czwartek, 5 marca 2015

Rozdział 22: Pozostałości

Rozdział 22, ostatni w pełni poświęcony Bobrowi w tym tomie (25 jak w poprzednim tomie będzie zlepkiem trzech perspektyw). Po akcji Łapy, Magdy i Miczi i ich ucieczce Bobru zostaje z paroma problemami do załatwienia i dosyć ciężką sytuacją panującą w Ostoi. Czy Dziara przeżył atak Łapy? Jak zareagują ludzie Daliona na wiadomość o śmierci ich przywódców? Wszystko w tym niedługim rozdziale :) Zapraszam do czytania i standardowo proszę o komentarz i rozesłanie bloga znajomym.

----------------------------------------------

Rozdział 22 (Bobru): Pozostałości

               
                A więc na tym polegał cały tajemniczy plan Łapy oraz, jak się okazało, Miczi i Magdy. Nie byłem na nie zły, bo sam miałem absolutnie dość tego wykańczającego zarówno psychicznie jak i fizycznie piekła, jakim był Toruń. Ale mimo tego bolało mnie, że wszystko, na co tak ciężko pracowałem, rozpadało się z dnia na dzień. Toruń miał być bezpiecznym miejscem. Miał chronić przed rzeczami z zewnątrz i w tym akurat sprawdzał się całkiem dobrze. Niestety większym problemem byli ludzie i to ci z samego Torunia. Działania Dziary zbierały swoje żniwa i musiałem z nim o tym koniecznie porozmawiać, ale teraz miałem większy problem.
                Stałem wraz z Ernim w pokoju, gdzie przed chwilą miała miejsce rzeź. W kącie dalej leżał strażnik Daliona, któremu któraś z dziewczyn skręciła kark. Obok w kałuży krwi leżał Karzeł, który był na chwilę obecną nieprzytomny, ale byłem pewien, że jak się obudzi będzie jeszcze gorzej, bo będziemy musieli mu wytłumaczyć, że Magda i Miczi uciekly. Po drugiej stronie sali wisiał trup Daliona, pozbawiony ręki, członka oraz sutka, a pod nim ogromne cielsko Smroda. Jak mogliśmy teraz wytłumaczyć to ludziom, którzy czekali na swoich przywódców. Co gorsza paru z nich dalej było w szpitalu, po prostu zostali w poczekalnie, gdzie odsypiali ciężką noc.
                Jedynym racjonalnym wyjściem było zabicie ich. Byli tak ślepo posłuszni Dalionowi, że na pewno nie dało się ich po prostu przeprosić, za zabicie ich dowódcy. Wyobrażałem sobie reakcje Giganta, Łapy lub Erniego, którzy usłyszeliby podobną rzecz. Kolejne ofiary były jednak tak straszną perspektywą, że aż zrobiło mi się słabo. Musieliśmy z nimi porozmawiać, a przynajmniej spróbować. Potrzebowałem teraz Dziary.
- Stary zostań z nim i jak się obudzi spróbuj mu jakoś wytłumaczyć to, co się stało, ok? – poprosiłem Erniego.
- Jasne… postaram się. Dobrze być znowu tutaj… - odpowiedział.
                Przeszedłem przez otwór, w którym parę minut temu były drzwi i powoli ruszyłem w stronę wyjścia ze szpitala. Starałem się ominąć poczekalnie, dlatego poszedłem kompletnie inną stroną budynku i już po chwili byłem na zewnątrz. Był środek nocy, po Miczi i Magdzie nie widać było śladu i nie dziwiłem się. Gdyby zostały po tym co zrobiły tutaj, to na pewno nie wyszłoby im to na dobre. Ruszyłem szybkim krokiem w stronę Kwatery Głównej.
                Dziwiło mnie, że Dziara kompletnie nie zainteresował się wymianą, ale ciągle zapominałem, że nie on tu rządzi, a przynajmniej nie na razie. Miasteczko już nie spało. Było jeszcze ciemno i zimno, ale mimo tego ludzie chodzili po ulicach w świetle latarni, jakby bali się, że gdy zasną stanie się coś złego. Ostoja znowu stawała się bezpiecznym miejscem, północna barykada spełniała swoją funkcję i była już tylko ulepszana, a strażnicy coraz liczniej patrolowali barykady i ulice.
                Wszedłem w charakterystyczną, ciemną uliczkę, która prowadziła prosto do Kwatery Głównej oraz północnej barykady. Na tym zakręcie, na którym spotykały się trzy uliczki, straciłem już dwie, cenne dla mnie osoby – Sołtysa i Natalię. Zawsze gdy tędy przechodziłem czułem się nieco nieswojo. Uczucie to potęgował fakt, że teraz byłem tu praktycznie całkowicie sam. Przyjechały tutaj trzy duże ekipy, a teraz zostały zaledwie niedobitki. Splunąłem na lewo od siebie i wziąłem głęboki oddech. Czemu to wszystko musiało być takie skomplikowane?
                Doszedłem do Kwatery Głównej i ostrożnie otworzyłem drzwi. Nie wiedziałem czy Dziara spał czy siedział, a nie chciałem go budzić. Gdy jednak zauważyłem światło w salonie to krzyknąłem:
- Dziara? Mogę wejść?
Odpowiedziała mi głucha cisza, więc nie wiedziałem do końca co mam zrobić. W końcu postanowiłem zamknąć za sobą drzwi i wejść. Kiedy spojrzałem na stół, przy którym zazwyczaj siedział Dziara to zobaczyłem coś strasznego. Mój przyjaciel, bo mimo wszystkiego co się stało, to nadal go tak mogłem nazwać, siedział związany, a z jego ust spływała strużka zaschniętej krwi. Miał on zamknięte oczy.
                Z początku się przestraszyłem, że on nie żyje, ale gdy podbiegłem i przyłożyłem dłoń do jego ust to zobaczyłem, że oddycha. Przyglądając się mu bliżej dostrzegłem coś w jego ustach i po chwili z obrzydzeniem wyjąłem z nich dwa kciuki. Obiegłem go i szybko zidentyfikowałem, że to były jego palce. Wtedy zdałem sobie sprawę, że ktoś tu może być ze mną, więc wyciągnąłem pistolet i rozejrzałem się po pokoju. Szybko sprawdziłem parter, ale nie znalazłem nikogo.
                Rozwiązałem go przy użyciu noża i delikatnie położyłem na ziemi. Następnie wybiegłem przed budynek szukając kogokolwiek z strażników, ale nikogo nie zauważyłem. Pobiegłem szybko zastanawiając się, co właściwie się tu stało. Czy to sprawka Miczi i Magdy? A może brała w tym udział Łapa? Była też możliwość, że Dziarę dorwał ktoś inny, nie mogłem być aż tak podejrzliwy. Wbiegłem na kolejną uliczkę i tam zauważyłem patrol strażników, wolno spacerujący po ulicy. Gdy mnie zobaczyli zatrzymali się na chwilę, a ja podbiegłem do nich.
- Chodźcie, wasz szef jest ranny, musicie mi pomóc – krzyknąłem łapiąc powietrze. Ruszyli za mną i po chwili wszyscy staliśmy przy Dziarze.  Strażnicy zrobili prowizoryczne nosze i wzięli Dziarę do lecznicy, a w tym czasie na miejscu przestępstwa pojawił się Szeryf. Wszyscy, na czele ze mną, byli zdziwieni tym co się tu stało. Sama nieobecność Dziary podczas wymiany była dziwna, ale widocznie nie była spowodowana zwykłym brakiem zainteresowania, a związaniem.
                Szeryf wyglądał wyjątkowo staro gdy sprawdzał biurko Dziary przyglądając się szklance z alkoholem, która leżała przewrócona. Ostatnio miał sporo pracy, szczególnie wiele od naszego przyjazdu do Torunia, gdzie zaczęło się od morderstwa Natalii, uwolnienia Jakuba, zniszczenie barykady, a teraz musiał główkować z zamachem na Dziarę oraz masakrą w szpitalu. Gdy obejrzał miejsce zbrodni podszedł do mnie.
- Znalazłeś go związanego z kciukami włożonymi do ust? – zapytał.
- Tak… chciałem z nim porozmawiać o tym co się stało w szpitalu i gdy wszedłem to był związany… - wytłumaczyłem.
- Będę musiał cię dodatkowo przesłuchać… - zaczął Szeryf.
- Mnie? Naprawdę mnie podejrzewasz? Zobacz w jakim on był stanie jak go znalazłem. Ernest i Wojciech potwierdzą, że pół godziny temu byłem jeszcze w szpitalu – odpowiedziałem zdenerwowany.
- Jak nie ty, to musiała to być ta twoja dziewczyna. Przydzieliłem jej strażnika, bo była pierwszą podejrzaną w sprawie o morderstwo Natalii i znalazłem jego ciało w jej mieszkaniu, a właściwie pod drzwiami do jej mieszkania – odpowiedział.
