środa, 14 stycznia 2015

Rozdział 12: Dwie Strony

Rozdział 12, kolejny z perspektywy Magdy. Czytajcie uważnie bo są tu pewne wydarzenia (szczególnie pod koniec rozdziału), które powiedzą wam trochę o losie pewnej postaci, który poznacie dopiero w kolejnym rozdziale za 5 dni. Po przeczytaniu proszę o komentarz i rozesłanie bloga znajomym, miłego czytania ;)

----------------------------------------------

Rozdział 12 (Magda): Dwie strony


                Nie pamiętam kompletnie drogi z więzienia gdzie doszło do masakry. Jedyny fakt, który utrzymywał mnie przytomną to Jakub idący obok mnie. Człowiek, który miał być skazany, a został uwolniony przy mojej pomocy. Jeżeli wpadlibyśmy na jakiś patrol to prawdopodobnie byłoby po nas. Rana w nodze bolała i krwawiła, ale przyłożyłam do niej chustkę próbując chociaż odrobinę zatamować krwawienie. Czułam też przeszywający ból po lewej stronie twarzy, gdzie zostałam kopnięta. Z pewnością będę miała siniaka, a być może okaże się, że mam złamany nos lub szczękę.
                To co jednak było najbardziej szokujące to fakt, że zabiłam człowieka, oraz przyczyniłam się do śmierci dwóch kolejnych. Było to naprawdę dziwne uczucie. Pozbawić kogoś życia to jakby okraść go z najbardziej cennej, a wręcz bezcennej rzeczy. Musiałam jednak działać bo inaczej sama bym zginęła, a miałam dla kogo żyć. Musiałam jednak coś zrobić, bo jeszcze jedna niebezpieczna zachcianka Dziary i będzie mnie to kosztowało życie.
                Szliśmy jedną z pustych uliczek. Robiło się powoli ciemno, chociaż słońce dawało jeszcze wystarczająco ilość światła, więc latarnie się jeszcze nie paliły. Nagle usłyszałam kroki i podniesione głosy. Byliśmy całkiem niedaleko Placu Głównego, gdzie było teraz przemówienie. Słyszałam odległy, wzmocniony przez megafon i głośniki, głos Karła. Nie potrafiłam wyłapać słów, bo szumiało mi w głowie, a serce wydawało się bić tak głośno, że myślałam, że ogłuchnę. Głosy były coraz głośniejsze, ale Jakub zachował czystość umysłu i pociągnął mnie do jednego z zaułków, gdzie schowaliśmy się, za kartonami.
                Noga zaczęła mi powoli drętwieć, a mi robiło się ciemno w oczach. Kobieta zraniła mnie dosyć głęboko w udo i rana bolała straszliwie. Obserwowaliśmy w ciszy jak dwójka strażników idzie tam, skąd przed chwilą przyszliśmy my i bez żadnych podejrzeń mijają zaułek. Poczekaliśmy jeszcze chwilę, żeby przypadkiem nie wpaść na inną grupę.
- Idziemy do kościoła tak? – zapytał Jakub.
- A tak ci powiedział Dziara? – zapytałam.
- No – odpowiedział krótko.
- W sumie dobrze, katedra jest ulicę dalej – powiedziałem.
- To chodźmy dziewczyno – powiedział.
                Nie byłam pewna czy Jakub wie jaką rolę ma odegrać, ale podejrzewałam, że pogodził się ze swoim losem i jedyne co chce osiągnąć to zemsta na Karle i całej władzy Torunia. On wciąż uważał, że to nie on zabił Natalię, w co nie wierzyłam. To on był przy ciele i to musiała być jego wina. Ale nie uratowałam go, żeby go oceniać, tylko realizować plan Dziary i uwolnić brata. Zastanawiałam się, czy Dziara mnie nie oszuka, ale w sumie po śmierci Karła nie powinien mieć ku temu powodu.
                Trafiliśmy w końcu na odpowiednią uliczkę. Opadłam na chwilę na kolano, ale szybko się podniosłam. Nagle przypomniałam sobie o czymś, chwilę przed wejściem do środka.
- W środku nikogo nie będzie? – zapytałam.
- Nie. Twój szef mi mówił, że w ten dzień przygotuje to miejsce dla nas – zapewnił kanibal.
- Kiedy z nim rozmawiałeś?
- Parę dni temu – odpowiedział – Przyszedł do mnie z Bobrem i tych fiutem w kapeluszu – miał na myśli z pewnością Szeryfa.
Uchyliliśmy po cichu drzwi i wślizgnęliśmy się do środka. Dźwięk zamykających się drzwi odbił się echem od ścian budynku. Było tutaj rzeczywiście pusto, ale też pięknie. Wielkie witraże, obrazy oraz figury sprawiały, że całość prezentowała się naprawdę nieźle. Nie miałam czasu podziwiać, bo czułam, że zaraz zemdleję, a noga bolała mnie już tak, że nie dawałam rady nią normalnie poruszać, więc podskakiwałam niestabilnie na jednej.
                Schowaliśmy się w magazynie, który znajdował się po prawej stronie, przy jednym z konfesjonałów. Było tu parę mioteł, zapas wina mszalnego oraz kilka innych, mało ważnych rzeczy. Opadłam ciężko podwijając nogawkę spodni, żeby obejrzeć ranę. Wyglądało to średnio ciekawie, cięcie znajdowało się kawałek nad kolanem.
- Muszę stąd iść – wyszeptałam.
- Może poleje ranę tym winkiem? Na pewno to ci pomoże – zaproponował.
- Zrób to – wysyczałam. Nie mogłam po prostu zgłosić się do lecznicy, bo od razu skojarzyliby moją ranę z tym co się stało w więzieniu. I tak mogłam być podejrzana, bo nikt nie widział mnie na apelu, ale z tego jeszcze dało się jakoś wywinąć.  Jakub podszedł i przy pomocy mojego noża przeciął folię, którą była owinięta skrzynia z butelkami czerwonego trunku. Wziął pierwszą lepszą i dosyć sprawnie odkorkował ją ostrzem, po czym podał broń z powrotem mi.
- To może zaboleć – ostrzegł po czym pociągnął łyka, a następnie polał po mojej nodze. Pierwsze czego pożałowałam, to fakt, że nie miałam żadnego knebla i ugryzłam się do krwi w język. Następnie pożałowałam, że wplątałam się w tą aferę z Dziarą, a potem zemdlałam.
                Obudziłam się w łóżku. Nie swoim łóżku.  Szybko zorientowałam się, że jestem w Kwaterze Głównej. Próbowałam się podnieść, ale natychmiastowo poczułam przeszywający ból w nodze. Byłam ubrana w koszulkę, w której byłam oraz majtki. Moje spodnie wisiały na krześle obok łóżka. Rana na nodze była opatrzona i zabandażowana. Dotknęłam delikatnie dłonią policzka i tam poczułam bolesną opuchliznę. Jak ja to zakryje przed ludźmi w Ostoi?
- Nie martw się, nasmarowałem to maścią, a nogę opatrzyłem – powiedział mężczyzna, którego z początku nie poznałam, ale po chwili umysł mi się rozjaśnił. To był Jan, przywódca Gangu.
- Ile spałam? – zapytałam.
- Dziara przyniósł cię tu wczoraj wieczorem, prosto z kościoła. Dobrze się spisałaś – powiedział. W sumie był całkiem przystojny, miał na oko trzydzieści lat, ładne, piwne oczy oraz przystrzyżony zarost. Był jednak złym człowiekiem i moje chwilowe zauroczenie jego postacią szybko zniknęło.
- Gdzie on jest? – zapytałam.
- Zaraz tu przyjdzie i powie ci co dalej – powiedział uśmiechając się. Nie chciałam, żeby przychodził. To nie oznaczało nic dobrego.
                Jan spoglądał za okno na ulicę Ostoi. Przyszło mi do głowy pewno pytanie i zadałam je szybko.
- Kim ty właściwie jesteś?
Mężczyzna spojrzał na mnie. Zobaczyłam coś w jego oczach, ale ciężko było powiedzieć, co to znaczyło.
- Kimś, kto próbuje przywrócić porządek temu miejscu – odpowiedział tajemniczo.
- Myślisz, że zabicie Karła da ten porządek?
- Wiem jak patrzysz na tą sytuacje, ale uwierz, że Karzeł to strasznie słaby człowiek, który nie jest w stanie przewodzić tym miejscem. To miejsce musi być twarde i niezłomne. Nie uda się to, jeżeli na czele nie będzie stał Dziara – powiedział.
- Jesteście złymi ludźmi… wszyscy – szepnęłam.
- Tylko tacy potrafią przeżyć – wytłumaczył.
- Dokładnie! – powiedział Dziara wchodząc do pokoju –Dzień dobry Magdo, świetnie się spisałaś! Chociaż dziwi mnie to, że jesteś aż w tak kiepskim stanie – dodał po chwili siadając po drugiej stronie łóżka.
- Kogo podejrzewają? – zapytałam.
- Jakuba. Oficjalna wersja mówi, że kanibal zbratał się z resztą więźniów, zabili wspólnie strażnika, a następnie on zabił resztę i uciekł. Chowa się w jednym z magazynów kościoła, tam gdzie go zostawiłaś. Zaniosłem mu tam trochę jedzenia i picia oraz koce i ubrania. Jest teraz ważnym elementem w walce z Karłem – odpowiedział.
- Co teraz mam zrobić?
- Odpoczywać. Jutro będzie święto Ocalałych, wtedy przyjdzie czas na jedną z cięższych części planu, ale pamiętaj, że każda rzecz to krok bliżej do uwolnienia twojego brata – powiedział uśmiechając się.
- Nie wiem, czy dam radę powtórzyć coś takiego jak dzisiaj… Musiałam zabić człowieka i jeszcze ta cholerna noga – mówiłam patrząc mu prosto w oczy.
- Dzisiaj cię podkurujemy, a jutro zrobisz co trzeba i schowasz się gdzieś. Jutro będzie gorąco. Radzę ci po prostu to przeczekać w jakimś bezpiecznym miejscu -  poradził.
                Bałam się jutrzejszego dnia bardziej, niż czegokolwiek w moim życiu. Ale obiecałam sobie, że będę silna. Ludzie, którzy mnie otaczali, nawet Bobru czy Erni, byli tylko moimi przyjaciółmi, a walczyłam o swoją rodzinę. To było coś wielkiego i coś ważnego. Musiałam to pamiętać. Co prawda nie chciałam, żeby coś się stało moim przyjaciołom, ale byłam gotowa poświęcić wiele. To jak zmieniłam się w przeciągu ostatnich tygodni było niesamowite. Z przemądrzałej dziewuchy zmieniłam się w dziwny wrak człowieka.
- Pamiętaj, że obiecałeś mi brak ofiar z moich przyjaciół – przypomniałam.
- Pamiętam – zapewnił.
- Bobru wrócił? Albo Ernest? – zapytałam.
- Niestety jeszcze nie – odpowiedział, wstając i podchodząc do okna. Widać było, że o czymś myślał.
- To już cztery dni, czy to normalne? – zapytałam.
- Jak najbardziej. Agnieszka wróciła wczoraj po tygodniu wyprawy na Pierwszy Posterunek. Cała i zdrowa. To samo będzie z Czerwonymi Flarami oraz Zbłąkanym Ocalałym – powiedział.
- Mam nadzieję – wyszeptałam.
                Dziara i Jan opuścili pokój zostawiając mnie samą. Sama ze swoimi problemami. Nie mogłam się zwierzyć nikomu, bez narobienia większej ilości problemów lub spotkania się z niezrozumieniem. Miałam nadzieję, że Krystian nie martwił się, że nie wróciłam na noc do swojego mieszkania. Na pewno mnie szukał. Położyłam się, starając się odpocząć. Jeżeli jutro czekało mnie więcej pracy musiałam jak najbardziej się wykurować. Przez chwilę chciałam zawołać Dziarę i spytać, czy pozwoliłby mi może porozmawiać z bratem, ale wiedziałam, że nie pozwoli.
