piątek, 13 stycznia 2017

Rozdział 9: Kobieca siła

Rozdział 9, kolejny z perspektywy Zuzy. Po wpadnięciu na dwie kobiety w sklepie Zuza znalazła się w ciekawym położeniu. Czy zaufa kobietom i podąży z nimi, czy może będzie próbowała uciec? Zapraszam do czytania i komentowania

POV:
Zuza - Rozdział 9 - Dzień 3-4
Bobru - Dzień 3-4 - Bobru dojeżdża w okolicę Płocka
Erni - Dzień 3-4 - Erni ucieka z obozu bandytów

-----------------------------------------------------

Rozdział 9: Kobieca siła (ZUZA)


                Sara syknęła, gdy przyłożyłam do jej rany szmatkę nasiąkniętą wodą utlenioną. Drżącymi rękoma sięgnęłam do apteczki przyniesionej przez jej matkę, Anie. Odcięłam nożyczkami parę metrów bandaża oraz odlepiłam nieco zatęchły opatrunek. Przemyłam raz jeszcze ranę ignorując syknięcia i jęknięcia dziewczyny. Opatrunek zasłonił paskudną ranę, a bandaż dodatkowo przyczepił go do ciała. Pokiwałem głową na znak, że robota wykonana.
- Dziękuje śliczna – dziewczyna uśmiechnęła się do mnie zadowolona.
- Mogę wiedzieć jak to się stało? – zapytałam.
- Coś ciekawska jesteś. Na pewno nie kłamałaś co do tego, że jesteś sama? – spytała podejrzliwie jej matka.
- Mamuś daj spokój. Zuzia nam pomogła – powiedziała szczerząc się. Nie mogła mieć więcej niż dwadzieścia lat. Anna spojrzała ponuro najpierw na Sarę, potem na mnie. Ona była znacznie starsza, musiała mieć czterdziestkę na karku – Poharatałam się na drucie kolczastym. Uciekałyśmy przed sztywniakami i nieco się zaplątałam. Ot cała historia.
- Dobrze… Mogę iść? – zapytałam sama nie wiedząc co uważać na temat tej dwójki. Chociaż zaskoczyły mnie jak się przebierałam nie zabrały mojej broni i nie mierzyły już do mnie. Jednak wciąż obawiałam się, że coś mi zrobią.
- Móc możesz, pytanie czy chcesz – Sara spojrzała na mnie – Jak rzeczywiście jesteś sama to ci nie zazdroszczę. My przynajmniej mamy siebie i bezpieczniej i raźniej. Może przejdziesz się z nami co? – zapytała.
- Zależy gdzie idziecie – odpowiedziałam.
- Nigdzie – burknęła starsza kobieta.
                Denerwował mnie jej wrogi nastrój. Różniła się pod tym względem od córki dosyć znacznie. Nie byłam pewna czy nie ufała mi, chociaż mogła mnie zabić w każdym momencie, czy po prostu miała taki charakter.
- Ona zawsze taka jest – rozwiała moje wątpliwości Sara – Ale rzeczywiście nie mamy jakiegoś większego celu. Błąkamy się po okolicy od tygodni jedząc co znajdziemy, śpiąc w opuszczonych budynkach i unikając większych kłopotów – opowiedziała – No prawie- dodała patrząc na oczyszczoną ranę.
                Zastanowiłam się. Anna czekała wyraźnie na moją odpowiedź, a Sara uśmiechała się patrząc na mnie. Sama nie wiedziałam, czy chcę z nimi iść. Radziłam sobie, a one nie wydawały się najlepszymi towarzyszkami. Młodsza miała dziwne upodobania i wydawała się nieco szalona, a starsza wyglądała jakby zaraz miała kogoś zabić. Mimo tego pomoc mogła się przydać. Do Płocka wciąż dzielił mnie spory kawałek, a nie wiedziałam, czy jak dojadę na miejsce to ktokolwiek tam będzie.
- Jadę do Płocka – wypaliłam – Jak chcecie to chodźcie ze mną. Na pewno będzie raźniej. Wałęsanie się po tych drogach samemu, chowając się w krzakach przy każdym podejrzanym szmerze, jest męczące, przyznaje – dodałam.
- Właściwie to mamy samochód mała. To nieco przyspieszy twoją podróż – powiedziała – Naszą podróż – poprawiła się po chwili.
- Czyli chcecie? – zapytałam, żeby się upewnić.
- Jasne. Tylko teraz musimy dostać się do samochodu. Zostawiłyśmy go na obrzeżu miasta – powiedziała Sara.
- Chodźmy – fuknęła Anna i pomogła wstać córce.
                Zabrałam wszystko co miałam i wyszłam razem z nimi. Na ulicy było dosyć spokojnie, ale trupy już się zbierały w naszą stronę. Ruszyłyśmy tak szybko jak mogłyśmy mijając kolejne uliczki.
- Właściwie to co to był za bajer z tymi flakami co nosiłaś? – zapytała młodsza.
- To? Ach to mała sztuczka mając pomóc w przedzieraniu się przez trupy. Nie atakują jak śmierdzisz tak jak one – wytłumaczyłam.
- Powaga? Słyszałaś mamuś? To wydaje się być całkiem przydatne – powiedziała podekscytowana.
- Nie będę się smarowała smrodem jak mogę po prostu trzepnąć je z broni – odpowiedziała starsza.
Zatrzymałyśmy się po około piętnastu minutach marszu przy paru kontenerach ze śmieciami. Sara usiadła na murku, a jej matka rzuciła tylko krótki „poczekajcie tu” i zniknęła po drugiej stronie ulicy. Młodsza spojrzała na mnie badawczo.
- Długo jesteś sama, co? – zapytała.
- Hmm?
- Widać po tobie, że nie trzymałaś się z żadną grupą, ani nawet człowiekiem. Takie coś po prostu widać w oczach, rozumiesz?
- To prawda, podróżuje sama od paru tygodni – odpowiedziałam po chwili, nie widząc potrzeby utajania takiej informacji ­– Ale radziłam sobie całkiem nieźle.
- Nie wiem jak przeżyłaś w tym rejonie. Roi się tu od obozów, niektóre są po prostu pełne bandytów, ale to nie najgorsze co znajdziesz w okolicy – tu zrobiła dramatyczną pauzę – Ale są też obozy „tych dobrych”, które chcą coś odbudować.
                Zamyśliłam się. Wciąż zastanawiałam się, czy dobrze robię jadąc do Płocka i ufając swojemu instynktowi. Mogłam przecież już od dawna być w Inowrocławiu czy Toruniu, a jednak skręciłam na wschód. Musiałam zaufać sama sobie. Z przemyśleń wyrwał mnie dźwięk samochodu. Odruchowo przykucnęłam, ale to była tylko Anna. Podjechała sporym samochodem osobowym pod nas i ręką pokazała, żebyśmy wsiadły. Ja usiadłam na miejscu pasażera, a Sara wygodnie ułożyła się na tylnych siedzeniach.
- Płock? – zapytała się cicho, jakby chciała się upewnić.
- Tak – potwierdziłam.
                Samochód powoli ruszył, a ja wygodniej rozłożyłam się na siedzeniu. Obserwowałam ze spokojem zmieniający się za pojazdem krajobraz. Bardzo szybko udało się nam przejechać przez miasteczko, w którym byliśmy. Krótko po tym zobaczyliśmy przed nami kolejne zabudowania, które zwiastowały to, że dojeżdżaliśmy do kolejnego punktu podróży – Włocławka.
- Zatrzymujemy się tutaj? – zapytała zaciekawiona Sara.
- Lepiej nie – powiedziała jej matka – No chyba, że chcecie przejechać na drugą stronę Wisły, kolejna szansa będzie dopiero w Płocku.
- A która strona brzegu wygląda na bezpieczniejszą? – zapytałam.
- Raczej ta. Lasy aż do celu. Po drugiej stronie brzegu mamy mnóstwo pól i małych miasteczek. Pytanie jak stoimy z zapasami? – zapytała.
- Mamy jeszcze trochę żarcia i picia. Powinno starczyć na resztę dnia i jutro – powiedziała Sara grzebiąc w bagażniku.
- Dobra to nie zjeżdżamy, jasne – zdecydowała.
                Ruszyliśmy dalej i widząc zabudowania skręciliśmy na prawo od nich. Podróżowałyśmy raczej w milczeniu, Sara po jakimś czasie zasnęła, a Anna nie wyglądała na chętną do rozmowy. Wkrótce po tym oparłam się delikatnie o szybę i zamknęłam oczy. Co prawda nie spałam, ale wyciszyłam się i odpłynęłam. Do wieczora zatrzymaliśmy się tylko raz, żeby napełnić bak z paliwem jednym z kanistrów. Anna wysiadła i zajęła się tym sama, a ja w tym czasie zrobiłam małą przerwę na siku. Idąc w krzaki rozejrzałam się uważnie po drodze. Byliśmy w środku lasu i jedyną oznaką cywilizacji była właśnie droga, na której staliśmy.
                Załatwiłam swoją potrzebę i wolnym krokiem wróciłam do auta. Korzystając z chwili czasu sięgnęłam do plecaka i wyjęłam medykamenty żeby zmienić opatrunek na swojej nodze. Rana wciąż wyglądała dosyć paskudnie, ale mimo tego widać było, że się powoli goiła. Ból był coraz słabszy. Równo z tym jak skończyłam Anna wróciła do samochodu i ruszyłyśmy dalej. Las wyglądał dosyć magicznie. Wydawało mi się jakbyśmy wjeżdżali do jakiejś sekretnej krainy, która będzie zupełnie inna od świata, który znałam. Co dziwne, podczas jazdy, pomiędzy drzewami widziałam nawet dwa razy jelenie, które leniwie poruszały się w lesie, jakby nie wiedząc, że świat już upadł. Zombie było bardzo niewiele, ale to musiało być spowodowane tym, że nie widać było zbytnio zabudowań. Mijaliśmy nieduże chatki w środku lasu, albo bardzo małe wioski.
                Właśnie w jednej z takich wiosek zatrzymaliśmy się, gdy nadeszła noc. Anna zaparkowała przy jednej z chatek, a następnie poszła do bagażnika, wyciągając kartony oraz różne inne śmieci. Obudziłam delikatnie Sarę i razem opuściłyśmy pojazd. Zapytałam ją szeptem:
- Co twoja mama robi?
- Z tym wszystkim? Chowa auto, odziwo to całkiem nieźle działa, inni ocalali omijają takie wraki obłożone kartonami i siatkami, myśląc, że to nie pojedzie. A jednak.
Po zabezpieczeniu auta Anna wyciągnęła z bagażnika dwie puszki oraz butelkę wody i podeszła do nas. Wspólnie ruszyłyśmy w stronę domku przy którym byłyśmy. Wyglądał na typowy, wiejski domek, bez piętra z niedużymi pomieszczeniami gospodarczymi stojącymi niedaleko. Sam budynek był w całkiem niezłym stanie, chociaż dwa okna były wybite, a dach częściowo się osunął. Mimo tego podeszłyśmy do drzwi. Anna delikatnie otworzyła je i zerknęła do środka. Sięgnęłam po latarkę z plecaka i zaświeciłam jej.