                To była kolejna nieciekawa informacja. Zawsze krążyły plotki, że to Łapa mogła stać za zabójstwem Natalii, ale ja wciąż w to nie wierzyłem. Nie wiem czy bałem się prawdy, czy jej po prostu nie chciałem poznać, ale wciąż trwałem w przekonaniu, że Łapa nie miała z tym nic wspólnego. Ta ucieczka jednak była dziwna. Rozumiałem, że sytuacja w Ostoi potrafiła wykończyć psychicznie, ale wciąż było to bardzo podejrzane. Szeryf, chociaż był ciężkim do polubienia człowiekiem, znał się na ludziach . Zazwyczaj jego podejrzenia były trafne i mogło się okazać, że tak naprawdę Magda i Łapa sporo namieszały w tym miejscu.
- Wiesz gdzie ją mogę znaleźć Bobru? – zapytał, widząc, że zamyśliłem się.
- Obawiam się, że uciekła z Ostoi.
- To chyba oczywisty dowód, nie uważasz? – zapytał Szeryf, po czym odszedł na bok pozostawiając mnie swoim myślom.
                Dziara został przetransportowany do szpitala i póki co był nieprzytomny, więc nie mogłem z nim porozmawiać, ale wciąż pozostawała jedną rzecz, którą musiałem zrobić jeszcze przed położeniem się spać. Rozwiązanie problemu z ludźmi Daliona, którzy prawdopodobnie wciąż nie wiedzieli o tym, że obaj ich dowódcy już nie żyli. Westchnąłem cicho i opuściłem Kwaterę Główną zastanawiając się, kto powinien ze mną pójść z nimi porozmawiać. W głębi myśli, czułem, że osoby, które ze mną tam pójdą , będą narażone bo zapewne rozmowa skończy się kolejnym rozlewem krwi. Była jeszcze opcja, żeby po prostu ich olać, ale ten problem i tak zapewne wróci, więc tym razem zdecydowałem się na ucięcie go przy samym korzeniu.
                Najpierw ruszyłem do szpitala, gdzie teraz chodziło sporo strażników. Pokój gdzie leżał Dalion został wysprzątany i wyglądało jakby właściwie nic tu się nie stało i na pewno gdybym nie widział tego na własne oczy to w życiu bym w to nie uwierzył.  Ciała również zostały gdzieś przetransportowane. Erniego znalazłem w poczekalni, gdzie było również związanych dwóch ludzi Daliona. Dwóch strażników siedziało obok i piło herbatę, a Erni, wyraźnie przybity, obserwował zakładników. Podszedłem do niego i przywitałem się.
- Dziara został zaatakowany… - powiedział nieprzytomnie Erni.
- Dobrze, że poszedłem do niego dzisiaj… - odpowiedziałem.
- Może dobrze, może źle – odpowiedział złowrogo.
- Co z nimi? – zapytałem zmieniając temat.
- To dwa typowe popychadła, raczej nie dadzą nam szans na normalną wymianę – powiedział Erni.
- Będę cię potrzebował. Wiem, że jesteś zmęczony, ale wymiana musi dojść do skutku, a nie będziemy ryzykować życiem Karła, kiedy jeden z naszych dowódców leży w szpitalu.
- No nie wiem stary… ledwo trzymam się na nogach, ten wyjazd mnie wykończył – przyznał Erni. Wyglądał rzeczywiście bardzo kiepsko.
- Weźmiemy ze sobą parę osób i nam się uda. Potrzebuję cię.
                Kiciuś jeszcze chwilę milczał po czym kiwnął głową i wstał.
- Kto jeszcze z nami pójdzie? – zapytał.
- Potrzebujemy kogoś, kto zdecydowanie powinien być u naszego boku jak za starych, dawnych czasów – powiedziałem tajemniczo, po czym ruszyłem z towarzyszem w stronę wyjścia ze szpitala. Nie odeszliśmy daleko. Naszym celem był budynek więzienia.
- Gigant? – zapytał z niedowierzaniem Erni.
- I ten pół-rusek Dymitr. Dziara póki co nie sprzeciwi się, a wręcz się ucieszy i tak miał ich na dniach uwolnić. Z ich pomocą powinno być nieco łatwiej.
- Ale weźmiemy z nami jeszcze paru strażników, tak? – zapytał.
- Jasne, że tak – odpowiedziałem.
                Podeszliśmy do drzwi więzienia i otworzyliśmy je. Przysypiający strażnik zerwał się wyciągając niezgrabnie pistolet i mierząc w nas. Po chwili jednak rozpoznał nasza dwójkę i opuścił broń.
- Czego tu szukacie panowie? – zapytał zaspanym głosem. Był nieco starszy od nas i zdecydowanie masywniejszy i bardziej umięśniony. Mimo tego zwracał się do nas z szacunkiem i wyglądał na nieco zażenowanego tym co się stało. Udawaliśmy jednak, że nic nie widzieliśmy i przeszliśmy od razu do konkretów.
- Chcę, żebyś wypuścił więźniów, którzy siedzą tu za sabotaż północnej barykady. Są niewinni, a prawdziwi sprawy uciekli – powiedziałem spokojnym tonem.
- Eee… - zawahał się na chwilę chłopak jakby nie wiedząc co zrobić – Nie mogę bez… no wiecie bez nikogo z góry. Szef się wkurzy – odpowiedział.
- To jest rozkaz z góry – odpowiedziałem po chwili zastanowienia – Dziara kazał ich wypuścić – dodałem po chwili.
- Och. Niech będzie, ale jak co złego to nie ja – odpowiedział, po czym teatralnie opadł na krzesło udając, że nas nie widzi.
                Minęliśmy go zabierając z wieszaka kluczę i schodząc do piwnicy z celami. Szybko zlokalizowaliśmy dwie cele, położone po prawej stronie korytarza.  Zarówno Gigant jak i Dymitr spali, więc musieliśmy ich budzić i szybko tłumaczyć, co się dzieje.
- Mam wrażenie jakbym od dawna był poza akcją – przyznał Gigant, po tym jak się z nim przywitałem i szybko streściłem całą sytuacje.
- Nie martw się, teraz będzie lepiej. Sporo się pozmieniało, ale jesteście już niewinni. W sumie nigdy nie wątpiłem w twoją niewinność – odpowiedziałem, klepiąc go po plecach.
- I co teraz mam dokładnie zrobić? – spytał, gdy byliśmy już przed budynkiem.
- Gdzie jest twoja broń? – zapytałem.
- Prawdopodobnie w środku w schowku policyjnym. Odbierzemy ją? – zapytał.
- No jasne.
                Wróciliśmy jeszcze na chwilę na posterunek i po chwili Gigant wyglądał tak jak kiedyś, jedynie nieco mizerniej. Na plecach miecz, a na twarzy szeroki uśmiech. Dymitr również się cieszył. Erni rozmawiał z nim o czymś kawałek za nami, a my kierowaliśmy swoje kroki w stronę jednej z barykad wschodnich, za która czekała na nas zgraja Daliona. Przy samej barykadzie, tak jak się spodziewałem, stało więcej strażników niż zazwyczaj, więc gdy tylko się tam zjawiliśmy to wytłumaczyłem im sytuacje i poprosiłem o wsparcie. Cała szóstka wyraziła chęć pomocy, więc zabrałem całą zebraną drużynę na bok, żeby przedstawić im plan działania. Byłem zmęczony, ale zdeterminowany.
- Zasada jest prosta, ja z nimi porozmawiam i postaram się dogadać. Jeżeli wyciągną bronie to my też je wyciągniemy, ale postarajcie się żeby nie doszło do strzelaniny. Ten dzień i tak był ciężki. Nie warto oddawać życia kolejnych osób, jeżeli jest szansa rozwiązania tego w pokojowy sposób – wytłumaczyłem – Ci ludzie będą źli i zmęczeni, tak samo zresztą jak my, więc po prostu bądźcie wyrozumiali i nie dajcie się sprowokować. Ostrzegam, że to może być trochę jak negocjacje z zombie, więc miejcie się na baczności.
                Strażnicy kiwnęli głowami na znak zrozumienia, sprawdzając stan ekwipunku, Gigant poprawił pozycje miecza, tak żeby był łatwiejszy do wyciągnięcia, Dymitr odpalił papierosa i zniknął w kłębie dymu, a Erni stał z kamienną twarzą i w milczeniu słuchał. Gdy wszyscy byli gotowy, kazałem otworzyć bramy i wyszedłem przed nie. Obozowisko ludzi Daliona zaczynało się pod koniec tej uliczki, już z daleka widać było samochody i ludzie wędrujących pomiędzy nimi. Odetchnąłem głęboko, a para z moich ust uleciała w górę. Deszcz już nie padał, ale zrobiło się momentalnie bardzo zimno. Pierwszy raz opuszczałem mury Ostoi jako ktoś, kto reprezentował w pełni jej interesy. Jako dowódca. Karzeł był teraz zajęty wraz z Szeryfem swoimi sprawami, a Dziara leżał nieprzytomny. Musiałem im pomóc, bez względu na to ile złego mnie w tym miejscu spotkało.