                Zasypiałam i budziłam się na zmianę. Pamiętam, że dwa razy przynosili mi jedzenie, a raz poszłam do toalety. Większość sił odzyskałam dopiero następnego dnia rano. Stałam o własnych siłach, ale wciąż kulałam. Opuchlizna z twarzy zeszła praktycznie całkowicie i dowiedziałam się, że to na pewno nie jest złamanie. Ucieszyło mnie to. Zawsze cieszyłam się z małych rzeczy. Zeszłam na dół i zastałam przy stole Dziarę, ubranego nieco bardziej elegancko, ale wciąż w jego stylu.
- Witaj, jak się czujesz? – zapytał.
- Lepiej… - powiedziałam utykając w stronę krzesła.
- To dobrze. Twoje zadanie dzisiaj jest proste, raczej nie powinnaś podczas niego poważnie ucierpieć. Będzie ci potrzebne to – powiedział wyjmując z szuflady paczuszkę. Podejrzewałam co to mogło być i Dziara utwierdził mnie w moich przekonaniach – To jest ładunek wybuchowy. Podłożysz go pod północną barykadę, tam gdzie są twoi przyjaciele, oczywiście nie będzie ich tam w momencie wybuchu – zapewnił widząc sprzeciw na mojej twarzy.
- Po co? – spytałam przerażona.
- Musimy zwiększyć dramaturgię całego wydarzenia, dodając zombie oraz dodatkowych członków Gangu.
- Oszalałeś?
                Dziara podniósł się i uderzył pięścią w stół.
- Nie mów mi jak mam rządzić i planować. Masz zrobić to, co ci każe! – krzyknął, a na jego twarzy pojawił się grymas. Teraz zauważyłam, że z pewnością nie radzi sobie tak dobrze jak by chciał. Sytuacja wymykała mu się spod kontroli.
- Spokojnie Dziara – włączył się do rozmowy Jan, który zszedł z piętra zapinając koszulę.
- Nie schodź tutaj. W każdej chwili ktoś z Czerwonych Flar może tu przyjść – powiedział Dziara.
- Spokojnie, są zajęci przygotowaniami. A warto, żebym był przy tej rozmowie – wytłumaczył spokojnie Jan.
Dziara przez chwilę wydawał się być na tyle zdenerwowany, że mógłby uderzyć Jana, ale po chwili westchnął głośno i skierował swe spojrzenie na mnie.
- Podłożysz te ładunki i uciekniesz. Kilku ludzi Jana podejdzie z nieduża grupką zombie pod barykadę i podczas zamieszek jedno jest pewne. Nie możemy zabić Karła ­– powiedział.
                Nagle przestałam całkowicie rozumieć to co się dzieje.
- Chwila… - zaczęłam.
- Wiem o co chcesz zapytać. Nie. Nie zabijamy Karła. Naszym celem jest uświadomienie Karłowi, że Gang został pokonany. Dlatego też podczas walk zginie Jan – dodał.
Spojrzałam na Jana, ale ten tylko uśmiechnął się do mnie tajemniczo. Czy oni wszyscy oszaleli? Może tak naprawdę dostałam tak mocno w głowę w więzieniu, że zapadłam w śpiączkę, a to wszystko nie dzieje się naprawdę?
- I ty, tak po prostu się na to zgadzasz? – zapytałam Jana.
- Tak. To część planu. Zobaczysz sama – powiedział.
- Dobrze, wszyscy znają swoje role. Weź te ładunki i podłóż je, gdy zabiją dzwony. Będzie to inna pora niż zazwyczaj i to będzie oznaczało, że barykada jest czysta, a my gotowi do akcji. Dziesięć minut po uderzeniu dzwona zacznie się atak. Wtedy najlepiej się gdzieś schowaj. Reszta twoich znajomych, o ile się nie będzie głupio wychylać, powinna przeżyć bez problemu – zapewnił – A teraz idź już. Nie zostało dużo czasu.
                Nie musiał mi powtarzać dwa razy. Lekko kulejąc podeszłam do drzwi i zamknęłam je z impetem za sobą. Słońce oślepiło mnie na chwilę po wyjściu. Ostoja tętniła życiem. Już na uliczce przed Kwaterą Główną dało się to poczuć. Patrole straży chodziły w tą i w tamtą, a na latarniach wisiały czerwone flagi z naszywkami „T.O.O”. Ruszyłam pewnym krokiem w stronę Placu Głównego, żeby zajść na chwilę do mieszkania, przebrać się w coś normalnego i wziąć broń. Łuk mógłby wydawać się podejrzany, ale sprytnie ukryty pistolet był świetną opcją. Miałam nadzieję, że ludzie z Gangu szybko zostaną zniszczeni. Nie kibicowałam ani im, ani Dziarze. Marzyłam tylko, żeby stąd uciec z bratem, nawet jeżeli nikt inny nie będzie chciał za mną pójść. Nie byłam ważną postacią w tej grze. Byłam tylko pionkiem.
                Po przepakowaniu się ruszyłam w stronę ławek na Placu Głównym. Było to zawsze tętniące życiem miejsce. Szczególnie teraz. Edek, miejscowy elektryk, zawieszał na drabinie ze strażnikami oraz paroma innymi osobami różne ozdoby. Mnóstwo ludzi krzątało się przy jednym z budynków, przed którymi stały długie stoły. Impreza miała odbywać się na zewnątrz, na placu, ale w razie problemów z pogodą, przygotowano również stanowiska w budynkach, które do tej pory nie pełniły specjalnie ważnej funkcji. Teraz poruszało się po nich mnóstwo ludzi i aż miło było na to popatrzeć. Ciekawe ile z nich zginie przez to co mam zamiar zrobić.
                Mogłam zawsze pobiec teraz do Łapy i Sołtysa i spróbować zrobić rewolucję. Ale wątpiłam, żeby wyszło mi to na dobre. Nie chciałam być samolubna, ale ciągle uważałam, że życie mojego brata jest ważniejsze od życia tych ludzi. Siedziałam tak dalej obserwując co się dzieje, gdy nagle ktoś do mnie podszedł. Był to Szeryf. Jak zwykle wyprostowany, pewny siebie i noszący kapelusz oraz przyciemniane okulary. Usiadł obok mnie.
- Wybacz, że ci przeszkadzam Magdo, ale mam do ciebie parę pytań – zaczął.
- Co się stało? – zapytałam.
- Muszę wiedzieć, czy wiesz coś o poczwórnym morderstwie w więzieniu? – wypalił prosto z mostu.
Jak na zawołanie zapiekła mnie rana w nodze.
- Nie… byłam zajęta jak to się działo – wytłumaczyłam, słabo przekonująco.
- Hmm… pozwolisz, że zapytam co ci się stało w nogę?
Poczułam, że się czerwienie. Czy on wiedział?
- Skaleczyłam się i opatrzono mnie, nic poważnego – odpowiedziałam.
- Hmm byłem przed chwilą w szpitalu i lekarze mówili, że nie było tam ciebie. Jesteś pielęgniarką? – kontynuował przesłuchanie, nie robiąc sobie nic z moich tłumaczeń.
- Sołtys mi pomógł, zna się na tym, a nie chciałam przeszkadzać lekarzom tylko przez moje niezdarstwo – skłamałam bez mrugnięcia okiem – Znaleźliście już Jakuba? – zmieniłam temat.
- Niestety nie. Trochę to wszystko podejrzane, ale wierzę ci. Nie wyglądasz mi na osobę zdolną do zamordowania czterech osób, zresztą jaki byś miała w tym cel? – zapytał po czym się roześmiał krótko.
- Dokładnie – odpowiedziałam – Przepraszam, ale muszę już iść, jestem umówiona – stwierdziłam, oceniając, że warto byłoby się stąd zmyć i jak najszybciej dotrzeć w okolicę barykady, żeby być gotowa do akcji.
- Nie zatrzymuje i życzę miłej zabawy na Święcie Ocalałego! – zawołał, gdy byłam już parę kroków od niego.
                Ruszyłam szybciej pomimo bólu nogi, bo wiedziałam, że jeżeli się spóźnię to cały plan legnie w gruzach. Nie rozumiałam dlaczego Gang jest gotowy oddać życie, na czele z Janem, ale byłam pewna, że stoi za tym jakiś większy plan. Każde działanie Dziary miało dwie strony – z jednej strony niszczyło, a z drugiej budowało. Tylko czy to coś, co było budowane to pokój czy jeszcze większe zniszczenie? To była zagadka.
                Weszłam w tą, zazwyczaj ciemną część Torunia, ale teraz było jeszcze w miarę jasno. Postanowiłam spędzić trochę czasu chodząc po ulicach i obserwując. Gdy w końcu zaczęło się robić ciemno ludzie coraz gęściej zbierali się w centrum. Ja jednak pozostawałam na obrzeżach gotowa do działania. Pistolet ciążył mi w kieszeni i dawał dziwne poczucie pewności, że wszystko się powiedzie. Miałam nadzieję, że tak będzie.
                Nagle zabił dzwon. Święto się rozpoczęło, jak również moja praca. Ruszyłam powoli w stronę barykady i schowałam się w cieniu, gdy mijali mnie Kamil, Gigant oraz Dymitr. Cała trójka została wezwana do Dziary, żeby załatwić mi wolne pole do popisu. Miałem w kieszeni paczkę z ładunkiem wybuchowym. Było to pewne ryzyko, ale wracanie się po niego, kiedy na placu kręciło się tyle osób, było jeszcze gorsze. Dlatego teraz z coraz większymi obawami, oraz paczką w ręce szłam do barykady. Wyglądała ona niesamowicie stabilnie i zastanawiałam się przez chwilę gdzie wepchnąć ładunek, żeby ją zniszczyć. Po chwili postanowiłam, że umieszczę go pomiędzy workami piachu, po wewnętrznej stronie, przy bramie. To powinno zdecydowanie narobić największych zniszczeń.
                Drżącą ręką wyjęłam z paczki długi ładunek, który po odpaleniu dawał mi pół minuty na ucieczkę. Poczekałam jeszcze chwilę, chcąc zsynchronizować atak z ludźmi z Gangu, którzy mieli zaatakować dziesięć minut po dzwonie. W końcu nastawiłam licznik i uruchomiłam zapalnik. Usłyszałam piknięcie. Ręce mi drżały tak mocno, że o mało nie opuściłam ładunku, co byłoby raczej nieprzyjemne w skutkach dla mnie. Ogarnęłam się jednak i włożyłam go pomiędzy worki z piaskiem, po czym starając się biec, uciekłam w drugą stronę. Miałam wrażenie, że w każdej chwili ogłuszający wybuch nastanie i zmiecie barykadę razem ze mną. Gdy tylko trafiłam za róg, wbiegający w inną uliczkę, usłyszałam wybuch. Był on na tyle głośny, że z pewnością nawet świętujący go usłyszeli.
                Wyjrzałam ostrożnie za róg i stwierdziłam, że barykada zniknęła w oparach pyłu i dymu. Wydawało mi się, że zasłona, jaka powstała, zasnuła to miejsce na zawsze, ale po chwili zobaczyłam, że dym opada, a za nim widzę nadchodzące trupy oraz grupkę ludzi. Uciekłam za róg, gdy nagle usłyszałam strzały z środka miasta. Teraz żałowałam, że nie ostrzegłam nikogo, ale co miałam niby powiedzieć? Wszystko brzmiałoby podejrzanie. Musiałam znaleźć bezpieczne miejsce. Przebiegłam przez jedną z ciemnych uliczek, niedaleko biura i miejsca gdzie zginęła Natalia, a następnie skręciłam do uliczki, na której się coś działo.
