środa, 14 grudnia 2016

Rozdział 4: Wspólnymi siłami

Rozdział czwarty, drugi z perspektywy Bobra. W tym rozdziale grupa oficjalnie wyjeżdża z Inowrocławia w kierunku Płocka. Chociaż wiedzieliśmy już z poprzedniego rozdziału, że udało im się kawałek przejechać, to teraz dowiemy się jak daleko dojadą i co spotka ich po drodze. Ta część historii zaczyna się mniej więcej w momencie, w której zaczął się ostatni. Rozdział raczej mało ważny fabularnie, trochę w charakterze fillera (chociaż skupia się na ważnych relacjach pomiędzy osobami w grupie Bobra), ale i tak warty przeczytania. Zapraszam do tego serdecznie i zachęcam do komentowania i wyrażania opinii oraz zadawania pytań :)

POV:
Bobru - Rozdział 4 - Dzień 2-3
Erni - Dzień 2-3 - Erni jest w tym czasie na drodze
Zuza - Dzień 2-3 - Zuza w tym czasie idzie tropem Potwora

-------------------------------------------------

Rozdział 4: Wspólnymi siłami (BOBRU)


                Silnik Potwora pracował głośno. Byliśmy w drodze od dzisiejszego ranka, ale jechaliśmy dosyć powoli. Atmosfera nie była najciekawsza. Łapa przyznała się do tego, że zabiła Natalię. Chociaż zawsze dopuszczałem taką opcję, to teraz kiedy to usłyszałem od niej samej, podłamało mnie to. Wszystko w co wierzyłem było oparte na tym, że to była wina Jakuba. To on zapłacił za jej śmierć,  przy okazji będąc pionkiem w rękach Dziary. Człowiek, którego uważałem za potwora, który był kanibalem okazał się być bardziej ludzki od niej. Chciałem się zmienić, ale nie potrafiłem wyrzucić z głowy tej myśli. Wisiała ona tam, jakby przybita gwoździem ,którego nie dało się wyjąć bez odpowiednich narzędzi.
- Pablord! Chodźcie do cholery, odjeżdżamy – krzyknął Łowca.
- Sekunda! – usłyszałem odpowiedź Pablorda.
                Pola, na których się znaleźliśmy, były pełne wraków aut. Wybiliśmy tutaj grupkę trupów, która podążała w stronę lasu, a przy okazji zrobiliśmy mały postój. Łowca wsiadł do środka wzdychając ciężko. Potworem jechało teraz trzynaście osób. Bywało ciasno, ale każdy miał swój kąt i po wyciągnięciu skrzyń z amunicją, które Łowca kiedyś przewoził, zwolniło się nieco miejsca. My nie mieliśmy dużo zapasów. Dymitr siedział teraz na miejscu pasażera i dyskutował o czymś z jednookim. Brakowało mi niektórych osób. Żałowałem, że w tak ciężkiej dla mnie chwili, nie ma przy mnie Erniego albo Sołtysa. Sołtys był ogromnym filarem, który został zburzony w Toruniu, zostawiając po sobie ogromną dziurę. Erni po prostu odciął się i chociaż nie narzekałem na brak bliskich, otaczających mnie, to brakowało mi tych, których nie było już na tym świecie, albo opuścili mój świat.
                Podszedłem do przodu, mijając Giganta, który spał na siedząco. Ika, była do niego przytulona. Uśmiechnąłem się widząc to i przeskoczyłem nad leżącym na podłodze Mpd podchodząc na przód pojazdu.
- I tak to jest – zakończył mówić coś Dymitr i spojrzał na mnie – Co tam Bobru?
- Bywało lepiej – przyznałem szczerze – A jak wy się trzymacie? Wyglądacie jakby coś was porządnie męczyło.
Było to zgodne z prawdą. O ile każdy z nas był na swój sposób zmęczony ciągłym podróżowaniem, walkami z zombie i ocalałymi, to jednak na twarzach tej dwójki było widać coś jeszcze. Nie byłem pewien co to jest.
- Wiesz jak to jest. Wróciliśmy z tych punktów i to naprawdę było… przerażające. Te całe stado – odpowiedział Łowca. Nie pomyślałem o tym wcześniej w ten sposób, ale przecież grupa od punktów strategicznych zobaczyła już stado trupów, które w ogromnych ilościach przechodziło przez kraj, zbierając kolejne żniwa. Do nas też miał dojść, ale miałem szczerą nadzieję, że będziemy już do tego czasu gotowi. A czasu nie zostało zbyt dużo – Poza tym Irek przepadł. Pobiegł za tą babą… ja bym nie ratował osoby, której nie znam. A chociaż jeździliśmy tyle czasu to nie poznaliśmy jej. To było zwykłe babsko z Inowrocławia.
                Dymitr wyciągnął rękę i poklepał Łowcę po plecach. Zaskakiwało mnie czasami, jak to nieszczęścia łączą ludzi. Nie chodziło nawet o ten przypadek, gdzie Dymitr i Łowca zostali przyjaciółmi po wspólnej pracy i emocjach. Nie znalibyśmy się gdyby nie apokalipsa zombie i chociaż wiedziałem, że świat teraz jest podły i nikt z nas nie pożyje zbyt długo to jednak poznałem niesamowitych ludzi, których prawdopodobnie bym nawet nie zauważył mijając na ulicy, o ile w ogóle byśmy się znaleźli na jednej ulicy.
                Nagle drzwi od ładowni się otworzyły i do środka weszła Łapa i Pablord. Łowca odwrócił się przez bark.
- Wszyscy są? No to lecimy! – zawołał odpalając silnik. Po chwili pojazd  jechał swoim tempem do przodu. Ja usiadłem w miejscu, w którym przed chwilą stałem i zacząłem czyścić broń. Do Płocka było jeszcze dalej niż do Płońska, w którym znajdował się obóz Feline, więc zdawałem sobie sprawę z tego, że podróż będzie długa, a wypuścimy się w kompletnie nieznane. Dlatego musiałem uspokoić się i przygotować.  Jazda w ładowni była wbrew pozorom całkiem dobrą okazją na odsapnięcie i zrelaksowanie się w znajomym gronie. Zombie nie miały najmniejszych szans dostać się do środka, a jedynym poważnym zagrożeniem były blokady drogowe. Potwór był ogromnym pojazdem i przejechanie miasta często było niewykonalne. Wszystko przez znajdujące się tam pojazdy pozostawione na drodze, a często też inne obiekty, które znalazły się tam w jakiś sposób.
                Niedługo potem zjechaliśmy z pól i wjechaliśmy do lasu. Drzewa otaczały nas z obu stron, zasłaniając jakikolwiek widok. Dymitr chciał się przespać więc zmieniłem go na pozycji pasażera, przy okazji pomagając Łowcy w nawigacji. Chociaż znał okoliczne drogi to jednak sporo się pozmieniało i trzeba było podejmować wiele trudnych decyzji. Widziałem jednak pełne skupienie na jego twarzy.
- Dojeżdżamy do Brześci Kujawskiej – powiedziałem Łowcy wskazując miejsce palcem na mapie. Spojrzał zwalniając pojazd.
- Chyba powinniśmy przejechać, co? – zapytał.
- To jakaś nieduża mieścina, jak coś to ominiemy, bardziej obawiam się przejazdu przez rzekę – stwierdziłem pokazując Włocławek. Znajdowaliśmy się teraz po drugiej stronie Wisły. W tych terenach nie byłem nawet przed apokalipsą, a teraz mieliśmy  naprawdę ważną decyzję do podjęcia – Co jeżeli Włocławek będzie nieprzejezdny? Zawracanie do Torunia zajmie nam masę czasu.
- Od biedy moglibyśmy spróbować pojechać tą stroną rzeki aż do Płocka. Jeżeli most będzie tam zablokowany to i tak będziemy go musieli oczyścić jak mamy się tam osiedlić – zauważył Łowca.
- Niby tak, ale oczyszczanie mostu nie jest najważniejsze, a stado prawdopodobnie dotrze w te rejony za góra tydzień. Mamy strasznie dużo do zrobienia.
- Nie martwmy się tym na razie. Zaufaj mi, jakoś przejedziemy – zapewnił mnie i uśmiechnął się.
Chciałem w to wierzyć.
                Przejechanie przez mieścinkę nie sprawiło nam żadnych problemów. Drogi były całkowicie puste, a parę domków i sklepów wydawało się opustoszałych. Ulicami przechadzały się trupy, ale nie mogły nic nam zrobić. Jeden z nich stał na środku drogi i szedł powoli w naszą stronę. Łowca nawet nie starał się go wymijać, przyspieszając nieco staranował go i pojechał dalej. Mechanizm zamontowany z przedniej strony tira był idealny do rozrywania stojących nam na drodze przeszkód. Radził sobie z mniejszymi grupami, a z odpowiednią prędkością poradziłby sobie na pewno z większą bandą.
                Wyjechaliśmy ponownie na drogę z obu stron otoczoną przez pola. Rządek drzew wydawał się wyznaczać drogę, starając się schować dużą przestrzeń za nimi. W oddali było widać co jakiś czas pojedynczy dom lub większy budynek, ale nie były warte tego, żebyśmy się zatrzymali. Poza tym pola były całkowicie puste. Dziwił mnie nieco fakt, że nie widzieliśmy nawet jednego trupa, ale słońce świeciło bezlitośnie, a ja nie rozglądałem się aż tak dokładnie. Brak trupów zazwyczaj oznaczał, że w okolicy coś się działo, albo ktoś je po prostu wybił, ale starałem się być dobrej myśli. Spędziłem sporo czasu rozmawiając z Benem o okolicach i powiedział, że wie o paru mniejszych grupach, które kręcą się po okolicy, ale największym zagrożeniem była Warszawa, a właściwie jej okolice. Płock był jednak oddalony całkiem konkretnie od tego skupiska, co prawie wykluczało szansę spotkania większej grupy, a wierzyłem, że te mniejsze będą się bały nas.
- Czy to stacja? – wybił mnie z zamyślenia głos Łowcy.
                Spojrzałem na miejsce pokazywane przez niego po lewej stronie, tuż przed tym jak trasa przecinała szeroką drogę krajową. Rzeczywiście zauważyłem charakterystyczne zabudowania, z wytartym, podniszczonym napisem oraz stojącą dzielnie tablicą informującą jakie są ceny paliw.
- Tak. Chyba możemy tu na chwilę zajechać, co? – zapytałem.
- Myślę, że to dobry pomysł. Jakieś dodatkowe paliwo się nam przyda. A jak będzie tu tego więcej to wrócimy tu z czasem i zabierzemy resztę.
Łowca skręcił i po chwili podjechaliśmy do jednego z stanowisk ładownia. Obróciłem się, żeby przekazać to reszcie.
- Słuchajcie, zrobimy tutaj małą przerwę. Mamy stacje paliw, może coś tu znajdziemy – powiedziałem.
- Przygotuje kanistry – zawołał Pablord, zrywając się i podchodząc do kąta, gdzie były nasze zapasy oraz dodatkowe rzeczy, przydatne w drodze.
                Drzwi od ładowni się otworzyły i wysypaliśmy się ze środka niczym drużyna antyterrorystyczna. Wszyscy uzbrojeni zaczęliśmy się rozglądać, czy nikogo nie ma w pobliżu. Miejsce jednak wydawało się puste. Dwa trupy, które stały na tyłach szły do nas powolnym krokiem, ale wiedziałem, że nie sprawią nam większych problemów. Widoczność z tego miejsca była dobra, mogliśmy obserwować rozciągające się aż do linii drzew pola, oraz duży odcinek drogi. Zadowolony z zajęcia miejsca poszedłem pomagać Łowcy i Dymitrowi przy dyspozytorach paliwa. Okazało się, że było w nich jeszcze całkiem sporo benzyny, więc napełniliśmy trzy kanistry, dokładając je do reszty i zatankowaliśmy i tak naładowany wóz do pełna. W tym czasie Krystek, Pablord oraz Józef poszli do wnętrza budynku, wracając z trzema kartonami.
- Co to? – rzucił do nich Mpd.
- Czasopisma, fajki i przekąski – odpowiedział uradowany Krystek.
- Idealny sposób na nudę – podsumował Pabi.
                Zapakowaliśmy wszystko do wozu i po chwili wyruszyliśmy ponownie. Od Włocławka dzieliło nas teraz kilkanaście kilometrów, więc w przeciągu dwudziestu minut mieliśmy być na miejscu.  Przejeżdżając przez miejsce przecięcia drogi krajowej z tą, którą jechaliśmy, zobaczyliśmy, że drogą, około trzydziestu metrów od nas ktoś idzie.
- Zatrzymaj się – poprosiłem Łowcy i po chwili z ręką gotową do wzięcia broni wysiadłem razem z Pablordem i Gigantem. Ocalały, a właściwie ocalała nie wyglądała na przestraszoną. Szła do nas powoli trzymając ręce na rączkach od plecaka. Gdy była parę kroków od nas zatrzymała się.
- Hej – powiedziała dosyć głośno. Coś w jej pewności siebie przerażało mnie, ale było to raczej głębokie i niezauważalne w mojej postawie.
- Jestem Bobru, a to Pablord i Gigant – przedstawiłem nas po kolei spokojnym głosem. Wiedziałem, że teraz mam dwa wyjścia. Albo mogłem wyciągnąć broń i ją okraść, a może nawet zabić, albo z nią porozmawiać i pomóc. Chociaż natura podpowiadała mi, żeby sięgnąć po broń to jednak walczyłem z tym wiedząc, że nie odbuduje cywilizacji mierząc do każdego spotkanego człowieka, szczególnie, że była to samotna i bezbronna kobieta, która nawet nie próbowała uciekać czy się bronić – Możemy ci jakoś pomóc?
                Kobieta, chociaż wydawała się być nieustraszona to widocznie odetchnęła z ulgą. Patrzyła na nas jednak tak, jakby to miało ją ochronić przed ewentualną agresją.
- Właściwie to tak. Jestem Alicja i trochę się zgubiłam – przyznała. Kiwnąłem głową i podrapałem się po brodzie.
- Czego szukasz? Znamy te okolice i możemy ci wskazać kierunek – zaproponowałem. Pablord i Gigant rozglądali się, jakby spodziewali się, że nagle pojawi się tu grupa ocalałych, która zacznie nas atakować. Cieszyłem się, że stali na baczności, kiedy ja opuszczałem nieco gardę.
- Właściwie – powiedziała – to też znam te okolice. Mieszkałam trochę w jednym z okolicznych obozów, ale odeszłam i teraz idę w stronę Warszawy.
- Warszawy? – zdziwił się Pablord – Przecież w tak dużym mieście jest o wiele niebezpieczniej niż na drodze.
- Dodatkowo stamtąd idzie stado zombie – dodałem – Jeżeli już bym gdzieś szedł to w przeciwnym kierunku.
- To prawda, ale szukam kogoś… to dosyć skomplikowane – zamotała się nieco.
- W jakim obozie mieszkałaś? – wtrącił Gigant.
- Na Drugim Posterunku. Właściwie nie będę ściemniać, że cię kojarzę Bobru. Byłeś tam parę razy. Ciebie też kojarzę – powiedziała wskazując Pablorda.
- Jesteś z Drugiego Posterunku? – zapytałem zdziwiony – Dlaczego stamtąd uciekłaś? To drugi, od razu za Toruniem, najbezpieczniejszy punkt w okolicy – powiedziałem zgodnie z prawdą.
- Tak jak już mówiłam, idę do Warszawy. Mam jednak problem z mapą i nie wiem dokładnie gdzie jestem, a dodatkowo kończą mi się zapasy, każda butelka wody byłaby dla mnie zbawieniem.
                Spojrzałem na Pablorda. Ten tylko kiwnął głową i pobiegł w stronę Potwora.
- Jesteśmy przy Włocławku. Kolejnym dużym miastem jest Płock, oczywiście jak będziesz trzymała się rzeki – powiedziałem. Dalej trzymaliśmy pewien dystans, ale nie czułem już zbytniej nieufności, jeżeli pochodziła z Drugiego Posterunku to była praktycznie jak swoja. Co prawda miałem wrogów tam i w Toruniu, dalej pamiętałem jak zaatakowali mnie pod Kwaterą Główną Czerownych Flar, ale byłem w stanie pomóc tym ludziom. A  Alicja wyglądała na naprawdę spokojną i porządną dziewczynę.
- Jesteś pewna, że nie chcesz zabrać się z nami? Mamy działający transport, który jest jak twierdza na kółkach, zgraną ekipę, a gdy tylko dojedziemy do Płocka i zrobimy co trzeba moglibyśmy ci pomóc wrócić w nasze strony.
- Naprawdę dziękuję. Trochę wody i pójdę dalej drogą – zapewniła – Swoją drogą to zabawne, bo dosłownie parę godzin temu rozstałam się z dziewczyną, która bardzo chciała znaleźć Toruń. Wychodzi na to, że miała pecha.
- Jechaliśmy z Inowrocławia i nikogo nie widzieliśmy, więc pewnie poszła prosto na północ – stwierdziłem.
- Właściwie to jej wskazałam drogę do Inowrocławia, może trzymała się dalej od drogi.
                W tej chwili Pablord wrócił z dużą butelką wody i dwoma puszkami fasoli. Podszedł do dziewczyny i uśmiechając się wręczył jej to. Podziękowała, po czym pożegnała się i ruszyła w swoją stronę, życząc nam powodzenia. My wróciliśmy do środka Potwora i ruszyliśmy dalej przed siebie.
- Jakie to zabawne uczucie spotkać w końcu człowieka, który nie zaczyna rozmowy od salwy z pieprzonego pistoletu – zakończyłem takimi słowami streszczenie wydarzenia reszcie ekipy.
- Może jednak miałam rację? – zapytała Łapa.
- Jak mogłaś zobaczyć coś, czego nie widziałem ja siedząc przy  Łowcy? Z nim to wiadomo, jedna gała, to mało widzi, ale ja? – włączył się do rozmowy Dymitr.
- Poczekaj aż wysiądziemy – zagroził Łowca.
- Ty pewnie kimałeś, albo nie uważałeś. Jak zwykle – odgryzła się Dymitrowi Łapa.
                Dojeżdżaliśmy coraz bliżej miasta, trafiając na pierwsze zabudowania. Czas podróży umilaliśmy sobie czytaniem starych czasopism, opisujących wielkie problemy świata z tych spokojnych czasów. Była to relaksująca i zabawna lektura. Nie potrafiłem jednak się całkowicie odprężyć bo coraz bardziej męczyła mnie kwestia tego, czy przejedziemy przez to miasto. Od tego zależało wiele planów. O ile ziemie po których teraz jeździliśmy były dla nas niewiadomą, to dalsze podróżowanie tą stroną brzegu było jeszcze gorsze. Nie dość, że byliśmy niedaleko Warszawy, o której nie wiedzieliśmy za dużo, oprócz tego, że stamtąd szło stado zombie, które teraz musiało już być całkiem niedaleko Płocka. Płock był miastem, które były położone idealnie w połowie drogi pomiędzy Toruniem i Warszawą, a przewidując drogę trupów, wiedzieliśmy, że właśnie tamtędy będą szły.
                Podszedłem do Giganta, który jak zwykle przed akcją ostrzył swój miecz.
- Możemy pogadać? – zapytałem.
- Jasne Bobru. O co chodzi?
- Byliście wtedy na obrzeżach Warszawy, żeby postawić ten ostatni punkt, prawda?
Potwierdził skinieniem głowy.
- Możesz mi powiedzieć coś więcej? Czy było widać coś oprócz hordy?
- Wiesz Bobru, właściwie powiedziałem wszystko co pamiętałem po powrocie. To był tydzień temu, ale poza hordą nie było tam nic szczególnego.
- Był dym. Nie pamiętasz? – wtrącił się do rozmowy Krystek.
- Dym? – zapytałem.
- Och no tak. Całkowicie zapomniałem, ale w sumie to nic wielkiego. Po prostu gdzieś na obrzeżach Warszawy widzieliśmy dym. Ale nie widzieliśmy nawet skąd leci – zapewnił mnie zatrzymując na chwilę osełkę
- Może nic wielkiego, ale jednak to oznacza, że ktoś tam był – powiedziałem – Może Irek tam jest?
- Ehh jego bym skreślił. Biegł w las prostopadle do nadchodzącego stada. Jak mu się jakimś cudem by udało to by już wrócił, nawet z buta. Myślę, że zbyt się zżył z nami, żeby po prostu znikać – powiedział Gigant.
- Hej panienki, dojeżdżamy. Koniec gadania – rzucił głośno Łowca. Dopiero teraz zauważyłem, że cicha  rozmowa przerodziła się w dialog, którego słuchał cały pojazd.
                Kiwnąłem głową i podniosłem się. Kazałem reszcie się przygotować. Chociaż nie podejrzewałem, żeby znaleźć tu czyjś obóz, to wolałem dmuchać na zimne. Lepiej mieć broń w ręce. Pojedyncze zabudowania przerodziły się w ulice, otoczone budynkami. Były to raczej niskie bloki trzypiętrowe, przypominające mi akcje z Jakubem podczas jazdy w stronę Torunia, aniżeli wieżowce. Przesiane były sklepami, aptekami i podobnymi miejscami. Nie mieliśmy jednak czasu, ani odpowiedniego przygotowania, żeby je przeszukać. Nie taki był nasz cel. Łowca kierował się znakami, które wyraźnie prowadziły na most. Lekko mnie zaniepokoił fakt, że wszędzie było widać  trupy. Miasto wyraźnie było niebezpiecznym miejscem i szybko poczułem znajomy niepokój przeszywający moje ciało.
                Drogi całe szczęście były przejezdne. Co prawda raz mieliśmy problem i prawie zablokowaliśmy się o śmieciarkę stojącą na poboczu, ale całe szczęście Łowca dał sobie radę i ruszyliśmy dalej. Byliśmy teraz dosyć blisko rzeki i już z daleka było widać most. Był nieduży kawałek przed nami. Niestety stąd ciężko było określić, czy był przejezdny, czy nie. Z racji iż wróciłem na miejsce obok Łowcy, mogłem dokładnie obserwować jezdnię, a dodatkowo patrzeć na samego kierowcę. Widać było, że na twarzy jednookiego pojawił się niepokój.
- Co jest? – zapytałem w końcu.
- Strasznie dużo zdechlaków. Cholerna droga jest ciasna jak nie powiem co. Boje się, że możemy tu utknąć, ale teraz już nie ma odwrotu – powiedział to jakby przez zaciśnięte zęby.
- Most już blisko – starałem się pocieszyć.
                Wjechaliśmy w jeszcze ciaśniejszą ulicę niż wcześniej. Zastanawiałem się jakim cudem Łowca omija kolejne wraki aut, czy inne obiekty zagradzające części drogi. Manewrował pomiędzy kolejnymi przeszkodami, przebywając kolejne zakręty i zbliżając nas do celu. Byłem pewien, że uda nam się dotrzeć do celu, gdy nagle po zakręcie zobaczyliśmy, że uliczka, w którą skręciliśmy kończy się ślepym zaułkiem, z blokadą samochodową i znacznie za małym przejściem dla pieszych. Łowca zatrzymał się gwałtowanie i spojrzał w boczne lusterko. Przesuwając dźwignię skrzyni biegów zaczął kręcić kierownicą i cofać. Niestety widoczność nie był idealna i usłyszałem jak w coś uderzyliśmy.
- Kurwa! – krzyknął Łowca.

