niedziela, 4 października 2015

Rozdział 19: Moment

Rozdział 19, kolejny z perspektywy Bobra. Wraz z grupą wjeżdżają na tereny Złomiarzy, aby odnaleźć Feline. Bobru ma pewien plan, który postara się wykonać. Czy mu się uda? Zapraszam do czytania, komentowania oraz proszę o rozesłanie bloga znajomym.

POV:
Rozdział 19 - Bobru - Dzień 9-10
Olaf - Dzień 9-10 - Jest w okolicach Płońska
Irek - Dzień 9-10 - Jest na farmie Włodka.

----------------------------------------

Rozdział 19 (Bobru): Moment


                Przejechaliśmy granicę zajmowane przez Złomiarzy. Na tym terenie było zdecydowanie niebezpieczniej niż w każdym innym miejscu w okolicach. Co prawda Złomiarze też starali się zabijać zombie, ale na pewno nie byli przyjaźnie nastawieni do osób, które jechały tu w kamizelkach Toruńskiej Ostoi Ocalałych i w ich pojeździe. Byłem pewien, że jak tylko spotkamy patrol to od razu rozpocznie się walka, albo chociaż nieprzyjemna wymiana słów. Minęliśmy sporą mogiłę, z której nawet z oddali słychać było setki much. Gdy przejechaliśmy obok te zerwały się niczym chmura, aby po chwili znów usiąść i delektować się zgniłymi ciałami. Teraz zacząłem się zastanawiać czy była realna szansa na to, żeby zarazić się po przypadkowym zjedzeniu takiej muchy. Jakież by to było smutne.
- Ciekawe czy znów spotkamy tę rodzinę – zastanawiała się Wiktoria.
                Miała na myśli rodzinę, która uratowała nas przed Złomiarzami, chociaż okazało się potem, że sama do nich należała. Nie wiedziałem co kierowało tymi ludźmi, ale ja, Pablord oraz Wiktoria, zawdzięczaliśmy im życie. Bardzo możliwe, że po tym jak nam pomogli zostali surowo ukarani, ale miałem nadzieję, że powiodło się im i znaleźli spokój w swojej dziwnej społeczności. Od tego wiele zależało.
                Znajdowaliśmy się teraz w okolicach Grudziądza, niedaleko lasu sąsiadującego z głównym złomowiskiem. Nadal pamiętałem to miejsce. Cała góra wraków aut, które zniszczone tworzyły labirynt blach, w którym łatwo było się zgubić. Złomiarze potrafili się jednak po nim poruszać i świetnie sobie radzili w urządzaniu zasadzek w takim miejscu. W sumie stąd pochodziła ich nazwa.
- Mam nadzieję, że nie. Sami mówili, że tym razem będą chcieli nas zabić, a ja nic do nich nie mam – wytłumaczyłem.
Józef spojrzał na mnie i uśmiechnął się. Po ostatniej rozmowie wydawało mi się, że bardzo zaczęło mu zależeć na tym, żebym stał się lepszym człowiekiem. Nie wiem skąd w nim nagle wzięły się takie zapędy, ale rozumiałem, że każdy próbuje znaleźć w sobie i bliskich odrobinę człowieczeństwa, której coraz bardziej brakowało na świecie.
- Mamy w końcu jakiś plan? – zapytała Miczi.
- Musimy dostać się do dowództwa. Najlepiej w jakimś odosobnionym miejscu. Myślę, że oni trzymają Feline bo chcą czegoś od nas. Jak dowiemy się czego to pomyślimy co dalej – powiedziałem.
- A co jeżeli będą chcieli Torunia? Albo od razu rzucą się, żeby nas zabić? – zapytała pesymistycznie.
- Wtedy będziemy musieli się bronić. Miejmy jednak nadzieję, że do tego nie dojdzie…
                Podjechaliśmy do krawędzi lasu, mając stąd dobry widok na Grudziądz oraz złomowisko. Obserwowaliśmy te dwa miejsca z bezpiecznej odległości, chociaż tak naprawdę nie mieliśmy pojęcia jak działa struktura Złomairzy i czy wiedzą już o nas, czy jeszcze nie. Znaleźliśmy dwie nieduże chatki, które zaczęliśmy przygotowywać powoli na noc. Chociaż dopiero zapadał wieczór, a wczoraj pomimo Wielkiego Spotkania Ocalałych wszyscy się wyspali, to wciąż woleliśmy mieć pewne i w miarę bezpiecznie miejsce.
                Przy samej bazie nie spotkaliśmy żadnego trupa, nie licząc jednego, który musiał zaklinować się w studni, bo wydawało się, ze mógł się rozpłynąć w każdej chwili. Dobiliśmy go i rozpakowaliśmy potrzebne na noc zapasy.
- Może odpalimy flarę? – zaproponowała Wiktoria.
- Nie. Lepiej nie. Wiesz… chociaż chciałbym to rozwiązać pokojowo – zacząłem, gdy Wiktoria podeszła do mnie w czasie obserwacji terenu na uboczu – to wiem, że prawdopodobnie skończy to się rozlewem krwi. Po prostu czuję się bezsilny. Każdy problem jaki teraz mamy można rozwiązać tylko siłą. To beznadziejne.
- Dalej nie rozumiem co zrobimy, gdy spotkamy kogoś z dowództwa. Wątpię żeby oni chodzili sami… w sensie dowódcy. Przecież ty i Dziara w Ostoi zawsze jesteście obstawieni, albo chowacie się za murami, gdzie nic wam nie może zagrozić – stwierdziła. Spojrzałem na nią. Wiedziałem, że nie to miała na myśli i chciała już się odezwać, ale przerwałem jej.
- Spoko, wiem o co chodzi. Ale z jednym się zgodzić nie mogę. Nie rządzę Ostoją. To prawda pomagam i często decyduję nawet o wielu rzeczach, ale to wciąż nie jest to – powiedziałem lekko przerażony tą myślą.
- Nie chciałam tego powiedzieć. Nie to miałam na myśli. Wiesz zresztą sam. Ufam ci Bobru. Raz mnie stąd wyciągnąłeś i wierzę, że od biedy zrobisz to po raz drugi. Dlatego po prostu nie będę pytać i poczekam na rezultaty – zapewniła.
                Uśmiechnąłem się do niej.
- Dzięki – powiedziałem cicho.
Wieczór nadszedł dosyć szybko i zobaczyłem światła rozświetlające okolicę. Grudziądz, tereny przy Złomowisku, oraz stadion. Ta ostatnia lokacja była najbardziej ciekawa. Co tam mogło być? To pytanie dręczyło mnie podczas jedzenia kolacji, co od razu zauważył Pablord.
- Co jest stary?
- Ten stadion. Dlaczego go przejęli? Nie jest to najgorsze miejsce do obrony, ale kompletnie nie pasuje do ich stylu bycia – zastanawiałem się.
- Może trzymają tam auta? To dosyć sporo, otoczonego miejsca – podsunęła Miczi.
- Może – odpowiedziałem. Nie mogłem się skupić. Chociaż sprawa z Łapą i zresztą została oficjalnie rozwiązana to nie mogłem dać sobie ostatecznie spokoju. Wciąż wahałem się czy dobrze postąpiłem pozwalając jej bezkarnie wrócić. Byłem zły na siebie za to, że ta kobieta miała na mnie aż taki wpływ, oraz za to, że jej wciąż ulegałem. Potrzebowałem jej jednak.
