niedziela, 15 marca 2015

Rozdział 24: Nowa droga

Rozdział 24, ostatni z perspektywy Magdy. W tym rozdziale zobaczycie jak wygląda sytuacja grupki, która uciekła z Torunia, oraz poznacie nieco lepiej tajemniczego więźnia, który mam nadzieję, okaże się bardzo ciekawą postacią. Zapraszam do czytania i proszę o komentarz i rozesłanie bloga znajomym :)

-------------------------------------------

Rozdział 24 (Magda): Nowa droga


                Otworzyłam oczy. Było mi nieco zimno, ale okryłam się kocem i to mi nieco pomogło. Popatrzyłam się po chacie i uśmiechnęłam smutno. Mój brat był cały i zdrowy. Drzemał teraz oparty głową o stertę szmat, w które był ubrany jako więzień Dziary. Sama nie mogłam uwierzyć, w to, że akcja przebiegła pomyślnie. Byliśmy paręnaście kilometrów na południe od Torunia. Znaleźliśmy niedużą chatkę w lesie,  w której nie było trupów. Wszyscy spali jeszcze, ale wczorajszy dzień był tak intensywny, że nie mogłam zapaść w głęboki sen.
                Ręka bolała mnie, ale dzięki pomocy Krystiana udało nam się zrobić prowizoryczną szynę z patyków i sznurka i usztywnić rękę. Nie było to zbyt wygodne, ale jeżeli chciałam, żeby kości się dobrze zrosły to był jedyny wybór. Podniosłam się lekko, ale po chwili zdecydowałam, że poleżę jeszcze chwilkę i pomyślę. Nie wiedziałam dokładnie, co teraz moglibyśmy robić. Co prawda chciałam uciec, ale chwilę po opuszczeniu Torunia poczułam się zagubiona. Brakowało tutaj Bobra, który zazwyczaj wraz z Łowcą bądź Sołtysem wytyczał trasę. Czy damy sobie bez niego rade?
                Nasza ekipa składała się teraz ze mnie, Łapy, Magdy, Marka, Krystiana, Marty, Miczi oraz tajemniczego więźnia, którego imienia jeszcze nie poznałam. Cały wieczór był cichy, chociaż podziękował nam, ale powiedział, że nie ma teraz sił na odpowiadanie na pytania, dlatego prosił, żebyśmy porozmawiali dzisiaj.  Zaufaliśmy mu na tyle, że nie zostawiliśmy kogoś na warcie, ani go nie związaliśmy, co mogło się skończyć tym, że poderżnąłbym nam gardła i byśmy już nie wstali, ale w sumie wszyscy byli tak wyczerpani, że nie mieli po prostu siły na to, żeby siedzieć całą noc i pilnować reszty.
                Byłam teraz inną osoba. Obiecywałam sobie, że nie dam się ponieść temu światu, ale wiedziałam dobrze, że Ci którzy się nie dostosowali, krążyli teraz jako zombie. Taka była prawda. Wstałam i wyjrzałam przez zakurzoną firankę na zewnątrz. Nasze auto wciąż tu stało. Ledwo się tam mieściliśmy w osiem osób, więc musieliśmy rozglądać się powoli za drugim.
                Około godziny później siedzieliśmy wszyscy na nogach. Nikt nie miał specjalnie dobrego humoru. Akcja była udana, ale to nie zmieniało faktu, że byliśmy znowu w drodze.
- Co teraz? – zapytałam nagle na głos, a wszyscy zwrócili twarze w moją stronę. Wiedziałam, że to pytanie nurtuje teraz wszystkich, bardziej lub mniej.
- Znajdziemy sobie inne miejsce na ziemi – powiedziała Łapa.
- Nie wiem czy chcę teraz szukać jakiegoś innego miejsca, gdzie będą ludzie… - wtrącił się Krystian.
- Niekoniecznie muszą tam być ludzie – wytłumaczyła Łapa – możemy poszukać opuszczonego budynku, w którym zrobimy sobie tymczasową bazę. Oczywiście nie chodzi mi o tak marną chatkę, jak ta, w której teraz jesteśmy. Raczej rozglądałabym się za czymś w stylu Czwartego Posterunku.
- Ja mam pewien pomysł – odrzekł nagle więzień. Teraz mogłam mu się lepiej przyjrzeć. Na głowie miał już raczej niewiele włosów, ale był zarośnięty na brodzie i policzkach. Tam jego włosy miały odcień kasztanowy. Nie był specjalnie przystojny, a jego twarz była pełna nieduży zmarszczek, które uwydatniały się za każdym razem jak mówił.
                Łapa prychnęła.
- Nawet nie wiemy jak się nazywasz, może zacząłbyś od tego gościu? –zapytała nieco rozdrażniona.
- Przepraszam. Nazywam się Irek, ale od kiedy to się zaczęło ludzie mówią na mnie Gryzak… - zaczął. Uśmiechnęłam się pod nosem.
- Cóż to za ksywka? – zapytałam.
- Wytłumaczę wam to w bardziej spektakularny sposób jak stąd wyjdziemy, dobrze? – zapytał i nie czekając na odpowiedź kontynuował – Pierwsze tygodnie apokalipsy spędziłem z grupą ocalałych, która w końcu zginęła zaatakowana przez stado. Mi udało się przeżyć i przez jakiś czas byłem sam. W końcu dotarłem do Torunia, a tam zostałem zamknięty przez tego szaleńca. Bał się moich mocy i chciał mnie wykorzystać do jakichś dziwnych celów…
- Jakich mocy? – zapytał Marek.
- Jak mówiłem, pokaże wam później.
- Dobra, do rzeczy jaki jest twój plan? – wtrąciła Łapa.
- Niedaleko Poznania nasza grupa miała bazę. Nie było to coś dużego, po prostu kamienica dwupiętrowa z płotem i fosą. Gdyby nie to, że zapomnieliśmy zamknąć bramy na noc to te zombie nic by nam nie zrobiły. Było to jednak już jakiś czas temu i powinno tam teraz być czysto. Zapewniam was, że to świetne miejsce na tymczasową bazę i dojedziemy tam góra za dwa-trzy dni. Może to nie zadziałać, ale czy nie warto spróbować? – zapytał.
- Skąd mamy wiedzieć, że nie prowadzisz nas w pułapkę? – zapytała Miczi.
- Uratowaliście mnie, chociaż mogliście mnie zostawić w tych lochach. Nie jestem typem człowieka, który prowadzi wybawców w pułapkę. Poza tym byłem uwięziony u Dziary przez parę miesięcy. Jak niby mogłem zastawić pułapkę w Poznaniu w tym czasie?
- Ja nie jestem z kolei typem człowieka, który ufa dopiero co spotkanej osobie – odpowiedziała Łapa – Ale masz rację. Warto byłoby to sprawdzić.
                Miczi wyciągnęła z plecaka mapę, a Młoda, Krystek i Marek zaczęli powoli pakować nasze rzeczy do auta.
- Możesz nam pokazać, gdzie to dokładnie jest? – zapytała Miczi podając Gryzakowi mapę.
- Tutaj  - wskazał palcem na niedużą mieścinę nad Poznaniem – Tam była nasza baza.
- Miejmy nadzieję, że dalej tam jest – powiedziała Łapa zwijając mapę i podając ją Miczi.
Spakowaliśmy wszystko co było nasze i wyszliśmy z domku. Wszyscy zapakowali się ciasno do wozu i powoli ruszyli. Siedziałam teraz w bagażniku razem z Markiem, a przed nami na siedzeniach był Irek, Miczi oraz Krystian.
                Ku naszej uciesze radio w aucie działało i w schowku znaleźliśmy parę płyt. Po chwili jechaliśmy w rytm starych ballad rockowych. Zapomniałam już jak cudownie brzmi muzyka, nawet jeżeli nie był to mój ulubiony gatunek to sama myśl o tym, że była nagrywana w normalnych czasach dawała do myślenia. Czy kiedyś jeszcze mogło być normalnie?