Spojrzałem w lusterko ze swojej strony, ale nie zauważyłem nic, co mogłoby blokować nam koła. Chociaż nie było jeszcze ciemno,  to słońce już zachodziło i ciężko było zauważyć cokolwiek. Dymitr stał za nami i patrzył z przerażeniem na całą sytuację. Było źle. Jeszcze gorsze było to, jak coś uderzyło głucho w ścianę wozu. Pojazd nie mógł ruszyć się ani w tył ani w przód, a coś ewidentnie blokowało nas z tyłu. Kolejne uderzenie zabrzmiały niczym dzwon wybijający naszą ostatnią godzinę. Uchyliłem okno i wychyliłem się. Zamarłem. Łowca zahaczył kołem o średniej wielkości murek. Teraz kiedy to wiedziałem mogliśmy spróbować wycofać, ale aktualnie staliśmy w miejscu. A Potwora powoli otaczała coraz to większa grupa zombie. Wychodziły z przejść, oraz z dalszej części ulicy zwabione hałasem, którego nasz pojazd robił sporo. Byliśmy uwięzieni.

piątek, 9 grudnia 2016

Rozdział 3: Musisz iść dalej

No i mamy trzecią i ostatnią (póki co) perspektywę w tym tomie. Jest to perspektywa Zuzy. Kobieta średniego wieku jest samotna, po tym jak straciła swoich przyjaciół i męża i próbuje przetrwać sama. Jest postacią na pewno dosyć specyficzną. Ma trochę inne podejście do życia niż pozostali ludzie, którzy pozostali na tym świecie. No i ma całkiem przydatne umiejętności. Co się z nią będzie działo? Czy dołączy do któregoś z obozów, czy może wpłynie na fabułę z ubocza? Zapraszam do czytania i zostawienia komentarza :)

POV:
Zuza - Rozdział 3 - Dzień 1-2
Bobru - Dzień 1-2 - W tym czasie jest w Inowrocławiu i przygotowuje się do drogi
Erni - Dzień 1-2 - W tym czasie Erni przeładowuje materiały w Inowrocławiu i zabija Pawła
---------------------------------------------------------

Rozdział 3: Musisz iść dalej (ZUZA)