                W nocy wyjątkowo nie zostawiliśmy nikogo na warcie. Po upewnieniu się, że drzwi i okna są całkowicie zabarykadowane, a w samym domu nie ma żadnych zombie zasnęliśmy. Nie chciałem, żeby ktoś jutro był zmęczony. Musieliśmy być gotowi i dać z siebie wszystko. Chociaż jedna grupa została wysłana do obozu przy Płońsku to wciąż wiedziałem, że prawdopodobnie nie znajdą tam Feline. Jedynie informacje, które powiedzą gdzie ona jest. A to było praktycznie pewne. Musiała być gdzieś tutaj.
                Wstaliśmy rano i powoli przygotowaliśmy się do dalszej drogi. Zjedliśmy lekkie śniadanie złożone z sucharków i popiliśmy wodą. Zebraliśmy swoje wszystkie rzeczy i już chcieliśmy wychodzić, kiedy usłyszeliśmy trzask na ganku domu. Niczym dobrze nakręcony zegarek wszyscy, w jednej chwili, schowali się za osłony i wyciągnęli bronie. Moja wciąż nieco bolała po ostatnich przygodach, ale mogłem bez problemu strzelać. Wsłuchiwaliśmy się i słyszeliśmy wyraźne kroki. Przynajmniej dwie osoby. Po chwili za jednym oknem przesunęła się powoli sylwetka, a za nią druga.
                Kiwnąłem tylko głową i zatkałem uszy, gdy Miczi pociągnęła serią po ścianie. Usłyszeliśmy głuchy trzask, gdy dwa ciała upadły na deski. Wtedy wszystko przyspieszyło. Na tyłach otworzyły się drzwi i do środka wpadło trzech mężczyzn. Najbliżej nich był Józef, który zgodnie ze swoim zwyczajem zdzielił pierwszego z nich potężnym kopniakiem w brzuch. Drugi wycelował w stronę Wiktorii, ale ta była szybsza i trafiła swojego przeciwnika w udo. Ten krzyknął i upadł ciężko na podłogę upuszczając broń. Trzeci widząc dwóch leżących towarzyszy  chciał wycofać się za ścianę, ale podobnie jak nasze pierwsze ofiary nie wziął pod uwagę tego, ze są one zrobione z drewna, a co za tym idzie pociski przechodzą przez nie bez większego problemu. Szczególnie z karabinu Miczi.
                Nagle do środka wpadło coś, co na pierwszy rzut oka wyglądało na kamień. Syczało jednak i dymiło. Zdążyłem krzyknąć tylko teatralne „Padnij!” zanim usłyszałem huk, a eksplozja odrzuciła mnie do tyłu. To był granat. Mieliśmy jednak niesamowite szczęście bo wpadł on prosto do kominka, który zniwelował mocno siłę eksplozji, uwalniając chmurę czarnego, gęstego dymu. W uszach słyszałem tylko pisk, a przed oczami miałem czarno. Kaszlałem próbując złapać trochę świeżego powietrza, ale nie było to łatwe. Poczułem czyjeś ręce, ciągnące mnie do korytarza i zobaczyłem Pablorda, który kaszląc próbował mi pomóc. Niezręcznie przesunąłem się za osłonę.
                Znajdowaliśmy się teraz w korytarzu, który prowadził do wyjścia, oraz do pokojów po bokach. Salon, w który działa się strzelanina i wybuchł granat ucichła nieco, ale wciąż widzieliśmy dokładnie drzwi, w których pojawiła się twarz mężczyzny. Widziałem, że próbował dostrzec ile osób zabił. Czarne obłoki powoli opadały i kolejne co udało mi się zobaczyć to Michael, który rozbija potężnym uderzeniem czaszkę napastnika.
- Wychodzimy stąd! – krzyknąłem ochrypłym głosem, spluwając i próbując wstać. Teren był czysty. Widzieliśmy auto stojące niedaleko naszego. Wszyscy z trudem łapali hausty świeżego, chłodnego powietrza.
- Wszyscy są cali? – zapytał Józef.
- Strasznie boli… mnie głowa… - powiedziała słabym głosem Wiktoria.
                Podszedłem do niej i położyłem ją na trawie. Dotknąłem ręką jej czoła i odgarnąłem włosy.
- Oddychaj – powiedziałem spokojnie – Zaraz powinno ci przejść. Reszta zbierajcie się. Złomiarze wiedzą, ze tu jesteśmy – krzyknąłem.
Wiktoria oddychała ciężko. Była bardzo blisko eksplozji i byłem pewien, że gdyby nie to, że granat wleciał do kominka, to mogłaby zostać naprawdę ciężko ranna, a może nawet zginąć. Auto po chwili było gotowe. Dałem towarzyszce pić, a ta po chwili podniosła się ciężko. Wsiedliśmy do auta i ruszyliśmy powoli w stronę złomowiska.
- Jesteś pewien? – zapytała Miczi.
- Tak. Zaufajcie mi – odpowiedziałem.
- Ile osób nas zaatakowało? – zastanawiał się na głos Pablord.
- Ponad pięć. To był patrol. Zapewne, za jakieś dwie godziny wszyscy będą wiedzieli, że nie wrócili i coś im się stało. Musimy przyspieszyć – powiedziałem.
                Złomowisko było coraz bliżej nas. Podjeżdżaliśmy od przeciwnej strony niż ostatnio. Wydawało się one jeszcze większe, ale nie widziałem go już jakiś czas i po prostu mogłem je inaczej pamiętać. Tutaj, ponad miesiąc temu, straciliśmy Jonasza, który był Czerwoną Flarą i naprawdę porządnym człowiekiem. Żałowałem, że musiał w tak głupi sposób zginąć, chociaż nie widziałem jego śmierci na własne oczy, to byłem świadkiem tego jak w niego strzelają, a on zostaje na tyłach, żeby umożliwić nam ucieczkę. To był naprawdę heroiczny wyczyn z jego strony i zawdzięczałem mu życie. Niestety nie mogłem już spłacić tego długu.
                Zatrzymaliśmy się w uliczce, niedaleko sklepu, w który przeżyliśmy z Pablordem, Jonaszem oraz Wiktorią małą przygodę na zlecenie rodziny Złomiarzy. Zostawiliśmy auto tutaj i ruszyliśmy z wyciągniętymi broniami opuszczoną uliczką.
- Wiktoria, Pabi – zacząłem po cichu – Szukamy śladów rodziny.
- Co? Sam mówiłeś, że to niebezpieczne – zdziwiła się Wiktoria.
- Jeszcze bardziej niebezpieczne było to, co się stało w nocy. Nie ma sensu negocjować z tymi ludźmi. Dowiedzmy się czegoś i pomyślimy co dalej – stwierdziłem.
Z uliczki przed nami wyszedł zombie, który nie zdążył nawet obrócić się w naszą stronę. Michael był szybszy i znokautował go silnym uderzeniem w czaszkę.
- I oni mieszkają gdzieś tutaj? – zapytała Miczi.
- Tak. Parę uliczek dalej – powiedziałem.
- Myślisz, że nam pomogą?
- Mam nadzieję – powiedziałem.
                Ruszyliśmy do przodu i gdy byliśmy już naprawdę blisko celu usłyszeliśmy silnik auta. Schowaliśmy się szybko za niedużym kamiennym murkiem obserwując okolicę. Gdzieś z prawej nadjeżdżało przynajmniej sześć aut. Hałas narastał, więc byłem pewien, że jadą w naszą stronę. Czy mogła to być Łapa z posiłkami z Torunia? Wątpiłem, ale taką opcję również trzeba było rozważyć. Auta wyjechały w końcu zza rogu i od razu poznałem, że to Złomiarze. Schowałem się za murkiem, nie obserwując ich nawet, bo wiedziałem, że przejeżdżając mają duże szansę nas zauważyć.
