piątek, 9 stycznia 2015

Rozdział 11: Stare rany

Rozdział 11, kolejny z perspektywy Erniego. Tutaj jest powrót czegoś, o czym wiele osób mogło zapomnieć. Przeszłość zabija, a Erni może się o tym przekonać wraz z całą ekipą Zbłąkanego Ocalałego. Po przeczytaniu proszę o komentarz oraz rozesłanie bloga znajomym :)

-------------------------------------------

Rozdział 11 (Erni): Stare rany


                Mieszanka strachu oraz zdenerwowania działała na mnie źle. Zalepiałem kocem wybitą szybę, a Cinek i Łowca analizowali z przodu treść groźby. Była ona krótka, ale dawała do myślenia. Ktoś na nas polował od jakiegoś czasu. Incydent przy chatce przed Płońskiem, atak przy obozie Feline, atak przed Makowem Mazowieckim, a teraz to. Komu aż tak zależało na naszej śmierci? Nie byłem zadowolony z tego co się działo na około.
                Jedynym dobrym aspektem podróży, było to, że udało mi się zwerbować już cztery osoby, a dodatkowo miejsce, gdzie mógłbym uciec w razie problemów w Ostoi – obóz Feline. Feline była ciekawą osobą i musiałem przyznać, że mnie zainteresowała i koniecznie chciałem ją spotkać jeszcze pewnego dnia. Po załataniu okna wróciłem do przodu i rozejrzałem się. Robiło się coraz bardziej ciemno, a ja czułem się zmęczony i rana znów zaczęła mi dokuczać. Musiałem jak najszybciej znaleźć dobre miejsce na nocleg poza miastem, ale obawiałem się też z kolei kolejnego ataku. Nasi oprawcy musieli poruszać się wozami, bądź mieć świetny system komunikacji, bo utrzymywali tempo Zbłąkanego Ocalałego bez najmniejszego problemu. Dlatego obawiałem się nieco, że jeżeli się zatrzymamy, możemy zostać zaatakowani. Z kolei jednak bez snu nie dam rady kierować i zachować jasności umysłu, przez co mogę doprowadzić do wypadku. To byłaby smutna śmierć w czasach apokalipsy zombie.
                Poruszyłem ten temat z moimi przyjaciółmi, gdy odpaliłem silnik i zacząłem zjeżdżać na obrzeża miasta.
- Słuchajcie musimy coś ustalić, ktoś nas śledzi i nie wiem gdzie moglibyśmy się bezpiecznie zatrzymać – zacząłem, nie odrywając wzroku od drogi przede mną.
- To jest chore, nie możemy nic normalnie zrobić, bo jak nie pieprzeni ludzie z Torunia lub bandyci to jacyś narawańcy… - wyżalił się Marcin.
- Wiesz Ernest, z zawodu byłem kierowcą, jakby ci to nie przeszkadzało to moglibyśmy kierować na zmianę… - zaproponował nieśmiało Łowca. Wiedział, że ten autobus jest dla mnie bardzo ważny i traktuje go prawie jak najlepszego przyjaciela i nie dawałem go kierować nikomu innemu. Ale teraz jak o tym myślałem to nie był głupi pomysł. Byłem coraz bardziej zmęczony, a Łowca miał doświadczenie. W końcu to on dowiózł grupę Bobra do Ostoi.
- Ej nie głupie! – powiedział Cinek – Przyznam, że jechało się dobrze, kiedy prowadziłeś –stwierdził Cinek.
- Ehh… nie łatwo mi to mówić, ale zgadzam się. Tylko uważaj, błagam cię – powiedziałem.
- Spokojnie, zamienimy się za kawałek drogi, wtedy ty się prześpisz, a potem się zamienimy. Dzięki temu Zbłąkany będzie cały czas w ruchu, a obaj kierowcy będą wypoczęci – powiedział Łowca uśmiechając się z pod wąsa.
- Dzięki stary – dodałem, po czym skręciłem ostro i wyjechałem na drogę krajową prowadzącą do Ostrowa Mazowieckiego.
- Ale chyba przerwy na żarcie będziemy robić, co? – zapytał nagle Cinek.
- Jasne. W końcu to postoje na paręnaście minut, a nie na parę godzin – odpowiedziałem.
- Też prawda -  stwierdził Cinek – Słuchajcie, mam pewną sprawę, mogę z wami ją obgadać? – zapytał. Ton jego wypowiedzi sugerował, że to coś poważnego, a tego od Cinka nie oczekiwałem zbyt często. Zawsze wydawał mi się być trochę głupi, ale nie mógłbym go nazywać idiotą. Po prostu miał specyficzne spojrzenie na świat i wszystko analizował na chłopski rozum. Lubiłem go.
- Jasne mów – odpowiedzieliśmy prawie równocześnie.
- Ehh… słuchajcie tylko dobrze, bo rzadko kiedy zbiera mi się na takie pieprzenie – zapowiedział – Dziękuje wam. Szczególnie tobie Erni. Gdyby nie ty i nie Bobru to pewnie dalej zadawałbym się z towarzystwem takim jak Alex. Tego skurwiela już od dawna z nami nie ma, jego głowa gnije gdzieś, chuj wie gdzie, ale gdybym wtedy nie poparł was to mogłem skończyć o wiele gorzej. Uratowaliście mnie od jeszcze gorszego syfu, niż zamienienie w trupa – samotności – skończył.
                Zaparło mi dech w piersi. Takich słów od Cinka mogłem nie usłyszeć już nigdy więcej. Było to coś naprawdę wielkiego.
- Stary to był twój wybór. Bobru mi opowiadał o tym, jakie pytanie ci zadał i przed jakim wyborem cię postawił. Po prostu wybrałeś dobrze – powiedziałem, odwracając się na chwilę, żeby się do niego uśmiechnąć.
Jechaliśmy dalej. Z racji iż po chwili zrobiło się naprawdę ciemno to włączyłem światła. Były one nieco słabe, bo nie oświetlały drogi tak jak powinny, ale dawały radę, a przynajmniej nie byliśmy, aż tak widoczni. Przed dojechaniem do Ostrowi Mazowieckiej zatrzymaliśmy się na chwilę, żeby zjeść. Nie było to najprzyjemniejsze doświadczenie – co chwilę obracaliśmy się, gdy coś usłyszeliśmy, a jedną rękę wciąż trzymaliśmy na broni. W pewnym momencie z krzaku wyszedł zombie i Rekin, który był chyba najbardziej przejęty sytuacją nie wytrzymał i oddał kilka strzałów. Uciekaliśmy stamtąd szybko, bo strzały musiały być słyszalne z daleka, a śledzący nas ludzie na pewno nie przepuścili takiej sytuacji płazem.
                Byłem już strasznie zmęczony, poprosiłem Łowcę, żeby mnie za chwilę zmienił, kiedy podszedł do mnie Cinek.
- Słuchaj stary, jedna rzecz mnie zastanawia – powiedział.
- Tak?
- Jak jechałem tutaj z Bobrem i resztą to widzieliśmy helikopter. Helikopter z Ostoi. Mieszkam tam od tygodnia i nie widziałem tam żadnego hangaru z helkami i nic, to było wasze czy jak to było w końcu? – zapytał.
- Ahh mieliśmy jeden helikopter, to prawda. Widzieliście jego wrak tak? Niestety żadnego innego działającego nie mamy, chociaż podobno ludzie z Drugiego Posterunku zajmują się naprawą jakiegoś całkiem używalnego helikoptera medycznego. Możliwe, że w krótce znowu będziemy mogli latać i podróżować z takiego Torunia w parę godzin, zamiast parę dni – wytłumaczyłem.
- Hmm to byłoby zajebiste – stwierdził po chwili.
                Tuż przed wjazdem do Ostrowi Łowca mnie zmienił, a ja przeszedłem na jedno z siedzeń z tyłu i oparłem się o koc próbując zasnąć. Cinek rozmawiał o czymś z Rekinem, a Łowca szybko i sprawnie ruszył, jakby to robił od dawna. Trójka najnowszych pasażerów z tyłu o czymś rozmawiała.
- Jak się czujecie na pokładzie? – zapytałem opatulając się cieplej, bo akurat zaczął wiać zimny wiatr, który było można poczuć dosyć mocno przez dziurę w szybie.
- Cieszymy się, że tu jesteśmy – powiedziała Ola, jedna z blondynek. Malec, który z nimi był akurat ułożył się na nogach drugiej dziewczyny, wyraźnie zmęczony i zmarznięty – Nie było łatwo przetrwać…
- Przetrwałyście tyle same? – zapytałem.
- W sumie był z nami jeszcze mój chłopak, ale trupy dorwały go parę dni temu. Chcieliśmy we czwórkę dotrzeć do Torunia, ale nie udało się nam – powiedziała ze smutkiem.
- Przykro mi – odpowiedziałem po czym odwróciłem się i spróbowałem zasnąć.
                Zasnąłem bardzo szybko, ale śnił mi się naprawdę przerażający sen. Był w nim Cinek, który siedział na jednym z siedzeń Zbłąkanego Ocalałego.  Płakał jak małe dziecko, trzymając w ręce czyjąś dłoń. Dookoła było mnóstwo zombie, które próbowały się do nas dostać. Chciałem wyciągnąć pistolet i się bronić, ale nagle zauważyłem, że mam związane ręce. Próbowałem odpychać zombie, ale one szybko nas zalały. Poczułem jak mnie gryzą i wśród bólu dało się wyczuć to coś, co sprawia, że po ugryzieniu zamieniamy się w zombie. Obudziłem się, gdy pojazd gwałtownie zahamował. Za oknem robiło się powoli jasno. Musiałem przespać parę godzin. Rozejrzałem się po wnętrzu Zbłąkanego i zobaczyłem, że za mną spały dziewczyny oraz chłopczyk, a przede mną Cinek. Jedynymi, którzy nie spali byli Rekin oraz Łowca. Mężczyzna bez oka prowadził w absolutnym skupieniu. Rekin wyglądał za okno i podziwiał widoki.