                Musimy iść dalej, rozbrzmiał głos w mojej głowie.
- Nie dam rady iść sama… - szepnęłam. Głos w mojej głowie nie odpowiedział.  Nigdy nie odpowiadał gdy był potrzebny. A potrzebowałam go wyjątkowo. Mój mąż jednak nie żył. Straciłam go tydzień temu, gdy dorwały nas trupy, a wydawało mi się jakbym była sama od zawsze. Jego ostatnie słowa działały jak mantra. Powtarzałam je i szłam, sama nie wiedząc co chcę osiągnąć. Byłam zmęczona, plecak zdawał się przygniatać mnie, a głowę rozsadzały mi myśli.
                Musimy iść dalej, usłyszałam ponownie. Chociaż głos istniał już tylko w mojej głowie odwróciłam się, ale nie zobaczyłam nic, poza oddalonymi o paręnaście metrów trupami oraz opustoszałą z jakiegokolwiek życia drogą. Chciałam położyć się i po prostu się poddać, ale głos nie pozwalał mi na to. Prawie trzydzieści lat na tej podłej ziemi, która stała się jeszcze gorsza od kiedy parę miesięcy temu wybuchła zaraza. Straciłam wszystko, na co tak ciężko pracowałam – męża, dom, pracę. Rodzina zginęła na moich oczach. Normalny człowiek po prostu by się położył i czekał. Ale ja nie chciałam być normalna. Konflikt interesów, cholerny paradoks, pomyślałam, chcę leżeć, ale też nie chcę leżeć.
                Nie wiedziałam jakim cudem trzymam się jeszcze na nogach. Jakim cudem żyję. Zawsze bronił mnie mój mąż, teraz go nie było, a ja żyłam. Potrafiłam zabić martwych, ale nigdy nie odważyłam się odebrać życia. Za każdym razem, gdy na mojej drodze stawali inni ocalali chowałam się za mężem. On potrafił z nimi walczyć i rozmawiać. Ja miałam problemy nawet z tym drugim. Ludzie, którzy zostali przy życiu byli dzicy. Nie wiedziałam, czy dam sobie radę, dlatego unikałam wszelkiego kontaktu. Nie zamierzałam tanio sprzedać skóry, ale po co było bardziej ryzykować? Musiałam w końcu znaleźć jakąś pomoc. Nie mogłam iść tak całe życie. Zapasy kończyły mi się już i od ponad dnia nic nie jadłam. Chciałam tylko znaleźć jakikolwiek obóz, ludzi, którzy za uczciwą pracę będą mogli mi pomóc. Miałam jedną ważną cechę, która była na wagę złota w tych czasach – znałam się na medycynie. Byłam lekarką, początkującym chirurgiem, który nie zdołał nacieszyć się ciężko nabytym zawodem, bo zaczęło się piekło na ziemi. Doktor Zuzanna, powiedziałam sobie w myślach, podziwiając jak wspaniale brzmi ten tytuł.
                Miałam szanse na idealne życie. Byłam oczytana, skończyłam akademię medyczną z dobrymi wynikami, byłam wesoła i całkiem ładna. Oczywiście każdy ma swoje gusta, ale moja uroda była uniwersalna – nie byłam chuda, ani gruba. Kasztanowe włosy nosiłam do ramion, a wysunięte kości policzkowe i zielone oczy ozdabiały moją twarz, nadając jej ciepły i przyjazny kształt. Kto wie jak dobrze mogłoby się potoczyć moje życie, gdyby nie apokalipsa. Przeklinałam Boga i wszystkie siły wyższe, za to co działo się na świecie. Wiedziałam jednak, że nikogo nie obchodzą moje narzekania i problemy. Liczyło się tylko przetrwanie.
                Usiadłam na chwilę, opierając się o świeżo przeszukany wrak auta, jedyny obiekt wyróżniający się na drodze. Zdjęłam plecak i po chwili poszukiwań wyciągnęłam mapę. Wiedziałam gdzie mniej więcej jestem, ale nie byłam pewna, gdzie iść. Ludzie musieli gdzieś tu być. Co jakiś czas trafiałam na przeszukane obszary. Ktoś notorycznie je odwiedzał, więc do cywilizacji nie mogło być daleko. Najbliższym większym miastem był Toruń. Musiałabym jednak w tym celu przekroczyć rzekę, a nie byłam pewna, czy most jest przejezdny. Po drodze było parę mniejszy miasteczek, takich jak Inowrocław czy Włocławek, ale wątpiłam w to, że kogoś tam znajdę.
                Zombie zaczęły się zbliżać niebezpiecznie blisko, więc spakowałam się i ruszyłam dalej, niezbyt szybkim krokiem do przodu. Słońce powoli chyliło się ku zachodowi. Byłam niedaleko małego miasteczka, więc właśnie je oznaczyłam jak dalszy cel podróży. Nie lubiłam spać na drodze. Włamywanie się do aut, albo chowanie w śmietnikach dawało mi tak nikłe poczucie bezpieczeństwa, że noce był koszmarnym wierceniem się i nasłuchiwaniem odgłosów z okolicy. Wolałam budynki, jak bardzo źle by nie wyglądały.
                Po jakimś czasie zauważyłam pierwsze zabudowania. Miasteczko było nieduże, więc z mojej pozycji dało się dojrzeć końca miasta. Najwyższymi budynkami, które od razu rzucały się w oczy, były trzypiętrowe bloki mieszkalne. Wkrótce dotarłam do pierwszych z nich i z niechęcią ominęłam. Trupów było całkiem sporo. Czyżbym trafiła na nienaruszone miasto, gdybałam idąc dalej. Prawdziwym koszmarem były ulicę. Wyglądały jakby przeszedł przez nie huragan. W powietrzu unosił się ciężki zapach rozpadu i śmieci, które leżały tu od dawna. Skręciłam w kolejną uliczkę i w oczy rzucił mi się nieduży budynek. Szyld był wygięty i przerdzewiały, więc ciężko było ustalić, jaką funkcję budynek spełniał wcześniej, ale zaryzykowałam.
                Ominąwszy zombie, które były uwięzione pomiędzy dwoma wrakami aut przeskoczyłam sprawnie na drugą stronę i podeszłam do drzwi. Były zamknięte. Okna miały kraty, więc ta opcja odpadała natychmiastowo. Rozejrzałam się. Tylnego wyjścia nie było widać, a trupy powoli zaczęły wyczuwać mój zapach. Ruch w raczej ciasnej uliczce się zatężał, ale ja starałam się uspokoić. Szybkim ruchem zdjęłam plecak i grzebiąc chwilę wyciągnęłam pęk drutów, spinaczy i innych podobnych rzeczy. Spojrzałam na zamek i wybrałam jeden z nich. Włożyłam go w środek i po chwili usłyszałam znajomy dźwięk oznajmiający, że drzwi są otwarte. Zadowolona z siebie popchnęłam je z głośniejszym jękiem zawiasów, niż się spodziewałam weszłam do środka.
                Trupy były już blisko, więc nie kusząc losu zamknęłam za sobą drzwi i wnętrze pomieszczenia pogrążyło się w głębokim mroku. Namacałam palcami zamek i przekręciłam go. Parę sekund później usłyszałam walenie w drzwi, przez które przeszły mnie ciarki. Byłam jednak bezpieczna. Sięgnęłam do małej latarki ukrytej w kieszeni i rozświetliłam pomieszczenie. Tak samo jak budynek było nieduże. Duża lada otaczała je całe, a za nią znajdowały się pojemniki i szklane wystawy. Oczywiście były one już zniszczone, a odłamki szkła rozrzucone po podłodze. Ostrożnie podeszłam bliżej i zdałam sobie sprawę, że jestem w piekarni. Przeszukałam wszystkie możliwe półki, wypełnione odłamkami szkła i spleśniałym pieczywem i nie znalazłam nic ciekawego, oprócz zapasu sucharków oraz przeterminowanych o miesiąc sałatek warzywnych. Nie byłam wybredna. Rozkładając się w jednym z kątów zaczęłam jeść jak opętane zwierzę. Sałatka nieco śmierdziała, a suchary prawie łamały zęby, ale przyjemnie napełniały pusty od wielu godzin żołądek. Gdy w końcu się najadłam wstałam, żeby  zobaczyć co dzieje się na ulicy, bo drugiego wyjścia z budynku nie było. Całe szczęście zombie dały sobie spokój i odeszły od drzwi, chociaż wciąż były na zewnątrz w dosyć dużej ilości.
                Najedzona i względnie bezpieczna ułożyłam się w kącie próbując zasnąć. Nie miałam z tym problemów, bo byłam naprawdę zmęczona. Jęki trupów ukołysały mnie do snu. Gdy otworzyłam oczy było już jasno. Wstawał kolejny dzień. Dojadłam resztkę znalezionych zapasów, po czym wydostałam się z budynku. Słońce raziło po oczach i przyjemnie ogrzewało kark. Chłodny i orzeźwiający wiaterek działał lepiej niż poranna kawa, chociaż za tą tęskniłam wyjątkowo mocno. Musimy iść dalej, powiedziałam sama do siebie, napędzając motorek motywacji w ciele. Wiedziałam, że za góra dzień dojdę do Torunia i nawet jeżeli nie znajdę tam ludzi, to na pewno jakieś zapasy.
                Ruszyłam powoli wzdłuż uliczki, żeby jak najszybciej opuścić miasteczko, w którym byłam. Spokojnym krokiem rozruszałam obolałe od niewygodnego noclegu mięśnie i poprawiłam gumkę na włosach, które zaczęły mi wpadać do oczu. Sprawdziłam raz jeszcze, czy niczego nie zostawiłam, bo jeszcze miałam okazję się wrócić, ale całe szczęście miałam wszystko pod ręką. Przeszłam przez kolejne dwie uliczki i już widziałam znak oznaczający koniec granicy miasteczka, kiedy usłyszałam krzyk. Serce zabiło mi szybciej, gdy przede mną wybiegła dziewczyna. Miała plecak i była ubrana w nic nie wyróżniający się ubiór. Oddychała ciężko i odwracała się co chwilę za siebie. Kiedy mnie zobaczyła zatrzymała się tylko na chwilę po czym zaczęła biec w moją stronę. Sięgnęłam ręką po nóż, ale po chwili zobaczyłam, kolejne dwie postaci. Dwoje mężczyzn wybiegło z tej samej uliczki i zaczęło biec w naszą stronę.
- Tam pobiegła ta suka! – krzyknął jeden z nich.
- Nie uciekniesz nam! – ryknął drugi.
                Kobieta dogoniła mnie, ale po chwili uciekałyśmy już razem. Mężczyźni byli nieco wolniejsi od nas, ale trzymali się uparcie nie odpuszczając. W końcu zauważyłam jeden z zaułków, które mijałam i skręciłam tam pociągając kobietę za rękę. Ta chciała się początkowo wyrwać, ale zdecydowanym ruchem przyłożyłam jej dłoń do ust i dałam znać, żeby była cicho. Mężczyźni dopiero przekraczali ten zakręt, dzięki czemu mogłyśmy ich zgubić. Ci rzeczywiście minęli nas i sapiąc ciężko pobiegli dalej uliczką. Zdjęłam rękę z ust nieznajomej i spojrzałam na nią.
- Dziękuje – powiedziała – Mów mi Alicja.
- Zuza – odpowiedziałam siląc się na uśmiech.
- To bandyci – odpowiedziała zanim zdążyłam zadać pytanie. Widocznie było widać na mojej twarzy ciekawość – Spotkałam ich przed chwilą na drodze. Chcieli dostać moje rzeczy.
- Muszę dojść do Torunia, wiesz gdzie to jest? –przerwałam jej.
- Jasne, mogę cię podprowadzić kawałek i wyprowadzić na główną drogę. Stamtąd trafisz bez problemu – wytłumaczyła tak spokojnym i beztroskim głosem, jakbym właśnie pytała ją gdzie robi zakupy.
- Dzięki – odpowiedziałam znowu krótko. Chciałam jakoś przełamać lody i zacząć rozmowę na jakiś temat, ale nie wiedziałam kompletnie jak zacząć. Denerwowałam się. Ruszyłyśmy powoli w milczeniu. Dopiero gdy opuściłyśmy miasto Alicja odezwała się do mnie.
- Czego szukasz w Toruniu? – zapytała zaciekawiona. Teraz gdy emocje opadły mogłam się jej lepiej przyjrzeć. Miała krótkie, czarne włosy sięgające do połowy szyi, zielone oczy i owalny kształt twarzy. Jej lekko haczykowaty nos wcale nie odbierał jej uroku, a wąskie usta sprawiały, że wygląda trochę jakby pochodziła z innej rasy. Przypominała elfy z filmów, nawet uszy miała nieco wydłużone. Smukłą talią poruszała z prawdziwą gracją.
- Schronienia. Mam dość podróżowania – przyznałam z trudem.
- To będzie dobre miejsce dla ciebie. Jest tam teraz Toruńska Ostoja Ocalałych. Dobrze broniony obóz, sporo ludzi i to dobrych, a nie takich jacy mnie gonili – opowiedziała.
- Byłaś tam?
- Tak, całkiem niedawno. Nie potrafię jednak zostać w jednym miejscu, chociaż całkiem sporo czasu spędziłam ostatnio na Drugim Posterunku na zachód od Torunia. To też jeden z obozów, całkiem ciekawy. Rządzi nim koleś, który nazywa się Kapitan i… - jej słowa jednak nieco rozpłynęły się w mojej głowie. Zamyśliłam się i przestałam zupełnie słuchać. Interesowało mnie poprzednie miejsce, a nie jakiś mniejszy obóz. Byłam już tak blisko, chociaż okolicy nie znałam za grosz. Jedyne co mogło mnie doprowadzić do celu to ta dziewczyna. Kompas zniszczył mi się jeszcze za czasów, gdy mój mąż żył, a do tego czasu nie znalazłam żadnego nowego – No i tyle. Sama próbuje teraz dostać się do Warszawy, gdzie podobno jest spora grupa Ocalałych, ale znając życie coś nie wyjdzie i będę musiała tu wrócić. No cóż tak już jest.