                Pierwsze pojazdy minęły nas. Już miałem odetchnąć z ulgą, kiedy jeden z wozów zatrzymał się tuż obok nas, po drugiej stronie murka. Przełknąłem ślinę. Na ulicę wyszły przynajmniej trzy osoby. Jeden był mężczyzną, oddychał ciężko i ochryple, dosyć charakterystycznie. Dwie pozostały prawdopodobnie były kobietami, bo rozmawiały cicho między sobą i miały wysokie głosy.
- Zamordowani? – zapytał mężczyzna.
- Tak. Ktoś jest w okolicy. To pewnie te psy z Płońska przyjechały po swoją sukę – rzuciła jedna z kobiet. Cieszyłem się, że nie było z nami Olafa, bo ten od razu rzuciłby się na nich, gdyby usłyszał coś takiego.
- Wanda ich szuka. Mam nadzieję, że będą cierpieć – stwierdziła druga kobieta.
- Wszyscy zdrajcy i bandyci muszą cierpieć – zauważyła ta pierwsza.
- Przejdźmy się po ulicy parę razy, żeby nie było, że nic nie robimy – zaproponował mężczyzna i poszli dalej, w stronę, z której przyszliśmy.
                Gdy tylko zniknęli za zakrętem poderwałem się i wraz z resztą podbiegliśmy dalej, wchodząc na uliczkę, na której zaczynało się Złomowisko, oraz dom rodziny, którą tu kiedyś spotkaliśmy. Od razu zlokalizowałem go wzrokiem i pokazałem reszcie. Wyglądał właściwie tak samo jak ostatnio, może był jeszcze bardziej zapuszczony. Zacząłem czuć presję tego miejsca. Szukali nas, a z rana próbowali zamordować. Nie rozumiałem dlaczego tak agresywnie podchodzili do sąsiednich obozów, ale miałem nadzieję, że albo ich stąd przegonimy, albo uda nam się ich pokonać. Szansy na sojusz już nie było.
                Podeszliśmy pod same drzwi. Zastanawiałem się czy zapukać, czy po prostu wejść. Moi towarzysze rozglądali się nerwowo po bokach, a co chwilę z daleka było słychać silnik auta lub inne podobne hałasy. Postanowiłem w końcu delikatnie pociągnąć za klamkę i otworzyć drzwi. Ku mojemu zaskoczeniu były otwarte. Skrzypnęły przeciągle, więc ktokolwiek był w środku na pewno już to usłyszał. Pomimo to weszliśmy po cichu, rozglądając się. Podobnie jak ostatnio w środku panował pół mrok. Zasłony skutecznie odcinały światło słoneczne, zostawiając tylko nieduże smugi, oświetlające nieco wnętrze.
                Włączyliśmy latarki i przygotowaliśmy się do ewentualnego ataku. Szliśmy powoli korytarzem. Serce biło mi znacznie szybciej niż powinno, ale nie potrafiłem się uspokoić. Ryzyko było ogromne. Rozglądaliśmy się po półkach i reszcie mieszkania i widzieliśmy wszechobecne znaki, że ktoś tu nadal mieszka. Otwarta puszka jedzenia, czysty stół, broń leżąca przy kanapie. Wszystko wskazywało na zwykłą kryjówkę, chociaż musiałem przyznać, że nieco się tu pozmieniało. Było jednak pusto. Kuchnia, miejsce w którym spaliśmy, nigdzie nikogo nie było. Zacząłem się zastanawiać, gdzie mogli się podziać ostatni lokatorzy. Weszliśmy do ostatniego pomieszczenia i usłyszeliśmy całą symfonię przeładowywanych broni.
- Upuśćcie broń dla waszego własnego dobra – powiedziała jakaś kobieta. Kojarzyłem jej głos.
                Zasłona została zerwana, a nas chwilowo oślepiło światło dnia. Gdy wzrok przyzwyczaił się do jasności zobaczyłem rudą kobietę siedzącą na kanapie. Obok niej stało paru mężczyzn z karabinami, którzy mierzyli w nas. Sytuacja była fatalna.
- Gdzie jest… - zacząłem pytać, ale ta przerwała mi.
- Zdracja, dzięki któremu opuściłeś to miejsce? Zawisł wraz z rodziną. Nie tolerujemy tu zdrajców. Tak samo jak morderców. Wymordowałeś cały mój oddział. Tak właśnie działa słynny Bobru z Ostoi? – zapytała, a jej głos był zimniejszy niż lód.
- Zaatakowali nas z rana. Gdybyśmy nie obudzili wcześniej to pewnie byśmy nie żyli – odgryzłem się. Sytuacja była na tyle beznadziejna, że nic więcej mi nie zostawało do zrobienia.
- Chciałam negocjować. I dalej chcę. Wiem kogo chcecie, ale ja też mam swoje warunki. Może nawet się dogadamy. Zawsze lubiłam tak bezczelnych i odważnych ludzi jak ty – powiedziała nieco cieplej.
                Bronie zostały nam zabrane, a mężczyźni otoczyli nas, wciąż celując karabinami.
- Najpierw jednak, zanim dotrzemy do przyjemniejszego miejsca, chcę dowiedzieć się jednej rzeczy – wstała i podeszła do mnie. Z bliska mogłem zauważyć, że jej oczy wydawały się nie mieć żadnej głębi. Zupełnie jakby patrzył na mnie trup.
- Nie chcemy kłopotów, po prostu przyszliśmy negocjować – powiedziałem.
Spoliczkowała mnie.
- Przestań łgać i nie przerywaj mi – syknęła. Widziałem jak Miczi chciała coś zrobić, ale jeden z mężczyzn złapał ją za rękę i wykręcił.
- Ej! – krzyknąłem odwracając się. Momentalnie wszyscy towarzyszę Wandy przycisnęli nas karabinami do ścian, a niektórych sprowadzili na podłogę. Ja zaliczałem się do tych pierwszych. Sapnąłem gdy uderzono mną z dużą siłą, ale wciąż patrzyłem na kobietę.
- Zgrywacie takich świętych prawda? Niesamowita Ostoja Ocalałych w Toruniu. Świetna społeczność. BZDURY! – wrzasnęła tak, że aż zadzwoniło mi w uszach – Co powiesz mi o kamuflażu z użyciem skór zombie? – zapytała.
- To Zszyci. Grupa ocalałych, która od jakiegoś czasu pałęta się po okolicy – powiedziałem jej nie wiedząc czemu miałbym kłamać.
- To wasi ludzie. Dziara myślał, że jest taki cwany? Zawsze popełnia te same błędy – mówiła jakby sama do siebie.
- To nie są nasi ludzie. Nie wiemy o nich nic konkretnego.
- Co to za spotkanie? Ta suka z Płońska pomimo ostrego lania nie powiedziała ani słowa, ale jestem pewien, że ty otworzysz się nieco przede mną? – zapytała podchodząc do Pablorda i przystawiając mu nóż do gardła.
                Przeszył mnie dreszcz. Przypomniała mi się niewola w obozie ojca Łapy w Supraślu. Gruby ochroniarz, który męczył mnie, Cinka i Erniego. Pamiętałem blok w miasteczku w drodze do Torunia, gdzie wpadłem na bandytów. Historie o Jakubie, zanim ten trafił na pokład Potwora. To wszystko to było nic. Nigdy nie czułem takiej beznadziejności jak teraz. Wplątałem moich ludzi w bagno i nie mogłem zrobić nic. Musiałem grać na czas.
 - Powiem ci wszystko – obiecałem.
- Powiesz – odpowiedziała po czym machnęła ręką. Mężczyźni jak na zawołanie uderzyli każdego z nas w brzuch lub w głowę. Ja byłem ostatni. Chociaż nie straciłem przytomności to zamroczyło mnie, a po chwili poczułem materiał na głowie. Ostatnie co widziały moje oczy przed nałożeniem worka to bezwzględna twarz Wandy, która mówiła:
- Zabrać ich.