                Byliśmy niedaleko Białegostoku. Poznałem okoliczne tereny w chwilę i jak zwykle poczułem pewien sentyment do miejsca, w którym to wszystko się zaczęło. Zaledwie cztery miesiące temu byłem w szkole, gdy to wszystko się zaczęło. Uciekłem z niej z Goku, Nieznajomą oraz Bochenem. Teraz nikt z nich już nie żył. Wstałem i podszedłem do Łowcy. Klepnąłem go w ramię.
- Dajesz sobie radę stary? – zapytałem.
- Jasne – powiedział nieco ochrypniętym, ale absolutnie przytomnym głosem – Stary nie raz jeździłem całe noce, na tym polegała moja praca – powiedział z dumą.
- Dojedziesz do Królowego sam? – zapytałem.
- Jasne, ale pytanie czy nie przejedziemy przez przystanki w Białymstoku? – zapytał.
- W sumie możemy – powiedziałem.
                Wjechaliśmy na obrzeża miasta. Z każda kolejną wizytą wyglądało na coraz bardziej opuszczone. Oczywiście były tu zombie oraz oznaki, że kolejni ocalali przechodzili tędy, ale poza tym było tu naprawdę pusto. Przejechaliśmy przez najważniejsze punkty w centrum, ale nie znaleźliśmy nikogo. Raz z daleka udało się nam zauważyć dwóch ocalałych, ale widać było, że są agresywni, bo gdy nas zauważyli zaczęli strzelać. Możliwe, że należeli do ludzi, którzy nas ścigali.
                Zastanawiałem się również nad słowami na kartce przyczepionej do cegły. „Przeszłość zabija”. Co to mogło znaczyć?  Wyjechaliśmy z Białegostoku niecałe półgodziny później. Wschodnia droga prowadziła prosto do Królowego Mostu. Jeździłem nią dosłownie setki razy razem z rodziną i przyjaciółmi, kiedy świat jeszcze był normalny. Teraz jednak było inaczej. Już na początku zauważyliśmy, że możemy mieć problem z przejechaniem. Na drodze było mnóstwo trupów. Wychodziły z lasu i wchodziły powolnym krokiem na drogę. Gdy nas zauważyły zaczęły pełznąć w naszą stronę.
- To chyba pieprzone stado – zakomunikował Łowca.
- Co jest kurwa? – zapytał zaspanym głosem Cinek.
- Chyba musimy cofać – powiedział jednooki.
- Musimy przejechać teraz. Może odetniemy dzięki temu śledzących nas ludzi – wpadłem nagle na pomysł.
- W sumie nie głupie, ale co jak nas otoczą? – zapytał Łowca.
- Wasz pojazd jest duży i nie powinien mieć problemów z przejechaniem – włączył się do rozmowy Rekin.
- No to jedziemy! – zawołał Łowca przyspieszając. Pojazdem zarzuciło, aż ledwo utrzymałem się na nogach. Nagle wróciła do mnie wizja snu. Zombie, które nas otaczają z każdej strony. Czy to mogło się teraz spełnić? Obawy minęły, kiedy z dużą siłą potrąciliśmy trzy trupy naraz. Przejechaliśmy bez najmniejszego problemu, chociaż gdybyśmy znaleźli się tu paręnaście minut później, moglibyśmy mieć spore kłopoty z przebiciem się. Teraz za parę minut będziemy odcięci i ta droga powinna być nie przejezdna przez najbliższe paręnaście godzin.
                Gdy przejechaliśmy jeszcze kawałek, postanowiliśmy zatrzymać się, żeby coś zjeść. Warunki były dosyć ekstremalne, bo było zimno, wszędzie było słychać zombie, a w każdej chwili mógł nas ktoś zaskoczyć, ale każdy z nas potrzebował chwili wytchnienia i świeżego powietrza. Usiadłem przed Zbłąkanym z kanapką oraz kubkiem wody i odpoczywałem. Kawałek przed nami znajdowała się Grabówka. Dosyć ważny punkt w drodze z Białegostoku do Królowego Mostu.  Po zjedzeniu poprosiłem Łowcę i Cinka na bok, żeby z nimi coś ustalić.
- Słuchajcie, sprawdzimy szybko tereny Królowego Mostu i wracamy. Nie chcę, żebyście głupio ryzykowali, bo mam naprawdę kiepskie przeczucia co do całej wycieczki. Dlatego nie ryzykujcie zbytnio i rozglądajcie się uważnie, ok? – powiedziałem.
Przytaknęli obaj.
- A i teraz ja poprowadzę, wielkie dzięki za zmienienie mnie, ale to wciąż moja praca i nie chcę was przemęczać, szczególnie, że bardzo to lubię – powiedziałem z uśmiechem.
- Jeszcze raz, nie ma problemu stary – powiedział mężczyzna.
                Wsiedliśmy z powrotem do Zbłakanego Ocalałego i ruszyliśmy dalej. Powoli zaczynałem zapominać o problemach. Jechało się naprawdę przyjemnie i pomimo postoju nikt nas nie zaatakował. Oznaczać to mogło, że bandyci grasowali na trasie Toruń – Maków Mazowiecka. Był to całkiem dobry znak.
                Godzinę później wysiadłem ze Zbłąkanego Ocalałego na głównym moście w Królowym Moście. Rozejrzałem się po okolicy i w moich oczach pojawiły się łzy. Tyle wspaniałych wspomnień. Wspominałem dobrze, nawet czasy, gdy byłem tutaj jako więzień Alexa. Nawet pomimo tego, że wtedy zostałem ranny, to świetnie mi się leżało na kanapie, otoczony ogrodzeniem i przyjaciółmi. Czasy, kiedy żyli Goku, Natalia, Nieznajoma, oraz wiele innych. Pierwsze spotkanie z Łapą, śmierć brata. Wszystko to wydawało się tak bardzo odległe, że powoli zapominałem. A teraz to wróciło. Chciałem pobiec do przodu, do swojego domku i zostać tam na zawsze.  Oczywiście było to niemożliwe. Nawet jakbym bardzo tego chciał nie potrafiłbym zostawić życia w Torunia oraz moich przyjaciół. Szczególnie ich.
                Wysiedliśmy na chwilę wszyscy, żeby rozprostować kości i zaplanować jak dokładnie pojedziemy.
- Kołodno, Supraśl, Królowy? – zaproponował Cinek.
- Nie wiem czy warto jechać do Supraśla. Cholera wie czy wybiliśmy tam wtedy wszystkich, czy jakieś niedobitki wróciły… - stwierdziłem.
- Tak czy siak przeszukałbym okolicę, możemy tu znaleźć kogoś, tak mi się przynajmniej wydaję – stwierdził Cinek.
- Na tym zadupiu? Nie powiem kocham to miejsce, ale wątpię, żebyśmy spotkali tu kogoś jeszcze. I tak wpadliśmy tu na mnóstwo osób, ale albo je zabiliśmy, albo dołączyły do nas – powiedziałem.
- W sumie możesz mieć rację. Po prostu dobrze by było spędzić tu trochę czasu, odwiedzić stare śmieci – zaproponował.
- Dobrze wiesz, że ktoś nas śledzi. O ile stado go zatrzymało to prawdopodobnie może tu niedługo dotrzeć – powiedziałem ze smutkiem.
- Zobaczymy po zwiadzie – odpowiedział.
                Łowca sprawdzał okolicę z lunety snajperskiej i po chwili zawołał mnie. Kazał mi spojrzeć na obóz w Królowym Moście.
- To była wasza miejscówka? – zapytał podając mi karabin snajperski.
- Tak, zauważyłeś coś tam? – zapytałem.
- Sam spójrz.
Podniosłem ciężką broń i przez chwilę nie dałem rady dobrze jej chwycić, ale w końcu gdy poczułem jej ciężar i ułożyłem w rękach to spojrzałem przez lunetę. Ogrodzenie wyglądało tak jak ostatnio, a w rowie wciąż leżał samochód. Na podwórzu wciąż leżały stare trupy, które nie zdążyły powstać jako zombie, ale teraz były to zwłoki w takim stadium rozkładu, że ciężko było mi powiedzieć, czy to ktoś z Królowego czy z Supraśla. Nagle zobaczyłem jakiś ruch przy jednym z domków. Nie byłem pewien czy dobrze patrzę, ale po chwili znowu coś ujrzałem. Czy ktoś tam był?
- Ruch przy jednym z domków – stwierdziłem z niepokojem.
- To samo zauważyłem ja – potwierdził Łowca.
- Nie wiem czy to dobry pomysł zwiedzać to miejsce, myślę, że powinniśmy zawracać na Toruń – zaproponował Cinek.
- Moglibyśmy, ale jeżeli cofniemy teraz to wpadniemy w stado – powiedziałem przypominając sobie znowu sen. Czyżby mógł się sprawdzić?
- To co proponujesz? – zapytał Łowca.
- Moim zdaniem powinniśmy przeczekać co najmniej do wieczora i wtedy wyruszyć. Przyczaimy się przy lesie – wskazałem las obok – gdzie był kiedyś obóz Łapy. Jeżeli kogoś zauważymy to zabijemy, jak nie to po prostu wrócimy.
                Tymi słowami skończyłem dyskusję i wróciłem do Zbłąkanego. Poczekałem chwilę, aż reszta wejdzie na pokład po czym wycofałem kawałek i ustawiłem pojazd kawałek w głębi lasu. Stanęliśmy tuż przy ciele z imponująca raną od siekiery na potylicy. Trup leżał tu już spory czas, ale wciąż widać było, że zginął niezbyt przyjemną śmiercią.
- To moja robota – pochwalił się Cinek.
- Co? – zapytałem zdziwiony.
- Kiedyś ten koleś chciał zabić Bobra i musiałem go unieszkodliwić – powiedział uśmiechając się do wspomnień.