                Na środku niedużej sieni rozpłaszczone było ciało człowieka. Krew pokryła dosłownie całą podłogę, a z samego człowieka zostały przegniłe zwłoki z roztrzaskaną głową. Zapach był nie do wytrzymania, ale starając się oddychać ustami weszłyśmy głębiej. Przeszłyśmy przez sień, zamykając za sobą drzwi i trafiłyśmy do korytarza rozbiegającego się w trzy różne wejścia. Stała tutaj też nieduża szafa, ale poza tym nie było nic. Skierowałyśmy się od razu do drzwi po lewej stronie i ostrożnie je otworzyłyśmy. Ja świeciłam, a Anna wymachiwała strzelba po kątach, ale pomieszczenie było czyste. Było to coś w stylu kuchnio-salonu. Stał tutaj piec, zlew, kuchenka, dwa łóżka po obu stronach ścian, oraz były dodatkowe drzwi prowadzące na prawo.
- Nada się – rzuciła krótko Anna stawiając kolacje na stole stojącym pomiędzy łóżkami – Trzeba sprawdzić resztę pomieszczeń. Idziesz ze mną młoda? – rzuciła w moją stronę.
                Kiwnęłam głową. Sara położyła się na jednym z łóżek, a my ostrożnie poszłyśmy do kolejnego pokoju. Była to jednoosobowa sypialnia. Na niedużej szafce stał stary telewizor, a tuż obok stół i dwie szafy pełne ubrań. W pokoju czuć było zapach stęchlizny. Podobnie jak w przypadku kuchni, w której została Sara, tutaj także były drzwi na prawo. Sprawdziłyśmy też kolejne pomieszczenie, które nie różniło się specjalnie od kolejnych i w ten sposób po chwili trafiłyśmy ponownie na korytarz, wychodząc tym razem z środkowych drzwi. Pozostały tylko te po prawej, na przeciwko kuchni. Kryła się za nimi łazienka oraz pomieszczenie, w którym gniły na suszarni ubrania. Wanna wyglądała całkiem dobrze, chociaż była pokryta warstwą kurzu. Zauważyłyśmy także właz w suficie prowadzący prawdopodobnie na strych, ale ominęłyśmy go.
                Wróciłyśmy do pomieszczenia, w którym zostawiłyśmy Sarę. Ta klęczała teraz przy piecu i rozpalała go akurat.
- To na pewno dobry pomysł? – zapytałam.
- Nawet nie wiesz jak będzie pizgać w nocy maleńka – powiedziała uśmiechając się.
                Kolacje zjadłyśmy we względnej ciszy. Fasola z kawałkami mięsa, popijana herbatą. Z piec buchało przyjemne ciepło. Za oknem było ciemno, kompletnie ciemno. Słychać było tylko wiatr zasuwający po ścianach. Po zjedzeniu Anna zabarykadowała obie pary drzwi – tą prowadzącą do korytarza oraz pokoju obok. Następnie Sara pomogła mi zrobić z koców posłanie blisko pieca. Obie położyły się na łóżkach, a ja nie chcąc wyganiać poobijanej i starej ułożyłam się wygodnie przy ciepłych kafelkach. Dziewczyny zasnęły szybko, ale ja wiedziałam, że nie zasnę jeżeli nie spojrzę ponownie do książki, którą znalazłam.
28 grudnia 2014 – dzień 44
Kolejny spokojny dzień. Ostatnie odkrycie wciąż nie dało mi większych rezultatów. Kolejne trupy złapane w sidła się zmarnowały. Nie tracę jednak nadziei. Wciąż staram się wpaść na nowy pomysł. Moim ludziom udało się przejąć kolejny kawałek terenu pod Toruniem. Omijaliśmy posterunek, ale zbadaliśmy teren.
                Przeleciałam wzrokiem kolejne dni, które wszystkie były w miarę spokojne. Minuty mijały, aż w końcu dotarłam do wpisu z stycznia.
10 stycznia 2015 – dzień 57
Udało się nam w końcu przechwycić jednego mężczyznę z Gangu. Motocykliści starali się narobić zamieszania w okolicy, ale nie udało im się. Gdy tylko moi ludzie przyprowadzili członka tej żałosnej organizacji na farmę moich rodziców, to wiedziałem, że dowiem się czegoś ciekawego. Nie myliłem się. Mężczyzna z początku udawał twardziela, ale szybko zaczął błagać o możliwość oddania ciekawszych informacji. Wyśpiewał mi wszystko gdy stracił piątego zęba. Okazało się, że cała grupa liczy około dziesięciu osób, poruszali się tylko motorami, tak jak myślałem. Co jednak kompletnie mnie zaskoczyło, to powiązania z Toruniem. Okazało się, że prawa ręka tamtejszego obozu – chłopak o ksywce Dziara – stał za tym wszystkim. Co ciekawe nawet dowódca obozu – Wojciech – nie wiedział o tym. Chociaż słyszałem o grupie Czerwonych Flar, która była oficjalnym oddziałem uderzeniowym z Torunia, to to było czymś nowym. Była to niezależna grupa, która żeby uniknąć powiązania z owym Dziarą atakowała nawet ludzi z Torunia. Z tego co zrozumiałem ich zadaniem było wprowadzenie zamieszania w okolicy po to, żeby ostatecznie doprowadzić do upadku Wojciecha i przejęciu władzy przez Dziarę. Nie miałem pojęcia jak chciał to osiągnąć mając tylko tę garstkę ludzi, ale kombinował nieźle.
                Zaskoczona tym co przeczytałam westchnęłam cicho. Toruń wcale nie wydawał się takim ciekawym miejscem po tych słowach, chociaż były spisane przez kogoś, kto badał trupy. Dziewczyna z drogi jednak mówiła, że to najlepszy obóz w okolicy. Czułam pewne zmieszanie. Zauważyłam jeszcze dopisek pod wpisem z tego dnia:
„D1: Dziara może być ciekawym sojusznikiem. Nie zabijać”
Chociaż oczy mi się same zamykały to mimo wszystko czytałam dalej. Lektura była niesamowicie wciągająca.
13 stycznia 2015 – dzień 60
Równe 60 dni od rozpoczęcia.  Od wczoraj byłem wciąż na wypadzie na wschód. Chcieliśmy dotrzeć na miejsce rozbitego helikoptera z Drugiego Posterunku przy Toruniu, ale niestety, ktoś nas uprzedził. Gdy usłyszeliśmy strzelaninę wycofaliśmy się. Krótko po tym spotkaliśmy grupę ocalałych. Nas było jednak znacznie więcej. Otoczyliśmy ich. Spytaliśmy, czy to oni byli przy helikopterze, ale ci zaprzeczyli. Dowiedzieliśmy się, że są z Warszawy. Przewodziła nimi nieduża kobieta z kręconymi włosami. Nie zapamiętałem jej imienia. Chociaż atmosfera była napięta nie szukałem zwady. Wiedziałem, że w Warszawie jest cała masa ludzi. Nie chciałem robić sobie z nich wroga, przynajmniej w dzisiejszym dniu. Wspomnieliśmy im o tym, że te terytorium jest nasze. Radość na ich twarzach, kiedy zaczęliśmy się oddalać była cudowna. Strach to najlepsza broń.
Zastanawiałam się jeszcze przez chwilę i przetwarzałam informacje, które zebrałam. Było tego całkiem sporo. Dziennik miał dni zapisane aż do marca, czyli jego właściciel musiał go zgubić parę dni przed tym jak go znalazłam. Zadowolona z kolejnej porcji wiedzy przełożyłam się na bok i zasnęłam.
                Rano obudziła mnie Sara. Potrząsnęła mną, dłoń trzymając na mojej piersi i zrobiła niewinny wyraz twarzy, ale wiedziałam, że jej działania nie były przypadkowe. Zdecydowanie coś do mnie czuła, lub po prostu tak zachowywała się w obecności każdej kobiety. Zjadłyśmy śniadanie i spakowałyśmy się do dalszej drogi i już po dwudziestu minutach jechałyśmy dalej. Auto i podwórze było czyste, chociaż w dalszej części wioseczki zobaczyliśmy dwa idące powoli trupy. Schemat jazdy był bardzo podobny do ostatniego, z tą różnicą, że tym razem Anna podjęła rozmowę. Gdy jechaliśmy w środku lasu odezwała się nagle:
- Dalej jesteś pewna tego Płocka?
Byłam tak zaskoczona jej głosem, że aż podskoczyłam na siedzeniu.
- Tak – odpowiedziałam po chwili – a co?
- A nic. Po prostu dalej nie rozumiem dlaczego jedziesz w drugą stronę od obozów. Mówiłaś coś, że szukasz miejsca żeby się osiedlić, odpocząć, a jednak jedziesz do Płocka. Może zepsuje ci niespodziankę, ale poza trupami tam nic nie ma.
- Skąd wiesz? – zapytałam.
- Byłam tam całkiem niedawno. Miasto nie ma obozów, ludzi… nic. Tylko trupy. A w takim Toruniu, chociaż najlepszym miejscem to nie jest, to jednak mają dużą społeczność. Liczą się z innymi i są otwarci na nowych ludzi.
- Rozumiem. Mimo wszystko chcę tam pojechać.
- Kto tam cię zrozumie – mruknęła, po czym zamilkła znowu. Jej milczenie trwało aż do Płocka. Dotarliśmy tam gdy już się ściemniało. Sara obudziła się na tylnym siedzeniu i obserwowała krajobraz za oknem. Nawet z miejsca, w którym byłyśmy, widać było most przecinający rzekę. Byłyśmy teraz w mało zatłoczonej, południowej części miasta. Mijałyśmy niewielkie skupiska budynków różnego rodzaju, ale most malował się przed nami coraz bliżej.
- Mam przejechać na drugą stronę? – zapytała Anna.
- Tak – odpowiedziałam z pewnością w głosie, chociaż sama nie wiedziałam czego szukam. Ślady ciężarówki zgubiłam już dawno temu, więc sama nie wiedziałam na co zwracać uwagę. Anna co chwilę zerkała na mnie jakby chciała przejrzeć mnie na wylot. Sara obserwowała spokojnie to co się działo za oknem. Mijaliśmy trupy i było ich całkiem sporo. Chociaż ulice były dosyć przejezdne to te szwendały się przy drodze, idąc w naszą stronę zwabione hałasem auta.
                Po chwili byłyśmy na moście. Było ciemno, a ja rozglądałam się zaciekawiona po okolicy. Zobaczyłam nagle przed nami ciężarówkę stojąca po drugiej stronie mostu.
- Zatrzymaj się – poprosiłam Anny. Ta niechętnie zwolniła i zatrzymała wóz niedaleko pojazdu, który wpadł mi w oko. Wysiadłyśmy.
- O to chodziło? – zapytała zniecierpliwionym głosem starsza kobieta.
- Mamuś daj spokój – zbeształa ją córka.
- Cholera nie wiem czy mam chować auto, ta dziewka nic nie mówi – zdenerwowała się.
Zaczęłam się denerwować. Zignorowałam jednak pytania Anny i ruszyłam powoli do ciężarówki. Nie musiałam świecić latarką czy nawet specjalnie się przyglądać. Od razu było widać, że to nie ta, za którą podążałam.