                Po jednej stronie, przy kontenerach, znajdowało się parę osób, które natychmiast rozpoznałam. Był tam Dymitr, Łysy, Karzeł, Szeryf oraz dwójka strażników. Po drugiej stronie,  było trzech ludzi z Gangu, którzy korzystając z karabinów strzelali gdzie popadnie. Dymitr i Karzeł wycofywali się powoli, ale reszta nie zaprzestawała ostrzału. Zszokowana wyciągnęłam pistolet, ale nie oddałam żadnego strzału. Karzeł podbiegł do mnie razem z Dymitrem i chowając się za róg, gdzie byłam, zaczęli przeładowywać.
- Co się do cholery dzieje? – zapytał mężczyzna z kozią bródką, który przybył tu na pokładzie Zbłąkanego Ocalałego.
- Jak oni się tu dostali? Mieliśmy pokój, a oni nas zaatakowali… - majaczył Wojciech, przywódca Ostoi.
- Słyszeliście ten wybuch? – zapytałam.
- Tak. Z pewnością atakują którąś z barykad… - powiedział Dymitr nagle uświadamiając coś sobie.
- Czemu nie jesteś na barykadzie? – zapytał Karzeł, nagle również rozumiejąc sytuację.
                Zanim odpowiedział usłyszeliśmy kolejne strzały, które skutecznie go zagłuszyły.
- Podobno mieliśmy być tutaj, a ktoś miał nas zastąpić! – krzyknął.
- To ten ktoś was oszukał. Musimy szybko działać! – krzyknął Karzeł.
                Nagle na ulicy, z której przyszłam, pojawili się ludzie. Trzech uzbrojonych członków Gangu wymierzyło w nas. Oddaliśmy po strzale, po czym wycofaliśmy się na ulicę, gdzie Szeryf i reszta odpierali atak i wypchnęli przeciwników bardziej w stronę Placu Głównego. Zobaczyłam nagle, że z ulicy, która prowadziła do biura, czyli z naszych tyłów, nadbiegały kolejne postacie. Całe szczęście nie był to nikt z Gangu. To był Sołtys oraz Łapa. Staruszek miał plamę krwi na ramieniu, a Łapa wyglądała jakby była w swoim żywiole.
- Na Placu Głównym jest mnóstwo zombie! Wyeliminowaliśmy jednak paru ludzi z Gangu i czyścimy teraz Plac! – zgłosiła Łapa, podchodząc do Karła.
- Złapaliście ich przywódcę? ­ - zapytał Karzeł wychylając się i atakują trójkę nadchodzącą z uliczki, którą przyszłam.
- Raczej nie, wszyscy wyglądali tak samo – odpowiedziała.
Nagle zobaczyliśmy zombie, które szły z okolic tej uliczki, na której trójka członków Gangu próbowała nas odciąć. Sami członkowie przeszli na ulicę gdzie był Łysy, Szeryf oraz jeden strażnik, bo drugi już nie żył. Zajmując pozycję przy budynku zaczęli strzelać w naszych z dwóch stron. Łapa natychmiast wymierzyła z pistoletu i postrzeliła jednego z Gangu, oraz zabiła parę zombie.
- Musimy jak najszybciej dostać się do północnej barykady i stamtąd czyścić zombie, zanim rozejdą się po całej Ostoi! – krzyknął Karzeł.
- Przebijmy się więc przez ta ulicę! – krzyknęła Łapa pokazując ulicę przed nami gdzie rozbrzmiewały strzały.
                Wtedy zobaczyliśmy jak Łysy upada trafiony w klatkę piersiową, gdzieś pod pachą. Sołtys widząc to natychmiast wybiegł i trzymając się ściany zaczął biec w jego stronę. Łapa również dołączyła do ataku, a chwilę po niej wybiegł Dymitr. Nie czekając pobiegłam za nimi. Łapa i Dymitr starali się unikać zombie, które były dosłownie wszędzie i eliminować członków Gangu. Sołtys podbiegł za osłonę, gdzie był Łysy i rozrywając rękaw swojej koszuli, przyłożył materiał do rany. Zombie wydawało się być coraz więcej, a ja nie wiedziałam co robić. Panował kompletny chaos, a Karzeł gdzieś znikł. Stanęłam przy jeden z przeszkód, niedaleko Szeryfa i zaczęłam strzelać do dwóch ostałych ludzi z Gangu. Nagle usłyszałam krzyk Szeryfa.
- Tamten to ich przywódca! Strzelajcie do niego! – ryczał, wskazując człowieka w długim płaszczu i bandanie. Rzeczywiście wyróżniał się spośród reszty. To musiał być Jan. Łysy wyglądał coraz gorzej, a plama krwi rosła. Wyrwał się jednak z rąk Sołtysa i wybiegł na sam środek drogi, nie korzystając z żadnych osłon. Obejrzałam się do tyłu i zobaczyłam, że zombie coraz bardziej nas otaczają, ale z Gangu przy plecach zostali zabici.
                Łapa poruszała się ostrożnie i szybko eliminowała kolejne zombie, chociaż było ich wciąż sporo. Parę podeszło blisko mnie, więc też musiałam walczyć. Sołtys odpierał ataki po drugiej, równoległej, stronie ulicy. Łysy jednak zaskoczył wszystkich. Pomimo rany podniósł karabin i puścił się biegiem w stronę dwóch ostatnich wrogów w tym sektorze. Jednego zdjął praktycznie z biegu, zatrzymując się tylko żeby przycelować, a na drugiego rzucił się i obalił. Krwawił obficie, ale nie poddawał się. Przeskoczyłam osłonę i zaczęłam biec w jego kierunku. To samo zrobił Sołtys. Biegliśmy i patrzyliśmy z coraz bliższej odległości, jak Łysy podnosi się i wyjmując nóż krzyczy.
- Pójdziecie na dno razem ze mną skurwysyny! – adresując słowa do ludzi z Gangu. Zobaczyłam tylko szybkie pociągnięcie i po chwili chlusnęła na ulicę fontanna krwi, z szyi Jana. Nie widziałam jego twarzy, ale bandana natychmiastowo zmieniła kolor z szarej na ciemnoczerwoną. Łysy upadł chwilę później trzymając ranę i próbując uniknąć nieuniknionego. Łapa zawołała mnie i odwróciłam się. Kazała mi do siebie podejść. Sołtys już dobiegał do Łysego, ale nagle z drugiej strony ulicy pojawiło się parę trupów. Słyszałam ciągłe strzały z okolicznych uliczek, gdzie reszta starała się pokonać plagę zombie, wpełzającą do Ostoi z barykady, dwie ulicę dalej.
                Machnęłam do Łapy na znak, że zaraz do nie przyjdę i odwróciłam się, żeby zobaczyć co z Łysym. Nagle ku mojemu przerażeniu zauważyłam, że Sołtys nachyla się dwoma rękoma przytrzymuje ranę żołnierza, a krok za nim jest zombie. Nie zdążyłam nawet podnieść ręki do strzału. Zombie zaatakował starca z tyłu i wgryzł w jego szyję. Sołtys krzyknął i odepchnął trupa. Łapa krzyknęła przerażona widząc to, a ja zrezygnowana, ale też niesamowicie zła, odepchnęłam z całej siły zombie i dobiłam go, a następnie załatwiłam dwa kolejne. Łysy już nawet nie oddychał, ale Sołtys przewracał chaotycznie oczami, jakby nie wiedział co się dzieje. Słyszałam o nim tyle dobrych historii, był zawsze filarem grupy Bobra, a teraz umierał na moich oczach. Łapa podbiegła do nas i pierwsze co zrobiła to strzeliła Łysemu w głowę, żeby się nie zamienił. Następnie wzięła na kolana głowę staruszka i dotknęła dłonią miejsca ugryzienia. Dymitr w tym czasie dobiegł do nas i zabijał kolejne trupy. Zauważyłam, że zza trupów przebija się oddział straży z Ostoi, ale jak zwykle przybyli za późno. Byłam zła i smutna. To wszystko to była moja wina. Dobry człowiek ginie przeze mnie. Właściwie więcej dobrych ludzi. Sołtys mógł się schować, ale chciał pomóc nawet w tak ciężkiej sytuacji. Łapa gładziła go po spoconym czole i szeptała, dosyć słyszalnie.
- Staruszku, czemu to zrobiłeś… czemu?! – pytała, chociaż wiedziała, że nie uzyska odpowiedzi. Oddział straży wyczyścił resztę ulicy paroma seriami z karabinów, chociaż to my odwaliliśmy największą robotę. Nagle z oddziału wyszedł Karzeł, który widząc Łysego oraz Sołtysa wybałuszył oczy. Zauważyłam to i krzyknęłam.
- Czemu uciekłeś ty cholerny tchórzu? – zapytałam zrozpaczona.
- Ja… ja po prostu… - zaczął, ale nie mógł skończyć.
- Staruszku, mam nadzieję, że trafisz do lepszego miejsca niż ta wylęgarnia syfu –powiedziała Łapa i drżącymi rękoma sięgnęła po pistolet. Sołtys zamykał co chwilę oczy i każde kolejne otwarcie kosztowało go coraz więcej siły. W końcu zamknął oczy na dłużej, a Łapa oparła głowę o jego klatkę piersiową i zapłakała. Traktowała go jak członka rodziny, mało kto miał tak dobry kontakt z Łapą, może poza Bobrem. Szczególnie ostatnio jak pracowali razem. Nie widziałam Łapy w takim stanie odkąd dowiedziała się, że nie ma tu jej siostry. To było smutne patrzeć na tak silną osobę, która teraz kompletnie się rozkleiła.
- Możemy jakoś pomóc? – zapytał jeden ze strażników.
- Musimy iść na północną barykadę i wypchnąć stąd zombie – powiedziałam.
- Czy to szef Gangu? – zapytał nagle Karzeł, podchodząc do trupa z podciętym gardłem.
- Tak, Kamil go zabił, a potem sam zginął. Wykrwawił się – wytłumaczyłam.
                Karzeł ukucnął przy ciele i zdjął bandanę, żeby zobaczyć twarz swojego wroga. Była ona cała zakrwawiona, ale jednego byłam pewna. To nie był Jan. Nie dałam po sobie tego poznać, bo byłam i tak zbyt mocno roztrzęsiona.  Plan Dziary ciągle zbierał swoje żniwa, ale te były zdecydowanie największe. Nagle usłyszałam strzał i zobaczyłam, że Łapa strzeliła w głowę Sołtysa, aby ten się nie zmienił. W jej oczach widać było łzy. Wstała jednak i zaczęła iść z resztą w stronę północnej barykady. Karzeł wydał rozkaz, żeby ktoś pozbierał ciała naszych oraz szefa Gangu, a sam ruszył z resztą. Przebyliśmy drogę przez ciemniejsze uliczki. Ostoja wyglądała fatalnie, ale co najgorsze wciąż było słychać strzały. Walka gdzieś jeszcze trwała.
                Gdy dotarliśmy do ulicy przy ruinach barykady, zobaczyliśmy ulicę, na której było około trzydziestu zombie, a kolejne przewalały się przez zrujnowane wejście. Stało tu parę osób, które walczyły, a przy samej barykadzie zauważyłam dwie osoby z Gangu stojące i strzelające do nas. Nie wiedziałam czemu zombie ich nie atakowały, ale mogli oni wykorzystać fakt z filmów, gdzie ocalali nasmarowali się flakami i zombie ich nie rozpoznawały. Nagle usłyszałam dźwięk silnika i na ulicę wjechał samochód. Jechał prosto w naszą stronę. Jeden z ludzi z Gangu wystrzelił do niego i trafił prosto w szybę kierowcy. Po chwili okazało się, że trafił prosto w kierowcę, bo samochód stracił panowanie. Pierwsze co potrącił to strzelającego człowieka, następnie parę zombie, a na koniec uderzył w jeden z budynków w środku.