                Gdy byliśmy blisko prowizorycznego obozu, usłyszeliśmy krzyki. Po chwili około sześciu bandytów obserwowało nas z broniami w rękach. Nie celowali jednak do nas, ale było to dosyć niebezpieczne i idąc zacisnąłem ciaśniej dłoń na mojej spluwie. Stanęliśmy parę kroków od ludzi Daliona, żeby pokazać im, że nie mamy złych zamiarów i czekaliśmy, aż oni ustawią się tak, jak chcą.
- Czego? – zapytał łysy mężczyzna, mający więcej masy mięśniowej na ręce niż ja na całym ciele.
- Przychodzimy w pokoju, chcemy z wami negocjować – powiedziałem spokojnie i stanowczo.
- Jak to? Przecież wymiana już była, parę godzin temu. Oddaliśmy wam więźniów i wzięliśmy zapasy – zdziwił się łysy mężczyzna, a drugi obok niego pokiwał głową pokazując, że tak właśnie było.
- Nie chodzi o to – zacząłem, zastanawiając się co powiedzieć – Chodzi o to, że musicie stąd odejść już teraz. W tej chwili.
                Łysy popatrzył się po swoich kompanach. Było ich w sumie około piętnastu i wszyscy łypali małymi oczkami po mnie i moich towarzyszach.
- Chyba się nie rozumiemy chłopaczku, w waszym obozie wciąż są nasi kumple – odpowiedział ukazując wybrakowane uzębienie i wyraźnie przyciskając kolbę broni do ramienia.
- Powiedzmy, że miał miejsce wypadek. Ale nie chcemy kłopotów, to był nasz błąd. Nasz przywódca leży teraz w szpitalu, a wasi ludzie nie żyją. Wszyscy oprócz dwóch, którzy eskortowali waszych przywódców do Ostoi. Niestety, jest mi przykro. Naprawdę bardzo przykro.
Byczek podniósł broń i po chwili celowało we mnie około piętnastu luf. Nogi się trochę pode mną ugięły, ale kiedy usłyszałem, że moi ludzie robią to samo, to podniosło mnie to odrobinę na duchu. Podniosłem jednak rękę, prosząc ich, żeby nie strzelali.
- Zabiłeś naszych przywódców, pomimo tego, że oddaliśmy wam zakładników? Ty jebany skurwysynie! – wrzasnął łysy i podszedł nieco bliżej.
- Nikt z Ostoi nie zabił waszych przywódców. Zrobiła to dziewczyna, która chciała się na nich zemścić, bo jakiś czas temu ją skrzywdzili. Teraz uciekła na południe, z paroma innymi ludźmi. Nie ma sensu ich gonić. A tutaj nie znajdziecie nic oprócz problemów. Czy warto? – zapytałem.
                Łysy fuknął groźnie, po czym opuścił broń.
- Kiedyś się jeszcze spotkamy. Nie odpuścimy tego, teraz wy macie przewagę, ale kiedyś może być odwrotnie – powiedział.
Tak po prostu odpuszczają, pomyślałem. To było zbyt łatwe. Przynajmniej raz dzisiaj udało się nam coś osiągnąć bez przemocy.
- Będziemy kręcić się w okolicy. Do czasu, aż oddacie nam naszych ludzi, którzy przeżyli pobyt w waszym szpitalu. A potem odejdziemy, ale jeszcze kiedyś się spotkamy – powtórzył znowu.
- Nie jesteśmy waszymi wrogami. To wy złapaliście naszych ludzi w zasadzkę. My chcieliśmy pomóc, niestety nie wyszło – powiedziałem.
                Nikt z ich grupy nie odpowiedział. Odwróciliśmy się i bałem się, że wtedy właśnie padną strzały, ale tak się nie stało. Wróciliśmy normalnie i w sumie cieszyłem się z takiego rozwoju sprawy. Nie dość, że nikt więcej nie zginął to dodatkowo uwolniłem Giganta. Sytuacja stawała się stabilna. Erni wrócił do swojego mieszkania żeby odpocząć, a ja w tym czasie zdecydowałem się na to, żeby wraz z Karolem i Dymitrem pójść do szpitala i wypuścić dwóch zakładników. Zasłużyli na to.
                Około godzinę później, gdy wszystko było już załatwione, wróciłem do mieszkania Łapy. W żadnym wypadku nie miałem ochoty spać w Kwaterze Głównej, gdzie mieszkania na piętrze zajmowali członkowie Czerwonych Flar. Musiało być tam teraz w miarę pusto, skoro jedynymi Czerwonymi Flarami w Ostoi byli Mpd i Wiktoria, jednak wciąż wolałem wrócić do mieszkania, w którym jeszcze parę dni temu spędzałem upojne chwilę z Łapą. W sumie pomimo tego, że trochę mi jej brakowało to cieszyłem się, że jej nie ma. Zawsze brałem związek z nią ,za coś złego chociaż przyjemnego. Teraz siedziałem sam i chociaż byłem piekielnie zmęczony to nie mogłem zasnąć. Dopiero po pół godzinie i dwóch lampkach wina zamknąłem oczy i zasnąłem.
                Obudziło mnie stukanie do drzwi. Za oknami było już jasno i świeciło słońce. Po chmurach nie było ani śladu. Z racji iż zasnąłem w ubraniu to nie miałem problemu z ubieraniem się. Zwlokłem się z łóżka i powoli podszedłem do drzwi. Zobaczyłem po drugiej stronie Wiktorię.
- Hej. Dziara się obudził i prosił żebym po ciebie wpadła – powiedziała na dzieńdobry.
- Hej… Dziara? Dopiero wstałem, dasz mi chwilkę? Wejdź proszę – powiedziałem, po czym wpuściłem ją i poczekałem, aż usiądzie. Sam wziąłem dzbanek z wodą i nalałem jej i sobie po szklance. Suszyło mnie w buzi i bolała mnie głowa, ale bywało gorzej.
- Jak się czujesz? Po tym co się stało? – zapytała.
- Bywało lepiej – skwitowałem.
- Wiesz jak chcesz mogę ci pomóc… no wiesz jak sobie nie radzisz, czy coś – zaproponowała.
                Milczałem. W ciszy wpatrywałem się w okno pijąc powoli wodę.
- Jak twoja noga – zapytałem w końcu.
- Z dnia na dzień coraz lepiej, dzięki – odpowiedziała.
Dopiłem resztę wody i wstałem.
- Chodźmy, chcę mieć to za sobą – czułem się teraz naprawdę zmęczony. Jak nigdy dotąd. Musiałem trochę odpocząć przed następnymi działaniami, a byłem pewien, że spotkanie z Dziarą spokojnie się nie skończy. Po drodze zamieniłem parę słów z Wiktorią, ale byłem raczej cicho. Cieszyło mnie to, że traktowała mnie jak przyjaciela i chciała pomóc, ale wciąż nie miałem na to humoru. Doszliśmy do szpitala i tam poszedłem prosto do sali, na której leżał Dziara. Miał zabandażowane obie ręce i parę plastrów na twarzy. Dodatkowo obwiązali mu także brzuch.
                Wiktoria kiwnęła tylko głową i wyszła zamykając za sobą drzwi i zostawiając nas samych. Dziara uśmiechnął się pod nosem.
- Przykro mi – powiedziałem cicho, ale słyszalnie.
- To nie jest twoja wina. To wina mojej głupoty, drogi przyjacielu. Byłem głupim chujkiem, który chciał osiągnąć coś za zbyt dużą cenę. Chciałem cię przeprosić – powiedział Dziara poważnie. To mnie zdziwiło. Spodziewałem się, że jak wejdę to będzie się mnie czepiał, bo to w końcu moi ludzie go okaleczyli. Może stało mu się coś w głowę?
- Och… nie to nie twoja wina – powiedziałem.
- Jasne, że moja wina. Miałem stabilną sytuację, a zachciałem więcej. Dlatego te wszystkie ataki Gangu, wymiany, rozwalone barykady i inne. Teraz jednak chcę się zmienić. Chcę być przywódcą, którego szanują. Oczywiście chcę też budzić strach, ale to już inna sprawa. Jutro zakończymy życie Karła i zaczniemy nowy rozdział w Ostoi. Ty, ja i Czerwone Flary. Co ty na to?
                Byłem nieco zdziwiony tym co mówił.
- Dalej chcesz zabić Karła? – zapytałem dosyć cicho, jakby w obawie, że ktoś nas podsłuchuje.
- Za dużo osób oddało życie żeby teraz z tego zrezygnować. Zresztą jest jeszcze Gang. Pamiętasz ten atak sprzed paru dni? To nie byli wszyscy członkowie Gangu. Jest ich nadal paru i nadal żyje Jan. Jutro rozprawimy się z wszystkim podczas mszy. Zaraz przedstawię ci cały plan. Może zacznę od tego, że jutro będziesz mnie tam reprezentował u boku Karła. Będziesz tymczasowym dowódcą i sprawisz, że Karzeł zginie. Rozumiemy się?