                Przejechaliśmy parędziesiąt kilometrów na południowy zachód i obserwowaliśmy bacznie drogi. Nie chcieliśmy na nikogo wpaść, a przy okazji wciąż szukaliśmy działającego auta. Szczęście ponownie się do nas uśmiechnęło, bo w końcu trafiliśmy na parking pośrodku lasu, przy którym stała nieduża, drewniana jadłodajnia o wdzięcznej nazwie „Pod Szopem”. Na parkingu stało zaparkowanych kilka aut, ale też szwendały się tu trupy. Wyskoczyliśmy wszyscy poza Irkiem, który zasnął podczas jazdy i wzięliśmy się za przeszukiwanie obszaru.
                Ja ruszyłam wraz z Krystianem i bratem do środka lokalu, żeby zobaczyć, czy możemy znaleźć tu coś ciekawego. Otworzyłam ze skrzypnięciem drzwi i z nożem w ręku wkroczyłam do środka. Nie czułam się zbyt pewnie przeszukując takie miejsca, więc zaraz obok mnie był Krystian z młotkiem w ręku. Marek ubezpieczał tyły, wciąż był wyczerpany po niewoli i nie chciałam, żeby głupio się narażał, ale miał w ręku pistolet, żeby w razie czego pomóc nam w nieciekawej sytuacji. Był dobrym strzelcem. Za czasów, kiedy jeszcze nie rozdzieliliśmy się, a ja nie wpadłam na Potwora, pojazd Łowcy, to właśnie on posługiwał się bronią palną. Mi osobiście brakowało łuku, którego niestety nie wzięłam z Ostoi. Miałam nadzieję, że znajdę jakiś po drodze.
                Wnętrze baru było ciemne, więc nie mogliśmy zauważyć wszystkiego. Moje oczy zarejestrowały jednak ruch i szybko usłyszeliśmy charakterystyczne jęki wydawane przez zombie. Zauważyliśmy na razie trzy – jeden był przygnieciony powalonym stołem, a dwa pozostałe krzątały się za barem. Krystian pokazał mi ręką, żebym zajęła się tym przygniecionym, a sam ruszył do pozostałych dwóch. Podeszłam dosyć pewnie, ale straciłam równowagę na czymś, co chrupnęło obrzydliwie. Prawdopodobnie była to czaszka innego trupa.  Straciłam równowagę, ale nie upadłam. Wpadłam za to w łapy zombiaka przygniecionego stołem. Złapał mnie dosyć mocno za kostkę, swoją zakrwawioną ręką i próbował ugryźć. Chwyciłam nóż jedną, zdrową ręką i całym ciężarem ciała zamachnęłam w stronę jego czaszki.  Nóż napotkał pewne przeszkody, ale ostatecznie wszedł w środek i dotarł do mózgu. Zombie znieruchomiał, a ja podniosłam się szybko i rozejrzałam, czy nie ma tu jeszcze jakiegoś wroga. Krystian właśnie dobijał jednego z zombie o blat baru i również rozglądał w poszukiwaniu kolejnych przeciwników. Nie powinnam była tak ryzykować z złamaną ręką, ale musiałam pomagać innym, inaczej mogliśmy wpaść w poważne tarapaty.
                Główne pomieszczenie baru było jednak już puste, więc ja zaczęłam przeszukiwać pomieszczenie w poszukiwaniu zapasów, a mój brat i mój chłopak poszli na zaplecze. Za ladą znalazłam parę butelek alkoholu. Zapakowałam je do plecaka, który przyniósł tu Marek. Następnie przeszukałam jeszcze szafkę wiszącą na ścianie i znalazłam tam parę listków tabletek przeciwbólowych oraz syrop na kaszel. Je również wzięłam i dołączyłam na zaplecze. Krystian pokazał mi z dumą stertę puszkowanego jedzenia, ładnie zapakowanego, jakby specjalnie tu na nas czekało. Zapasów w wozie nie było zbyt dużo, dlatego znalezienie czegoś takiego umożliwiło nam przeżyciu kilku dni więcej. Co prawda apokalipsa była jeszcze w takim stadium, że jedzenia było sporo, szczególnie puszkowanego, ale jednak takie miejsca najczęściej były już przeszukane. Dlatego tak się cieszyłam.
                Opuściliśmy budynek w dobrych humorach, które poprawiły się jeszcze bardziej, gdy tylko wyszliśmy na parking i usłyszeliśmy ryk silnika. Jedno z aut działało i co najlepsze miało spory zapas benzyny. Zapakowaliśmy wszystkie znaleziska właśnie tam i rozdzieliliśmy na dwie grupy. Jedzenia i picia mieliśmy sporo, ale wciąż pozostawał problem benzyny. Jeżeli chcieliśmy zajechać gdzieś dalej, koniecznie musieliśmy pomyśleć o znalezieniu jakichś kanistrów i uzupełniniu ich benzyną.
                Nowym autem ruszyła Łapa, Miczi, Młoda oraz Irek. Ja, mój brat, Krystian oraz Marta zapakowaliśmy się do starego. Jechaliśmy obok siebie, bo jeżeli teraz byśmy się rozdzielili to byłoby naprawdę nieciekawie. Wystarczyło już to, że Bobru i reszta został w Ostoi. Właściwie czułam się trochę głupio, że dołączyłam do jego grupy, a następnie zabierając parę jego ludzi uciekłam, ale miałam nadzieję, że kiedyś jeszcze się spotkamy.
                Z racji iż uciekliśmy w nocy to spaliśmy do popołudnia i teraz po przeszukaniu parkingu i przejechaniu parudziesięciu kilometrów zaczynało się robić ciemno. Musieliśmy szukać powoli miejsca na nocleg. Łapa chyba też o tym wiedziała, bo gdy tylko zauważyła tabliczkę niedużego miasteczka skręciła w jego stronę i wyraźnie zwolniła, żeby się rozejrzeć. Trzymaliśmy się parę metrów za nimi i również się rozglądaliśmy. Wioska, do której zajechaliśmy miała szeregi domków po lewo i po prawo od nas. Były to typowe gospodarstwa i było ciężko wybrać, któryś konkretny dom bo wszystkie były takie same. Łapa jednak szukała czegoś konkretnego, bo nie zatrzymywała się jeszcze.
                Po paru minutach zajechaliśmy autami przed sporym, piętrowym domkiem rodzinnym. Był ogrodzony płotem, a na podwórzu stały dwie stodoły oraz garaż. Szwendało się tu też sporo zombie, ale miejsce wydawało się być dobre do spędzenia tu nocy. Wysiedliśmy z samochodów i stanęliśmy obok siebie, żeby szybko zaplanować jak ma przebiec ta akcja.
- Musimy oczyścić cały teren, żeby nie było niespodzianek, gdy położymy się spać – zaczęła Łapa.
- Czemu wybrałaś akurat ten dom? – zapytałam zaciekawiona.
- Magda… Potrzebujemy odpoczynku, czeka nas długa droga, a ja chociaż nie lubię wygód to ich teraz zdecydowanie potrzebuje. Zresztą, z tego co się orientuje to jest łowiecki domek letniskowy, więc przy odrobinie szczęścia znajdziesz tutaj łuk – powiedziała, po czym uśmiechnęła się. Było miło, że o tym pomyślała.
- Wracając jednak do ciebie – i w tym momencie odwróciła się do Irka – chciałeś nam pokazać tą swoją „super moc” – ostatnie słowa zaakcentowała z lekką pogardą.
- Nie wierzysz, że jestem wyjątkowy? – odpowiedział pytaniem mężczyzna, uśmiechając się pod nosem.