                Wycelowałam w samochód razem z Dymitrem i Łapą, gdy strażnicy z Torunia celowali w ostatniego z Gangu i zombie. Nagle jednak zobaczyłam, że ze środka wysiadają dwie osoby. Byli to Bobru oraz Wiktoria. Czerwone Flary wróciły!

piątek, 9 stycznia 2015

Rozdział 11: Stare rany

Rozdział 11, kolejny z perspektywy Erniego. Tutaj jest powrót czegoś, o czym wiele osób mogło zapomnieć. Przeszłość zabija, a Erni może się o tym przekonać wraz z całą ekipą Zbłąkanego Ocalałego. Po przeczytaniu proszę o komentarz oraz rozesłanie bloga znajomym :)

-------------------------------------------

Rozdział 11 (Erni): Stare rany


                Mieszanka strachu oraz zdenerwowania działała na mnie źle. Zalepiałem kocem wybitą szybę, a Cinek i Łowca analizowali z przodu treść groźby. Była ona krótka, ale dawała do myślenia. Ktoś na nas polował od jakiegoś czasu. Incydent przy chatce przed Płońskiem, atak przy obozie Feline, atak przed Makowem Mazowieckim, a teraz to. Komu aż tak zależało na naszej śmierci? Nie byłem zadowolony z tego co się działo na około.
                Jedynym dobrym aspektem podróży, było to, że udało mi się zwerbować już cztery osoby, a dodatkowo miejsce, gdzie mógłbym uciec w razie problemów w Ostoi – obóz Feline. Feline była ciekawą osobą i musiałem przyznać, że mnie zainteresowała i koniecznie chciałem ją spotkać jeszcze pewnego dnia. Po załataniu okna wróciłem do przodu i rozejrzałem się. Robiło się coraz bardziej ciemno, a ja czułem się zmęczony i rana znów zaczęła mi dokuczać. Musiałem jak najszybciej znaleźć dobre miejsce na nocleg poza miastem, ale obawiałem się też z kolei kolejnego ataku. Nasi oprawcy musieli poruszać się wozami, bądź mieć świetny system komunikacji, bo utrzymywali tempo Zbłąkanego Ocalałego bez najmniejszego problemu. Dlatego obawiałem się nieco, że jeżeli się zatrzymamy, możemy zostać zaatakowani. Z kolei jednak bez snu nie dam rady kierować i zachować jasności umysłu, przez co mogę doprowadzić do wypadku. To byłaby smutna śmierć w czasach apokalipsy zombie.
                Poruszyłem ten temat z moimi przyjaciółmi, gdy odpaliłem silnik i zacząłem zjeżdżać na obrzeża miasta.
- Słuchajcie musimy coś ustalić, ktoś nas śledzi i nie wiem gdzie moglibyśmy się bezpiecznie zatrzymać – zacząłem, nie odrywając wzroku od drogi przede mną.
- To jest chore, nie możemy nic normalnie zrobić, bo jak nie pieprzeni ludzie z Torunia lub bandyci to jacyś narawańcy… - wyżalił się Marcin.
- Wiesz Ernest, z zawodu byłem kierowcą, jakby ci to nie przeszkadzało to moglibyśmy kierować na zmianę… - zaproponował nieśmiało Łowca. Wiedział, że ten autobus jest dla mnie bardzo ważny i traktuje go prawie jak najlepszego przyjaciela i nie dawałem go kierować nikomu innemu. Ale teraz jak o tym myślałem to nie był głupi pomysł. Byłem coraz bardziej zmęczony, a Łowca miał doświadczenie. W końcu to on dowiózł grupę Bobra do Ostoi.
- Ej nie głupie! – powiedział Cinek – Przyznam, że jechało się dobrze, kiedy prowadziłeś –stwierdził Cinek.
- Ehh… nie łatwo mi to mówić, ale zgadzam się. Tylko uważaj, błagam cię – powiedziałem.
- Spokojnie, zamienimy się za kawałek drogi, wtedy ty się prześpisz, a potem się zamienimy. Dzięki temu Zbłąkany będzie cały czas w ruchu, a obaj kierowcy będą wypoczęci – powiedział Łowca uśmiechając się z pod wąsa.
- Dzięki stary – dodałem, po czym skręciłem ostro i wyjechałem na drogę krajową prowadzącą do Ostrowa Mazowieckiego.
- Ale chyba przerwy na żarcie będziemy robić, co? – zapytał nagle Cinek.
- Jasne. W końcu to postoje na paręnaście minut, a nie na parę godzin – odpowiedziałem.
- Też prawda -  stwierdził Cinek – Słuchajcie, mam pewną sprawę, mogę z wami ją obgadać? – zapytał. Ton jego wypowiedzi sugerował, że to coś poważnego, a tego od Cinka nie oczekiwałem zbyt często. Zawsze wydawał mi się być trochę głupi, ale nie mógłbym go nazywać idiotą. Po prostu miał specyficzne spojrzenie na świat i wszystko analizował na chłopski rozum. Lubiłem go.
- Jasne mów – odpowiedzieliśmy prawie równocześnie.
- Ehh… słuchajcie tylko dobrze, bo rzadko kiedy zbiera mi się na takie pieprzenie – zapowiedział – Dziękuje wam. Szczególnie tobie Erni. Gdyby nie ty i nie Bobru to pewnie dalej zadawałbym się z towarzystwem takim jak Alex. Tego skurwiela już od dawna z nami nie ma, jego głowa gnije gdzieś, chuj wie gdzie, ale gdybym wtedy nie poparł was to mogłem skończyć o wiele gorzej. Uratowaliście mnie od jeszcze gorszego syfu, niż zamienienie w trupa – samotności – skończył.
                Zaparło mi dech w piersi. Takich słów od Cinka mogłem nie usłyszeć już nigdy więcej. Było to coś naprawdę wielkiego.
- Stary to był twój wybór. Bobru mi opowiadał o tym, jakie pytanie ci zadał i przed jakim wyborem cię postawił. Po prostu wybrałeś dobrze – powiedziałem, odwracając się na chwilę, żeby się do niego uśmiechnąć.
Jechaliśmy dalej. Z racji iż po chwili zrobiło się naprawdę ciemno to włączyłem światła. Były one nieco słabe, bo nie oświetlały drogi tak jak powinny, ale dawały radę, a przynajmniej nie byliśmy, aż tak widoczni. Przed dojechaniem do Ostrowi Mazowieckiej zatrzymaliśmy się na chwilę, żeby zjeść. Nie było to najprzyjemniejsze doświadczenie – co chwilę obracaliśmy się, gdy coś usłyszeliśmy, a jedną rękę wciąż trzymaliśmy na broni. W pewnym momencie z krzaku wyszedł zombie i Rekin, który był chyba najbardziej przejęty sytuacją nie wytrzymał i oddał kilka strzałów. Uciekaliśmy stamtąd szybko, bo strzały musiały być słyszalne z daleka, a śledzący nas ludzie na pewno nie przepuścili takiej sytuacji płazem.
                Byłem już strasznie zmęczony, poprosiłem Łowcę, żeby mnie za chwilę zmienił, kiedy podszedł do mnie Cinek.
- Słuchaj stary, jedna rzecz mnie zastanawia – powiedział.
- Tak?
- Jak jechałem tutaj z Bobrem i resztą to widzieliśmy helikopter. Helikopter z Ostoi. Mieszkam tam od tygodnia i nie widziałem tam żadnego hangaru z helkami i nic, to było wasze czy jak to było w końcu? – zapytał.
- Ahh mieliśmy jeden helikopter, to prawda. Widzieliście jego wrak tak? Niestety żadnego innego działającego nie mamy, chociaż podobno ludzie z Drugiego Posterunku zajmują się naprawą jakiegoś całkiem używalnego helikoptera medycznego. Możliwe, że w krótce znowu będziemy mogli latać i podróżować z takiego Torunia w parę godzin, zamiast parę dni – wytłumaczyłem.
- Hmm to byłoby zajebiste – stwierdził po chwili.
                Tuż przed wjazdem do Ostrowi Łowca mnie zmienił, a ja przeszedłem na jedno z siedzeń z tyłu i oparłem się o koc próbując zasnąć. Cinek rozmawiał o czymś z Rekinem, a Łowca szybko i sprawnie ruszył, jakby to robił od dawna. Trójka najnowszych pasażerów z tyłu o czymś rozmawiała.
- Jak się czujecie na pokładzie? – zapytałem opatulając się cieplej, bo akurat zaczął wiać zimny wiatr, który było można poczuć dosyć mocno przez dziurę w szybie.
- Cieszymy się, że tu jesteśmy – powiedziała Ola, jedna z blondynek. Malec, który z nimi był akurat ułożył się na nogach drugiej dziewczyny, wyraźnie zmęczony i zmarznięty – Nie było łatwo przetrwać…
- Przetrwałyście tyle same? – zapytałem.
- W sumie był z nami jeszcze mój chłopak, ale trupy dorwały go parę dni temu. Chcieliśmy we czwórkę dotrzeć do Torunia, ale nie udało się nam – powiedziała ze smutkiem.
- Przykro mi – odpowiedziałem po czym odwróciłem się i spróbowałem zasnąć.
                Zasnąłem bardzo szybko, ale śnił mi się naprawdę przerażający sen. Był w nim Cinek, który siedział na jednym z siedzeń Zbłąkanego Ocalałego.  Płakał jak małe dziecko, trzymając w ręce czyjąś dłoń. Dookoła było mnóstwo zombie, które próbowały się do nas dostać. Chciałem wyciągnąć pistolet i się bronić, ale nagle zauważyłem, że mam związane ręce. Próbowałem odpychać zombie, ale one szybko nas zalały. Poczułem jak mnie gryzą i wśród bólu dało się wyczuć to coś, co sprawia, że po ugryzieniu zamieniamy się w zombie. Obudziłem się, gdy pojazd gwałtownie zahamował. Za oknem robiło się powoli jasno. Musiałem przespać parę godzin. Rozejrzałem się po wnętrzu Zbłąkanego i zobaczyłem, że za mną spały dziewczyny oraz chłopczyk, a przede mną Cinek. Jedynymi, którzy nie spali byli Rekin oraz Łowca. Mężczyzna bez oka prowadził w absolutnym skupieniu. Rekin wyglądał za okno i podziwiał widoki.