sobota, 28 lutego 2015

Rozdział 21: Za wszelką cenę

Rozdział 21, kolejny z perspektywy Magdy. Chyba najdłuższy rozdział w tym tomie. Mnóstwo akcji i spory zarys tego co będzie się działo z paroma bohaterami w kolejnym tomie. Dosyć brutalny rozdział, pełen zawirowań. Po przeczytaniu proszę o komentarz oraz rozesłanie bloga znajomym :)

----------------------------------------------

Rozdział 21 (Magda): Za wszelką cenę


                Łapa wydawała się być całkowicie nieobecna, kiedy tłumaczyłam Miczi i Krystianowi jaką dokładnie rolę odegrałam w planach Dziary. Zdradziłam im wszystko i poczułam się niesamowicie, gdy cały ciężar mogłam rozłożyć również na kogoś innego. Gdy skończyłam opowiadać o zniszczeniu barykady, Łapa ocknęła się i spojrzała na mnie. W jej oczach było widać determinację.
- Więc jaki jest plan? – zapytała.
- Wszystko już sobie ułożyłam – powiedziałam – I myślę, że zapłacimy Dziarze, za to co nam zrobił. Plan polega na tym… - zaczęłam, po czym podzieliłam się z całą czwórką tym co układało mi się w głowie od jakiegoś czasu. Nie było to jeszcze doskonałe i podczas opowiadania Miczi i Krystek przerywali mi parę razy, aż w końcu udało się nam ustalić wersję finalną. Plan był prosty, ale wymagał sporych poświęceń moralnych. Gdy podsumowaliśmy to po raz ostatni, Miczi zapytała.
- Kiedy to zrealizujemy?
- Hmm… myślę, że przy najbliższej okazji, gdy coś dużego będzie się działo na terenie Ostoi – zaproponował Krystek.
- Za trzy dni podobno ma być egzekucja Jakuba i jakaś duża msza. Myślę, że to może być to! – powiedziałam, zgodnie z tym, co powiedział mi jakiś czas temu Dziara.
- W sumie, wtedy mielibyśmy wolne pole do popisu. Bo na kogo ostatecznie możemy wpaść w Kwaterze Głównej, poza Dziarą? – zapytała Miczi.
- Właściwie na każdego z Czerwonych Flar… - powiedziałam – Chociaż z kolei wątpię żebyśmy na kogoś tam wpadli, jeżeli wybierzemy odpowiedni moment.
- A jak wpadniemy na Bobra? – zapytała Łapa.
- Tego się najbardziej obawiam – stwierdziłam -  jeżeli wpadniemy na kogokolwiek nieszkodliwego to go ogłuszmy. Ale jak ktoś będzie agresywny nie bójcie się zabić – te słowa brzmiały tak dziwnie w moich ustach, że nie byłam pewna tego, czy to na pewno ja je mówię. Stałam się potworem, jednym z wielu przemierzających teraz świat.
                Po chwili ciszy postanowiłam się dopytać.
- Wszystko jasne? Czy ktoś ma jakieś pytania?
- Chyba muszę powiedzieć Bobrowi, że opuszczam Toruń – powiedziała Łapa nieco nieobecnym głosem, jak gdyby w ogóle nie słyszała mojego pytania.
- Tylko nie zdradź mu naszego planu. Nie może o tym wiedzieć – powiedziała Miczi.
- Nie martwcie się… jakoś mi się uda.
- Co robimy po zrealizowaniu głównego założenia planu? – zapytał Krystian.
- Ty i Marta poczekacie przy którymś wyjeździe i załatwicie nam drogę ucieczki. Wtedy przynajmniej nie będziemy aż tak widoczni, jak bylibyśmy w piątkę i to z dzieckiem – zaproponowałam.
- Może przy południowym? Przejechalibyśmy Wisłę i uciekli na drugi brzeg przez most.
- Dobry pomysł – skwitowałam.
- Czyli wszystko mamy ustalone? – zapytała Miczi.
- Myślę, że tak. Teraz wracajcie do siebie i postarajcie się nie kręcić po mieście za bardzo. Jak zacznie się akcja musimy wszyscy szybko się ze sobą spotkać, inaczej z planu nici – powiedziałam.
                Wszyscy zgodnie kiwnęli głowami po czym powoli rozeszli się do siebie. Ja z Krystianem i Martą poszliśmy na dół. Tuż przed pożegnaniem się z Łapą, szepnęłam do niej na ucho.
- Nie rób niczego głupiego, błagam.
Oczywiście mi nie odpowiedziała, bo na korytarzu z nami byli dwaj strażnicy, którzy nie odstępowali nas na krok. Podczas akcji na pewno uda nam się ich pozbyć, ale teraz wciąż stanowili problem i byli w stanie kompletnie zniszczyć nasze plany, jeżeli tylko usłyszeliby coś, co później przekazaliby Szeryfowi. Wydawało mi się, że Łapa kiwnęła głową, ale tego nie byłam pewna. Zmęczenie dawało się we znaki, a pora była już późna, więc po pożegnaniu się z Łapą wróciłam do swojego mieszkania razem z Krystkiem oraz Martą. Z koców i poduszek ułożyliśmy młodej prowizoryczne posłanie i gdy upewniliśmy się, że niczego jej nie brakuje to położyliśmy się spać w sypialni.
                Rankiem zjedliśmy śniadanie, podczas którego dyskutowaliśmy. Marta miała całkiem ciekawe poglądy i informacje dotyczące Torunia i gdyby wpadła w ręce jakiejś wrogiej grupy, na pewno byłaby cennym zakładnikiem. Opowiedziała trochę o tym, jak wyglądała praca jej ojca i poznaliśmy wtedy sporo faktów dotyczących funkcjonowania organu władz. Po zjedzeniu postanowiliśmy się przejść. Do południa przesiedzieliśmy w najbardziej żywej części Ostoi, czyli szklarni, a chwilę po południu poszliśmy do baru. W środku nie było za dużo osób, wszyscy siedzieli w domach, bo pogoda była naprawdę paskudna, ale paru bywalcom to zupełnie nie przeszkadzało.
                Około piętnastu minut po naszym wejściu, ku mojemu zdziwieniu, do baru wszedł Bobru. Wyglądał dosyć kiepsko. Nawet mnie nie zauważył i skierował swoje kroki prosto do barmana. Po chwili usiadł gdzieś w kącie z kuflem piwa i patrzył nieobecnym wzrokiem gdzieś przed siebie.
- Myślisz, że to przez Łapę? – zapytał Krystek.
- Jeżeli tak to całkiem ciekawe. Myślałem, że ich związek to coś luźnego i nie zobowiązującego, a jednak on wygląda jakby cały jego świat się rozpadł – powiedziałam.
- Z tego co mi opowiadali, to on przeszedł naprawdę dużo jako przywódca tego obozu w Królowym Moście. Byłaś tam? – dopytał Krystek.
- Nie, spotkaliśmy się w drodze. W sumie cieszę się, że wpadłam akurat na niego, bo gdybym miała sama wdrażać w życie plan odbicia brata, to raczej by mi to nie wyszło.
- Szkoda, że odchodzimy od niego. Co prawda spotkałem go niedawno, ale kiedyś byliśmy kumplami. Trochę źle się z tym czuję…
- Ja też kochanie, ale on nie odejdzie z nami, a ja nie mogę czekać tylko dla niego z uratowaniem brata. On jest tam sam, w podziemiach Kwatery Głównej… - to mówiąc ściszyłam nieco ton głosu. Nie chciałam, żeby mnie ktoś usłyszał. Człowiek Szeryfa wciąż siedział niedaleko.
                Nagle do baru wszedł Karzeł. Był mocno zasapany i wyglądał jakby przed czymś uciekał. Podszedł do Bobra i coś mu wyszeptał na ucho, po czym wyciągnął go przed bar. Serce zabiło mi szybciej. Czyżby okazja trafiła się nam tak szybko? Wstałam i podążyłam za nimi, a za mną pobiegł Krystek oraz Marta. Deszcz ciągle padał, więc od razu po wyjściu zderzyłam się z falą zimnej wody. Nie przeszkadzało mi to, bo w mojej głowie działy się cudowne rzeczy. Czułam przypływ słodkiej adrenaliny.
                Biegliśmy za Karłem i Bobrem, trzymając się w niedużym odstępie. Im bliżej wschodniej granicy Ostoi byliśmy, tym więcej osób dołączało do pochodu. Coś się działo to było pewne, ale co? Czy sytuacja będzie na tyle poważna, że będziemy mogli wdrożyć nasz plan w życie? Po chwili nie mogłam się już normalnie poruszać, więc złapałam Krystka i Martę za ręce i zaczęłam się przepychać przez tłum ludzi. Bobru, Karzeł oraz czwórka strażników obserwowała coś, co działo się za ogrodzeniem. Ludzie szeptali pomiędzy sobą, ale przez deszcz nie mogłam usłyszeć niczego konkretnego.
W końcu Karzeł kazał nam wszystkim się odsunąć, a następnie otworzyć bramy. Byłam mocno skołowana. Czekałam ciągle na potwierdzenie, że sprawa będzie poważna i że wszyscy będą zajęci nią podczas gdy my stąd uciekniemy. Gdy zobaczyłam grubego mężczyznę przechodzącego przez bramę wraz z paroma nieznajomymi i związanym Ernim wiedziałam już, że to jest to. Zaczęłam się wycofywać z tłumu, żeby jak najszybciej dobiec do Miczi oraz Łapy. Zdziwiłam się, gdy zobaczyłam tą pierwszą przepychającą się przez tłum do mnie.
- Działamy? – zapytała.
- Tak – odpowiedziałam szybko zanim strażnik Szeryfa do nas dobiegł – Krystian, wiesz co masz robić – odwróciłam się do chłopaka i pocałowałam go – Powodzenia.
                Wraz z Miczi biegłyśmy, żeby nie stracić nawet sekundy cennego czasu. Strażnik biegł parę kroków za nami. Wykorzystałam to, żeby porozmawiać z ciemnowłosą.
- Nie pomyśleliśmy o jednym – zaczęłam.
- O czym? – zapytała zdziwiona.
- Nasze rzeczy. Zdążymy je zabrać po całej akcji?
- Cholera! Mam nadzieję… - odpowiedziała.
- Tak czy siak, z tego co dowiedziałam się od małej, to samochody są przygotowane jeżeli chodzi o zapasy. W każdym jest zestaw koców, parę puszek żarcia, pistolet, oraz apteczka – powiedziałam.
I na tym urwałyśmy rozmowę, bo byłyśmy już przy budynku mieszkalnym. Wspięłyśmy się szybko na piętro, na którym mieszkała Łapa. Ucieszyłam się, gdy zobaczyłam, że strażnik Łapy stoi na warcie przed jej drzwiami, bo oznaczało to nie mniej nie więcej, że Łapa jest w środku. Zapukałam gwałtownie parę razy i po chwili zobaczyłam Łapę w pełnej okazałości – jak zwykle ubraną na czarno, z ciemnymi włosami związanymi w warkocz, który niczym wąż opadał na jej plecy.
                Weszłam bez wyraźnego zaproszenia do środka razem z Miczi, a mój strażnik dołączył do swojego przyjaciela na zewnątrz. Łapa spojrzała na mnie pytająco, ale już domyślała się jaki jest powód naszej wizyty.
- Co się stało?
- Wschodnia barykada dała nam szansę! – powiedziałam z entuzjazmem – Zbłąkany Ocalały wpadł w ręce jakichś bandziorów i chyba to trochę potrwa. Teraz możemy działać!
- Widziałyście tam Dziarę? – zapytała Łapa.
Teraz zdałam sobie sprawę z tego, że Dziary tam nie widziałam. Ale byłam już kompletnie przekonana do tego co trzeba zrobić i kiedy to trzeba zrobić.
- Chyba kręcił się gdzieś po placu. Zresztą nawet jak będzie w Kwaterze Głównej to nie powinien stanowić dla nas żadnego wyzwania.