- Ależ oczywiście, że wierzę – odpowiedziała – Ale jestem osobą, która lubi zobaczyć na własne oczy, te niezwykłe rzeczy.
                Wtedy usłyszeliśmy strzał. Krystian krzyknął, żebyśmy wszyscy położyli się na ziemię i schowali, ale nie było to potrzebne, bo wszyscy machinalnie znaleźli się na ziemi. Strzał był dosyć odległy, ale i tak nie ruszaliśmy się chwile, żeby zlokalizować kto i skąd strzelał. Całe szczęście nie strzelano do nas, więc wciąż mieliśmy element zaskoczenia. Było już dosyć ciemno, więc jeżeli ktoś nie podszedłby wyjątkowo blisko nas, to nie zauważyłby nas.  Młoda oddychała ciężko, widocznie wystraszona sytuacją, ale Łapa pogłaskała ją po włosach i szepnęła coś na ucho.
                Sama zastanawiałam się, kto mógł oddać strzał. Czyżby ludzie z Torunia nas gonili? A może to po prostu przypadkowy ocalały, który walczył gdzieś w wiosce. Z tamtej strony słychać było strzał, a po chwili kolejny. Jeżeli był tam, to oznaczało prawie na pewno, że zauważył lub usłyszał jak jechaliśmy. Wyciągnęłam pistolet i przeturlałam się pod auto.  Zombie jęczały teraz coraz głośniej i wiedzieliśmy, że jeżeli zaraz czegoś nie zrobimy to będziemy odcięci i zagryzieni i to w prawie całkowitej ciemności.
                Łapa w końcu przejęła inicjatywę, kiedy tylko usłyszeliśmy kroki na ulicy, którą tu przyjechaliśmy, tuż za bramą. Podbiegła do auta i włączyła światła, po czym oddała strzał w tamtą stronę. Młodą zapakowała na tylne siedzenie i zamknęła drzwi. Kiedy światło oświetliło drogę, zobaczyliśmy na niej trzech mężczyzn, wszyscy ze strzelbami myśliwskimi i ubrani jakby na polowanie. Łapa trafiła jednego z nich w ramię, a ten zatoczył się i upadł trzymając w miejscu, w którym dostał.
                Dwóch pozostałych nie było dłużnych i wystrzeliło w naszą stronę. Schowaliśmy się za autem i usłyszeliśmy tylko dźwięki pocisków przebijające blachy samochodu. Krystian i Marek odwrócili się i zaczęli walczyć z zombie, które były tuż za nami. W tym czasie cała reszta oddawała strzały. Jedna z kul myśliwych drasnęła Miczi w ramię, więc ta schowała się bardziej i zaczęła przeładowywać broń. Trójka mężczyzn zajęła pozycję przy płocie i stamtąd oddawała co chwilę strzały. Sytuacja była nieciekawa, zombie z tyłu, ocalali z przodu, a huk strzałów mógł zwabić w tą okolicę jeszcze więcej trupów.
                Co najgorsze z przodu również zaczęły nadchodzić zombie, które wychodziły z stodoły i człapały powoli w naszą stronę. Strzelałam tuż przy Łapie, ale mężczyźni mieli lepsze pozycje i po prostu trzymali nas blisko aut. Jeżeli ktoś próbował odchodzić w lewo i prawo to ci machinalnie oddawali tam parę strzałów i trzymali nas w jednym miejscu. Mieli nas w pułapce, bo zombie nadchodziły z każdej strony i w końcu oprócz strzelania w oprawców, musieliśmy też używać broni białej do zabijania zombie.
                Irek kucnął przy nas i wychylając się oddał parę strzałów.  Nagle odezwał się do Łapy.
- Słuchaj mam plan, musisz mi tylko pomóc, a załatwię ich – krzyczał, próbując być głośniejszy od chaosu panującego wokoło.
- Jaki masz niby plan?
- Pobiegnę do przodu i zaatakuje zombie. Wtedy dam się ugryźć i jak zombie mnie powali to zastrzelisz go. Zostawicie mnie i pobiegniecie w stronę domu. Jak myśliwi zaczną was gonić i podejdą do mnie to ich zabije – wytłumaczył, jakby to była najzwyklejsza czynność na świecie i jakby robił ją codziennie.
- Dasz się ugryźć? Pojebało cię? Nie po to cię ratowaliśmy, żebyś się teraz poświęcał! – krzyknęła, a kolejne strzały uderzyły blisko nas.
- Po prostu to zrób, kurwa! – wrzasnął, po czym nie czekając na reakcję pobiegł do jednego z zombie z przodu i złapał go. Nie trzeba było czekać długo. Zombie odwrócił się i ugryzł go prosto w kark. Irek upadł, a Łapa nie wiedząc, co powiedzieć po prostu strzeliła w głowę trupa i patrzyła szeroko otwartymi oczyma na to jak Irek upada, a zombie spada na niego. Nasz nowy towarzysz znieruchomiał i zamknął oczy.
- Co za idiota… - powiedziała Łapa – Tak czy siak musimy się wycofać. Wszyscy! Do tyłu! Przebijcie się do domku!
                Wszyscy posłuchali. Gdy tylko strzały ustały na chwilę, prawdopodobnie w momencie, kiedy myśli postanowili przeładować, całą siódemką ruszyliśmy w stronę domu po drodze zabijając trupy strzałami w głowę. Nie mieliśmy teraz czasu na walkę bronią białą, ale strzelanie też nie było zbyt mądre, bo amunicji nie mieliśmy zbyt dużo. Jeszcze trochę i będziemy musieli uciekać naprawdę daleko. Co prawda myśliwi też wystrzelali dużo nabojów, a nieograniczonych rezerw mieć nie mogli.
                Byliśmy już przy drzwiach, kiedy zobaczyliśmy jak myśliwi przechodzą przez bramę. Tym razem oni zajęli pozycję przy naszych autach, a my uciekaliśmy już do środka i zamykaliśmy za sobą drzwi. Ktoś szybko zapalił latarkę, ale wnętrze wydawało się czyste, przynajmniej w korytarzu wejściowym. To rzeczywiście musiał być domek łowiecki, bo wisiały tutaj głowy różnych zwierząt, niczym trofea. Kolejna salwa strzałów przebijała się przed drzwi i wybiła jedno z okien, ale my byliśmy już w całkiem bezpiecznej pozycji.
                Słyszeliśmy kolejne strzały, ale tym razem z innej broni. Widocznie skończyła się im amunicja do strzelb. W końcu po pięciu minutach wszystko ucichło. Nie wiedzieliśmy jednak, czy dom nie ma innych wejść, więc dalej czekaliśmy w holu, bojąc się podejść do okna. Serce biło mi jak szalone i czułam, że zaraz nie wytrzymam. Teraz słychać było tylko odgłosy naszych, mieszających się oddechów.
                Nagle jednak do serenady naszych oddechów dołączył nowy dźwięk. Kroki na werandzie domu. Wszyscy wymierzyli w stronę drzwi, ale zamiast prób wyważania, lub czegoś podobnego, usłyszeliśmy pukanie. Młoda i Marty przycisnęły się bliżej ściany przestraszone, a reszta wciąż celowała. W końcu drzwi się otworzyły ze skrzypnięciem, a stanął w nich nie kto inny jak Irek. Gdy nas zobaczył podskoczył lekko.
- Jezu Chryste, ależ mnie wystraszyliście – powiedział zamykając za sobą drzwi. W ręku trzymał strzelby myśliwych.
                Nie wiem kto zdziwił się bardziej na jego widok. Wszyscy chyba równie mocno otworzyli usta i oczy ze zdziwienia.
- Ty żyjesz? – zapytała cicho Łapa.