                Nagle po stronie mostu, na którą zmierzałyśmy, coś zaświeciło. Czerwony, lśniący pocisk zabłysnął na niebie nad czymś, co z oddali wyglądało na zamek albo kościół. Anna zaklęła pod nosem, a mnie przeszła fala strachu. Wtem do mojej głowy wróciły słowa, które czytała wczoraj „Chociaż słyszałem o grupie Czerwonych Flar, która była oficjalnym oddziałem uderzeniowym z Torunia” i uśmiechnęłam się. Szybko skojarzyłam fakty. Już wiedziałam gdzie muszę iść.

niedziela, 8 stycznia 2017

Rozdział 8: Nic nie trwa wiecznie

Rozdział 8, kolejny z perspektywy Erniego. Po wpadnięciu w ręce bandytów Erni i jego grupa będą musieli zmierzyć się z rzeczywistością i spróbować przetrwać. Zapraszam do czytania, oraz komentowania

POV:
Erni - Rozdział 8 - Dzień 3-4
Bobru - Dzień 3-4 - Dojeżdża do Płocka
Zuza - Dzień 3-4 - Wpada w ręce dwóch kobiet w okolicach Włocławka

----------------------------------------------------------

Rozdział 8: Nic nie trwa wiecznie (ERNI)


                Wstrząs obudził mnie. Wierzgnąłem niczym spętane zwierzę, starając się rozejrzeć, ale wszędzie było ciemno. Miałem opaskę na oczach. Byłem też związany grubym sznurem w okolicach nadgarstków i kostek. W ustach miałem wepchniętą szmatę, której nie dałem rady wypluć. Brak mobilności i wzroku sprawiał, że wpadłem w panikę. Czułem, że się poruszam, więc musiałem być w jakieś ciężarówce, lub podobnym pojeździe. Z trudem łapałem oddech starając się o każdy strumień powietrze przez nieco zapchany nos. Uspokoiłem oddech. Poruszając skrępowanymi kończynami czułem, że dotykam innych osób, prawdopodobnie moich przyjaciół, którzy byli związani obok mnie.
                Daliśmy się podejść. Pamiętałem scenę amputacji, a następnie mężczyzn w skórzanych kurtkach, którzy nas otoczyli. Bolała mnie głowa, byłem pewien, że to przez cios, który otrzymałem od jednego z przeciwników. Chociaż tabliczka wcześniej mówiła o terenie Zszytych to wątpiłem, żeby to byli oni. Z tego co słyszałem nosili oni fragmenty ciał trupów, albo mieli przyszyte kawałki ich skóry. Ci wyglądali na jakiś dziwny gang motocyklowy, który jeździł po drogach i szukał takich jak my. Jednak wciąż żyłem. To nie pasowało mi do wizji okradnięcia i zabicia. Nie mogłem wpaść na żaden pomysł, dlaczego takim bandytom bylibyśmy do czegokolwiek potrzebni.
                Wóz znowu podskoczył na wyboju. Czułem się tak beznadziejnie bezsilnie. Wciąż nie mogłem uwierzyć jak łatwo dałem się podejść. Wybór jednak nie był prosty – prawdopodobnie jakbym zostawił Maćka na pastwę losu to zauważyłbym bandytów wcześniej i zdołał jakoś temu zapobiec. Nie jestem jednak bezduszną bestią, a ci ludzie to teraz moi przyjaciele. Nie będę zostawiał porządnych osób na śmierć. Każde życie jest cenne, szczególnie, gdy należy do kogoś z naszych. Zastanawiałem się jaka jest realna szansa, na to, że ktoś nam pomoże. O ile bandyci nie planowali nas zabić, to mogliśmy liczyć, że w końcu Ben wyśle jakąś grupę, która się nami zainteresuje. Była też szansa, że Bobru i jego grupa będzie wracała tędy za jakiś czas. Czerwone Flary i pozostałe grupy z Torunia też mogły się zapuścić w te tereny. Większym pytaniem było – gdzie teraz byliśmy? Przez opaskę nawet nie mogłem określić tego jaki mamy dzień. Ból głowy jednak wydawał się dosyć wyraźny, więc podejrzewałem, że nie minęło więcej niż kilka godzin. Nie wiedziałem ile jeszcze może zająć podróż, więc korzystając z pierwszej, lepszej okazji, spróbowałem jeszcze zasnąć.
                Obudziło mnie światło, które bestialsko wdarło się do mojej małej świątyni złożonej z opaski i zamkniętych oczu. Poczułem czyjąś dłoń ciągnącą mnie za ramię. Starałem się otworzyć oczy, ale były one nieprzyzwyczajone do światła dziennego i czułem po prostu jakbym był ślepy. Knebel, opaska, oraz więzy z nóg zniknęły, ale te na rękach wciąż ciasno i boleśnie oplatały moje ręce.
-  Ruchy kurważ – warknął mężczyzna, który mnie wyciągnął. Otworzyłem delikatnie oczy i mrużąc je niczym Azjaci zobaczyłem zarośnięta twarz z śladami po chorobie z dzieciństwa w postaci białych plamek.
- Zaprowadźcie ich na dołek – krzyknął ktoś inny z oddali.
- Tego skurwiela prowadzę do Jarka – powiedział  brodacz, potrząsając mnie za ramię.
                Mężczyzna popchnął mnie do przodu. Z trudem utrzymałem równowagę. Starałem się rozejrzeć, albo chociaż spojrzeć za siebie i zobaczyć co z resztą moich przyjaciół, ale gdy tylko próbowałem się odwrócić byłem popychany, więc dałem sobie spokój. Znajdowaliśmy się w jakimś niedużym obozie. Widziałem samochody i nierówno porozkładane siatki, które wyznaczały granicę. Chociaż takie zabezpieczenia były dobre, to na dłuższą metę nie miały szans uchronić ich przed większym atakiem. A stado było coraz bliżej.
                Celem naszej małej podróży był nieduży metalowy barak, który w normalnych czasach był stawiany przy pracach drogowych, żeby robotnicy mieli gdzie wypić zimne piwko i się przespać. Brodacz nawet nie zapukał do środka. Takie małe szczegóły były bardzo istotne. Zostałem siłą zaciągnięty i wręcz wrzucony na małe, składane krzesło. W baraku panował półmrok. Przez brudne i zakurzone okna wpadało bardzo mało światła. Zauważyłem jednak masywnego mężczyznę siedzącego na nieco zużytym leżaku turystycznym, za drewnianym biurkiem.
- Co jest kurwa? Po co żeś go tu przywlókł? – zapytał mężczyzna chroboczącym głosem.
- Znaleźliśmy grupkę niedaleko stąd. Coś koło piętnastu osób – powiedział z dumą w głosie Brodacz.
- Ile!? – zapytał zaskoczony.
- Ha! Wiedziałem, że będziesz zdziwiony, mówiłem, że kurwa dam radę! – wykrzyknął.
                Mężczyzna za biurkiem spojrzał na mnie. Miał małe, wredne brązowe oczy przypominające dwa żuki.
- Dobra, ale po co mi on tu? Stary nie wiesz co się robi z towarem? Pakuj go na dołek – powiedział z takim obrzydzeniem, jakby patrzył na kawałek starego, zepsutego mięsa.
- Dobra, ale ten gnojek to coś więcej – przerwał mu Brodacz.
- Co masz na myśli?
- Zaatakował nas gdy do niego mierzyliśmy. Skurwiel rozpruł nogę Jackowi i wybił zęba temu młodemu, wiesz któremu – odpowiedział.
- Rozumiem – powiedział cicho – Zostaw nas samych, załatw miejsce dla reszty. Dobra robota.
- Ja kurwa myślę.
                Brodacz opuścił barak, a masywny mężczyzna podniósł się ciężko. Leżak zaskrzypiał rozpaczliwie, gdy sporych rozmiarów łapa oparła się o plastikową rączkę.
- A więc… kim ty kurwa jesteś? – zapytał podchodząc i chwytając mnie za podbródek, tak żebym na niego spojrzał.
- Nie wiesz z kim zadzierasz skurwielu – postanowiłem zagrać tą kartą. Musiałem dowiedzieć się jak najwięcej o całej tej grupie.
- Dokładnie. Nie wiem. Oświeć mnie jeśli chcesz zachować ząbki. Widzę, że kogoś już musiałeś wkurwić – przejechał paluchem po mojej starej bliźnie na policzku.
- Ilu masz tych bandziorów? Dziesięciu? Dwudziestu? – zacząłem pytać, gdy mężczyzna wyprowadził cios. Uderzył mnie w policzek z taką siłą, że złożyłem się razem z krzesłem, na którym siedziałem. Odkaszlnąłem i spojrzałem na niego.
- To ja zadaje jebane pytania! – wykrzyknął po czym kopnął mnie butem w żebra.
- Nasi już tu jadą. Zginiecie, ale ciebie zostawię przy życiu. Zapłacisz za to, że z nami zadarłeś – splunąłem na podłogę.
                Mężczyzna zaśmiał się.
- Lecisz w chuja. Nikt was nie znajdzie, a za parę dni będziecie sprzedani – powiedział uspokajając się nieco i podnosząc mnie do pionu.
- Sprzedani? – zapytałem.
- Taki jest teraz świat. Jeżeli chce mieć co jeść i czym walczyć to muszę pracować. A nie ma nic prostszego niż zgarnianie takich chujo-grupek – powiedział.
- Niby komu?
- Coś ty taki kurwa przyjazny się zrobił. Nie twoja sprawa śmieciu – odpowiedział mężczyzna – Gadaj skąd są twoi ludzie, albo zapytam ich. Za każdą wymijającą odpowiedź będę was ciął. Nikt nie powiedział, że mamy was sprzedać w jednym kawałku.
- Nie wiesz z kim zadzierasz… -  powtórzyłem wyraźnie.
                Widziałem, że mężczyzna składał się do kolejnego uderzenia, kiedy nagle usłyszeliśmy krzyk. Zerwałem się myśląc, że to ktoś z moich ludzi, ale brodacz mnie popchnął z powrotem na miejsce.
- Idę to sprawdzić. Pogadamy za chwilę – rzucił. Widziałem w jego oczach zaniepokojenie. To byłoby zbyt poetyckie i nierealne, gdyby uderzyła w nich właśnie grupa z Torunia lub Inowrocławia. I tak nie było. Gdy tylko mężczyzna zamknął za sobą drzwi wstałem i podbiegłem do okna. Przez warstwę brudu nie widziałem za wiele, ale odetchnąłem z ulgą, gdy zobaczyłem, że cała grupka moich ludzi wciąż stoi w jednym miejscu, związana ale cała. Brodacz stał nad innym mężczyzną i wymachiwał rękoma. To nie była sprawa dotycząca nas. Zadowolony rozejrzałem się po baraku.
                Nie widziałem niczego czym mógłbym przeciąć więzy. Lina była zaciśnięta dosyć mocno, a chociaż miałem nóż nijak nie mogłem po niego sięgnąć. Był przypięty z tyłu, zazwyczaj to była dosyć przydatna funkcja, bo nowi ludzie nie widzieli go i mogłem ich zaskakiwać gdy okazali się być wrogo nastawieni, ale teraz nie umiałem tak wygiąć rąk. Mogłem próbować oprzeć się o ścianę i go jakoś wyciągnąć, ale był dodatkowo zabezpieczony paskiem skóry z guzikiem, którym mocowałem go żeby nie odpadł gdzieś przypadkiem. Przeklinając swoją sytuację zrezygnowany wróciłem na krzesło. Czekałem na swojego oprawcę.
                Brodacz powrócił po paru minutach. Widziałem na jego twarzy zdenerwowanie, był cały czerwony, a jego czoło błyszczało od potu nawet pomimo ciemności panującej w baraku. Spojrzał na mnie i odetchnął głęboko.
- Prosta sprawa – wysapał powoli – Albo gadasz, albo nie.
- Co? – zapytałem zdziwiony. Zaskoczył mnie tym pytaniem i zmianą nastawienia.
- Nie mam siły się z tobą męczyć. To nie jest tak, że mi gdzieś spierdolicie. Jeżeli nie chcesz gadać teraz, to pogadamy jak będzie zdychać z głodu za dzień czy dwa.
- Naprawdę? Myślisz, że to coś da?
- Może na ciebie nie zadziała twardzielu, ale ta dziewucha co z wami jest już jęczała, że jej niewygodnie. Stawiam, że za parę godzin będzie wykończona bez żarcia – powiedział szczerząc pożółkłe zęby.
                Milczałem. Miał rację. Spojrzał na moją nietęgą minę i skierował swoje kroki w stronę wyjścia.