Łapa zawahała się na chwilę, ale po chwili kiwnęła tylko głową i podeszła do szafki, z której wyciągnęła broń – pistolet oraz nóż. Oba przytroczyła do paska po czym ruszyła w stronę drzwi. Tuż przed wyjściem zatrzymała nas jednak Miczi.
- Co zrobimy z waszymi strażnikami? – zapytała.
                Chciałam coś odpowiedzieć, ale Łapa przerwała mi.
- Zabijemy ich.
To była właśnie cała Łapa. Uśpiona podczas związku z Bobrem, bycia członkiem rady oraz całego pobytu w Ostoi teraz budziła się, dzika jak podczas podróży do Torunia. To było ciekawe i przerażające zarazem.  Podeszła do drzwi i obejrzała się w naszą stronę po czym przyłożyła palec do ust i uśmiechnęła się szeroko. Następnie otworzyła gwałtownie drzwi i wtedy się zaczęło. Pierwszy strażnik nie zdążył się nawet odwrócić. Był absolutnie zaskoczony, ale nie zdążył zareagować bo Łapa ukąsiła go nożem prosto w szyję i po chwili leżał w rosnącej kałuży krwi osuwając się plecami po ścianie na podłogę.
                Drugi z nich starał się szybko zareagować wyciągając broń, ale dopisało nam szczęście bo broń utknęła w kaburze, co dało czas Łapie na wyprowadzenie ataku. Pchnęła nożem w brzuch strażnika, ale ten jakimś cudem uniknął ataku i wymierzył cios prawą ręką. Nie trafił Łapy w głowę, ale odepchnął ją i sprawił, że straciła równowagę. Chciałam już pomóc, ale Łapa szybko się opanowała i uderzyła ponownie, tym razem trafiając prosto w brzuch. Poprawiła potężnym kopniakiem w szczękę i gdy upewniła się, że udało jej się zabić obu, wytarła nóż o spodnie.
                Spojrzała na mnie i z pewnością zauważyła przerażenie w moich oczach bo odezwała się.
- Koniec gierek z Dziarą i jego przydupasami. Takich pionków nie ma nawet sensu oszczędzać. Nie chowajcie ciał, nie mamy na to czasu.
Posłuchałam się jej i razem z Miczi ruszyłyśmy za nią. Szła pewnym krokiem, ale nie biegła, tak jakby cieszyła się każdym pojedynczym momentem tego co miało się stać. Naszym celem było odbicie naszego rodzeństwa. Miałam nadzieję, że Krystek będzie w stanie przygotować nam drogę ucieczki.
                Po drodze mijaliśmy ludzi, którzy kompletnie nie zwracali na nas uwagi. Jedyne czego się bałam to, to że mogłyśmy wpaść na Szeryfa, a gdy ten zauważy, że nie z nami strażników może nas zatrzymać. Jego tak łatwo na pewno byśmy nie zabiły, a nawet jeśli to szybko byśmy zostały złapane. Dlatego poruszałyśmy się bocznymi uliczkami. Nasza trójka była zdeterminowana i jak widać dopisywało nam szczęście.
                Niecałe pięć minut później stałyśmy już przed drzwiami Kwatery Głównej. Byłam zdenerwowana, ale adrenalina pozwalała mi się utrzymać na nogach. Ręce mi drżały, kiedy wyciągnęłam je żeby otworzyć drzwi, kiedy nagle Łapa złapała mnie za rękę.
- Wejdź tam i zobaczy, czy ktoś tam jest. Zostaw uchylone drzwi, usłyszymy, że coś się dzieje i wejdziemy. Postaraj się to mądrze rozegrać Magda… proszę cię.
Kiwnęłam głową na znak, że zrozumiałam. Teraz nadszedł czas, gdzie ja musiałam wypełnić swoją część planu. Łapa pozbyła się ochroniarzy, Krystian poszedł załatwić pojazd do ucieczki, a ja musiałam wkraść się do kryjówki potwora. Odetchnęłam głęboko i licząc, że nikogo tu nie spotkam otworzyłam drzwi.
                Zanim zdążyłam postąpić krok na przód wiedziałam, że ktoś tu jest. Słyszałam muzykę grającą w tle. Przykryłam pasek, przy którym miałam pistolet bluzą i weszłam zostawiając lekko uchylone drzwi. Moja pewność siebie nieco osłabła, bo moje zadanie okazało się być znacznie trudniejsze niż powinno. Ale teraz nie mogłam się już wycofać, musiałam to rozegrać mądrze. Zobaczyłam Dziarę siedzącego przy stole z szklanką jakiegoś drogiego alkoholu koloru spłowiałego bursztynu. Gdy mnie zauważył otworzył szeroko oczy ze zdziwienia.  Nie wstał jednak, dalej siedział.
- Co ty tutaj robisz? – zapytał. Był pijany, to była moja przewaga.
- Nie słyszałeś o tym co się dzieje? Zbłąkany Ocalały jest pod jedną z barykad, jacyś bandyci…
- Ta… słyszałem. To nie moja działka, niech Karzeł się wykaże, póki może – to mówiąc uśmiechnął się paskudnie.
- Co masz na myśli? Póki może? – zapytałam, podchodząc coraz bliżej Dziary i grając na czas.
- Plan. Nie pamiętasz już? Za parę dni będzie trupem, a ja obejmę władzę. Muszę przyznać, że ostatnio całkiem nieźle sobie radził, ale to nie zmienia faktu, że jest chujowym przywódcą. A sam nie odda mi tego stanowiska.
- Jeżeli jesteśmy przy oddawaniu, kiedy wypuścisz swoich zakładników? – zapytałam bezczelnie.
- Mówisz o trójce z moich podziemi? Od razu po śmierci Karła, chociaż musisz przyznać, że podoba ci się ta współpraca, co? – zapytał równie bezczelnie.
                Nie wiem co mnie bardziej zszokowało – informacja o trzecim więźniu, o którym wcześniej nie słyszałam, czy fakt, że Dziara nie widzi jak bardzo go nienawidzę. Nie chciałam jednak dać po sobie poznać, że wyprowadził mnie z równowagi. Byłam nerwową osobą, ale teraz musiałam się trzymać.
- Skoro już tu jestem, a ty tryumfujesz, może pozwoliłbyś mi zobaczyć się z bratem? – zapytałam.
- Niestety, nie ma takiej opcji – powiedział – Wybacz.
                Nie miałam kompletnie pomysłu jak to dalej rozwiązać, więc musiałam przejść do ofensywy. Wyciągnęłam pistolet i wymierzyłam prosto w głowę Dziary. Byłam pewna siebie do momentu, kiedy Dziara kompletnie się nie zdziwił moim zachowaniem, a wręcz się uśmiechnął. Stara rana na nodze, którą zdobyłam w więzieniu odezwała się znowu, kiedy moim ciałem wstrząsnął dreszcz przerażenia. On wstał i podszedł do mnie, a ja starałam się nie opuścić pistoletu, chociaż ręka drżała mi z przerażenia.
- Ani kroku bliżej. Zabiję cię, jeżeli się zbliżysz – ostrzegłam, nie mogąc się doczekać, aż Łapa i Miczi przyjdą mi z pomocą. Jak na zawołanie drzwi otworzyły się, a ja odeszłam parę kroków do tyłu, stykając się plecami ze ścianą. Zobaczyłam jak Łapa biegnie w stronę Dziary, a Miczi spokojnie zamyka drzwi. Dziara tym razem widocznie się przestraszył, ale nie cofnął się, przygotował się do odparcia ataku. Coś w rękach Łapy błysnęło szybko, ale nie zdążyłam się przyjrzeć, bo dostałam od niego z pięści w brzuch i zwinęłam się na podłodze.
                Zdążyłam tylko zobaczyć jak sięga po pistolet, ale Łapa była już zbyt blisko i korzystając z siły rozpędu kopnęła go w dłoń i pozbawiła broni. Niestety kosztowało ją to utratą równowagi, co Dziara pomimo swojego stanu natychmiast wykorzystał kopiąc ją w udo. Ta krzyknęła, ale nie przewróciła się. Zamachnęła się nożem, próbując  go trafić, ale ten, podobnie jak pistolet, wyleciał z jej rąk po tym jak Dziara jej go wybił. To dało jej chwili do namysłu i wykorzystała ją do wymierzenia kopniaka w brzuch dowódcy Czerwonych Flar. Brzuch bolał mnie fatalnie, więc wiedziałam jak on się teraz czuje. Dziara jednak nie upadł. Zgiął się tylko na chwilę po czym przyspieszył i całą siłą natarł na Łapę wywracając ją. Usiadł na niej i wymierzył jeden mocny cios w jej głowę. Ta próbowała się wyrwać, ale Dziara po prostu był cięższy i silniejszy. Ja ciągle zwijałam się z bólu i już chciałam wstawać, kiedy do akcji weszła Miczi.
Dziara raczej jej nie zauważył, dlatego tak pewnie natarł na Łapę, za co teraz miał zapłacić. Miczi podeszła od tyłu i wbiła mu nóż w prawy bok. Dziara zajęczał przeciągle, a Łapa wykorzystała to i uderzyła go z dużą siłą w kroczę. Ten złożył się na boku, podobnie jak ja, a Łapa wstała i kopnęła go w twarz. Plama krwi zaczęła rosnąć na jego ciele, a on sam wypluł ząb na podłogę wraz z krwistą śliną. Wygrałyśmy. Miczi już szykowała się do zadania kolejnego ciosu nożem, a ja wstałam, żeby też się przyczynić do śmierci Dziary, ale Łapa nas zatrzymała.
- Nie róbcie… tego – powiedziała dosyć stanowczo, oddychając ciężko.
- Co? – zapytałyśmy właściwie razem.
- Nasza mała zemsta będzie miała sens jeżeli to miejsce będzie dalej istniało. Jeżeli drugi dowódca zginie za parę dni, a ten zostanie zabity przez nas to, to miejsce upadnie, albo przywódcą zostanie Bobru lub ktoś inny z Czerwonych Flar. Zostawmy to tak jak jest. Zwiążcie go, oczywiście nie przepuszczę okazji, żeby pamiętał do mnie do końca swojego skurwiałego życia.
                Posłuchałyśmy jej i po chwili Dziara siedział przywiązany do krzesła, wciąż z raną kłutą na boku. Łapa oparła się o stół pośladkami, tak, że była twarzą w twarz przed nim.
- Słuchaj cwaniaczku, daruje ci życie, ponieważ mam w tym interes, ale uwierz, że gdyby nie pewna osoba, to zapewne umierałbyś długo i w piekielnych męczarniach. Ale tego nie zrobię, to ci mogę obiecać… - zaczęła mówić, ale nie usłyszałam reszty bo pokuśtykałam do podziemi, żeby uwolnić więźniów. Rana w nodze bolała i dokuczała przy każdym kroku, ale udało nam się. Gdy tylko zeszłam do znajomej mi już piwniczki, sięgnęłam po lampę i przywołałam światło, na mroczne ściany i klatki. Teraz rzeczywiście zauważyłam trzecią klatkę, które poprzednim razem jak odwiedzałam to miejsce musiała być zakryta. Siedział tam łysiejący mężczyzna, mający na oko jakieś trzydzieści lat. Nie miałam pojęcia kim on był, ale wzięłam klucze i otworzyłam wszystkie trzy klatki. Gdy brat wylądował w moich objęciach popłakałam się ze szczęścia, ale wiedziałam, że nie ma teraz czasu na zbyt długie rozczulanie się. Musieliśmy uciekać.
- Tak się cieszę, że cię widzę siostra… - powiedział wspinając się niemrawo po schodach. Siostra Łapy była w podobnym, skołowanym stanie, ale mężczyzna trzymał się całkiem nieźle. Podziękował mi, ale nawet się nie przedstawił, nie było zresztą na to czasu. Zanim wspięliśmy się do głównej Sali Kwatery Głównej, usłyszeliśmy dwa przeciągłe krzyki. Męskie krzyki. Łapa zaczęła.
                Gdy weszliśmy do pomieszczenia, w którym siedział przywiązany Dziara, Łapa bez słowa ominęła mnie i wleciała w objęcia siostry. Trwały w nim krótko, a gdy skończyły Łapa ucałowała siostrę w czoło, po czym rzuciła tylko.
