalne? – włączył się Garbus.
- Mhm – odpowiedziała krótko Łapa.
                Z początku myślałem, że będziemy szli ponownie za mury, skoro laboratorium miało być ulicę dalej, ale tutaj mnie zaskoczyli, bo okazało się, że jest przejście podziemne prowadzące z jednego domów za kościołem, prosto do piwnicy owego budynku, gdzie był korytarz krzyku i Ben. Byłem bardzo ciekawy tego korytarza.
- Powinniśmy jeszcze coś wiedzieć o tym Benie, zanim go poznamy? – zapytała Miczi.
- Na pewno to, że jest osobą, która jest sprytna. Nie próbujcie go przechytrzyć bo mogę się założyć o wszystko, łącznie z moim życiem, że wam się nie uda. To jest piękny umysł – powiedział poetycko Garbus.
- No i wielki strateg. Widzieliście bunkier w kościele. Jestem pewien, że wasze obozy połączone z wszystkimi okolicznymi nie dałby rady tam wejść – przechwalał się Konrad.
- Dałabym radę – zapewniła Łapa.
- Wątpię – odpowiedział garbaty.
                Łapa już chciała coś powiedzieć, kiedy zobaczyliśmy drzwi prowadzące schodami do laboratorium. Słychać tutaj było dziwny, stłumiony hałas i nie do końca byłem pewien co on może oznaczać. Członkowie obozu nie zabrali nam jednak broni, więc byłem o tyle spokojniejszy. Weszliśmy po schodach w ósemkę i tutaj hałas był już większy. Marta rozglądała się niespokojnie, więc podszedłem bliżej niej. Cała reszta też nie wiedziała co o tym sądzić.
- Co to za hałas? – zapytała w końcu Miczi.
- Korytarz krzyku. Przygotujcie się, bo robi wrażenie – powiedział Garbus.
                Byliśmy teraz w niedużym korytarzu i przed nami były jedne, jedyne drzwi. Konrad podszedł do nich i pchnął je. Wtedy hałas się spotęgował, ale zobaczyliśmy coś naprawdę niezwykłego. Weszliśmy do środka i zaczęliśmy iść przed siebie. Towarzyszyło temu uderzanie o szyby i jęki. Znajdowaliśmy się w długim, dosyć wysokim pomieszczeniu, które z lewej i prawej strony było wypełnione czymś na styl akwarium. Zajmowały właściwie całe ściany i były podświetlone, ale to co znajdowało się w środku sprawiło, że dostałem dreszczy.
                Akwaria były wypełnione zombie w różnym stanie rozkładu. Uderzały one wściekle w szyby próbując je rozbić. Było tak głośno, że nie słyszałem swoich myśli. Szliśmy jednak do przodu, zdruzgotani tym co zobaczyliśmy. W końcu znaleźliśmy się przy drzwiach, które otworzył Garbus i nas wpuścił do środka. Weszliśmy i kiedy drzwi się zamknęły nastała cisza. To było tak gwałtowne, że zakręciło mi się w głowie.
- Co to kurwa mać było? – zapytała Łapa wyraźnie zszokowana.
- Korytarz krzyku. Oczywiście t utaj wszystko jest wyciszone, żeby naukowcy mieli jak pracować, ale to oprócz zabezpieczenia jest też świetnym miejscem do przetrzymywania zombie, które badamy. Nie musimy ich nawet karmić, bo z tego co zauważyliśmy… a z resztą o wszystkim dowiecie się od Bena. Powinien był w głównym laboratorium, tam zawsze przesiaduje – wytłumaczył Garbus.
                Chociaż pytań było jeszcze sporo ruszyliśmy w niezwykłej ciszy do przodu. Byliśmy teraz w korytarzu, który rozgałęział się w pięć stron, ale nasi przewodnicy dobrze wiedzieli gdzie pójść. Zapukali do drzwi na lewo, a ja wziąłem głęboki oddech przed spotkaniem z przywódcą tego obozu. Musiał być kimś naprawdę ciekawym, bo miejsca, które tutaj założył naprawdę robiły na mnie ogromne wrażenie.