- Zostaniesz tutaj. Znam takich jak ty. Za chwilę będziesz coś kombinował z resztą. Zajdę z jakiś czas, obyś wtedy był bardziej gadatliwy – powiedział, po czym wyszedł trzaskając drzwiami i zostawiając mnie w tumanie kurzu i ciężkiego, dusznego powietrza. Odetchnąłem starając się uspokoić i pomyśleć jak rozwiązać tę sytuację. Zaburczało mi w brzuchu. Nie jadłem od wczorajszego dnia i już poczułem jak moje wnętrzności ściskają się z głodu. Wiedziałem, że z każdą godziną będzie coraz gorzej. Starałem się jednak nie myśleć o tym. Wstałem i podszedłem w stronę jednej z ścian. Usiadłem opierając się i myśląc. Nie miałem zbyt wielu informacji o tym obozie i ludziach. Słyszałem o tym, że chce nas sprzedać, ale komu? Na pewno nie była to grupa z Torunia, Inowrocławia czy Płońska. Wątpiłem żeby Złomiarze szukali nowych osób, chociaż wiedziałem, ze po ostatniej akcji na arenie zginęło mnóstwo ich ludzi.
                Zszyci, przeszło mi przez myśl. Było to jednak zbyt absurdalne. Nie miałem pojęcia jak działała ta grupa, ale byłem pewien, że nie biorą byle kogo w swoje szeregi. A nawet jeśli to nie pasowało mi to wszystko jakoś do siebie. Oni zawsze byli dobrze zorganizowani, widać było, że znają się na przetrwaniu i zależy im. Więźniowie i niewolnicy siłą sprowadzani w ich szeregi natychmiastowo by rozbili całą hierarchie. O innych większych grupach nie słyszałem więc ci ludzie musieli działać na większym terenie. A chociaż nie zdawaliśmy sobie z tego sprawy na zewnątrz na pewno było jeszcze parę miejsc, które były dużymi obozami i działały tak jak my.
                Godziny mijały na przemyśleniach i nie tylko. Starałem się odpocząć i zebrać siły. Trudne to było szczególnie, że głód i pragnienie dokuczały coraz mocniej. Musiałem być jednak gotowy na wykorzystanie jakiejkolwiek szansy na ucieczkę. Bez względu dla jakiej grupy pracowali ci ludzie, na pewno nie miałem zamiaru do nich iść, albo posyłać tam moich ludzi. Wspomniana okazja jednak zdarzyła się nagle i niespodziewanie. Chciałem wstać, rozprostować kości i zerknąć czy moim ludziom nic nie jest. Podszedłem spokojnie w stronę okna, kiedy usłyszałem trzask i zobaczyłem głowę mężczyzny przyciśnięta do kraty. Z szyby zostały tylko odłamki, które rozsypały się po całej podłodze.
- Skurwielu! To moja kobieta ty pieprzony chuju – wrzasnął jeden z mężczyzn.
- Ssspierdalaj – zasyczał przytrzymywany do kraty facet.
                Kolejny cios padł po chwili, tym razem ofiara uderzyła napastnika w twarz po czym popchnęła dalej. Usłyszałem brodacza, który krzyknął z niedaleka.
- Ej! EJ! Co jest?
Nie czekałem ani chwili dłużej. Wykorzystując sytuacje chwyciłem jeden z większy odłamków szyby i schowałem go ostrożnie do rękawa. Następnie szybkim tempem podbiegłem do miejsca, w którym leżałem i położyłem się udając śpiącego. Wyczucie miałem idealne, bo chwilę po tym odgłosy walki ustały, brodacz zahuczał, powyzywał bijącą się dwójkę, po czym wparował do pomieszczenia niczym burza. Podniosłem się udając przerażenie i rozejrzałem jakbym dopiero co się obudził.
- Co? Co się dzieje? – zapytałem zaspanym głosem.
- Nie twoja sprawa – warknął patrząc na mnie uważnie. Nie mówiąc nic więcej podszedł do rozbitej szyby i zaczął zagarniać kawałki szkła.
                Mogłem zaatakować właśnie teraz, kiedy był odwrócony do mnie plecami, rozkojarzony i zajęty czymś innym, ale wiedziałem, że nawet jakbym go zabił w obozie panował teraz chaos i natychmiast bym został złapany. Dlatego grzecznie przełożyłem się na bok.
- Nie próbuj niczego głupiego – warknął ponownie zgarniając szkło na kawałek tektury leżący obok – Dzisiaj nie ma już jak, pogadamy jutro. Mam nadzieję, że powiesz mi co nieco bo jestem porządnie wkurwiony. Nie mam już cierpliwości na takie numery.
A ja mam jej aż za dużo, powiedziałem sobie w myślach tryumfalnie. Przemilczałem jednak pytanie. Brodacz fuknął coś pod nosem złowieszczym tonem po czym wyszedł. Odczekałem dosyć długo zanim przystąpiłem do działania. W tym czasie nasłuchiwałem i co jakiś czas zerkałem przez rozbite okno na dwór. Moi ludzie wciąż siedzieli w jednym miejscu. Teraz gdy szkło znikło słyszałem wszystko co działo się na zewnątrz, a także miałem lepszą widoczność, chociaż robiło się już ciemno.
                Wszystko póki co szło po mojej myśli. Naliczyłem, że w obozie jest czternastu wrogów. O ile uwolnienie się kawałkiem szkło wydawało się proste, nie wiedziałem co dalej. Nie miałem szans zabić tyle osób, nawet jakbym miał broń, a jej nie miałem. Tylko mój nóż. Pistolet zabrali mi dużo wcześniej. Wcześniejsze przespanie się dało mi jednak wystarczająco energii i gdy było już naprawdę ciemno przystąpiłem do akcji.
                Sięgnąłem do schowanego w rękawie kawałka szkła i ostrożnie umieściłem go pomiędzy kolanami. Przytrzymałem go z całych sił i w ten sposób zacząłem piłować. Sznur puścił po minucie i byłem wolny. Odłożyłem kawałek szkła na bok i wyciągnąłem nóż. Rozmasowałem obolałe ręce i podszedłem do okna. Na placyku pomiędzy autami widziałem teraz masę śpiących osób. Tylko jeden strażnik siedział i patrzył zaspanym wzrokiem w ognisko. Nie wiedziałem od czego zacząć. Złapanie równało się śmierci, byłem pewien, że brodaty mężczyzna nie puściłby mi tego płazem. Mogłem pomyśleć o samotnej ucieczce i sprowadzeniu posiłków. Nie miałem jednak pojazdu, nie wiedziałem gdzie dokładnie jestem, a dodatkowo nie mogłem przewidzieć jak ci ludzie zareagują na to, że zniknąłem. Mogli skrzywdzić resztę.
                Muszę zaatakować, powiedziałem pod nosem jakby próbując przekonać samego siebie.
Mężczyźni spali twardo, chrapiąc głośno. Była spora szansa, że zabicie jednego pozwoli nam na spokojną ucieczkę. Biorąc głęboki oddech delikatnie nacisnąłem na klamkę. Brodacz nie pomyślał nawet żeby mnie zamknąć, co ucieszyło mnie głęboko. Chciałem już cieszyć się z głupoty mojego prześladowcy, kiedy podczas otwierania drzwi usłyszałem głośne chrapnięcie. Serce zabiło mi szybciej. Spojrzałem w lewo i zauważyłem, że tuż za drzwiami, na małym krzesełku siedział młody chłopak. Spał oparty o ścianę budynku, a na jego kolanach leżała broń – karabin. Nie wierząc w to co widzę podszedłem do niego najciszej jak potrafiłem. Znowu muszę zabić, pomyślałem patrząc na niewinną twarz chłopaka. Z pewnością nie był taki jak brodacz. Wyglądał na takiego, który trzyma się od kłopotów jak najdalej potrafi.
                Cięcie było szybkie. Chłopak aż zagulgotał gdy ogromna rana na jego szyi wypuściła fontannę krwi. Wziąłem jego broń i przewiesiłem ją sobie przez plecy odbezpieczając. Odwróciłem się gotowy na to, że reszta się zacznie podnosić, ale ku mojemu zdziwieniu, nawet ten, który nie spał, nie zwrócił na tę sytuację najmniejszej uwagi. Dalej patrzył w stronę ognia. Zawiesiłem karabin za ramię i mocniej chwyciłem za nóż. Poruszałem się ostrożnie. Do ogniska miałem jeszcze parę metrów. Symfonia chrapnięć i głośno wciąganych oddechów rozchodziła się po całej polance. Nigdzie nie widziałem brodacza, ale podejrzewałem, że po prostu ułożył się w jednym z aut.
                Przeszedłem ostrożnie nad grubszym mężczyzną leżącym na plecach, a potem prawie wdepnąłem w twarz drugiego. Z każdym krokiem byłem jednak coraz bliżej strażnika. Moi ludzie spali, widziałem teraz dokładnie ich twarze. Uśmiechnąłem się smutno widząc Karolinę, która skulona leżała przy jednym z aut. Gdy byłem o krok od chłopaka przy ognisku przyspieszyłem.  Chwyciłem go za głowę po czym przejechałem nożem po gardle. Ostrze zaświeciło rubinową czerwienią po raz drugi tej nocy. Ten nie wydał nawet dźwięku. Opadł na ziemię powoli wykrwawiając się. Widocznie chciał coś powiedzieć, ale nie mógł. Rozejrzałem się ponownie dookoła. Wszyscy dalej spali. Przeszedłem parę kroków dalej i uklęknąłem przy Karolinie.
                Przyłożyłem jej rękę do twarzy i delikatnie potrząsnąłem. Ruszyła się gwałtownie i otworzyła oczy. Widziałem w nich strach, który prawie natychmiast przerodził się w radość.
- Cśś – szepnąłem i powoli przeciąłem jej więzy. Po chwili podobną czynność powtórzyłem z całą resztą, co chwilę zerkając, czy nikt się nie obudził. Gdy wszyscy byli wolni dałem znak ręką żeby szli za mną. I wtedy stało się to, czego się obawiałem.
- Wstawać! Skurwiele uciekają! – ryknął brodacz wystrzeliwując z pistoletu.
- Uciekajcie! – krzyknąłem zdejmując karabin i biegnąc w stronę jednego z wozów. Rekin był tuż przy mnie, ale nie miał jak mi pomóc. Patrzyłem jak kolejni mężczyźni zrywają się zszokowani chwytają w stronę pasów. Rekin sapnął głośno za mną. Wystraszony obróciłem się, z obawą że dostał, ale brał tylko wcześniej rannego chłopaka na plecy. Puściłem serię w stronę ogniska. Jednego z nich trafiłem na pewno, a reszta rozpaczliwie zaczęła kryć się za autami po drugiej stronie obozu.
                Moi ludzie zaczęli biec w stronę lasu.  Strzały rozświetlały okolicę. Nie miałem za dużo amunicji, tylko jeden magazynek, który już się kończył, a wiedziałem, że sam muszę uciec. Pociski latały przy mojej głowie, ale kryłem się za autem i wciąż puszczałem krótkie serie, żeby dać czas reszcie. Gdy zobaczyłem, że są już paręnaście metrów dalej podniosłem się i opróżniłem magazynek zabijając kolejnego bandytę. Rzuciłem karabin na bok i obniżając głowę zacząłem biec w stronę lasu. Strzały ucichły dosłownie na sekundę. Gdy tylko oddaliłem się kawałek szybkim biegiem usłyszałem je ponownie. Biegłem najszybciej jak potrafiłem, a mogłem się pochwalić dobrą kondycją.
                Gdy tylko dotarłem do linii drzew odetchnąłem z ulgą. Odwróciłem się na chwilę i zobaczyłem, że biegną za mną. Adrenalina napompowała moje ciało niczym  dodatkowa dawka energii i siły. Zacząłem biec dalej. Nigdzie nie widziałem śladów reszty, ale wiedziałem, że muszę biec przed siebie. Przecinałem krzaki, drzewa i przeskakiwałem nad zagłębieniami w ziemi. Chociaż miałem sporą przewagę to słyszałem bandytów, byli niedaleko. Było jednak bardzo ciemno. Z trudem omijałem kolejne przeszkody, a w płucach poczułem nieprzyjemny ciężar zmęczenia.