                Zmilczałam jej słowa. Nie byłam przyzwyczajona do rozmawiania z kimkolwiek. Kobieta spoglądała na mnie co chwilę, ale ja udawałam, że tego nie widzę. Wyszliśmy na otwartą drogę, otoczoną z obu stron polami.
- Jakaś rodzina? – zapytała mnie nagle.
- Hmm? – odwróciłam się w jej stronę, dając znak, że nie usłyszałam jej.
- Czy masz jakąś rodzinę, przyjaciół? – powiedziała tym razem głośniej.
- Nic z tych rzeczy – odpowiedziałam cicho.
- Ja niby mam. Tylko nie wiem gdzie. Oddzieliłam się od swojej grupy na parę minut i już ich nie znalazłam. Ale szukam.
Wiedziałam, że należało teraz zadać jakieś pytanie, ale żadne słowa nie przeciskały się przez moje gardło.
- Heh – zaśmiała się krótko – Musze przyznać, że najlepszym towarzyszem do rozmowy to ty nie jesteś.
- Ja… - zaczęłam – przepraszam.
- Nie szkodzi, może to ja po prostu jestem gadułą. Idźmy dalej.
                I to urwało rozmowę. Szłyśmy wciąż trzymając się drogi i uważnie omijając trupy, które pojedynczo pojawiały się niedaleko nas. Pola zamieniły się w las, a gdy słońce było wysoko nad nami wyszłyśmy na środek drogi. Alicja zatrzymała się na chwilę i rozejrzała. Wydawało mi się, że nad czymś się zastanawia, ale zanim zdążyłam jakkolwiek połączyć fakty, odezwała się.
- To tutaj. Jak będziesz szła w tę stronę – pokazała moje lewo – dojdziesz do Inowrocławia. Tam jest obóz i oni pokażą ci dalszą drogę, która stamtąd prowadzi prościutko na północ.
- Dzięki – odpowiedziałam.
- Nie ma sprawy. Także… trzymaj się – powiedziała machając ręką  i odwracając się w drugą stronę. Chociaż nie rozmawiałyśmy i właściwie jej nie znałam, poczułam smutek.
- Hej poczekaj! – krzyknęłam. Alicja zatrzymała się i zaciekawiona odwróciła w moją stronę – Jak poznam, że idę dobrze?
- Droga jest raczej prosta. Godzina marszu i powinnaś dojść do takiej rzeczki. Przejdziesz przez most i potem po prostu musisz iść dalej.
                Kiwnęłam głową, a jej słowa rozbrzmiały mi w głowie, jakby zostały wykrzyczane. Musimy iść dalej, krzyknął mężczyzna. Musisz iść dalej, powiedziała Alicja. To nie mógł być przypadek. Musiałam iść dalej. Popatrzyłam jeszcze przez chwilę jak moja towarzyszka oddala się i ruszyłam w swoją stronę. Podróż mi się niesamowicie dłużyła. W pewnym momencie zatrzymałam się żeby zbadać mapę i ustaliłam, że do Inowrocławia mam jeszcze spory kawałek drogi. Jakimś cudem trafiłam bliżej tego drugiego miasteczka, ale wolałam posłuchać rady Alicji i pójść tam, gdzie na pewno kogoś znajdę.
                Musiało dochodzić południe, gdy na drodze zauważyłam kłębowisko trupów. Natychmiast przeszłam do pozycji klęczącej i spokojnie obserwowałam co się dzieje. Na środku ulicy ktoś leżał. Z pewnością już nie żył, bo wokół niego klęczało około dziesięciu trupów, które rozszarpywały go bezlitośnie, robiąc przy tym sporo hałasu. To co jednak przykuło moją uwagę leżało parę metrów obok całej grupy. Strzelba. Chociaż nie spodziewałam się znaleźć nagle torby pełnej amunicji, to nawet jeden dodatkowy nabój sprawiał, że miałam się czym bronić. Poza nożem nie miałam przecież nic. Przez krótką chwilę rozważałam za i przeciw i w końcu wstałam i zaczęłam iść w stronę zombie. Musiałam wykorzystać moment, w którym były jeszcze zajęte jedzeniem biednego ocalałego, bo inaczej mogłyby zacząć mnie gonić. Chociaż wewnętrznie drżałam zbliżałam się do mojego celu. Strzelba rosła z każdym krokiem i gdy była już na wyciągnięcie ręki usłyszałam strzał.
                Wystraszyłam się tak bardzo, że przewróciłam się, a w moim mózgu wybuchła istna burza. Dopiero po chwili zdałam sobie sprawę, że ktoś, kto strzelał, nie mógł być blisko, bo dźwięk dobiegał z zdecydowanie daleka i nie był wycelowany we mnie. Jednak o ile sam pocisk nie był przeznaczony żeby mnie zabić to jego efekty już tak. Trupy odwróciły się i szybko zdały sobie sprawę, że leży za nimi znacznie świeższe mięso. Zaczęły powoli człapać w moją stronę, a ja byłam tak przerażona, że nie potrafiłam się przełamać i ruszyć. Dopiero gdy padł drugi strzał obudziłam się, na moment przed tym jak zombie się na mnie rzucił. Cudem uniknęłam złapania. Chwyciłam strzelbę, wstałam niezdarnie i zaczęłam biec do przodu. Rozglądałam się, ale wciąż nie mogłam znaleźć źródła strzałów.
                Na drodze przede mną zauważyłam parę wraków aut. Wyglądało to trochę jakby kierowcy zaparkowali swoje pojazdy na poboczu pospiesznie, zostawiając je w takim nieładzie aż do dziś. Trupy ruszyły chwiejnym krokiem za mną. Wiedziałam, że nie miały jak mnie dogonić, szczególnie na tak otwartym terenie, gdzie mogłam po prostu od nich odbiec, ale i tak się bałam. Chciałam jak najszybciej uciec przed zagrożeniem i zwolnić do tempa marszu. Odbiegałam od nich coraz bardziej, kiedy usłyszałam kolejny strzał. Przerażona zdałam sobie sprawę, że dźwięki strzelaniny dochodzą z lasu, który znajdował się przede mną. Zatrzymałam się pośród paru stojących aut nie wiedząc, co robić. Kolejne pojazdy stały nieco bardziej w polu. Wyglądało to jakby ktoś starał się z nich ułożyć mur, albo barykadę, ale to nie mogło być to. Coś tu musiało się stać i nie dziwiło mnie to nawet, w końcu świat już upadł dawno temu.
                Nie mogąc biec ani do przodu ani do tyłu ruszyłam powoli w pole, przebiegając przez labirynt aut. Bałam się tego, że znowu się zgubię, ale jeżeli byłam już niedaleko to nie wierzyłam w to, że nie znajdę Torunia lub Inowrocławia. Znałam swoją lokalizację, oraz wiedziałam w którą mam biec, więcej mi nie było potrzebne do szczęścia. Zombie zostawały powoli w tyle, ale to co usłyszałam przeraziło mnie znacznie bardziej. Dźwięk silnika.  Odwróciłam się na chwilę, co było błędem. Poczułam ostry ból na prawym udzie i poczułam ciepło krwi, spływającej mi dosyć szybkim tempem z rany, która pojawiła się po tym jak zahaczyłam o wystający kawałek nierównej blachy, który kiedyś był częścią drzwi.
                Ból był bardzo ostry i po dwóch krokach upadłam przykładając rękę do uda. Niewiele to dawało, bo krew ciekła dosyć mocno, ale od razu zdałam sobie sprawę, że nie przecięłam tętnicy na udzie, bo wtedy byłoby już po mnie. Widząc, że trupy są kawałek ode mnie ściągnęłam plecak i wyjęłam pogięty i poplątany zwój bandaży. Sprawnie owinęłam wymięty materiał wokół nogi parę razy, aż w końcu zacisnęłam najmocniej jak potrafiłam i drżącymi rękoma odkręciłam buteleczkę z wodą utlenioną i polałam solidnie ranę. Bandaż nasiąkł zarówno tym jak i krwią, ale po chwili poczułam ostre pieczenie i wiedziałam, że będzie dobrze. Większym problemem były trupy, które z każdą sekundą się do mnie zbliżały, a także dźwięk silnika i wyjeżdżający na drogę samochód ciężarowy, z ogromną ładownią przyczepioną z tyłu. Cały pojazd był wyposażony w dodatkowe blachy i belki, które sprawiały, ze z przodu wyglądał jak spychająca i tnąca śmierć na kółkach.
                Wystraszona odczołgałam się kawałek do tyłu i wturlałam pod jedno z aut. Jeżeli ciężarówka planowała się tu zatrzymać to i tak miała zabić zombie, nawet jeżeli miałoby to być tylko zapewnienie, że dostaną mnie żywcem, ale byłam prawie pewna, że mnie nie zauważyli. Z drugiej strony tir mógł tylko przejechać dalej, a wtedy będę musiała sobie poradzić sama. Nie wiedziałam dokładnie kto mógł siedzieć za kierownicą. Mogli to być dobrzy ludzie, ale równie dobrze bandyci. Z sercem walącym tak mocno, że aż miałam wrażenie, że cała drgam w jego rytm oczekiwałam. Zanim którykolwiek z trupów zdołał chociaż odrobinę zbliżyć się do mojej kryjówki usłyszałam dźwięk wyłączanego silnika i otwieranych drzwi. Kroków było mnóstwo, więc w samym tirze musiało być przynajmniej dziesięć osób, jak nie więcej. Wstrzymałam oddech starając się jak najlepiej wtopić w otoczenie. Z mojej pozycji widziałam zaledwie nogi ocalałych, którzy wysiedli, ale już po chwili naliczyłam, że było ich trzynastu. Nogi i obuwie były przeróżne od mniejszych ,które musiały należeć do nastolatki do większych, które wyglądały jakby należały do mężczyzny ogromnych gabarytów.
                Podskoczyłam aż, gdy usłyszałam strzały. Trupy padały raz za razem i po zaledwie pięciu cichych wdechach i wydechach cała droga była oczyszczona. Liczyłam na to, że ocalali od razu wsiądą i pojadą dalej, ale usłyszałam odległe rozmowy i z tego co widziałam urządzili oni sobie mały postój . Chodzili w okolicy swojego pojazdu, a ja obserwowałam w ciszy, czekając tylko aż sobie odjadą. Uratowali mnie od trupów, ale jeszcze parę minut w takiej pozycji i moja noga mogła stać się poważnym problemem.
                Odetchnęłam z ulgą, jak pośród krzyków usłyszałam, że szykują się do odjazdu, ale ponownie przeżyłam moment grozy, kiedy usłyszałam głos zaledwie kawałek od mojej kryjówki.
- O co chodzi? – zapytał męski głos. Był niski i zdecydowanie specyficzny.
- Z czym? – odpowiedział pytaniem na pytanie głos kobiecy.
- Z Bobrem Łapo. Był taki podekscytowany tym wyjazdem, potem poszliście pogadać i od tamtego czasu wygląda jak wrak. A to już trwa od wczoraj wieczorem – powiedział z wyrzutem mężczyzna.
- To nie  twoja sprawa – warknęła kobieta nazwana Łapą.
Usłyszałam delikatny trzask, a nogi kobiety znalazły się na wyciągnięcie ręki od mojej kryjówki. Nie miałam pojęcia jaka siła powstrzymała mnie od krzyknięcia, bo było to zdecydowanie przerażające. Marzyłam tylko, żeby ci ludzie pojechali i zostawili mnie w spokoju.
- Właśnie, że moja. Cholera nie interesują mnie szczegóły, po prostu powiedz co mu jest, chcę mu pomóc. On pomaga nam, jest zbyt ważny moment, żeby miał doła i nie kontaktował ze światem – wytłumaczył jej mężczyzna.
- Pablord! Chodźcie do cholery, odjeżdżamy – krzyknął ktoś z okolic wozu.
- Sekunda! – odpowiedział mężczyzna nazywany Pablordem.
- Powiedziałam mu coś, czego być może nie musiałam. Ale tyle gadał o tych zmianach, że aż mnie ruszyło. Przejdzie mu. A teraz jedźmy do tego pieprzonego Płocka – ostatnie słowa wręcz wysyczała, ale ku mojej uldze, zobaczyłam jak ich nogi się oddalają, a po chwili pojazd ruszył, a ja odrętwiała ze strachu i bólu wyczołgałam się z mojej kryjówki i zajęłam się raną. Płock, powiedziałam sobie w myślach, to może być to, czego szukam.
                Chociaż Toruń wydawał się być pewniejszą opcją, ci ludzie zaciekawili mnie. Byli bardzo dobrze ogarnięci w tych sprawach i poradzili sobie ze sporą grupą trupów w mgnieniu oka bez najmniejszych problemów. Teraz trochę żałowałam, że nie pokazałam się im, ale moim planem było dotarcie do Płocka i obserwacja ich. Toruń nie ucieknie, pocieszyłam się wewnętrznie po czym skończyłam oczyszczać i bandażować ranę. Noga oczywiście bolała, ale nie było to nawet trochę porównywalne z tym, co mogłoby by się ze mną dziać, gdybym nie umiała się poskładać. Mając nowy plan wstałam i powoli ruszyłam do przodu. Czekała mnie długa droga.