Przystanęliśmy i w nieco nerwowej atmosferze czekaliśmy. Było mi smutno, bo nie mogłem za bardzo ruszyć do ruin obozu. Ktoś tam na pewno był, widziałem to i ja i Łowca. Szkoda było przejechać tyle drogi na nic. Oczywiście zawsze, odkąd jeżdżę Zbłąkanym, zajeżdżałem tutaj i nigdy nie miałem czasu zajrzeć do mojego domu. Wtedy liczyło się poszukiwanie Bobra i wystarczył mi rzut oka na ruiny, żeby wiedzieć, że go tam nie ma. Ale teraz gdy nie miałem już tej presji marzyłem o jeszcze jednych odwiedzinach tego domu. Jeszcze raz usiąść na fotelu na piętrze, albo chociaż wejść przez próg i obejrzeć to wszystko.
                Po paru godzinach odetchnęliśmy nieco z ulgą, bo nie widzieliśmy ani zombie ani innych ludzi. Takie siedzenie w autobusie było dosyć klimatyczne, czułem się jak w dobrej grze. Niestety było to życie. Prawdziwe życie. Cinek podszedł do mnie w pewnym momencie, gdy siedziałem na siedzeniu kierowcy i obserwowałem to co działo się za szybą.
- Stary, widzę, co cię boli – powiedział. To bolało. Bardziej niż rana na policzku.
- Ehh, tak blisko, a tak daleko – odpowiedziałem.
- Słuchaj, może pójście do samego obozu to ryzyko, ale nie myślisz, że moglibyśmy się przejść w okolicę? Obejrzeć obóz z młyna? Lub coś w tym stylu? Może poczujesz się lepiej, a ja sam z chęcią bym zobaczył co się tam dzieje.
- To wciąż spore ryzyko… - wyszeptałem.
- Moglibyśmy spróbować. Rekin i Łowca pilnowaliby Ocalałego, a my byśmy się przeszli. Przecież nie zajmie nam to więcej niż pół godziny.
                W końcu zgodziłem się. Bardzo chciałem tam wrócić i to mogło nas sporo kosztować, jeżeli ktoś nas obserwował i zobaczył, że wychodzimy. Ale musiałem spróbować. Zeszliśmy piaszczystą drogą w kierunku drewnianego mostu, pod którym znaleźliśmy okaleczonego Eryka. Dalej byłem zły za to na Łapę, chociaż na pewno nie w takim stopniu jak na początku. Okazała się nie być taka zła.
- Pamiętasz ile razy kąpaliśmy się w tym strumieniu? – zapytał Cinek patrząc na wodę, której poziom spadł bardzo mocno od naszej ostatniej wizyty.
- Jasne. Te wszystkie wakacje tutaj. Ehh, dobre czasy – wspominałem.
Przeszliśmy po moście i teraz nieco ostrożniej, zaczęliśmy się skradać ścieżką w stronę młyna. Trzymaliśmy się łysych krzaków, na których pojawiały się już pierwsze oznaki zieleni. Niedługo natura będzie kontynuowała swój cykl, ale świat się nie zmieni. Zombie dalej będą zagrożeniem. Na drodze zatrzymaliśmy się na dobre parę minut. Nie mogliśmy po prostu wyjść nie patrząc na to, czy kogoś tu nie ma. Łowca i Rekin z pewnością czekali na nas z niepokojem. Ja sam bałem się trochę, że Rekin wykorzysta sytuację i ucieknie, zabijając Łowcę, ale póki co okazał się być dobrym człowiekiem. Co prawda ciężko było, w pełni, zaufać komuś, ale czasami trzeba było pójść na ustępstwa.
                Stanęliśmy przed drewnianymi drzwiami młyna. Ostrożnie weszliśmy do środka, robiąc sporo hałasu nienaoliwionymi zawiasami. Parter okazał się być pusty, a schodki na piętro były w kiepskim stanie. W środku wspinaczki, zauważyłem, że paru z nich brakuje i ziały tam tylko resztki, żałośnie trzymające się przerdzewiałych gwoździ. Piętro było zagracone śmieciami, ale nie widzieliśmy tu nic przydatnego. Z nadzieją podszedłem do okna i wyjrzałem za nie. Nie widać było stąd wszystkiego tak jakbym sobie wymarzył, ale nie narzekałem. Widać było kawałek zachodniej części ogrodzenia, część podwórza, wrak auta oraz dwa domy, w tym mój. Wspomnienia znowu uderzyły we mnie falą i przez chwilę wyłączyłem się ze świata. Nagle jednak coś mnie obudziło i to całkiem konkretnie. Zobaczyłem, że na podwórzu stoi trzech ludzi. Jednego z nich rozpoznałem, chociaż widziałem go dawno temu i nie miałem go okazji poznać. Był to jeden z ludzi Łapy, którego nie widziałem od wyjazdu po zapasy do Supraśla.
                Zapamiętałem go tylko dlatego, że był dosyć gruby i miał tak tłuste włosy, że widać to było z daleka, przez brudną szybę. Co gorsza przypomniałem sobie natychmiast słowa Miczi, o tym, kto ją skrzywdził. Natychmiastowo połączyłem fakty i już wiedziałem co się świeci. „Przeszłość zabija”. To ja mogłem go zabić w przeszłości, gdy mieliśmy przeprowadzić egzekucję, ale wtedy przerwała nam Łapa. To był ktoś, kto był z tym grubasem i również skrzywdził Miczi. Mogłem wtedy zadecydować, żeby ich zaatakować i pomścić to co zrobili mojej przyjaciółce, ale postanowiłem inaczej. Ich było z pewnością o wiele więcej i to oni nas śledzili, a ja miałem ludzi, których musiałem chronić.
- Musimy wracać do Zbłąkanego – wyszeptałem.
- Co? Czemu? – zapytał Cinek, który nie zdążył jeszcze wyjrzeć przez okno.
Rozejrzałem się i nagle pojąłem coś strasznego. Miejsce nie było zakurzone. Ktoś tu notorycznie przychodził ostatnimi czasy. Przycisnąłem palec do ust nakazując zachowanie ciszy i nagle usłyszałem skrzypnięcie na dole. Ktoś otwierał drzwi. Wyjąłem nóż i pistolet i kazałem Cinkowi być cicho i schować się za stołkiem, stojącym pod ścianą.
                Usłyszeliśmy jak ktoś wspina się po schodach. Prawdopodobnie nie wiedzieli, że tu jesteśmy, ale to będzie świetna okazja do zabicia jednego z nich. Wycelowałem w schody, chowając się przy oknie i czekając. Nagle zauważyłem postać, która weszła na piętro i nas nie zauważyła. Była to młoda dziewczyna. Ta sama, która raniła mnie w policzek. Wychodziło na to, że ludzie, na czele z kimś, kogo uważałem za martwego od jakiegoś czasu, zrobili sobie tutaj bazę. Skurwiele, pomyślałem. Wykonałem szybki doskok, tak, że moja ofiara nawet nie zdała sobie sprawy, że ktoś ją atakuje. Zaszarżowałem z nożem wbijając go jej głęboko między nogi. Próbowała krzyknąć ale drugą ręką, która trzymałem pistolet, uderzyłem ją w twarz z całej siły. Nie zdołała nawet wykrztusić słowa. Pozwoliłem jej spojrzeć mi w oczy po czym wyjąłem nóż i dźgnąłem ją ponownie w szyję. Tego nie przeżyła. Cinek nieco zdziwiony całą akcją wyszedł z ukrycia i z niemym podziwem, kiwnął głową na znak uznania.
- To ta suka co zaatakowała nas w Płońsku – wytłumaczyłem.
- Co ona tu robi? – zapytał szeptem.
- Nie mam pojęcia, ale jest ich więcej. Musimy uciekać.
                Tak też zrobiliśmy. Odcinek pomiędzy młynem, a mostem był straszny, ale przebiegliśmy go w rekordowym tempie. Gdy byliśmy już za drewnianym przejściem, to odetchnęliśmy z ulgą, nieco zwalniając tempo. Musieliśmy jednak dostać się jak najszybciej do Zbłąkanego i odjechać. Pięć minut później wbiegłem do środka pojazdu i nie tłumacząc nic, odpaliłem silnik.
- Coś się stało? – zapytał Rekin.
- Jest ich od cholery, to ci co nas gonili – streściłem szybko – Musimy uciekać.
- Erni zabił tą sukę, co go okaleczyła, ale widział ich więcej. Zbieramy się – powiedział.
Odpaliłem szybko silnik i z przerażeniem odkryłem, że zostało nam naprawdę mało paliwa. Całe szczęście w bagażniku miałem zapasowe dwa kanistry, ale jeżeli teraz nie zdołamy uciec może być już za późno. Robiło się powoli ciemno. Wyjechałem na drogę i już chciałem skręcać w prawo, kiedy zauważyłem nadjeżdżający z lewej, ze strony Królowego Mostu, samochód terenowy. Zauważył nas i poczuliśmy to dosyć poważnie, kiedy staranował nas i przyskrzynił do drzewa obok. Paskudny dźwięk wgniatanego metalu, rozszedł się po okolicy, sprawiając, że aż zęby mi zadzwoniły. Chciałem ruszyć, ale nie mogłem. Przygwoździli nas.
                W oddali widzieliśmy kolejny nadjeżdżający wóz. Łowca sięgnął po snajperkę i już chciał strzelać, kiedy zobaczyliśmy, że z samochodu wychodzi kierowca. Poznałem go pomimo o wiele dłuższych włosów i czerwonej od alkoholu twarzy. Podpierał karabin trzymany w ręce, kikutem drugiej. Z samochodu wysiadło czterech uzbrojonych mężczyzn, a drugi był już coraz bliżej.
                Dalion krzyknął, a jego głos był dobrze słyszalny przez rozbitą wcześniej cegłą, szybę.
- Poddajcie się, a nie przepieprzycie sobie sytuacji do końca! – krzyknął, a drugi samochód wypełniony bandytami zastawił nam drogę. Łowca ze zrezygnowaniem opuścił broń. Byliśmy w pułapce.