                Zbocza wzgórza nie zauważyłem. Gdy tylko przeskoczyłem krzaki, a za nimi znalazłem spadek w dół nie zdążyłem zareagować. Potknąłem się jeszcze o coś, po czym z impetem poleciałem w dół. Reszty ucieczki nie pamiętam, bo uderzyłem w coś twardo po czym świat spowiła ciemność.

wtorek, 3 stycznia 2017

Rozdział 7: Doświadczenie

Rozdział 7, kolejny z perspektywy Bobra. Grupa znalazła się w nieciekawej sytuacji i musi naprawdę nakombinować się, żeby uniknąć zombie. Czas ucieka, a stado nadchodzące ze wschodu jest coraz bliżej. Droga do Płocka jest już niedaleka. Czy zdążą? Zapraszam do czytania i komentowania :)

POV:
Bobru - Rozdział 7 - Dzień 3
Erni - Dzień 3 - Wpada w ręce bandytów
Zuza - Dzień 3 - Wpada w ręce dwóch kobiet w sklepie militarnym

------------------------------------------------------

Rozdział 7: Doświadczenie (BOBRU)


                Zombie uderzały w ściany pojazdu i chociaż wiedzieliśmy, że w środku nic nam nie zrobią, to jednak byliśmy uwięzieni wewnątrz.
- Może otworzymy drzwi i po prostu zaczniemy je wybijać? – zaproponował Krystek.
- Fatalny pomysł – odpowiedział krótko i zimno Pablord.
- Jak masz lepszy to… - zaczął.
- Cisza – poprosiłem.
- Spokojnie dam sobie radę – uspokoił nas Łowca, który przez chwilę szperał w skrzyniach z rzeczami po czym zadowolony wyciągnął długi kij z hakiem na końcu.
- Nawet nie pytam co masz zamiar z tym zrobić – powiedziała Łapa.
- Uratować wam dupska, zupełnie jak za czasów Supraśla – odpowiedział podchodząc na środek ładowni i szukając czegoś na suficie. Po chwili podniósł kij i zaczął szperać, gdy nagle do wozu wpadło światło księżyca.
- Wyjdziemy tędy – powiedział dumny.
- Masz wyjście dachem? – zapytałem zdumiony tym jak wiele tajemnic krył pojazd Łowcy.
- Teraz tylko musimy ustalić plan – dodał po chwili Łowca odkładając kij na miejsce.
                Usiedliśmy wszyscy obmyślając co możemy zrobić.
- I co jak już będziemy poza autem? Mamy dość amunicji żeby zabić cztery takie grupy – zauważył Dymitr – ale czy warto? Nie wiemy kto jeszcze może być w tym mieście.
- Myślę, że inni nie będą nawet podchodzić widząc tyle trupów. Bardziej martwmy się jak wyjechać stąd i trafić na most – powiedział Łowca.
- Wiecie wyjście tam może skończyć się różnie, myślę, że nie powinniśmy tam iść całą grupą. Może uda nam się je trochę odciągnąć, a wtedy Łowca wyjedzie, a my wskoczymy z powrotem – powiedziałem.
- Z dachu Potwora moglibyśmy doskoczyć na dach budynku obok i stamtąd zobaczyć co dalej – dodał Dymitr.
- I to już brzmi jak plan. Pytanie kto idzie? – spojrzałem po reszcie – Myślę, że to nie powinno być więcej niż cztery osoby.
- Ja z chęcią się przejdę – powiedział Krystek.
- Ja też raczej bym się na to pisał – dodałem.
- Piszcie i mnie – poprosiła Ika.
                Ta decyzja mi się spodobała, ale wiedziałem, że nie ma dużo osób w tej grupie, które mogą się poruszać bez problemu i skakać. Łowca i Gigant byli sporymi ludźmi, nie było sensu ryzykować, że o coś się zahaczą. Młoda odpadała bo była zdecydowanie za mała na takie wyprawy, a Mpd nie miał ręki więc wykreśliłem go wcześniej niż resztę. Reszta pozostała otwarta na propozycje, bo uważałem ich za dosyć zwinnych.
- Też chcę iść – włączył się do rozmowy Józef. Pamiętałem, że był całkiem zwinny, więc ignorując nieco zdziwione spojrzenia tych, którzy nie widzieli go w akcji, pokiwałem głową.
- Więc postanowione. My wychodzimy, rozglądamy się, odciągamy trupy i wyjeżdżamy z tego pieprzonego miasta – powiedziałem dziarsko, próbując podbić morale grupy.
                Łowca poszedł na przodu auta i po chwili wrócił ze składaną drabiną. Ustawił ją z niemałym trudem, po czym wykonał teatralny gest ukazując, że ta jest gotowa do użycia. Krystek wspiął się pierwszy, zaraz za nim poszła Ika, potem Józef, a na koniec ja. Gdy wspinałem się po drabinie zobaczyłem, że wszyscy w pojeździe mają naprawdę grobowe miny. Ryk zombie i ciągłe ciosy wyprowadzane w boki tira nie pomagały.
- Tylko nigdzie stąd nie uciekajcie – zażartowałem wyłaniając się na zewnątrz. Krystek pomógł mi wejść. Pierwsze co zrobiłem to rozejrzałem się po bokach. Zombie było naprawdę sporo, chociaż najwięcej wychodziło z uliczki po prawej stronie pojazdu.
- Strasznie ich dużo, kurwa – powiedział Krystek stojąc obok mnie.
- Nie wiem co musielibyśmy zrobić, żeby je odciągnąć – dodała Ika.
- Ten dach będzie idealny. Jest nieco wyższy, ale wejdziemy tam bez problemu, a zeskok to czysta formalność – odezwał się za naszymi plecami Józef pokazując dach okolicznego budynku.
                Przypomniał mi się pierwszy dzień apokalipsy. Wtedy bałem się wszystkiego, ale mimo tego pobiegłem do liceum po moich przyjaciół. Wtedy też wszyscy byli w jednym miejscu i czekał nas skok. Wtedy spadłem, miałem nadzieję, że teraz jakoś mi się uda. Dach był położony niecały metr od krawędzi pojazdu. Niestety był też nieco wyżej i chociaż skok wydawał się całkowicie możliwy do zrobienia, to jednak małe potknięcie mogło skończyć się wylądowaniem w całej grupie trupów. To sprawiało, że nie wyglądało to już tak zachęcająco.
                Niestety był to jednak jedyny wybór. Mogliśmy oczywiście próbować je oczyszczać, zmarnować mnóstwo amunicji, czasu, a także zwrócić na siebie uwagę całej okolicy, ale nie mogliśmy sobie na coś takiego pozwolić. Dlatego gdy tylko Józef wybił się i bez problemu wylądował na dachu naprzeciwko nas wszyscy poszliśmy w jego ślady. Skok tylko wydawał się trudny. Całą czwórką przeskoczyliśmy bez większych problemów. Ruszyliśmy na drugą stronę dachu, za którą widać było już most. Po przeskoczeniu tej szczeliny stwierdziłem, że każdy z Potwora byłby w stanie ją przeskoczyć. Cała uliczka przecinająca budynek na którym byliśmy i sąsiedni była pełna trupów. Nie widziały one jednak nas, próbując usilnie dostać się do środka Potwora.
- Jeżeli tak wygląda stado… – zaczął Józef.
- To jest gówno w porównaniu do stada. Tamta grupa, którą widzieliśmy była ze sto razy większa! – powiedział Krystek takim tonem jakby przechwalał się tym co przeżył. Chociaż denerwowało mnie coś takiego, to wiedziałem, że na pewno przeżycie spotkania ze stadem było godne pochwały. Pamiętałem jak w Królowym Moście, pod koniec pobytu w tym obozie, widzieliśmy nieduże stado, składające się z wielu trupów. Mogło ono być teraz częścią tego, co nadchodziło do nas z Warszawy.
- Widzę most – zakomunikowała Ika pokazując nam drugą stronę dachu. Rzeczywiście po drugiej stronie było widać znacznie większa ulicę paro pasmową, która wychodziła na most. Z daleka wyglądało na to, że jest przejezdny, nawet nie było na nim za dużo wraków.
- To dziwne. Na takich mostach powinien być największy syf – stwierdził Krystek.
- Może ktoś tędy już przejeżdżał. W sumie nie pytałem Dziary czy oczyszczali te okolicę, ale może jakiś patrol kiedyś się tym zajmował – stwierdziłem.
- Jakbyśmy wykręcili z tej uliczki – powiedział Józef wskazując miejsce, w którym utknął Potwór – to szybko byśmy dotarli tutaj i pojechali dalej.
- Mam wciąż parę czerwonych flar przy sobie. Mógłbym odciągnąć je trochę, dwójka z was zostałaby na dachu i wystrzelała tych z tyłu, a potem wszyscy spotkalibyśmy się w Potworze za miastem – zaproponowałem.
- To trochę niebezpieczne – zauważył ksiądz.
- Średnio widzę inną opcję. Albo inaczej, widzę opcje, ale nie mamy czasu, żeby zostawać tutaj zbyt długo. Zróbmy tak jak powiedziałem. Ika wracaj do Potwora i powiedz Łowcy jaki jest plan. Ja z Józefem zejdziemy na dół i jak wszystko będzie gotowe to dacie nam znać, a my zaczniemy je odciągać. Kiedy zobaczycie, że nic więcej za nami nie lezie wystrzelajcie tyły i gdy Potwór ruszy uciekajcie. Spotkamy się wszyscy za mostem.
- A jak coś nie pójdzie Bobru? – zapytał Józef.
- Wszystko będzie dobrze. Nie ma tu za bardzo miejsca na potknięcia, po prostu ostrożnie schodźcie z dachu. Do zobaczenia za paręnaście minut, będziemy czekać na znak przy końcu tej alejki – wskazałem punkt.
- Powodzenia – powiedział Krystek. Ika ruszyła z powrotem na dach Potwora, a ja wraz z Józefem zeskoczyliśmy spokojnie na kontener ze śmieciami.
                Znaleźliśmy się przy drugim wylocie ulicy. Czekaliśmy spokojnie. Ksiądz szeptał coś pod nosem, a ja stałem oparty o ścianę i wypatrywałem Krystka, który da nam znak.
- Myślałem, że już nie wierzysz – powiedziałem nagle.
- Wiele rzeczy się zmieniło odkąd byłem wielkim wierzącym i choć wiele moich przekonań upadło to wciąż wierzę Bobru – powiedział.
- Mogę zapytać w co?
- Wierzę, że ktoś nad nami czuwa. Nie wiem czemu wybrał akurat tych ludzi, którzy jeszcze żyją, ale na pewno miał w tym jakiś cel. To wszystko to próba – podziwiałem jego wiarę. Sam nie byłem specjalnie wierzący zanim to wszystko się zaczęło, a od kiedy trupy przejęły prawie cały świat nie wierzyłem już w nic oprócz siebie – A ty? Wierzysz w coś?
                Przez chwilę się zastanawiałem co odpowiedzieć. Nie chciałem urazić uczuć księdza, ale nie chciałem też być nieszczerym w tak błahej sprawie.
- Wierzę w ludzi. W was wszystkich, którzy mnie otaczają. To my tworzymy to wszystko, ten świat. Boga tutaj nie ma, ani żadnej innej, większej siły – powiedziałem.
- Dobrze jest wierzyć w cokolwiek w tych czasach – stwierdził Józef.
- To prawda.
                Po chwili zobaczyłem jak Krystek macha w naszą stronę rękoma. Odmachałem mu na znak, że go zauważyłem.
- Nasza kolej – powiedziałem.
Wyjąłem z kieszeni w spodniach dwie flary. Miałem je od dawna, chociaż już nie należałem do tej grupy. Nie czułem jednak potrzeby, żeby je oddawać, Toruń i tak miał ogromny zapas. Podałem jedną z nich Józefowi. Spojrzałem w uliczkę przed siebie i zobaczyłem tylko końcówkę grupy trupów, która usilnie próbowała przepchać się do pojazdu. Wstrząsnąłem nią i pociągnąłem za sznureczek uwalniający proces. Po chwili w mojej ręce zrobiło się czerwono, a ściany okolicznych budynków rozbłysły ostrą czerwienią.