niedziela, 4 grudnia 2016

Rozdział 2: Świadek

Czas na drugi rozdział piątego tomu, tym razem z powracającej perspektywy Erniego! Z racji iż jedna perspektywa będzie zajmowała się wschodem, to z pewnością jedna przyda się na bardziej znanych nam terenach. Erni jest członkiem zespołu zajmującego się renowacją dróg i musi wraz z niewielką grupą oczyścić je, żeby ułatwić przejazd pomiędzy obozami. Robota jednak nie jest taka łatwa, szczególnie gdy w grupie pojawiają się przeszkadzający ludzie. Jak sobie poradzi? Zapraszam do czytania!

POV:
Erni - Rozdział 2 - Dzień 1-2
Bobru - Dzień 1-2 - W dniu 1 wciąż jest w Inowrocławiu
??? - Dzień 1-2 - ???
-------------------------------------------------------------

Rozdział 2: Świadek (KICIUŚ)


Dojechaliśmy pod bramę. Nie byłem przyzwyczajony do prowadzenia pojazdów innych niż autobus, ale wydawało mi się, że radziłem sobie całkiem nieźle. Materiały konserwacyjne skończyły się nam wczoraj wieczorem i po kolejnej ciężkiej nocy ruszyliśmy do Inowrocławia po dostawę. Chociaż nie spełniałem ostatnio takiej roli jak kiedyś, jeżdżąc Zbłąkanym Ocalałym to i tak czułem, że robię coś ważnego. Kierowałem grupą, która naprawiała drogi. Miałem pod sobą około piętnastu ludzi oraz Rekina i Karolinę, którzy pomagali mi z czystej dobroci serca. Zajmowaliśmy się wszystkim co wpadało nam w ręce. Usuwaliśmy wraki pojazdów, przeganialiśmy trupy, poprawialiśmy jakość drogi. Efekty były naprawdę odczuwalne. W drodze tutaj po raz pierwszy nie musiałem obmyślać jak nie wjechać pojazdem w śmieci drogowe, nie musiałem szukać leśnych dróg, nic. Po prostu jechaliśmy do celu.
Zatrzymałem auto i spojrzałem w lusterko, żeby upewnić się, że ciężarówka oraz drugi wóz są na swoimi miejscu. Były. Nie uniknąłem zobaczenia swojej twarzy. Porastała ją dosyć długa już broda, oczy wydawały się należeć do starca, ale reszta była taka sama. Oprócz pamiątki. Na policzku wciąż miałem starą bliznę po spotkaniu z przeciwnikami pod Płońskiem. Wtedy uratowała mnie Feline. Trochę żałowałem, że nie zostałem przydzielony do misji jej odbicia, ale słyszałem, że Łapa i Bobru się tym zajęli i wszystko się im udało bez większych strat. Kiedyś lubiłem ten dreszczyk emocji, ale teraz było inaczej. Wolałem się ustatkować niż wolno krążyć po świecie licząc, że spotka mnie coś ciekawego. Możliwe, że tak wpłynęła na mnie ostatnia poważna podróż Zbłąkanym Ocalałym. Wtedy kiedy Cinek został zabity na moich oczach. Wydawało się to być tak dawno temu, a wcale tak nie było. Wciąż czułem ten strach, chociaż teraz ani Dalion ani Smród nie żyli. To samo toczyło się osoby, która ich zabiła – Miczi. Zginęła na arenie podczas ucieczki. Złapała zbłąkaną kulę. Coraz więcej ludzi odchodziło. Dlatego chciałem trzymać się mniejszej grupy, żeby strata nie bolała tak mocno.
Bramy otworzyły się po chwili, a my wjechaliśmy na teren obozu. Na ulicy widać paręnaście martwych, które zostały wręcz pocięte na kawałki. Od tego zacząłem rozmowę z Konradem, który wyszedł mi na spotkanie. Cała reszta mojej grupy budowlanej zajęła się ładunkiem, a Rekin i Karolina stali niedaleko mnie rozmawiając o czymś. Uśmiechnąłem się do Karoliny. Odpowiedziała tym samym. To ona była teraz moim szczęściem.
- Coś tu się działo? – zapytałem.
Konrad podrapał się po brodzie. Był starszym mężczyzną, ale mimo tego duszą wciąż przypominał młodzika. Jego rola w tym obozie była podobna do mojej w Toruniu – chodził po okolicach i szukał nowych ludzi do pomocy. Jedyną różnicą było, że nie robił tego sam tylko z Garbusem.
- Świetne przedstawienie. Ten typek z mieczem z grupy Bobra. Ciął aż miło było popatrzeć – powiedział rozmarzonym głosem, jakby część jego wciąż była podczas tego pokazu – Jak na drodze?
- Dobrze. Nie miałem jeszcze żadnych problemów – odpowiedziałem krótko.
- A jak nasi ludzie? Wiem, że Dziara chciał ci przydzielić kogoś z Torunia, ale w sumie pomysł Bena był dobry. Póki naprawiacie ten odcinek drogi nie ma co ganiać waszych ludzi. Przed wami jeszcze i tak sporo roboty – niepotrzebnie wytłumaczył.
- Są posłuszni i pracowici. Przynajmniej na razie.
- Cieszę się – spojrzał w stronę ciężarówki, gdzie były pakowane akurat kolejne zapasy oraz worki z żwirem – Wiesz swoją drogą to ostatni dzień przed wyjazdem Bobra do Płocka. Z tego co widziałem w ich domku się jeszcze świeci. Jak chcesz możesz się tam przejść, pewnie takiej okazji nie będzie przez jakiś czas.
                Przełknąłem ślinę. Bałem się tego pytania, ale myślałem, że wpadnę podczas przeładunku na kogoś z grupy. Ale zapytał mnie o to Konrad. Skoro nawet on uważał to za ważne, może rzeczywiście tak było. Nie potrafiłem się jednak przełamać. Ostatni raz Bobra widziałem podczas Wielkiego Spotkania Ocalałych, a nawet wtedy tylko formalnie. Rozmawialiśmy jak za starych czasów jeszcze wcześniej podczas małego buntu przed Kwaterą Główna w Toruniu, kiedy to zaatakowali go nożownicy i uratowała go staruszka z psami oraz Rekin z Łowcą. Wiedziałem, że w głębi serca jest zawiedziony tym, że wybrałem Toruń zamiast dołączenie do niego.
- Nie… Nie chcę im przeszkadzać. Na pewno chcą się wyspać przed jutrem. Na pewno do nich wpadnę jak już osiedlą się na miejscu. Kto wie może nawet pojadę tam moim autobusem – powiedziałem nieco zakłopotany. Było to chyba widoczne, bo Konrad spojrzał na mnie. Nie odpowiedział nic, tylko pokiwał głową -  A jak wam idzie? Coś tu się działo ostatnio ciekawego?
Konrad rozejrzał się jakby chciał sprawdzić czy nikogo nie ma w pobliżu.
- Szczerze? Czuje się ostatnio na celowniku. Cały obóz wydaje się być dziwny. Odkąd Dziara i Bobru przyjechali tu i powstały te wszystkie duże plany, ludzie zaczęli zachowywać się jakby przetrwali już nie wiadomo co. A tak naprawdę gdybyś postawił trupa przed nimi, to zesrali by się w gacie i uciekli.
- Hmm… gadałeś o tym z kimś? Może warto to wspomnieć Benowi. Gdy nadejdzie prawdziwy atak, może wybuchnąć panika. Jakieś szkolenia mogą uratować to miejsce i zapewnić dodatkową obronę – zaproponowałem wiedząc jak źle mogą potoczyć się sprawy, gdy zombie wchodzą na teren obozu, albo jest on atakowany przez grupę przeciwników. Pamiętałem jak dziś, gdy Gang Jana zniszczył północną barykadę wpuszczając masę trupów do środka Toruńskiego obozu. Zginęło wtedy mnóstwo ludzi, wybuchła panika i mało brakowało żeby skończyło się to naprawdę źle.
- Mamy nasz plan B. Pamiętasz o schronie w kościele? Mamy tam zapasy, żeby przetrwać nawet dużą grupą ludzi przez ponad tydzień. Mamy wyznaczonych ludzi, którzy w razie niebezpieczeństwa pojadą do Torunia, na Drugi Posterunek lub do obozu Feline po pomoc. Nic nam się nie stanie. Po prostu przygotowania mogłyby być lepsze – powiedział gestykulując w stronę ogromnego kościoła.
- Rozumiem – uśmiechnąłem się – Dzięki za rozmowę. Ładunek się kończy, a my musimy wrócić do roboty.
- Może zostaniecie tu na noc? Lepsze to niż spanie na drodze – zaproponował.
- Nie… Mamy naprawdę dużo roboty – powiedziałem zgodnie z prawdą, chociaż bardzo chciałem skorzystać z propozycji i wyspać się w końcu w wygodnym i bezpiecznym miejscu – Do następnego.
                Uścisnęliśmy sobie dłonie i odszedłem w stronę Rekina i Karoliny. Podszedłem do nich i złapałem ją za talię, przytulając od tyłu.
- Jak humory drużyno?
- Zmęczony, ale zadowolony – stwierdził Rekin uśmiechając się.
- Tylko zmęczona – wyjęczała Karolina.
- Wrócimy do tego domku, który mijaliśmy jadąc tutaj. Jest blisko i powinniśmy tam na luzie przekimać.
- Może jednak zatrzymamy się tutaj? – zaproponowała Karolina.
- Nie. Przepraszam słońce, ale musimy trzymać się planu – odpowiedziałem stanowczo.
- Jak chcesz… - odpowiedziała wyrywając się z moich objęć – Pójdę już do auta.
                Rekin obserwował całą sytuację z kamienną twarzą. Gdy spojrzałem na niego wzruszył tylko ramionami.
- Kobiety – szepnąłem.
Ładunek był gotowy po dziesięciu minutach. Wróciliśmy do aut i pożegnaliśmy Inowrocław, wyjeżdżając po chwili na drogę główną prowadzącą do Torunia. Nie kierowałem, chciałem odpocząć i poprosiłem Rekina, żeby przejął stery. Obserwowałem trasę. Widać było naszą robotę na pierwszy rzut oka. Miałem w głowie plan, całe mnóstwo pomysłów, które mogliśmy wprowadzić w życie. To było od zawsze moje królestwo – drogi. Tutaj czułem się najlepiej. Może niektórzy nazywali mnie przez to dziwakiem, ale właśnie za murami mogłem odżyć i poczuć się znowu sobą. Uśmiechnąłem się do swoich myśli i przymknąłem oczy. Zasnąłem wkrótce po tym.
                Obudziła mnie Karolina. Wydawało mi się, że spałem zaledwie pięć minut, ale musieliśmy przejechać kawałek drogi, bo przed nami widać było zjazd na prawo, gdzie znajdował się dom. Była to całkiem spora posiadłość, otoczona średniej wielkości murem, z dużą żelazną bramą. Co prawda ta była podniszczona i jedno z skrzydeł było wyłamane, ale mimo to zapewniało to nam jakąś ochronę. Nasze auto było na przedzie. Zerknąłem w lusterko i upewniłem się, że podczas snu nie zgubiliśmy kogoś. Może to było głupie, ale takie natręctwo uspakajało mnie.
- Cholera – szepnął Rekin.
- Co jest? – zapytałem podnosząc się i przechylając przez fotel pasażera.
- Skończyło nam się paliwo. Mamy jakiś zapas? – zapytał.
- Musimy. Kazałem wyraźnie wziąć dodatkowe kanistry. Powinny być w ciężarówce.
                Auto powoli się zatrzymało. W nasze ślady poszła reszta grupy, zatrzymując również swoje wozy. Wysiadłem i dałem znak reszcie, żeby zrobiła to samo. Nagle usłyszałem przeciągły jęk. Odwróciłem się i zobaczyłem trupa idącego w naszą stronę.
- Tylko nie to…
Ludzie z ciężarówki i drugiego pojazdu podeszli w naszą stronę. Trupów było więcej. Wychodziły z posiadłości zwabione naszym zapachem oraz hałasem.
- Wszyscy trzymać się blisko. Jest ciemno i nie możemy ryzykować! – krzyknąłem. Latarki dawały naprawdę mizerne światło i nie chciałem żeby wybuchła panika – Wy tankujcie – wskazałem na dwóch chłopaków, którzy wyglądali na przerażonych i na pewno nie nadawali się do walki – Reszta osłania. Trzymamy się blisko. Już!
                Byliśmy jak okrągła aura ochronna. Trzymaliśmy się blisko, ale po dojściu do ciężarówki i zabiciu kilku trupów, zobaczyłem jak jedna osoba odłącza się od zespołu podbiegając do zarażonego kawałek dalej. Był to Paweł. Chłopak pochodził z Inowrocławia i działał mi na nerwy od pierwszego dnia pracy. Chociaż walczył dobrze to nigdy się nie słuchał i robił co chciał. Miałem wspomnieć o tym Benowi, ale po rozmowie z Konradem wypadło mi to z głowy.
- Wracaj! – krzyknąłem, ale moje słowa odbiły się jedynie echem od okolicy. Chłopak nie zareagował. Powalił pewnym ciosem trupa, po czym skoczył natychmiast do kolejnego. Na jego plecy szła mała grupa uderzeniowa złożona z czterech zombie. Zaczęliśmy do niego krzyczeć. W końcu odwrócił się, ale zdążył powalić tylko jednego. Pozostałe trzy powaliły go i zginąłby na pewno ,gdyby nie interwencja Rekina. Wyciągnął on pistolet i zaczął strzelać. Przez chaos panujący przed domem zużył cały magazynek na dwa trupy, trafiając parę razy ostatniego. Dało to czas mi, żebym dobiegł i zaszarżował na trupa, przygwożdżając jego głowę nożem do ziemi. Cała formacja się przełamała. Teraz nie było czasu na pół środki. Wyciągnąłem pistolet, w drugiej ręce wciąż trzymając nóż. Trupów nie było wcale tak długo, ale wystrzały mogły w każdej chwili ściągnąć ich więcej.
                Przerwanie formacji szybko dało się we znaki. Usłyszałem krzyk i zobaczyłem jak jeden z mężczyzn tankujących pojazd łapie się za szyję. Zombie wgryzał się bezlitośnie, uwalniając fontannę krwi. Panika była nieunikniona. Ludzie sami nie wiedzieli, gdzie się ustawić. Starałem się zachować nerwy na wodzy, ale nie było to łatwe. Nie mogłem wycelować w żadnego trupa, bo co chwilę ktoś przebiegał mi przed celownikiem. Nie zostało mi nic innego jak walka z bliska. Dopadłem jednego z nich od tyłu.  Popchnąłem go i dobiłem z łatwością, gdy leżał na ziemi.  Kolejne zombie upadały, aż w końcu Rekin pchnął ciosem w oczodół ostatniego i momentalnie, z wściekłością na twarzy, odwrócił się w stronę Pawła.