                Byliśmy niedaleko Białegostoku. Poznałem okoliczne tereny w chwilę i jak zwykle poczułem pewien sentyment do miejsca, w którym to wszystko się zaczęło. Zaledwie cztery miesiące temu byłem w szkole, gdy to wszystko się zaczęło. Uciekłem z niej z Goku, Nieznajomą oraz Bochenem. Teraz nikt z nich już nie żył. Wstałem i podszedłem do Łowcy. Klepnąłem go w ramię.
- Dajesz sobie radę stary? – zapytałem.
- Jasne – powiedział nieco ochrypniętym, ale absolutnie przytomnym głosem – Stary nie raz jeździłem całe noce, na tym polegała moja praca – powiedział z dumą.
- Dojedziesz do Królowego sam? – zapytałem.
- Jasne, ale pytanie czy nie przejedziemy przez przystanki w Białymstoku? – zapytał.
- W sumie możemy – powiedziałem.
                Wjechaliśmy na obrzeża miasta. Z każda kolejną wizytą wyglądało na coraz bardziej opuszczone. Oczywiście były tu zombie oraz oznaki, że kolejni ocalali przechodzili tędy, ale poza tym było tu naprawdę pusto. Przejechaliśmy przez najważniejsze punkty w centrum, ale nie znaleźliśmy nikogo. Raz z daleka udało się nam zauważyć dwóch ocalałych, ale widać było, że są agresywni, bo gdy nas zauważyli zaczęli strzelać. Możliwe, że należeli do ludzi, którzy nas ścigali.
                Zastanawiałem się również nad słowami na kartce przyczepionej do cegły. „Przeszłość zabija”. Co to mogło znaczyć?  Wyjechaliśmy z Białegostoku niecałe półgodziny później. Wschodnia droga prowadziła prosto do Królowego Mostu. Jeździłem nią dosłownie setki razy razem z rodziną i przyjaciółmi, kiedy świat jeszcze był normalny. Teraz jednak było inaczej. Już na początku zauważyliśmy, że możemy mieć problem z przejechaniem. Na drodze było mnóstwo trupów. Wychodziły z lasu i wchodziły powolnym krokiem na drogę. Gdy nas zauważyły zaczęły pełznąć w naszą stronę.
- To chyba pieprzone stado – zakomunikował Łowca.
- Co jest kurwa? – zapytał zaspanym głosem Cinek.
- Chyba musimy cofać – powiedział jednooki.
- Musimy przejechać teraz. Może odetniemy dzięki temu śledzących nas ludzi – wpadłem nagle na pomysł.
- W sumie nie głupie, ale co jak nas otoczą? – zapytał Łowca.
- Wasz pojazd jest duży i nie powinien mieć problemów z przejechaniem – włączył się do rozmowy Rekin.
- No to jedziemy! – zawołał Łowca przyspieszając. Pojazdem zarzuciło, aż ledwo utrzymałem się na nogach. Nagle wróciła do mnie wizja snu. Zombie, które nas otaczają z każdej strony. Czy to mogło się teraz spełnić? Obawy minęły, kiedy z dużą siłą potrąciliśmy trzy trupy naraz. Przejechaliśmy bez najmniejszego problemu, chociaż gdybyśmy znaleźli się tu paręnaście minut później, moglibyśmy mieć spore kłopoty z przebiciem się. Teraz za parę minut będziemy odcięci i ta droga powinna być nie przejezdna przez najbliższe paręnaście godzin.
                Gdy przejechaliśmy jeszcze kawałek, postanowiliśmy zatrzymać się, żeby coś zjeść. Warunki były dosyć ekstremalne, bo było zimno, wszędzie było słychać zombie, a w każdej chwili mógł nas ktoś zaskoczyć, ale każdy z nas potrzebował chwili wytchnienia i świeżego powietrza. Usiadłem przed Zbłąkanym z kanapką oraz kubkiem wody i odpoczywałem. Kawałek przed nami znajdowała się Grabówka. Dosyć ważny punkt w drodze z Białegostoku do Królowego Mostu.  Po zjedzeniu poprosiłem Łowcę i Cinka na bok, żeby z nimi coś ustalić.
- Słuchajcie, sprawdzimy szybko tereny Królowego Mostu i wracamy. Nie chcę, żebyście głupio ryzykowali, bo mam naprawdę kiepskie przeczucia co do całej wycieczki. Dlatego nie ryzykujcie zbytnio i rozglądajcie się uważnie, ok? – powiedziałem.
Przytaknęli obaj.
- A i teraz ja poprowadzę, wielkie dzięki za zmienienie mnie, ale to wciąż moja praca i nie chcę was przemęczać, szczególnie, że bardzo to lubię – powiedziałem z uśmiechem.
- Jeszcze raz, nie ma problemu stary – powiedział mężczyzna.
                Wsiedliśmy z powrotem do Zbłakanego Ocalałego i ruszyliśmy dalej. Powoli zaczynałem zapominać o problemach. Jechało się naprawdę przyjemnie i pomimo postoju nikt nas nie zaatakował. Oznaczać to mogło, że bandyci grasowali na trasie Toruń – Maków Mazowiecka. Był to całkiem dobry znak.
                Godzinę później wysiadłem ze Zbłąkanego Ocalałego na głównym moście w Królowym Moście. Rozejrzałem się po okolicy i w moich oczach pojawiły się łzy. Tyle wspaniałych wspomnień. Wspominałem dobrze, nawet czasy, gdy byłem tutaj jako więzień Alexa. Nawet pomimo tego, że wtedy zostałem ranny, to świetnie mi się leżało na kanapie, otoczony ogrodzeniem i przyjaciółmi. Czasy, kiedy żyli Goku, Natalia, Nieznajoma, oraz wiele innych. Pierwsze spotkanie z Łapą, śmierć brata. Wszystko to wydawało się tak bardzo odległe, że powoli zapominałem. A teraz to wróciło. Chciałem pobiec do przodu, do swojego domku i zostać tam na zawsze.  Oczywiście było to niemożliwe. Nawet jakbym bardzo tego chciał nie potrafiłbym zostawić życia w Torunia oraz moich przyjaciół. Szczególnie ich.
                Wysiedliśmy na chwilę wszyscy, żeby rozprostować kości i zaplanować jak dokładnie pojedziemy.
- Kołodno, Supraśl, Królowy? – zaproponował Cinek.
- Nie wiem czy warto jechać do Supraśla. Cholera wie czy wybiliśmy tam wtedy wszystkich, czy jakieś niedobitki wróciły… - stwierdziłem.
- Tak czy siak przeszukałbym okolicę, możemy tu znaleźć kogoś, tak mi się przynajmniej wydaję – stwierdził Cinek.
- Na tym zadupiu? Nie powiem kocham to miejsce, ale wątpię, żebyśmy spotkali tu kogoś jeszcze. I tak wpadliśmy tu na mnóstwo osób, ale albo je zabiliśmy, albo dołączyły do nas – powiedziałem.
- W sumie możesz mieć rację. Po prostu dobrze by było spędzić tu trochę czasu, odwiedzić stare śmieci – zaproponował.
- Dobrze wiesz, że ktoś nas śledzi. O ile stado go zatrzymało to prawdopodobnie może tu niedługo dotrzeć – powiedziałem ze smutkiem.
- Zobaczymy po zwiadzie – odpowiedział.
                Łowca sprawdzał okolicę z lunety snajperskiej i po chwili zawołał mnie. Kazał mi spojrzeć na obóz w Królowym Moście.
- To była wasza miejscówka? – zapytał podając mi karabin snajperski.
- Tak, zauważyłeś coś tam? – zapytałem.
- Sam spójrz.
Podniosłem ciężką broń i przez chwilę nie dałem rady dobrze jej chwycić, ale w końcu gdy poczułem jej ciężar i ułożyłem w rękach to spojrzałem przez lunetę. Ogrodzenie wyglądało tak jak ostatnio, a w rowie wciąż leżał samochód. Na podwórzu wciąż leżały stare trupy, które nie zdążyły powstać jako zombie, ale teraz były to zwłoki w takim stadium rozkładu, że ciężko było mi powiedzieć, czy to ktoś z Królowego czy z Supraśla. Nagle zobaczyłem jakiś ruch przy jednym z domków. Nie byłem pewien czy dobrze patrzę, ale po chwili znowu coś ujrzałem. Czy ktoś tam był?
- Ruch przy jednym z domków – stwierdziłem z niepokojem.
- To samo zauważyłem ja – potwierdził Łowca.
- Nie wiem czy to dobry pomysł zwiedzać to miejsce, myślę, że powinniśmy zawracać na Toruń – zaproponował Cinek.
- Moglibyśmy, ale jeżeli cofniemy teraz to wpadniemy w stado – powiedziałem przypominając sobie znowu sen. Czyżby mógł się sprawdzić?
- To co proponujesz? – zapytał Łowca.
- Moim zdaniem powinniśmy przeczekać co najmniej do wieczora i wtedy wyruszyć. Przyczaimy się przy lesie – wskazałem las obok – gdzie był kiedyś obóz Łapy. Jeżeli kogoś zauważymy to zabijemy, jak nie to po prostu wrócimy.
                Tymi słowami skończyłem dyskusję i wróciłem do Zbłąkanego. Poczekałem chwilę, aż reszta wejdzie na pokład po czym wycofałem kawałek i ustawiłem pojazd kawałek w głębi lasu. Stanęliśmy tuż przy ciele z imponująca raną od siekiery na potylicy. Trup leżał tu już spory czas, ale wciąż widać było, że zginął niezbyt przyjemną śmiercią.
- To moja robota – pochwalił się Cinek.
- Co? – zapytałem zdziwiony.
- Kiedyś ten koleś chciał zabić Bobra i musiałem go unieszkodliwić – powiedział uśmiechając się do wspomnień.