                Drzwi otworzyły się i zobaczyliśmy średniej wielkości pomieszczenie, pełne stolików, dokumentów i otoczone krzesłami. Cztery z nich były zajęte przez mężczyzn, którzy widząc nas oderwali się od pracy. Konrad i Garbus zaczęli się witać i kiedy podeszliśmy do ostatniego mężczyzny zauważyłem coś, co mnie całkowicie zaskoczyło.
- Ben to jest grupa, na którą wpadliśmy niedaleko chatki na zachód stąd. Myślę, że to naprawdę ciekawi ludzie, którzy wzmocnią nasz obóz – powiedział Konrad i wskazał nas.
                Spojrzałem na Bena i przeżyłem, kolejny już dzisiaj, szok. Chociaż mężczyzna, który przed nami siedział nie wydawał się być specjalny, bo był nieco starszy ode mnie, czarne włosy mieszały się z siwymi, na poznaczonej pierwszymi głębszymi zmarszczkami twarzy, nosił okulary, a twarz miał tak gładką, ze nie znalazłoby się u niego nawet śladu włosa to zadziwiało mnie to na czym siedział.  Był to wózek inwalidzki.
- Witajcie, ja jestem Ben i witam was w moim obozie w Inowrocławiu. Wybaczcie, że nie wstanę, aby was przywitać, ale po prostu nie mam jak – powiedział i uśmiechnął się. W jego uśmiechu było coś przerażającego.

środa, 5 sierpnia 2015

Rozdział 7: Pochopne wnioski

Rozdział 7, kolejny z perspektywy Bobra. Skupiony głównie na relacjach Bobra zarówno z ludnością Ostoi jak i Drugiego Posterunku. Ważny jeżeli chodzi o samą postać Bobra. Po przeczytaniu proszę o komentarz i rozesłanie bloga znajomym.

Inne POV:
Rozdział 7 - Bobru - Dzień 4-5
Irek - w tym czasie Irek z grupą Łapy spotykali już tajemniczego mężczyznę w ich tymczasowej kryjówce
Olaf - w tym czasie Olaf i Feline odwiedzają Toruńską Ostoję i wracają do siebie

------------------------------------------------

Rozdział 7 (Bobru): Pochopne wnioski


                Droga na Drugi Posterunek była wyjątkowo nudna. O dziwo nie widzieliśmy nawet za dużo zombie.  Spędziliśmy parę godzin jazdy na rozmowach o sprawach mało ważnych. Dopiero pod samymi bramami Drugiego Posterunku Dymitr z zaciekawieniem zapytał o Spotkanie Ocalałych, które miało się odbyć.
- Co myślicie o tym wszystkim? – zapytał brodacz, zaciągając się skręconym, na szybko, papierosem.
- To jest bardzo dziwne. Wiem, że długo spałem, ale czy ktokolwiek słyszał o tym Inowrocławiu? – włączył się do rozmowy Pablord.
- Nie. Co prawda Dziara niedawno dostał raporty o ludziach osiedlających się niedaleko Inowrocławia, ale musi to być coś dużego i ambitnego, skoro ledwo o nich usłyszeliśmy, a już planują coś tak ważnego dla okolicy, a może i dla całego świata... – wytłumaczyłem.
- Tylko czy warto im zaufać? To jest bardzo dziwna sprawa. Czy to nie jest jakaś pułapka? – zapytał Dymitr.
- Musimy mieć nadzieję. W końcu Dziara już postanowił, Feline też o tym wie i też chce tam pojechać. Jeżeli taka dwójka się zgodziła to musi znaczyć, że albo są zdesperowani, albo pewni siebie – stwierdziłem.
                Cała sytuacja była o wiele bardziej podejrzana, niż to po sobie pokazywałem, ale nie chciałem dodatkowo martwić osoby, które mogły nie wytrzymać tej sytuacji tak dobrze jak ja. Dlatego liczyłem na to, że nie będę mówił im do końca wszystkiego i jakoś to będzie. Tajemniczy dowódca grupy z Inowrocławia wydaje się być bardzo pewien siebie i sprowadzenie dowództwa każdego okolicznego, liczącego się obozu było dziwnym posunięciem. Jeżeli chciał przejąć władzę dla siebie, a takich ludzi nie brakowało, to mógł spokojnie urządzić rzeźnie w Inowrocławiu.