wtorek, 29 września 2015

Rozdział 18: Odpowiednie podejście

Rozdział 18, kolejny z perspektywy Olafa. Wraz z paroma innymi osobami Olaf jedzie w okolicę Płońska, żeby zdobyć informacje o tym gdzie dokładnie jest Feline. Chociaż grupa jest mała ma na pokładzie Łapę, która wyjątkowo chętnie chcę pomóc w odbudowaniu Płońskiego obozu. Zapraszam do czytania, komentowania oraz rozesłania bloga znajomym.

POV:
Rozdział 18 - Olaf - Dzień 9 - 10
Bobru - Dzień 9 - 10 - Znajduje się na terenie Grudziądza.
Irek - Dzień 9 - 10 - Jest na terenie gospodarstwa Włodka.

--------------------------------------------

Rozdział 18 (Olaf) : Odpowiednie podejście


                Nasza grupa wyjechała jako pierwsza i cieszyłem się. Chciałem jak najszybciej dostać się na miejsce i znaleźć Feline. Z początku byłem nieco zawiedziony tym, że mnie, jako osobę, której najbardziej zależy na odbiciu dowódczyni Płońska, przydzieli do grupy bocznej, ale ostatecznie nie było to takie złe. Nawet jeżeli nie znajdziemy jej w obozie Złomiarzy, który jest niedaleko Płońska to zawsze będzie oznaczało tylko to, że szuka jej Bobru oraz jego ludzie. W tych czasach to był ktoś, kogo należało się naprawdę bać. Właściwie cała jego grupa wydawała się być twarda, ale należało sobie zadać pytanie, czy istnieli teraz „słabi” ludzie?
                Wyjechaliśmy, średniej wielkości, samochodem terenowym, który był zatankowany do pełna i miał trochę podstawowych zapasów. W składzie ze mną było sześć osób. Kuba wraz z kumplami siedzieli na środkowym siedzeniu i milczeli, widocznie niespokojni. Nie mogłem ich oskarżyć o tchórzostwo, bo sam się bałem, jednak u nich to było aż nazbyt widoczne. Kierował masywny mężczyzna, którego wołali Łowca. Radził sobie za kółkiem wspaniale, więc przynajmniej nie musiałem się martwić o to, że zginiemy w drodze. Najbardziej intrygowała mnie jednak Łapa i jej siostra siedzące z tyłu. Kobieta wydawała się być po prostu dzika, nie mogłem sobie wyobrazić jej przed apokalipsą, chodzącej w dżinsach i bluzce po ulicach. To wykraczało poza moją wyobraźnię.
                Chociaż byłem wyznaczony do prowadzenia reszty do obozu to Łowca zdawał się doskonale wiedzieć gdzie jedzie.
- Znasz te okolice? – zapytałem.
- O chłopie. Pół życia jeździłem moim Potworem po okolicznych drogach – pochwalił się. Parsknąłem śmiechem, a on spojrzał na mnie zdziwiony – Co w tym takiego śmiesznego?
- Zabawne stwierdzenie – odpowiedziałem. W moim wnętrzu obok wiecznego marudy siedział wieczny student, którego czasami po prostu bawiły takie stwierdzenia.
- Och… już rozumiem. Rzeczywiście zabawna gra słowna. Potwór to nazwa mojego tira. Byłem dostawcą – dodał.
- Ach, teraz rozumiem – odpowiedziałem śmiejąc się pod nosem.
- A ty? – zapytał.
- A wiesz… dorabiałem tu i tam. Moje życie było równie chujowe jak teraz – powiedziałem.
- Dobrze prawisz. Myślę, że dobrze byśmy się dogadali przy jakiejś wódeczce, no ale mamy robotę do zrobienia – podrapał się po plecach.
- To prawda – uciąłem i umilkłem.
                Przez następną godzinę jechaliśmy na wschód. Byliśmy w połowie drogi do Płońska, a obóz Złomiarzy, który mieliśmy zaatakować, był jedynie parę minut drogi dalej. Chociaż Złomiarze często zapuszczali się w nasze tereny, to nigdy nie zrobiliśmy z nimi nic, przez co ich obóz wciąż stał. Był tam też Kamil, którego widziałem na własne oczy, gdy porywał Feline. To on rządził tym obozem, chociaż samymi Złomiarzami rządziła kobieta, która nazywała się Wanda.
                Postój zrobiliśmy na opuszczonej stacji benzynowej usytuowanej w lesie. Oprócz niedużego sklepiku i paru dystrybutorów było tutaj całkowicie pusto. Nie stały nawet wraki aut, ani nie było słychać żadnych trupów. Parę z nich leżało jednak z roztrzaskanymi czaszkami, nieopodal  sklepowych drzwi. Ktoś musiał tutaj być jakiś czas temu i bronić się w środku. Znudzony wyjąłem zmiętą paczkę papierosów i wyciągnąłem jednego ustami. Odpaliłem go  i puściłem chmurę dymu, zaciągając się potężnie.
- Fajki uspakajają – powiedział ktoś podchodząc do mnie od tyłu. Obejrzałem się i zobaczyłem Łapę.
- Chcesz? – zapytałem, nie wyjmując papierosa z ust.
- Skuszę się – powiedziała. Podałem jej paczkę i pomogłem odpalić - Straszny chłam – stwierdziła wypuszczając dym nosem.
- W tych czasach cieszę się, że mogę palić chociaż to – zaciągnąłem się czując przyjemne drapanie w gardle.
- Racja – odpowiedziała po cichu, jakby zastanawiała się nad czymś – Opowiesz mi coś o tej Feline? To twoja dziewczyna? – zapytała.
                Nie wiem dlaczego, ale to pytanie mnie zdenerwowało. Przez chwilę nie chciałem w ogóle odpowiadać, ale w końcu przełamałem się.
- Nie. Przyjaciółka.
- Wiesz… wszystko idzie w pizdu. Warto znaleźć sobie drugą połówkę, jakby tandetnie to nie brzmiało – stwierdziła spoglądając na mnie.
- To moja szefowa. Tak jak twoim szefem jest Ben – powiedziałem, chociaż wiedziałem, że to nie prawda. Chciałem ją rozdrażnić i dowiedzieć się czegoś.
Łapa była jednak w zbyt dobrym humorze, bo roześmiała się tylko.
- Nie mam szefa. Właściwie to trzymam się z siostrą, a reszta mało mnie interesuje – powiedziała obojętnym tonem.
- Pomagasz mi, więc aż tak obojętna nie jesteś – zauważyłem.
- Powiedzmy, że chcę odpokutować zły uczynek.
                Tym razem to ja się zaśmiałem. Spojrzała na mnie, a w jej oczach zobaczyłem niebezpieczny błysk.
- Co, nie wyglądam na taką, co ma duszę lub sumienie? – zapytała.
- Nic takiego nie powiedziałem. Chociaż tak.
- Przynajmniej jestem szczera.
- I to mi się podoba. Skoro jesteśmy przy szczerości – ty zapytałaś mnie o Feline. Jesteś wolna? – sam nie wiem czemu zapytałem.
- To skomplikowane. Jeszcze bardziej niż to dlaczego otaczają nas pieprzone trupy, których jest już dużo więcej od żyjących ludzi – powiedziała nieco wojowniczym tonem – Miałeś mi opowiedzieć o Feline – przypomniała.
- Nie ma co gadać. To moja szefowa, lubię ją i na pewno nie pozwolę tym skurwielom jej zrobić krzywdy. Całe szczęście znalazłem pomoc w Inowrocławiu i  mam nadzieję, że w góra parę dni ją odbijemy – wytłumaczyłem.
- Hej wy! Odjazd, musimy przed zmrokiem być na miejscu! – zawołał nagle Łowca.
- Jeszcze sobie pogadamy – powiedziała na pożegnanie odchodząc w stronę siostry i auta.
- Mi też było miło – powiedziałem zgodnie z prawdą.
                Wziąłem ostatniego bucha po czym cisnąłem papierosem za siebie. Splunąłem i zapakowałem się do auta wraz z resztą.  Wyjechaliśmy ze stacji. Przez następne paręnaście minut rozmawialiśmy o tym co właściwie planujemy zrobić, gdy dojedziemy na miejsce, ale nie ustaliliśmy niczego konkretnego. Przedstawiłem im historię walkę Płońska z Złomiarzami i opowiedziałem jeszcze raz dokładnie, jak przebiegało zdarzenie. Nagle Łowca się zatrzymał. Dotychczas byłem odwrócony do tyłu, ale gdy spojrzałem za przednią szybę skamieniałem.
                Znajdowaliśmy się na drodze, która wjeżdżała do wsi. Domki były ułożone po obu stronach ulicy. Przed nami jednak znajdowało się około dwudziestu trupów. Nim Łowca zdążył odwrócić się żeby wycofać, zauważyliśmy kolejne wychodzące zza domów z tyłu i z przodu, zwabione dźwiękiem naszego silnika.
- Co robimy? – zapytał cicho Łowca.
- Gaś silnik! – syknęła Łapa. Miarowy terkot silnika ucichł i na jego miejsce usłyszeliśmy prawdziwą kakofonię jęków.
- Oszaleliście? – zapytałem po cichu.
- Zaufajcie mi. Po prostu nie ruszajcie się, ani nie wydawajcie żadnych odgłosów – szepnęła i umilkła wstrzymując oddech.
                Chociaż trupy początkowo szarżowały na auto, teraz się uspokoiły, tak jakby zgubiły nas ze swoich radarów. Wiedziałem jak one działają i że głównym atrybutem pomagającym im polować był węch oraz słuch. Widziały jednak równie dobrze jak ludzie, a jednak zatrzymały się. Poczuć nas nie mogły, usłyszeć też, ale dopiero po chwili domyśliłem się czemu nas nie atakują. Ben dał nam auto z przyciemnianymi szybami. Wcześniej kompletnie nie zwróciłem na to uwagi, ale teraz wszystko ułożyło się w całość. Odwróciłem się powoli żeby zobaczyć jak radzi sobie reszta. Moi towarzysze z Płońska siedzieli spokojnie z zamkniętymi oczami, jakby to miało im w jakikolwiek sposób pomóc. Łapa przytulała siostrę, która oddychała szybko i chaotycznie, jakby bała się, że zabraknie nam powietrza.