- Popierdoliło cię? – rzadko kiedy widywałem go aż tak wkurzonego.
- O co ci chodzi człowieku? – zapytał zdziwiony.
Miałem teraz ochotę wycelować i zabić chłopaka. Za jego wieczną niesubordynację. Nie mogłem jednak pokazać takiego zachowania. Miałem już wobec niego własne plany. Teraz należało zapewnić grupie bezpieczeństwo.
- Hej! HEJ! – podbiegłem do nich chowając broń, w porę żeby zatrzymać rozwścieczonego Rekina. Nie było to łatwe bo był masywnym i silnym mężczyzną, ale nie odpychał mnie – Uspokoić się. Musimy szybko wejść do środka zanim przyjdzie więcej trupów. Łapcie kanistry, wprowadzajcie ciężarówki. Nie możemy tu zostać.
- Chcesz mu odpuścić? – zapytał wręcz zszokowany.
- Daj spokój. Teraz musimy się schować. Potem porozmawiamy – odpowiedziałem najspokojniej jak umiałem.
                Rekin prychnął, ale odszedł w drugą stronę. Spojrzałem na Pawła, ale na jego twarzy nie widziałem wyrzutów sumienia, lub jakiegokolwiek poczucia winy. Nie prezentował sobą niczego.
- Do roboty ludzie. Musimy być za bramą jak najszybciej – zagrzałem resztę do pracy, przebudzając ich z zadumy wywołanej kłótnią. Wszyscy rozbiegli się do aut i zaczęli tankować nasz pojazd, przy okazji wsiadając do reszty. Rekin ruszył sam w stronę bramy, aby odsunąć drugie skrzydło.  Dogoniłem go.
- Nie wierzę, że znowu to olałeś… - zaczął.
- Zajmę się tym – zapewniłem go.
- Mam nadzieję, bo to już gruba przesada – stwierdził.
- Pamiętasz naszą rozmowę, jakiś czas temu na drodze? Tę o przeszkodach? – zapytałem. Podchodziliśmy już do bramy i zerkając czy podjazd jest czysty otworzyliśmy bramę i daliśmy znak reszcie, że mogą podjeżdżać.
- Tak – odpowiedział krótko.
- Podczas tego zadania było ich mnóstwo. Każdą pokonaliśmy. Wszystko się zmienia, przeszkód jest wiele, ale nie poddajemy się. Obiecałem sobie, że spróbuje przejść przez każdą przeszkodę i na pewno nie odpuszczę. Potrzebuje tylko zaufania.
                Rekin nie odpowiedział. Uśmiechnął się tylko i pokiwał głową. Trzy pojazdy przejechały obok nas, a my zamknęliśmy za nimi jedno ze skrzydeł bramy. Drugie leżało obok, jakby dawno się poddało. Nie jestem taki jak to, pokrzepiłem się w myślach. Kazałem zablokować wyrwę jednym z aut. Nie zatrzymałoby to innych ocalałych, tak samo jak cały mur, ale dawało nam dodatkową osłonę przed trupami. Sam dom zabezpieczyliśmy bez żadnych problemów, bo był pusty. Wyglądał jak ruina i swego czasu na pewno miała tu miejsce walka, ale drzwi działały, okna nie były wybite i mogliśmy zająć sobie jedno z większych pomieszczeń. Znaleźliśmy na miejscu sporo nie do końca zgniłych koców i kołder, z których zrobiliśmy sobie posłania. Na kanapie położyła się Karolina, jako jedna z dwóch dziewczyn w całej grupie. Druga ułożyła się ze swoim chłopakiem, bez narzekania na zajęte miejsce. Wszyscy zasnęli dosyć szybko, po tym jak zapewniłem, że wezmę pierwszą wartę. Nie byłem senny. Usiadłem na parapecie okna wychodzącego na front budynku. Miałem stąd doskonały widok na potencjalny atak. Nic się jednak nie działo. Noc była spokojna i w miarę ciepła. Chociaż wiedziałem, że muszę się przespać nie miałem ochoty budzić kogoś na zmianę warty. Ostatnio miałem wiele bezsennych nocy i byłem w stanie przeżyć kolejną.
                Nad ranem jednak urwał mi się film. Przebudziłem się nagle, jakby obudzony jakimś dźwiękiem. Rozejrzałem się i wszyscy byli na swoich miejscach, oddychając rytmicznie. Wyjrzałem za okno. Słońce i poranna mgła łączyły się w biały całun, który wyglądał naprawdę pięknie.  Wstałem, cały obolały i rozprostowałem kości. W domu, chociaż teraz było dosyć chłodno, panowała duchota. Cicho wstałem i przekradając się pomiędzy ściśniętymi na ziemi ludźmi wydostałem się z pokoju i po chwili wyszedłem na zewnątrz. Zimne powietrze uderzyło mnie w nozdrza, wypełniając moje płuca niczym piasek foremkę. Było to dosyć pobudzające i odprężające. Daleko przy drodze zauważyłem ruch, ale po sposobie poruszania zidentyfikowałem go jako zombie. Albo zszytego, dodałem w myślach. Była to przerażająco grupa. Nigdy nie wiadomo kiedy obserwowali okolicę zakamuflowani z przyszytymi częściami skóry trupów.
                W głowie układałem też plan tego, co miało się wydarzyć w najbliższych godzinach. Rekin zaczynał wątpić w moje umiejętności, a jeżeli nawet on nie do końca wierzył, to co dopiero musieli pomyśleć ludzie. Nie mogłem jednak zabić człowieka na ich oczach. Musiałem to zrobić delikatniej. Sytuacji było dużo, bo podczas pracy na drodze często rozdzielaliśmy się na większy obszar, w paro osobowe grupy, żeby szybciej ukończyć dany odcinek. Mogłem wykorzystać moment, w którym ten oddzieli się jak to miał w zwyczaju i wtedy zaatakować. Tylko czy na pewno chciałem go zabijać? Byłem skłonny dawać ludziom szansę, nawet jak ci na nią nie zasługiwali. Ile złych ludzi trafiało na pokład Zbłąkanego Ocalałego, nie potrafiłem tego zliczyć. Jedna z takich decyzji kosztowała rękę Mpd, kiedy to pozwoliłem obłąkanemu ojcu wejść na pokład, nie dopilnowując wcześniej tego jak wnosił umierającego syna do bagażnika. Chociaż rozumiałem co nim kierowało, nie było miejsca na takie ustępstwa. Tak samo musiało być tym razem.
                Po godzinie, zacząłem budzić resztę grupy. Niektórzy wstawali od razu, inni ociągając się, ale następne trzydzieści minut później byliśmy gotowi do drogi po skromnym śniadaniu.  Amunicja po wczorajszej walce była na drastycznie niskim poziomie. Nigdy nie braliśmy jej zbyt dużo, bo na drodze spotykaliśmy raczej trupy niż ocalałych, ale jednak byliśmy zawsze gotowi na atak, szczególnie na nadejście Złomiarzy, którzy kiedyś w końcu musieli wykonać jakiś ruch. Każdy miał pistolet z magazynkiem i mnożąc to przez piętnaście osób, dawało to sporą siłę ognia, chociaż zazwyczaj kończyło się na tym, że nie przeszkolona osoba oddawała broń mi, Rekinowi lub komuś kto sobie z nią radził. Po wczorajszej strzelaninie i ostatnich kłopotach zostało jej jednak niebezpiecznie mało.
                Rozmyślając wciąż nad wieloma rzeczami wsiadłem do auta. Podróż na miejsce, w którym pracowaliśmy nie trwała długo. Zajechaliśmy na bardzo pokręcony odcinek drogi. Zakręcała ona na przestrzeni pięćdziesięciu metrów aż trzy razy, a poszczególne jej fragmenty były oddzielone pasami drzew. Od kiedy pracowałem w ten, a nie inny sposób, zacząłem dostrzegać coraz to dziwniejsze rozwiązania osób, które zajmowały się budowaniem dróg przed apokalipsą. Teraz one najprawdopodobniej nie żyły, a ja zostałem z tym co było. Rozdzieliłem naszą grupę na cztery mniejsze zespoły – trzy po cztery osoby oraz jeden trzyosobowy. Paweł był w tej ostatniej, najmniejszej grupie i żeby nie sprawiał kłopotów wysłałem go do najnudniejszego i najtrudniejszego zarazem odcinka drogi, gdzie stały cztery duże auta, które trzeba było sprawdzić i odholować. Pozostałe grupy zajęły się taszczeniem worków ze żwirem i powolnym zasypywaniem dziur.
                Wiedziałem z doświadczenia, że robota zajmie nam cały dzień, więc nie śpieszyłem się z wykonaniem mojego planu. Chłonąłem dobrą pogodę, zajmowałem się swoim i co jakiś czas przechadzałem się po całej drodze, przecinając ją pasami drzew, żeby zobaczyć jak radzą sobie inne ekipy. Zombie nie były dzisiaj żadnym problemem. Pojedyncze trupy szybko eliminowaliśmy i spokojnie zajmowaliśmy się pracą. Gdy słońce było wysoko na niebie zrobiliśmy sobie przerwę na jedzenie i picie. Grupa od aut znalazła zapas słonych przekąsek i słodkich napojów, które swego czasu miały być dostawą do jakiegoś sklepu, ale oczywiście do celu nie dotarły. Na drodze było słychać tylko chrupanie i rozmowy. Rekin opowiadał nam historię z lepszych czasów. Jak okazało się, był kiedyś nauczycielem. Nie pasował wyglądem do uczonego, a jak okazało się wykładał historię na uniwersytecie we Wrocławiu.
                Po zapchaniu się chrupkami, paluszkami i innymi podobnymi wróciliśmy do pracy. Byłem w zespole z Karoliną, oraz dwoma innymi chłopakami z Torunia.
- Zaraz wrócę – rzuciłem tylko do nich idąc w stronę drzew. Nie pytali nawet gdzie idę, myśląc, że muszę opróżnić brzuch z niedawno zjedzonego jedzenia, ale gdy tylko stracili mnie z oczu przyspieszyłem. Poruszałem się tak, żeby nie zobaczyły mnie inne grupy, dlatego szybko wbiegłem głębiej w las, żeby ominąć odcinki drogi, na których pracowali pozostali ludzie. Nie mogłem być zauważony. Serce biło mi szybko i wcale nie było to spowodowane biegiem. Starałem się nie myśleć o tym co planowałem tylko po prostu to zrobić. Myślenie było największym zabójca planów jaki istniał. Człowiek przewidywał różne scenariusze, te lepsze oraz te gorsze, co kończyło się prawie zawsze źle.
                Nie miałem dużo czasu. Wiedziałem, że jak zajmie mi to zbyt długo to Karolina zacznie się martwić i wyśle kogoś do lasu, żeby sprawdzić, czy nic mi się nie stało. Przedzierałem się przez krzaki i zarośla, rozglądając się co jakiś czas, czy nikt przypadkiem mnie nie zauważył. Po chwili wybiegłem od południowej strony, widząc z niedalekiej odległości, pracujących ludzi z Pawłem na czele. Zbliżyłem się ostrożnie tak, że oprócz paru krzaków i drzew, dzieliło nas co najwyżej piętnaście metrów. Tak jak podejrzewałem dwójka jego kompanów pracowała, a on sam robił wszystko poza pracą. Teraz stał przy aucie, oddalony nieco od reszty i palił papierosa. To była moja okazja.
                Podszedłem jak najbliżej to było możliwe po czym rozejrzałem się. Znajdowałem się na obniżeniu terenu, które schodziło łagodnym zboczem głębiej w las. Teren był zarośnięty, co idealnie pasowało do mojego planu. Nie czekając na lepszy moment gwizdnąłem po czym zacząłem szurać krzakami. Z daleka musiało to wyglądać jakby ktoś przedzierał się przez chaszcze. Paweł prawie od razu zauważył, że coś się dzieje. Podniósł się i spojrzał przez chwilę na swoich towarzyszy. Coś do nich powiedział, ale nie usłyszałem ani słowa, a następnie ruszył w moją stronę z pistoletem w ręce. Gdy był już naprawdę blisko zacząłem się powoli wycofywać, wciąż robiąc przy tym dużo hałasu.
- Kto tam jest? Pokaż się! – powiedział, nie krzycząc za głośno. Bał się, że jego towarzysze to usłyszą i przyjdą mu pomóc. Tacy ludzie jak Paweł nie nadawali się do pracy drużynowej. Chociaż wciąż go dokładnie widziałem zacząłem się coraz szybciej wycofywać, bo on również przyspieszył.
- Zatrzymaj się! – zastanawiałem się co chciał osiągnąć takimi słowami. Oddaliliśmy się już spory kawałek od drogi, na której pracowaliśmy. Ciągle się wycofując schowałem się za jednym z drzew. Wyciągnąłem broń, która była już wcześniej odbezpieczona. Słyszałem jak zbliżał się do mnie z każdym krokiem. Nie wiedział jednak gdzie jestem. Wychyliłem się delikatnie i zobaczyłem jak jest odwrócony do mnie plecami. Trzymał w prawej ręce pistolet i rozglądał się.
                Gwizdnąłem raz jeszcze. Odwrócił się w moją stronę. Następne wydarzenia działy się wyjątkowo szybko. Jak takie sytuacje mogą dziać się tak szybko, zastanowiłem, w chwili, kiedy on spojrzał na mnie, a z krzaków obok wyszła kolejna osoba. Staliśmy w trójkącie, ale ja byłem pewien swego. Paweł obrócił się w swoje prawo żeby spojrzeć szybko na to kto oprócz mnie tu jest, a ja wykorzystałem ten moment. Wystrzeliłem. Trafiłem go prosto w twarz. Pocisk przeleciał z trzaskiem przez czaszkę zostawiając dziurę tuż nad ustami i pod nosem. Paweł upadł, a ja usłyszałem tylko głośne jęknięcie i odgłos zgniatanych ciężarem ciała krzaków. Po chwili dołączył do tego dźwięk wciąganego głośno powietrza. Obróciłem się w stronę, w którą patrzył Paweł przed śmiercią i zobaczyłem, że przy drzewie stoi jeden z robotników. W jego oczach widziałem przerażenie i niedowierzanie. Ja jednak nie opuściłem broni. Podszedłem do niego i trzymając się twardo swego patrzyłem jak cały drży.
- Ja… ja nic nie widziałem. Też go nie lubiłem… błagam – jego głos drżał. Był tak przerażony, że nie odsunął się nawet, gdy przystawiłem pistolet do jego twarzy.
- Wybacz – powiedziałem twardo, po czym pociągnąłem za spust – Nie mogę zostawiać świadków.