                Dowódcy jednak mu zaufali. Przynajmniej póki co. O ile Dziara był znany z dosyć nieprzewidywalnych to o Feline można było powiedzieć wiele, ale na pewno nie to, że była łatwowierna, albo głupia. Strażnicy wpuścili nas, od razu gdy zauważyli mnie i Rudą. Drugi Posterunek był całkiem spory i od mojej ostatniej wizyty sporo się tu zmieniło. Pusta przestrzeń pomiędzy więzieniem, a hangarem była teraz pełna mini-szklarni, oraz powstał też nieduży kościół. Z pewnością był to skutek niedawnej wizyty Józefa, Medyka oraz Iki.
                Samochód zostawiliśmy tam gdzie ostatnio. Pablord został przy nim wraz z Dymitrem, a ja wraz z Rudą poszedłem w stronę więzienia, gdzie swoje biuro miał Kapitan. Kapitan był ciekawym człowiekiem i chociaż spotkałem go tylko raz to zdążyłem go już polubić. Wydawał się nie być zepsuty, a mimo to doskonale sobie radził w tych czasach. To było bardzo dziwne połączenie. Zaszliśmy jednak do jego biura, a ten przywitał nas serdecznie. Uściskał córkę i pocałował ją w policzek, a mi podał rękę.
- Witajcie. Cieszę się, że widzę was w dobrym zdrowiu – zaczął i pokazał nam krzesła, na znak, że możemy usiąść -  Co was tu sprowadza? – zapytał.
- Chcieliśmy ci przekazać wiadomość z Ostoi – zacząłem.
- Dziara tak? Słyszałem, że Karzeł nie żyje i jak mam rozumieć teraz on tam rządzi? – zapytał.
- Tak. Pełni władze absolutną, ale zmienił się. Jest lepszym człowiekiem – stwierdziłem szczerze.
- Nie uwierzę, póki sam nie zobaczę, ale podejrzewam, że nie o tym chcieliście rozmawiać –powiedział. Widać było, że nie lubił rozmawiać o byłe czym i przechodził prosto do konkretów.
- Mamy dla ciebie informacje o Spotkaniu Ocalałych organizowanym w Inowrocławiu za cztery dni. Zostałeś zaproszony razem z Dziarą oraz Feline z obozu w Płońsku. Powiem od siebie, że dobrze by było, żebyś przyszedł, bo spotkanie na pewno będzie ważne, a twój obóz liczy się w okolicy – powiedziałem, drapiąc się po brodzie.
                Na twarzy Kapitana zagościło coś ciężkiego do opisania. Zupełnie jakby nie wiedział jak zareagować na tę informację.
- Co to znaczy Spotkanie Ocalałych? Ktoś sprawdzał czy to nie pułapka? Wierzycie absolutnie osobie, która to organizuje? Skąd wiadomo czy to nie Złomiarze, lub inna okoliczna grupa? – zadał parę pytań naraz.
- Musimy pojechać tam razem i to sprawdzić. Człowiek, który to organizuje, podobno ma wiele ciekawych informacji ze świata i pomysłów na to jak wspólnie założyć wspólnotę ocalałych, która nie upadnie. To całkiem ciekawa perspektywa, nie uważasz? – zapytałem.
- Ta, ale to nie zmienia faktu, że to bardzo podejrzane. Ja osobiście nie wysyłam ludzi w tamte tereny, ale nie słyszałem jeszcze o obozie w Inowrocławie, a brzmi to jakby co najmniej istniał tyle co Ostoja, a był jeszcze od niej ważniejszy. Nie wydaje ci się, że pojawił się zbyt szybko i działa zbyt podejrzanie? Jeżeli to zasadzka, to praktycznie cała okolica, ba, cała Polska będzie przejęta. Bo nie słyszy się dużo o obozach ocalałych. Jestem pewien, że oprócz Ostoi jest może jeden tak duży obóz, a może nawet takiego czegoś nie ma – powiedział z złością w głosie Kapitan.