- Zmywajmy się stąd.
Gdy mijałam Dziarę zrobiło mi się słabo. Zdecydowanie zemdlał, ale nie dziwiłam się. W jego ustach były dwa kciuki. Jego własne kciuki. Wyszliśmy z budynku w szóstkę. Mężczyzna bez pytania za nami podążał, więc było jasne, że już nam zaufał, w końcu go uratowałyśmy. Poruszaliśmy się szybko i za każdym razem, kiedy ktoś szedł uliczką przystawaliśmy na chwilę i chowaliśmy się. W końcu Młoda, Marek oraz mężczyzna byli ubrani w jakieś szmaty i od razu by wzbudzili podejrzenia. Poza tym ja kulałam, co również budziło podejrzenia.
                Gdy byliśmy już niedaleko południowej barykady, więzienia, szpitala i paru innych ważnych budynków, schowaliśmy się raz jeszcze, bo ulicą spacerowali strażnicy. Jak na złość zatrzymali się na pogawędkę i wysikanie się, tuż przy uliczce na której się chowaliśmy. Deszcz padał już nieco słabiej, więc wszyscy dokładnie usłyszeliśmy o czym rozmawiają.
- Wymiana jest chujowa Krzysiu… Szef chyba oszalał… - powiedział ten sikający.
- Stary Erni jest spoko, dowozi nam ciągle nowych ludzi, a jego przyjaciele to też solidna firma. Po mojemu to się opłaca… - odpowiedział Krzysiek.
- Chuja tam. Grubas coś kombinuje i myślę, że może oszukać i Szefa i Bobra. W końcu po wymianie Gruby zostanie tutaj, żeby pilnować tego wyrostka, który leży u nas na sali operacyjnej . jak mu tam było? – zapytał strzepując ptaszka.
- Daniol, czy jakieś takie coś. Dziwne imię – odpowiedział drugi.
- Dalion! Tak to było! To ksywka czy imię, jak stawiasz? – odpowiedzi już nie usłyszeliśmy bo obaj strażnicy się oddalili. Już mieliśmy iść dalej, kiedy Miczi zatrzymała się. Odwróciłam się do niej.
- Co się stało? – zapytałam.
- Mam coś do załatwienia, idźcie beze mnie. Jak chcecie poczekajcie, jak nie to jedźcie.
- Co? Jak to? Co się stało?
- Po prostu idźcie. Jeżeli rano mnie nie będzie po drugiej stronie mostu to jedźcie stąd – powiedziała.
- Co się dzieje? – zapytała Łapa.
- Idźcie, muszę coś zrobić – odpowiedziała Miczi.
- Chodzi o Daliona prawda? – zapytała Łapa.
                Zdziwiło mnie to. Nawet ona wiedziała?
- Tak. Idźcie już błagam, poczekajcie na mnie przy moście jeżeli możecie, jak mnie nie będzie do rana to po prostu uciekajcie stąd.
- Pójdę z tobą – zaproponowałam po czym odwróciłam się nie czekając na zgodę – A wy poczekajcie po drugiej stronie mostu. Jak ktoś was będzie szukał, albo nie przyjdziemy do rana to uciekajcie.
- Nie wiem czy to dobry pomysł… ale poczekamy. Postarajcie się uwinąć szybko – poprosiła Łapa. Pożegnałyśmy się z resztą i obserwowałyśmy cicho jak odchodzą w stronę południowej barykady.
- O co chodzi z tym Dalionem? – zapytałam.
- Skurwiel musi zapłacić za to co mi kiedyś zrobił. Obiecałam to sobie. Jeżeli jest w szpitalu i to ledwo żywy to mamy przewagę. Chodź.
                I poszłam. Miczi prowadziła mnie i gdy w końcu dotarłyśmy do szpitala wślizgnęłyśmy się po cichu do środka. Było tu sporo ludzi, ale nikt nie zwracał na nas specjalnej uwagi. Miczi podeszła do jednego z lekarzy i zapytała o coś. Ten spojrzał na nią podejrzliwie, po czym wskazał coś ręką. Ta podziękowała mu i wróciła do mnie.
- Leży w sali pod koniec korytarza. Myślę, że powinnyśmy zaczaić się do późnego wieczora, aż trochę się tu uspokoi i wtedy go odwiedzić – powiedziała.
- Skoro tak mówisz – odpowiedziałam. Poszłam za nią do jednej z toalet i tam czekałyśmy. Co jakiś czas wchodzili tutaj ludzie, ale kabin było dużo i nie zwracali uwagi, że jedna jest zajęta od paru godzin. Miczi wyglądała na zdeterminowaną, ale smutną. Strach było pomyśleć, co ten człowiek musiał jej zrobić, żeby wywierać aż takie emocje.
                Wydawało mi się, że minęły całe dni, ale tak naprawdę nie mogło minąć więcej niż pięć godzin, gdy w końcu Miczi poderwała się gwałtowanie i kiwnęła głową na znak, że czas działać. Po cichu opuściłyśmy toaletę i wychyliłyśmy się na korytarz. Było całkowicie pusto i panowała martwa cisza. Ruszyłyśmy po cichu w stronę wyznaczonego przez lekarza pomieszczenia. Zastanawiałam się co mnie podkusiło, żeby tutaj przyjść. Teraz na pewno znaleźli już Dziarę i on najprawdopodobniej też tu był i jeżeli powiedział komukolwiek o tym co mu zrobiłyśmy to zginiemy marną śmiercią.
                Miczi jednak się nie przejmowała. Weszła do środka po cichu niczym mysz i przepuściła mnie. W łóżku leżał chłopak, który był młodszy ode mnie, a nawet od niej. Wyglądał na góra piętnaście lat. Widać jednak było, że sporo przeżył, bo jego brzuch był owinięty bandażem i opatrunkiem i nie miał jednej ręki. Przy łóżku drzemał jakiś człowiek, który zapewne go pilnował. Zanim zdążyłam zapytać szeptem Miczi, o to, co z nim zrobimy, zobaczyłam jak ta podchodzi do niego po cichu i pewnym ruchem skręca mu kark. Nie chciałam nawet wiedzieć, gdzie się tego nauczyła. Przytrzymała ciało, żeby te nie narobiło hałasu, po czym przesunęła je w kąt pomieszczenia.
- Pomożesz mi go przywiązać do poręczy łóżka? Nogi i rękę. Kikut może zwisać.
                Posłuchałam jej i  po chwili Dalion był przywiązany ciasno do poręczy łóżka, ale dalej spał.
- Teraz postawmy łóżku do pionu – poprosiła. Nie było to łatwe, bo Dalion jednak trochę ważył, ale po chwili łóżko stało niczym totem przesunięte pod ścianę. O dziwo Dalion wciąż spał, widocznie podali mu jakieś środki na sen.
- Teraz weź tą kroplówkę ze stojakiem i poczekaj przy ścianie. Pewnie zaraz będzie gorąco, jak ktoś będzie wbiegał to po prostu go zatrzymaj.
Ponownie zastosowałam się do jej prośby i biorąc stojak z foliowym woreczkiem przywiązanym na górze, niedawno połączonym z ręką Daliona, podeszłam pod drzwi i obserwowałam. Miczi rozebrała Daliona, rozrywając nożycami chirurgicznymi jego ubrania, po czym gdy ten wisiał tak nagi i żałosny, wzięła do ręki skalpel.
                Wyglądała jakby chwilę się zastanawiała nad tym, co chcę zrobić, ale po chwili przycisnęła ostrze skalpela do klatki piersiowej chłopaka i zaczęła wycinać. Tym razem ten się zbudził nie do końca wiedząc o co chodzi. Było jednak za późno na reakcję, bo Miczi skończyła robotę i sutek Daliona upadł z ohydnym plaskiem na ziemię. Zbierało mi się na wymioty i z trudem się powstrzymywałam. Dalion krzyknął coś jak oszalały, a potem gdy zobaczył, że stoi przed nim Miczi to krzyknął jeszcze głośniej. Usłyszałam odległe kroki na korytarzu. Przygotowałam stojak, a Miczi sięgnęła po nożyce.
                Tak jak się spodziewałam umieściła pomiędzy nimi członka Daliona i już miała działać, kiedy drzwi zatrzeszczały, a po chwili wypadły z zawiasów. Do pokoju wbiegł gruby mężczyzna, Karzeł, Bobru oraz Erni. Gdy zobaczyli Miczi nie wiedzieli co zrobić, ale gruby mężczyzna rozpędził się i zaczął szarżować w jej stronę.  To była moja chwila. Przycelowałam stojakiem, żeby go zatrzymać, ale okazał się być tak ciężki, że gdy tylko stojak dotknął jego ciała, a ten poleciał w bok to usłyszałam chrupnięcie łamanej kości. Ból był niesamowity i kolejny raz tego dnia upadłam.
                Osiągnęłam jednak swój cel, bo grubas leżał teraz w resztkach stołu, na którym wylądował po moim odepchnięciu. Kolejny krzyk przeszył cały ośrodek, kiedy Miczi sprawiła, że oba ostrza nożyc się spotkały, przecinając to, co miały na swojej drodze. Fontanna krwi prysnęła na białą podłogę i Dalion drgał jeszcze chwilę w przedśmiertnych spazmach, po czym znieruchomiał. W tym czasie Bobru, Karzeł i Erni weszli do środka, ale gdy zobaczyli mnie natychmiast do mnie podeszli ,za wyjątkiem dowódcy Ostoi, który próbował ogarnąć co się stało, ale po chwili stracił równowagę ślizgając się na kałuży krwi i uderzając ciężko o posadzkę.
- Co… co tu się dzieje? – zapytał Bobru.
                Nie odpowiedziałam. Bolało mnie straszliwie, ale próbowałam wstać. Erni mi w tym pomógł. W tym czasie Gruby się podniósł, ale Miczi była szybsza. Wyciągnęła pistolet i strzeliła w kolano grubasa. Ten upadł ciężko w kałużę krwi. Miczi podeszła do niego i pociągnęła go za tłuste włosy tak, żeby widział jej twarz.
- Pamiętasz mnie skurwielu? – zapytała słodkim głosem.
Nie zdążył odpowiedzieć. Po tym jak na jego twarzy zamalowało się przerażenie Miczi wystrzeliła. Bobru podbiegł do niej i ją złapał, ale ona się wyrwała i wycelowała do niego.
- Daj mi odejść. Zemściłam się na nich, za sam wiesz co i dobrze wiesz, że to stałoby się prędzej czy później. Teraz opuszczam to piekło. Chodź Magda! – zawołała Miczi. Bobru odwrócił się w moją stronę, po czym spojrzał na leżącego Karła, a następnie znów skupił swoją uwagę na Miczi.
- Chwila, odchodzicie z Torunia? – zapytał.
- Tak – odpowiedziałam cicho.
- Z Łapą prawda? Straciłem prawie wszystkich, a teraz tracę również was, tak? – zapytał rozgoryczony. Wyglądał teraz naprawdę staro. Broda pokrywała całą dolną część jego twarzy i była już równie długa, jak włosy na jego głowie. Jego postawa była znacznie mężniejsza, a na koszuli wyraźnie rysowały się mięśnie.
- Jeszcze kiedyś się spotkamy, jak też postanowisz opuścić to piekło Bobru. Jeżeli cię to interesuje to jedziemy na południe. Nie wiadomo jeszcze gdzie, ale jeżeli będziesz szukać, to znajdziesz. Bywaj i dziękuje za wszystko – powiedziała Miczi, po czym przeszła obok niego i podeszła do mnie. Nie wiedziałam co powiedzieć, sytuacja była bardzo smutna. Bobru i Erni nie gonili nas jednak. Tylko obserwowali jak odchodzimy. A my załatwiłyśmy wszystko co miałyśmy załatwić. Ręka, noga i brzuch bolały mnie, ale to była i tak niewielka cena za sukces. Wyszłyśmy ze szpitala i skierowałyśmy nasze kroki na południe. Zaczynał się nowy epizod naszego życia. Toruń był przeszłością.