wtorek, 29 listopada 2016

Rozdział 1: Czystość

Zaczynamy kolejny tom przygód Bobra. Po dosyć długiej przerwie czas wrócić do tego świata i dowiedzieć się co dalej. Akcja tego rozdziału dzieje się tydzień po akcji rozdziału 4.25. Obozy przygotowują się do ekspansji na wschód. Będzie to początek całego łańcucha zdarzeń, wokół których będzie się kręcić akcja tego tomu. Mam nadzieję, że Wam się spodoba i zapraszam do czytania :)
POV:
Bobru - Rozdział 1 - Dzień 1
??? - Dzień 1 - ???
??? - Dzień 1 - ???

-------------------------------------------------------------

Rozdział 1: Czystość (BOBRU)


                Bar w Inowrocławiu tętnił życiem. Ludzie starali się całkowicie uciec od rzeczywistości. Każdy kolejny łyk piwa, sprawiał, że świat za murami stawał się coraz bardziej odległy, a problemy malały, aż całkowicie znikały za alkoholową mgiełką. To nie działa tak jak myślicie, pomyślałem, Nie da się uciec od rzeczywistości. Zanurzyłem usta w kuflu piwa i wziąłem porządny łyk. Wciąż byłem obolały i nie do końca doszedłem do siebie po walce w Grudziądzu, na arenie Złomiarzy. Był to jednak przełomowy moment.  Zebraliśmy tak wiele informacji o tym i przez te sześć dni przygotowywaliśmy wszystko do kluczowego momentu w naszych życiach – przejęcia Płocka. Ben uważał to miejsce, za świetny punkt strategiczny, Dziara widział korzyści w budowaniu nowych szlaków, a Feline cieszyła się, że kolejny sojuszniczy obóz pojawi się w okolicach Płońska. Dla nas jednak był to nowy start. Moja grupa dojechała już do Inowrocławia i wszyscy byli gotowi na przejazd do nowego domu.
                Dotychczasowe obozy, w których byliśmy, zawsze miały jakąś wadę. Królowy Most był za słabo broniony i nie miał wystarczającej ilości ludzi, Toruń przeżywał kryzys, a życie w Potworze na pewnie nie należało do najwygodniejszych. Perspektywa zamieszkania w nowym miejscu sprawiała, że optymistycznie patrzyłem w przyszłość. Jonasz zdążył już wrócić razem z Dziarą do Torunia, zabierając ze sobą Wiktorię oraz Michaela, których pomoc była nie do opisania podczas odbijania Feline. Ta wraz z Olafem oraz jego ludźmi również opuścili Inowrocław wracając do siebie.  W czasie całego planowania zakładania nowego obozu wróciła ekipa stawiająca punkty strategiczne. Z przykrością usłyszeliśmy informacje o tym, że Stado jest coraz bliżej, a Irek przepadł próbując uratować kobietę z obozu Bena. Cieszyłem się jednak z powrotu reszty moich ludzi. To musiała być dla nich ciężka podróż, bo wydawali się być jeszcze bardziej wyniszczeni niż my.
                Dwanaście osób było planowaną pierwszą drużyną do wyjazdu do nowego miejsca.Wszystko wydawało się iść po naszej myśli. Złomiarze po otrzymaniu poważnego ciosu w walce z Zszytymi, nie dawali znaku życia. Byłem pewien, że mnóstwo z nich przeżyło, ale wiedziałem, że gdyby taki cios spadł któregoś dnia na Toruńską Ostoję, to prawdopodobnie upadła by ona na dobre. To świadczyło tylko o ogromnej liczebność i ogólnym zagrożeniu jakie sprawiała ta grupa. Wciąż pamiętałem torturowanie przez Wandę, przywódczynie Złomiarzy.  Byłem ciekaw, czy po tym co stało się na Arenie wzięła moje słowa o Stadzie i Zszytych na poważnie.
                Dopijając ostatniego łyka odstawiłem butelkę i wstałem. Miałem zamiar spędzić ostatnie wolne i spokojne chwile w tym obozie z moimi ludźmi, ale przy wyjściu wpadłem na Konrada, jednego z ludzi Bena.
- Szef chce cię widzieć – zapowiedział.
- Coś się stało? – zapytałem lekko zachrypniętym głosem.
- Nie mam pojęcia, ale w obozie jest spokojnie, więc to raczej nie to – odpowiedział.
- Zaraz przyjdę – powiedziałem.
- Wiesz, gdzie go znaleźć – rzucił na odchodne, wskazując tunel prowadzący do laboratorium, a następnie ruszył w stronę kościoła.
                Byłem pewien, że Ben będzie chciał dopiąć wszystko na ostatni guzik i powtórzyć plan, chociaż czasami był tak zaskakującym człowiekiem, że można było spodziewać się wszystkiego. Ruszyłem w stronę tunelu i po chwili byłem już w Korytarzu Krzyków. Trupy jak zwykle przywitały mnie jęczącą aprobatą, uderzając bezsilnie w szyby. Zastanawiałem się do czego mają doprowadzić te badania, bo szans na wynalezienie antidotum nie widziałem, a do czego innego mogłoby służyć trzymanie tych trupów, jak nie do tego. Wszedłem do laboratorium i od razu rzucił mi się w oczy, siedzący przy lampce i czytając książkę Ben. Wiedziałem, że mnie zauważył, ale nie dał tego po sobie poznać, póki nie usiadłem naprzeciwko niego.
- King – zauważyłem z zaciekawieniem.
- Smutne prawda? Mam horror tuż za oknem, a wolę czytać jakieś wymyślone opowiadania z elementami grozy – odpowiedział, widocznie obserwując moją reakcję.
- Wezwałeś mnie tylko po to? Jutro czeka nas podróż, wybacz, ale muszę odpocząć – specjalnie skróciłem jego grę, wiedząc, że jak dam się w to wciągnąć, to rozmowa potrwa znacznie dłużej niż powinna. Uśmiechnął się pod nosem.
- Jesteś ciekawym człowiekiem. Zdajesz się mieć tyle na głowie, a jednak robisz znacznie więcej niż ktokolwiek inny. Co jest twoją motywacją? – zapytał.
- Moi ludzie. Ben, o co chodzi? – zapytałem nieco zniecierpliwiony.
- Widzisz, po tym co dowiedzieliśmy się o Złomiarzach mamy ogromną przewagę. Jonasz okazał się kluczem do tej furtki i stoi ona teraz szerokim otworem. Z drugiej strony mamy Zszytych. Baliśmy się ich, a oni nam pomogli. Wydaje mi się, że to również twoja zasługa.
- Sugerujesz, że nimi dowodzę? – zapytałem nie do końca wiedząc, do czego zmierza.
- Stwierdzam, że jesteś niesamowitą osobą i to na tyle, że nawet ja nie potrafię tego rozgryźć. Od kiedy jestem na tym wózku to jest całe moje życie. Analizy. Badam każdego, zbieram informacje, tworzę sieć, odbudowuje. Robiłem to małymi krokami, ale wtedy pojawiłeś się ty i zamiast iść na piechotę do celu, lecę tam, niczym ptak.
- Jestem prostym człowiekiem, kierującym się prostymi zasadami i wartościami. Niczym więcej Ben.
                Widać było, że chciał powiedzieć coś jeszcze, ale zaśmiał się tylko. Spoważniał po chwili i spojrzał mi prosto w oczy.
- Nieważne. Sieć jest tworzona. Słyszałeś, że twój przyjaciel robi solidną robotę przy oczyszczaniu dróg? – zapytał.
Chodziło mu oczywiście o Ernesta, który wraz z Rekinem i paroma ludźmi z Torunia i Inowrocławia oczyszczał drogi z trupów i wraków aut, żeby ułatwić przejazd. Bolało mnie jednak wciąż, że nie zdecydował się pojechać dalej z nami, odcinając się i trzymając Torunia. Był ostatnią żywą osobą z Białegostoku. Jednym z ostatnich ocalałych z Królowego Mostu. Ważnym elementem w moim życiu, który zdawał się zacierać.
- Słyszałem. Mam nadzieję, że jak najszybciej uda mi się załatwić sprawę w Płocku. Nie planujesz po tym niczego większego, prawda?
                Ben chwilę wahał się z odpowiedzią. W końcu odchrząknął:
- Planów mam dużo. Ale skupmy się na tych najbliższych. Stabilizacja i rozbudowa – Przekręcił się i podjechał do stołu obok, gdzie stało dziwne urządzenie przypominające trochę duży kalkulator. Zaczął coś na nim wystukiwać, kiedy coś zaszumiało. Sięgnął bez patrzenia do paska i przystawił krótkofalówkę do ucha.
- Co jest? – zapytał.
- Spora grupa trupów. Za parę minut będą u nas.
- Musicie ich wybić. Nie możemy sobie pozwolić na takie stopniowe oblężenie. Gdy przyjdzie stado nie będzie już tak łatwo – odpowiedział.
- Mogę im pomóc – stwierdziłem.
- Bobru zaraz do was podejdzie. Poczekajcie na niego z jakimikolwiek akcjami. Bez odbioru – odrzucił urządzenie na bok – Dziękuje raz jeszcze za rozmowę. Wbrew pozorom potrzebowałem właśnie odpowiedzi na te pytania – odpowiedział tajemniczo. Chociaż sam chciałem go zapytać o parę rzeczy, rozmowa zaczynała mnie męczyć, a nie miałem siły na zagadki. Opuściłem laboratorium i mijając Korytarz Krzyków wyszedłem wkrótce na świeże powietrze. Przy wyjściu wpadłem na Giganta oraz Dymitra.
                Dołączyłem do nich nie zatrzymując się.
- Idziecie do bramy głównej? – zagadałem.
- A coś się dzieje? – odpowiedział pytaniem Gigant.
- Trupy. Spora grupa, Ben kazał się tym zająć.
- Spoko – odpowiedział Gigant i wspólnie przyspieszyliśmy kroku. Przed główną bramą zebrało się sporo ludzi. Wszyscy obserwowali ulicę, na której zaczęły już pojawiać się pierwsze trupy. Wśród ludzi od razu zauważyłem Garbusa, który podbiegł do nas.
- Jak wygląda sytuacja? – zapytałem.
- Około czterdziestu trupów. Nie mamy pojęcia jak prześlizgnęły się taką grupą w tę część miasta – odpowiedział – Jakieś plany?
- Musimy ich odciągnąć poza mury obozu. Gigant będzie na pierwszej linii, a cała reszta będzie go osłaniać – zdążyliśmy podejść do pozostałych obrońców obozu – Potrzebuje dwójki ludzi, która pójdzie z nami na zewnątrz. Reszta będzie osłaniała nas z góry z pistoletami. Gdyby nas zaczęły otaczać strzelajcie, ale nie wcześniej! My postaramy się osłonić Karola, jeżeli coś pójdzie nie tak. Wszyscy rozumieją?
Przytaknęli. Dwójka mężczyzn, w charakterystycznych strojach strażników z Inowrocławia, zgłosiła się natychmiast.  Zadziałaliśmy natychmiastowo i zebraliśmy się przy wyjściu, gotowi na to, aż reszta zajmie pozycje na wieżyczkach, oraz przy bramie, żeby ją szybko otworzyć i zamknąć. Zerknąłem przez ramię i oprócz Giganta, Dymitra oraz dwójki strażników, w oczy rzucili mi się mieszkańcy, którzy obserwowali akcję z daleka. Nie umiałem wyczytać emocji na ich twarzach. Nie byli ani przestraszeni, ani uradowani. Patrzyli ze zmęczeniem na kolejną, normalną akcję.
- Gotowi? – zapytał Garbus zaciskając ręce na prętach bramy.
Kiwnąłem głową.
                Brama zajęczała gdy mężczyzna pociągnął za nią aby nas wypuścić. Odepchnąłem pierwszego trupa stojącego najbliżej i pewnym ruchem wbiłem mu nóż w gardło, odpychając kolejnego na bok. Wybiegliśmy na środek ulicy ustawiając się według planu. Poczułem ciarki na plecach, kiedy Gigant przesunął pochwę miecza, tak żeby go dobyć, a po chwili z świstem uwolnił ostrze. Było ostre i błyszczące srebrną poświatą księżyca. Gigant dbał o nie jak o przyjaciela. Po śmierci Szpiega nawet jeszcze bardziej. Odsunęliśmy się na około metr, żeby nie przeszkodzić mu podczas zamachu. Ostatnimi czasy widywałem jak Gigant trenuje walkę, przygotowując coraz to bardziej wymyślne cięcia, gotowy na każdą sytuacje. Tak zaczął swój taniec i teraz.
                Przeniósł ciężar ciała na prawą nogę, zamachnął mieczem z góry, po czym zrobił piruet, prowadząc ostrze na wysokości głowy i czysto ścinając dwie głowy naraz. My dotrzymywaliśmy mu kroku trzymając się zawsze na bezpieczną odległość, ale on radził sobie doskonale. Odskakiwał, doskakiwał, wyprowadzał krótkie cięcia, a następnie przymierzał się do tych długich. Po około dziesięciu trupach, wszystkich zabitych w całkowicie bezbłędnym stylu, przestaliśmy za nim nadążać. Zdołałem nawet spojrzeć na mury Inowrocławia, na których strażnicy też opuścili bronie i z zainteresowaniem patrzyli na pokaz. Ludzie, którzy wcześniej żegnali nas ponurymi spojrzeniami, teraz stali za kratami bramy i chłonęli, jakże rzadką w tych czasach, rozrywkę.