- Raporty Czerwonych Flar mówią o Inowrocławiu, rzeczywiście widać tam było jakąś aktywność, ale nie sprawdzaliśmy tego dokładnie. Teraz będziemy mieli okazje. Myślę, że naprawdę warto zaryzykować – powiedziałem.
- Pewnie tak też zrobię, ale wciąż uważam, że to niebezpieczne. Dziara i Feline na pewno tam pojadą? We trójkę będziemy mieli już coś, ale nie wiem czy to będzie wystarczająco. Naprawdę chcemy uwierzyć grupie ludzi, której kompletnie nie znamy? Jakbym miał jechać sam to bym się nie zgodził, ale w takim wypadku dołączę do was na miejscu – powiedział.
- Cieszy mnie to, musimy pokazać, że okoliczne obozy potrafią współpracować. Dzięki temu przetrwamy – odpowiedziałem.
- Natalio – zwrócił się do córki – opowiedz lepiej szczerze, jak podoba ci się w Ostoi? Czy to miejsce odpowiednie dla ciebie? – zapytał.
- Jest dobrze tato. Wszystko pod kontrolą – powiedziała z uśmiechem, bawiąc się swoimi rudymi włosami.
- To dobrze. Pamiętaj, że tutaj zawsze znajdzie się dla ciebie miejsce i możesz wrócić w każdej chwili. Ale wierzę, że ludzie Bobra i Dziary otaczają cię dobrą opieką – to mówią po raz pierwszy od naszego wejście, uśmiechnął się.
- Oczywiście, że tak – odpowiedziałem.
                Kapitan zastukał palcami o blat swojego biurka, po czym odwrócił się na swoim krześle i wstał patrząc za okno.
- Buduje tutaj całkiem ciekawe miejsce i mam nadzieję, że te plany związane z Inowrocławiem mi tego nie zniszczą – powiedział, jakby sam do siebie – Natalio, mogę cię prosić żebyś poczekała na swojego towarzysza przed drzwiami? Mam do niego parę… prywatnych spraw – poprosił córkę, nie odwracając się nawet w jej stronę, tylko wciąż wpatrując się w tereny Drugiego Posterunku.
                Natalia bez słowa opuściła pokój i zamknęła za sobą drzwi. Nie byłem pewny tego, co będzie ode mnie chciał Kapitan, ale miałem nadzieję, że nie planuje czegoś dziwnego.
- Chciałbyś mi teraz coś więcej powiedzieć o Dziarze? – zapytał nagle.
- Nie mam tajemnic przed Natalią. Powiedziałem tak, jak jest. Dziara zachowuje się teraz w porządku – ugryzłem się w język zanim dodałem, że „i tak jednak chcę opuścić to miejsce jak najszybciej”, bo wiedziałem, że wiadomość o wyjeździe jego córki może przyjąć różnie.
- Sporo musiało się zmienić od śmierci Karła. Czy on…? – zaczął.
- Karła zabił przywódca Gangu, który jakimś cudem dostał się do Ostoi podając się za księdza. Była egzekucja jednego przestępcy, kanibala. Okazało się, że pod workiem, którym przykryto jego głowę był trup. Żywy trup. Ugryzł Wojtka, a ja wtedy zabiłem tego fałszywego księdza. Od tamtego czasu Dziara rządzi, ale Ostoja przeżywa czasy świetności. Jest na pewno lepiej od tego co było, kiedy pojawiłem się tam po raz pierwszy – wyznałem.
- To dobrze. To miejsce ma potencjał, tak samo jak mój Posterunek. Po prostu musi być rządzone przez kogoś, kto się do tego nadaje – powiedział.
- To się zgadza. A jak na Drugim Posterunku? – zapytałem.