- Idźmy powoli. Musimy trzymać się jak najbliżej żeby je odciągnąć – powiedziałem postępując krok w głąb uliczki.
                Paręnaście trupów odwróciło się jak na rozkaz. Hałas i światło działały na nich jak przynęta, szczególnie, że te były noszone przez żywe osoby. Zombie były parę kroków ode mnie. Odwróciłem się i upewniłem, że nie odcinają nas od tyłu. Józef machał flarą znacznie szybciej i chaotyczniej ode mnie. Trupy powoli odrywały się od głównego członu i zaczęły iść coraz to większą grupą w naszą stronę. Żałowałem, że nie mogłem spojrzeć na sytuacje z góry. Nie wiedziałem jak długo musimy stać tak niebezpiecznie blisko, a krzyczenie teraz do Krystyka lub Iki nie wchodziło w grę.
                Wycofywaliśmy się, aż w końcu wyszliśmy na główną ulicę.
- Skręćmy teraz tutaj i idźmy chodnikiem, żeby nie zablokowały też tej drogi – powiedziałem do Józefa schodząc na popękany chodnik. Chociaż wysuwaliśmy się coraz dalej uliczki to trupy wciąż z niej wychodziły. Plan się udał. Po chwili usłyszeliśmy strzały. Rozbrzmiały z dachu niczym deszcz ołowiu. Żałowałem teraz, że nie poprosiłem Łowcy o zatrąbienie klaksonem jak tylko uda mu się wydostać.
- Czas przyspieszyć – powiedziałem i zamachnąłem się rzucając flarę w stronę, w którą szliśmy. Józef dorzucił tam swoją. Wskazałem mu drogę i wyciągając pistolet zaczęliśmy biec w stronę mostu. Miałem nadzieję, że to co zrobiliśmy zadziałało. Ulica była praktycznie czysta, ale niektóre trupy oddzielały się od grupy goniącej flarę i szły mimo wszystko za nami.
                Po chwili znaleźliśmy się na moście. Nie widziałem jeszcze ani Potwora, ani Krystka z Iką, ale miałem nadzieję, że lada moment ich zobaczę. Na moście początkowo wydawało się być czysto. Co jakiś czas stał porzucony wrak auta, ale nie kręciły się za nim trupy. Sama konstrukcja była dosyć długa, ale nam się nigdzie nie śpieszyło. Wciąż wypatrywaliśmy Potwora wjeżdżającego w ulicę, ale byliśmy coraz dalej, a go nie było widać.
- Myślisz, że coś poszło nie tak? – zapytał Józef.
- Może Łowca szuka odpowiedniej drogi, żeby ominąć wszystkie małe, pieprzone uliczki.
- Oby – powiedział cicho.
                Byliśmy już pod sam koniec drogi, kiedy zauważyliśmy ruch przed nami. Natychmiast zszedłem do poziomu kucając i pociągając za sobą księdza.
- Ktoś jest przed nami – szepnąłem.
- Trupy? – zapytał.
- Nie jestem pewien.
Obserwowałem dokładnie, ale postacie poruszały się powoli i nie widziałem z daleka w takiej ciemności kto to jest. Wyglądały na trupy, a jeżeli te odetną nas na moście mogliśmy być w pułapce.
- Musimy się szybko przebić – zadecydowałem. Wstałem i z wyciągniętą bronią ruszyłem do przodu. Józef był tuż za mną. Odetchnąłem z ulgą, gdy zobaczyłem, że to grupa zombie i to nieduża. Sięgnąłem po nóż i znacznie pewniejszy siebie ruszyłem na pierwszego z nich. Prawie natychmiast zdałem sobie sprawę, że coś jest nie tak. Trupy zatrzymały się i obserwowały nas. Nie byliśmy pokryci flakami, a dodatkowo z daleka wciąż widać było blask flary i dźwięki pozostałej grupy. Wiedziałem kto stoi przede mną, dlatego schowałem nóż i wyciągnąłem pistolet. Józef patrzył na mnie nieco zaskoczony.
- O co chodzi? – zapytał mnie.
- To nie trupy – powiedziałem.
                Ksiądz spojrzał na mnie lekko wystraszony, a następnie przeniósł wzrok z powrotem na nie.
- To kim są?
- Jesteśmy Zszytymi – odpowiedzieli prawie, że jednocześnie.
- Nie jesteśmy tu sami. Pomogliście mi i moim ludziom wtedy w Grudziądzu i doceniam to, ale nie szukam kłopotów – powiedziałem spokojnie.
- Ale my szukaliśmy ciebie – powiedział jeden z nich. Z daleka ciężko było odróżnić ich od trupów, ale z bliska było to już łatwiejsze. Zauważyłem, że mężczyzna mówiący miał nieco zżółciałą skórę na połowie twarzy, przyszytą od jednego z trupów. Od kiedy usłyszałem o grupie Zszytych nie mogłem zrozumieć ich zwyczajów. Co prawda ich kamuflaż nie dość, że był dobry w ukrywaniu się przed ludźmi, to dodatkowo dawał im ochronę przed trupami, ale wiązał się z koniecznością przyszycia do własnego ciała nićmi fragmentu czyjejś skóry, co nawet nie było odrażające, a po prostu przerażające. Każdy miał swój sposób przetrwania – Nazywają mnie Czotan. Mam dla ciebie wiadomość od naszego dowódcy.
- Czemu sam do mnie nie przyszedł? – zapytałem od razu – Jesteśmy w trakcie podróży.
- Przyjmiesz wiadomość? – zapytał Czotan ignorując moje pytanie.
                Spojrzałem na Józefa. Obserwował całą sytuację w ciszy. Z daleka widziałem nadbiegające dwie postacie, byłem pewien, że to Ika i Krystek. Odwróciłem się w stronę Zszytych i wyciągnąłem rękę. Czotan podał mi zwiniętą kartkę papieru po czym skłonił się.
- Do zobaczenia – powiedział i wraz ze swoimi ludźmi odwrócił się i poszedł w swoją stronę. Nie wiedziałem co powiedzieć. Usłyszałem kroki za plecami.
- Co się stało? – zapytał Krystek oddychając ciężko.
- To byli Zszyci – powiedział Józef dziwnie spokojnym głosem.
- Te pojeby? Puściłeś ich Bobru? – w głosie Krystka było słychać niedowierzanie.
- Spokojnie – odpowiedziałem chowając kartkę do kieszeni – Nie mamy teraz czasu na walki. Co z Potworem? – zapytałem.
- Zaraz tu powinni być. Odciągnęliście większość gówna, resztę wystrzelaliśmy – opowiedział.
                Usiedliśmy wszyscy na murku przy moście i czekaliśmy. Rzeczywiście po minucie zobaczyliśmy tir, który jechał w naszą stronę. Łowca zatrzymał go tuż przed nami. Wsiedliśmy i przywitaliśmy się z resztą.
- Dobra akcja – podsumował Pablord.
- Kurde parda jedźmy stąd – dodał Mpd patrząc ostatni raz w stronę Włocławka.
Byłem zmęczony. Usiadłem opierając się o jedną z ścian niedaleko siedzącego Dymitra i Rudej. Zapomniałem nawet o wiadomości od Zszytych. Gdy tylko pojazd ruszył i zaczął przyjemnie kołysać na drodze to zasnąłem. Obudziłem się nad ranem zauważając, że wciąż jedziemy. Większość osób spała, tylko Mpd i Pablord rozmawiali o czymś spokojnie. Wciąż czułem zmęczenie, ale mimo to podniosłem się i przywitałem z chłopakami. Przechodząc pomiędzy śpiącymi wszędzie ludźmi doszedłem na przód pojazdu. Łowca prowadził w skupieniu, a obok niego siedział Dymitr.
- Jak tam panowie? – zagadałem.
- Za jakąś godzinę będziemy w Płocku – powiedział wesoło Łowca.
- Nie było żadnych problemów od Włocławka? – zapytałem – Stawaliście gdzieś na noc?
- W sumie nie. Jakoś nie czułem potrzeby snu i po prostu spokojnie jechałem. A jakby były jakieś problemy ciebie budzilibyśmy pierwszego – powiedział klepiąc mnie prawą ręka w bok.
- To super – powiedziałem ucieszony. Włocławek i tak był zbyt dużym problemem, nie potrzebowaliśmy kolejnych. Usiadłem niedaleko siedzenia Łowcy i wygrzebałem sobie jakieś śniadanie. Jechałem i odpoczywałem, starając nie myśleć o niczym konkretnym. Takie wyciszenie było czymś naprawdę świetnym.
                W ciągu następnej godziny zbliżaliśmy się do celu naszej podróży. Kolejne osoby zaczęły powoli wstawać i jedynym wciąż śpiącym był Krystek.
- Wiemy właściwie czego szukamy? – zapytała Łapa.
- Jak byłem kiedyś w Płocku – zaczął Łowca – to widziałem jedno miejsce. Pewnie zauważymy je od razu jak tylko podjedziemy bliżej. Myślę, że będzie idealne.
Jechaliśmy teraz tuż obok rzeki. Była szeroka i płynęła spokojnie, jakby zupełnie nie przejmowała się tym, że świat się skończył. Byłem ciekaw ile teraz trupów musi być na jej dnie. Płock był sporym wyzwaniem. Musieliśmy znaleźć miejsce i zbudować je od zera. Dotychczas, zawsze przyjeżdżaliśmy na gotowe. W Królowym Moście był już generator oraz studnia i spore zapasy jedzenia, a Toruń był wręcz metropolią gdy się w nim pojawiliśmy. Tutaj pracy było naprawdę dużo. Jechaliśmy teraz lasem coraz bliżej miasta. Jeszcze go nie widzieliśmy, ale byłem pewien, że gdy tylko wyjedziemy z otaczającej nas puszczy to pojawi się na horyzoncie.
                Nie myliłem się. Gdy Łowca wyjechał na polne drogi, do małego miasteczka otaczającego Płock od zachodu zobaczyliśmy trupy szwendające się po ulicach, domki, a także panoramę sporego miasta. Było prawdopodobnie mniejsze od Torunia, ale i tak spore. Jechaliśmy spokojnie główną drogą mijając kolejne zabudowania. Po lewej stronie zobaczyliśmy spory szpital. Od razu pomyślałem o wypadzie tam, gdy tylko nieco rozgościmy się w tym miejscu. Jechaliśmy wciąż do przodu, a większość z nas powstawała i podeszła do przodu, żeby obserwować to co widać było przed nami. Pomiędzy miasteczkiem a Płockiem było sporo wolnej przestrzeni, Łowca w końcu zjechał na piaskową drogę bliżej rzeki i niedaleko plaży miejskiej. Wiedziałem, że podczas lata musiało tu roić się od ludzi, ale teraz było widać tylko trupy przechodzące z jednego miejsca do drugiego.
                Nagle Łowca zwolnił nieco i wskazał palcem na linię drzew przed nami.
- To jest nasza miejscówka – powiedział wyniosłym tonem.
Za drzewami było widać kawałek wieży i budynku kościoła, który nawet z daleka wydawał się być duży. Oprócz tego widzieliśmy również dachy otaczających go budynków. Nie musiałem nawet podjeżdżać bliżej, żeby wiedzieć, że to jest to miejsce. Było usytuowane na wyniesieniu, więc mielibyśmy stamtąd widok na całe miasto. Nikt nie mógłby podejść do nas niezauważony. Gdy w mojej głowie powstawał plan przypomniałem sobie o wiadomości, którą wczoraj dostałem. Wycofując się nieco w głąb pojazdu sięgnąłem do kieszeni i wyciągnąłem kartkę. Rozkładając ją na uboczu zobaczyłem rząd starannego pisma.
„Spotkajmy się podczas pełni w lesie na wschód od Płońska. Musimy porozmawiać.
Zszyty Cz.”