                Aż podskoczyłem, gdy jeden z trupów obił się o bok samochodu parokrotnie, idąc ciężkim, chwiejnym krokiem. Słyszałem miarowe oddechy reszty i modliłem się po cichu, żeby zombie minęły nas. Żaden nie wykazał jeszcze większego zainteresowania naszym pojazdem. Niestety szły one powoli i jeżeli nie chcieliśmy ryzykować, musieliśmy to przeczekać.
- Jak myślicie, to część stada? – zapytał szeptem Kuba.
- Oby kurwa nie – wyszeptałem.
Rozmowa znowu umilkła, gdy kolejny trup mimowolnie obił się o nasze auto. Oczekiwanie było nieznośne. Mijały kolejne minuty, a trupy zdawały się nie kończyć. Co gorsza musieliśmy być absolutnie cicho, a czas przecież uciekał. Chciałem jak najszybciej dostać się do obozu Złomiarzy.
                Nie wiem ile dokładnie czasu minęło, ale siedzieliśmy tak w bezruchu przez przynajmniej półtorej godziny, gdy w końcu przed nami zrobiło się czysto. Łowca nie czekając na kolejną falę uruchomił silnik, przełożył biegi i dodał gazu. Samochód ruszył. Szybko opuściliśmy wioskę, a wszyscy z ulgą odetchnęli.
- Jeżeli to jest część tego stada, o którym mówili na spotkaniu to mamy przesrane – powiedziałem.
- Ben wydawał się być pewny, że to główne stado jest daleko na wschód, w okolicach Warszawy. Według mnie to była po prostu grupa trupów – powiedziała Łapa.
- Grupa? Ich tam było grubo ponad sto! – wykrzyczałem.
- Grupa, która na nas idzie liczy parę tysięcy. Tak naprawdę pewnie mniej, ale Ben chciał dać nam do zrozumienia, że jest to prawdziwe stado.
- Mam nadzieję, że w Płońsku wszystko gra – zmieniłem temat.
- Wysunęliśmy taką linię obronną, że nie powinniśmy się nawet tym martwić – zauważył Kuba.
- Też prawda.
                Nie zatrzymywaliśmy się już. Półtoragodzinny postój i tak kosztował nas zbyt dużo czasu. Jechaliśmy prosto do obozu Złomiarzy. Byłem tam dwa razy i obie wizyty wspominałem raczej boleśnie. Znajdował on się w starym magazynie na peryferiach Ciechanowa. Teren był ogrodzony, ale był idealnym miejscem, żeby przetrzymać okoliczne łupy, parę aut oraz kilku broniących go ludzi. Stanęliśmy przy niedużej, opuszczonej stodole niedaleko i tam schowaliśmy auto. Gdy wspięliśmy się na piętro stodoły widać było południową ścianę siatki, oraz kawałek obozu.
- Możesz nam powiedzieć coś ciekawego o tym miejscu? – zapytał Łowca, obserwując miejsce.
- W sumie to nigdy nie byłem w środku, ale jest tam zazwyczaj około dziesięciu osób. Nie mają specjalnie mocnych zabezpieczeń, ale ciągle ktoś pilnuje bramy głównej i często dwójkami spacerują za murami. Mimo wszystko wolałbym nie szturmować otwarcie, jeżeli mają Feline to nic im nie zrobimy – opowiedziałem.
- Możemy zawsze porwać jednego z nich i wypytać, o co tylko chcemy – zaproponowała Łapa.
- Musielibyśmy poczekać, aż któryś z nich oddali się od reszty, a nie wiem czy to możliwe – powiedziałem.
- Moglibyśmy ich wywabić jakimś hałasem – dodał Łowca.
- To kiepski pomysł. Dowiedzą się, że ktoś ich atakuje, gdy ich człowiek zniknie i zaczną go szukać – Łapa zamyśliła się – Poczekajmy trochę. Jeżeli do jutra nikt się nie wystawi to wykorzystamy pomysł pirata – powiedziała wskazując na Łowcę – Ale może szczęście się do nas uśmiechnie i któryś z nich pójdzie siku, na zwiad, cokolwiek.
- To ustalone. Obserwujmy więc – powiedziałem ciągnąc nieco starego siana i siadając na nim.
- To dziwne, że nie pilnują tak ważnego miejsca, skąd można ich obserwować – zauważył Łowca.
- Kiedyś trzymali tutaj trupy. Myślę, że nawet nie rozważają tego jako miejsca obserwacyjnego – dodał Kuba.
- Dobrze, rozpakujcie jakieś żarcie i czekajmy. Jestem głodna jak wilk – stwierdziła Łapa.          
                Zaczęliśmy obserwacje. Co prawda nie było stąd widać aż tak dużo, ale było to bardzo bezpieczne miejsce i gdyby ktoś z obozu wyszedł na główną drogę, na pewno byśmy go zauważyli. Co jakiś czas widać było dwójkę mężczyzn patrolujących ulicę i dobijających pojedyncze trupy, które się do nich zakradały. Siedzieliśmy w ciemności, upewniając się, że stodoła ma tylko jedno wejście, które jest zamknięte, żeby nie zwracać na siebie uwagi. Świtała w obozie paliły się już od jakiegoś czasu.
- Wydaje mi się, że będziemy musieli przespać się. W ciemności wpadniemy tylko w kłopoty. Z rana jak nikogo nie uda nam się złapać to po prostu ich zaatakujemy. Łowca ma swoją snajperkę, więc nie będzie z tym większego problemu – uznała Łapa.
- Ktoś będzie pilnował? – zapytałem.
- My. W końcu się na coś przydamy – zaproponował Kuba wskazując na swoich kumpli.
- Dobre z was chłopaki – pochwaliłem ich i ułożyłem się na boku starając się nie myśleć o Feline. Obawiałem się, że mogli ją tam męczyć. Możliwe, że nawet w tym konkretnym obozie. Mogłem spróbować być bohaterem, ale tacy kończyli w tylko jeden sposób – jako trupy. Zasnąłem w końcu. Obudziłem się w środku nocy nie wiedząc co się dzieje. Widziałem tylko światło i odgłosy szarpaniny.
                Wyciągnąłem odruchowo pistolet będąc pewnym, że Złomiarze zaatakowali nas, ale poczułem dłonie na moim ramieniu.
- Spoko stary – powiedział Łowca. W końcu zaczynałem coś widzieć. Przez szpary w stodole zobaczyłem pierwsze oznaki nadchodzącego dnia. Świtało. Mimo to siostra Łapy trzymała w ręce latarkę i oświetlała mężczyznę, przywiązanego prowizorycznie do jednego z słupów podtrzymujących dach stodoły. Od razu zdałem sobie sprawę, że to jeden z Złomiarzy.
- Jak? – zapytałem tylko, zachrypniętym głosem.
- Skradał się tutaj, więc go złapałam – wytłumaczyła Łapa.
                Chłopak miał najwyżej osiemnaście lat. Miał podbite oko, a z jego nosa kapała krew. Wyglądał na wystraszonego, ale nie mógł krzyczeć bo w jego ustach znajdowała się szmata.
- Dobra robota – zdołałem powiedzieć, podchodząc do niego – Jak dawno go złapaliście?
- Mamy chwilę na dowiedzenie się gdzie jest nasza zguba, ale ogólnie musimy się powoli zbierać – powiedziała patrząc na Łowcę.
- Jasne, przygotuje auto i spakuje wszystko – stwierdził.
- My pomożemy- zaproponował Kuba.
Zaczęli zbierać rzeczy, a Łapa podeszła do mnie.
- Mogę czynić honory? – zapytała.
- Chcesz go przesłuchać? – upewniłem się, czy rozumiem o co jej chodzi.
- Jeżeli chcemy się czegoś dowiedzieć…
- Jasne – odpowiedziałem.
                Łapa uśmiechnęła się. Podeszła do młodzieńca i kucnęła obok.
- Zasada jest prosta – jesteś grzeczny, nie krzyczysz jak wyjmę knebel z twojej mordy, odpowiadasz na pytania – żyjesz. Nie chcesz współpracować cierpisz. Zrozumiałeś? – zapytała, a więzień skinął głową. Przeszedł mnie dreszcz po plecach. Nie chciałbym być na jego miejscu. Łapa powoli zdjęła knebel i wtedy usłyszeliśmy przeciągłe, ochrypnięte „Pomocy!” . Prawie mi było go żal. Łapa zareagowała natychmiastowo. Uderzyła szybko w twarz chłopaka rękojeścią broni. Połamane zęby posypały się po podłodze.
- Nie posłuchałeś – stwierdziła spokojnie – Powtórzę. Ani słowa, póki cię o coś nie spytam. Wtedy odpowiadasz na pytanie, a może nie będziesz cierpiał. Teraz już nie wiem. Zdenerwowałeś mnie.
Wyjęła zakrwawiony knebel z jego twarzy, a ten zapłakał żałośnie.
- Ile osób jest w obozie? – zapytała.
- Dwanaście…
- Czy wiedzą, że poszedłeś na zwiad?
- Nie.
                Łapa wyjęła nóż i przejechała ostrzem po szyi chłopaka. Ten prosił ją żałośnie, żeby przestała, ale ta miała swój plan.
- Na pewno mówisz prawdę? – zapytała.
- Przysięgam na swoje życie – zaskomlał.
- To naprawdę mała cena –zaśmiała się – Powiedz mi gdzie jest Feline, dowódczyni obozu w Płońsku?
Chłopaka zamurowało. Chciał odpowiedzieć coś szybko, ale ugryzł się w język i zaczął się zastanawiać. Łapie to wystarczyło.
- Chcesz coś zmyślić? Kłamczuszku… - powiedziała prawie czule, łamiąc mu lewy palec wskazujący. Krzyknął – Pytam jeszcze raz. Feline. Jest w tym obozie, czy w innym?
- W innym… - powiedział cicho jakby miał zaraz zemdleć.  Nie uszło to uwadze Łapy. Zdzieliła go otwartą dłonią po twarzy, aż plasnęło – Jest w głównym obozie. Niedaleko Grudziądza… błagam wypuść mnie. Nie powiem moim ludziom. Nie chcę umierać… - jęczał żałośnie. Gdyby nie to, że mówił można by go pomylić z trupem.
- Ile tam jest osób? Gdzie ją trzymają? – pytała dalej.
- Dużo osób. Parędziesiąt. Ale nie wiem gdzie ją trzymają. Nie byłem tam od dawna – tłumaczył.
- Dziękuje – powiedziała, po czym wbiła mu nóż w gardło. Gdy to zobaczyłem wydałem z siebie dziwny dźwięk. Był to wyraz szoku i niedowierzania. Chociaż sam bywałem brutalny, to nigdy nie robiłem tego… tak naturalnie.
- Zmywajmy się stąd – powiedziała.