- Całkiem dobrze. Dzięki twoim ludziom powstało tutaj sporo dobrego. Całe szczęście. To miejsce będzie dobrym obozem. Ostatnio pojawiają się tu nawet nowi ludzie. Nie odsyłam ich do Ostoi, bo po prostu uważam, że przyda mi się nieco rąk do pracy, a podejrzewam, że u was i tak jest dobrze – wyznał – Poza tym udało nam się naprawić helikopter. Od teraz będziemy mieli coś, co pozwoli nam badać okolicę i znajdować nowe ciekawe miejsca, bez narażania się na ataki zombie lub ocalałych. Czyż to nie świetne?
- Świetne. Gratuluje. Tak czy siak będę powoli leciał. Przygotowania do Spotkania w Inowrocławiu trwają i Dziara potrzebuje mojej pomocy. Ale tak ostatecznie mogę liczyć, że spotkamy się na miejscu? – zapytałem.
- Tak… tak oczywiście. Do widzenia Bobru – powiedział i uścisnął mi dłoń.
                Opuściłem jego gabinet, gdzie czekała na mnie już Ruda i ruszyliśmy wspólnie do auta na dół. Z racji iż robiło się już ciemno wiedzieliśmy, że będziemy musieli znaleźć po drodze miejsce do spania, ale planowaliśmy zatrzymać się tam, gdzie ostatnio zatrzymałem się z Natalią. Chatka była na uboczu i raczej mieliśmy tam spore szanse na przetrwanie nocy bez żadnych niespodzianek. Jechaliśmy ostrożnie, pamiętałem jak dzisiaj, jak uderzyłem w grupę zombie, kiedy Natalia mnie wychwalała. To była szalona podróż.
                Gdy byliśmy w okolicy Bydgoszczy skręciliśmy ponownie na polne dróżki i zaczęliśmy jechać powoli w stronę schowanej w lesie chaty. Natalia zasnęła oparta na ramieniu Dymitra, a ten patrzył na nią z wyraźnym zadowoleniem. Uśmiechnąłem się widząc to. Teraz Pablord kierował autem, ale pomimo niedawnej choroby trzymał się teraz naprawdę nieźle. Cieszyłem się, że póki co nie naraziłem go tym wyjazdem i miałem nadzieję, że tak pozostanie do jutra, jak dojedziemy do Ostoi.
                Jadąc tak przed siebie zastanawiałem się co robi grupa, która mnie opuściła. Łapa, Krystek, Magda, Miczi oraz parę innych osób. Czy jeszcze żyli? Może założyli gdzieś obóz? Co prawda nie zamierzałem ich szukać, ale na pewno po tym jak wyjdziemy z Ostoi planowałem przejechać się po okolicy, tak na wszelki wypadek. Nie miałem za złe nikomu. Wiedziałem, że Dziara nie traktował paru osób zbyt dobrze, a chodziły nawet pogłoski, w które osobiście nie wierzyłem, że Dziara więził siostrę Łapy. Wiedziałem, że współpracował z Gangiem, ale nigdy nie umiałem tego połączyć z faktem, że mógł więzić Młodą. Jeżeli tak było to wolałem o tym nie myśleć, bo naprawdę ciężko mi było powiedzieć jak na to zareaguje. Byłem myślącym i dojrzałym człowiekiem, ale dobrze wiedziałem, że czasami zdarzały mi się chwile, gdy zamieniałem się w impulsywnego gnojka. Nie mogłem do tego dopuszczać, ale życie doświadczyło mnie i czasami po prostu miałem dość.
                Zajechaliśmy przed niedużą drewnianą chatkę i od razu zauważyliśmy, że nic się tu nie zmieniło. Nie było ani zombie, ani ludzi. Miejsce całkowicie bezpieczne na jedną noc. Obudziliśmy Rudą i zaczęliśmy wynosić koce i jedzenie na noc. Poza tym wzięliśmy lampę oraz broń i zaparkowaliśmy auto do garażu. Po upewnieniu się, że nikt się tu nie włamie i nas nie okradnie weszliśmy do środka. Dzień był męczący, więc pogadaliśmy jeszcze chwilę i przygotowaliśmy kolację, po czym ułożyliśmy się niedaleko siebie, wcześniej sprawdzając dom i ryglując wszystkie drzwi i okna.