- Jasne, że żyje. Mówiłem, że jestem wyjątkowy prawda? – powiedział szczerząc się – Ale przyznam, że przyda mi się pomoc. Chodźcie do któregoś pokoju i pomóżcie mi zatamować krwawienie. No co tak stoicie? Proszę was, głupio by było zginąć od wykrwawienia się – Gdy to powiedział minął nas i otworzył pierwsze z drzwi. W milczeniu poszliśmy za nim.

wtorek, 10 marca 2015

Rozdział 23: W proch się obrócisz

Rozdział 23, ostatni w tym tomie z perspektywy Erniego. Dzień po tym jak Łapa wraz z resztą uciekły wydarzenia zwolniły, ale czy na pewno. Dziara wciąż chce się pozbyć Karła i planuje wykorzystać do tego Bobra oraz coś, o czym jeszcze nie wiemy. Jak się ostatecznie zakończy Plan Dziary? Czy uda mu się wyjść korzystnie z tej sytuacji? Zobaczycie w tym rozdziale, zapraszam do czytania i komentowania :)

----------------------------------------------

Rozdział 23 (Erni): W proch się obrócisz


                Gdy tylko się obudziłem sięgnąłem po dzbanek z wodą i pociągnąłem parę solidnych łyków. Czułem się okropnie, chociaż wyspanie się w wygodnym łóżku znacznie poprawiło moją kondycję. Sama podróż i zasadzka były wykańczające, a wczorajsze pasmo zdarzeń po prostu mnie dobiło. Śmierć Daliona i Smroda, atak na Dziarę, ucieczka Łapy, Magdy i Miczi, to wszystko stało się w przeciągu paru godzin. Teraz nasza drużyna była osłabiona. Nie byłem do końca pewien, czy dalej mogłem się do niej zaliczyć, bo w końcu teraz moim miejscem na ziemi był Toruń, ale gdyby Bobru miał stąd odejść to prawdopodobnie poszedłbym z nim. Prawdopodobnie.
                Wstałem i ubrałem się wyglądając za okno. Pogoda była ładna, po chmurach nie było widać śladu, co mnie ucieszyło. Otworzyłem okno, żeby wpuścić trochę powietrza i wyjrzałem na Plac Główny. Krzątało się tam teraz sporo ludzi, którzy ustawiali drewniany podest. Bobru wspominał mi coś o jakiejś uroczystości więc nie zdziwiło mnie to specjalnie. Postanowiłem się przejść. Zszedłem po schodach na dół i ruszyłem do wyjścia raźnym krokiem. Moja twarz nie wyglądała aż tak źle, a poza tym mało mnie interesowała opinia innych ludzi. Mam prawo do wyglądania jak wyglądam szczególnie po tym, co przeżyłem w ostatnich dniach.
                Przed wejściem zauważyłem Dymitra, który palił papierosa. Podszedłem do niego. Jego broda była teraz dłuższa, a on wyglądał na jeszcze bardziej chudego, niż wtedy, kiedy go spotkałem na drodze do Torunia. Uśmiechnął się jednak na mój widok i wyciągnął rękę na przywitanie.
- Już na nogach? – zapytał ironicznie.
- Kiedyś trzeba odespać to całe gówno – odpowiedziałem żartobliwie.
- Słyszałem, że miałeś spore problemy na ostatniej trasie… - zaczął.
- Wiesz co, mam ochotę na piwo, zabierzesz się ze mną i tam pogadamy? – zaproponowałem.
- Jasne! – powiedział z entuzjazmem i gasząc papieros o budynek rzucił go do kosza.
                Szliśmy spokojnie, nigdzie nam się na razie nie spieszyło, a ja miałem ogromną chęć na wypicie piwa. Po prostu tego potrzebowałem. Po drodze spotkaliśmy Mpd, który tłumaczył coś jednemu ze strażników. Gdy nas zauważył skinął głową i zamachał. Odpowiedziałem mu skinięciem i wrócił do rozmowy. Do baru było niedaleko, więc niebawem byliśmy już w mrocznym środku. Teraz jednym źródłem światła były okna przy samym suficie, które wpuszczały do podziemnej knajpy nieco światła.
                Usiedliśmy przy stoliku w kącie i zamówiliśmy po piwie. W barze było dosyć pusto, ale to co zauważyłem nieco mnie zdziwiło. Za ladą, w strojach kelnerek pracowały Ola i Karolina, dziewczyny, które spotkałem na trasie Zbłąkanego Ocalałego. One tak samo jak ja były więzione przez Daliona i jego zgraję. Nie odbiło się jednak to na ich psychice, bo jak Karolina przyniosła nam zamówiony alkohol, to uśmiechnęła się wesoło.
- Więc opowiadaj – poprosił Dymitr biorąc łyk piwa.
                Opowiedziałem mu bez większych szczegółów jak przebiegły moje ostatnie dni . Po skończonej opowieści mój towarzysz gwizdnął tylko z uznaniem.
- No nieźle. Widać jak spotkałeś mnie to nie miałeś takich problemów, co? – zapytał wesoło.
- Oj nie. To był jakiś feralny wyjazd. Od samego początku. Straciłem kumpla i sporo nerwów… - powiedziałem, wspominając Cinka. Zostawało coraz mniej ocalałych, którzy przeżyli Królowy Most. Teraz gdy uciekła Miczi i Łapa to poza mną i Bobrem żył właściwie tylko Gigant.
- Właściwie to nigdy nie opowiadałeś o sobie, nie mieliśmy okazji pogadać – powiedziałem zgodnie z prawdą. Dymitra spotkałem już jakiś czas temu, a teraz coraz bardziej brakowało mi sytuacji, kiedy mogłem pogadać właściwie z każdym. Otaczało mnie coraz więcej obcych osób, więc chciałem nieco poszerzyć horyzonty.
- Och moja historia nie jest specjalnie ciekawa – zaczął – W sumie przed wybuchem tego gówna miałem kapelę rockową, trochę grałem z kumplami po mniejszych klubach. Zespół nazywał się „Witanutka”, kompletny spontan – opowiadał Dymitr zapijając piwem – Śpiewaliśmy po polsku i po rosyjsku, więc często dawaliśmy koncerty w Rosji i właśnie tam jechaliśmy, kiedy zaczęło się to… wszystko.
- Na czym grałeś? – zapytałem zaciekawiony.
- Na gitarze! – odpowiedział z zapałem.
- Wiesz, wydaję mi się, że jakaś gitara w Ostoi jest, jak będziesz chciał to popytam po znajomych –  zaproponowałem.
- Och! Byłoby zajebiście! – ucieszył się brodacz.
- A zawsze poruszałeś się w grupie? – zapytałem jeszcze.
- Bywało naprawdę różnie. Czasem łaziłem sam, ale miałem epizody, gdzie kręciłem się z grupką znajomych. Większość niestety straciłem – przyznał.
- Przykro mi.
- Nie, nie ma sprawy… Taki jest świat. Ty też sporo straciłeś i w sumie każdy z nas traci – ostatnią część powiedział nieco niewyraźnie, bo w ustach pojawił mu się papieros – Ważne, żeby trzymać się razem i mieć kogoś przy sobie. Samotność prowadzi do szaleństwa.
- Masz rację – odpowiedziałem krótko, po czym przeszliśmy na tematy bardziej przyziemne. W tym czasie do baru weszła naprawdę ładna dziewczyna, z długimi, rudymi włosami. Wyglądała groźnie i pięknie zarazem. Dymitr również ją zauważył i spłonął rumieńcem. Widać było, że mu się podobała.
- Idź do niej zagadać, może się do nas dosiądzie – zaproponowałem.
- No nie wiem… - powiedział niepewnie.
- Dajesz, nie bądź cienias – uderzałem na ambicje, chcąc w końcu zobaczyć coś przyjemnego na oczy, a nie tylko śmierć, walkę i trupy.
                Chłopak wstał w końcu i nieśmiało podszedł do baru, gdzie stała teraz ruda. Szturchnął ją nieśmiało, co wywołało uśmiech na mojej twarzy po czym wskazał na nasz stolik. Ta uśmiechnęła się do niego i kiwnęła głową. Po chwili Dymitr wrócił.
- I co? – zapytałem.
- Zaraz tu przyjdzie – powiedział i podrapał się po brodzie.
- To chyba dobrze, co? – zapytałem.
- Mam nadzieję…
                Po chwili dziewczyna dosiadła się do nas.  Miała w ręce kufel piwa, więc zaczynała dzień podobnie. Wyciągnęła do mnie rękę, którą uścisnąłem.
- Natalia, dla przyjaciół Ruda – powiedziała.
- Erni, dla przyjaciół Kiciuś – odpowiedziałem.
- Słodko – skomentowała.
                Dymitr wyraźnie nie wiedział od czego zacząć, więc gdy posłał mi spojrzenie drgnałem, dając mu znak, żeby się w końcu odezwał.
- Eee… a więc skąd się tu znalazłaś? Nie widziałem cię wcześniej – zaczął.
- Mieszkałam tu kiedyś z ojcem. Potem przeniosłam się z nim na Drugi Posterunek, gdzie on jest dowódcą i byłam tam. Teraz zachciało mi się wrócić i pomóc, wiecie kobiece humory – powiedziała chichocząc.
- W sumie też tu niedawno przybyłem, Erni mnie uratował na drodze – opowiedział Dymitr.
- To szlachetne – powiedziała nieco ironicznie – właściwie to wiecie co to za podesty na Głównym Placu? Szykuje się jakaś impreza? – zapytała.
- Z tego co wiem, odbędzie się coś na kształt apelu – odpowiedziałem.
Ruda wzięła łyk piwa i wytarła pianę z ust.
- Brzmi nudnie…
- Czasem trzeba – dodał Dymitr.
                Rozmowa szybko zeszła na luźniejsze tematy. Okazało się, że Rudą przywiózł to Bobru i kiedy dziewczyna dowiedziała się, że jesteśmy jego przyjaciółmi to ucieszyła się. Z tego co zdążyłem zauważyć, była jego fanką. W barze zaczęło się robić tłoczno i głośno, więc przybliżyliśmy się do siebie twarzami, żeby się lepiej słyszeć. W tłumie jedzących śniadanie, pijących poranną kawę bądź też herbatę, a także takich, którzy zaczynali dzień alkoholem jak my, dojrzałem Giganta. Brakowało mi obecności Karola, kiedy byłem na wyjeździe, a także gdy wróciłem i dowiedziałem się, że jest w więzieniu i gdy widziałem go teraz swobodnie poruszającego się po mieście to ucieszyłem się. Pomachałem do niego i gdy ten podszedł przywitaliśmy się.
- Tak z rana? – zapytał rozbawiony, patrząc na szklanki piwa, przekrzykując się przez gwar panujący w lokalu.
- Miałem ostatnio ciężkie dni – odpowiedziałem.
- W sumie ja też… zaraz się do was dosiądę.
                Po chwili Gigant dosiadł się do nas z kuflem piwa i szybko przedstawił się Natalii. Ta była jeszcze bardziej zachwycona.
- Przepraszam, za ekscytację, ale muszę przyznać, że ten wasz Bobru to bardzo ciekawy człowiek. Nazwalibyście go dobrym dowódcą? – zapytała.
- Raczej tak. Bez niego byśmy tu nie byli – odpowiedziałem.
- Ja też mu zawdzięczam bardzo dużo – stwierdził Gigant.
- Ja w sumie nie zdążyłem go dobrze poznać. W końcu spotkałem najpierw Erniego, ale wydaje mi się, że jest dobrym człowiekiem, w końcu uwolnił mnie z więzienia – dodał Dymitr.