Przystanęliśmy i w nieco nerwowej atmosferze czekaliśmy. Było mi smutno, bo nie mogłem za bardzo ruszyć do ruin obozu. Ktoś tam na pewno był, widziałem to i ja i Łowca. Szkoda było przejechać tyle drogi na nic. Oczywiście zawsze, odkąd jeżdżę Zbłąkanym, zajeżdżałem tutaj i nigdy nie miałem czasu zajrzeć do mojego domu. Wtedy liczyło się poszukiwanie Bobra i wystarczył mi rzut oka na ruiny, żeby wiedzieć, że go tam nie ma. Ale teraz gdy nie miałem już tej presji marzyłem o jeszcze jednych odwiedzinach tego domu. Jeszcze raz usiąść na fotelu na piętrze, albo chociaż wejść przez próg i obejrzeć to wszystko.
                Po paru godzinach odetchnęliśmy nieco z ulgą, bo nie widzieliśmy ani zombie ani innych ludzi. Takie siedzenie w autobusie było dosyć klimatyczne, czułem się jak w dobrej grze. Niestety było to życie. Prawdziwe życie. Cinek podszedł do mnie w pewnym momencie, gdy siedziałem na siedzeniu kierowcy i obserwowałem to co działo się za szybą.
- Stary, widzę, co cię boli – powiedział. To bolało. Bardziej niż rana na policzku.
- Ehh, tak blisko, a tak daleko – odpowiedziałem.
- Słuchaj, może pójście do samego obozu to ryzyko, ale nie myślisz, że moglibyśmy się przejść w okolicę? Obejrzeć obóz z młyna? Lub coś w tym stylu? Może poczujesz się lepiej, a ja sam z chęcią bym zobaczył co się tam dzieje.
- To wciąż spore ryzyko… - wyszeptałem.
- Moglibyśmy spróbować. Rekin i Łowca pilnowaliby Ocalałego, a my byśmy się przeszli. Przecież nie zajmie nam to więcej niż pół godziny.
                W końcu zgodziłem się. Bardzo chciałem tam wrócić i to mogło nas sporo kosztować, jeżeli ktoś nas obserwował i zobaczył, że wychodzimy. Ale musiałem spróbować. Zeszliśmy piaszczystą drogą w kierunku drewnianego mostu, pod którym znaleźliśmy okaleczonego Eryka. Dalej byłem zły za to na Łapę, chociaż na pewno nie w takim stopniu jak na początku. Okazała się nie być taka zła.
- Pamiętasz ile razy kąpaliśmy się w tym strumieniu? – zapytał Cinek patrząc na wodę, której poziom spadł bardzo mocno od naszej ostatniej wizyty.
- Jasne. Te wszystkie wakacje tutaj. Ehh, dobre czasy – wspominałem.
Przeszliśmy po moście i teraz nieco ostrożniej, zaczęliśmy się skradać ścieżką w stronę młyna. Trzymaliśmy się łysych krzaków, na których pojawiały się już pierwsze oznaki zieleni. Niedługo natura będzie kontynuowała swój cykl, ale świat się nie zmieni. Zombie dalej będą zagrożeniem. Na drodze zatrzymaliśmy się na dobre parę minut. Nie mogliśmy po prostu wyjść nie patrząc na to, czy kogoś tu nie ma. Łowca i Rekin z pewnością czekali na nas z niepokojem. Ja sam bałem się trochę, że Rekin wykorzysta sytuację i ucieknie, zabijając Łowcę, ale póki co okazał się być dobrym człowiekiem. Co prawda ciężko było, w pełni, zaufać komuś, ale czasami trzeba było pójść na ustępstwa.
                Stanęliśmy przed drewnianymi drzwiami młyna. Ostrożnie weszliśmy do środka, robiąc sporo hałasu nienaoliwionymi zawiasami. Parter okazał się być pusty, a schodki na piętro były w kiepskim stanie. W środku wspinaczki, zauważyłem, że paru z nich brakuje i ziały tam tylko resztki, żałośnie trzymające się przerdzewiałych gwoździ. Piętro było zagracone śmieciami, ale nie widzieliśmy tu nic przydatnego. Z nadzieją podszedłem do okna i wyjrzałem za nie. Nie widać było stąd wszystkiego tak jakbym sobie wymarzył, ale nie narzekałem. Widać było kawałek zachodniej części ogrodzenia, część podwórza, wrak auta oraz dwa domy, w tym mój. Wspomnienia znowu uderzyły we mnie falą i przez chwilę wyłączyłem się ze świata. Nagle jednak coś mnie obudziło i to całkiem konkretnie. Zobaczyłem, że na podwórzu stoi trzech ludzi. Jednego z nich rozpoznałem, chociaż widziałem go dawno temu i nie miałem go okazji poznać. Był to jeden z ludzi Łapy, którego nie widziałem od wyjazdu po zapasy do Supraśla.
                Zapamiętałem go tylko dlatego, że był dosyć gruby i miał tak tłuste włosy, że widać to było z daleka, przez brudną szybę. Co gorsza przypomniałem sobie natychmiast słowa Miczi, o tym, kto ją skrzywdził. Natychmiastowo połączyłem fakty i już wiedziałem co się świeci. „Przeszłość zabija”. To ja mogłem go zabić w przeszłości, gdy mieliśmy przeprowadzić egzekucję, ale wtedy przerwała nam Łapa. To był ktoś, kto był z tym grubasem i również skrzywdził Miczi. Mogłem wtedy zadecydować, żeby ich zaatakować i pomścić to co zrobili mojej przyjaciółce, ale postanowiłem inaczej. Ich było z pewnością o wiele więcej i to oni nas śledzili, a ja miałem ludzi, których musiałem chronić.
- Musimy wracać do Zbłąkanego – wyszeptałem.
- Co? Czemu? – zapytał Cinek, który nie zdążył jeszcze wyjrzeć przez okno.
Rozejrzałem się i nagle pojąłem coś strasznego. Miejsce nie było zakurzone. Ktoś tu notorycznie przychodził ostatnimi czasy. Przycisnąłem palec do ust nakazując zachowanie ciszy i nagle usłyszałem skrzypnięcie na dole. Ktoś otwierał drzwi. Wyjąłem nóż i pistolet i kazałem Cinkowi być cicho i schować się za stołkiem, stojącym pod ścianą.
                Usłyszeliśmy jak ktoś wspina się po schodach. Prawdopodobnie nie wiedzieli, że tu jesteśmy, ale to będzie świetna okazja do zabicia jednego z nich. Wycelowałem w schody, chowając się przy oknie i czekając. Nagle zauważyłem postać, która weszła na piętro i nas nie zauważyła. Była to młoda dziewczyna. Ta sama, która raniła mnie w policzek. Wychodziło na to, że ludzie, na czele z kimś, kogo uważałem za martwego od jakiegoś czasu, zrobili sobie tutaj bazę. Skurwiele, pomyślałem. Wykonałem szybki doskok, tak, że moja ofiara nawet nie zdała sobie sprawy, że ktoś ją atakuje. Zaszarżowałem z nożem wbijając go jej głęboko między nogi. Próbowała krzyknąć ale drugą ręką, która trzymałem pistolet, uderzyłem ją w twarz z całej siły. Nie zdołała nawet wykrztusić słowa. Pozwoliłem jej spojrzeć mi w oczy po czym wyjąłem nóż i dźgnąłem ją ponownie w szyję. Tego nie przeżyła. Cinek nieco zdziwiony całą akcją wyszedł z ukrycia i z niemym podziwem, kiwnął głową na znak uznania.
- To ta suka co zaatakowała nas w Płońsku – wytłumaczyłem.
- Co ona tu robi? – zapytał szeptem.
- Nie mam pojęcia, ale jest ich więcej. Musimy uciekać.
                Tak też zrobiliśmy. Odcinek pomiędzy młynem, a mostem był straszny, ale przebiegliśmy go w rekordowym tempie. Gdy byliśmy już za drewnianym przejściem, to odetchnęliśmy z ulgą, nieco zwalniając tempo. Musieliśmy jednak dostać się jak najszybciej do Zbłąkanego i odjechać. Pięć minut później wbiegłem do środka pojazdu i nie tłumacząc nic, odpaliłem silnik.
- Coś się stało? – zapytał Rekin.
- Jest ich od cholery, to ci co nas gonili – streściłem szybko – Musimy uciekać.
- Erni zabił tą sukę, co go okaleczyła, ale widział ich więcej. Zbieramy się – powiedział.
Odpaliłem szybko silnik i z przerażeniem odkryłem, że zostało nam naprawdę mało paliwa. Całe szczęście w bagażniku miałem zapasowe dwa kanistry, ale jeżeli teraz nie zdołamy uciec może być już za późno. Robiło się powoli ciemno. Wyjechałem na drogę i już chciałem skręcać w prawo, kiedy zauważyłem nadjeżdżający z lewej, ze strony Królowego Mostu, samochód terenowy. Zauważył nas i poczuliśmy to dosyć poważnie, kiedy staranował nas i przyskrzynił do drzewa obok. Paskudny dźwięk wgniatanego metalu, rozszedł się po okolicy, sprawiając, że aż zęby mi zadzwoniły. Chciałem ruszyć, ale nie mogłem. Przygwoździli nas.
                W oddali widzieliśmy kolejny nadjeżdżający wóz. Łowca sięgnął po snajperkę i już chciał strzelać, kiedy zobaczyliśmy, że z samochodu wychodzi kierowca. Poznałem go pomimo o wiele dłuższych włosów i czerwonej od alkoholu twarzy. Podpierał karabin trzymany w ręce, kikutem drugiej. Z samochodu wysiadło czterech uzbrojonych mężczyzn, a drugi był już coraz bliżej.
                Dalion krzyknął, a jego głos był dobrze słyszalny przez rozbitą wcześniej cegłą, szybę.
- Poddajcie się, a nie przepieprzycie sobie sytuacji do końca! – krzyknął, a drugi samochód wypełniony bandytami zastawił nam drogę. Łowca ze zrezygnowaniem opuścił broń. Byliśmy w pułapce.