niedziela, 4 stycznia 2015

Rozdział 10: Przysługa

Rozdział 10, czwarty z perspektywy Bobra. Trochę zejście na inny temat, aczkolwiek dosyć ważne dla całego motywu Trzeciego Posterunku i Torunia. Po przeczytaniu proszę o komentarz oraz rozesłanie bloga znajomym :)

---------------------------------------------

Rozdział 10 (Bobru): Przysługa


                Rodzina, która nas uratowała okazała się być naprawdę porządnymi ludźmi. Kiedy tylko Złomiarze się oddalili dali nam coś do zjedzenia i poskładali nas do kupy. Kasia założyła prowizoryczny okład na nogę Wiktorii, a następnie oczyściła dwie rany postrzałowe jakie zdążyłem dzisiaj zarobić. Byliśmy im wdzięczni i gdy tylko mieliśmy chwilę na rozmowę, postanowiliśmy to wykorzystać, aby z nimi porozmawiać. Za oknami robiło się już ciemno.
- Nie wiemy jak wam dziękować – powiedziałem siedząc pod ścianą w salonie. Cały dom był szczelny, okna były zasłonięte firankami, a drzwi założone metalową półką. Czuliśmy się tu bezpiecznie.
- Nie ma żadnego problemu – powiedział Rafał, głowa rodziny, drapiąc się palcami po czarno-siwej brodzie.
- Możecie nam trochę opowiedzieć o tych Złomiarzach? – zapytał Pablord – Mieszkam w okolicy praktycznie od wybuchu apokalipsy zombie, a jeszcze nie widziałem, żeby mieli taką grupę ludzi. W sumie dlatego też tu przybyliśmy. Nie otrzymywaliśmy żadnych informacji z okolicznego posterunku i obawialiśmy się, że coś mogło pójść nie po naszej myśli.
Rafał spojrzał ukradkiem na swoją żonę, a ona na niego. Po chwili milczenia mężczyzna odezwał się.
- Wybaczcie, ale póki co nie możemy wam nic powiedzieć – powiedział poważnym, smutnym głosem.
                Wiktoria wyszeptała coś złośliwie po cichu, a Pablord popatrzył na mężczyznę ze zdziwieniem.
- Chyba nie rozumiem… - zaczął Pablord.
- Niestety, ale nie powiemy nic, póki nam nie pomożecie – wystrzelił nagle Andrzej, syn Rafała. Chłopak był nieco grubszy ode mnie, ale też lepiej umięśniony. Miał wysuniętą szczękę, na której było widać kępkę twardych, czarnych włosów.
- Jak mamy wam pomóc? – zapytałem.
- Możemy porozmawiać o tym rano? – zaproponował starszy mężczyzna – Robi się ciemno, wy musicie odpocząć, noga Wiktorii wciąż jest w kiepskim stanie, a my musimy wszystko przemyśleć. Moja żona przygotowała wam trzy posłania w pokoju obok, chyba nic się nie stanie jak nie wyruszycie z powrotem dzisiaj tylko jutro, co?
Przegryzłem boleśnie wargę, aż kącikiem ust poleciała strużka krwi. Ci ludzie nas uratowali, ale coraz mniej mi się podobało to czego od nas wymagają. Musiałem się jednak zgodzić. Byłem tak zmęczony i obolały, że ledwo trzymałem się na nogach.
- Niech i tak będzie – zadecydowałem wstając.
- Mam jeszcze jedną prośbę – oznajmił Ryszard.
Zatrzymałem się, aby posłuchać czego od nas chciał.
- Nie wychodźcie ze swojego pokoju gdy już tam wejdziecie – powiedział tajemniczo. Miał do tego prawo. To on był gospodarzem. Pożegnaliśmy się z całą czwórką i ruszyliśmy do wyznaczonego pokoju. Był on prawie pusty, nie licząc trzech posłań oraz małej szafki pod ścianą, na której stała butelka wody oraz wazon z suchymi kwiatami.
                Zamknąłem za sobą drzwi i ciężko upadłem na posłanie. Byłem wykończony. Pablord i Wiktoria położyli się na posłaniach obok i chcąc w końcu odpocząć odwrócili się na boki. Musieliśmy jednak ustalić spójny plan na jutro. Z pozycji leżącej przeszedłem do siedzenia.
- Słuchajcie musimy coś ustalić – powiedziałem.
- Odnośnie tego co jutro zrobimy? – zapytał Pablord.
- Tak. W końcu sam nie wiem, niby ci ludzie nas uratowali, ale czego mogą od nas chcieć? Jeżeli mieszkają tutaj to dlaczego nie przeniosą się do Ostoi, która jest niecałe sto kilometrów stąd? – zapytałem.
- Może się boją ludzi z Torunia? – odpowiedziała Wiktoria.
- W ogóle myślę, że to nie będzie nic miłego, to co nas jutro czeka. Mam nadzieję, że to nie będzie nic niebezpiecznego, bo teraz jak tak myślę, to wydaje mi się, że sami moglibyśmy teraz uciec i sprawdzić trzeci posterunek. Dziara kazał nam sprawdzić, a nie dowiedzieć się co się stało – stwierdził Paweł ziewają przeciągle.
- Z drugiej strony spójrz na to tak, że Złomiarze mogą stanowić poważne zagrożenie dla Torunia. Być może nawet większe od Gangu. Myślę, że powinniśmy zrobić o co nas proszą ci ludzie i dowiedzieć się jak najwięcej, a jak sprawa zacznie przybierać niekorzystny obrót to uciekniemy, znajdziemy pojazd i wrócimy do Torunia – powiedziałem dotykając się w swędzące resztki tego co zostało z mojego ucha. Straciłem sporą, górną część lewego ucha i miałem nadzieję, że nic mi się nie stanie.
- W sumie to ci ludzie mogli już nas zabić, albo po prostu zostawić nas na pastwę Złomiarzy, a tego nie zrobili. Wątpię, żeby mieli jakieś złe zamiary – ocenił Pablord.
- Wiecie co mnie naprawdę martwi panowie? Gdzie jest Jonasz? – powiedziała blondynka.
                To było dobre pytanie. Jonasz został z tyłu, żeby pomóc nam uciec, a potem już go nie widzieliśmy. Czy udało mu się uciec, czy zginął? Może już jest w drodze powrotnej do Torunia?
- Będziemy musieli się za nim rozglądać, może schował się w jednym z okolicznych domów na noc, albo wrócił do Torunia. Musimy być dobrej myśli – powiedziałem – A teraz idźmy spać. Jutro czeka nas ciężki dzień.
Nie musiałem powtarzać, wszyscy ułożyli się i już po chwili spali. Ja leżałem jeszcze chwilę pomimo zmęczenia i analizowałem jak zwykle wszystko co mi chodziło po głowie. To był dopiero drugi dzień od wyjazdu do Torunia, a nawet poza jego murami dużo się działo. Strach pomyśleć co mogło się dziać w samej Ostoi, jeżeli Dziara zaczął jakąś akcję bez nas. Gdzie mogła być teraz Łapa? Pewnie siedziała w budynku Rady Torunia z Sołtysem i resztą i planowali coś ważnego. Erni tez musiał być już gdzieś daleko, najprawdopodobniej w okolicach Białegostoku. Nie martwiłem się teraz o niego tak jak wtedy, gdy myślałem, że zginął w Supraślu. Był z Łowcą i Cinkiem, a to zdecydowanie dobry zespół. Z resztą pojechał w stronę, którą mu oczyściłem, kiedy sam jechałem do Torunia. Wszystko będzie dobrze, z tą myślą poszedłem spać.
                Obudziłem się z samego rana i ku mojemu zaskoczeniu ani Wiktoria, ani Pablord już nie spali. Siedzieli i rozmawiali o czymś po cichu. Przywitałem się z nimi i wstałem, żeby rozprostować kości. Obie rany postrzałowe mnie bolały, ale ból był bez porównania z tym wczorajszym. Nie miałem humoru już od samego początku dnia, a to co nas czekało z pewnością nie miało nam go poprawić. Wyszliśmy z naszego pokoju we trójkę i skierowaliśmy kroki do kuchni. Wszędzie było ciemno, więc to naprawdę utrudniało zadanie poruszania się. Wpadłem raz w wiadro pełne jakiegoś płynu robiąc tym sporo hałasu. Miałem nadzieję, że nie obudziłem naszych gospodarzy, ale wątpiłem, żeby jeszcze spali.
                Zgodnie z moimi oczekiwaniami, kiedy weszliśmy do pokrytej całunem ciemności, kuchni to od razu zobaczyliśmy czwórkę osób krzątających się po kuchni. Usiedliśmy na wolnych krzesłach przy dużym, drewnianym stole. Wyspałem się całkiem nieźle, porównywalnie z ostatnią nocą w domku na wsi, ale teraz czułem niepokój. Nie mogąc wytrzymać ciszy przywitałem się z gospodarzami i zapytałem prosto z mostu.
- Czego od nas oczekujecie?
Głowa rodziny, która zajmowała się akurat ostrzeniem noża spojrzała na mnie. Ten człowiek nie budził we mnie strachu, ani właściwie żadnych innych emocji.
- Widzę, że nie możecie się doczekać, aż wrócicie do Torunia i przekażecie dowódcy raport z sytuacji. Rozumiem. Przechodząc do sedna chcieliśmy was prosić o pomoc w odzyskaniu zapasów z jednego, okolicznego miejsca. Jest tam pełno trupów, możliwe też, że spotkacie tam Złomiarzy, ale jest tam mnóstwo zapasów, których potrzebujemy żeby przeżyć w tym miejscu dłużej – wytłumaczył.
Traciłem powoli cierpliwość.
- Jednego nie rozumiem, czemu po prostu nie pojedziecie z nami do Torunia? Zapasów i miejsca starczy bez problemu, dostaniecie pracę i będziecie mogli żyć tam długo i szczęśliwie – powiedziałem.