                Nagle z zewnątrz dało się słyszeć próby megafonu. Apel miał się zacząć już niedługo. W barze zrobiło się aż ciszej, jakby wszyscy nasłuchiwali ledwo słyszalnego w podziemiach „raz raz, próba”.
- Chyba będziemy musieli się tam przejść. To może być ciekawe, jeżeli do apelu dołączą egzekucję – stwierdziłem.
- Egzekucję? – zapytała zaciekawiona Ruda.
- Tak. Jeden z towarzyszy Bobra, którego poznał on w drodze… - zacząłem.
- Był pieprzonym kanibalem i chciał mi zjeść nogę – dokończył dobitnie Gigant.
- Tak mniej więcej – ciągnąłem opowieść widząc, że Rudej się podoba. Wziąłem łyk piwa – W sensie był kanibalem, ale z tego co słyszałem poza tym, że zabił paru ludzi Łapy i okaleczył ciebie Karol, to uratował tez parę razy życie ekipy z Potwora. Tak Łowca nazwał swojego tira – wytłumaczyłem Natalii, gdy ta spojrzała nieco zdezorientowana.
- A potem zabił Natalię – dodał Gigant i szybko wytłumaczył, że była kiedyś inna Natalia, którą Bobru kochał, a która została zabita na ulicach Torunia.
- To było na samym początku i właściwie dlatego Bobru nigdy nie polubił tego miejsca. Nawet jeżeli mówi inaczej, to ja go znam i wiem, że zawsze gdy zostaje sam na sam z myślami to wraca do tej sytuacji. Podejrzenia wskazują Jakuba, ale niektórzy też mówili, że to… Łapa – powiedziałem.
- Sam nie wiem – stwierdził nieco niepewnie Gigant.
- Teraz już się nie dowiemy. Nie wiem czy słyszałeś, ale Łapa, Magda oraz Miczi, a możliwe, że ktoś jeszcze, uciekli wczoraj z Ostoi – powiedziałem, bekając po wypitym piwie.
- Uciekły? Jak Bobru to przyjął? – zapytał.
- Pewnie będzie przybity, w końcu nawet ja widziałem, że polubił tą dziką dziewczynę – wtrącił się Dymitr.
- Mówicie, o takiej czarnowłosej, ubranej na czarno dziewczynie? Chyba widziałam ją, jak tu przyjechałam. Witała się z Bobrem – odpowiedziała nieco nieprzytomnie Ruda, jakby próbowała sobie przypomnieć, co tak właściwie się wtedy stało.
- Tak, to na pewno ona – stwierdził Gigant.
- Ja tam jej nie lubiłem, więc tęsknić nie będę – dodałem. Wciąż pamiętałem ciało swojego brata pod mostem w Królowym Moście. To była jej sprawka i chociaż później Bobru zgodził się z nią na sojusz to nigdy nie mogłem jej do końca wybaczyć.
                Nagle usłyszeliśmy głos Szeryfa, dobywający się z zewnątrz, wzmocniony przez megafon.
- Chyba czas na nas – powiedział Dymitr i podniósł się. Ruda, Gigant i ja również wstaliśmy i skierowaliśmy się do wyjścia.
                Wyszliśmy na zewnątrz, gdzie było teraz mnóstwo ludzi. Na podwyższeniu stał Bobru, Szeryf, Karzeł, ksiądz Jan oraz postać z workiem na głowie, która była związana. Karol oraz Dymitr wymienili jakieś słowa pokazując sobie księdza, ale nie skomentowali tego na głos, więc nie pytałem nawet o co chodzi. Prawdopodobnie zastanawiali się dlaczego nie ma Józefa, ale nie chciało mi się teraz o tym opowiadać. Ten apel zapowiadał się ciekawie, jeżeli miał być połączony z egzekucją Jakuba.
                Dołączyliśmy do tłumu i stanęliśmy po prawej stronie, żeby być całkiem blisko sceny, a zarazem nie być w centrum uwagi. Ceremonia rozpoczęła się, kiedy usłyszeliśmy w głośnikach głos Jana.
- Myślisz, że to może być on? – zapytał niedowierzając Dymitr.
- Na to wygląda… - odpowiedział Gigant.
- Możecie powiedzieć, o czym tak zażarcie dyskutujecie? – zapytałem.
- Chyba jest ze mną coś nie tak, ale ten ksiądz wygląda dokładnie tak samo jak dowódca Gangu, którego spotkaliśmy na moście między Czwartym Posterunkiem a Toruniem – wytłumaczył Gigant. Właściwie to nie zdziwiłoby mnie to, gdyby Dziara współpracował z Gangiem, ale podobno ich dowódca nie żył już, co wytłumaczyłem szybko reszcie.
- Sam już nie wiem – stwierdził Gigant patrząc na scenę, gdzie Jan przekazał głos Bobrowi.
- Ja również was witam, dzisiaj zastąpię Dziarę jako kapitan Czerwonych Flar i będę się starał pomóc wam w ubezpieczaniu tego apelu – powiedział dosyć pogodnym głosem. Przez tłum przeszła fala szeptów. Z bliska dało się usłyszeć, że ludzie pytają co z Dziarą i dlaczego Bobru go zastąpił na tak ważnym wydarzeniu.
- Nie wiem czy słyszeliście – podjął Bobru – ale Dziara został zaatakowany wczorajszego wieczora. Jego stan jest stabilny, ale poleży trochę w szpitalu i w tym czasie ja przejmę jego obowiązki. Jeżeli kogoś interesuje posada Czerwonej Flary to przeprowadzam nabór i chętnych zapraszam do Kwatery Głównej. Przypominam, że aktualny skład Czerwonych Flar to ja, Dziara, Pablord, Mateusz, Maciek, Agnieszka, Wiktoria oraz Filip. Szukamy dwóch nowych osób, które zasilą nasze szeregi, żeby Ostoja pozostała miejscem takim jak jest teraz, a nawet lepszym – wyrecytował Bobru. Myślałem, że poradzi sobie nieco gorzej z wystąpieniem przed tak dużą publiką oczekującą od niego wielu rzeczy, ale radził sobie całkiem nieźle i mówił swobodnie i z przekonaniem.
                Gigant uśmiechnął się.
- Myślicie, że jest szansa, żebym się dostał? – zapytał jakby sam siebie, chociaż pytanie było skierowane do nas.
- Jak Bobru jest tak wysoko, myślę, że nie będziesz miał z tym najmniejszych problemów – powiedziałem.
- Ja chcę dodać od siebie, że dalej pracujemy nad sprawami ostatnich incydentów  w Ostoi – włączył się do rozmowy Szeryf – i postaramy się złapać sprawców. Niestety podejrzewamy, że osoby odpowiedzialne za zdarzenia z ostatnich tygodni w Ostoi zbiegły i ze złapaniem ich będzie pewien problem, ale postaramy się ich złapać nawet poza granicami Ostoi – zapewnił i oddał megafon Janowi, który zaczął czytać przypowieść z Pisma Świętego.
                Cały plac milczał, chociaż gdzie nie gdzie dało się słyszeć szepty. Ludzie dyskutowali, a propos ostatnich zdarzeń i nie dało się ukryć, że każdy miał swoje zdanie. Jakaś para stojąca obok naszej grupy przeklinała Karła i jego ostatnie działania, a z kolei dwóch starszych mężczyzn stojących na lewo od nas domagało się stracenia Dziary zaraz obok Jakuba.
                W końcu po paru historiach opowiedzianych przez Jana, ten przekazał głos Karłowi. Wojciech stanął na przedzie i zaczął mówić.
- Przejdę teraz do mniej przyjemnej części całego tego apelu, chociaż dla wielu może ważniejszej i bardziej ciekawej – zapowiedział po czym podszedł do więźnia – Za chwilę ten oto człowiek za wszystko co zrobił zostanie powieszony publicznie, ku przestrodze innych przestępców, którzy chcą zniszczyć naszą społeczność. Moim zadaniem jako waszego dowódcy jest pilnowanie porządku i postaram się dopełnić swojej roli. Ten człowiek jest oskarżony o liczne morderstwa przed pojawieniem się w Ostoi oraz w samym kompleksie. Dodatkowo jest podejrzany o kanibalizm oraz ucieczkę z więzienia. Czas z tym skończyć – to mówiąc sięgnął ręką, żeby rozwiązać worek na jego głowie i go uwolnić, ale w tym momencie przerwał mu Jan. Ksiądz podszedł i szepnął coś do niego. Ten spojrzał nieco zdziwiony najpierw na niego, a potem na Bobra.
                Obserwowaliśmy całą sytuację wraz z innymi z lekkim niepokojem, a po chwili zauważyliśmy, że Karzeł rozcina więzy krępujące ręce Jakuba i uwalnia go. Następnie poprowadził go na podest, gdzie ustawiono prowizoryczną szubienicę, ale coś nie pasowało. Jakub szedł bardzo nienaturalnie, jakby nie miał sił i widząc to sięgnąłem odruchowo po pistolet. Coś było nie tak. Nie zareagowałem jednak głośniej, a mogłem. Po prostu obserwowałem jednak, jak pozostali ludzie, a teraz była tu praktycznie cała Ostoja nie licząc ludzi pilnujących barykad, chorych oraz tych, których to kompletnie nie obchodziło. Zapadła cisza, kiedy Jakub był ustawiany na podeście i Wojciech sięgnął do worka przykrywającego jego głowę i go odsłonił.
                Wtedy, nawet z daleka, dało się zauważyć coś strasznego. Twarz Jakuba wyglądała jeszcze gorzej niż zazwyczaj. Pomarszczone oblicze zamiast normalnego koloru było sine i po chwili dało się wywnioskować, że Jakbu już nie żył. Był zombie. Nikt nie zdążył jednak zareagować i po chwili wszyscy wydali z siebie głośne „oooch…”, kiedy zombie kanibala wgryzło się w szyję zaskoczonego dowódcy Ostoi i uwolniło falę czerwonej jak wino krwi. Pierwszą osobą, która zareagowało był Bobru, ale było już oczywiście za późno. Karzeł upadł tarzając się w kałuży własnej krwi, a zombie nie zaprzestało uczty.
                Bobru wyciągnął pistolet i wymierzył w głowę trupa oddając jeden, celny strzał. Wszyscy na około zaczęli panikować, a ja nie wiedziałem co się dzieje. Niektórzy zaczęli odbiegać w panice do tyłu popychając całą naszą grupę, ale nie łatwo było się przebić przez Giganta. Szeryf stał z szeroko otwartą buzią nie mogąc uwierzyć w to co się stało, ale wtedy stało się coś jeszcze bardziej zaskakującego. Bobru wskazał palcem księdza. Z racji iż miał w rękach megafon krzyknął.
- To twoja sprawka. Ty uwolniłeś zakładnika i dałeś mu zginąć! – ryknął tak przerażająco, że niektórzy dołączyli się do uciekających. Szeryf podbiegł do Karła próbując go uratować, ale wiedział, że nic już nie zdziała. Zombie ugryzł Wojciecha prosto w szyję. Nie było ratunku. Bobru nie czekał. Wymierzył w Jana i strzelił parę razy. Wszyscy zamilkli i było słychać dokładnie, gdy ciało księdza upadało na drewnianą posadzkę. Rozpętał się prawdziwy chaos.