Zakląłem pod nosem.

czwartek, 29 grudnia 2016

Rozdział 6: Tropem Potwora

Rozdział 6, kolejny z perspektywy Zuzy. Co więcej w tym rozdziale zastosowałem bardzo ciekawy zabieg, dzięki któremu oprócz poznania lepiej Zuzy poznamy też lepiej inną postać. Według mnie wyszło super i naprawdę ciekawie wypełni dotychczasową spokojną akcję u Zuzy (zanim przejdziemy do solidnego rozwoju postaci). Zapraszam do czytania.

POV:
Zuza - Rozdział 6 - Dzień 2-3
Bobru - Dzień 2-3 - Bobru w tym czasie wyjeżdża z Inowrocławia i dojeżdża do Włocławka
Erni - Dzień 2-3 - Erni w tym czasie wpada w ręce bandytów

----------------------------------------------------------

Rozdział 6: Tropem Potwora (ZUZA)


                Noga bolała przy każdym ruchu, ale to raczej motywowało mnie, niż przeszkadzało. Wiedziałam, że każde kolejne ukłucie przybliża mnie do celu. Maszerowałam dosyć szybkim krokiem w stronę, w którą pojechał tir. Wiedziałam, że to co robię mogło doprowadzić mnie do śmierci. Zrezygnowałam z dotarcia do bezpiecznego obozu żeby podążać za jakąś grupą. Chociaż to jak zniszczyli trupy było imponujące, nie mogłam być pewna, czy nie zrobią tego tak samo ze mną. Ryzykowałam wiele, ale kierowałam się instynktem, a właśnie on utrzymywał mnie przy życiu już jakiś czas.
                Kolejnym czynnikiem ryzyka był czas. Poruszałam się znacznie wolniej od pojazdu, a boląca noga nie pomagała. Liczyłam na znalezienie jakiegoś pojazdu i dotarcie do Płocka jak najszybciej mogłam, ale wiedziałam, że samochody teraz albo są wrakami, albo od dawna zostały zabezpieczone przez innych ocalałych. Z tego co wiedziałam, miałam przed sobą dwa nieduże miasteczka, za którymi był Włocławek, który był już nieco większym miejscem. Szansa jakaś była więc musiałam chociaż trochę rozejrzeć się po tych mieścinach.
                Droga była całkiem spokojna. Widać było trupy, ale wałęsały się one po polach omijając drogę i mnie. Co jakiś czas zauważałam czarne ślady po dużych oponach, które z pewnością należały do wcześniej spotkanych ocalałych. Wątpiłam, żeby ktoś jeszcze woził się tak dużym pojazdem. Po dwóch godzinach marszu zatrzymałam się na chwilę żeby zjeść resztki jedzenia i napić się. Podróżowanie w ten sposób było dosyć męczące. Miejscem mojego postoju było nieduże rozwidlenie dróg, przy których znalazłam wrak auta i mały kamienny murek, na którym usiadłam. Pojazd oczywiście nie działał, ale miejsce wydawało się bezpieczne. Przy samym wraku leżały trzy ciała trupów, każde z rozwaloną głową. Siedziałam tak spokojnie przez parę minut, kiedy nagle usłyszałam, że coś nadjeżdża. Nie czekając ani chwili rzuciłam się na ziemię i wczołgałam pod wrak.
                Ponownie moja perspektywa zmieniła się na tą spod samochodu, tak jak to było gdy spotkałam poprzednich ocalałych. Tym razem jednak byłam bezpieczniejsza. Samochody wyłoniły się ze strony, z której szłam i przemknęły w stronę, w którą podążałam. Stało się tak szybko, że przez chwilę po prostu leżałam i czekałam, sama nie wiedziałam na co. Kim mogli być ci ludzie, przeszło mi przez myśl. Mogli to być ludzie z grupy, którą goniłam, ale też tacy, którzy na nich polują. Trzy kolejne samochody mogły pomieścić nawet trzydzieści osób, szczególnie patrząc na to, że na pace ktoś jechał. To wyglądało na całkiem sporą grupę.
                Wyczołgałam się w końcu spod wozu i ruszyłam dalej. Nim minęła kolejna godzina, a słońce zaczęło zachodzić jeszcze bardziej dotarłam do niedużego miasteczka. Do Włocławka miałam jeszcze kawałek, ale noga dokuczała mi naprawdę mocno, a podróżowanie nocą było znacznie bardziej niebezpieczne, dlatego wchodząc w uliczki zaczęłam szukać miejsca do spania. Nie było tutaj zbyt wielu dużych budynków, a ja dodatkowo potrzebowałam jedzenia. Ulice były raczej czyste, chociaż na jednej z nich zobaczyłam masę trupów jedzących coś. Były jednak tak zajęte pożeraniem swojej ofiary, że nawet mnie nie wyczuły. Te pojedyncze, które szwendały się na ulicach nie były z kolei aż takim zagrożeniem. Jak któryś zbliżał się na wyciągnięcie ręki pchałam go i dobijałam nożem. Sprawdzałam również auta, ale każde, które znajdowałam było w kiepskim stanie. Jedne w ogóle się nie włączało, kolejne nie miało dwóch kół, następne było wypchane trupami, jakby ktoś je tu składował na później.
                Znalazłam po chwili auto, które nawet odpaliło, niestety było zepchnięte z ulicy w rów i chociaż próbowałam dobre dziesięć minut to nie udało mi się wyjechać, a siły, żeby je wypchnąć, nie miałam. Zrezygnowana ruszyłam dalej. Pozbyłam się trupa blokującego mi przejście i weszłam na ulicę otoczoną niedużymi, trzypiętrowymi blokami mieszkalnymi. Nie chciałam się pchać dalej, bo wiedziałam, że takie miejsca to umieralnia. Musiałam znaleźć jakieś jedzenie i z pewnością w blokach było go sporo, ale nie było to jedyne miejsce. Udało mi się zauważyć nieduży sklep monopolowy i ruszyłam pewnie w jego kierunku.
                Drzwi były zamknięte. Podeszłam do nich powoli, wciąż z nożem w ręce i delikatnie nacisnęłam na klamkę.  Okna były zakratowane, ale drzwi po chwili siłowania się ustąpiły. Gdy tylko przekroczyłam próg poczułam smród rozkładającego się mięsa. Cała wystawa była przegniła, chodziły po niej larwy, a zapach był tak intensywny, że mogło się zakręcić w głowie. Przyłożyłam koszulę do twarzy i weszłam. Pierwsze co zrobiłam to sprawdzenie, czy ktoś tutaj jest. Za ladą rozkłada się trup. Nie wstawał jednak, połowa jego głowy była rozrzucona po sporym fragmencie podłogi. Na zapleczu było pusto. Okna niestety nie miały zasłon, więc czułam się odsłonięta. Całe szczęście tylne jak i przednie drzwi miały działające zamki, więc zasunęłam je porządnie, dodatkowo zastawiając pobliskimi skrzynkami pełnymi przegniłych warzyw i z spokojem ułożyłam się za ladą, niedaleko nieszczęśnika, który leżał tu już jakiś czas.
                Większość produktów spożywczych stała na miejscu, ale prawie wszystkie były przeterminowane. Zadowoliłam się ostatecznie puszkami konserw rybnych oraz zapasam napojów gazowanych, które nie smakowały jeszcze tak źle, chociaż termin ich przydatności minął miesiąc temu. Po zjedzeniu trzech puszek poczułam się pełna. W sklepie panowała ciemność, szyby przepuszczały niedużo światła, a księżyc był skryty za chmurami. Zawsze przed snem lubiłam myśleć, to był taki mój mały obrzęd. Kiedyś po prostu brałam książkę i czytałam aż do zaśnięcia, ale teraz z oczywistych powodów nie było to możliwe. Bardzo za tym tęskniłam. Pamiętałam jak byłam chora, tuż przed wybuchem zarazy i mąż czytał mi przed snem. Te czasy wydawały się tak odległe jakby nie istniały.
                Robiąc sobie miejsce na podłodze zauważyłam coś leżącego w kącie. Okazało się to być książka, a dokładniej dziennikiem. Pojawiła się ona praktycznie na zawołanie i postanowiłam, że zaryzykuje wyczerpanie baterii w latarce i ewentualne zauważenie. Chciałam chociaż na chwilę się oderwać. Niestety gdy tylko włączyłam latarkę zobaczyłam tytuł zapisany starannym pismem: „Pamiętnik Ocalałego”. Lepsze to niż nic, pomyślałam. Przewróciłam pierwszą stronę i zobaczyłam datę. „15 listopada 2014 – dzień 1” głosił nagłówek. Przeleciałam wzrokiem całą stronę. Mężczyzna, który opisywał swoje życie był młody, miał nieco ponad dwadzieścia cztery lata. Pisał o tym, że wszystko trafiło szlag szybko w jego mieścince. Udało mu się jednak uciec z rodziną do domku położonego gdzieś obok miasta, którego nazywa nie udało mi się przeczytać, ponieważ była napisana niewyraźnie, a dodatkowo rozmazana.
                Jego styl pisania był spokojny. Nie używał jednak swojego imienia, a przynajmniej ja nie mogłam go znaleźć wertując kolejne strony. Kolejne dni w pamiętniku opisywały barykadę domu, zastrzelenie pierwszego człowieka, oraz zebranie okolicznych ludzi i wspólne przeżycia. Momentami przechodziły mnie ciarki. Nieznajomy wydawał się być kompletnie niewzruszony tym co stało się z światem. Opisywał kolejne dni, jakby była to zwykła, szara codzienność. „Tego dnia ruszyliśmy całą grupą do miejscowego sklepu i wzięliśmy wszystko, co tam było. Stary sklepikarz, Janusz już nie żył. Znaleźliśmy go rozszarpanego na kawałki na zapleczu. Widok był fascynujący. Trupy, którego go pożarły wybiliśmy. Podziwiam szczerze ich zapał w dążeniu do celu. Nie zatrzymuje ich nic. Chcą tylko zatopić zęby w kolejnej ofierze i tym samym sprawić, żeby dołączyła do nich. To nowi władcy świata. Żałuje, że nie ma sposobu żeby ich kontrolować, ale podczas gdy reszta będzie zajmowała się zabezpieczaniem gospodarstwa moich rodziców z pewnością wymyślę coś, żeby je przechytrzyć. Myślę, że jestem w stanie.” Kolejne strony były coraz to mroczniejsze. Wiedziałam, że potrzebuje snu, ale mimo to czytałam je z zaciekawieniem. Każdy dzień był opisany dosyć dokładnie. Szczególną uwagę przykuły opisy trupów. Autor widocznie interesował się nimi i prowadził badania. Musiał być naukowcem, albo szaleńcem.
                Chociaż robiło się coraz ciekawiej zmęczenie wzięło górę. Rozejrzałam się raz jeszcze po sklepie sprawdzając, czy wszystko jest bezpieczne, po czym przemyłam ranę i zmieniłam opatrunek i położyłam się spać. Zasnęłam natychmiast. Gdy obudziłam się było już jasno. Zaczęłam się pakować. Zabrałam tyle jedzenia ile byłam w stanie, dodatkowo spakowałam też butelkę picia. Przez chwilę zastanawiałam się czy zabrać ze sobą pamiętnik. Wydawał się być naprawdę mroczną lekturą, nie byłam pewna, czy właśnie tego potrzebowałam w tym momencie. Nie byłam nawet w jednej czwartej, a podejrzewałam, że dalsze strony będą zawierały jeszcze gorsze rzeczy. Schowałam go ostatecznie do dużej kieszeni plecaka i ruszyłam w stronę wyjścia. Odblokowując drzwi zastanawiałam się do kogo należała ta księga i czy dziwny właściciel jeszcze żyje.
                Wyszłam na zewnątrz i prawie natychmiast wiedziałam, że coś jest nie tak. Zombie szły wyraźnie w moją lewą stronę i nim się zdążyłam obejrzeć padł strzał. Cofnęłam się do wnętrza sklepu. Serce zaczęło mi bić jak szalone. Wyjrzałam delikatnie zza drzwi i zobaczyłam, że po lewej stronie ulicy stoi dwójka mężczyzn. Strzelali oni do trupów, które do nich legły. Bałam się, a wiedziałam, że jeżeli mnie zaczną gonić to nie ucieknę. Noga bolała mnie przy każdym gwałtowniejszym kroku, a bieganie mogło otworzyć ranę i sprawić, że nie będę wstanie uciec. Musimy iść dalej, usłyszałam w głowie. To była prawda. Wiedziałam, że jeżeli szybko nie ruszę w prawo i nie zacznę oddalać się od mężczyzn to zaraz będzie po mnie. Była szansa, że mnie nie zauważą i będę mogła schować się w tym sklepie i przeczekać, ale wiedziałam, że to zbyt ważny punkt, żeby go nie odwiedzić. Nie zauważyli mnie jeszcze, ale wszystko miało zmienić się za chwilę. Wychyliłam się i kucając zaczęłam szybkim krokiem podążać wzdłuż ściany.
- Hej – usłyszałam szybciej niż zdążyłam zrobić parę kroków – Tam ktoś jest!
- Stój! – krzyknął ktoś inny. Strzał tym razem nie był wymierzony w trupy. Kula śmignęła i poczułam pieczący ból, kiedy drasnęła mnie w ramię. Głośno wypuściłam powietrze po czym wstałam i zaczęłam biec. Już po jednym gwałtownym ruchu noga zapiekła mnie tak mocno, że mało co się nie wywróciłam. Starając się jak najbardziej przenieść ciężar ciała na lewą nogę kuśtykałam do przodu. Skręciłam na zakręcie w prawo wbiegając w nieduży miejski park. Słyszałam kroki bandytów, którzy za mną biegli. Nie miałam szans ich pokonać nożem, a nawet gdybym miała broń bałabym się tak samo.
- Nie uciekniesz! – wrzasnął jeden z nich, jakby chciał wyssać tymi słowami resztki sił i odwagi jakie we mnie zostały.
                Dróg było wiele, ale wiedziałam, że na otwartych przestrzeniach nie miałam szans ich zgubić. Zauważyłam boczną uliczkę, która była pomiędzy dwoma starymi, drewnianymi domami. Bez namysłu ruszyłam nią, licząc na to, że uda mi się przeżyć. W połowie, całkiem długiego odcinka, noga zabolała mnie tak mocno, że upadłam. Schowałam się szybko za kontenerem, który tu stał i modliłam  się pod nosem aby moi oprawcy zniknęli. Dyszałam ciężko, chociaż z całych siły starałam się uspokoić oddech. Kroki jednak ucichły. Przez chwilę poczułam niezmierną ulgę, ale gdy tylko usłyszałam  głośniejsze szurnięcie wiedziałam, że jeden z nich musiał być naprawdę blisko.
- Dziewczyno lepiej się poddaj – powiedział mój oprawca powoli wchodząc w uliczkę. Słyszałam jego kroki. Jego głos był spokojny, ale słychać też było, że jest zmęczony biegiem, bo charakterystycznie charczał po każdym słowie. To pozwalało mi zlokalizować jak daleko jest ode mnie – Weźmiemy twoje rzeczy, może coś ci zostawimy – był już naprawdę blisko, zaledwie parę kroków ode mnie. W całym zaułku stało jeszcze parę kolejnych kontenerów, więc miałam szansę go zaskoczyć, ale co mogłam zrobić przeciwko silniejszemu ode mnie mężczyźnie – No i nie obiecuje, że nie skubniemy też trochę ciebie. Wiesz jak to jest – powiedział śmiejąc się obleśnie.
                Kiedy zrównał się ze mną zadziałałam instynktownie. Mężczyzna nie zdążył dobrze na mnie spojrzeć, kiedy wbiłam mu nóż w prawe udo. Zaryczał jak zarzynany wół, a ja wykorzystując sytuację popchnęłam go i zaczęłam biec w stronę, z której przyszedł, mając nadzieję, że jego kompan poszedł sprawdzić inną uliczkę. Nie czułam już nawet bólu w nodze. Adrenalina zrobiła swoje, a ja biegłam niczym strzała nie zatrzymując się nawet na chwilę. Szok był ogromny i przejął nade mną kontrolę. Nawet nie zauważyłam kiedy znalazłam się poza miastem, a noga zaczęła mnie boleć tak mocno, że zrobiło mi się czarno przed oczami. Osunęłam się przy metalowych barierkach osłaniających drogę i zaczęłam oddychać ciężko. Poczułam się tak zmęczona, że najchętniej położyłabym się w tym miejscu, w którym leżałam i została tu na zawsze. Nie obchodziły mnie trupy, ani dwaj mężczyźni, którzy chcieli mnie złapać. I tak nie miałam siły od nich uciec.