Zobaczyłem na twarzy Rafała grymas czegoś na podobieństwo gniewu. Zniknął on jednak równie szybko jak się pojawił.
- Słuchaj młody człowieku, uratowaliśmy was i przyjęliśmy, więc prosiłbym cię, żebyś nie zadawał mi takich pytań i nie przedstawiał podobnych propozycji. Możesz mi to obiecać? – zapytał.
- Wciąż nie rozumiem, ale nie ci będzie. Żadnych wzmianek o Toruniu – powiedziałem, ważąc każde słowa i uważając, żeby go więcej nie denerwować – To gdzie i kiedy możemy wyruszyć?
- Myślę, że… - zaczął, ale wypowiedź przerwał strzały, a właściwie seria strzałów z zewnątrz. Nie były skierowane do nas, ale ktoś tam walczył. Poderwałem się jak szalony i podbiegłem w kierunku okna, ale Rafał zastąpił mi drogę.
- Nie podchodź do tego pieprzonego okna, chcesz nas zabić?! – krzyknął.
                Wtedy uświadomiłem sobie, że ci ludzie boją się Złomiarzy i to bardzo. Odsunąłem się delikatnie i wróciłem na miejsce. Tam za oknem mógł właśnie walczyć Jonasz.  Po chwili jednak wszystko ucichło, a Rafał kontynuował rozmowę.
- Myślę, że powinniście zjeść i wtedy wyruszyć. Sklep, o którym mówimy jest dwie ulice dalej, w drugą stronę niż jest złomowisko. Poznacie go po wiszącym szyldzie i dużym rozmiarze. Kiedy będziecie już w środku udacie się na stanowisko gdzie sprzedawali puszkowaną żywność i leki i weźmiecie ile dacie radę w te plecaki – powiedział wskazując palcem trzy duże, górskie plecaki leżące pod ścianą – Rozumiecie?
Kiwnęliśmy głowami na znak, że tak. Trochę mi ulżyło. Myślałem, że ich prośba będzie wymagała o wiele ryzykowniejszych akcji, ale całe szczęście okazało się, że nic z tych rzeczy.  Nie widziałem jeszcze kompleksu, który mieliśmy zaatakować, ale miałem nadzieję, że załatwimy to jak najszybciej i dowiemy się w końcu czegoś konkretnego. Zjedliśmy szybko mięso z puszki z słabym, rozwodnionym piwem na śniadanie i około pół godziny później byliśmy gotowi do drogi.
                Nałożyliśmy plecaki i poprawiliśmy broń. Już mieliśmy wychodzić, kiedy spojrzałem na Wiktorię z obawą. Wciąż utykała i mogła nas spowolnić, lub też po prostu zginąć. Już chciałem zwrócić jej uwagę, kiedy zauważyła, że na nią patrzę.
- Słuchaj Bobru, siedzę w tym gównie równie długo co ty, więc zaufaj mi, że moja pomoc się przyda, a będę mogła nieść dodatkowe zapasy. Z moją nogą jest o niebo lepiej niż wczoraj.
Nie chciałem się z nią kłócić. Wyszliśmy z domu ostrożnie rozglądając się po bokach.  Będące na lewo złomowisko wydawało się obserwować nas niczym wielki, przyczajony przeciwnik. Skręciliśmy jednak w prawo i zamykając za sobą drzwi zaczęliśmy wędrówkę.  Przechodziliśmy po cichu przez płotki i murki, starając się zrobić jak najmniej hałasu. Dodatkowo rozglądaliśmy się jak szaleni i kucaliśmy za każdym razem, gdy usłyszeliśmy jakiś hałas. Zazwyczaj jednak był to szwendacz zaplątany w ogrodzenie lub uderzający w płot.  Pogoda dzisiaj była całkiem dobra do wędrówki – było rześko, nie padało, a na niebie co jakiś czas pojawiało się słońce.
                Pierwszą ulicę przebyliśmy bez żadnych problemów, ale druga była już wyzwaniem. Z daleka dało się zauważyć spory budynek, dwupiętrowy, którego szyld w połowie zwisał, a w połowie trzymał się ściany budynku. Był jednak tak zniszczony, że nie dało się przeczytać nazwy sklepu. Przed budynkiem, na ulicy, na której stały dwa duże rozbite o siebie auta, szwendało się parę trupów.  Niestety stały on tuż przed wejściem i jeżeli nie chcieliśmy tracić czasu, ani robić hałasu musieliśmy podejść i zabić je z bliska. Ledwo wyszedłem na ulicę, a trupy odwróciły się w moją stronę. Wyjąłem nóż i wbiłem z impetem w czaszkę pierwszego zombie. Drugie nacierało w moją stronę, ale Pablord był szybszy i zaatakował trupa wywracając go i wbijając ostrze w czaszkę. Walka przebiegła bez większych problemów i już po chwili weszliśmy do zrujnowanego sklepu.
                Parter budynku przypominał typowy sklep – kasy przy wejściu, a za nimi długie rzędy półek z produktami. Było tutaj dosyć jasno, bo mniej więcej na środku sali była spora dziura, którą wpadało światło dzienne. Włączyłem latarkę i przejechałem delikatnie po tabliczkach nad działami, żeby zlokalizować te interesujące nas. Już teraz słyszałem zombie, chociaż ich jeszcze nie widziałem. Musiało być ich sporo, bo jęczały z całkiem duża częstotliwością. Przeszły mnie ciarki. Zastanowiłem się chwile, czy nie wziąć tego co mamy i nie uciec. Ale podróż miastem do samego posterunku i badanie co mogło się tam stać mijało się z celem. Złomiarze nas szukali i prawdopodobnie pojechali właśnie w okolicę Trzeciego Posterunku. Wiedzieli, że jesteśmy z Torunia.
                Zauważyłem dużą, lekko przysmaloną tabliczkę z napisem „Żywność puszkowana” i pokazałem ją towarzyszom.
- Nie rozdzielamy się. Jest tu ciemno i prawdopodobnie wchodzimy w niezłe gówno. Trzymajcie się blisko siebie i starajcie się nie hałasować. Damy radę – zmotywowałem towarzyszy po czym przeskoczyłem od dawna nie działającą bramkę prowadzącą do konkretnej części sklepu.  Poczekałem, aż barierkę przeskoczy Pablord oraz Wiktoria i weszliśmy do środka. Interesujący nas dział był kawałek dalej i musieliśmy przejść praktycznie cały sklep, żeby się tam dostać, ale co gorsza leki będziemy musieli brać z piętra, bo tutaj nie widziałem miejsca, gdzie one mogły być. Już na pierwszej prostej, pomiędzy rzędami zgniłych warzyw, a pustymi półkami, na których ostały się ostatnie słoiki z konfiturami, zauważyliśmy dwa trupy.
                Oczywiście wydały one okrzyk, piekielny jęk, gdy tylko nas wyczuły i zaczęły pełzać w naszą stronę. Podałem latarkę Wiktorii i poprosiłem, żeby oświetlała nam drogę, bo sama nie powinna ryzykować mając taki problem z nogą.  To ja i Pablord graliśmy główne skrzypce. Pozbyliśmy się dwóch przeciwników bez większych problemów i starając się iść jak najszybszą drogą, ruszyliśmy przez dział z nabiałem oraz pieczywem, oraz wystawy mięsa, do zachodniej części sklepu, gdzie zauważyliśmy spory zapas puszek. To miejsce było tak głęboko w sklepie, że mało kto tu docierał i prawdopodobnie zabiliśmy po drodze przynajmniej paru, którzy przybyli do tego sklepu z tym zamiarem.
                Uklęknąłem przy półce zdejmując plecak, gdy nagle coś upadło dwa działy obok, tam gdzie były słodycze. Usłyszeliśmy tylko ciche kurwa po czym dźwięk upadających paczek. Ktoś był tutaj z nami. Schowałem się jak najszybciej przy jednej z niższych półek i wychyliłem. Wiktoria zgasiła latarkę, a Pablord położył trupa, który wygrzebał się z stosu napojów gazowanych gdy nas wyczuł. Zobaczyłem mężczyznę ze strzelbą, który łamał właśnie czaszkę jednemu z trupów, kolbą swojej broni. Nie wahałem się ani chwili. Wymierzyłem i strzeliłem. Mężczyzna upadł trafiony w szyję i chwilę wydawał agonalne dźwięki dławienia się własną krwią po czym ucichł. Strzelanie nie było dobrym pomysłem, bo usłyszałem jak okoliczne zombie zaryczały jak jeden mąż i z pewnością teraz, każdy kto był w sklepie wiedział o naszej obecności. Jaki jednak miałem wybór? Mężczyzna z pewnością jakby zauważył nas to nie wahałby się ani chwili. Możliwe, że nawet nie chciałby nas zabijać, ale w tych ciemnościach mogliśmy go wystraszyć na tyle, że mógłby to zrobić odruchowo.
                Odwróciłem się w stronę towarzyszy dając im znak, że pozbyłem się zagrożenia i pokazując  Pablordowi, że za jego plecami jest parę trupów.
- Rzuć tutaj plecak, zapakujemy też ciebie, a ty nas osłaniaj – zaproponowałem.
Pablord bez słowa sprzeciwu rzucił plecak i odwrócił się, żeby odpierać ataki zombie. My pakowaliśmy po parę puszek naraz do naszych plecaków i gdy jeden zapełniliśmy prawie całkowicie i zabraliśmy się za drugi zobaczyliśmy, że zombie nadchodzą także z drugiej strony.
- Kurwa nie wyjdziemy stąd – krzyknął Pablord.
- Mam pomysł – stwierdziłem nagle – Wiktoria wrzucaj przez chwilę sama.