                Przed snem porozmawialiśmy jeszcze trochę i zapaliliśmy. Nie byłem palaczem, tak samo Pablord, ale skusiliśmy się wyjątkowo, aby dopasować się do palącej Rudej i Dymitra i nieco wyluzować. Potrzebowaliśmy tego.
- Wiecie co? – zapytał nagle Dymitr.
- Hmm?
- Cieszę się, że wtedy wpadłem na Zbłąkanego Ocalałego. Gdyby nie to nigdy bym na was nie trafił i prawdopodobnie byłbym już trupem. A co gorsza nie poznałbym tak zajebistych osób jak wy! –wyznał.
- Miejmy nadzieje, że nic się nikomu nie stanie i razem przetrwamy te gówno – dodała Ruda.
                Nie miałem złudzeń, że apokalipsa się nigdy nie skończy. Nie miałem co prawda pojęcia co się dzieje w innych stronach świata, ale podejrzewałem, że jest tak samo jak nie gorzej. Jeżeli jakiś lek miałby powstać to już by się to stało. Pogodziłem się z naszym losem i miałem tylko nadzieję, że przeżyje ze swoimi ludźmi jak najdłużej. Tylko na tym mi zależało. Pogadaliśmy jeszcze chwilę i poszliśmy w końcu spać. Śniły mi się dziwne rzeczy i gdy się obudziłem przez chwilę nie wiedziałem co się dzieje. Uspokoiłem się w końcu i wziąłem parę głębokich wdechów. Czy wszystkie ofiary, które zabiłem w końcu zaczęły mi się rzucać na psychikę? Mogło to się wydać śmieszne, ale miałem na koncie tyle ofiar, że w normalnych czasach zostałbym skazany na dożywocie bez kiwnięcia palcem. Ale teraz nie mieliśmy normalnych czasów, a ja nie byłem już normalnym człowiekiem.
                Wstałem i wyjrzałem ostrożnie za okno. Pogoda była całkiem znośna, widać było parę chmurek, ale też świeciło słońce. Pobudziłem resztę, która z pewnym problemami wstała i zaczęliśmy powoli przygotowywać się do wyjazdu. Spędziliśmy jeszcze całą godzinę w chatce, jedząc śniadanie i rozmawiając, aż w końcu spakowaliśmy swoje rzeczy do auta. Miałem dziwne wrażenie, podobnie jak ostatnim razem, że coś tu jest nie tak, ale ostatecznie sam nie wiedziałem, o co mi chodzi.
                Wyjechaliśmy. Tym razem kierował Dymitr, Pablord siedział przy nim, a ja i Ruda byliśmy z tyłu. Czekało nas teraz jeszcze trochę jazdy, więc z racji, iż dzisiaj wcześniej się obudziłem to przymknąłem oczy i wsłuchując się w rytm pracy silnika, oprałem się głową o siedzenie i starałem się przysnąć. Wyprawy, które fundował mi Dziara, zarówno podczas bycia Czerwoną Flarą, jak i bycia zwykłym członkiem Ostoi był pełne emocji. Szkoda, że czasami niosły za sobą takie straty.  Dalej pamiętałem wyprawę na Trzeci Posterunek, która skończyła się tym, że Wiktoria miała kontuzję kostki, Pablord zapadł w śpiączką, a Jonasz zaginął.
                Po godzinie z kawałkiem zauważyliśmy oddalone zarysy Torunia. Odetchnąłem z ulgą, mając szczerą nadzieję, że już nic więcej nie może się stać na tym odcinku. Miałem rację. Dojechaliśmy pod bramy Torunia bez większego problemu. Strażnicy wpuścili nas, a my wjechaliśmy i zostawiliśmy auto przy bramie, żeby strażnicy się nim zajęli.