czwartek, 24 września 2015

Rozdział 17: Krwawy wschód

Rozdział 17, kolejny z perspektywy Irka. Wszystkie grupy jadą załatwić swoje sprawy i wykonać powierzone zadania. Grupa Irka będzie musiała założyć parę punktów strategicznych w okolicy. Zapraszam do czytania, a po przeczytaniu proszę o komentarz i rozesłanie bloga znajomym.

POV:
Rozdział 17 - Irek - Dzień 9
Bobru - Dzień 9 - Jest w okolicach Grudziądza
Olaf - Dzień 9  - Jest w okolicach Płońska

-----------------------------------------

Rozdział 17 (Irek): Krwawy wschód


                Wyjechaliśmy zostawiając za sobą Inowrocław w szóstkę, wliczając w to mnie. Oprócz Krystka resztę znałem tylko z sali obrad podczas Wielkiego Spotkania Ocalałych. Jechaliśmy samochodem ciężarowym prowadzonym przez dziwnego mężczyznę, młodszego ode mnie, który miał całkiem długą kozią bródkę. Wyglądał jakby w przeszłości miał problemy z alkoholem lub innymi używkami, ale wydawał się być całkiem przyjemnym towarzyszem. Jego dziewczyna była też bardzo ładna. Z tego co zdążyłem zauważyć nazywali ją Ruda i była córką Kapitana z Drugiego Posterunku. Nie miałem pojęcia dlaczego reprezentowała Toruń na spotkaniu, ale miałem nadzieję, że dowiem się tego podczas podróży.
                Lubiłem poznawać nowych ludzi, szczególnie dlatego, że podczas apokalipsy przeżywali tylko ci najciekawsi i najbardziej oryginalni. Załoga tego pojazdu pokazywała to szczególnie dobitnie. Na tyłach siedział mężczyzna, który musiał mierzyć ponad dwa metry, a przez plecy miał przewieszony ogromny, dwuręczny miecz. Byłem pewien, że nie spotkałbym kogoś takiego w normalny dzień na ulicach mojego miasta.  Krystek siedział obok niego i rozmawiali o czymś po cichu. Oprócz tego zabrała się z nami kobieta z Inowrocławia, mniej więcej w moim wieku, nieco pulchniejsza, z wyrazem twarzy sugerującym, że zdecydowanie nie chciała tutaj jechać.
                Podszedłem na  tyły i zauważyłem, ze wysoki mężczyzna oraz Krystian siedzą nad mapą.
- Gdzie mamy pierwszy przystanek? – zapytałem.
- Właściwie to się zastanawiamy. Na razie jedziemy daleko na wschód i w pewnym momencie po prostu gdzieś skręcimy – wytłumaczył Krystian.
- Ile mamy tych punktów?
- Jakieś dziesięć na samym wschodzie, ale to jest nasze zadanie – odezwał się mężczyzna z mieczem.
- I całe szczęście Gigancie – odpowiedział Krystek.
- Martwią mnie jednak te dopiski na mapie… - powiedział niepewnym głosem – To ma być jakiś żart? – spytał pokazując palcem jeden z punktów.
                Czerwonym kołem była zaznaczona polana niedaleko miejscowości Mława. Obok była naklejona karteczka z napisem „Uważać na Starucha. WAŻNY PUNKT”. Zauważyłem od razu, że przy każdym innym punkcie znajdowały się podobne kartki.
- Staruch? – zapytałem.
- Nie mam pojęcia, co to może oznaczać – przyznał Krystian.
- Mieszka tam taki jeden posrany staruszek z żoną. Nie chciał dołączyć do żadnej społeczności i jest zgryźliwy i niebezpieczny. Ale punkt musi stanąć niedaleko jego gospodarstwa – odezwała się nagle kobieta, tonem jakby tłumaczyła nam dlaczego trawa jest zielona.
- Skąd wiesz? – zapytałem.
- Pracuje i żyje w Inowrocławiu. Słyszałam o tym miejscu już nieraz – powiedziała.
- Jest najbardziej na północ z wszystkich punktów, powinniśmy od niego zacząć – wtrącił Gigant wstając i idąc w stronę Dymitra. Widziałem jak pokazuje mu na mapie punkt, a ten tylko kiwa głową.
- Szykuje się ciekawa podróż. Mamy coś do jedzenia? – zapytałem.
- Jasne, tam są  kartony z zapasami. Suszone mięso, fasola, suchary i konserwy rybne – wytłumaczył w skrócie Krystek machając ręką w stronę zapakowanych kartonów stojących niedaleko słupów i zwojów płótna. Podszedłem i otworzyłem te z napisem „jedzenie” nożem, po czym wygrzebałem paczkę kabanosów. Z uśmiechem na twarzy zacząłem je jeść.
                Popołudniu gdy stanęliśmy na ogólny postój ja również wyszedłem rozprostować kości. Staliśmy na środku drogi pomiędzy dwoma rozległymi polami. Niedaleko stała ciężarówka, która wyglądała jakby znajdowała się tutaj już od przynajmniej paru miesięcy. Tuż obok nas leżało wywrócone auto, z którego było słychać jęki zombie. Podszedłem z zaciekawieniem, gdy zobaczyłem, że idzie ze mną Gigant.
- Mam pytanie – zaczął mało subtelnie.
- Tak? – zapytałem kucając niedaleko miejsca kierowcy i obserwują trupa, który z całych sił starał się dorwać mnie nadgniłą ręką, przez którą wystawała przebita kość.
- Czy to prawda? To co mówią? Że jesteś niewrażliwy na zarazę? – zapytał grzecznie.
- Tak. I nie, nie mam pojęcia jakim cudem, ale jestem wdzięczny za ten dar – powiedział.
- Nie myślałeś o nauczeniu się walki mieczem? Albo czymś podobnym? Każdy z normalnych ludzi musi zachowywać dystans do trupów, ale ty mógłbyś być ich pogromcą. Ja zdecydowałem się na miecz, bo jestem kiepskim strzelcem i mam długie ręce, ale ty? Wiesz mógłbym cię trochę poduczyć- zaproponował.
                Spojrzałem na niego. Wydawał się być naprawdę potulnym i przyjaznym człowiekiem.
- W sumie… czemu nie? I tak spędzimy najbliższe dni razem – zadecydowałem wstając – Tylko musiałbym znaleźć sobie jakąś broń.
- Dałbym ci swój miecz, ale jest dosyć ciężki i naprawdę gdybym nie był taki duży miałbym problemy z operowaniem nim. Ale jak coś ci wpadnie w oko to wal śmiało – powiedział uśmiechając się.
- Jasne – odpowiedziałem.
Ruszyliśmy powoli z powrotem w stronę ciężarówki.
- Co myślisz o tych całych Zszytych? – zapytałem.
- Nie mogę w to uwierzyć – odpowiedział – Nie mam pojęcia jak to ma działać. Skóra trupa po kontakcie z skórą człowieka… Przecież to prawie pewne zakażenie, ci ludzie nie wiedzą ile ryzykują – odpowiedział.
- Ale z drugiej strony to dobry kamuflaż. Kto wie ilu takich spotkaliśmy już na drodze?
                Zanim jednak zdążył odpowiedzieć usłyszałem trzask. Odwróciliśmy się natychmiast i zauważyliśmy, że drzwi wraku ciężarówki stoją otworem, a Krystek odczołguje się od zombie, które na niego wypadły. Nie wahałem się ani chwilę. Od razu ruszyłem mu pomóc, a kroki Giganta za mną tylko dodawały mi otuchy. Poczułem falę smrodu, która prawie zwaliła mnie z nóg. Wiatr wiał w naszą stronę, a uwięzione przez długi czas zwłoki narobiły sporo smrodu. Zaszarżowałem na trupa, który leżał na Krystku i starał się wgryźć mu w szyję i zepchnąłem go, lecąc wraz z zmarłym na bok.
                Usłyszałem cięcie i zobaczyłem jak łeb trupa odlatuje na parę metrów w górę, zostawiając za sobą szkarłatną, ciemną smugę, która po chwili upadła na drogę. Wstałem i zaatakowałem nożem gardło kolejnego trupa. Gigant w tym czasie odsunął się ode mnie, pomógł wstać Krystkowi, po czym ruszył do ataku. Poczułem zakrzywione paznokcie i zanim zdążyłem się obrócić ciało wysokiej kobiety zaatakowało mnie i zrównało z ziemią. Całe powietrze z moich płuc gwałtownie znikło, a następnie poczułem ból w ręce. Nóż z trzaskiem odbił się od nawierzchni i znalazł się poza moim zasięgiem. Chciałem zwalić z siebie trupa, ale ważył naprawdę dużo i moje próby zakończyły się tylko na tym, że ledwo się ruszyłem, a zombie dalej na mnie siedział.
                Usłyszałem strzał. Zadzwoniło mi aż w uszach i poczułem ciepło krwi na moich ubraniach. Ciało bezwładnie opadło na chodnik obok mnie, a ja podniosłem się. Gigant dokańczał właśnie ostatniego trupa czystym uderzeniem, a Krystek oddychał ciężko, przyglądając się sytuacji.
- Przepraszam… zaskoczyły mnie – wysapał.
- Ważne, że nikomu się nic nie stało – powiedział brodaty mężczyzna podchodząc z strzelbą w dłoniach.
- Wiesz, że ugryzienia nic mi nie robią, prawda? – zapytałem Dymitra.