                Wstałem i zabijając dwa trupy za moimi plecami sięgnąłem do kieszeni. Poczułem dumę i adrenalinę, kiedy wyjąłem z niej flarę i odpaliłem. Czerwone światło rozświetliło sklep. Z głośnym sykiem rzuciłem flarę w drugą cześć sklepu, żeby zombie chociaż na chwilę się od nas odczepiły. Można powiedzieć, że to podziałało bo po zabiciu paru kolejnych przestały do nas przychodzić. Zdołaliśmy spokojnie dokończyć zbieranie jedzenia i ruszyć w kierunku schodów niedaleko stąd. Mój plecak był najcięższy, a ten w połowie zapakowany dałem Pablordowi. Wiktoria na razie nosiła pusty, ze względu na jej kostkę.
                Gdy chciałem postawić pierwszy krok na schodach, coś złapało mnie i wywróciło. To był zombie zakopany w stercie jedzenia. Poczułem jak upadam ciężko na plecak wypchany puszkami, aż zaparło mi dech w piersiach. Po chwili jednak nachylił się nade mną Pablord i pewnym ciosem zdjął trupa, który mnie trzymał.
- Dzięki stary – podziękowałem krótko.
- Jesteśmy Czerwonymi Flarami. Nie chcę tracić kolejnego kompana – nawiązał do zniknięcia Jonasza.
Wspięliśmy się bez większych problemów na piętro i ku naszej uldze było tu znacznie mniej trupów. Parę jednak leżało zabitych, co oznaczało, że ktoś tu mógł być. Wyciągnęliśmy pistolety i zaczęliśmy powoli się skradać. Piętro budynku było dosyć proste – spore, okrągłe pomieszczenie i parę szyldów oraz drzwi prowadzących do różnych sklepów. Szybko zlokalizowaliśmy aptekę i mając problemy z odgarnięciem ciał blokujących drzwi, weszliśmy do środka. Prawie natychmiast zdałem sobie sprawę, że ktoś tu jest. Usłyszałem głośny krzyk i zobaczyłem szarżującą na nas postać. Była na tyle szybka, a pomieszczenie na tyle nieduże, że dosyć szybko do nas dotarła, nawet nie zdołaliśmy wystrzelić. Postać miała w ręce sporych rozmiarów kij, którym mnie zdzieliła po głowie. Zamroczyło mnie i upadłem.
                Gdy się ocknąłem nie mogło minąć zbyt dużo czasu. Delikwent, który nas zaatakował leżał z przestrzeloną na wylot głową przy ladzie, a Wiktoria szukała na zapleczu jakichś bandaży dla mnie. Pablord pakował leki do swojego plecaka. Poczułem plamę krwi  po prawej stronie głowy.
- Co jest… - zacząłem.
- Już go zabiliśmy. To był jakiś ćpun – stwierdziła Wiktoria pokazując ladę, na której było widać lufkę oraz sproszkowane leki – Chyba oszalał.
- Musimy stąd spierdalać… - stwierdziłem próbując wstać. Plecak jednak skutecznie mi na to nie pozwalał.
- Poczekaj, zabandażuje ci tą ranę i przemyje wodą utlenioną, zanim stracisz za dużo krwi – powiedziała kuśtykając w moją stronę. Zajęła się opatrywaniem mnie, a Pablord oświadczył, że mamy wszystkie przydatne leki i możemy stąd iść.
- Wiktoria włożyłem do twojego plecaka bandaże i takie tam, żebyś się za bardzo nie obciążyła – stwierdził Pablord.
- Dzięki – powiedziała pod nosem.
- Wynośmy się stąd w cholerę – stwierdziłem, po czym wstałem i rozejrzałem się po korytarzu. Nie było tu nikogo, poza dwoma zombie. Ominęliśmy je i ruszyliśmy na drugie schody, które wychodziły w innej części sklepu, bliżej wyjścia. Zbiegliśmy po nich jak najszybciej. Biegło mi się bardzo ciężko, ucho zaczęło mnie boleć od którego z upadków, głowa bolała mnie jeszcze bardziej, a plecak usilnie starał się mnie wywrócić.
                Na dole wciąż paliła się flara. Było przy niej mnóstwo zombie.  Wykorzystaliśmy to, żeby jak najszybciej opuścić sklep. Kiedy wyszyliśmy odetchnąłem z ulgą. Cała akcja zajęła nam około pół godziny, a byliśmy praktycznie cali, więc można było powiedzieć, że się nam poszczęściło. Powrót był wyjątkowo szybki. Chcieliśmy jak najszybciej dotrzeć do domu rodziny Rafała i mieć tą sprawę już za sobą. Gdy znaleźliśmy się w środku , zauważyłem, że coś musiało się stać. Rafał był w jeszcze podlejszym humorze niż przed naszym wyjściem, a Kasia siedziała w kącie całkowicie nieobecna.  Zrzuciliśmy plecaki i usiedliśmy ciężko.
- Tutaj są rzeczy, o które prosiliście. Cały plecak leków, cały plecak jedzenia w puszkach i jeden pół na pół. Teraz mów co wiesz, musimy stąd spadać – powiedziałem.
- Musicie i to jak najszybciej – stwierdził Rafał.
- Co masz na myśli? – zapytałem.
- Przed chwilą przed naszym domem pojawił się spory oddział Złomiarzy. Szukają was. Musicie stąd uciekać – wręcz krzyknął. Jego syn i córka zaczęli rozpakowywać zapasy.
- Nie pójdziemy nigdzie bez informacji – zapewniłem nie przerywając kontaktu wzrokowego z mężczyzną.
- Uparty z ciebie sukinsyn – przyznał Rafał i uśmiechnął się krótko.
- A więc, do rzeczy im szybciej się dowiemy wszystkiego, tym szybciej sobie pójdziemy.
                Rafał westchnął i spojrzał na żonę.
- Dobra, Złomiarze rosną w siłę. Myślę, że niedługo będą mieli setkę ludzi. Wszyscy szukają miejsca na przetrwanie właśnie u nich, bo jest ich sporo, są dzicy, ale lojalni. Nie zostawiają swoich na pastwę zombie lub ludzi. Walczą do końca. Parę dni przed waszym przyjazdem widzieliśmy dym z okolic Trzeciego Posterunku. Poszedłem wtedy tam z córką i zobaczyliśmy około dwudziestu związanych ludzi. Słyszałem… słyszałem jak robili selekcję – tutaj głos mu się załamał. Wstał i podszedł do szafki, żeby wyciągnąć piwo. Odkapslował je jednym sprawnym ruchem i przystawił butelkę do ust. Po paru łapczywych łykach kontynuował – Pytali każdego, czy chce dołączyć do Złomiarzy. Jak odpowiedź była twierdząca to rozkuwali ich i dawali broń, a jak nie… to zabijali. Uciekałem wtedy jak nigdy. Od tamtej pory nie opuszczamy tego domu. Więc wasi ludzie są po stronie Złomiarzy, a reszta nie żyje. Wasz posterunek upadł.
To nie były dobre wieści.
- Ale dlaczego oni tak chętnie dołączają do tych bandytów? – zapytałem.
- Chodzą pogłoski, że Złomiarze… że wśród nich jest naukowiec, który wie jak wyleczyć to gówno. Chronią go i zbierają materiały na antidotum przeciwko zombie – powiedział.
                Otworzyłem szeroko usta, tak samo zresztą jak Pablord i Wiktoria. Lek na apokalipsę? Czy to było możliwe? To nie mogła być prawda.
- Pierdolisz. To nie jest możliwe – stwierdziła Wiktoria.
- Nie wiem czy jest, czy nie jest. Tak słyszałem – powiedział.
- Skąd słyszałeś? – zapytałem ostrożnie. Wtedy usłyszałem dźwięk przeładowania pistoletu. Odwróciłem się i zobaczyłem, że syn Rafała mierzy do nas. Po chwili Zuzia i Kasia oraz sam Rafał do nas wymierzyli.
- Bo my też jesteśmy Złomiarzami – powiedział.
Zadrżałem. Czy to nie było oczywiste? Nie mieliśmy szans ich teraz pokonać. Byliśmy na ich łasce.
- Błagam, pomyśl jeszcze… - zacząłem.
- Okazaliście się być w porządku ludźmi. Spierdalajcie stąd, bo za parę minut wrócą tu większa grupą. Po prostu spierdalajcie! I nie pokazujcie się tu nigdy więcej – krzyknął Rafał po czym opuścił broń.
                Nie musiał powtarzać dwa razy. Zebraliśmy swoje rzeczy i wybiegliśmy.  Biegliśmy długo, aż złomowisko całkowicie zniknęło nam z oczu. Byliśmy jednak tak zmęczeni, że gdy zobaczyliśmy domek na uboczu to się tam zatrzymaliśmy, aby odpocząć. Musieliśmy znaleźć środek transportu i jak najszybciej wrócić do Torunia. Czas uciekał. Spędziliśmy parę godzin w domku na uboczu, ktoś z nas ciągle trzymał wartę, a reszta odsypiała i jadła, żeby zregenerować siły. Byłem wykończony. Teraz w pełni rozumiałem jak problematyczna jest praca Czerwonych Flar.
- Wracamy po nasz samochód pod złomowiskiem? – zapytał Pablord.
- Wolę już wracać na piechotę – powiedziała Wiktoria rozmasowując kostkę.
- Musimy dotrzeć do Torunia jak najszybciej. Jeżeli Złomiarze będą chcieli nas zaatakować musimy ich ostrzec! – powiedział Pablord.
- Znajdziemy coś po drodze. Z dala od tego pieprzonego Złomowiska – wtrąciłem.
                Po odpoczynku słońce powoli zaczęło zachodzić, więc pod osłoną nocy mieliśmy szansę uciec. Jeżeli Złomiarze wciąż nas szukali, mogliśmy mieć problem w poruszaniu się za dnia. Gdy zostawiliśmy za sobą Grudziądz i zdołaliśmy znaleźć pięć niezdatnych do jazdy aut zaczęliśmy rozglądać się za schronieniem na noc.
- Praca pełna emocji – wyszeptał ironicznie Pablord, siłując się z zamkiem.  Weszliśmy do środka małej szopy pośrodku pola. Nie mieliśmy niczego lepszego na tą noc. Było dosyć zimno, więc położyliśmy się obok siebie. Musieliśmy to jakoś przetrwać i dotrzeć jutro do Torunia. Czekała nas ciężka droga.