niedziela, 4 stycznia 2015

Rozdział 10: Przysługa

Rozdział 10, czwarty z perspektywy Bobra. Trochę zejście na inny temat, aczkolwiek dosyć ważne dla całego motywu Trzeciego Posterunku i Torunia. Po przeczytaniu proszę o komentarz oraz rozesłanie bloga znajomym :)

---------------------------------------------

Rozdział 10 (Bobru): Przysługa


                Rodzina, która nas uratowała okazała się być naprawdę porządnymi ludźmi. Kiedy tylko Złomiarze się oddalili dali nam coś do zjedzenia i poskładali nas do kupy. Kasia założyła prowizoryczny okład na nogę Wiktorii, a następnie oczyściła dwie rany postrzałowe jakie zdążyłem dzisiaj zarobić. Byliśmy im wdzięczni i gdy tylko mieliśmy chwilę na rozmowę, postanowiliśmy to wykorzystać, aby z nimi porozmawiać. Za oknami robiło się już ciemno.
- Nie wiemy jak wam dziękować – powiedziałem siedząc pod ścianą w salonie. Cały dom był szczelny, okna były zasłonięte firankami, a drzwi założone metalową półką. Czuliśmy się tu bezpiecznie.
- Nie ma żadnego problemu – powiedział Rafał, głowa rodziny, drapiąc się palcami po czarno-siwej brodzie.
- Możecie nam trochę opowiedzieć o tych Złomiarzach? – zapytał Pablord – Mieszkam w okolicy praktycznie od wybuchu apokalipsy zombie, a jeszcze nie widziałem, żeby mieli taką grupę ludzi. W sumie dlatego też tu przybyliśmy. Nie otrzymywaliśmy żadnych informacji z okolicznego posterunku i obawialiśmy się, że coś mogło pójść nie po naszej myśli.
Rafał spojrzał ukradkiem na swoją żonę, a ona na niego. Po chwili milczenia mężczyzna odezwał się.
- Wybaczcie, ale póki co nie możemy wam nic powiedzieć – powiedział poważnym, smutnym głosem.
                Wiktoria wyszeptała coś złośliwie po cichu, a Pablord popatrzył na mężczyznę ze zdziwieniem.
- Chyba nie rozumiem… - zaczął Pablord.
- Niestety, ale nie powiemy nic, póki nam nie pomożecie – wystrzelił nagle Andrzej, syn Rafała. Chłopak był nieco grubszy ode mnie, ale też lepiej umięśniony. Miał wysuniętą szczękę, na której było widać kępkę twardych, czarnych włosów.
- Jak mamy wam pomóc? – zapytałem.
- Możemy porozmawiać o tym rano? – zaproponował starszy mężczyzna – Robi się ciemno, wy musicie odpocząć, noga Wiktorii wciąż jest w kiepskim stanie, a my musimy wszystko przemyśleć. Moja żona przygotowała wam trzy posłania w pokoju obok, chyba nic się nie stanie jak nie wyruszycie z powrotem dzisiaj tylko jutro, co?
Przegryzłem boleśnie wargę, aż kącikiem ust poleciała strużka krwi. Ci ludzie nas uratowali, ale coraz mniej mi się podobało to czego od nas wymagają. Musiałem się jednak zgodzić. Byłem tak zmęczony i obolały, że ledwo trzymałem się na nogach.
- Niech i tak będzie – zadecydowałem wstając.
- Mam jeszcze jedną prośbę – oznajmił Ryszard.
Zatrzymałem się, aby posłuchać czego od nas chciał.
- Nie wychodźcie ze swojego pokoju gdy już tam wejdziecie – powiedział tajemniczo. Miał do tego prawo. To on był gospodarzem. Pożegnaliśmy się z całą czwórką i ruszyliśmy do wyznaczonego pokoju. Był on prawie pusty, nie licząc trzech posłań oraz małej szafki pod ścianą, na której stała butelka wody oraz wazon z suchymi kwiatami.
                Zamknąłem za sobą drzwi i ciężko upadłem na posłanie. Byłem wykończony. Pablord i Wiktoria położyli się na posłaniach obok i chcąc w końcu odpocząć odwrócili się na boki. Musieliśmy jednak ustalić spójny plan na jutro. Z pozycji leżącej przeszedłem do siedzenia.
- Słuchajcie musimy coś ustalić – powiedziałem.
- Odnośnie tego co jutro zrobimy? – zapytał Pablord.
- Tak. W końcu sam nie wiem, niby ci ludzie nas uratowali, ale czego mogą od nas chcieć? Jeżeli mieszkają tutaj to dlaczego nie przeniosą się do Ostoi, która jest niecałe sto kilometrów stąd? – zapytałem.
- Może się boją ludzi z Torunia? – odpowiedziała Wiktoria.
- W ogóle myślę, że to nie będzie nic miłego, to co nas jutro czeka. Mam nadzieję, że to nie będzie nic niebezpiecznego, bo teraz jak tak myślę, to wydaje mi się, że sami moglibyśmy teraz uciec i sprawdzić trzeci posterunek. Dziara kazał nam sprawdzić, a nie dowiedzieć się co się stało – stwierdził Paweł ziewają przeciągle.
- Z drugiej strony spójrz na to tak, że Złomiarze mogą stanowić poważne zagrożenie dla Torunia. Być może nawet większe od Gangu. Myślę, że powinniśmy zrobić o co nas proszą ci ludzie i dowiedzieć się jak najwięcej, a jak sprawa zacznie przybierać niekorzystny obrót to uciekniemy, znajdziemy pojazd i wrócimy do Torunia – powiedziałem dotykając się w swędzące resztki tego co zostało z mojego ucha. Straciłem sporą, górną część lewego ucha i miałem nadzieję, że nic mi się nie stanie.
- W sumie to ci ludzie mogli już nas zabić, albo po prostu zostawić nas na pastwę Złomiarzy, a tego nie zrobili. Wątpię, żeby mieli jakieś złe zamiary – ocenił Pablord.
- Wiecie co mnie naprawdę martwi panowie? Gdzie jest Jonasz? – powiedziała blondynka.
                To było dobre pytanie. Jonasz został z tyłu, żeby pomóc nam uciec, a potem już go nie widzieliśmy. Czy udało mu się uciec, czy zginął? Może już jest w drodze powrotnej do Torunia?
- Będziemy musieli się za nim rozglądać, może schował się w jednym z okolicznych domów na noc, albo wrócił do Torunia. Musimy być dobrej myśli – powiedziałem – A teraz idźmy spać. Jutro czeka nas ciężki dzień.
Nie musiałem powtarzać, wszyscy ułożyli się i już po chwili spali. Ja leżałem jeszcze chwilę pomimo zmęczenia i analizowałem jak zwykle wszystko co mi chodziło po głowie. To był dopiero drugi dzień od wyjazdu do Torunia, a nawet poza jego murami dużo się działo. Strach pomyśleć co mogło się dziać w samej Ostoi, jeżeli Dziara zaczął jakąś akcję bez nas. Gdzie mogła być teraz Łapa? Pewnie siedziała w budynku Rady Torunia z Sołtysem i resztą i planowali coś ważnego. Erni tez musiał być już gdzieś daleko, najprawdopodobniej w okolicach Białegostoku. Nie martwiłem się teraz o niego tak jak wtedy, gdy myślałem, że zginął w Supraślu. Był z Łowcą i Cinkiem, a to zdecydowanie dobry zespół. Z resztą pojechał w stronę, którą mu oczyściłem, kiedy sam jechałem do Torunia. Wszystko będzie dobrze, z tą myślą poszedłem spać.
                Obudziłem się z samego rana i ku mojemu zaskoczeniu ani Wiktoria, ani Pablord już nie spali. Siedzieli i rozmawiali o czymś po cichu. Przywitałem się z nimi i wstałem, żeby rozprostować kości. Obie rany postrzałowe mnie bolały, ale ból był bez porównania z tym wczorajszym. Nie miałem humoru już od samego początku dnia, a to co nas czekało z pewnością nie miało nam go poprawić. Wyszliśmy z naszego pokoju we trójkę i skierowaliśmy kroki do kuchni. Wszędzie było ciemno, więc to naprawdę utrudniało zadanie poruszania się. Wpadłem raz w wiadro pełne jakiegoś płynu robiąc tym sporo hałasu. Miałem nadzieję, że nie obudziłem naszych gospodarzy, ale wątpiłem, żeby jeszcze spali.
                Zgodnie z moimi oczekiwaniami, kiedy weszliśmy do pokrytej całunem ciemności, kuchni to od razu zobaczyliśmy czwórkę osób krzątających się po kuchni. Usiedliśmy na wolnych krzesłach przy dużym, drewnianym stole. Wyspałem się całkiem nieźle, porównywalnie z ostatnią nocą w domku na wsi, ale teraz czułem niepokój. Nie mogąc wytrzymać ciszy przywitałem się z gospodarzami i zapytałem prosto z mostu.
- Czego od nas oczekujecie?
Głowa rodziny, która zajmowała się akurat ostrzeniem noża spojrzała na mnie. Ten człowiek nie budził we mnie strachu, ani właściwie żadnych innych emocji.
- Widzę, że nie możecie się doczekać, aż wrócicie do Torunia i przekażecie dowódcy raport z sytuacji. Rozumiem. Przechodząc do sedna chcieliśmy was prosić o pomoc w odzyskaniu zapasów z jednego, okolicznego miejsca. Jest tam pełno trupów, możliwe też, że spotkacie tam Złomiarzy, ale jest tam mnóstwo zapasów, których potrzebujemy żeby przeżyć w tym miejscu dłużej – wytłumaczył.
Traciłem powoli cierpliwość.
- Jednego nie rozumiem, czemu po prostu nie pojedziecie z nami do Torunia? Zapasów i miejsca starczy bez problemu, dostaniecie pracę i będziecie mogli żyć tam długo i szczęśliwie – powiedziałem.
Zobaczyłem na twarzy Rafała grymas czegoś na podobieństwo gniewu. Zniknął on jednak równie szybko jak się pojawił.
- Słuchaj młody człowieku, uratowaliśmy was i przyjęliśmy, więc prosiłbym cię, żebyś nie zadawał mi takich pytań i nie przedstawiał podobnych propozycji. Możesz mi to obiecać? – zapytał.
- Wciąż nie rozumiem, ale nie ci będzie. Żadnych wzmianek o Toruniu – powiedziałem, ważąc każde słowa i uważając, żeby go więcej nie denerwować – To gdzie i kiedy możemy wyruszyć?
- Myślę, że… - zaczął, ale wypowiedź przerwał strzały, a właściwie seria strzałów z zewnątrz. Nie były skierowane do nas, ale ktoś tam walczył. Poderwałem się jak szalony i podbiegłem w kierunku okna, ale Rafał zastąpił mi drogę.
- Nie podchodź do tego pieprzonego okna, chcesz nas zabić?! – krzyknął.
                Wtedy uświadomiłem sobie, że ci ludzie boją się Złomiarzy i to bardzo. Odsunąłem się delikatnie i wróciłem na miejsce. Tam za oknem mógł właśnie walczyć Jonasz.  Po chwili jednak wszystko ucichło, a Rafał kontynuował rozmowę.
- Myślę, że powinniście zjeść i wtedy wyruszyć. Sklep, o którym mówimy jest dwie ulice dalej, w drugą stronę niż jest złomowisko. Poznacie go po wiszącym szyldzie i dużym rozmiarze. Kiedy będziecie już w środku udacie się na stanowisko gdzie sprzedawali puszkowaną żywność i leki i weźmiecie ile dacie radę w te plecaki – powiedział wskazując palcem trzy duże, górskie plecaki leżące pod ścianą – Rozumiecie?
Kiwnęliśmy głowami na znak, że tak. Trochę mi ulżyło. Myślałem, że ich prośba będzie wymagała o wiele ryzykowniejszych akcji, ale całe szczęście okazało się, że nic z tych rzeczy.  Nie widziałem jeszcze kompleksu, który mieliśmy zaatakować, ale miałem nadzieję, że załatwimy to jak najszybciej i dowiemy się w końcu czegoś konkretnego. Zjedliśmy szybko mięso z puszki z słabym, rozwodnionym piwem na śniadanie i około pół godziny później byliśmy gotowi do drogi.
                Nałożyliśmy plecaki i poprawiliśmy broń. Już mieliśmy wychodzić, kiedy spojrzałem na Wiktorię z obawą. Wciąż utykała i mogła nas spowolnić, lub też po prostu zginąć. Już chciałem zwrócić jej uwagę, kiedy zauważyła, że na nią patrzę.
- Słuchaj Bobru, siedzę w tym gównie równie długo co ty, więc zaufaj mi, że moja pomoc się przyda, a będę mogła nieść dodatkowe zapasy. Z moją nogą jest o niebo lepiej niż wczoraj.
Nie chciałem się z nią kłócić. Wyszliśmy z domu ostrożnie rozglądając się po bokach.  Będące na lewo złomowisko wydawało się obserwować nas niczym wielki, przyczajony przeciwnik. Skręciliśmy jednak w prawo i zamykając za sobą drzwi zaczęliśmy wędrówkę.  Przechodziliśmy po cichu przez płotki i murki, starając się zrobić jak najmniej hałasu. Dodatkowo rozglądaliśmy się jak szaleni i kucaliśmy za każdym razem, gdy usłyszeliśmy jakiś hałas. Zazwyczaj jednak był to szwendacz zaplątany w ogrodzenie lub uderzający w płot.  Pogoda dzisiaj była całkiem dobra do wędrówki – było rześko, nie padało, a na niebie co jakiś czas pojawiało się słońce.
                Pierwszą ulicę przebyliśmy bez żadnych problemów, ale druga była już wyzwaniem. Z daleka dało się zauważyć spory budynek, dwupiętrowy, którego szyld w połowie zwisał, a w połowie trzymał się ściany budynku. Był jednak tak zniszczony, że nie dało się przeczytać nazwy sklepu. Przed budynkiem, na ulicy, na której stały dwa duże rozbite o siebie auta, szwendało się parę trupów.  Niestety stały on tuż przed wejściem i jeżeli nie chcieliśmy tracić czasu, ani robić hałasu musieliśmy podejść i zabić je z bliska. Ledwo wyszedłem na ulicę, a trupy odwróciły się w moją stronę. Wyjąłem nóż i wbiłem z impetem w czaszkę pierwszego zombie. Drugie nacierało w moją stronę, ale Pablord był szybszy i zaatakował trupa wywracając go i wbijając ostrze w czaszkę. Walka przebiegła bez większych problemów i już po chwili weszliśmy do zrujnowanego sklepu.