poniedziałek, 23 lutego 2015

Rozdział 20: Najbliżej

Rozdział 20, kolejny z perspektywy Erniego. Ten rozdział ma miejsce od razu po zakończeniu ostatniego. Zobaczycie jak negocjować będzie Smród z ludźmi z Ostoi, na czele z Bobrem i Karłem i jak rozwinie się sytuacja. Czy negocjacje przebiegną pomyślnie? Zapraszam do czytania i proszę o komentarz oraz rozesłanie bloga znajomym.

----------------------------------------------------

Rozdział 20 (Erni): Najbliżej


                Gdy worek zniknął z mojej głowy przez chwilę nic nie widziałem. Deszcz spływał mi po głowie sprawiając, że moja widoczność spadła do zera. Otrzepałem się niczym pies, żeby zobaczyć do kogo krzyczy Smród, ale widziałem tylko zamazane postacie w oddali. Całe szczęście byłem już tak blisko Ostoi, że to nie mogło się nie udać. Zaraz Bobru mnie uratuje, tego byłem pewien.
                To co mnie bolało to śmierć Cinka. Nie powinien rzucać się na Dalion nawet jeżeli teraz ten był w bardzo ciężkim stanie i dzięki temu prawdopodobnie Ostoja nie będzie musiała robić tak wiele żeby uratować mnie i resztę załogi Zbłąkanego Ocalałego. Cinek poświęcił się dla większego dobra.  Dalion był w bardzo ciężkim stanie i potrzebował natychmiast opieki medycznej lekarzy z Torunia. Teraz nie będzie im tak łatwo wymienić nas za amunicje i zapasy. Muszą walczyć o życie swojego przywódcy, o ile nim był. Byłem zniszczonym człowiekiem. Spędziłem bardzo niewygodny dzień jadąc na tylnym siedzeniu Zbłąkanego Ocalałego praktycznie bez jedzenia i picia. Zlizywałem teraz łapczywie krople deszczu zatrzymujące się na mojej brodzie i twarzy. Ci ludzie jeszcze mi za to zapłacą. Za śmierć ludzi Feline, Cinka oraz za te przejęcie. Gdybym tylko mógł się uwolnić…
                Smród wrzeszczał dalej.
- Wyślijcie tutaj delegacje, nie zaatakujemy was, a na spokojnie obgadamy zasady wymiany!
Odpowiedź nadeszła w trybie natychmiastowym.
- To wy tu przyjdźcie! Z co najmniej jednym zakładnikiem! – krzyknął ktoś, prawdopodobnie był tu Karzeł. Smród zamienił parę słów po cichu z jednym z bandytów, po czym kiwnął głową. Nie byłem w stanie nic usłyszeć, bo dalej byłem nieco ogłuszony oraz deszcz znacznie utrudniał sprawę. Podjęli jednak chyba decyzję, żeby pójść do środka, ponieważ poczułem szarpnięcie i zostałem sprowadzony do pionu. Byłem częścią pięcioosobowej delegacji. Oprócz mnie był Smród, oraz dwie osoby, które niosły Daliona. Ten jęczał przez sen, a krople uderzające o jego rozpalone czoło wydawały się wydawać cichy syk.
                Smród trzymał mnie za kołnierz koszulki, było mi zimno, ale czułem, że zaraz wszystko się ułoży. W końcu jak spotkają Dziarę to będą w jeszcze gorszej sytuacji do mojej. Miałem nadzieję, że Dziara to dobrze rozegra, bo na Karła raczej nie mogłem liczyć. Szliśmy i z każdym krokiem barykada stawała się coraz większa. Teraz na górze stało tylko czterech strażników, którzy z twarzą ukrytą za bandankami obserwowali nas bacznie, w każdej chwili gotowi wyciągnąć broń. Dwa kroki przed bramą ta otworzyła się i zobaczyłem, że czeka tu na nas mnóstwo ludzi, zapewne zaciekawionych całą akcją. W tłumie szybko zauważyłem Bobra oraz Karła, a obok nich Szeryfa. Dziary nie widziałem nigdzie. Wojciech wyszedł na przód tłumu i spojrzał na mnie z przerażeniem w oczach. Po chwili jednak opanował się i starał się przybrać pozór kogoś absolutnie pewnego siebie.
                Smród jednak wydawał się znacznie bardziej stabilny emocjonalnie, wiedział, że może wiele zdziałać dla swojej grupy.
- Potrzebujemy lekarza… SZYBKO! Dopiero, gdy się nim zajmiecie to będziemy mogli porozmawiać, to jeden z warunków – wycharczał łypiąc złośliwie to na Bobra to na Karła. Ten drugi obejrzał się i wyszeptał coś do Bobra. Tamten kiwnął głową i Karzeł spojrzał na mnie.
- Chodźcie za mną – powiedział, po czym odwrócił się do tłumu mieszkańców Ostoi -  A wy wracać na swoje miejsca! To nie jest żadna atrakcja. Wynocha!
Widać było, że zmienił się nieco. Może to co działo się pod moją nieobecność zrobiło z niego lepszego przywódcę? Może Dziara już nie żył? W końcu pewnie on pierwszy ruszyłby stawić czoła tej bandzie bandytów, a tutaj go nie było. Byłem ciekaw też co z Pablordem, Gigantem, Sołtysem czy Łapą. W końcu byliśmy jakąś drużyną i fakt, że przyszedł tu tylko Bobru dziwił mnie.
                Całą grupką, złożoną z Karła, Bobra, ośmiu strażników, oraz naszej delegacji poszła na południe Ostoi w stronę lecznicy. Weszliśmy do środka, a ja z zaciekawieniem obserwowałem salę, mając na uwadze to, że ktoś mógł zostać ranny i tu leżeć. Bobru szedł obok mnie, ale nic nie mówił, w sumie nie było teraz jak porozmawiać. Gdy jednak minęliśmy salę, w której zobaczyłem Pablorda nie wytrzymałem.
- Co się stało? – zapytałem.
- Śpiączka. Długa historia… - powiedział krótko.
Doszliśmy w końcu do pustej Sali, w której jak na zawołanie zjawiło się dwóch mężczyzn ubranych w fartuchy. Jeden z nich musiał być w moim wieku, może odrobinę starszy, a drugi miał siwą brodę i przypominał trochę Sołtysa. Przełożyli ostrożnie Daliona na stół operacyjny i kazali nam wyjść. Trzech strażników zostało w pomieszczeniu żeby przypilnować operacji, tak samo zresztą zrobił jeden z ludzi Smroda. Reszta podążyła do jednego z gabinetów lekarskich i Karzeł grzecznie wyprosił dwójkę znajdujących się tu ludzi i zamknął za sobą drzwi. Usiadłem na jednym z krzeseł obok Smroda i jednego z bandytów, a po drugiej stronie usiedli Karzeł i Bobru. Cała piątka strażników opuściła pokój.
                Przez chwilę wszyscy siedzieli w ciszy, aż w końcu odezwał się Smród.
- Jeżeli go uratujecie i dacie nam zapasy na przynajmniej tydzień… - zaczął.
- Co to w ogóle ma znaczyć? – odezwał się Bobru -  Pomożemy wam z tym człowiekiem, który zniszczył mi życie, a wy chcecie więcej? Skatowaliście moich przyjaciół i ich uwięziliście. Powinniście cieszyć się, że żyjecie – powiedział tonem tak zimnym, że aż ciarki po plecach przechodziły.
- Nie cwaniakuj chłoptasiu. Mamy waszych ludzi, pod waszą barykadą czeka kolejna piątka i to jest cena za nich. Dodatkowo jeżeli w Ostoi jest Miczi to ją również bierzemy –powiedział.
Bobru przez chwilę wyglądał jakby miał zamiar wyciągnąć pistolet i zastrzelić zarówno bandytę jak i grubasa. Powstrzymał się jednak i podrapał po brodzie. Urosła od czasu gdy ją ostatni raz widziałem. Bobru zawsze chciał zapuścić brodę, a teraz, kiedy świat upadł miał ku temu doskonałą okazję.
- Nie ma mowy.
- W takim razie oddamy wam tylko połowę zakładników za pomoc medyczną – odpowiedział Smród.
- Chyba, że odbierzemy ich wam siłą. Póki co to wy jesteście naszymi zakładnikami – odpowiedział Bobru. Czuł się ważny, bo w końcu w grę wchodziło życie moje, Łowcy oraz pasażerów.
- Mam przy sobie krótkofalówkę. Jeden sygnał, że coś jest nie tak i cała reszta twoich przyjaciół ginie – powiedział Smród ukazując garnitur żółtych zębów.
- Tak jak Cinek, tak? – wtrąciłem. Wiedziałem, że Gruby chciał ukrywać tą śmierć, ale Bobru musiał o niej wiedzieć. Tak jak się spodziewałem zareagował tym, że spojrzał na mnie z niedowierzaniem, a następnie wstał i odwrócił się plecami do całego zgromadzenia. Przejechał dłonią po twarzy po czym odwrócił się.
- To prawda? – zapytał Smroda.
- Wyobraź sobie, że tak. Twój przyjaciel dźgnął Daliona jego własnym nożem, chociaż ten potraktował tą dwójkę z ulgą. Pozwolił im uciec i powiedział, że jak ich złapie to przegrają. Dorwaliśmy ich, a ten rzucił się na Daliona. Chciał zaatakować kolejne osoby, więc go zastrzeliłem. Nawet mi tu nie pierdol, że nie zrobiłbyś tego samego, nie bądź hipokrytą, nie takiego Łapa cię pokochała.
                Pomiędzy Łapą i Bobrem też musiało się stać, bo twarz Bobra przyjęła kamienne oblicze. Dawno nie widziałem go w takim stanie.  Ku mojemu zdziwieniu jednak nie naskoczył na Smroda, ani nawet go nie obraził. Nie potraktował go nawet swoim grobowym głosem, po prostu westchnął i powiedział.
- Zapasy na dwa tygodnie, uleczenie Daliona i nigdy więcej was nie widzę na oczy. Ciało Cinka i wszyscy zakładnicy wracają do Ostoi.
- Nie wiem czy możemy sobie na to pozwolić Bobru. Zapasy na dwa tygodnie dla takiej grupy to będzie spory cios dla naszych magazynów… - powiedział Karzeł.
- Pomogę wam odrobić tą stratę, w końcu tu wchodzi w grę życie moich przyjaciół – odpowiedział Bobru – Ciesz się grubasie, że nie przyszedł tutaj Dziara. Wtedy w życiu nie zgodziłby się na takie warunki, ale ja się zgadzam. Więc nie nadwyrężaj mojej cierpliwości i zgódź się na to co ci zaproponowałem.
                Smród wyglądał przez chwilę komicznie, jak zaczął kalkulować czy mu się to opłaca. W końcu kiwnął głową i wstał. Wyciągnął rękę w stronę Bobra, a ten ją ucisnął.
- Umowa stoi – powiedział – Mam nadzieję, że jesteś słownym człowiekiem i jak zaraz wyślę moich ludzi po zapasy oraz po to, żeby przyprowadzili waszych przyjaciół to nie złamiesz umowy. Zostanę w tym szpitalu do czasu, aż Dalion będzie mógł stąd wyjść, to chyba też powinno być jasne.
- Oczywiście – odpowiedział niechętnie Bobru.
Smród nieco nieufnie sięgnął po krótkofalówkę i powtórzył to co ustalił swoim ludziom. Po chwili odwrócił się do nas i powiedział.
- Za pół godziny będą pod bramą z zakładnikami. Przygotujcie do tego czasu zapasy.
                Bobru spojrzał na Karła i kiwnęli do siebie głowami. Karzeł wstał i szybko nakazał strażnikom stojącym przed pokojem, żeby przynieśli parę skrzyń zapasów, medykamentów oraz amunicji i zanieśli je pod bramę. Sam byłem zaskoczony tym jak sprawnie i szybko to poszło. Spodziewałem się burzliwych wymian zdań i kłótni, a wyszło to całkiem dobrze. Za dobrze. Karzeł poszedł załatwiać wszystko, a w pokoju zostaliśmy tylko my oraz Smród.
- Mogę zostać tu z Ernim i pogadać na osobności? Mamy parę tematów do obgadania – powiedział Bobru.