- Wiem, po prostu to był odruch. Mało jest takich wyjątków jak ty – stwierdził patrząc na mnie nieco zmieszanym wzrokiem.
- Nie no i tak dziękuje. To, że ugryzienie mnie nie zabija, nie oznacza, że mnie nie boli. Cieszę się, że mi pomogłeś – odpowiedziałem pojednawczo.
- Jedźmy już – stwierdził chłodno Gigant.
                Wsiedliśmy z powrotem do ciężarówki. Przez ostatnie dni zombie były moim ostatnim zmartwieniem, a teraz znów byłem na drodze.  Życie tutaj kompletnie różniło się od tego, co działo sią za bezpiecznymi murami Torunia czy Inowrocławia. Poruszanie się po drogach było związane z ciągłym niebezpieczeństwem. Gdy nie zombie, to ludzie, a gdy nie ludzie to głód lub choroba. Apokalipsa trwała już pół roku, a byłem prawie pewien, że wciąż jest mnóstwo niedużych grup, które żyją od miejsca do miejsca, nie trzymając się żadnego obozu dłużej niż parę dni. Po tym jak uciekliśmy z Torunia byłem do tego całkiem przyzwyczajony, ale wciąż musiałem liczyć się z tym, że reszta może zostać ugryziona i zginąć. A ja nie mogłem.
                Wraz z kolejnymi przejechanymi kilometrami czułem się coraz bardziej nieswojo. Jednak świadomość, że najbliższe przyjazne osoby są teraz dziesiątki kilometrów od nas mogła nieco zdołować. Mrok spowijał coraz to większy teren, aż w końcu połknął również i naszą ciężarówkę. Dymitr zapalił światła wewnątrz pojazdu i ogłosił, że według mapy jesteśmy już zaledwie parę kilometrów od wspomnianego wcześniej gospodarstwa. Rozsiadłem się wygodnie na tyłach, rozmasowując obolałą od upadku dłoń, która lekko mnie bolała. Po chwili dosiedli się do mnie Gigant oraz Krystian.
- Wszystko ok? –zapytał ten większy.
- Jasne – odpowiedziałem – Troszkę się poturbowałem, ale to nic poważnego.
- Co myślicie o tej farmie? Brzmi jak scena z jakiegoś amerykańskiego filmu – wtrącił Krystek.
- Wydaje mi się, że większych problemów być nie powinno. W końcu nie damy się zabić jakiemuś starcowi, prawda? – zapytałem, nie do końca pewny swoich słów.
- Mamy budować cywilizacje. Musimy się nauczyć bycia ludźmi – stwierdził mądrze Gigant.
                Miał sporo racji w tym co mówił. Ciężko będzie jednak zaufać komukolwiek, jeżeli ludzie byli w większości tacy sami – myśleli tylko o sobie i o tym żeby przetrwać. My nie byliśmy wcale lepsi. Byłem pewien, że każdy w tym aucie wolałby przeżyć niż uratować nieznajomą osobę. Taka była natura ludzka.
                Zobaczyliśmy zarysy miasta na zachód, ale ignorowaliśmy je ponieważ bardziej interesowała nas nieduża wioska, do której właśnie wjeżdżaliśmy. Obserwowałem teraz przez okno podupadłe chaty i zrujnowane stodoły. Dróżka prowadziła nas pod górę, a nasz pojazd ledwo się na niej mieścił, ale dawaliśmy radę. Wyjechaliśmy na pole i z daleka zauważyliśmy spory dom, który był ogrodzony wysokim, drewnianym płotem.
- Zatrzymajmy się – poprosiłem.
Dymitr spojrzał na mnie nieco zmieszany, ale powoli zatrzymał ciężarówkę.
- Zgaś światła.
Po chwili zostaliśmy w całkowitej ciemności, nie licząc sierpu księżyca, który ponuro wystawał zza chmur. W gospodarstwie paliły się światła.
- Jeżeli nie chcemy wystraszyć tych ludzi, to powinniśmy tam pójść i zapytać czy możemy wjechać. Na mapie było napisane, że są niebezpieczni, na pewno nie poczują się lepiej jak podjedziemy tą ciężarówką i po prostu wtargniemy na ich teren – wytłumaczyłem spokojnie.
- Ja mogę z tobą pójść – zaproponowała Ruda.
- Kochanie, to niebezpieczne – wtrącił Dymitr.
- Daj spokój. Przecież jak będą agresywni, to szybko się wycofamy – uspokoiła go.
- Ja też tam pójdę – Krystek poklepał Dymitra po ramieniu.
- No dobra – stwierdził – Ale cholera uważajcie na siebie. Bo jak zobaczę, że coś jest nie tak, od razu wchodzimy.
                Ubrałem się cieplej i upewniłem, że bronie są na swoim miejscu. Odetchnąłem cicho i spojrzałem na Rudą oraz Krystka. Kiwnąłem głową na znak, że jestem gotowy, po czym podszedłem do drzwi pasażera i otworzyłem je. Wyskoczyłem i pomogłem zsiąść Rudej. Była naprawdę drobna i delikatna z jednej strony, ale z drugiej sprawiała wrażenie twardej osoby. Krystek zeskoczył zaraz za nią. Ruszyliśmy powoli w stronę drewnianej bramy. Wiał wyjątkowo zimny wiatr, który zdawał się bawić naszymi włosami i docierać do każdego zakamarka ciała swoimi lodowatymi szponami. Niebo było zachmurzone, co mogło zwiastować nadchodzącą burzę.
                Brama była wykonana z solidnego drewna. Zobaczyłem w mroku masywną zasuwę i spojrzałem na nią, a następnie na moich towarzyszy
- Myślicie, ze powinniśmy zapukać, czy po prostu wejść? – zapytałem.
Krystian rozejrzał się przykładając dłoń nad oczy jakby osłaniał wzrok przed światłem.
- Nikogo nie widać, nie wiem czy nas usłyszą, gdy będziemy pukać, albo wołać. Poza tym mogą nas usłyszeć zdechlaki – powiedział.
Przytaknąłem mu i chwyciłem za zasuwę. Ta z niemałym oporem i lekkim skowytem ruszyła się w końcu i brama stanęła przed nami otworem. Usłyszeliśmy jęk zombie, ale nie widzieliśmy żadnego, a światła z okien oświetlały podwórko całkiem dobrze, więc byłem pewny, że tutaj nas nie zaskoczą. Zamknąłem powoli bramę i ruszyłem za resztą w stronę domu. Przez chwilę wydawało mi się, że jedna z zasłon się poruszyła i ktoś na nas patrzył, ale to zniknęło tak szybko, że uznałem to za zwykłe złudzenie.
- Powinniśmy po prostu zapukać? – zapytała Ruda.
- To chyba jedyne ludzkie wyjście – odpowiedział Krystek.
                Deski na ganku skrzypnęły przeraźliwie, kiedy wspięliśmy się już po schodkach i stanęliśmy przed drzwiami. Wyszedłem na prowadzenie i podszedłem wraz z moimi towarzyszami tuż przed wejście. Przed nami wisiała duża, złota kołatka w kształcie podkowy. Odetchnąłem głęboko i chwyciłem ją. Widziałem jak Krystek rozgląda się na lewo i prawo. Zastukałem. Odpowiedziała mi tylko cisza i szum wiatru. Powtórzyłem czynność jeszcze parę razy.
- Czy ci ludzie myślą, że nie widać światła w ich oknach? – zapytałem szeptem.
Nagle usłyszałem tylko trzask. Odwróciłem się i zobaczyłem Krystka, który leży na brzuchu i się nie rusza, a nad nim stoi kobieta z sporą, zagięta łopatą. Nim zdążyłem zareagować drzwi się otworzyły i oślepiły nas na chwilę.
- Nie ruszajcie się bandyci, bo rozstrzelam jak dzikie psy – zacharczał ktoś starczym, zrzędliwym głosem. Uniosłem ręce do góry.
                Gdy mój wzrok w końcu przyzwyczaił się do światła zobaczyłem przed sobą  niskiego mężczyznę, z zielonkowatą, zniszczoną cerą. Jego twarz porastał parodniowy siwy zarost, a głowie można było zliczyć na palcach jednej dłoni ilość siwych włosów. Był lekko przygarbiony, a w rękach trzymał dwururkę wycelowaną prosto w moją twarz. W oczy rzuciły mi się zaniedbane, chropowate dłonie i poobgryzane paznokcie.
- To nie tak, jak pan myśli… - zacząłem, ale ten splunął soczyście na podłogę i przerwał mi.
- Widziałem jak się zakradaliście złodziejaszki. Parszywe bandziory. Wynoście się stąd póki możecie! – krzyczał.
- Przyjeżdżamy z Inowrocławia. Mamy tutaj rzecz do zrobienia – powiedziała szybko Ruda.
- Boże… - jęknął Krystek wstając. Żona Starucha chciała mu ponownie przyłożyć, ale jej mąż kiwnął głową i ta się powstrzymała.
- Może nieco przesadziłem… Dobrze już, cholera właźcie bo przeciąg w chacie robicie – powiedział po czym opuścił broń i usunął się z przejścia.
- Właściwie jest jeszcze trójka naszych, w ciężarówce, jakieś sto metrów za waszą bramą – zacząłem.
- To idźcie po nich, bo spokoju nie dacie starszemu człowiekowi. Świat się wali, człowiek chce się odizolować, ale nie – narzekał.
- Ja pójdę – zaproponował Krystek i szybko zniknął z zasięgu kobiety z łopatą.