sobota, 27 grudnia 2014

Rozdział 9: Pasożyt

Rozdział 9, trzeci z perspektywy Magdy. Tym razem Dziara miał trochę bardziej poważną prośbę, co zobaczycie w tym rozdziale. Według mnie jest to naprawdę spoko rozdział, ale ocenę pozostawiam wam. Po przeczytaniu proszę o komentarz oraz rozesłanie bloga znajomym :)

---------------------------------------

Rozdział 9 (Magda): Pasożyt


                Następnego ranka wstałam wyjątkowo wcześniej. Od kiedy zdobyłam zaufanie Dziary w końcu zapoznał mnie z dalszymi planami i pozwolił w nich jakkolwiek uczestniczyć. Ubrałam się cieplej, bo nie wiedziałam co tym razem dla mnie przygotuje. Przedtem umyłam się na szybko i schowałam pod bluzą mój pistolet, tak na wszelki wypadek.
                Gdy wyszłam na zewnątrz zauważyłam to co zwykle – ludzi chodzących w tą i w tamtą i podążających do swoich prac. Każdy miał jakieś zajęcie. Aż zazdrościłam tym, którzy mogą spędzać cały dzień na czymś mało ważnym, takim jak, na przykład segregacja odpadów, lub szycie. Ci ludzie wstawali, szli do pracy, a następnie spędzali wolne chwilę w barze lub z bliskimi. Ich życie za murami nie było ciężkie. Nie to co moje. Wiatr miał dzisiaj dosyć mocno. Minęły trzy dni od odjazdu Czerwonych Flar i Zbłąkanego Ocalałego i póki co sytuacja była dosyć ogarnięta. Miałam nadzieję, że do powrotu Bobra nie zmieni się za dużo.
                Po drodze na północną część obozu minęłam spory oddział Toruńskiej Straży. Na jego czele szedł Ryszard, bardzo przyjemny i pogodny człowiek. W oddziale składającym się z dwunastu osób szedł również nie kto inny, jak Karzeł. Przez chwilę wystraszyłam się, że mogli dowiedzieć się o planach Dziary i teraz łapali każdego, kto był w to zamieszany, ale całe szczęście minęli mnie. Jedynie Karzeł skinął głową na przywitanie. Odetchnęłam z ulgą i poszłam dalej . Na jednym ze straganów po drodze byłam świadkiem cudownego pokazu. Sprawił on, że aż zatrzymała się żeby obserwować mężczyznę, który ogromnym tasakiem kroił mięso. Zawsze interesowała mnie praca rzeźnika. Sama nie dałabym rady jej wykonywać, ale ta cała sztuka polegająca na wycinaniu jadalnych części i odcinaniu niejadalnych była ciekawa. Szczególnie, kiedy ktoś robił to w tak spektakularny sposób jak rzeźnik pracując przede mną na ulicy.
                Grubszy mężczyzna, ubrany w zakrwawiony fartuch ciął mięso szybkimi i pewnymi uderzeniami oddzielając niejadalne części i spychając je równie szybko do dużego kubła, który stał obok niego. Paru innych przechodniów biło mu od czasu do czasu brawo. Sama gospodarka Toruńskiej Ostoi była ciekawie zbudowana. Pieniądz oczywiście nie miał wartości, ale za to wszystko opierało się na wymianach. Jeżeli ktoś był utalentowanym elektrykiem, to dostawał jedzenie, ubrania i różne inne rzeczy za pracę. Jeżeli ktoś z kolei nie był specjalnie uzdolniony to zajmował się mniej ciekawymi rzeczami, takimi jak sprzątanie czy prace ciężkie. Wkładając pracę w różne miejsca Toruń utrzymywał pewien standard życia, a przy okazji zapewniał sobie duże ilości zapasów wszelkiego rodzaju. Medykamentów było sporo, a w szpitalu pracowało sporo wykwalifikowanych ludzi, a amunicji było pod dostatkiem. Dodatkowa amunicja została ostatnio przywieziona przez Kamila i grupę Natalii.
                Pokaz trwał dalej, ale ja musiałam iść w stronę Kwatery Głównej. Dziara na pewno już na mnie czekał, bo kazał mi zjawić się z samego rana, a dochodziło już powoli południe. Gdy weszła do środka zdziwiłam się, bo za stołem nie było mojego pracodawcy. Po chwili usłyszałam kroki na schodach i zobaczyłam Mateusza. Wynosił swoje rzeczy z Kwatery Głównej. A więc jednak nie zachował posady, pomyślałam.
- O… hej – powiedział wyjątkowo smutno. Przez chwilę wydawało mi się, że płaczę, ale to gra cieni sprawiła takie wrażenie – Jednak straciłem robotę.
- Przykro mi… - zdołałam z siebie wydobyć tylko tyle – Naprawdę mi przykro.
Mogło to się wydawać śmieszne, ale jednak stracenie takiej pozycji to była kiepska sprawa. Status Czerwonej Flary zapewniał swego rodzaju bezprawie – można było chodzić gdzie się chce, kiedy się chce, jeść lepsze jedzenie, posiadać lepszy pokój z wieloma udogodnieniami i wiele innych. Stracenie tego, po pewnym czasie posiadania takich luksusów musiało być ciężkie.
- To przecież nie twoja wina. To przez tego faceta i jego syna, oni mnie załatwili, ale już nie żyją, a ja wciąż żyje. To się trochę wyrównało… - powiedział Mpd.
- Co teraz będziesz robił? – zapytałam siadając na krześle, na którym zwykle przyjmował mnie Dziara.
- Poszukam jakiejś innej fuchy. W końcu jest tyle do zrobienia w Ostoi – zaczął – Mógłbym zostać na przykład kartografem. Znam się na mapach i nawigowaniu. Zawsze mogę też pomyśleć o byciu kucharzem, albo lekarzem… cokolwiek co nie wymaga dwóch rąk. Będę już szedł, Dziara kazał przekazać, że czeka na ciebie w gabinecie w piwnicy – wskazał schody po przeciwległej stronie pokoju – Tamtędy i na lewo.
- Dzięki i powodzenia – powiedziałam, ruszając niemrawo.
Mpd minął mnie w milczeniu i gdy tylko usłyszałam trzask drzwi poszłam dalej. Czemu Dziara chciał się ze mną spotkać w podziemiach? Pierwsza moja myśl była taka, że chciał mnie zabić, ale po chwili doszłam do wniosku, że popadam ze skrajności w skrajność.
                Zeszłam po skrzypiących schodach trafiając do nieco ciemnego korytarza. Jedynym źródłem światła były nikłe promienie słoneczne wpadające przez brudną szybę. Mimo tego zauważyłam od razu uchylone drzwi, jedyne na tym korytarzu. Nie pewnie podeszłam do nich, gdy one otworzyły się gwałtownie. Wystraszyłam się dosyć poważnie i mało co nie straciłam równowagi. Pomógł mi jednak Dziara, który złapał mnie za rękę i wciągnął do środka zamykając drzwi.
- Hej, wybacz ale to podziemie jest ściśle tajne, a po kwaterze pałęta się Mpd. Nie chciałbym, żeby to zobaczył – wytłumaczył pospiesznie dowódca. Był ubrany nieco inaczej niż zazwyczaj. Miał na sobie zwykłe dżinsy i bluzę z kapturem. Jedyna oznaka tego, że był z Torunia to opaska na ręce, na której były litery „T.O.O”. Widać było, że jest niesamowicie czymś poruszony i czekał na mnie już od jakiegoś czasu.
- Czego chciałeś? – zapytałam.
- Zdałaś mój test. Zasługujesz na to, żebym ci zaufał. A pamiętaj, że cała gra jest o życie twojego brata – powiedział uśmiechając się lekko. Milczałam. Jedyne słowa, które przychodziły mi na myśl mogły tylko mnie pogrążyć.
- Dzisiaj zaczniemy działania, gdy miasto będzie się przygotowywało do święta ocalałego – zapowiedział Dziara.
- Dzisiaj? Wczoraj Wojciech mówił, że święto zacznie się za parę dni – spytałam zdziwiona.
- Widziałaś patrol, który krąży po mieście? – zapytał Dziara – Karzeł już się przygotowuje. Dzisiaj wygłosi przemówienie, a wtedy ty wejdziesz do akcji – powiedział idąc w głąb pomieszczenia. To pomieszczenie okazało się dosyć sporą i długą piwniczką, która ciągnęła się daleko w ciemność. Słychać było tutaj różne dziwne odgłosy, ale nie dało się nic zobaczyć bez światła, które trzymał Dziara – chodź pokaże ci coś.
                Poszłam za nim w głąb piwnicy. Światło lampy trzymanej przez dowódcę rzucało ponure cienie na znajdujące się tu kraty. Już po chwili wpadłam na to, że tutaj Dziara trzyma swoich więźniów. Osobistych więźniów. Szybko zdałam sobie sprawę, że dwa boksy są zajęte. W pierwszym zobaczyłam swojego brata, a w drugim dziewczynę. Mój brat, Marek, był związany i wyglądał upiornie w tej scenerii. Prawie równie marnie jak wtedy, kiedy go zobaczyłam ostatnio. Jednak na chwilę obecną zaciekawiła mnie osoba skulona w celi obok. Była ładna, chociaż widać, że wyczerpana. Miała długie, ciemne włosy i musiała być parę lat młodsza ode mnie. Przypominała mi kogoś, ale nie mogłam sobie przypomnieć kogo. Wtedy rozjaśnił mi to Dziara.
- Pewnie przypomina ci kogoś co? Ta mała to siostra jednej z twojej grupy, Łapy – stwierdził tonem, jakby rozmawiał ze mną o pogodzie. Otworzyłam szeroko usta słysząc tą wiadomość. Pieprzony kłamca, pomyślałam sobie. Organizował wyprawy w okolicę Torunia w poszukiwaniach Moniki, siostry Łapy, a sam więził ją w tym bunkrze. To było chore. Co prawda nagle wpadło mi do głowy, że jakby Łapa dowiedziała się o tym, miałybyśmy wspólny cel. Odbicie naszego rodzeństwa. Gdybyśmy wszystko dobrze rozplanowały to mogłybyśmy stąd uciec. Tylko czy Łapa nie wpadnie w szał jak się dowie? Każdy wiedział, że jest niesamowicie porywcza i agresywna, wręcz dzika. Mogła zepsuć wszystko i skazać nas na porażkę. Musiałam to przemyśleć.
- Trzymam ją tutaj, ale zaczynam się powoli obawiać, że jej siostra w końcu wpadnie na to, żeby mnie sprawdzić, a z tego co widzę to nie skończy się zbyt dobrze. Dlatego jednym z twoich zadań ogólnych jest odwrócenie uwagi Łapy od mojej osoby. Musisz do niej  dotrzeć i jakoś się z nią porozumieć. Rozumiesz nie chcę problemów – powiedział przywódca siadając na jednym z krzeseł ustawionych pod ścianą. Wskazał te obok mi, klepiąc zachęcająco w drewniane siedzisko.
- Mamy sporo do obgadania, a tutaj nikt nam nie przeszkodzi, siadaj – powiedział.
- Muszę wiedzieć co mam robić – wypaliłam nagle, siadając.
- Już tłumaczę, a jest tego sporo więc słuchaj. Jak dobrze wiesz, na terenie Ostoi są ludzie z Gangu. Jest ich tu aktualnie dziesięciu dodać Jana, który chowa się w jednym z opuszczonych pokoi w kwaterze – zaczął -  Dzisiaj podczas przemówienia Karła wyślizgniesz się i pójdziesz do więzienia, siedziby Straży Toruńskiej, nadążasz? – zapytał nagle widząc, że mam problemy z zapamiętaniem tego.
- Chyba tak – powiedziałam.
- To dobrze, gdy już tam będziesz prawdopodobnie będziesz miała do przejścia jednego, jedynego strażnika. Postaram się, żeby to był ktoś stary, lub mało ogarnięty, ale nie mogę ci tego zapewnić, bo ja rządzę Flarami, a Karzeł rządzi Strażą. Dlatego ktokolwiek to będzie uważaj. Będziesz musiała się wkraść tak, żeby ten ktoś cię nie zauważył, bo gdy zbierzesz na siebie podejrzenia to jesteśmy zgubieni – kontynuował – Gdy jednak uda ci się wejść do środka, użyjesz tego – powiedział wkładając mi sporych rozmiarów, metalowy klucz do ręki – żeby uwolnić mojego pasożyta.
Zdziwiło mnie to. O kim on mówił?
- Pasożyta? – zapytałam niepewnie.
- Tak pasożyta – odpowiedział – chodzi mi o kanibala, tego, który z tobą podróżował – stwierdził.
Na myśl o mordercy Natalii przeszły mnie ciarki. Nie dość, że był stary, niezwykle niebezpieczny i żywił się ludzkim mięsem to do tego zabijał tak ważne osoby.
- Po co? – zapytałam.
Dziara westchnął.
- Koleżanko, to ja tu jestem od gadania, ty słuchasz i cieszysz się, że twój brat żyje – powiedział groźnie – Wracając, gdy go wypuścisz każ mu zostać w środku i przynieś mu jakąś broń. Każ mu zabić strażnika podającego mu jedzenie i żeby następnie uciekł i schował się w kościele, koniecznie w kościele.
                Jego plan brzmiał coraz dziwniej. Nie widziałam żadnego powiązania pomiędzy czynnościami o jakie mnie prosił Dziara.
- Widzę niezrozumienie na twojej pięknej twarzy, więc tłumaczę – jak wiesz Jan musi się teraz ukrywać. On jest jednak głównym narzędziem do pokonania Karła, więc muszę mu zapewnić swobodę ruchów po całym kompleksie Toruńskiej Ostoi  Ocalałych. Nie widział go nikt stąd poza grupką osób, które dotarły tu z Królowego Mostu i drogi do Torunia. Muszę ich odpowiednio zająć, żeby zapewnić mu dobre pole do popisu przy zabiciu Karła. Dlatego poproszę cię o różne rzeczy, które po kolei sprawią, że osoby, które spotkały Jana na moście opuszczą Ostoję lub zostaną uwięzione na czas całego działania – opowiadał dalej.