                Nic się jednak nie działo. Siedziałam, a noga pulsowała mi jakby miała wybuchnąć, zombie były daleko ode mnie, a po bandytach nie widziałam śladu. Nie byłam pewna, którą drogą wybiegłam z miasta, ale po chwili zauważyłam znak drogowy, który wcześniej ominęłam. Trafiłam dobrze. Tabliczka pokazywała, że opuszczam miasto, a zarazem, że jestem całkiem niedaleko Włocławka. Oczywiście całkiem niedaleko jak na podróż pojazdem. Niestety przez te całe zamieszanie nie znalazłam żadnego wozu, a teraz za bardzo bałam się tam wracać. Wstałam ciężko i chowając nóż, który cały ten czas kurczowo trzymałam w dłoni, ruszyłam wolniej niż wcześniej przed siebie. Noga z czasem przestawała boleć, aż ból wrócił do skali do wytrzymania.
                Byłam ciekawa czy Alicji udało się to co planowała. Ruszyła wtedy w tę stronę, w którą teraz szłam ja, ale nie widziałam żadnego jej śladu. Uśmiechnęłam się pod nosem, kiedy zobaczyłam kolejne wyraźne ślady dużych opon na piaskowej drodze prowadzącej na wschód. Oznaczało to, że ciągle byłam na tropie potwornie dużej ciężarówki. Zapasy były na zadowalającym poziomie, nie musiałam martwić się tym, że będę musiała szukać pożywienia przed snem, a dodatkowo wciąż miałam tajemniczy dziennik i chociaż życie było wyjątkowo emocjonujące w tych czasach, to nie mogłam się doczekać aż położę się w bezpiecznym miejscu i przeczytam kolejne strony o przygodach tajemniczego mężczyzny.
                Pogoda była przyjemna do maszerowania, nie było ani za gorąco, ani za zimno. Gdy słońce zaczęło powoli zachodzić wyszłam właśnie z leśnego odcinka drogi prosto na pola. Otaczały mnie one z lewej i prawej strony sprawiając, że czułam się wyjątkowo odsłonięta. Wiedziałam jednak, że muszę postarać się dojść do kolejnego miasteczka jeszcze przed zapadnięciem nocy i dodatkowo znaleźć sobie miejsce do przespania, które będzie w miarę bezpieczne. Pamiętałam, jak kiedyś spędziłam noc na dachu starej szopy w małej wsi, wtedy był jeszcze ze mną mąż. Chociaż upewnił się, że miejsce było bezpieczne to i tak skrzypiące ciągle drzwi i odległe jęki trupów sprawiały, że przez całą noc leżałam przerażona i z upragnieniem czekałam na wschód słońca.
                Gdy dochodziłam do pierwszych zabudowań było już ciemno, a ja miałam w ręce latarkę. Zapas baterii starczył mi na jeszcze sporo używania, ale pomyślałam, że jak zauważę jakiś kiosk to rozejrzę się za nimi, szczególnie biorąc pod uwagę moje nowe hobby. Mieścinka była podobna do poprzedniej, składała się z uliczek z niewysokimi budynkami rozłożonych na pewnym obszarze. Trupy pojawiły się prawie natychmiast i odrywając się od wcześniejszych pozycji ruszyły powolnym krokiem za mną. Nie zatrzymywałam się i ostrożnie wybierałam kolejne drogi. Wiedziałam, że z taką nogą nie mogłam sobie pozwolić na zbytnie szaleństwo.  Miałam nadzieję, że czytając pamiętnik, który znalazłam, znajdę jakieś porady jak chronić się przed trupami. Na pewno istniał jakiś sposób, człowiek go piszący musiał być zdeterminowany do działania.
                Przed moim oczami ukazał się zdemolowany przystanek autobusowy i trochę większy niż zazwyczaj kiosk. Okna były zasłonięte żaluzją przeciwwłamaniową, ale byłam pewna, że drzwi będzie dało się jakoś otworzyć. Były one zamknięte, ale jak się po chwili okazało lekki podważenie zamka nożem otworzyło je bez większych problemów. Szybko skryłam się w ciasnym, ale wystarczającym budynku i zasunęłam drzwi od środka, dużą metalową zasuwą. Czując kojące bezpieczeństwo usiadłam i rozejrzałam się. Widać było plamę starej, zaschniętej krwi. Nie znałam się na tym za bardzo, ale musiała tutaj być już przynajmniej kilka tygodni, bo jak przejechałam po niej nożem, to krew odpadła niczym sucha farba.
                Na wystawie było mnóstwo wafelków, ciasteczek i innych przekąsek, widziałam tez cały stos gazet i czasopism. Nawet nie chciałam do nich zaglądać. Co było to było. Rozłożyłam się wygodnie nie bojąc się, że światłem przyciągnę czyjąś uwagę. Rolety i ściany robiły wystarczającą robotę. Zadowolona zaczęłam jeść kolacje po czym oparłam się o ladę i włączyłam latarkę. Przypominając sobie o wcześniejszym pomyśle przeszukałam kiosk i znalazłam parę opakowań baterii. Takie zapasy na pewno starczyły na długi czas więc uradowana kolejnym małym zwycięstwem zajęłam się lekturą.
                Ta szybko mnie wciągnęła. Zanim się obejrzałam zauważyłam, że czytam już wpisy z grudnia opisujące pierwsze opady śniegu. „Śnieg spadł. Myślałem, że to będzie oznaczało, że będzie jeszcze trudniej i jeszcze gorzej, ale całe szczęście nie. Zima to kolejna szansa. Chociaż ciężko o utrzymanie temperatury, a jedyne rzeczy do jedzenia to znalezione wcześniej zapasy to zombie przestały być zagrożeniem. Mróz sprawia, że są wolniejsze, a niektóre kompletnie przestają się ruszać. To idealna sytuacja, żeby zebrać parę egzemplarzy i dokładniej zbadać, bez ryzyka.
24 grudnia 2016 – dzień 40
Święta. Nigdy za nimi nie przepadałem, ale jednak moi rodzice postanowili nie tracić do końca człowieczeństwa i zorganizowali dla wszystkich pozostałych w obozie wielki obiad. Nie było to nic specjalnego, ale i tak przypomniałem sobie cały szał związany z tą tradycją. W obozie nie zostało nas wielu, moi ludzie zajmowali okoliczne domy oddalone trochę od naszej farmy. Dużo też było na wyjazdach zbierając informację o innych obozach. Wiedziałem już o tym w Toruniu, Grudziądzu oraz Płońsku. Słyszałem też, że w okolicy Warszawy jest spora grupa ocalałych na czele z wojskiem. Zima była idealnym momentem na zbieranie informacji i badania.
25 grudnia 2016 – dzień 41
Dzisiejszy dzień w końcu przyniósł jakieś postępy. Nie wiem dokładnie jak wykorzystać jeszcze te informacje, ale wiem, że trupy działają przede wszystkim w oparciu o bodziec zapachu. Dla próby rozprułem jednego z nich i wysmarowałem ubrania w ich wnętrznościach. Podziałało. Chociaż jest to dosyć trudne, z pewnością odrażające i nie do końca dopracowane to daje ochronę. Trupy obwąchiwały mnie, ale po chwili przestawały się mną interesować. Testowałem różne ilości flaków po dokładnym wymyciu się i ostatecznie doszedłem do wniosków, że nawet nieduża ilość krwi i wnętrzności wsmarowanych w ciało daje pożądany efekt.”
                Gdy przeczytałam wpis z dwudziestego piątego grudnia aż pacnęłam się w głowę. W życiu nie pomyślałam o tym, żeby użyć flaków jako zapachu maskującego. Zdziwiło mnie jak mogłam nie pomyśleć o tak banalnym pomyśle. Opcja wydawała się idealna, bardziej mnie jednak przerażała wizja przykrego zapachu. Nie miałam gdzie się umyć, rzadko kiedy znajdowałam domy z dostępem do wody. Chociaż zdecydowanie smród był małą ceną za unikanie zombie. Jak wiele można się od ciebie nauczyć, pomyślałam patrząc na dziennik. Chociaż nie miałam pojęcia jak wygląda jego właściciel zaczęłam sobie to wyobrażać.  Widziałam  wysokiego mężczyznę w okularach z czarną czupryną. Nie miał zarostu i był dobrze zbudowany. Byłam ciekawa czy jeszcze żyje, czy może jeden z kolejnych eksperymentów zakończył się fiaskiem. Jeżeli żył to czemu zostawił swoje zapiski w takim miejscu? Mogłam ruszyć w stronę wspomnianej przez niego farmy, ale nie byłam pewna czy jestem w stanie dojść tak daleko. Zastanawiałam się jeszcze jak dużo dowiem się o okolicy. Mężczyzna wspominał o wielu obozach, ale nie było w nim nic o Płocku, a właśnie tę nazwę usłyszałam z ust ocalałej na drodze i jej grupy z wielkim tirem.  To musiała być grupa zasiedlająca nowy obóz. Cieszyłam się z posiadania dziennika, czytając go miałam szansę dowiedzieć się czegoś więcej o ludziach za którymi szłam. Całkowicie zafascynowana lekturą zgasiłam latarkę i położyłam się spać opierając głowę o plecak. Zasnęłam dosyć szybko.
                Gdy rano wstałam zjadłam coś na szybko po czym zmieniłam opatrunek na nodze. Rana goiła się, chociaż moje wczorajsze przygody na pewno spowolniły ten proces. Ostrożnie odsunęłam zasuwy i wyszłam na zewnątrz. Zombie nie było widać na najbliższym odcinku drogi. Przypomniałam sobie o badaniach autorach pamiętnika i postanowiłam zapamiętać jak mogę się uratować w razie większych problemów. Na drodze przede mną zobaczyłam ponownie ślady kół i rozjechanego trupa. Wyglądał dokładnie tak jakby wyglądało coś, co właśnie zostało przejechane przez rozpędzony pojazd. Ucieszona, że wciąż trzymam się dobrej trasy, ruszyłam dalej.
                Przy trasie wylotowej z miasta zauważyłam nieco więcej trupów, ale też w oczy rzucił mi się sklep militarny. Wiedziałam, że szansę na znalezienie broni tak długo po wybuchu apokalipsy w takim miejscu były nikłe, ale postanowiłam zaryzykować. Już zwykły pistolet dawał mi dużo, a znalezienie czegoś większego byłoby po prostu cudne. W takich sklepach często były też ubrania idealne do podróżowania. Sklep był na rogu ulicy, a do jego wnętrza prowadziły schodki. Drzwi były lekko uchylone, ale nie to było problemem. Stało przed nim naprawdę sporo trupów. Wyglądały jakby złapały jakiś trop, bo stałam niedaleko, a te i tak podążały wzdłuż ulicy dalej. Postanowiłam, że wykorzystam sztuczkę, której się nauczyłam.
                Wypatrzyłam samotnego trupa, który odłączył się od grupy i zagulgotał z podciętego gardła jak mnie zobaczył. Ktoś zdecydowanie nie wiedział jak go załatwić, pomyślałam patrząc jak ten idzie w moją stronę. Po lekturze pamiętnika czułam się bardziej pewna siebie, jakbym grała w pokera widząc karty moich przeciwników. Wyciągnęłam nóż i czekając aż trup podejdzie w trochę bardziej ustronne miejsce wbiłam mu nóż w podbródek docierając ostrzem do mózgu. Zgniła krew polała mi się strumieniem po rękach, a ja łapiąc trupa za plecy położyłam go ostrożnie na ziemi, żeby nie zrobić za dużo hałasu. Walcząc z obrzydzeniem rozprułam nożem jego koszulę oraz podkoszulek i spojrzałam na lekko nabrzmiały brzuch. Operowałam już w swoim życiu ludzi, ale to jednak było co innego. Smród czułam będąc odsunięta najdalej na ile pozwalał mi zasięg rąk. Chwyciłam pewnie nóż i wbijając go kawałek pod mostkiem rozprułam bebechy odsłaniając falę smrodu i pozwijanych organów.
                Wafelki, które jadłam na śniadanie podeszły mi do gardła, ale wiedziałam, że musze zacząć się przyzwyczajać do tego zapachu. Odłożyłam nóż na bok i delikatnie rozchyliłam połacie brzucha. Od razu rzuciły mi się w oczy jelita. Będą idealne, pomyślałam chwytając nóż i zaczynając je wycinać. Nie było to takie trudne z ostrym narzędziem w ręce. Chwyciłam interesujące mnie części i zawiesiłam sobie na szyi, rozsmarowując tyle krwi ile zdołałam zdobyć po rękawach, nogawkach oraz torsie. Starałam się unikać kontaktu zainfekowanej krwi z moją skórą jak się dało, ale wiedziałam, że to nie jest do końca możliwe.
                Rozsmarowanie tego zajęło mi chwilę, ale w końcu zadowolona z efektu i przerażona zapachem ruszyłam w stronę sklepu. Stało przed nim teraz trzech zombie, którzy spojrzeli się na mnie, ale od razu zauważyłam, że nie przesuwają się w moją stronę tak szybko. Wyglądały bardziej jakby się przyglądały i sprawdzały coś. Dalej w dłoni kurczowo trzymałam rączkę od noża będąc gotowa do walki. Podchodziłam coraz bliżej, widząc dokładnie ich zgniłe twarze i zakrwawione ciała. Te jednak nie reagowały. Podejrzewałam, że jakbym zaczęła skakać i śpiewać z radości to i tak by mnie zaatakowały, więc ostrożnie szłam, nie robiąc zbyt gwałtownych ruchów.
                Gdy weszłam do sklepu odwróciłam się jeszcze raz na chwilę, ale zombie dalej stały w tym samym miejscu idąc teraz w kierunku poprzednich trupów. Zadowolona z sukcesu wyciągnęłam latarkę i zaczęłam badać wnętrze. Chciałam jak najszybciej opuścić to miasto, więc szybkim krokiem ruszyłam do półek i od razu zauważyłam, że wystawy z bronią są całkowicie puste. Nieco zrezygnowana tym faktem ucieszyłam się, gdy zobaczyłam wieszaki z ubraniami. Wszystkie były w kolorach moro i było tam tego naprawdę sporo. Szybko zauważyłam spodnie, bluzy, koszulki, czapki, kurtki i wiele innych. Obejrzałam się jeszcze raz na ulicę i zauważając, że jest pusta postanowiłam przebrać się już tutaj rezygnując z brudnych ubrań i wziąć jeszcze trochę na zapas jakbym nie mogła znieść odoru wnętrzności.
                Zaczęłam się rozbierać. Po chwili prawie naga w samych majtkach zaczęłam przebierać wieszaki szukając koszulki w moim rozmiarze.
- Fajne masz te cycuszki – usłyszałam nagle kobiecy głos za moimi plecami. Wystraszyłam się tak bardzo, że upuściłam latarkę – Spokojnie, bo jeszcze zrobisz coś temu apetycznemu ciałku.
Podniosłam latarkę uznając, że brak dźwięku przeładowania oznacza, że mogę się rozejrzeć. Poświeciłam w kąt budynku, gdzie zobaczyłam dziewczynę. Miała krótkie, czarne włosy. Jej twarz była piękna, lecz wygięta w grymasie bólu. Trzymała się obiema rękoma szmaty, którą przytrzymywała przy prawym boku. Materiał przesiąkł krwią.
                Nim zdążyłam o cokolwiek zapytać do środka sklepu wpadło więcej światła z otwartych na oścież drzwi. Do środka wbiegła nieco starsza kobieta z długimi włosami związanymi w warkocz. Miała w ręce strzelbę. Od razu gdy mnie zobaczyła podniosła ją i wycelowała.
- Spokojnie mamuś – uspokoiła ją leżąca dziewczyna.

Położyłam latarkę na ladzie i zrezygnowana podniosłam ręce.