                Trupy ginęły w zatrważającym tempie. Każdy kolejny świst miecza, uwalniał fontannę krwi i wiązał się z dźwiękami głucho uderzających o ziemię zwłok. Miecz początkowo błyszczący czystością, teraz wyróżniał się karmazynową barwą. W walce z trupami, szczególnie na otwartych terenach, Gigant nie miał sobie równych. Na pewno w ciaśniejszym pomieszczeniu miałby problem z manewrowaniem ogromnym mieczem, ale tutaj czuł się jak ryba w wodzie. Gdy na ulicy został ostatni trup, który był kierowany zaprogramowanym instynktem zabijania, wyglądał jakby zawahał się na chwilę nie wiedząc czy warto to ciągnąć dalej. Gigant oczywiście nie zatrzymywał się i zdając sobie sprawę z tego, że jest oglądany zamachnął się potężnie i przepołowił ostatniego przeciwnika na pół, od głowy do krocza. Następnie odwrócił się w naszą stronę i wycierając ociekające posoką ostrze uśmiechnął się.
- Wow – skomentował krótko jeden z strażników, który wciąż nie mogąc uwierzyć w to co zobaczył, wpatrywał się w Giganta. Podszedłem do niego i poklepałem go po plecach, dając znak, że wykonał kawał dobrej roboty. To był mój człowiek. Czułem dumę i bezpieczeństwo będą otoczony takimi właśnie ludźmi.
                Wróciliśmy w końcu do obozu. Brama została zamknięta, a ludzie powoli rozeszli się do swoich przyczep i domków. Ja także ruszyłem w stronę domku, który Ben przekazał nam na czas pobytu. Był to dwupiętrowy budynek, bardzo wygodnie umeblowany i w pełni zaopatrzony. Czuliśmy się dzięki temu wyjątkowo i bardzo mi to odpowiadało. Wygodne łóżka, dostęp do wody oraz elektryczność. Były to luksusy pierwszej klasy w aktualnych czasach. W salonie, który było położony tuż za drzwiami wejściowymi, siedziała prawie cała grupa. Pierwsza w oczy rzuciła mi się Ruda. Podbiegła ona do Dymitra, aby go przywitać. Rude włosy miała związane w warkocz, a w oczach było widać wesoły blask. Minąłem ich wraz z Gigantem aby znaleźć jakieś miejsce do siedzenia. Kanapa jednak była zajęta przez Łowcę, Medyka oraz Pablorda. Grali w karty popijając piwo. Jedynym nie pijącym był Medyk, który traktował swoją rolę w zespole wyjątkowo poważnie, przez co bał się, że w złym stanie przyjmie ewentualnego pacjenta.  Gigant klepnął mnie po plecach, po czym dosiadł się na fotel do Iki. Chociaż nie miałem jej okazji dobrze poznać, to nie miałem nic przeciwko jej obecności. Miała dużą wiedzę i na pewno była potrzebna do zarządzania żywnością i produkowania jej. Pamiętałem jak niedawno mieszkała przez jakiś czas na Drugim Posterunku, gdzie pomagała rozwinąć obóz Kapitanowi.
                Na uboczu przy oknie stał Krystek wraz z Mpd. Ten pierwszy palił, a drugi coś mu opowiadał. Widziałem znużenie na twarzy Krystka. Po śmierci Magdy nie widziałem uśmiechu na jego twarzy, a wiedziałem jak męczący potrafił być Mateusz.  Nie mi jednak było oceniać takie, a nie inne podejście Krystka. Pomimo paru mniejszych sukcesów ostatnie wydarzenia porządnie dały w kość. Nikt nie miał specjalnie dobrych humorów. Minąłem ich i podszedłem do ostatnich dwóch osób będących w domu – Łapy i Młodej. Siostry siedziały obok siebie i o czymś rozmawiały. Otworzyłem oczy ze zdumienia, kiedy zobaczyłem, że Łapa nie ma swojego charakterystycznego warkocza, a same, czarne włosy, sięgały jej zaledwie do ramion.
                Musiała  to zauważyć, bo uśmiechnęła się do mnie. Jej siostra spojrzała na mnie i zachichotała. Młoda po akcji w Płońsku stała się bardziej otwarta. Od Olafa słyszałem, że podobno pomogła im, zabijając jednego z Złomiarzy. Może w końcu ostatecznie planowała zaufać reszcie, tak jak ufała swojej siostrze.
- Skąd ta zmiana? – zapytałem.
- Wszyscy się zmieniamy, więc i ja coś w sobie zmieniłam – powiedziała tajemniczo.
- Tylko to?
- Nie – jej twarz spoważniała – Możemy porozmawiać?
- Jasne… tylko chwilkę. Chciałbym najpierw porozmawiać ze wszystkimi – nie czekając na jej odpowiedź odwróciłem się i wszedłem na stolik, na którym leżały karty. Nie musiałem długo czekać, aż w pokoju zapanowała cisza, a wszystkie oczy były zwrócone na mnie.
- Chciałbym wam zająć chwilę. Musimy ostatecznie doszlifować szczegóły. Przed jutrzejszym wyjazdem – mówiłem powoli, sam nie wiedząc w stu procentach, jak to rozegrać. Nie wiedziałem do końca z czym miałem do czynienia, a nie chciałem ustalać czegoś, czego nie byłem w stanie wykonać – Na początku chcę wam podziękować. To już ponad pół roku i chociaż znam niektórych z was dłużej, a niektórych krócej to jesteśmy teraz jedną grupą. I cholera, osiągnęliśmy zajebiście dużo. Ale nie mamy jeszcze swojego miejsca na ziemi. Płock może być tym miejscem. Jutro zacznie się nowy epizod w naszych życiach i to jak potoczą się najbliższe dni, zadecyduje o tym jak będzie wyglądał świat. Nasz świat.
                Wszyscy słuchali mnie z przeróżnymi emocjami wypisanymi na twarzach. Nie było widać jednak żadnych negatywnych aspektów w tej wystawie przeróżnych min. Uznałem to za dobry znak.
- Co prawda nie ma tutaj wszystkich, ale Rekin dołączy do nas za jakiś czas, a z Józefem porozmawiam w stosownym momencie. Przechodząc jednak do sedna – kiedyś, za czasów Królowego Mostu, kiedy mieszkałem tam i nie rozumiałem jeszcze do końca zasad panujących światem zaatakowała nas grupa. Rozbili nas kompletnie i cudem odnaleźliśmy się w Toruniu. Moi przyjaciele skojarzyli moje wcześniejsze słowa i poszli właśnie tam, dzięki czemu są tu dzisiaj u mojego boku. To było szczęście. Nie możemy jednak na nie zawsze liczyć, więc chciałbym ustalić oficjalny punkt zbiórki w razie problemów. Nie znam terenów, na które się udajemy, więc powiedzmy, że ci, którzy w jakikolwiek sposób się odłączą postarają się wrócić tutaj, lub do obozu Feline. To będzie najlepsze wyjście. Ktoś ma jakieś za lub przeciw? – zrobiłem pauzę, ale ponownie nie spotkałem się z żadnym sprzeciwem – Cieszę się. Chciałbym wam też powiedzieć, że przez ostatnie miesiące – tutaj odkaszlnąłem, bo głos zaczął się robić chrapliwy – miałem różne podejście do życia i innych ocalałych. Raz byłem do nich przyjaźnie nastawiony i płaciłem za to wysoką cenę, a innym razem byłem zły i ostrożny, co spowodowało, że straciłem wiele szans. Chociaż może się wam to wydawać niedobre, wolałem być twardy. Nie dawać szans na podejście, póki nie byłem pewien, że dana osoba jest dobra. Teraz jednak odbudowujemy cywilizacje. To ciężka i niebezpieczna misja, ale nie wykonamy jej sami. Nawet z obozami Dziary oraz Bena i Feline. Musimy zbierać ludzi. Zbudować społeczeństwo i to wszystko odnowić. Dlatego ostrożnie podchodźcie do ocalałych i starajcie się ich przekonywać, a nie zabijać. To właśnie tego aktualnie potrzebujemy – po tych słowach zrobiłem krótką pauzę i zszedłem ze stołu. Cała grupa zaczęła bić brawo, a ja poczułem dreszcz, który czułem często w takich sytuacjach. Dreszcz podniecenia i dumy. Emocjonowałem się takimi sytuacjami, które zazwyczaj człowiek przeżywał raz na rok, albo oglądając na ekranach telewizora. Teraz było ich dużo. Przemieszanych z walką.
                W tym momencie drzwi do domu się otworzyły i wszedł Józef. Przywitałem go uściskiem dłoni.
- Gotowy do jutrzejszej podróży? – zapytałem.
- Jak nigdy – odpowiedział pogodnie.
- Znakomicie. Odpoczywaj. Kolejne dni będą ciężkie, potrzebuje was w jak najlepszej formie.
- Tak zrobię – zapewnił mnie, po czym ruszył schodami na górę, gdzie były sypialnie. Ja dzieliłem swoją z Łapą oraz Młodą. Dziewczynom oddałem łóżko, a sam spałem na materacu na podłodze. Odkąd jednak byliśmy w Inowrocławiu często budziłem się z rana, a Łapa leżała przy mnie, zostawiając siostrę na łóżku.
                Chcąc jak najbardziej odpocząć zamierzałem udać się na górę, kiedy przypomniałem sobie, że Łapa coś ode mnie chciała. Podszedłem do niej. Jej dolna warga drgała i pocierała nerwowo rękoma, wiedziałem, że temat rozmowy nie będzie przyjemny. Złapała mnie za dłoń i poprowadziła w głąb domu, do kuchni, którą teraz nazwałbym raczej spiżarnią, bo jedzenie było wszędzie. Ben nie był fanem przetrzymywania żywności w jednym miejscu, bał się, że jeden pożar może zniszczyć całe zapasy, wiec rozłożył ją pomiędzy domami. Był to całkiem mądry ruch. Łapa odsunęła pudło pełne konserw i usiadła na blacie stołu kuchennego. Spojrzała mi w oczy.
- Ostatnio sporo myślałam. O wszystkim, o tym jak ukształtował mnie ojciec i ten świat. Później poznałam was i krótko mówiąc spierdoliliście mnie – powiedziała to łagodnym głosem, wiedziałem, że próbuje rozładować własne napięcie takimi powiedzonkami i losowo wrzuconymi przekleństwami – Wpłynęło to na mnie i to nie byłe jak. Nigdy nie będę taka jak Ruda czy Ika, ale chcę się zmienić. Być bardziej ludzka.
                Przełknąłem ślinę. Kto by się spodziewał, powiedziałem w myślach. Łapa zachowywała się dziwnie. Rzeczywiście stała się bardziej ludzka, szczególnie po powrocie z Płońska. Lubiłem jej dzikość i charakter, ale czułem, że jakby była bardziej łagodna, szczególnie dla pozostałych ludzi to mogłaby być jeszcze ciekawszą osobą. Nie byłem pewien, czy jest do tego zdolna, ale już po tych słowach wiedziałem, że próbuje. Nie przychodziło to jej z łatwością, ale realnie wpłynąłem na jej charakter. To znaczyło dla mnie więcej niż przemówienie, które zostało nagrodzone oklaskami. Więcej niż wszystko.
- Dlatego muszę naprawić swoje błędy. Dotychczas olewałam ten bagaż, który nosiłam ze sobą. Zabijałam kolejnych ludzi, okaleczyłam nawet brata Erniego. Zrobiłam wiele złych rzeczy. Szczególnie tobie. Zawsze byłam głupią suką – jej głos zaczął się załamywać, ale patrzyła na mnie dzielnie.
- Właśnie taką cię polubiłem. Byłaś i jesteś niesamowita Łapo – odpowiedziałem ciepłym głosem.
- Aleksandro – poprawiła mnie. Otworzyłem szeroko usta ze zdziwienia. Nim myśl zdołała dotrzeć do głowy i zagnieździć się tam do zanalizowania, odezwała się ponownie – To moje imię. Nie używałam go. Nie nazywała mnie tak nawet moja siostra. Czas na cholerne zmiany. Nie chcę być zapamiętana jako Łapa. Ostatnią osobą, która nazywała mnie po imieniu był mój ojciec. Czas żeby inne osoby mnie poznały z tej strony.
                Nie wiedziałem co powiedzieć. W końcu zdołałem wykrztusić.
- To… ładne imię…
Westchnęła.
- Muszę ci powiedzieć coś bardzo… ważnego – powiedziała po chwilowej pauzie.
- Co takiego? – zapytałem znowu, nie rozumiejąc do czego dąży ta rozmowa. Obserwowałem jak Ola próbuje coś powiedzieć, ale ostatecznie nie mogła wykrztusić słowa. To musiało być dla niej trudne. W końcu przytuliła mnie. Poczułem zapach jej włosów, poczułem ciepło jej twarzy. Drżała. Chciałem ją pocieszyć, ale nie wiedziałem, co powiedzieć. Chciałem jej przekazać nieco uczuć, ale bałem się jak na to zareaguje. Zazwyczaj nie lubiła większych emocjonalnych więzi. Chociaż była ze mną, nigdy nie traktowała naszej więzi emocjonalnie. Bardziej rzeczowo. Bałem się pomyśleć, co by było gdyby powiedział jej teraz, że ją kocham. Ale może właśnie teraz był odpowiedni moment. Otworzyłem usta i zacząłem:
- Koch…
- To ja zabiłam Natalię – powiedziała słabym głosem, jakby umierała. Chociaż powiedziała to niewiele głośniej od szeptu, jej słowa rozeszły się po moim ciele, jakby były wykrzykiwane mi prosto do ucha. Znieruchomiałem.