czwartek, 5 marca 2015

Rozdział 22: Pozostałości

Rozdział 22, ostatni w pełni poświęcony Bobrowi w tym tomie (25 jak w poprzednim tomie będzie zlepkiem trzech perspektyw). Po akcji Łapy, Magdy i Miczi i ich ucieczce Bobru zostaje z paroma problemami do załatwienia i dosyć ciężką sytuacją panującą w Ostoi. Czy Dziara przeżył atak Łapy? Jak zareagują ludzie Daliona na wiadomość o śmierci ich przywódców? Wszystko w tym niedługim rozdziale :) Zapraszam do czytania i standardowo proszę o komentarz i rozesłanie bloga znajomym.

----------------------------------------------

Rozdział 22 (Bobru): Pozostałości

               
                A więc na tym polegał cały tajemniczy plan Łapy oraz, jak się okazało, Miczi i Magdy. Nie byłem na nie zły, bo sam miałem absolutnie dość tego wykańczającego zarówno psychicznie jak i fizycznie piekła, jakim był Toruń. Ale mimo tego bolało mnie, że wszystko, na co tak ciężko pracowałem, rozpadało się z dnia na dzień. Toruń miał być bezpiecznym miejscem. Miał chronić przed rzeczami z zewnątrz i w tym akurat sprawdzał się całkiem dobrze. Niestety większym problemem byli ludzie i to ci z samego Torunia. Działania Dziary zbierały swoje żniwa i musiałem z nim o tym koniecznie porozmawiać, ale teraz miałem większy problem.
                Stałem wraz z Ernim w pokoju, gdzie przed chwilą miała miejsce rzeź. W kącie dalej leżał strażnik Daliona, któremu któraś z dziewczyn skręciła kark. Obok w kałuży krwi leżał Karzeł, który był na chwilę obecną nieprzytomny, ale byłem pewien, że jak się obudzi będzie jeszcze gorzej, bo będziemy musieli mu wytłumaczyć, że Magda i Miczi uciekly. Po drugiej stronie sali wisiał trup Daliona, pozbawiony ręki, członka oraz sutka, a pod nim ogromne cielsko Smroda. Jak mogliśmy teraz wytłumaczyć to ludziom, którzy czekali na swoich przywódców. Co gorsza paru z nich dalej było w szpitalu, po prostu zostali w poczekalnie, gdzie odsypiali ciężką noc.
                Jedynym racjonalnym wyjściem było zabicie ich. Byli tak ślepo posłuszni Dalionowi, że na pewno nie dało się ich po prostu przeprosić, za zabicie ich dowódcy. Wyobrażałem sobie reakcje Giganta, Łapy lub Erniego, którzy usłyszeliby podobną rzecz. Kolejne ofiary były jednak tak straszną perspektywą, że aż zrobiło mi się słabo. Musieliśmy z nimi porozmawiać, a przynajmniej spróbować. Potrzebowałem teraz Dziary.
- Stary zostań z nim i jak się obudzi spróbuj mu jakoś wytłumaczyć to, co się stało, ok? – poprosiłem Erniego.
- Jasne… postaram się. Dobrze być znowu tutaj… - odpowiedział.
                Przeszedłem przez otwór, w którym parę minut temu były drzwi i powoli ruszyłem w stronę wyjścia ze szpitala. Starałem się ominąć poczekalnie, dlatego poszedłem kompletnie inną stroną budynku i już po chwili byłem na zewnątrz. Był środek nocy, po Miczi i Magdzie nie widać było śladu i nie dziwiłem się. Gdyby zostały po tym co zrobiły tutaj, to na pewno nie wyszłoby im to na dobre. Ruszyłem szybkim krokiem w stronę Kwatery Głównej.
                Dziwiło mnie, że Dziara kompletnie nie zainteresował się wymianą, ale ciągle zapominałem, że nie on tu rządzi, a przynajmniej nie na razie. Miasteczko już nie spało. Było jeszcze ciemno i zimno, ale mimo tego ludzie chodzili po ulicach w świetle latarni, jakby bali się, że gdy zasną stanie się coś złego. Ostoja znowu stawała się bezpiecznym miejscem, północna barykada spełniała swoją funkcję i była już tylko ulepszana, a strażnicy coraz liczniej patrolowali barykady i ulice.
                Wszedłem w charakterystyczną, ciemną uliczkę, która prowadziła prosto do Kwatery Głównej oraz północnej barykady. Na tym zakręcie, na którym spotykały się trzy uliczki, straciłem już dwie, cenne dla mnie osoby – Sołtysa i Natalię. Zawsze gdy tędy przechodziłem czułem się nieco nieswojo. Uczucie to potęgował fakt, że teraz byłem tu praktycznie całkowicie sam. Przyjechały tutaj trzy duże ekipy, a teraz zostały zaledwie niedobitki. Splunąłem na lewo od siebie i wziąłem głęboki oddech. Czemu to wszystko musiało być takie skomplikowane?
                Doszedłem do Kwatery Głównej i ostrożnie otworzyłem drzwi. Nie wiedziałem czy Dziara spał czy siedział, a nie chciałem go budzić. Gdy jednak zauważyłem światło w salonie to krzyknąłem:
- Dziara? Mogę wejść?
Odpowiedziała mi głucha cisza, więc nie wiedziałem do końca co mam zrobić. W końcu postanowiłem zamknąć za sobą drzwi i wejść. Kiedy spojrzałem na stół, przy którym zazwyczaj siedział Dziara to zobaczyłem coś strasznego. Mój przyjaciel, bo mimo wszystkiego co się stało, to nadal go tak mogłem nazwać, siedział związany, a z jego ust spływała strużka zaschniętej krwi. Miał on zamknięte oczy.
                Z początku się przestraszyłem, że on nie żyje, ale gdy podbiegłem i przyłożyłem dłoń do jego ust to zobaczyłem, że oddycha. Przyglądając się mu bliżej dostrzegłem coś w jego ustach i po chwili z obrzydzeniem wyjąłem z nich dwa kciuki. Obiegłem go i szybko zidentyfikowałem, że to były jego palce. Wtedy zdałem sobie sprawę, że ktoś tu może być ze mną, więc wyciągnąłem pistolet i rozejrzałem się po pokoju. Szybko sprawdziłem parter, ale nie znalazłem nikogo.
                Rozwiązałem go przy użyciu noża i delikatnie położyłem na ziemi. Następnie wybiegłem przed budynek szukając kogokolwiek z strażników, ale nikogo nie zauważyłem. Pobiegłem szybko zastanawiając się, co właściwie się tu stało. Czy to sprawka Miczi i Magdy? A może brała w tym udział Łapa? Była też możliwość, że Dziarę dorwał ktoś inny, nie mogłem być aż tak podejrzliwy. Wbiegłem na kolejną uliczkę i tam zauważyłem patrol strażników, wolno spacerujący po ulicy. Gdy mnie zobaczyli zatrzymali się na chwilę, a ja podbiegłem do nich.
- Chodźcie, wasz szef jest ranny, musicie mi pomóc – krzyknąłem łapiąc powietrze. Ruszyli za mną i po chwili wszyscy staliśmy przy Dziarze.  Strażnicy zrobili prowizoryczne nosze i wzięli Dziarę do lecznicy, a w tym czasie na miejscu przestępstwa pojawił się Szeryf. Wszyscy, na czele ze mną, byli zdziwieni tym co się tu stało. Sama nieobecność Dziary podczas wymiany była dziwna, ale widocznie nie była spowodowana zwykłym brakiem zainteresowania, a związaniem.
                Szeryf wyglądał wyjątkowo staro gdy sprawdzał biurko Dziary przyglądając się szklance z alkoholem, która leżała przewrócona. Ostatnio miał sporo pracy, szczególnie wiele od naszego przyjazdu do Torunia, gdzie zaczęło się od morderstwa Natalii, uwolnienia Jakuba, zniszczenie barykady, a teraz musiał główkować z zamachem na Dziarę oraz masakrą w szpitalu. Gdy obejrzał miejsce zbrodni podszedł do mnie.
- Znalazłeś go związanego z kciukami włożonymi do ust? – zapytał.
- Tak… chciałem z nim porozmawiać o tym co się stało w szpitalu i gdy wszedłem to był związany… - wytłumaczyłem.
- Będę musiał cię dodatkowo przesłuchać… - zaczął Szeryf.
- Mnie? Naprawdę mnie podejrzewasz? Zobacz w jakim on był stanie jak go znalazłem. Ernest i Wojciech potwierdzą, że pół godziny temu byłem jeszcze w szpitalu – odpowiedziałem zdenerwowany.
- Jak nie ty, to musiała to być ta twoja dziewczyna. Przydzieliłem jej strażnika, bo była pierwszą podejrzaną w sprawie o morderstwo Natalii i znalazłem jego ciało w jej mieszkaniu, a właściwie pod drzwiami do jej mieszkania – odpowiedział.