- Ależ proszę bardzo wspólniku! – zawołał radośnie Smród wychodząc z pomieszczenia znikając po chwili za drzwiami.
                Zostaliśmy sami. Myślałem, że teraz Bobru się nieco rozchmurzy, ale jego twarz wciąż pozostawała kamienna. Był zły na całą sytuację oraz coś wyraźnie go gryzło.
- Co się dzieje? – zapytałem.
- Nie jest dobrze. Wszystko się sypie. Nie było cię tydzień, a podczas tego zdarzyło się mnóstwo nieciekawych rzeczy. Chcę żebyś wiedział o wszystkim… - zaczął i opowiedział mi o wszystkim co się ostatnio działo w Ostoi. O ataku Gangu, o śmierci Sołtysa i Łysego, uwiezieniu Giganta oraz ruska, wywiezieniu osób, których Dziara tu nie chciał widzieć, o decyzji Łapy oraz o każdym innym zdarzeniu. Słuchałem z zapartym tchem nie przerywając mu nawet na chwilę. Aż doszedł do konkluzji.
- Nie zostanę tu dłużej. Gdy Gigant zostanie uwolniony za parę dni, a Pablord obudzi się ze śpiączki to idę w ślady Łapy i opuszczam Ostoję. Mam dość tego miejsca, Karła i Dziary – wyznał.
- Rozumiem stary…
- Zostaniesz tu? – zapytałem.
                To było bardzo ciężkie pytanie. Gdyby zapytał mnie o coś takiego zanim opuściliśmy Królowy Most i byliśmy ciągle stałą ekipą to nawet bym się nie zawahał. Ale odkąd znalazłem autobus i zacząłem nim jeździć ustatkowałem się. Nie byłem pewien, czy chcę znowu szukać swojego miejsca na ziemi, jeżeli tutaj było mi dobrze. Co prawda miałem problem z sytuacją jaka tu panuje, ale nie był on aż tak poważny.
- Sam nie wiem. Muszę zobaczyć jak rozwinie się sytuacja. Teraz nie potrafię ci na to odpowiedzieć. Wybacz…
Bobru westchnął ciężko raz jeszcze po czym wstał.
- Musimy pomóc w wymianie. Zresztą jak tu jeszcze trochę posiedzimy to zaraz będą podejrzewać, że coś kombinujemy.
                Chwilę potem wyszliśmy i na korytarzu zobaczyliśmy Smroda. Podeszliśmy do niego.
- Wymiana się zaczęła? – zapytałem.
- Zaraz się zacznie. Chodźcie ze mną, jak się pospieszymy to dogonimy waszego przywódcę.
Opuściliśmy szpital, zostawiając w nim Daliona i podbiegliśmy kawałek, żeby dogonić Karła i paru strażników. Wspólnie ruszyliśmy pod barykadę, którą się tu dostałem. Na miejscu czekały skrzynki z zapasami. Było tego całkiem sporo i wierzyłem, że przez to grupa bandytów spędzi spokojne dwa tygodnie, jak nie więcej przy odrobinie oszczędności. To wszystko była moja wina. Zamiast ominąć Królowy Most musiałem dać się złapać. Dlaczego popełniłem tak głupi błąd?
                Wspięliśmy się na barykadę, aby zobaczyć jak ludzie Daliona prowadzą zakładników. Było ich w sumie siedmiu, tylko, że jednego nieśli i było to nic innego jak ciało Cinka. Serce mi się ścisnęło na ten widok. Cinek był wspaniałą osobą, która nie poddała się i wciąż była groźna nawet pomimo utraty ręki. Poświęcił się żeby zabić Daliona, ale nie zdołał zadać śmiertelnego ciosu, bo został zastrzelony.  Gdy bandyci byli już blisko bramy otworzyły się i zaczęła się wymiana. Karzeł wskazał rękoma skrzynie, a Smród kiwnął głową i wszyscy zakładnicy wylądowali bezpiecznie przy nas. Ja również zostałem uwolniony. Rozmasowałem obolałe nadgarstki, w niektórych miejscach przetarte aż do krwi. Przywitałem się z Łowcą, Rekinem, Karoliną, Olą, Patrykiem oraz dziadkiem, który nas wiózł do obozu Feline. Wszyscy wyglądali na poważnie wykończonych całą sytuacją, ale całych i zdrowych.
                Bandyci brali skrzynię dwójkami, ponieważ były on ciężkie nawet dla tak dobrze umięśnionych i silnych ludzi. Smród podszedł i z nimi jeszcze chwilę porozmawiał przekazując im jakieś informacje, a po chwili podszedł z powrotem do nas. Jego ludzie, poza dwójką, którą zostawił do ochrony, wrócili do pojazdów. Ku mojej uciesze po chwili przez bramę wjechał Zbłąkany Ocalały. Smród oddał go. Był oczywiście w kiepskim stanie, ale trochę lakieru, nowa blacha i będzie jak nowy. Zastanawiało mnie zachowanie Smroda. Czy był aż tak bardzo zdesperowany żeby normalnie negocjować? Myślałem, że to przebiegnie znacznie gorzej, dojdzie do strzelaniny, będę musiał uciekać, a tutaj wszystko układało się… jak w normalnym świecie.
                Zadowoleni z efektów wymiany wszyscy wrócili do szpitala. Tym razem nie miałem czasu na rozmowę z nikim, ponieważ wolni sanitariusze zaczęli nas opatrywać. Byłem strasznie obolały po uderzeniu Daliona, oraz późniejszym wyżyciu się na mnie Smroda, ale w porównaniu z tym co mogli mi zrobić to i tak było nic. Jedna z sanitariuszek opatrzyła mnie dokładnie, po czym usiadłem z boku i patrzyłem jak składa do kupy resztę.  Usiadłem na jednej z ławeczek i po chwili przy mnie usiedli Rekin, Łowca oraz Karolina. Ta ostatnia wydawała się bacznie mnie obserwować od samego przybycia do Ostoi, więc chciałem ją za chwilę spytać o powód, ale wtedy zagadał do mnie Łowca.
- Wiesz co stary? Chyba jednak się nie pokuszę na kolejną podróż. To zbyt traumatyczne jak dla mnie. Wolę ciężarówki od autobusów – próbował zażartować. Uśmiechnąłem się mimowolnie po czym wpadło mi do głowy pytanie.
- Właściwie to odzyskałeś swój karabin snajperski? – zapytałem.
- Całe szczęście tak. Nie wiem ogólnie o co chodzi, ci ludzie byli takimi skurwysynami, a odkąd trafili tutaj, z jednym delikwentem, któremu troszkę pocięli flaki, to zachowują się inaczej. Ale wszyscy są już bezpieczni, więc to nie może być podstęp – stwierdził jednooki.
- Też się nad tym zastanawiałem.
- Jak się wam udało uciec? – wtrącił nagle Rekin. Cała sytuacja musiała dla niego być stresująca, bo wyglądał bardziej mizernie niż wtedy, kiedy spotkaliśmy go na przystanku, a dodatkowo na jego czarnej brodzie, było jeszcze więcej pasków siwizny.
- Dalion zagrał z nami w chorą grę, nawet nie chcę mi się o tym przypominać… Wypuścił nas i potem gonił. A właściwie dogonił.
                Łowca i Rekin po chwili zostali zawołani do Sali lekarskiej, a ja zostałem sam z Karoliną. Była strasznie nieśmiała i dla wielu mogłaby być uważana za po prostu brzydką, ale dla mnie miała to coś. Postanowiłem do niej zagadać.
- Przepraszam za trudności w podróży… - zacząłem.
- Nie szkodzi. Teraz jest już bezpiecznie i mam nadzieję, że będę mogła tutaj spędzić długi okres czasu wraz z przyjaciółką i podopiecznym – powiedziała.
- Nic poważnego ci się nie stało? – zapytałem z troską.
- Nie… dziękuje, że pytasz.
- Hmm… może dałabyś się wyciągnąć na herbatę jutro? Poczuje się lepiej jak chociaż trochę odpłacę ci za to co zrobiłem. Mogę też oprowadzić cię trochę po Ostoi – zaproponowałem.
- Grzechem byłoby odmówić – powiedziała uśmiechając się.
                Na korytarzu byli teraz właściwie wszyscy, którzy uczestniczyli w wymianie. Smród siedział ze swoimi ludźmi, zaraz obok siedzieli Karzeł i Bobru oraz paru strażników z Ostoi, przy mnie byli wszyscy, którzy trafili na pokład Zbłąkanego Ocalałego, ale wciąż brakowało mi tu między innymi Dziary. Podszedłem do Bobra i Karła i zapytałem.
- Gdzie jest Dziara?
- To bardzo dobre pytanie – powiedział Wojciech.
- Może poślijmy kogoś po niego? – zaproponował Bobru.
- Nie ma sensu, jeżeli nie przyszedł zobaczyć co się dzieje, to najprawdopodobniej jest czymś zajęty, a ktoś z jego bliższego otoczenia składa mu raporty – powiedział Karzeł.
- Może i macie racje – powiedziałem siadając ciężko na ławce.
                Wtedy otworzyły się drzwi Sali operacyjnej, a lekarze wyszli z niej powoli, widocznie zmęczeni. Smród poderwał się jak poparzony, ale lekarz uspokoił go ręką.
- Stan pacjenta jest stabilny. Obrażenia były niewielkie, nóż nie nadwyrężył żadnych ważnych organów, ale utrata krwi była prawie śmiertelna w skutkach. Przetłoczyliśmy mu krew i myślę, że z rana możecie go zabierać z powrotem do siebie. Będzie mocno osłabiony, ale przeżyje i myślę, że trochę odpoczynku i dobrego jedzenia i za maksymalnie dwa tygodnie wróci do pełni formy.
Smród uśmiechnął się.
- Dziękuje. Czy mogę do niego wejść? – zapytał.
- Wolałbym nie. Pacjent teraz zasnął, niech odpocznie.
                Smród usiadł z powrotem na swoje miejsce. Był zadowolony. Z godziny na godzinę szpital robił się coraz bardziej pusty. Ja jednak czekałem razem z Bobrem i Karłem. Wszyscy jednak przenieśliśmy się do dużej poczekalni korytarz obok, żeby nie przeszkadzać pacjentom rozmowami i innymi hałasami. W międzyczasie odwiedziłem Pablorda i ze smutkiem słuchałem relacji Bobra, który mówił, że nikt nie wie, kiedy ten się obudzi. Uścisnąłem rękę kompana jakby mając nadzieję, że otworzy oczy i normalnie wstanie, ale nic się nie stało. Wróciłem do poczekalni i pomimo zmęczenia czekałem. Nie będzie tutaj bezpiecznie, póki na terenie jest Smród i ludzie Daliona, więc warto było jeszcze trochę się przemęczyć na rzecz dłuższego odpoczynku.
                Wszyscy już przysypiali, kiedy nagle gdzieś w głębi kompleksu słychać było krzyk. Momentalnie senna atmosfera została przerwana i wszyscy wybiegli z poczekalni, żeby zobaczyć co się dzieje. Miałem przez chwilę nadzieję, że to Pablord się obudził, ale przebiegając obok jego Sali nie zauważyliśmy zmian. To musiało dochodzić z pomieszczenia, w którym był Dalion. Smród biegł pierwszy i nie tracąc czasu na otwieranie drzwi w normalny sposób, natarł na nie całym swoim ciężarem. Te oczywiście nie wytrzymały i z hukiem upadły na ziemię. To co zobaczyliśmy w środku było tak dziwne, że przez chwilę nie mogłem tego zrozumieć. Łożko Daliona było postawione do pionu, a on sam był do niego przywiązany całkowicie nagi. Z miejsca, gdzie był jego sutek ciekła strużka krwi, a sama brodawka leżała na podłodze w niedużej kałuży krwi. Przy Dalionie stała dziewczyna, którą od razu rozpoznałem. Była to Miczi. Trzymała oburącz nożycę, a pomiędzy ostrzami znajdowało się przyrodzenie Daliona. Ona uśmiechnęła się tylko złowieszczo, a ja już wiedziałem, że to nie skończy się dobrze. Bobru i Karzeł też nie wiedzieli co o tym myśleć. Smród patrzył przez chwilę z niedowierzaniem, po czym przeszedł do szarży.