- O kogo chodzi? – zapytałam.
- Natalia nie żyje, więc z nią nie będzie problemu – na to imię dziewczyna z celi zareagowała głośnym uderzeniem w kraty, które odbiło się echem od ścian – spokojnie dziewczyno, bo znowu przesadzisz i w końcu będę musiał cię zabić, a nie chcę tracić przewagi – pogroził – Gigant oraz jeden z żołnierzy, ten ze schizowym spojrzeniem są na jednej z barykad, ale na to mam już pomysł, który przedstawię ci jak uwolnisz Jakuba. Co do księdza, na niego znajdzie się hak, to również mam zaplanowane. Wciąż nie wiem co zrobić z medykiem z lecznicy oraz z dziewczyną z szklarni. No i jeszcze jest szansa, że jednooki, który pojechał Ocalałym widział twarz Jana, ale on jest teraz daleko, więc to nie jest problem – mówił dalej patrząc na mnie.
Nie wytrzymałam i musiałam zapytać.
- I to wszystko tylko po to, żeby Jan mógł swobodnie poruszać się po terenie obozu? – zapytałam.
- Tak – odpowiedział krótko, śmiejąc się gdy zobaczył moją reakcję.
- Nie chcę, żebyś ich zabijał… - zaczęłam.
- Spokojnie, jeżeli wszystko pójdzie zgodnie z planem to nikomu nic się nie stanie – zapewnił.
- A co z tą dwójką? – zapytałam.
- Twój brat zostanie uwolniony od razu jak plan dojdzie do skutku i Karzeł zginie. Siostrę Łapy uratuje ja, ale to za jakiś czas. Teraz jest mi potrzebna jako zakładnik w razie gdyby coś poszło nie tak.
                Z każdą kolejną rozmową z Dziarą czułam, że jestem w coraz gorszej sytuacji. Jego plan był genialny, to musiałam przyznać, ale to nie zmieniało faktu, że nie podobało mi się, że byłam w niego zamieszana.
- Ehh rozumiem. Uwolnię dzisiaj Jakuba i wcześniej porozmawiam z Łapą – stwierdziłam.
- Zuch dziewczyna! A teraz idź, mam sporo roboty do zrobienia.
Opuściłam piwnicę z mieszanymi uczuciami. Żałowałam, że nie mogłam po prostu zabić Dziary i uwolnić mojego brata i siostry Łapy, ale w życiu byśmy nie uciekli. Ta dwójka z pewnością jest wyczerpana i o ile dałabym radę zaskoczyć Dziarę i może nawet go zabić, to wyprowadzenie dwóch ludzi w tak kiepskim stanie graniczyło z cudem. Musiałam czekać na odpowiedni moment, albo zrobić wszystko o co prosi mnie Dziara i liczyć, że dotrzyma obietnicy i uwolni zakładników.
                Opuściłam Kwaterę Główną i ruszyłam w stronę budynku rady miasta. Znajdował się on ulicę dalej i urzędowali w nim wszyscy radni. Budynek był całkiem spory i zbudowany jak reszta starego  miasta z cegieł i podobnych materiałów. Weszłam przez drewniane drzwi do holu i wspięłam się na drugie piętro, gdzie znajdowała się sala obrad. Było to całkiem spore pomieszczenie, w którym radni przesiadywali sporą część dnia załatwiając sprawy formalne, obgadując różne pomysły i przeprowadzając debaty. Gdy weszłam do środka, trafiłam akurat na przerwę. Zlokalizowałam Łapę oraz Sołtysa, którzy siedzieli pod ścianą i o czymś rozmawiali. Gdy mnie zauważyli przerwali i wstali, żeby się przywitać. Usiedliśmy i poczekaliśmy, aż jeden z radnych wygłaszających próbkę przemówienia na dzisiejszy wieczór, skończy je wygłaszać.
- Co cię tu sprowadza? – zapytał Sołtys.
- Właściwie wpadłam żeby zabić trochę czasu przed dzisiejszym  wieczorem – skłamałam – Mam nadzieję, że nie przeszkadzam?
- Akurat mamy przerwę, nie uczestniczmy w przygotowaniach do tego całego święta ocalałego, więc w sumie przychodzimy tu tylko po to, żeby patrzeć jak reszta załogi pracuje – wytłumaczył Sołtys. Staruszek zapuścił teraz dosyć długą brodę, przez co wyglądał dosyć groźnie, ale zarazem przypominał wychudzonego Świętego Mikołaja.
- Myślałam, że dostałaś pracę u Dziary – odezwała się Łapa.
- W sumie pracuje u niego, ale to luźne zadania, typu zanieś coś tam czy tu – odpowiedziałam wymijająco.
- Rozumiem – odpowiedziała krótko. Mogłam w każdej chwili powiedzieć jej o siostrze i wywołać w Toruniu piekło. Mimo to milczałam.
- Jak idą poszukiwania siostry? – zapytałam.
                Łapa momentalnie posmutniała. Chytry uśmiech zniknął z jej twarzy, a ogień widoczny w jej oczach praktycznie cały czas, przygasł.
- Od momentu porwania minęły pieprzone dwa tygodnie – wyrzuciła z siebie z gniewem – dwa tygodnie i wciąż nie mam żadnej informacji, żadnego śladu. Podobno Gang atakował ostatnio jeden z oddziałów poszukiwaczy, ale obyło się bez ofiar z obu stron i wciąż nie znaleźli kryjówki tych skurwieli – mówiła.
- Rozumiem twój ból – powiedziałam.
- Rozumiesz? Też straciłaś kogoś, kto był dla ciebie niezwykle ważny, a wiesz, że może być gdzieś tam i umierać ze strachu lub wycieńczenia – spytała z wyrzutem.
- Każdy z nas stracił kogoś ważnego – wtrącił się Sołtys próbując załagodzić nieco temperament Łapy.
- Nie chodzi mi o taką stratę. Zombie zdziesiątkowały ludzkość. Każdy stracił praktycznie całą rodzinę i był świadkiem śmierci ważnych osób. Ale ja wiem, że ona może dalej żyć, bo nie zginęła tylko została porwana. Ona tam przeżywa koszmar – odpowiedziała Łapa.
- Ja też straciłam brata. Miałam się z nim spotkać w Toruniu, ale go tu nie było. Prawdopodobnie też jest gdzieś i jeszcze żyje, ale nie mógł tutaj dotrzeć – wyznałam, przypominając sobie związanego członka rodziny w podziemiach Kwatery Głównej.
                Łapa podeszła do mnie i mnie przytuliła. Kompletnie bez słowa, bez żadnego ostrzeżenia.  Widocznie poczuła, że mamy ten sam problem. Mogłam teraz wykorzystać sytuacje i przy pomocy jej oraz reszty odbić brata. Ale bez Bobra nie zrobimy nic. Pomoc Ernesta również by się przydała. Dalej milczałam.
- Przepraszam – wyszeptała Łapa odsuwając się ode mnie.
- Nie ma problemu – powiedziałam, a głos załamał mi się nagle – Jak myślicie Bobru wróci cały i zdrowy? Nie ma go już trzeci dzień, a droga, którą miał pokonać to zaledwie sto kilometrów.
- Na pewno jest cały – zapewnił Sołtys – podróżowaliśmy z nim i wiemy, że nie jest pierwszym lepszym ocalałym. Da sobie rade. Zresztą my też podróżowaliśmy z Białegostoku do Torunia długi czas. Po prostu czekajmy cierpliwie – dodał po czym uśmiechnął się. Był to szczery uśmiech.
Rozmawialiśmy jeszcze sporo o różnych rzeczach. Nasze rozmowy były przerywane przez kolejne próby przemówienia. W końcu jednak opuściłam budynek i ruszyłam coś przekąsić. W domu ugotowałam sobie prosty obiad złożony z ryby i ryżu, a następnie poszłam potrenować naprzeciwko miejsca, z którego niedługo miałam wypuścić Jakuba.
                Na samej strzelnicy spotkałam Miczi. Od kiedy trafiła do Torunia wpadła w ryk codziennej monotonii. Chodziła do pracy, przesiadywała w barze, spacerowała po mieście, ale nie angażowała się w nic poważniej.
- Hej trzymasz się jakoś? – zapytałam.
- O hej, Magda prawda? – zapytała. Nie zdążyłyśmy się jeszcze poznać, więc nie dziwiłam się, że mogła nie pamiętać mojego imienia.
- Tak – odpowiedziałam – podróżowałam z Bobrem i to dzięki niemu tu jestem.
- Miałaś szczęście – powiedziała uśmiechając się słabo – u mnie jakoś leci. Obowiązki i relaks zajmują cały dzień i w sumie nie mieszam się w nic. Powiem ci, że jestem tym wszystkim trochę zmęczona. Całe szczęście otaczają nas mury i silni ludzie, więc nie muszę się już martwić o nic – odpowiedziała.
- Nie chciałabyś opuścić kiedyś tego miejsca i mieszkać tak jak kiedyś w mniejszym obozie? – zapytałam.
Miczi zastanawiała się chwilę.
- W sumie kiedyś czułam, że żyje, teraz wydaje mi się, że wszystko jest takie… banalne. Ostatnie zombie jakie zabiłam spotkałam dwa tygodnie temu. W Toruniu czuje jakby to wszystko zniknęło, ale najgorsze jest to, że to ciągle tam jest przez co nie mogę wrócić do normalnego życia.
- Rozumiem – odpowiedziałam wypuszczając strzałę.
                Dzwony zabiły. Ktoś miał coś do ogłoszenia, co oznaczało, że przemówienie Karła odbędzie się za chwilę. To była moja chwila prawdy. Miczi słysząc wezwanie westchnęła i schowała broń.
- Idziesz? – zapytała.
- Tak tylko pozbieram strzały – odpowiedziałam – zaraz cię dogonię.
Miczi ruszyła wolnym krokiem w stronę Placu Głównego, a ja w tym czasie obserwowałam jak z więzienia wychodzi grupka strażników. Ciekawe kogo zostawią na straży. Poczekałam, aż znikną mi z oczu i ruszyłam po cichu w stronę jednego z okien, uprzednio rozglądając się po ulicy i patrząc czy nikogo tam nie ma. Wyjrzałam ostrożnie starając się dostrzec kogoś w głębi budynku. Nie zauważyłam jednak nikogo. Czyżby Dziara załatwił, że nikt nie pilnuje więźniów.
                Poprawiłam pistolet przy pasie i ostrożnie otworzyłam drzwi. W razie gdyby ktoś tu był byłam gotowa skłamać, że się zgubiłam, albo, że potrzebuje pomocy. Nikogo jednak tu nie było. To było nieco podejrzane, ale weszłam w głąb idąc jak najszybciej w stronę podziemia, gdzie były cele. Nie słyszałam kompletnie nic. Gdy otworzyłam drzwi coś uderzyło głucho na dole. Zadrżałam. Zapaliłam światło i zeszłam powoli mają dłoń na pistolecie. Zeszłam i szybko podeszłam do celi, w której był Jakub. Zauważyłam go od razu skulonego w kącie celi.
- Przyszłam cię uwolnić na… - wtedy przerwałam, bo nie chciałam, żeby pozostali więźniowie usłyszeli , że to sprawka Dziary. Światło średnio oświetlało cały korytarz cel i dodatkowo jeszcze migało, ale byłam pewna, że zauważyłam jak kanibal się poruszył. Po chwili podszedł do mnie. Zobaczyłam jego obitą twarz i brak paru zębów.
- Jeżeli chcesz przeżyć lepiej otwórz szybko te drzwi i podaj mi nóż – zaseplenił.
- Co? – zapytałam, chociaż doskonale usłyszałam co powiedział.
- Rób co mówię! – powiedział nieco wyraźniej.
- Nie rozumiem… - zaczęłam i spojrzałam w lewo, gdzie usłyszałam jakiś zgrzyt.
- Spójrz na prawo – powiedział.
                Obejrzałam się w prawo i zamarłam. W kałuży krwi leżał trup strażnika z podciętym gardłem. Wyciągnęłam pistolet drżącą ręką i przejechałam nim po całym pomieszczeniu szukając zagrożenia. Gdy nagle jedne z drzwi się otworzyły, nie czekałam. Strzeliłam w zamek drzwi celi Jakuba i podałam mu nóż. Atak zjawił się znikąd. To była dziwna kobieta, u której było widać obłęd w oczach. Powaliła mnie i wbiła kawałek szkła głęboko w udo. Krzyknęłam. Szalona kobieta chciała ciąć ponownie, ale do akcji wszedł Jakub, który kopnął ją w twarz po czym poprawił kopiąc w klatkę piersiową. Ból mnie oślepiał, ale starałam się wycelować, kiedy usłyszałam coś za mną. Odwróciłam się i zobaczyłam biegnącego do mnie mężczyznę. Strzeliłam. Kula przeszyła mu jądra co spowodowało śmierć. Zabiłam kogoś.
- Pomóż mi! –wrzasnął Jakub machając nożem, starając się odgrodzić od kobiety, która cała zakrwawiona starła się dorwać Jakuba. Wtedy poczułam mocne uderzenie w twarz z boku. Czułam jakby ktoś mi złamał wszystkie kości. Strzeliłam gdzieś na oślep, ale chyba nikogo nie trafiłam. Po chwili odzyskałam pełną świadomość i zobaczyłam jak Jakub wbija kobiecie nóż głęboko w gardło. Zwymiotowałam. Był tu jednak jeszcze jeden przeciwnik. Zaszarżował na kanibala i powalił go. Strzeliłam. Trafiłam w klatkę piersiową i dałam chwilę Jakubowi, żeby zaatakował ponownie. Dobił ostatniego więźnia i wstał ciężko. Z jego ramienia ciekła strużka krwi.
- Brawo dziewczyno, w końcu kogoś zabiłaś – powiedział.
- Musimy stąd iść… - powiedziałam cicho.

                Opuściliśmy budynek. Kulałam mocno i czułam, że zaraz mogę zemdleć. Nie miałam pojęcia jak więźniowie się wydostali, ale nie miałam siły, żeby zapytać o to Jakuba. Musieliśmy się schować.