                To była kolejna nieciekawa informacja. Zawsze krążyły plotki, że to Łapa mogła stać za zabójstwem Natalii, ale ja wciąż w to nie wierzyłem. Nie wiem czy bałem się prawdy, czy jej po prostu nie chciałem poznać, ale wciąż trwałem w przekonaniu, że Łapa nie miała z tym nic wspólnego. Ta ucieczka jednak była dziwna. Rozumiałem, że sytuacja w Ostoi potrafiła wykończyć psychicznie, ale wciąż było to bardzo podejrzane. Szeryf, chociaż był ciężkim do polubienia człowiekiem, znał się na ludziach . Zazwyczaj jego podejrzenia były trafne i mogło się okazać, że tak naprawdę Magda i Łapa sporo namieszały w tym miejscu.
- Wiesz gdzie ją mogę znaleźć Bobru? – zapytał, widząc, że zamyśliłem się.
- Obawiam się, że uciekła z Ostoi.
- To chyba oczywisty dowód, nie uważasz? – zapytał Szeryf, po czym odszedł na bok pozostawiając mnie swoim myślom.
                Dziara został przetransportowany do szpitala i póki co był nieprzytomny, więc nie mogłem z nim porozmawiać, ale wciąż pozostawała jedną rzecz, którą musiałem zrobić jeszcze przed położeniem się spać. Rozwiązanie problemu z ludźmi Daliona, którzy prawdopodobnie wciąż nie wiedzieli o tym, że obaj ich dowódcy już nie żyli. Westchnąłem cicho i opuściłem Kwaterę Główną zastanawiając się, kto powinien ze mną pójść z nimi porozmawiać. W głębi myśli, czułem, że osoby, które ze mną tam pójdą , będą narażone bo zapewne rozmowa skończy się kolejnym rozlewem krwi. Była jeszcze opcja, żeby po prostu ich olać, ale ten problem i tak zapewne wróci, więc tym razem zdecydowałem się na ucięcie go przy samym korzeniu.
                Najpierw ruszyłem do szpitala, gdzie teraz chodziło sporo strażników. Pokój gdzie leżał Dalion został wysprzątany i wyglądało jakby właściwie nic tu się nie stało i na pewno gdybym nie widział tego na własne oczy to w życiu bym w to nie uwierzył.  Ciała również zostały gdzieś przetransportowane. Erniego znalazłem w poczekalni, gdzie było również związanych dwóch ludzi Daliona. Dwóch strażników siedziało obok i piło herbatę, a Erni, wyraźnie przybity, obserwował zakładników. Podszedłem do niego i przywitałem się.
- Dziara został zaatakowany… - powiedział nieprzytomnie Erni.
- Dobrze, że poszedłem do niego dzisiaj… - odpowiedziałem.
- Może dobrze, może źle – odpowiedział złowrogo.
- Co z nimi? – zapytałem zmieniając temat.
- To dwa typowe popychadła, raczej nie dadzą nam szans na normalną wymianę – powiedział Erni.
- Będę cię potrzebował. Wiem, że jesteś zmęczony, ale wymiana musi dojść do skutku, a nie będziemy ryzykować życiem Karła, kiedy jeden z naszych dowódców leży w szpitalu.
- No nie wiem stary… ledwo trzymam się na nogach, ten wyjazd mnie wykończył – przyznał Erni. Wyglądał rzeczywiście bardzo kiepsko.
- Weźmiemy ze sobą parę osób i nam się uda. Potrzebuję cię.
                Kiciuś jeszcze chwilę milczał po czym kiwnął głową i wstał.
- Kto jeszcze z nami pójdzie? – zapytał.
- Potrzebujemy kogoś, kto zdecydowanie powinien być u naszego boku jak za starych, dawnych czasów – powiedziałem tajemniczo, po czym ruszyłem z towarzyszem w stronę wyjścia ze szpitala. Nie odeszliśmy daleko. Naszym celem był budynek więzienia.
- Gigant? – zapytał z niedowierzaniem Erni.
- I ten pół-rusek Dymitr. Dziara póki co nie sprzeciwi się, a wręcz się ucieszy i tak miał ich na dniach uwolnić. Z ich pomocą powinno być nieco łatwiej.
- Ale weźmiemy z nami jeszcze paru strażników, tak? – zapytał.
- Jasne, że tak – odpowiedziałem.
                Podeszliśmy do drzwi więzienia i otworzyliśmy je. Przysypiający strażnik zerwał się wyciągając niezgrabnie pistolet i mierząc w nas. Po chwili jednak rozpoznał nasza dwójkę i opuścił broń.
- Czego tu szukacie panowie? – zapytał zaspanym głosem. Był nieco starszy od nas i zdecydowanie masywniejszy i bardziej umięśniony. Mimo tego zwracał się do nas z szacunkiem i wyglądał na nieco zażenowanego tym co się stało. Udawaliśmy jednak, że nic nie widzieliśmy i przeszliśmy od razu do konkretów.
- Chcę, żebyś wypuścił więźniów, którzy siedzą tu za sabotaż północnej barykady. Są niewinni, a prawdziwi sprawy uciekli – powiedziałem spokojnym tonem.
- Eee… - zawahał się na chwilę chłopak jakby nie wiedząc co zrobić – Nie mogę bez… no wiecie bez nikogo z góry. Szef się wkurzy – odpowiedział.
- To jest rozkaz z góry – odpowiedziałem po chwili zastanowienia – Dziara kazał ich wypuścić – dodałem po chwili.
- Och. Niech będzie, ale jak co złego to nie ja – odpowiedział, po czym teatralnie opadł na krzesło udając, że nas nie widzi.
                Minęliśmy go zabierając z wieszaka kluczę i schodząc do piwnicy z celami. Szybko zlokalizowaliśmy dwie cele, położone po prawej stronie korytarza.  Zarówno Gigant jak i Dymitr spali, więc musieliśmy ich budzić i szybko tłumaczyć, co się dzieje.
- Mam wrażenie jakbym od dawna był poza akcją – przyznał Gigant, po tym jak się z nim przywitałem i szybko streściłem całą sytuacje.
- Nie martw się, teraz będzie lepiej. Sporo się pozmieniało, ale jesteście już niewinni. W sumie nigdy nie wątpiłem w twoją niewinność – odpowiedziałem, klepiąc go po plecach.
- I co teraz mam dokładnie zrobić? – spytał, gdy byliśmy już przed budynkiem.
- Gdzie jest twoja broń? – zapytałem.
- Prawdopodobnie w środku w schowku policyjnym. Odbierzemy ją? – zapytał.
- No jasne.
                Wróciliśmy jeszcze na chwilę na posterunek i po chwili Gigant wyglądał tak jak kiedyś, jedynie nieco mizerniej. Na plecach miecz, a na twarzy szeroki uśmiech. Dymitr również się cieszył. Erni rozmawiał z nim o czymś kawałek za nami, a my kierowaliśmy swoje kroki w stronę jednej z barykad wschodnich, za która czekała na nas zgraja Daliona. Przy samej barykadzie, tak jak się spodziewałem, stało więcej strażników niż zazwyczaj, więc gdy tylko się tam zjawiliśmy to wytłumaczyłem im sytuacje i poprosiłem o wsparcie. Cała szóstka wyraziła chęć pomocy, więc zabrałem całą zebraną drużynę na bok, żeby przedstawić im plan działania. Byłem zmęczony, ale zdeterminowany.
- Zasada jest prosta, ja z nimi porozmawiam i postaram się dogadać. Jeżeli wyciągną bronie to my też je wyciągniemy, ale postarajcie się żeby nie doszło do strzelaniny. Ten dzień i tak był ciężki. Nie warto oddawać życia kolejnych osób, jeżeli jest szansa rozwiązania tego w pokojowy sposób – wytłumaczyłem – Ci ludzie będą źli i zmęczeni, tak samo zresztą jak my, więc po prostu bądźcie wyrozumiali i nie dajcie się sprowokować. Ostrzegam, że to może być trochę jak negocjacje z zombie, więc miejcie się na baczności.
                Strażnicy kiwnęli głowami na znak zrozumienia, sprawdzając stan ekwipunku, Gigant poprawił pozycje miecza, tak żeby był łatwiejszy do wyciągnięcia, Dymitr odpalił papierosa i zniknął w kłębie dymu, a Erni stał z kamienną twarzą i w milczeniu słuchał. Gdy wszyscy byli gotowy, kazałem otworzyć bramy i wyszedłem przed nie. Obozowisko ludzi Daliona zaczynało się pod koniec tej uliczki, już z daleka widać było samochody i ludzie wędrujących pomiędzy nimi. Odetchnąłem głęboko, a para z moich ust uleciała w górę. Deszcz już nie padał, ale zrobiło się momentalnie bardzo zimno. Pierwszy raz opuszczałem mury Ostoi jako ktoś, kto reprezentował w pełni jej interesy. Jako dowódca. Karzeł był teraz zajęty wraz z Szeryfem swoimi sprawami, a Dziara leżał nieprzytomny. Musiałem im pomóc, bez względu na to ile złego mnie w tym miejscu spotkało.