                Podziękowałem moim kompanom i ruszyłem powoli w stronę Kwatery Głównej żeby złożyć raport Dziarze. Ludzie zachowywali się dziwnie. Mijając mnie parę osób obejrzało się podejrzliwie jakby widziało mnie po raz pierwszy na oczy. Skinąłem z daleka głową, gdy zobaczyłem Zero i Michaela spacerujących po drugiej stronie ulicy. Lubiłem Ostoje za to, że tętniła życiem, ale dzisiaj było tutaj po prostu dziwnie. Coś musiało się stać pod moją nieobecność, nie było to duże, bo ludzie zachowywali by się zdecydowanie inaczej, ale jednak coś się musiało stać.
                Niedaleko mieszkań na Placu Głównym spotkałem Erniego. Dało się go teraz szybko poznać po zaroście i bliźnie, którą kiedyś zdobył niedaleko obozu Feline, ciągnącą się od oka do kącika ust. Spacerował po ulicy niosąc w rękach nieduże zawiniątko.
- O siemasz stary! – powiedział zauważając mnie.
- Hejka – uścisnąłem mu dłoń – co tam? Gdzie lecisz?
- Muszę zanieść to Dziarze, to jakieś jego lekarstwa. Medyk mu przepisał na bezsenność, bo ostatnio ma z tym problemy – wytłumaczył – A ty co porabiasz?
- Też idę do Dziary. Wróciliśmy właśnie z Drugiego Posterunku i muszę mu powiedzieć czego się dowiedziałem – powiedziałem.
- Rozumiem, sprawy Czerwonych Flar… Chodźmy więc razem – powiedział.
                Ruszyliśmy razem ciaśniejszymi uliczkami prowadzącymi do Kwatery Głównej. Nie rozmawialiśmy zbyt dużo. Chociaż mogło się wydawać, że jest między nami w porządku to istniała pewna rysa na naszej aktualnej relacji. Erni wybrał pozostanie w Ostoi, kiedy to ja i reszta planowaliśmy stąd odjechać. Nie mogłem mu nakazać jechać z nami, ale bolało mnie to, że nie chce przetrwać tego całego syfu razem ze mną. Może jak kiedyś będę miał własny obóz to tam przyjedzie, ale do tego brakowało jeszcze naprawdę sporo czasu.
                Dotarliśmy przed Kwaterę Główną i zauważyłem coś naprawdę dziwnego. Przed wejściem stał Dziara, a przed nim około piętnaście osób, które z nim prowadziły dyskusje w dosyć ożywionym wydaniu. Erni się zatrzymał, ale ja podszedłem bliżej bo dostrzegłem, obserwującą całe wydarzenie Ewelinę. Dziewczyna przywitała mnie skinieniem głowy.
- Co tu się dzieje? – zapytałem.
- Jacyś cholerni buntownicy, ale sama dokładnie nie wiem – stwierdziła. Erni dołączył do nas, a ja podszedłem bliżej.
- Chcemy, żebyś przestał w końcu ukrywać wszystkiego, co się da – stwierdził jeden z mężczyzn należących do grupy.
- Mieszkamy tu i mamy prawo wiedzieć co się dzieje! – zawtórowała mu kobieta obok.
- Spokojnie ludzie, wierzcie mi, że nic ciekawego się nie dzieje, a jak będzie się działo to was o tym powiadomimy – wytłumaczył donośnym głosem Dziara. Teraz zauważyłem, że po drugiej stronie grupy stał Szeryf z paroma strażnikami, widocznie gotowi do rozpędzenia buntowników.
                Postanowiłem zainterweniować.
- Co tu się dzieje? – zapytałem.
Decyzja ta była fatalna.
- To ten zdrajca, który pozwolił zginąć poprzedniemu dowódcy i zabił księdza! – krzyknęła jedna z kobiet.
- Dajcie spokój ludzie, Bobru uratował to miejsce i bez niego prawdopodobnie dzisiaj stałby tu tylko ruiny! – krzyknął Dziara.