- Jestem Włodek, a to moja piękna i kochana żonka Jagoda – powiedział człapiąc i pokazując nam, żebyśmy szli za nim. Wnętrze domu było przytulne. Wyglądało jak domek, w którym świetnie spędziłoby się wakacje w dobrym towarzystwie. Korytarz rozwidlał się w trzy strony i zakończony był schodami prowadzącymi na górę.
- Państwo sami tu mieszkają? –zapytałem.
- Hę? Możesz powtórzyć? Taki chłop ,a tak cicho mówi – powiedział.
- Państwo tu mieszkają sami? – zapytałem ponownie, znacznie głośniej.
- Och nie, oczywiście, że nie. Mamy syna, który pojechał na zachód do miasta po zapasy wraz ze swoją wybranką sercową – wytłumaczył starzec wprowadzając nas do gustownie umeblowanego saloniku, z trzema wygodnymi fotelami, kanapą, długim drewnianym stołem, oraz sporej wielkości telewizorem, w którym leciał teraz film. Niżej zauważyłem odtwarzacz DVD, z którego był odtwarzany film.
- Kochana poczekaj na resztę przy drzwiach, bo się jeszcze pogubią – poprosił.
                Jagoda wyszła z salonu, nie pozbywając się jednak jeszcze łopaty.
- Ciekawe zabezpieczenia – stwierdziła Ruda nieśmiało.
- Nigdy nie wiadomo, kto zapuka. Ale wam dobrze z oczu patrzy. Zresztą jak macie ciężarówkę, to mogliście tu po prostu wjechać i nas wymordować. Jestem starym człowiekiem, mam niewiele do stracenia – odpowiedział, siadając i zdejmując kapcie – Mówcie lepiej czego ode mnie właściwie chcecie.
- Jak mówiła moja koleżanka jesteśmy z Inowrocławia. Tworzymy tam sieć obozów ocalałych. Wie pan, żeby sobie pomagać… - zacząłem.
- Nigdzie nie jadę – krzyknął przerywając mi.
- Właściwie to nie po to przyjechaliśmy – powiedziałem lekko zmieszany –Ale ciekawi mnie dlaczego pan nie woli żyć w bezpiecznym obozie, zamiast na takim pustkowiu.
- Tu się wychowałem, żyłem i umrę. Nie będą częścią tych potwornych grup, które próbują udawać, że cywilizacja jeszcze istnieje. Są w błędzie. Wszystko poszło w chuj. A ja chcę dożyć ostatnich dni u boku rodziny, w miejscu które znam i które będzie mi przypominało o tym wszystkim – opowiedział.
                Usłyszeliśmy trzask drzwi i po chwili zobaczyłem Krystka, Giganta, Dymitra oraz kobietę z Inowrocławia, prowadzonych przez Jagodę.
- Dobrze, przechodząc do konkretów, chcemy założyć na terenie pana gospodarstwa punkt nawigacyjny. Potrzebujemy małego kawałka ziemi, gdzie będziemy mogli ułożyć słup, a następnie zawiesić na nim flagę – wytłumaczyłem.
Ku mojemu zaskoczeniu starzec się roześmiał. Nieco zdezorientowany spojrzałem na resztę, ale ci tylko patrzyli równie zaskoczeni co ja.
- Co pana tak rozśmieszyło? – zapytałem.
- Wiecie dzieciaki ilu różnych bandytów jest na świecie? Mam wywiesić flagę waszego obozu i liczyć, że przyfruniecie tutaj gdyby komuś z okolicy się nie spodobała? Oszaleliście? – mówił wciąż rechocząc.
-Przecież nikt nie wie, że to nasza flaga. To po prostu będzie dla nas punkt, dzięki któremu znajdziemy się w terenie w razie kłopotów. Nie używamy go w Inowrocławiu – tłumaczyłem.
- Nie chcę o tym słyszeć. Przynajmniej nie dzisiaj. Jutro jak wróci mój syn, to porozmawiam z nim i on powie, co o tym sądzi. Mogę was ugościć, jeżeli tylko chcecie. Jeżeli nie możecie poczekać to idźcie lepiej już teraz,  bo nic nie osiągniecie – powiedział.
                Spojrzałem na resztę, żeby zastanowić się co robić.
- Moglibyśmy przez chwilę porozmawiać na osobności? – zapytała Ruda.
- Jasne. Ja pójdę przygotować jedzenie do kuchni z żoną. Jak się zdecydujecie to przyjdźcie tam. To po drugiej stronie korytarza – powiedział wstając i wychodząc – Tylko bez żadnych numerów – pogroził nam palcem, po czym wyszedł i zamknął za sobą drzwi.
- Co o tym myślicie? – zapytała kobieta z Inowrocławia.
- Ben napisał „WAŻNE”, przy tym punkcie, więc uważam, że powinniśmy za wszelką cenę go postawić właśnie tu – powiedział Gigant.
- I co mamy czekać tu do rana? – zapytałem.
- Możliwe, że nawet dłużej, bo nie wiadomo, czy ten syn wróci rano czy wieczorem i czy w ogóle jutro. Ale musimy zaryzykować – wytłumaczył.
- Może założymy tutaj bazę tymczasową? Ten Staruch wydaje się być całkiem przyjacielski po bliższym poznaniu. Myślę, że nie będzie narzekał na towarzystwo. Jutro jedna lub dwie osoby by zostały tutaj, a reszta pojechałaby do kolejnego punktu na mapie, a może nawet dwóch. Nie są przecież daleko stąd – zaproponowała Ruda.
- To całkiem dobry pomysł – powiedziałem.
- Według mapy – zaczął Dymitr, wyjmując zwinięty zwój – kolejne punkty nie są specjalnie niebezpieczne, ani nie leżą na czyimś terenie. Możemy spróbować. Poza tym robi się ciemno, a jazda po ciemku, gdy ktoś jest tak padnięty jak ja, nie ma sensu – powiedział.
- No to ustalone – powiedziała Ruda.
- Nie jestem pewien, co do tego – stwierdził Krystek – Ale jak wam pasuje, to nie ma problemu.
- A kto zostanie tutaj? – zapytał Gigant.
- Ja mogę. Ten człowiek chyba mnie polubił – powiedziałem z uśmiechem.
- To zostań z Natalką. Oboje się z nimi dogadaliście i będę się czuł bezpieczniej jak zostanie ona w takim miejscu – dodał Dymitr.
Ruda spojrzała na niego z wyrzutem, ale ostatecznie zgodziła się. Cóż za zwrot akcji, pomyślałem idąc w stronę kuchni.
                Już na korytarzu poczułem ładny zapach dobrze przyprawionego mięsa. Wszedłem do środka, gdy akurat było ono umieszczane w piekarniku. Mężczyzna odwrócił się w moją stronę i uśmiechnął.
- I jak? Zdecydowaliście? – zapytał.
- Chcielibyśmy u pana zagościć na noc i być może na jutrzejszy dzień. Nasi ludzie pojadą do kolejnego punktu jutro z rana, a my zostaniemy i poczekamy na państwa syna – powiedziałem.
- Och dawno nikogo nie gościłem, to będzie ciekawe – zatarł starcze ręce – Kolacja będzie za pół godziny, a potem wam pokaże pokoje, w których będziecie spali.
                Zgodnie z jego słowami pół godziny później siedzieliśmy wszyscy przy stole i jedliśmy delikatne i bardzo smaczne mięso wraz z ryżem oraz sosem, który pachniał grzybami. Dawno nie miałem takiej uczty. Podczas kolacji Włodek opowiadał nam o tym jakie życie było proste i piękne przed apokalipsą i za czasów wojny. Gdy wszyscy zjedliśmy zaprowadził nas po schodach na piętro, gdzie znaleźliśmy się w niedużym, kwadratowym pomieszczeniu, z którego wychodziły trzy pary drzwi.
- Tutaj jest nasza sypialnia – wytłumaczył – Tutaj mamy pokój gościnny, w którym bez problemu zmieszczą się trzy osoby, a tutaj pokój mojego syna i jego kobiety. Z racji iż jest was tylu to będziecie musieli rozdzielić się po trzy osoby i jakoś się ułożyć. Mam nadzieję, że będzie wam wygodnie.
- Jeszcze raz dziękujemy za gościnę – powiedziałem w imieniu grupy. Szybko rozdzieliliśmy się na dwa pokoje. Ten gościnny zajęła Ruda, Dymitr oraz kobieta z Inowrocławia, a ja wziąłem jeden na spółę z Gigantem i Krystkiem.
                Weszliśmy do czystego, zadbanego pokoju. Na prawo od nas znajdowały się szafki, szafy oraz spora drewniana komoda. Naprzeciwko nas, obok okien, wisiało parę obrazów przedstawiających dziwne, stare postacie. Dopiero, gdy podszedłem bliżej zauważyłem imiona, na złotych tabliczkach mówiące „Walter Hunt” oraz „Elias Howe”. Musiały to być postacie historyczne, którymi interesował się syn Włodka. Łóżko było naprawdę duże i zajmowało sporą część pokoju. Zauważyłem, ze na szafce obok łóżka leży zestaw do szycia z czyściutką igłą.
- Widocznie sypia tu też żona Włodka – skomentowałem.
- No jak syn ma dziewczynę, to raczej nie szyłby jak jakaś ciota – odpowiedział Krystek. Roześmiałem się.
- Dobra panowie, trzeba spać, jutro mamy sporo do zrobienia – powiedziałem. Po chwili zgasiliśmy światło i położyliśmy się spać. Śniły mi się dziwne rzeczy.