                Gdy byliśmy blisko prowizorycznego obozu, usłyszeliśmy krzyki. Po chwili około sześciu bandytów obserwowało nas z broniami w rękach. Nie celowali jednak do nas, ale było to dosyć niebezpieczne i idąc zacisnąłem ciaśniej dłoń na mojej spluwie. Stanęliśmy parę kroków od ludzi Daliona, żeby pokazać im, że nie mamy złych zamiarów i czekaliśmy, aż oni ustawią się tak, jak chcą.
- Czego? – zapytał łysy mężczyzna, mający więcej masy mięśniowej na ręce niż ja na całym ciele.
- Przychodzimy w pokoju, chcemy z wami negocjować – powiedziałem spokojnie i stanowczo.
- Jak to? Przecież wymiana już była, parę godzin temu. Oddaliśmy wam więźniów i wzięliśmy zapasy – zdziwił się łysy mężczyzna, a drugi obok niego pokiwał głową pokazując, że tak właśnie było.
- Nie chodzi o to – zacząłem, zastanawiając się co powiedzieć – Chodzi o to, że musicie stąd odejść już teraz. W tej chwili.
                Łysy popatrzył się po swoich kompanach. Było ich w sumie około piętnastu i wszyscy łypali małymi oczkami po mnie i moich towarzyszach.
- Chyba się nie rozumiemy chłopaczku, w waszym obozie wciąż są nasi kumple – odpowiedział ukazując wybrakowane uzębienie i wyraźnie przyciskając kolbę broni do ramienia.
- Powiedzmy, że miał miejsce wypadek. Ale nie chcemy kłopotów, to był nasz błąd. Nasz przywódca leży teraz w szpitalu, a wasi ludzie nie żyją. Wszyscy oprócz dwóch, którzy eskortowali waszych przywódców do Ostoi. Niestety, jest mi przykro. Naprawdę bardzo przykro.
Byczek podniósł broń i po chwili celowało we mnie około piętnastu luf. Nogi się trochę pode mną ugięły, ale kiedy usłyszałem, że moi ludzie robią to samo, to podniosło mnie to odrobinę na duchu. Podniosłem jednak rękę, prosząc ich, żeby nie strzelali.
- Zabiłeś naszych przywódców, pomimo tego, że oddaliśmy wam zakładników? Ty jebany skurwysynie! – wrzasnął łysy i podszedł nieco bliżej.
- Nikt z Ostoi nie zabił waszych przywódców. Zrobiła to dziewczyna, która chciała się na nich zemścić, bo jakiś czas temu ją skrzywdzili. Teraz uciekła na południe, z paroma innymi ludźmi. Nie ma sensu ich gonić. A tutaj nie znajdziecie nic oprócz problemów. Czy warto? – zapytałem.
                Łysy fuknął groźnie, po czym opuścił broń.
- Kiedyś się jeszcze spotkamy. Nie odpuścimy tego, teraz wy macie przewagę, ale kiedyś może być odwrotnie – powiedział.
Tak po prostu odpuszczają, pomyślałem. To było zbyt łatwe. Przynajmniej raz dzisiaj udało się nam coś osiągnąć bez przemocy.
- Będziemy kręcić się w okolicy. Do czasu, aż oddacie nam naszych ludzi, którzy przeżyli pobyt w waszym szpitalu. A potem odejdziemy, ale jeszcze kiedyś się spotkamy – powtórzył znowu.
- Nie jesteśmy waszymi wrogami. To wy złapaliście naszych ludzi w zasadzkę. My chcieliśmy pomóc, niestety nie wyszło – powiedziałem.
                Nikt z ich grupy nie odpowiedział. Odwróciliśmy się i bałem się, że wtedy właśnie padną strzały, ale tak się nie stało. Wróciliśmy normalnie i w sumie cieszyłem się z takiego rozwoju sprawy. Nie dość, że nikt więcej nie zginął to dodatkowo uwolniłem Giganta. Sytuacja stawała się stabilna. Erni wrócił do swojego mieszkania żeby odpocząć, a ja w tym czasie zdecydowałem się na to, żeby wraz z Karolem i Dymitrem pójść do szpitala i wypuścić dwóch zakładników. Zasłużyli na to.
                Około godzinę później, gdy wszystko było już załatwione, wróciłem do mieszkania Łapy. W żadnym wypadku nie miałem ochoty spać w Kwaterze Głównej, gdzie mieszkania na piętrze zajmowali członkowie Czerwonych Flar. Musiało być tam teraz w miarę pusto, skoro jedynymi Czerwonymi Flarami w Ostoi byli Mpd i Wiktoria, jednak wciąż wolałem wrócić do mieszkania, w którym jeszcze parę dni temu spędzałem upojne chwilę z Łapą. W sumie pomimo tego, że trochę mi jej brakowało to cieszyłem się, że jej nie ma. Zawsze brałem związek z nią ,za coś złego chociaż przyjemnego. Teraz siedziałem sam i chociaż byłem piekielnie zmęczony to nie mogłem zasnąć. Dopiero po pół godzinie i dwóch lampkach wina zamknąłem oczy i zasnąłem.
                Obudziło mnie stukanie do drzwi. Za oknami było już jasno i świeciło słońce. Po chmurach nie było ani śladu. Z racji iż zasnąłem w ubraniu to nie miałem problemu z ubieraniem się. Zwlokłem się z łóżka i powoli podszedłem do drzwi. Zobaczyłem po drugiej stronie Wiktorię.
- Hej. Dziara się obudził i prosił żebym po ciebie wpadła – powiedziała na dzieńdobry.
- Hej… Dziara? Dopiero wstałem, dasz mi chwilkę? Wejdź proszę – powiedziałem, po czym wpuściłem ją i poczekałem, aż usiądzie. Sam wziąłem dzbanek z wodą i nalałem jej i sobie po szklance. Suszyło mnie w buzi i bolała mnie głowa, ale bywało gorzej.
- Jak się czujesz? Po tym co się stało? – zapytała.
- Bywało lepiej – skwitowałem.
- Wiesz jak chcesz mogę ci pomóc… no wiesz jak sobie nie radzisz, czy coś – zaproponowała.
                Milczałem. W ciszy wpatrywałem się w okno pijąc powoli wodę.
- Jak twoja noga – zapytałem w końcu.
- Z dnia na dzień coraz lepiej, dzięki – odpowiedziała.
Dopiłem resztę wody i wstałem.
- Chodźmy, chcę mieć to za sobą – czułem się teraz naprawdę zmęczony. Jak nigdy dotąd. Musiałem trochę odpocząć przed następnymi działaniami, a byłem pewien, że spotkanie z Dziarą spokojnie się nie skończy. Po drodze zamieniłem parę słów z Wiktorią, ale byłem raczej cicho. Cieszyło mnie to, że traktowała mnie jak przyjaciela i chciała pomóc, ale wciąż nie miałem na to humoru. Doszliśmy do szpitala i tam poszedłem prosto do sali, na której leżał Dziara. Miał zabandażowane obie ręce i parę plastrów na twarzy. Dodatkowo obwiązali mu także brzuch.
                Wiktoria kiwnęła tylko głową i wyszła zamykając za sobą drzwi i zostawiając nas samych. Dziara uśmiechnął się pod nosem.
- Przykro mi – powiedziałem cicho, ale słyszalnie.
- To nie jest twoja wina. To wina mojej głupoty, drogi przyjacielu. Byłem głupim chujkiem, który chciał osiągnąć coś za zbyt dużą cenę. Chciałem cię przeprosić – powiedział Dziara poważnie. To mnie zdziwiło. Spodziewałem się, że jak wejdę to będzie się mnie czepiał, bo to w końcu moi ludzie go okaleczyli. Może stało mu się coś w głowę?
- Och… nie to nie twoja wina – powiedziałem.
- Jasne, że moja wina. Miałem stabilną sytuację, a zachciałem więcej. Dlatego te wszystkie ataki Gangu, wymiany, rozwalone barykady i inne. Teraz jednak chcę się zmienić. Chcę być przywódcą, którego szanują. Oczywiście chcę też budzić strach, ale to już inna sprawa. Jutro zakończymy życie Karła i zaczniemy nowy rozdział w Ostoi. Ty, ja i Czerwone Flary. Co ty na to?
                Byłem nieco zdziwiony tym co mówił.
- Dalej chcesz zabić Karła? – zapytałem dosyć cicho, jakby w obawie, że ktoś nas podsłuchuje.
- Za dużo osób oddało życie żeby teraz z tego zrezygnować. Zresztą jest jeszcze Gang. Pamiętasz ten atak sprzed paru dni? To nie byli wszyscy członkowie Gangu. Jest ich nadal paru i nadal żyje Jan. Jutro rozprawimy się z wszystkim podczas mszy. Zaraz przedstawię ci cały plan. Może zacznę od tego, że jutro będziesz mnie tam reprezentował u boku Karła. Będziesz tymczasowym dowódcą i sprawisz, że Karzeł zginie. Rozumiemy się?