                Parter budynku przypominał typowy sklep – kasy przy wejściu, a za nimi długie rzędy półek z produktami. Było tutaj dosyć jasno, bo mniej więcej na środku sali była spora dziura, którą wpadało światło dzienne. Włączyłem latarkę i przejechałem delikatnie po tabliczkach nad działami, żeby zlokalizować te interesujące nas. Już teraz słyszałem zombie, chociaż ich jeszcze nie widziałem. Musiało być ich sporo, bo jęczały z całkiem duża częstotliwością. Przeszły mnie ciarki. Zastanowiłem się chwile, czy nie wziąć tego co mamy i nie uciec. Ale podróż miastem do samego posterunku i badanie co mogło się tam stać mijało się z celem. Złomiarze nas szukali i prawdopodobnie pojechali właśnie w okolicę Trzeciego Posterunku. Wiedzieli, że jesteśmy z Torunia.
                Zauważyłem dużą, lekko przysmaloną tabliczkę z napisem „Żywność puszkowana” i pokazałem ją towarzyszom.
- Nie rozdzielamy się. Jest tu ciemno i prawdopodobnie wchodzimy w niezłe gówno. Trzymajcie się blisko siebie i starajcie się nie hałasować. Damy radę – zmotywowałem towarzyszy po czym przeskoczyłem od dawna nie działającą bramkę prowadzącą do konkretnej części sklepu.  Poczekałem, aż barierkę przeskoczy Pablord oraz Wiktoria i weszliśmy do środka. Interesujący nas dział był kawałek dalej i musieliśmy przejść praktycznie cały sklep, żeby się tam dostać, ale co gorsza leki będziemy musieli brać z piętra, bo tutaj nie widziałem miejsca, gdzie one mogły być. Już na pierwszej prostej, pomiędzy rzędami zgniłych warzyw, a pustymi półkami, na których ostały się ostatnie słoiki z konfiturami, zauważyliśmy dwa trupy.
                Oczywiście wydały one okrzyk, piekielny jęk, gdy tylko nas wyczuły i zaczęły pełzać w naszą stronę. Podałem latarkę Wiktorii i poprosiłem, żeby oświetlała nam drogę, bo sama nie powinna ryzykować mając taki problem z nogą.  To ja i Pablord graliśmy główne skrzypce. Pozbyliśmy się dwóch przeciwników bez większych problemów i starając się iść jak najszybszą drogą, ruszyliśmy przez dział z nabiałem oraz pieczywem, oraz wystawy mięsa, do zachodniej części sklepu, gdzie zauważyliśmy spory zapas puszek. To miejsce było tak głęboko w sklepie, że mało kto tu docierał i prawdopodobnie zabiliśmy po drodze przynajmniej paru, którzy przybyli do tego sklepu z tym zamiarem.
                Uklęknąłem przy półce zdejmując plecak, gdy nagle coś upadło dwa działy obok, tam gdzie były słodycze. Usłyszeliśmy tylko ciche kurwa po czym dźwięk upadających paczek. Ktoś był tutaj z nami. Schowałem się jak najszybciej przy jednej z niższych półek i wychyliłem. Wiktoria zgasiła latarkę, a Pablord położył trupa, który wygrzebał się z stosu napojów gazowanych gdy nas wyczuł. Zobaczyłem mężczyznę ze strzelbą, który łamał właśnie czaszkę jednemu z trupów, kolbą swojej broni. Nie wahałem się ani chwili. Wymierzyłem i strzeliłem. Mężczyzna upadł trafiony w szyję i chwilę wydawał agonalne dźwięki dławienia się własną krwią po czym ucichł. Strzelanie nie było dobrym pomysłem, bo usłyszałem jak okoliczne zombie zaryczały jak jeden mąż i z pewnością teraz, każdy kto był w sklepie wiedział o naszej obecności. Jaki jednak miałem wybór? Mężczyzna z pewnością jakby zauważył nas to nie wahałby się ani chwili. Możliwe, że nawet nie chciałby nas zabijać, ale w tych ciemnościach mogliśmy go wystraszyć na tyle, że mógłby to zrobić odruchowo.
                Odwróciłem się w stronę towarzyszy dając im znak, że pozbyłem się zagrożenia i pokazując  Pablordowi, że za jego plecami jest parę trupów.
- Rzuć tutaj plecak, zapakujemy też ciebie, a ty nas osłaniaj – zaproponowałem.
Pablord bez słowa sprzeciwu rzucił plecak i odwrócił się, żeby odpierać ataki zombie. My pakowaliśmy po parę puszek naraz do naszych plecaków i gdy jeden zapełniliśmy prawie całkowicie i zabraliśmy się za drugi zobaczyliśmy, że zombie nadchodzą także z drugiej strony.
- Kurwa nie wyjdziemy stąd – krzyknął Pablord.
- Mam pomysł – stwierdziłem nagle – Wiktoria wrzucaj przez chwilę sama.
                Wstałem i zabijając dwa trupy za moimi plecami sięgnąłem do kieszeni. Poczułem dumę i adrenalinę, kiedy wyjąłem z niej flarę i odpaliłem. Czerwone światło rozświetliło sklep. Z głośnym sykiem rzuciłem flarę w drugą cześć sklepu, żeby zombie chociaż na chwilę się od nas odczepiły. Można powiedzieć, że to podziałało bo po zabiciu paru kolejnych przestały do nas przychodzić. Zdołaliśmy spokojnie dokończyć zbieranie jedzenia i ruszyć w kierunku schodów niedaleko stąd. Mój plecak był najcięższy, a ten w połowie zapakowany dałem Pablordowi. Wiktoria na razie nosiła pusty, ze względu na jej kostkę.
                Gdy chciałem postawić pierwszy krok na schodach, coś złapało mnie i wywróciło. To był zombie zakopany w stercie jedzenia. Poczułem jak upadam ciężko na plecak wypchany puszkami, aż zaparło mi dech w piersiach. Po chwili jednak nachylił się nade mną Pablord i pewnym ciosem zdjął trupa, który mnie trzymał.
- Dzięki stary – podziękowałem krótko.
- Jesteśmy Czerwonymi Flarami. Nie chcę tracić kolejnego kompana – nawiązał do zniknięcia Jonasza.
Wspięliśmy się bez większych problemów na piętro i ku naszej uldze było tu znacznie mniej trupów. Parę jednak leżało zabitych, co oznaczało, że ktoś tu mógł być. Wyciągnęliśmy pistolety i zaczęliśmy powoli się skradać. Piętro budynku było dosyć proste – spore, okrągłe pomieszczenie i parę szyldów oraz drzwi prowadzących do różnych sklepów. Szybko zlokalizowaliśmy aptekę i mając problemy z odgarnięciem ciał blokujących drzwi, weszliśmy do środka. Prawie natychmiast zdałem sobie sprawę, że ktoś tu jest. Usłyszałem głośny krzyk i zobaczyłem szarżującą na nas postać. Była na tyle szybka, a pomieszczenie na tyle nieduże, że dosyć szybko do nas dotarła, nawet nie zdołaliśmy wystrzelić. Postać miała w ręce sporych rozmiarów kij, którym mnie zdzieliła po głowie. Zamroczyło mnie i upadłem.
                Gdy się ocknąłem nie mogło minąć zbyt dużo czasu. Delikwent, który nas zaatakował leżał z przestrzeloną na wylot głową przy ladzie, a Wiktoria szukała na zapleczu jakichś bandaży dla mnie. Pablord pakował leki do swojego plecaka. Poczułem plamę krwi  po prawej stronie głowy.
- Co jest… - zacząłem.
- Już go zabiliśmy. To był jakiś ćpun – stwierdziła Wiktoria pokazując ladę, na której było widać lufkę oraz sproszkowane leki – Chyba oszalał.
- Musimy stąd spierdalać… - stwierdziłem próbując wstać. Plecak jednak skutecznie mi na to nie pozwalał.
- Poczekaj, zabandażuje ci tą ranę i przemyje wodą utlenioną, zanim stracisz za dużo krwi – powiedziała kuśtykając w moją stronę. Zajęła się opatrywaniem mnie, a Pablord oświadczył, że mamy wszystkie przydatne leki i możemy stąd iść.
- Wiktoria włożyłem do twojego plecaka bandaże i takie tam, żebyś się za bardzo nie obciążyła – stwierdził Pablord.
- Dzięki – powiedziała pod nosem.
- Wynośmy się stąd w cholerę – stwierdziłem, po czym wstałem i rozejrzałem się po korytarzu. Nie było tu nikogo, poza dwoma zombie. Ominęliśmy je i ruszyliśmy na drugie schody, które wychodziły w innej części sklepu, bliżej wyjścia. Zbiegliśmy po nich jak najszybciej. Biegło mi się bardzo ciężko, ucho zaczęło mnie boleć od którego z upadków, głowa bolała mnie jeszcze bardziej, a plecak usilnie starał się mnie wywrócić.
                Na dole wciąż paliła się flara. Było przy niej mnóstwo zombie.  Wykorzystaliśmy to, żeby jak najszybciej opuścić sklep. Kiedy wyszyliśmy odetchnąłem z ulgą. Cała akcja zajęła nam około pół godziny, a byliśmy praktycznie cali, więc można było powiedzieć, że się nam poszczęściło. Powrót był wyjątkowo szybki. Chcieliśmy jak najszybciej dotrzeć do domu rodziny Rafała i mieć tą sprawę już za sobą. Gdy znaleźliśmy się w środku , zauważyłem, że coś musiało się stać. Rafał był w jeszcze podlejszym humorze niż przed naszym wyjściem, a Kasia siedziała w kącie całkowicie nieobecna.  Zrzuciliśmy plecaki i usiedliśmy ciężko.
- Tutaj są rzeczy, o które prosiliście. Cały plecak leków, cały plecak jedzenia w puszkach i jeden pół na pół. Teraz mów co wiesz, musimy stąd spadać – powiedziałem.
- Musicie i to jak najszybciej – stwierdził Rafał.
- Co masz na myśli? – zapytałem.
- Przed chwilą przed naszym domem pojawił się spory oddział Złomiarzy. Szukają was. Musicie stąd uciekać – wręcz krzyknął. Jego syn i córka zaczęli rozpakowywać zapasy.
- Nie pójdziemy nigdzie bez informacji – zapewniłem nie przerywając kontaktu wzrokowego z mężczyzną.
- Uparty z ciebie sukinsyn – przyznał Rafał i uśmiechnął się krótko.
- A więc, do rzeczy im szybciej się dowiemy wszystkiego, tym szybciej sobie pójdziemy.
                Rafał westchnął i spojrzał na żonę.
- Dobra, Złomiarze rosną w siłę. Myślę, że niedługo będą mieli setkę ludzi. Wszyscy szukają miejsca na przetrwanie właśnie u nich, bo jest ich sporo, są dzicy, ale lojalni. Nie zostawiają swoich na pastwę zombie lub ludzi. Walczą do końca. Parę dni przed waszym przyjazdem widzieliśmy dym z okolic Trzeciego Posterunku. Poszedłem wtedy tam z córką i zobaczyliśmy około dwudziestu związanych ludzi. Słyszałem… słyszałem jak robili selekcję – tutaj głos mu się załamał. Wstał i podszedł do szafki, żeby wyciągnąć piwo. Odkapslował je jednym sprawnym ruchem i przystawił butelkę do ust. Po paru łapczywych łykach kontynuował – Pytali każdego, czy chce dołączyć do Złomiarzy. Jak odpowiedź była twierdząca to rozkuwali ich i dawali broń, a jak nie… to zabijali. Uciekałem wtedy jak nigdy. Od tamtej pory nie opuszczamy tego domu. Więc wasi ludzie są po stronie Złomiarzy, a reszta nie żyje. Wasz posterunek upadł.
To nie były dobre wieści.
- Ale dlaczego oni tak chętnie dołączają do tych bandytów? – zapytałem.
- Chodzą pogłoski, że Złomiarze… że wśród nich jest naukowiec, który wie jak wyleczyć to gówno. Chronią go i zbierają materiały na antidotum przeciwko zombie – powiedział.
                Otworzyłem szeroko usta, tak samo zresztą jak Pablord i Wiktoria. Lek na apokalipsę? Czy to było możliwe? To nie mogła być prawda.
- Pierdolisz. To nie jest możliwe – stwierdziła Wiktoria.
- Nie wiem czy jest, czy nie jest. Tak słyszałem – powiedział.
- Skąd słyszałeś? – zapytałem ostrożnie. Wtedy usłyszałem dźwięk przeładowania pistoletu. Odwróciłem się i zobaczyłem, że syn Rafała mierzy do nas. Po chwili Zuzia i Kasia oraz sam Rafał do nas wymierzyli.
- Bo my też jesteśmy Złomiarzami – powiedział.
Zadrżałem. Czy to nie było oczywiste? Nie mieliśmy szans ich teraz pokonać. Byliśmy na ich łasce.
- Błagam, pomyśl jeszcze… - zacząłem.
- Okazaliście się być w porządku ludźmi. Spierdalajcie stąd, bo za parę minut wrócą tu większa grupą. Po prostu spierdalajcie! I nie pokazujcie się tu nigdy więcej – krzyknął Rafał po czym opuścił broń.
                Nie musiał powtarzać dwa razy. Zebraliśmy swoje rzeczy i wybiegliśmy.  Biegliśmy długo, aż złomowisko całkowicie zniknęło nam z oczu. Byliśmy jednak tak zmęczeni, że gdy zobaczyliśmy domek na uboczu to się tam zatrzymaliśmy, aby odpocząć. Musieliśmy znaleźć środek transportu i jak najszybciej wrócić do Torunia. Czas uciekał. Spędziliśmy parę godzin w domku na uboczu, ktoś z nas ciągle trzymał wartę, a reszta odsypiała i jadła, żeby zregenerować siły. Byłem wykończony. Teraz w pełni rozumiałem jak problematyczna jest praca Czerwonych Flar.
- Wracamy po nasz samochód pod złomowiskiem? – zapytał Pablord.
- Wolę już wracać na piechotę – powiedziała Wiktoria rozmasowując kostkę.
- Musimy dotrzeć do Torunia jak najszybciej. Jeżeli Złomiarze będą chcieli nas zaatakować musimy ich ostrzec! – powiedział Pablord.
- Znajdziemy coś po drodze. Z dala od tego pieprzonego Złomowiska – wtrąciłem.
                Po odpoczynku słońce powoli zaczęło zachodzić, więc pod osłoną nocy mieliśmy szansę uciec. Jeżeli Złomiarze wciąż nas szukali, mogliśmy mieć problem w poruszaniu się za dnia. Gdy zostawiliśmy za sobą Grudziądz i zdołaliśmy znaleźć pięć niezdatnych do jazdy aut zaczęliśmy rozglądać się za schronieniem na noc.
- Praca pełna emocji – wyszeptał ironicznie Pablord, siłując się z zamkiem.  Weszliśmy do środka małej szopy pośrodku pola. Nie mieliśmy niczego lepszego na tą noc. Było dosyć zimno, więc położyliśmy się obok siebie. Musieliśmy to jakoś przetrwać i dotrzeć jutro do Torunia. Czekała nas ciężka droga.