- Taka banda niewdzięczników nie zasługuje na nic – skwitowałem. Nie spodobało się to tym ludziom, ale jedyne co mogłem im dać to pogarda. Jak można być tak niewdzięcznym po tym co moi ludzie przeżyli aby chronić to miejsce. Jeden z mężczyzn, starszy ode mnie i nieco większy, podszedł i popchnął mnie. Już chciałem go uderzyć, kiedy zobaczyłem trójkę ludzi wchodzących przede mnie. Szybko zdałem sobie sprawę, że to Filip z Czerwonych Flar, Łowca oraz Rekin. Trójka rosłych facetów wyrosła przede mną niczym mur i odepchnęła mężczyznę, tak, że ten poleciał w grupę buntowników i pierwsze trzy osoby wywróciły się jak kręgle.
                Filip wyszedł na przód i już chciał coś powiedzieć, kiedy zauważyłem błyski w rękach buntowników. To były ostrza noży. Filip nie zdążył zareagować, kiedy cztery osoby rzuciły się na niego i zaczęły dziurawić go nożami, jakby był kawałkiem mięsa. Wtedy wybuchła panika. Szeryf krzyczał coś, Dziara starał się odgonić tłum, a Rekin i Łowca wycofali się kawałek wyciągając nóż i łom.
- Zabijcie tych zdrajców! – krzyknął ktoś z tłumu, a cała grupa piętnastu osób ruszyła w moją stronę. Dziarę szybko otoczyli strażnicy na czele z Szeryfem, więc buntownicy wybrali łatwiejszy cel, na drodze, którego stali jedyni Rekin i Łowca. Wyciągnąłem pistolet, ale pierwszy napastnik naskoczył na mnie z takim impetem, że momentalnie upuściłem broń. Moi obrońcy zostali obskoczeni wściekłą grupą w chwilę, a mój napastnik cudem nie trafił we mnie ostrzem, gdy przeturlałem się na bok. Kolejny jednak zwalił się na mnie od tyłu. Przerzuciłem go szybko nogami i starałem się wyjąć swój nóż, ale nie zdążyłem, bo poczułem ostry ból przeszywający moje ramię. Złapałem się w to miejsce i poczułem ciepłą krew.
                Wstałem szybko i zobaczyłem akurat jak Łowca rozbija głowę jednego z ludzi potężnym zamachem z łomu, a Rekin przygniata szarża jedną z kobiet do ścian, aż ta rzygnęła krwią. Widziałem również, jak jeden z napastników szarżuje w moją stronę i wtedy coś przemknęło mi przed oczami, niczym błyskawica i następne co widziałem to pies rozszarpujący gardło mężczyzny, który mnie zranił. To był Krew. Pies starszej pani, którą poznałem jakiś czas temu. Kość, która skoczyła za mną, zajęła się drugim napastnikiem. Odsunąłem się w kierunku ściany i poczułem, że ktoś mnie łapie. Tym razem był to jednak Erni. Widziałem w jego oczach przerażenie.
- Nic ci nie jest? – zapytał.
                Przez chwilę nie odpowiadałem, bo obserwowałem jak strażnicy używając kijów katują jedną z ostatnich żywych buntowniczek, a po chwili Szeryf strzela do drugiej. Łowca oddychał ciężko i trzymał się za nogę. Krew dalej ciekłą z mojego ramienia, ale dalej nie do końca rozumiałem co się stało. Po tych wszystkich akcjach prawie zginąłem na ulicach obozu, za który nieraz prawie oddałem życie. Osunąłem się o ścianę i usiadłem. Byłem naprawdę zły. Odwróciłem się do Erniego i kiwnąłem głową. Nagle podszedł do nas Dziara.
- O co chodziło? – zapytałem.
- Była tu wczoraj Feline i ktoś ją zauważył. Ludzie myślą, że coś knuje. Chodź do środka, musimy cię opatrzeć i postawić na nogi…

                Razem z Ernim, Łowcą, Rekinem, Szeryfem i Dziarą weszliśmy do Kwatery Głównej mijając zwłoki Filipa. Zginął z rąk ludzi, w imię których ruszał na wyprawy i ryzykował życie. Pogląd na pewne sprawy zmienił się u mnie diametralnie. Wzdychając głęboko, usiadłem na jednym z krzeseł i zatopiłem się w myślach.